Pójdziemy w świat/IV
| <<< Dane tekstu >>> | |
| Autor | |
| Tytuł | Pójdziemy w świat |
| Wydawca | Wydawnictwo J. Mortkowicza Towarzystwo Wydawnicze w Warszawie |
| Data wyd. | 1935 |
| Druk | Drukarnia Naukowa Towarzystwa Wydawniczego w Warszawie |
| Miejsce wyd. | Warszawa; Kraków |
| Źródło | Skany na Commons |
| Inne | Cały tekst |
| Indeks stron | |
Więc szli do tego dworu o wieczornej porze.
Droga ich wiodła grzbietem wzgórza, ponad wsią i rzeką.
Niebo pełne było amarantowych i sinozłotych obłoków, które dzień cały przelewały się ze wschodu na zachód.
Na tem wzgórzu więcej było nieba niż ziemi i ogarniało ono zewsząd, przeogromne, barwne i niespokojne.
Po wschodniej stronie chmury sine były od spodu, a wierzchołki miały ozłocone, na zachodzie przeciwnie — z wierzchu ciemnosine, od spodu oślepiały barwami złota i purpury.
Jedne płynęły po niebie skłębione i gęste, zda się ciężkie jak kamienie, inne pierzaste, lotne, na podobieństwo strusich pióropuszy; a te zaś roztrzęsione, rozpostarte, jak cienka tkanina babiego lata.
Woda od barwy obłoków zdawała się jak rubin płynny, a na wszelkich rzeczach, na domach, drzewach, ziemi i twarzach ludzkich, kładł się różowy odblask.
Potem się droga zniżyła i zbiegła z torem małej kolejki, przecinającej dolinę. Już rzeka została daleko, daleko za wzgórzami, tu zaś płynął tylko strumyk kręty, który rozlewał się w duży staw, u stóp parku.
Ojciec i Henrysia zatrzymali się przy stawie i przyglądali dworowi. Stał wysoko, opleciony winem i różami. Ogród w tarasach spadał ku stawom — ogród pełen strzelistych jałowców i tui, mocny powagą starych lip i kasztanów — pachnący grzędami bujnych kwiatów.
— I cóż to takiego, te ciemne kopki? — zapytała Henrysia, wskazując rząd krzewów, biegnących w półkole na brzegu najniższego tarasu.
— To są pewnie strzyżone cisy — objaśnił ojciec — ale mogłyby to być również dobrze jajka wielkanocne, nie uważasz?
Owszem, uważała. Ale patrząc w ogród, rozkochała się nagle w olbrzymim płaczącym jesionie, który ramiona boleśnie wygięte opuszczał bezradnie ku ziemi.
Weszli furtką, jak było umówione i okrążywszy dom, natknęli się na towarzystwo, które siedziało pod parasolem rozłożystego drzewa.
Były tam dwie panie, jedna starsza, druga zupełnie młoda i dwóch panów, bardzo do siebie podobnych, z których jeden, ów właśnie pogromca krów Henrysi, powstał na spotkanie, uśmiechając się przyjacielsko.
— Więc ja przyszłam... wykupić te krowy — wykrztusiła z trudem dziewczynka — ale pan roześmiał się tylko i zaraz zapoznał się z ojcem, a potem przedstawił go paniom i swemu sobowtórowi, który okazał się młodszym bratem. Z rozmowy wynikło, że młoda panna jest siostrą, zaś starsza dama opiekunką owej siostry.
— Więc to pan tak sobie wędruje po świecie ze swoją córeczką? — dziwiła się starsza dama.
Ojciec całą drogę biedził się, coby tu wymyślić, aby upozorować wędrówkę, nadać jej jakiś cel przyzwoity?
— Wezmą nas za parę warjatów, Henrysiu. Tak, tak, moja córko — mówił, smętnie potrząsając głową. — Ludzie na wsi są bardzo rozsądni i nie uznają dzikich pomysłów. Uważają, że jeden jest tylko godny i dostojny sposób życia — właśnie ich własny.
Wkońcu uradzono, że to doktór kazał ojcu bardzo dużo chodzić, ale teraz, gdy przyszło co do czego, kiedy już trzeba było gładko skłamać, ojciec powiedział prawdę.
Henrysię trochę żenowała taka nieumiejętność kłamania. Sama nie praktykowała kłamstwa nigdy, ale ojciec, dorosły i doświadczony, powinienby wszystko potrafić.
Potem jedzono kolację w dużym, czarnemi portretami obwieszonym pokoju. Po kolacji starszy brat poszedł wydawać dyspozycje gospodarskie na dzień jutrzejszy, dama do towarzystwa rozpoczęła z ojcem literacką dyskusję, młodszy brat nastawił radjo i rozpaczliwie zmagał się z falami, a panna Zosia wzięła Henrysię za rękę i powiedziała tajemniczo:
— Pójdziemy do parku — księżyc wschodzi.
Poszły.
W alei lipowej cicho było i uroczyście.
— Czy ty się boisz? — zapytała panienka.
— Nie — stanowczo zaprzeczyła Henrysia.
— Niczego?
— Niczego.
— No dobrze, ale gdybym ci opowiedziała o duchach? — głos panienki był dziwnie jasny i jak gdyby przezroczysty.
— Nie bałabym się — powtórzyła Henrysia. — Nie wierzę w duchy.
— No więc... ale gdybyś się bała, to powiedz...
Zaczęło się od tego, że było to sto czternaście lat temu; Henrysia mocna w historji, zaraz uprzytomniła sobie epokę.
— Przy końcu Napoleona — wtrąciła.
Panienka umilkła na chwilę.
— No tak, naturalnie, bo to jest właśnie historja o księciu Józefie.
— W tym domu, widzisz, w tym samym, mieszkała wtedy taka piękna panna, która się nazywała Izabella.
W domu tej panny wszyscy wierzyli w cesarza Aleksandra i nie cierpieli Napoleona. O księciu Józefie mówili: „ten bawidamek, który zgubi Polskę!“ Więc panna Izabella, która nie była mądrzejsza od innych, myślała często o księciu jako o bawidamku i modliła się za Polskę.
A właśnie już wtedy wojska Napoleona szły pod Lipsk, a książę Józef wybierał się w swoją ostatnią podróż.
Panna Izabella, któregoś wieczora, odmawiając różaniec, spacerowała po tej właśnie alei, a księżyc wschodził. Tu, w tem miejscu, na którem teraz stoimy i ona sobie przystanęła, a wtedy od tamtego końca alei zaczęły się zbliżać trzy postacie. —
Henrysię przebiegł lekki dreszczyk. Głos panny Zosi robił się coraz przezroczystszy.
— Kiedy już były tuż przed panną — trzy wysokie postacie, jedna czarna, druga biała, a trzecia purpurowa — wszystkie trzy załamały ręce i krzyknęły pokolei:
Pierwsza — Lipsk, Lipsk, Lipsk,
druga — Elstera, Elstera, Elstera,
trzecia — zginie, zginie, zginie!
potem wszystkie trzy zaplotły dłonie ponad głową, aż zatrzeszczały kości i rozpłynęły się w powietrzu. I już nikogo nie było w alei — tak jak teraz.
Panna Zosia zrobiła pauzę — Henrysia westchnęła głęboko i z trudem przełknęła ślinę.
— Otóż Izabella odrazu wiedziała, że nie idzie tu o nikogo innego, tylko o księcia.
— Skąd wiedziała? — mruknęła niedowierzająco Henrysia.
— Właśnie to było najdziwniejsze, że nie rozumiejąc dlaczego, właśnie zupełnie była pewna. Zaraz poszła do swego pokoju (ja tam teraz mieszkam), zawołała do siebie brata, który ją ponad życie kochał i wszystko mu opowiedziała.
W czasie tego opowiadania uderzyła ich w samo serce prawda o bohaterskiem życiu księcia i o ich własnej biernej bezczynności.
Więc nie zwlekając ani chwili dłużej, panna Izabella przebrała się w ubranie brata i oboje poszli do stajen. Powiedzieli furmanom, że chcą pojechać na spacer, bo noc księżycowa. Wzięli najlepsze konie i pojechali.
W pierwszem dużem mieście panna sprzedała swój sznurek pereł i jechali dalej. Dowiedzieli się dobrze, gdzie jest ten Lipsk i przekradali się bocznemi drogami, bo trakty pełne były wojska takiego i siakiego.
Po drodze rozmawiali o tem, że łatwo krytykować i złorzeczyć, siedząc w zacisznym domu przed kominkiem, ale tułać się po szerokiej ziemi od śnieżnych pól Moskwy, aż po śmiertelne wody Elstery, ale brać na barki odpowiedzialność za naród cały i w męce niepewności dni pędzić i ofiary czyniąc dla zbawienia kraju, własnemi oczami oglądać upadek — oto jest życie męczeńskie i świetne!
W drugiem większem mieście brat sprzedał spinki brylantowe.
I mówili o tem, że czekać i zdawać się na los i na opiekę Opatrzności nie jest cnotą — tylko grzechem. I mówili o tem, że z każdego wysiłku, choćby poszedł na marne, wykwita kiedyś prawda i sprawiedliwość.
Kiedy dotarli do Lipska, już był drugi dzień bitwy. I dopiero wtenczas zrozumieli, że na nic się nie przyda uprzedzić księcia o jego losie, bo i tak już na karcie ofiarnej wypisał swoje imię.
Więc już oboje tylko wstąpili do jego pułku, nie poto, żeby zabijać, ale żeby podzielić los tych wszystkich, którzy z miłości dla kraju przybyli tutaj na swoją śmierć i niedolę.
A trzeciego dnia bitwy, kiedy przy zwyciężonym Napoleonie pozostała tylko wierność książęca, kiedy cesarz powiedział do niego te słowa bez wartości już i znaczenia: „Naprzód królu Polski!“ on, król Polski nie z pomazania napoleonowego, a z królewskiej mocy ducha — poraz ostatni zadawał sobie pytanie najważniejsze: Czy tak czynił jak trzeba było?
Wtenczas to znalazła się przy nim Izabella i jej brat. Izabella powiedziała:
— Każdy wysiłek, zrodzony z miłości, ma wartość wieczną.
Brat powiedział:
— Ten wygrywa przyszłość, który był w zgodzie ze swoją prawdą i sumieniem.
Książę uśmiechnął się do nich uśmiechem wyzwolenia i skoczył z koniem do rzeki, która obmyła krew, wyciekającą z ran — zimną, śmiertelną wodą. —
Szły czas jakiś w milczeniu. Trawniki srebrzyły się w poświacie księżycowej.
— A teraz ona, ta panna, wraca tutaj niektórych nocy — powiedziała panna Zosia szeptem — i chodzi po pokojach, po ogrodzie, a w rękach trzyma ostatni uśmiech księcia Józefa.
Henrysia otrząsnęła się energicznie.
— Skąd ty to wiesz, skąd pani to wie? — zawołała zbyt głośno i przeraziła się własnego głosu. — Skąd pani może wiedzieć, co ona mówiła z bratem i co powiedziała księciu, i wogóle! Przecież oni napewno zginęli w tej strasznej bitwie?
— Właśnie zginęli.
— No więc?
— Więc to przecież ja byłam. Ja i mój brat, ten młodszy — powiedziała panna Zosia przenikliwym głosem.
Henrysia potrząsnęła jej ręką ze złością.
— Tak, tak. W sali jadalnej wisi jej portret nad drzwiami salonu. Przypatrz się dobrze, przypatrz się...
Henrysia nie poczuła kiedy wysunęła się z jej palców dłoń panienki, to tylko widziała teraz rozszerzonemi z przerażenia oczami, że biała jej postać oddala się i oddala w perspektywie alei, pociętej smugami księżycowego światła.
I nagle strachem zdjęta nawróciła i pomknęła do domu znacznie prędzej, niż w zwykłych okolicznościach zwykła biegać.
Paru skokami przemierzyła werandę i sień ciemną. Dopiero u zamkniętych drzwi sali jadalnej, przez które szparami sączyło się światło i dobiegał gwar głosów, przystanęła zdyszana.
Nie śmiała wejść... bo jeżeli przy stole z innemi siedzi prawdziwa panna Zosia — jeśli jest w tym pokoju!... Wkońcu nacisnęła klamkę i pchnęła drzwi — w tejże samej chwili przeciwległemi drzwiami od tarasu wchodziła panna Zosia.
Nie patrząc na nią, Henrysia stanęła za fotelem ojca. Jeszcze jedno niebezpieczeństwo grozi — panna Zosia może zapytać — gdzieś się podziała po kolacji Henrysiu, szukałam ciebie wszędzie — i jeżeli tak zapyta, to tamta... w alei...
Ale nie zapytała.
Już się wszyscy rozchodzili spać.
Ukradkiem spojrzała Henrysia na portret ponad drzwiami. Tło było zczerniałe, ale na tej czerni tem wyraźniej odbijała się twarz panny Zosi o zbyt długich oczach pod ciężką powieką.
W nocy obudził Henrysię szelest na korytarzu. Nie czekając ani chwili, wyskoczyła z łóżka i wpadła do pokoju ojca. Jeszcze nie spał. Nie mógł zrozumieć dlaczego jego odważna córka boi się po raz pierwszy w życiu.
— Cóż cię raptem ugryzło? — pytał z zaciekawieniem. — Bać się? ciekaw jestem poco? W niebezpieczeństwie to wcale nie pomaga, a na codzień niema powodu. No, co się stało?
— Ludzie na wsi wcale nie są tacy rozsądni, tatusiu, jak mówiłeś — poskarżyła się Henryka i opowiedziała mu całe zdarzenie.
— Nie widzę w tem opowiadaniu nic strasznego — zdecydował ojciec. — Owszem, to bardzo ładna historja.
— Tak, ale jeżeli weźmiesz pod uwagę, że panna Zosia to ta sama! No, pomyśl tylko?
Ojciec pomyślał.
— Nawet — rzekł wkońcu — nawet w takim razie to wszystko jest tylko bardzo ciekawe i wzruszające. Idź spać, Henrysiu.