Przejdź do zawartości

Pójdziemy w świat/II

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
<<< Dane tekstu >>>
Autor Zofia Żurakowska
Tytuł Pójdziemy w świat
Wydawca Wydawnictwo J. Mortkowicza
Towarzystwo Wydawnicze w Warszawie
Data wyd. 1935
Druk Drukarnia Naukowa Towarzystwa Wydawniczego w Warszawie
Miejsce wyd. Warszawa; Kraków
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron

II

 Kiedy już słońce zaszło, ojciec i Henrysia pożegnali białych chłopców i łódź żaglową.
 — Dowidzenia — wołali chłopcy — my to się napewno spotkamy.
 Ojciec nie miał pod tym względem żadnych wątpliwości.
 — Naturalnie, bo przecież teraz my musimy poczęstować was koszykiem wisien — wołał, powiewając panamą.
 — Może to będzie już zima — krzyknął już zdaleka Antek.
 — W zimie są jabłka i pomarańcze — odkrzyknął ojciec — i łódź oddaliła się, wdzięczna i chybka, pod wzdętym żaglem.
 Szli teraz ojciec z Henrysią, ku wsi niedalekiej.
 Od brodu dziewczęta pędziły krowy w rzece wyszorowane, gwarząc i sprzeczając się wesoło. Niebo wzniosło się wysoko, niepokalanie czyste.
 — Czy ty, tatusiu, wziąłeś ze sobą trochę pieniędzy?
 — No bo co?
 — No bo mogłoby się tak zdarzyć, że bylibyśmy głodni — trochę niespokojnie westchnęła Henrysia.
 — Więc cóż z tego? — zdziwił się ojciec — czyż nie będziemy spotykać po drodze osiedli ludzkich? Przecież właśnie idziemy ku wsi. Po wsiach wieczorem ludzie zwykle jadają.
 Henrysia niecierpliwie potrząsnęła ręką ojca.
 — Ale im trzeba za to płacić, pieniędzmi, ty tatusiu dziecinny!
 — Och, martwią mnie twoje zapatrywania, Henrysiu! Czy myślisz, że daliby nam ludzie umrzeć z głodu, sami zajadając się kwaśnem mlekiem z kartoflami?
 Może i Bronisława miała trochę racji, twierdząc, że pan jest „wiatrowy“.
 — Nie będziemy przecież nadużywali gościnności obcych ludzi — powiedziała z godnością Henrysia.
 — Czy Bronisława karmi czy nie karmi każdego, kto zajrzy do naszej kuchni? — zapytał ojciec.
 — Karmi. I co z tego?
 — My karmimy jednych, a nas nakarmią drudzy. W życiu to tak.
 Henrysia popadła w rozpacz. — Nie będziesz się wstydził, tatusiu, prosić, żeby ci dali jeść, tak ni stąd ni zowąd?
 — Ani trochę.
 — A ja będę.
 Ojciec wyjął z kieszeni portmonetkę i wręczył ją swej córce. Powiedział jej, żeby sobie płaciła, jeżeli takie już ma zasady. — A ja nie będę płacił — dokończył.
 Henrysia odetchnęła z ulgą. Chwała Bogu są pieniądze! I cóż ten ojciec sobie myśli! Niechby spróbował tylko zajść do sklepiku, choćby w tym samym domu, w którym mieszkają od lat dziesięciu i zaproponować, żeby mu dali darmo ćwierć funta szynki. Zobaczyłby, że w życiu bywa rozmaicie. I jakie dzikie wymagania!
 — To jedni tylkoby sobie chodzili tu i owdzie i ciągle jedliby na cudzy koszt, a inni musieliby na nich pracować! No nie, tatusiu?
 — Co za dziwne rozumowanie — roześmiał się ojciec — a może właśnie byliby tylko tacy, którzyby częstowali i zapraszali — a niktby nie chciał brać. Nic nie wiadomo, jakby to było.
 Henrysia rozzłościła się. — Ach Boże, jaki ty jesteś! Wytrzymać z tobą nie można, tatusiu najukochańszy. Uprzedzaj przynajmniej, kiedy żartujesz, a kiedy mówisz serjo?
 Ale nie chciał uprzedzać, powiedział, że co dla jednego jest żartem, drugiemu wydaje się poważną prawdą.
 I właśnie wchodzili do wsi szeroko zabudowanej.
 Ojciec zatrzymał się w obejściu pierwszej chaty, dużej i krytej czerwoną dachówką.
 Na podwórzu chłopak w wysokich butach wyprzęgał konie z wozu, kilkunastoletnia dziewczyna doiła krowy w otwartych drzwiach obory, a kobieta starsza w ganeczku domu wołała na nią srogim włosem:głosem:
 — A żebyś mi wydoiła Kwiatę pod pianę. Mleka nie ostawiaj.
 — Szczęść Boże. Jak się macie gospodyni? — zapytał uprzejmie ojciec.
 Spojrzała na przybyszów bacznem okiem i złagodziła nieco głos.
 — Za wolą Bożą — odparła.
 — Bo my tu idziemy z daleka. Nie dostałby u was posiłku?
 — A no! Skądże to państwo idą?
 — Z miasta — powiedział ojciec — tylko, że nam już w mieście obrzydło od tego gorąca.
 Dziewczyna w oborze raz po raz oglądała się z ciekawością, strzykając mlekiem na boki. Natomiast chłopak odprowadzał konie z niewzruszoną obojętnością i spokojem.
 — Psa niech pan trzymajom, bo się z naszym pokąsa — przestrzegła kobieta w ganku. — Zajdźcie, kiedy tak.
 Wyniosła im w ganek pięknie zsiadłego mleka garczek, bochen czarnego chleba i biały ser. Jak z pod ziemi wyrosła wokoło przybyszów chmara dzieci różnej wielkości i gatunku — paroletni smarkacz w koszuli, wyglądającej rozporkiem majtek, dziewczynina w suto marszczonej spódnicy — inne zaś zgoła obdarte, świecące barwą zdrowego ciała, jasnością czupryn płowych, jak dojrzałe żyto. Wielka powaga malowała się na tych wszystkich twarzyczkach, a oczy niebieskie, szeroko otwarte, śledziły każdy ruch niespodziewanych gości z natężeniem i nieufnością.
 Bobek, piesek delikatny i skromny, czuł się dziwnie nieswojo wobec tak jawnie okazywanego zaciekawienia i starał się jak najmniej miejsca zająć między swym panem, a panią. Wogóle nie mówił tego, ale od chwili opuszczenia żaglówki wyraźnie potępiał dalszą wędrówkę w nieznane kraje.
 Spacer — rzecz dobra, jest to pewnik, w niczem jednak nie należy przesadzać. Bobek nie lubił przesady. Nigdy nie lizał rąk osób kochanych, tylko delikatnie trącał je nosem. Nigdy nie wskakiwał na kolana bez upoważnienia. Był zdania, że w tem co się odczuwa w sercu, nie może być przesady, ale w zewnętrznych oznakach miłości czy innych uczuć, należy zachować miarę.
 I także trochę umiarkowania w przyjemnościach nie zawadzi. Spacer dnia dzisiejszego był zdaniem Bobisia przydługi, a już zupełnie niesmaczna wydała mu się ta wizyta na obcym ganku, to wystawianie się na ciekawość tłumu nieznajomych dzieci,dzieci.
 — Jak wam miasto zbrzydło na ten gorąc, to czemu państwo nie mieskajom na letnikach? — zapytała gospodyni, siadając na przeciwległej ławeczce.
 — A bo nam się zachciało w świat — powiedział, śmiejąc się, ojciec.
 — Zawszeć kajś mieszkać potrza.
 — To tu, to tam, jak te cygany.
 — A no! roześmiała— roześmiała się kobieta. — Ze to pewnie i dzisiejszej nocy nie majom państwo kaj przenocować?
 Przez ganek przeszedł ciężko chłopak od koni i zniknął w ciemnej sieni.
 — Syn? — zapytał ojciec.
 — A no! Sam gospodarzy, bo mojego austrjaki wzięły na wojnę i że już nie powrócił. Mańka, długo to będziesz jeszcze bałamucić kole krów?
 — Jak pośpieszę, to matka będziecie krzyczeć, że nie wydojone jak należy, a to nie usprzątane! — hardo odkrzyknęła dziewczyna.
 — Czyjeż to te wszystkie dzieci? — zapytał ojciec.
 — A córki najstarszej, co jest za kowalem, ino, że chałupy jeszcze nimajom, co im się tagrok spaliła.
 Na niebie gasły czerwono fjoletowe obłoki, malowane słońcem z za horyzontu. Sina mgiełka osnuwała łąki i przykrywała rzekę gęstą zasłoną. Już wody kolor rubinowo złoty, roztapiał się w błękicie wieczoru.
 Henrysię ogarniał leciutki niepokój przed nadchodzącą nocą w nieznanem miejscu. I gdzież to się kąt jaki znajdzie dla nich; łóżko, pościel — wśród obcych ludzi? A jeżeli nikt ich nie przyjmie pod dach?
 Nigdy jeszcze Henrysia nie spała pod gołem niebem i trochę jej się ten bezmiar ponad głową, ta szerokość dookolna wydawała niepokojącą. Z czterech stron świata mogłaby nadejść niewiadoma dola.
 — No, to może państwo zanocujom w komorze — powiedziała gospodyni.
 — Zanocujemy — zgodził się ojciec — znajdzie się to dla nas miejsce?
 — A no!
 — To i Bóg wam zapłać.
 Potem, ażeby nie przeszkadzać domownikom w spożyciu wieczerzy, ojciec z Henrysią poszli do sadu. I tu wśród drzewek bielonych i krzaków porzeczek ojciec westchnął, iż dużo chętniej przespałby się w ogrodzie — bał się jednak obrazić gospodynię.
 — Pszczoły — powiedziała Henryka ostrzegawczo.
 — A ba! myślisz, że pszczoły w nocy nie śpią?
 — Ale wstają o świcie.
 — I my wstaniemy o świcie — Henrysia uśmiechnęła się z niedowierzaniem — żebyś wiedziała, że wstaniemy. Nie możemy zbyt długo marudzić w jednem miejscu.
 — Skąd ty, tatusiu, umiesz mówić ze wszystkiemi?
 — Śmieszne pytanie.
 — Wcale nie śmieszne, tylko kiedy mówisz ze mną, to właśnie tak jak ja, a gdy przemawiasz do Bronisławy, to tak, jakgdybyś razem z nią się wychował w jednym pokoju, a z tą gospodynią to i „ano“ i „juści“ i „Bóg wam zapłać“. Skąd się tak nauczyłeś?
 — Phi... ojciec ruszył ramionami — chcę żeby mnie każdy miał za brata.
 — Bo ja — ciągnęła Henrysia — nie umiem.
 — Nauczysz się — pocieszył ojciec.
 A potem poszli spać do komory — ojciec na wysoko usłanem łóżku — Henrysia na ściągniętej na podłodze pierzynie. Pchły gryzły — a przez otwarte okienko płynął zapach kwitnących akacyj i muzyka koncertu żab z nad rzeki.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Zofia Żurakowska.