Przejdź do zawartości

Pójdziemy w świat/I

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
<<< Dane tekstu >>>
Autor Zofia Żurakowska
Tytuł Pójdziemy w świat
Wydawca Wydawnictwo J. Mortkowicza
Towarzystwo Wydawnicze w Warszawie
Data wyd. 1935
Druk Drukarnia Naukowa Towarzystwa Wydawniczego w Warszawie
Miejsce wyd. Warszawa; Kraków
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron

I

 — Henryśka, pójdziemy w świat — powiedział ojciec do swojej czarnowłosej córki.
 Zgodziła się odrazu.
 — Kiedy? — zapytała.
 — Może dziś. Tak, tak, myślę sobie, że właśnie dzisiaj.
 Więc poszła zapakować rzeczy do plecaków. Nawet przez głowę jej nie przeszło, że ojciec mógłby żartować.
 Inaczej jednak ten projekt przyjęła kucharka Bronisława. Powiedziała otwarcie co o nim sądzi:
 — Że pan jest wiatrowy, wiadomo, ale żeby dziecko ciągnąć za sobą na piechotę?
 — Nie zawsze będziemy iść piechotą, Bronisławo — mięko bronił się ojciec. — Czasem podjedziemy sobie, to wozem, to łódką, a nawet może koleją.
 — I długo to to będzie tego świata? — zapytała krytycznie.
 — Sama przyznasz, Bronisławo, że siedzieć przez sześć tygodni w mieście, w środku lata, sensu nie ma!
 Biedny ojciec myślał, że tem trafi swej kucharce do przekonania. Ale Bronisława krzyknęła:
 — Sześć tygodniów, święta Teresko! sześć tygodniów będzie się pan z dzieckiem pętać po świecie?
 Nie było rady. Już musieli pogodzić się z tem, że projekt nie zyska uznania Bronisławy.
 Henrysia wzięła do plecaków tylko najkonieczniejsze rzeczy — po jednej zmianie bielizny i ubrania, trykoty kąpielowe, mydło, gąbkę, szczotki i swego ulubionego niedźwiadka.
 Ojciec włożył ubranie sportowe, najpiękniejszą koszulę w paski, najgustowniejszy krawat, kapelusz panama i na dokończenie wsunął do swego plecaka tomik poezyj Słowackiego.
 Ojciec i Henrysia zawsze jednakowo zapatrywali się na potrzeby życia.
 Po za tem wzięli psa, Bobka.
 Nie umawiali się dokąd pójdą, ale i tak zgodnie udali się nad rzekę i szli dalej z biegiem wody.
 Nieprawdopodobnie wesoło było nad rzeką. Słońce złociło żagle łodzi, syreny statków nawoływały się radośnie, a na plaży bronzowe dzieci i ludzie dorośli krzyczeli jak opętani, z samej czystej uciechy istnienia.
 — Zdrowa jesteś? — zapytał nagle ojciec, potrząsając rękę Henrysi.
 Tylko się roześmiała, błyskając dwoma rzędami białych zębów, w oprawie ust, czerwonych jak maki.
 — Ho, ho! dojdziemy sobie gdzie nam się podoba! — z triumfem obwieścił ojciec rzece, która również płynęła z tym samym zamiarem, opasania ziemi serdecznym uściskiem.
 — Dobrzeby było podpłynąć łodzią — poradziła Henrysia.
 — Prawda, skróciłoby to nam drogę — zgodził się ojciec.
 Henrysia parsknęła śmiechem.
 — Paradny jesteś tatusiu, paradny! Jaką drogą? Przecież idziemy, gdzie nam się podoba, więc cóżby nam skróciło?
 Ojciec stropił się. — No więc cóż? — powiedział, żeby obronić swoje stanowisko — ale przecież wkońcu gdzieś zajść musimy, więc tak czy owak, jednak skróciłoby drogę. Ale czy ty wzięłaś ze sobą jakiś żakiecik? — zatroszczył się, patrząc na letnią sukienkę córki i bose jej nogi w bronzowych sandałach.
 — Nie wzięłam, bo jest gorąco.
 — Ale czy będzie?
 — Naturalnie, że będzie, z całą pewnością — stwierdziła energicznie dziewczynka.
 Ojciec ucieszył się ogromnie.
 — Ach jak to dobrze! — zawołał — to także jest moje przekonanie — i potem oboje śmieli się tak serdecznie, aż przechodnie oglądali się za niemi z zazdrością, a Bobek szczeknął parę razy uprzejmie, ażeby okazać, że bierze żywy udział w rozmowie.
 Już byli daleko, daleko za miastem, wśród pól rozjaśnionych dojrzewającem zbożem. Szli ciągle brzegiem wesołej rzeki i ciągle mieli pod stopami zcałowany jej wargami piasek.
 — Nikomu nie będziemy mówili, że idziemy w świat — powiedział ojciec.
 — Boby się wyśmiewali — zgodnie kiwnęła głową Henrysia.
 — I nawet nie wierzyliby nam — ciągnął ojciec — będziemy twierdzili, że udajemy się tam a tam.
 — Aha.
 — Teraz spróbujemy czyby nas nie podwieźli tą żaglówką.
 — Bardzo dobrze. Ale dokąd, tatusiu, dokąd? Przecież musisz określić jakieś miejsce, gdzie pragniesz być podwieziony. Nie poprosisz: „podwieźcie mnie w świat, moi drodzy“.
 — No więc dajmy nato, że do Królewskiej Wsi.
 Henrysia pokręciła czarną głową.
 — A czy jesteś pewien tatusiu, że taka Królewska Wieś istnieje?
 — Wcale nie jestem pewien — przyznał ojciec, ale cóż z tego? W jakiemś miejscu powiemy — o, to właśnie tu niedaleko — i wysiądziemy na brzeg.
 Henrysi projekt wydawał się ryzykowny, bo a nuż ci w żaglówce, to jacyś wielcy, patentowani krajoznawcy, którzy powiedzą z oburzeniem: „Mój panie, tu żadnej Królewskiej Wsi niema w okolicy!“. — Ale ostatecznie zgodziła się, bo już jej było trochę za gorąco na tym brzegu i czuła wielką ochotę wyciągnięcia się na dnie żaglowej łodzi.
 Teraz, kiedy już tyle powiedziałam o Henrysi i jej ojcu, błagam was, nie uważajcie ich za parę warjatów! Byli to naprawdę normalni ludzie — jedli, spali, pracowali i mieszkali jak wszyscy inni. Henrysia chodziła do szkoły, z dosyć dobrym wynikiem, ojciec jej do swego biura. Mieli krewnych i znajomych, lubili kino, ciastka i dnie świąteczne, a nienawidzili nudnych wizyt, dwójek w cenzurze, pisania na maszynie i gderania kucharki Bronisławy.
 Oboje byli młodzi (ojciec trochę starszy, ale niewiele) oboje byli silni i zdrowi, i bardzo odważni.
 I otóż właśnie — nie uważali za konieczne naśladować we wszystkiem innych, i byli najgłębiej przekonani, że można czasem iść za podszeptem fantazji i robić to, co znienacka przychodzi do głowy, o ile pomysł ten dla nikogo nie jest przykry, ani szkodliwy.
 I tylko z tej racji, najniesprawiedliwiej w świecie, ciotka Klara mówiła czasem o ojcu: — „Ten drogi Henryk ma naprawdę pstro w głowie, obawiam się o przyszłość jego córki“.
 Ale oni — ojciec i córka nie obawiali się bynajmniej! a nawet wcale nie myśleli o tej tam przyszłości!
 — Dziś, Henrysiu, dziś właśnie musisz być jaknajlepsza, jaknajmądrzejsza i jaknajweselsza — nie licz na dzień jutrzejszy, moja córko — mówił ojciec. — Dziś oddaj ludziom, co masz im do oddania i bierz, co możesz wziąć i kochaj, co masz zamiar kochać i zrób, co masz do zrobienia. Nic nie odkładaj na jutro.
 Więc właśnie nie odłożyli na jutro wycieczki w świat i dziś, w słoneczne, rozbłękitnione dziś, szli brzegiem ruchliwej wody.
 Ojciec złożył ręce w trąbkę przy ustach i krzyknął w kierunku żaglowej łodzi: — Hop, hop-hop-hop! — Z za żagla wychyliła się smukła postać, w białych spodniach i koszuli, rozpiętej na piersiach. Przy tej białości głowa, szyja i obnażone ramiona wydawały się odlane z czystego bronzu.
 — No, a czego tam potrzeba? — zapytał bronzowo-biały chłopiec.
 — Możebyście zechcieli podwieźć nas kawałek drogi? — zapytał ojciec już trochę ciszej, bo zauważył, że rzeka nie jest tak bardzo szeroka, jak się na oko zdawało.
 — A no dobrze — brzmiała odpowiedź i łódź powoli zmieniła kierunek, pod nakazem przesuniętego żagla.
 — Wstań-no trochę, Antek i włóż coś nie coś, bo mamy podwieźć jakiegoś pana i panienkę.
 Nad poziomem nogi zatrzepotały nagle dwie białe nogawice i błysnęła para opalonych nóg, potem muskularne ręce wykonały jeszcze kilka nieskomplikowanych ruchów i wreszcie z za burty wychyliła się druga ciemna głowa, opatrzona parą ciekawych oczu.
 — No, już bliżej nie podjedziemy, bo piasek — powiedział pierwszy chłopak — może zresztą był to dorosły człowiek, trudno się było wyznać w tej jaskrawej bieli, ile kto może mieć lat.
 Ojciec i Henrysia zdjęli obuwie i przeszli do łodzi, po wygrzanej wodzie i jedwabistym piasku.
 — My się czasem wywracamy — ostrzegł młodzian, nazwany Antkiem.
 — Ale nie często? — upewnił się ojciec.
 — O, nie! i dziś przytem niema dużego wiatru, ja tylko tak na wszelki wypadek.
 Drugi chłopiec skierował łódź na środek rzeki, i sięgnąwszy do skrzynki, przybitej pod ławką, wyjął z niej i podał Henrysi koszyczek dużych ciemnych wisien.
 — Ach, co za radość! — krzyknęła dziewczynka.
 — Owszem, to jest radość — zgodził się Antek poważnie. — Wogóle niech pan sam przyzna — zwrócił się do ojca — woda, słońce, wakacje, wiśnie w koszyku!
 — Właśnie to samo myśleliśmy i dlatego ruszyliśmy w świat.
 — Ach, tatusiu! miałeś nikomu nie mówić — oburzyła się Henrysia.
 — Przecież odrazu widać, że ci chłopcy mają takie same zapatrywania na życie, jak i my — z zawstydzeniem wytłumaczył się ojciec. — Więc można im powiedzieć, że idziemy w świat, na cztery, a może i na sześć tygodni.
 Oddawna już Henrysia zauważyła, że kiedy ojciec postanawiał o czemś nikomu nie mówić, to właśnie mówił pierwszemu, który się nadarzył.
 Obaj chłopcy wpadli w pyszny humor.
 — No, to świetnie — wołali jeden przez drugiego — bo my właśnie także płyniemy do morza. Moglibyśmy płynąć razem. Widzi pan jaka duża jest nasza łódź?
 Henrysi uśmiechnęła się ta myśl, ale ojciec pokręcił głową.
 — Nie, to niemożliwe — powiedział — bo my musimy być nie tylko na wodzie, ale i na ziemi. W różnych chatach i ogrodach, pomiędzy zbożem, a także i w lesie. Nie możemy płynąć do morza, bo mamy tylko kilka tygodni przed sobą, a tu tyle jest do zobaczenia!
 — A no, to trudno, jeżeli tak! — westchnął Antek i dalej pojadał wiśnie z koszyka, siedząc na dnie łodzi.
 — Moje zapatrywania na życie są takie — zaczął nagle chłopiec, wsparty na maszcie. — Jak pracować, to całą parą, a jak wakacje — na łódkę! I otóż właśnie mamy już maturę, ja i mój przyjaciel Antek. Dlatego wynajęliśmy sobie tę łódź żaglową i płyniemy do morza.
 Henrysi nie chciało się ani rozmawiać ani już więcej jeść. Położyła się na dnie łodzi i patrzała w niebo.
 — Właściwie to Antek wynajął i on zakupił prowiant i wszystko co jest na tej łodzi, a nawet moje ubranie. Bo ja nie mam pieniędzy — dorzucił po chwili chłopiec.
 — No i cóż z tego? co to kogo obchodzi? — gniewnie wzruszył ramionami Antek.
 — Nic. Tylko pocóż ten pan zaraz ma sobie wyobrażać, że ja jestem magnat i jeżdżę własnym jachtem? Daleko lepiej, żeby wiedział jak rzeczy stoją.
 Łódź przepływała właśnie koło zielonej łąki, za którą widniała duża wieś, w bukietach drzew. Już słońce przetoczyło się na zachodnią stronę i kładło duże cienie na gorącej ziemi.
 Chłopiec przy maszcie zaśpiewał pełnym głosem:

Ja i ty — żaglowa łódź!
Słońce praży — leżę na dnie
Wtedy, przyjacielu, zbudź,
gdy wieczorna rosa spadniespadnie.
Na wieczorny chłodny wiew,
otworzymy żagiel biały.
Śmigłe stada rzecznych mew,
Przyleciały.

Wtedy, przyjacielu, zbudź,
kiedy księżyc błyśnie w wodzie.
Płynie nasza chybka łódź.
Na swobodzie.

 — No, już dobrze, już dobrze! — mruknął Antek z zawstydzeniem. — Niema czem się popisywać.
 Ojciec powiedział: — Któż to wymyślił, że życie jest smutne?
 Chłopiec przy maszcie przechylił się przez burtę i nabrawszy w dłonie wody, obmył nią głowę. Uśmiechnął się do ojca życzliwie.
 Nie chciało mu się opowiadać o tem, jak to całą zimę zmagał się z głodem, zimnem i zmęczeniem.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Zofia Żurakowska.