Pójdziemy w świat/III
| <<< Dane tekstu >>> | |
| Autor | |
| Tytuł | Pójdziemy w świat |
| Wydawca | Wydawnictwo J. Mortkowicza Towarzystwo Wydawnicze w Warszawie |
| Data wyd. | 1935 |
| Druk | Drukarnia Naukowa Towarzystwa Wydawniczego w Warszawie |
| Miejsce wyd. | Warszawa; Kraków |
| Źródło | Skany na Commons |
| Inne | Cały tekst |
| Indeks stron | |
Obudziła Henrysię następująca rozmowa pod oknem:
— Do miasta jeździł w kapelusie nie będę — mówił uparcie ponury głos.
— La Boga, Michał!
— Kupi mi matka kaszkiet — dobrze. Nie kupi — sama będzie jeździła, ja nie!
Henrysia, nie słuchając dalszego ciągu niepokojącej sprzeczki, zaczęła się spiesznie ubierać.
Słońce sunęło już wysoko po niebie, łóżko ojca było puste, nawet jako tako zasłane. Widocznie ojciec naprawdę wstał o świcie, a jej nie obudził.
Znalazła go przed domem na pogawędce z gospodynią. Wynikło z tej rozmowy, że wirówka stoi od miesiąca zepsuta, a że ojciec był majster od wszystkiego niezawodny, więc uradzono, że weźmie się ostro do naprawy. Zdjął kurtkę, zakasał rękawy, a Henrysi doradził od serca, ażeby poszła z wnuczką gospodyni paść trzy czarno białe krowy.
Łąka, na której pasano krowy, była dość daleko. Henrysia nałożyła szeroki kapelusz, wzięła do ręki zawiniątko z chlebem i serem i ruszyła w towarzystwie Stefki wślad za krowami.
Że było rzeczą interesującą, co taka panienka z miasta będzie w polu robiła, do kompanji przyłączył się jeszcze Staszek z rozporkiem w majtkach i Franuś, milczący ale życzliwy.
Słońce nie wypiło jeszcze rosy do cna, srebrzyła tedy łąki i pola, perliła się na liściach kapusty i opryskiwała nogi świeżością poranka.
Droga wiła się kręto w górę, to w dół, zapadała wąwozem głębokim między pola, to się dźwigała do ich poziomu i oczom objawiała rozległe piękno szerokiej falistej przestrzeni. Z miejsc wzniesionych oczy ogarniały wstęgę rzeki połyskliwą i bukietami drzew zdobną, falujące, różnobarwne łany zbóż i koniczyn, osiedla ludzkie w wąwozach stulone, do glinianych, stromych zboczy przywarte ufnie. Tu i owdzie większe skupiny drzew wskazywały dwór, plebanję, bogatszy sad gospodarski, lub lasek.
— A kościół, to w jakiej wsi? zapytała Henrysia, wskazując różowy fronton, z daleka widny na tle starych drzew.
Stefka chętnie podjęła rozmowę. Opowiedziała dokładnie o kościele i plebanji, wymieniła szereg nazw wsi dojrzanych, i rozwiodła się szeroko o szkole, co się bieliła ponad wsią, duża i świeżo budowana, pod czerwonym dachem.
Na łące przyjaźń zacieśniła się bardzo. Już się Henrysia nie bała mówić o tem i owem — gdy leżały obok siebie wyciągnięte na murawie, a Franek i Staszek babrali się w strumyku, mącąc patykami wodę. Bo przecież dużo ciekawych rzeczy można się było wywiedzieć i z tej i z tamtej strony. Zjadły sobie razem śniadanie, dzieląc się uczciwie chlebem i serem.
Od chałup niedalekich zaczęło dolatywać granie.
Stefka zakręciła się niespokojnie na miejscu.
— Wiesz? — powiedziała — z weselem pojadą.
— Kiedy? zaraz?
— Zaraz — Stefka zawahała się chwilę. — Żebyś mi krów dojrzała, tobym skoczyła popatrzeć — poprosiła.
Henrysia kiwnęła głową. — Skocz sobie, cóż mi to szkodzi — zgodziła się chętnie.
— Chłopaków ostawię, zagonią — ale chłopaków już ani śladu nie było na łące.
Henrysia leżała na trawie, sama jedna i popatrywała to na niebo, to na krowy.
Wysoko sunęły obłoki białe i puszyste, kształt swój zmienny coraz to inaczej znacząc na głębokiem niebie.
Krowy zaś z początku ostrożnie i od niechcenia skubały owies sąsiedniego łanu, aż czując swoją bezkarność skorzystały z pomyślnego momentu i z całą już bezczelnością zagłębiły się w gęste i dorodne zboże.
— Pewnie, że lepsza tamta trawa, od tej na łące — pomyślała z uznaniem Henrysia, pełna gospodarskiej naiwności.
Tymczasem uwagę jej zajęła konna postać, zbliżająca się po krętej drodze. Henrysia z rozkoszą śledziła płynny bieg prześlicznego konia i znakomicie harmonijne, zlane z koniem ruchy jeźdźca. Wydało jej się szczytem rozkoszy tak pędzić drogą na koniu i czuć na twarzy pachnący wiatr poranny.
Nagle jeździec przyśpieszył biegu i zdaleka już grożąc pięścią, wołał: — nie daj, nie daj!
Henrysia osłupiała — zaś jeździec pędził wprost na krowy i dopadłszy, począł je zganiać na drogę, klnąc i grożąc.
Tak zdecydowanie wrogie w stosunku do niewinnych krów stanowisko, oburzyło Henrysię. Zerwała się z trawy i podbiegłszy do rozzłoszczonego pana, zapytała grzecznie, ale surowo:
— Proszę pana, dlaczego pan niepokoi moje krowy?
— Co takiego?
— Pytam, dlaczego pan spędza moje krowy z łąki?
— Twoje? to są twoje krowy? — zapytał groźnie młody pan.
— Nie moje właściwie, ale ja je pasę — wyjaśniła Henrysia.
— Ty je pasiesz? Widzisz, że włażą w szkodę i zamiast je zegnać, wylegujesz się dalej na trawie?
— Po pierwsze jedzenie trawy wcale nie może im zaszkodzić, a po wtóre...
— Zaszkodzić? im, tym krowom? Mój owies nie może im zaszkodzić? Ale mnie to szkodzi, rozumiesz? To moje pole i mój owies. Nie rób głupiej tymczasem!
— Wcale się o to nie staram — z godnością odparła Henrysia — a powtóre... uśmiechnęła się z pogardliwem politowaniem — mój Boże nie rozumiem co panu szkodzi, że one trochę tego owsa zjedzą. Tyle tu tego jest, na wszystkie strony! A krów widocznie pan wcale nie ma.
Jeździec popatrzał na Henrysię z obłędnem zdumieniem, potem przyglądał jej się chwilę uważnie, aż nagle parsknął śmiechem. Uspokoiwszy się, zapytał:
— Kto ty jesteś, mała?
— To moja rzecz — z obrazą odparła Henrysia, niemile dotknięta tym warjackim śmiechem.
— No, dobrze. Ale skąd się wzięłaś i czyje to są krowy?
— Z miasta. A to są krowy mojej przyjaciółki Stefki.
— I cóż ty tu wogóle robisz u tej Stefki? mieszkasz latem, czy co?
— Wcale nie mieszkam — Henrysia w głębi duszy uważała, że niepotrzebnie się tłumaczy, ale zagrożone bezpieczeństwo krów kazało jej zachować uprzejmość — nie mieszkam, tylko tak sobie wędrujemy z tatusiem i tu zaszliśmy.
Pan zdawał się namyślać, w końcu rzekł pokojowo:
— No widzisz, a mimo wszystko te krowy były w szkodzie i ja je muszę zająć.
— A czem? — zapytała Henrysia bardzo zaciekawiona jakiego rodzaju zajęcie można dać istotom tak obojętnym i leniwym napozór jak krowy.
Pan znowu buchnął śmiechem. Wkońcu rzecz wytłumaczył jasno — krowy jadły jego owies, więc wedle praw ustalonych na wsi, on może je zabrać do swojej obory i żądać wykupu.
— Ale ich pan nie zabierze? — z niepokojem spytała Henrysia.
— No... powinienem.
Henrysia jęknęła. — O Boże! zabierze krowy i jakże się tu potem pokazać Stefce, gospodyni, ojcu!
— Mój panie, mój drogi, ja zapłacę, tylko niech ich pan nie zabiera ze sobą — prosiła ze łzami w oczach.
— No, dobrze — zgodził się na układy, a Henrysi dodało nadziei spostrzeżenie, że oczy mu się śmiały — dobrze, a czy ty masz aby pieniądze?
— Przy sobie nie mam, ale pójdę i przyniosę panu.
— A czy ci wystarczy? Bo ileż to pieniędzy mogą mieć takie małe dziewczynki?
Ciarki przeszły po Henrysi.
— Mam, w portmonetce tatusia sto złotych, dał mi je, czy to wystarczy? — zapytała zdławionym głosem.
Pan roześmiał się znowu — najwyraźniej śmiał się z byle czego, tem lepiej! Zawsze z takimi łatwiej się porozumieć. Wreszcie się uspokoił.
— No, doskonale — powiedział — mam nadzieję, że to wystarczy. Więc idź sobie teraz ze swojemi krowami do domu, a potem razem z ojcem zawędrujcie do mnie, skoro już tak sobie wędrujecie. Popatrz: będziecie szli tą drogą prosto, prosto aż do pierwszej wsi. Wejdziecie sobie furtką do parku i zgłosicie się do dworu. No cóż, dobrze?
— Niech mi pan ufa, że napewno przyjdę — gorąco zapewniła Henrysia.
Potem się rozstali. Pan ciągle się jeszcze uśmiechając odjechał w skok, Henrysia, mocno spocona, zegnała krowy na łąkę.
Kiedy powróciła Stefka, spotkały ją gorzkie wyrzuty.
Dlaczego nie wytłumaczyła dokładnie na czem polega pasanie? co jest szkoda, a co nie? jak odróżnić łan młodego zboża od łąki i wogóle co krowom wolno, a co jest im wzbronione?
— Ii... jak tam sobie pojadły troche dworskiego owsa, wielkie rzeczy! — machnęła niedbale ręką Stefka.
Henrysię aż podrzuciło z oburzenia.
— Tak, ale ja teraz będę musiała płacić! — krzyknęła — a zresztą jak cudze to cudze, nie wiesz to?
— Wiedzieć to wiem, ale mało to pan ma grontu, owa! nie zbiednieje.
Henrysia uspokoiła się i zamyśliła głęboko, ale potem wypowiedziała swoje zdanie.
— Ja też tak myślałam, ale trudno! jak cudze to nie twoje. A jeżeli jabym tobie zabrała krowę dlatego, że masz trzy, a ja żadnej, to co?
— Ale! — uśmiechnęła się Stefka — i w tym uśmiechu zawarła swoją odpowiedź — żartobliwie niedowierzającą.