Otello (Shakespeare, tłum. Ulrich, 1895)/Akt I

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor William Shakespeare
Tytuł Otello
Podtytuł Przedmowa
Pochodzenie Dzieła dramatyczne Williama Shakespeare (Szekspira) w dwunastu tomach. Tom V
Data wydania 1895
Wydawnictwo Gebethner i Wolff
Miejsce wyd. Kraków
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tekst jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Indeks stron
AKT PIERWSZY.
SCENA I.
Ulica w Wenecyi.
(Wchodzą: Roderigo i Jago).

Roderigo.  Dość tego, przestań! Naprawdę się gniewam,
Że ty, ty Jago, coś miał kieskę moją,
Jakby jej sznurki w twoim były ręku,
Wiedziałeś o tem.
Jago.  Lecz nie chcesz mnie słuchać!
Brzydź się mną, jeślim marzył nawet o tem.
Roderigo.  Mówiłeś nieraz, że go nienawidzisz.
Jago.  Gardź mną, jeżeli nie mówiłem prawdy.
Prosili za mną trzej senatorowie,
Żeby mnie swoim zrobił porucznikiem,
Chodzili za mną, czapkowali przed nim;
Znam moją cenę; wiem, żem godzien stopnia;
Lecz on w swych własnych zakochany planach,
Ciągle ich łudził brzmiącemi słowami,
Epitetami wojny nadzianemi,
A w końcu, z kwitkiem odprawił proszących.
„Prawdziwie, rzekł im, mam już porucznika“.
Któż on? Zaiste, wielki matematyk,
Jakiś Florentczyk, jakiś Michał Kassyo,
Co nie jak żołnierz, ale żył jak panna,
Co nigdy w polu nie rozwijał kolumn,

A na manewrach tak zna się jak szwaczka.
Porządku bitwy z książek się nauczył;
Teorya, którą lada mowny rzecznik
Może wykładać; jego też wojskowość
Czczą jest gawędą. A ja, którym walczył
Pod jego okiem na Cyprze i Rodus,
Po chrześcijańskich i pogańskich ziemiach,
Jak stara nawa muszę w tyle zostać,
Muszę ustąpić temu kupczykowi!
On porucznikiem, a ja, co za łaska!
Jego murzyńskiej mości ot, chorążym!
Roderigo.  Wolałbym raczej jego być oprawcą.
Jago.  Niema lekarstwa; to jest klątwa służby.
Awans zależy od wpływu i łaski
Nie od starszeństwa, jak dawniej bywało,
Gdy drugi miejsce pierwszego dziedziczył.
Sam teraz osądź, czyli mam powody
Murzyna kochać.
Roderigo.  A po cóż z nim płyniesz?
Jago.  Mój Roderigo, niech cię to nie dziwi:
Idę z nim tylko w nadziei odwetu.
Toćże nie każdy panem może zostać,
I pan nie każdy wierne sługi znaleźć.
Czasem zobaczysz pokornego głupca,
Który w niewoli własnej zakochany
Czas swój marnuje, niby osieł pański,
Za lichą strawę; na starość — idź z torbą!
Daj mi batogi tym głupcom uczciwym!
Są inni, biegli w wszystkich formach służby,
Którzy dla siebie baczne strzegą serca,
A łudząc panów usługi pozorem,
Tuczą się na nich; podszywszy kieszenie,
Żyją swobodnie. Tacy mają duszę,
Do takich rzędu ja się także liczę.
Bo tak jest pewna jak to, żeś Rodrygo,
Będąc Murzynem, nie chciałbym być Jagiem.
Idąc z nim, z sobą tylko samym idę;
Niebo mi świadkiem, nie, nie dla miłości,

Choć to jest pozór, lecz dla własnych celów.
Bo kiedy moja zewnętrzna postawa
Zdradzi rodzimą formę mego serca
Znakiem wyraźnym, niezadługo potem
Własne me serce przypnę do rękawa
Na żer dla kawek. Nie jestem, czem jestem!
Roderigo.  Co za fortunę znajdzie grubowargi,
Jeśli mu jego udadzą się plany!
Jago.  Wołajże, krzyczże; ze snu rozbudź ojca;
Goń za nim w tropy, zatruj mu rozkosze;
Trąb o nim w mieście, podszczuwaj jej krewnych,
A chociaż żyje w szczęśliwym klimacie,
Dręcz go muchami; choć radość radością,
Przynajmniej tyle frasunku mu dorzuć,
Żeby choć cząstkę blasku utraciła.
Roderigo.  To dom jej ojca. Głośno go zawołam.
Jago.  Niech głos twój będzie trwożny a wrzaskliwy,
Jak kiedy w nocy, wśród ludnego miasta,
Ujrzy kto nagle płomień buchający.
Roderigo.  Hola, Brabancyo! hej, panie Brabancyo!
Jago.  Wstawaj, Brabancyo! Złodzieje! złodzieje!
Pilnuj twej córki, pilnuj twoich worków!
Wstawaj! Złodzieje!
Brabanc.  (w oknie).Co się to ma znaczyć?
Co za przyczyna tych krzyków ulicznych?
Roderigo.  Panie, czy w domu cała twa rodzina?
Jago.  Czy drzwi zamknięte?
Brabanc.  Dlaczego się pytasz?
Jago.  Boś okradziony; ubierz się co prędzej;
Pierś twa rozdarta, pół duszy straciłeś,
Bo teraz, teraz, stary czarny baran
Tryksa się z twoją bieluchną owieczką.
Wstawaj! Chrapiących zbudź obywateli,
Albo cię wkrótce dyabeł zrobi dziadkiem.
Wstawaj! powtarzam.
Brabanc.  Czy głowę straciłeś?
Roderigo.  Czyli znasz głos mój, przewielebny panie?
Brabanc.  Nie znam. Kto jesteś?

Roderigo.  Jestem Roderigo.
Brabanc.  Tem gorzej. Czym ci raz już nie powiedział,
Abyś się więcej przy mych drzwiach nie włóczył?
Wszak ci z uczciwą otwartością rzekłem,
Że ręka córki mojej nie dla ciebie.
Teraz szalony wieczerzą i winem,
Chcesz mnie, jak widzę, próżno niepokoić,
Sen mój przerywać.
Roderigo.  Panie! panie! panie!
Brabanc.  Ale bądź pewny, dość mam jeszcze wpływu,
Aby ci z lichwą złość twoją zapłacić.
Roderigo.  Cierpliwość, panie!
Brabanc.  Mówisz o kradzieży;
Wszak to Wenecya, dom mój nie stodoła.
Roderigo.  Panie Brabancyo, przychodzę do ciebie
W całej prostocie i szczerości ducha.
Jago.  Należysz, jak widzę, mój panie, do liczby ludzi, którzy nie chcą służyć Bogu, jeśli im dyabeł to radzi. Przychodzimy oddać ci usługę, a ty, biorąc nas za łotrów, wolisz, żeby się twoja córka odstanowiła z afrykańskim ogierem; chcesz, żeby twoje wnuki rżały do ciebie; chcesz mieć rumaki za kuzynów, a za kuzynki klacze.
Brabanc.  Kto jesteś? wyuzdany nędzniku!
Jago.  Jestem człowiek, który przychodzi powiedzieć ci, panie, że twoja córka i Murzyn robią teraz zwierzę o dwóch grzbietach.
Brabanc.  Jesteś nędznikiem!
Jago.  A pan — senatorem!
Brabanc.  Odpowiesz za to; znam cię, Roderigo!
Roderigo.  Za wszystko jestem gotów odpowiedzieć.
Jeśli z twą radą, mądrem zezwoleniem,
(Jak w części wierzę) piękna córko twoja,
W tej chmurnej nocy, tej późnej godzinie,
Sama, wątpliwej powierzona straży
Najemniczego wioślarza gondoli,
Biegnie w lubieżne objęcia Murzyna;
Jeśli wiesz o tem, gdyś na to zezwolił,

Wtedy, wyznaję, masz powód mnie łajać;
Lecz jeśliś dotąd o niczem nie wiedział,
Wyznaj, żeś krzywdził przyjaciół niesłusznie.
Nie sądź, bym ustaw grzeczności niepomny
Chciał szydzić z twojej wysokiej godności.
Twa córka, jeśliś na to nie zezwolił,
Bunt przeciw twojej podniosła powadze,
Łącząc swą piękność, dowcip i majątek
Z awanturnikiem obcego narodu,
Który, bez domu, tuła się po świecie.
Patrz, czyli córka jest w swojej komnacie;
Jeśli ją znajdziesz, cała prawa srogość
Niech spadnie na mnie, żem śmiał cię tak łudzić.
Brabanc.  Rozpalcie ogień! Dajcie mi pochodnię!
Zwołajcie wszystkich moich domowników!
To wydarzenie zgadza się z snem moim,
Wiara w nie ciąży już na duszy mojej.
Światła! powtarzam; dajcie mi pochodnię!

(Znika z okna).

Jago.  Bądź zdrów! Nie mogę z tobą dłużej zostać.
W mem położeniu źle i niebezpiecznie
Stawać jak świadek przeciw Murzynowi,
A to mnie czeka, jeśli nie odejdę.
Senat nie może, chociaż obrażony,
Bez niebezpieczeństw odjąć mu dowództwa,
Bo zbyt ma wiele i ważnych powodów,
By mu cypryjskiej wojny dać kierunek;
I duszy kosztem znaleźćby nie zdołał
Równego jemu wyspy swej obrońcy.
Tak więc, zmuszony koniecznością życia,
Choć się nim brzydzę jak mękami piekła,
Miłości flagę i znaki wywieszam;
Lecz znaki tylko! Dla większej pewności
Brabancya z dworem zaprowadź pod Strzelca,
A tam mnie znajdziesz z Otellem. Więc żegnam.

(Wychodzi. — Wchodzą: Brabancyo i Domownicy z pochodniami).

Brabanc.  O zbyt prawdziwe nieszczęście! Zniknęła!
A dla dni moich nędznego ostatka

Gorycz została. Powiedz, Roderigo,
Gdzie ją widziałeś? — Nieszczęsna dziewczyna! —
Z Murzynem mówisz? — Ktoby chciał być ojcem! —
Jakżeś ją poznał? — O, ty mnie zawiodłaś
Nad myśli miarę! — Co ci powiedziała?
Więcej pochodni! Rozbudźcie mych krewnych!
Czy sądzisz, że już ślub wzięli?
Roderigo.  Tak sądzę.
Brabanc.  O nieba! Ale jakże wyszła z domu?
Zdrada krwi własnej! O, odtąd, ojcowie,
Przestańcie wierzyć, że zewnętrzne znaki
Szczerze tłómaczą córek waszych myśli! —
Niemali czarów, które tajną siłą
Młodej dziewicy uwieść mogą duszę?
Czy nie czytałeś o podobnych czarach?
Roderigo.  Czytałem, panie.
Brabanc.  Zawołać mi brata!
Teraz żałuję, że ci jej nie dałem.
My tą, a tamtą wy pójdziecie stroną.
Czy wiesz, gdzie szukać córki i Murzyna?
Roderigo.  Myślę, że zdołam znaleźć ich schronienie.
Panie, racz tylko dobrą straż wziąć z sobą.
Brabanc.  Prowadź nas, proszę. Wszystkie zburzę domy,
Bo wszędzie prawie mogę rozkazywać.
Wszyscy do broni! Zbudzić komisarzy!
Naprzód, Rodrygo! licz na moją wdzięczność!

(Wychodzą).

SCENA II.
Ulica w Wenecyi.
(Wchodzą: Otello, Jago, Służba z pochodniami).

Jago.  Choć zabijałem w żołnierskiem rzemiośle,
Za treść to jednak sumienia uważam
Niedokonywać rozmyślnego mordu.
Chciałbym mieć czasem więcej trochę złości,
Ażeby sobie w potrzebie poradzić.

Stokroć pod piąte chciałem pchnąć go żebro.
Otello.  Lepiej się stało.
Jago.  Aleć bo on, panie,
Tak w słowach swoich był niepowściągliwy,
Honor twój czysty tak zjadliwie szarpał,
Że ledwo, z trochą mojej pobożności,
Mogłem cierpliwie do końca go słuchać.
Lecz przedewszystkiem, wodzu, czy ślub dany?
W senacie wielka jest ojca jej miłość,
W Radzie głos jego silny i przeważny,
Jakby głos doży. Albo was rozwiedzie,
Lub zwali na was kłopoty i ucisk,
Do jakich zdoła przy swojej powadze
Prawo naciągnąć.
Otello.  Śmieję się z gróźb jego.
Usługi, którem oddał senatowi
Potrafią zgłuszyć skargi jego wszystkie.
Jeśli przechwałki za honor tu służą,
I ja dowiodę, choć dotąd milczałem,
Że ród mój wiodę z królewskiego szczepu,
I że mi prawo dają me zasługi,
Abym z nakrytą przemawiać mógł głową
Do tych, z którymi mój ślub dziś mnie łączy.
Gdybym nie kochał słodkiej Desdemony,
Nie chciałbym stanu mojego swobody
Ujmować w kluby domowego życia
Za morza skarby. Co znaczą te światła?

(Wchodzą: Kassyo i Straż z pochodniami).

Jago.  To pewno ojciec w przyjaciół swych gronie.
Ukryj się, wodzu.
Otello.  Ja kryć się? Broń Boże!
Bo moja godność, charakter, sumienie
Każą mi czoło stawić im otwarcie.
Oniż to idą?
Jago.  O nie, na Janusa!
Otello.  To straże doży z moim porucznikiem.
Pokój tej nocy z wami, przyjaciele!
Co przynosicie?

Kassyo.  Pozdrowienie doży,
I prośbę, wodzu, ażebyś bez zwłoki,
Żebyś natychmiast śpieszył do senatu.
Otello.  Co jest, jak sądzisz, przyczyną pośpiechu?
Kassyo.  Myślę, że jakieś z Cypru wiadomości,
Które najmniejszej przewłoki nie cierpią.
Nasze galery przysłały tej nocy
Dwunastu, jeden po drugim, posłańców;
Większa część Rady, nagle rozbudzona,
Już się zebrała do pałacu doży;
O ciebie, wodzu, pytają się ciągle;
Gdy powiedziano, że niema cię w domu,
Senat wyprawił trzy oddzielne straże
Szukać za tobą.
Otello.  Dobrze, żeś mnie spotkał.
W domu tym tylko kilka słów pomówię,
I razem z tobą śpieszę do senatu (Wychodzi).
Kassyo.  Nie wiesz, chorąży, co go tu sprowadza?
Jago.  Co? Abordował lądową karakę,
A jeśli zdobycz sąd za prawną uzna,
Skarb posiadł wielki.
Kassyo.  Nie rozumiem wcale.
Jago.  Żonę dziś pojął.
Kassyo.  Kogo?
Jago.  Pytasz kogo?
Pojął — (wchodzi Otello). A, wodzu, czyli idziesz z nami?
Otello.  Jestem gotowy.
Kassyo.  Otóż drugi oddział,
Który, jak widzę, szukać cię przychodzi.
Jago.  Ha, to Brabancyo! Miej się na baczności,
Bo, jak mówiłem, w złej przychodzi myśli.

(Wchodzą: Brabancyo, Roderigo, i Oficerowie z pochodniami).

Otello.  Kto idzie? Stój!
Roderigo.  Ha, to jest głos Murzyna!
Brabanc.  Zabić złodzieja! (Z obu stron dobywają szabli).
Jago  (do Roderiga). Chcesz bitki? i owszem.
Otello.  Włóżcie do pochew jasne wasze miecze,
Bo zardzewieją od rosy. Ty, panie,

Przemożesz więcej wiekiem niż żelazem.
Brabanc.  Podły złodzieju, gdzie jest córka moja?
Ty, potępieńcze, tyś ją zaczarował!
Bo odwołuję się do sądu świata,
Czy dziewczę młode, piękne i szczęśliwe,
Unikające przez wstręt do małżeństwa
Hożych, bogatych młodzianów Wenecyi,
Gdyby nie wpadło w czarodziejską matnię,
Chciałoby stać się szyderstwa przedmiotem,
Lecieć w czarnego potworu objęcia,
Przedmiotu trwogi ale nie miłości?
Niech świat mnie sądzi, czy nie jest widoczne,
Żeś czarodziejskich środków na nią zażył,
Żeś ziół sokami, proszkami kamieni
Osłabił władze delikatnej myśli.
To rzecz widoczna, to rzecz niewątpliwa!
Więc cię, Murzynie, aresztuję teraz,
Jak zwodziciela, który śmiał używać
Sztuk przez weneckie prawa zabronionych.
Weźcie go, straże; jeśli opór stawi
Weźcie go, choćby życia, jego kosztem!
Otello.  Ni kroku dalej! niech się nikt nie waży,
Z moich ni twoich, ręki wznieść do góry!
Gdybym chciał walczyć, wiem, jak szabli dobyć
Bez waszych podniet. Gdzie chcesz, abym poszedł
Na zaskarżenie twoje odpowiedzieć?
Brabanc.  Do turmy, póki nie przyjdzie godzina,
W której cię wezwie sąd do zdania liczby!
Otello.  Cóż, gdybym twego rozkazu usłuchał?
Mógłżebym razem spełnić rozkaz doży,
Którego posłów przy mym widzisz boku,
Ażebym śpieszył do izby senatu,
Gdzie mnie wzywają państwa interesa?
I Posłan.  Tak jest, zaprawdę, godny senatorze,
Doża jest w Badzie; niema wątpliwości,
Że i do ciebie posłano wezwanie.
Brabanc.  Co? Doża w Radzie? O tak późnej nocy?
Weźcie go, straże! Moja także sprawa

Zwłoki nie cierpi, i równie sam doża
Jak bracia moi, członkowie senatu,
Krzywdę mą uczuć muszą jak swą własną,
Albo w senacie naszym, naszym sądzie
Podły niewolnik, poganin zasiądzie. (Wychodzą).



SCENA III.
Wenecya. Izba Senatu.
(Doża, Senatorowie na ławach, Służba).

Doża.  Tyle sprzeczności w listach tych znajduję,
Ze im nie mogę zupełnej dać wiary.
I Senator.  To prawda, sprzeczność granice przechodzi.
W liście mym czytam sto i siedem galer.
Doża.  Ja znowu w moim czytam sto czterdzieści.
2 Senator.  Ja w moim dwieście. Ale chociaż listy
Na liczbę statków zgodzić się nie mogą,
Co bywa zwykle, gdy je wieść dyktuje,
Lecz wszystkie mówią o tureckiej flocie,
Wszystkie, że flota żegluje do Cypru.
Doża.  Zważywszy dobrze, wszystko to być może.
Nie uspakaja mnie tych nowin sprzeczność,
Przeciwnie, w groźną treść wszystkich tych listów
Zupełnie wierzę.
Majtek  (za sceną).Hej, hola! hej, hola!
I Sługa.  Nowy posłaniec od floty przybywa. (Wchodzi Majtek).
Doża.  Co nam przynosisz?
Majtek.  Tureckie okręty
Zwróciły nagle ku rodyjskim brzegom.
Signor Angelo z wieścią tą mnie przysłał.
Doża.  Cóż senat na to?
I Senator.  Nie, to być nie może;
Wieści tej zdrowy rozsądek zaprzecza;
Puścił ją Turek, żeby nas oszukać.
Bo gdy zważymy, jak wielkiej jest wagi
Posiadłość Cypru dla sprawy pohańców;
Gdy pomyślimy, że ważniejsza wyspa

Słabszy od Rodu stawić może opór,
Bo ani mur jej ściska naokoło,
Ni mnogie środki upartej obrony,
W które ubrane są brzegi rodyjskie;
Gdy na uwagę wszystko to weźmiemy,
Trudno przypuścić w Turkach tyle głupstwa,
Aby, niepomni ważniejszej wyprawy,
Korzyść i łatwość na bok usunęli,
Niebezpieczeństwo bezowocne budząc.
Doża.  Nie, nie do Rodu zmierzają pohańce.
I Sługa.  Nowy posłaniec. (Wchodzi Posłaniec).
Posłaniec.  Dostojny mój książę,
Turecka flota, płynąca do Rodus
Tam się z oddzielną złączyła eskadrą —
I Senator.  Ach, tak myślałem! W jakiej sądzisz liczbie?
Posłaniec.  Trzydzieści żagli — ster zwróciła nagle,
I jak pozory zmuszają nas mniemać,
Ciągnie z powrotem ku cypryjskim brzegom.
Wierny, waleczny sługa wasz Montano,
Śląc tę wiadomość, śmie senat upraszać,
By o jej prawdzie na chwilę nie wątpił.
Doża.  Do Cypru płyną. Czy Marco Lucchese
Jest w naszem mieście?
Senator.  Jest teraz w Florencyi.
Doża.  Pisać do niego, niech wraca piorunem.
I Senator.  Otóż Brabancyo i waleczny Murzyn.

(Wchodzą: Brabancyo, Otello, Jago, Roderigo, Służba).

Doża.  Dzielny Otello, musim cię natychmiast
Słać na spólnego wroga chrześcijaństwa.
Witaj, Brabancyo, godny senatorze,
Trzeba nam twojej rady i pomocy.
Brabanc.  Mnie trzeba waszej. Przebacz, dobry książę,
Ani mój urząd, ani sprawy państwa
Sen mój przerwały. Narodowe troski
Obce są dla mnie, bo prywatna boleść
Pędem gwałtownym, jak potopu wody,
Topi, pożera wszystkie inne żale,
Sama niezmienna.

Doża.  A co jej powodem?
Brabanc.  O, córka moja, książę, córka moja!
Doża.  Umarła?
Brabanc.  Dla mnie. Podły uwodziciel
Wykradł ją z domu, obłąkał jej duszę
Zdradnym, czarami zaprawnym napojem;
Natura bowiem nie mogłaby nigdy,
Nie będąc ślepej ni kulawej myśli,
Bez czarodziejstwa dziwacznie tak błądzić.
Doża.  Ktokolwiek czarnej dopuścił się zbrodni,
Córkę twą uwiódł i od siebie samej
I od twych objęć, w krwawej ustaw księdze
Sam przeciw niemu gorzkie czytaj słowo,
Sam po swej myśli, choćby syn nasz własny
Był skargi twojej występnym przedmiotem.
Brabanc.  Dzięki ci, książę! Oto jest ten człowiek,
Murzyn, którego, jak zdaje się, książę,
Wezwałeś nagle w interesach państwa.
Wszyscy.  Bolejem nad tem!
Doża  (do Otella).Co na to odpowiesz?
Brabanc.  Nic, jak — wyznaję.
Otello.  Potężny, wielki, poważny senacie,
Moi szlachetni i dobrzy panowie,
Żem uprowadził starca tego córkę
Jest prawda; prawda, że ją poślubiłem,
Lecz na tem cała wielkość moich przestępstw,
Na tem się kończy. Niećwiczony w mowie,
Słodkich pokoju słówek nieświadomy,
(Bo odkąd ramię to lat siedm liczyło,
Oprócz dziewięciu ostatnich księżyców,
Obóz był polem działań mych jedynem),
Mało o rzeczach świata prawić umiem
Prócz krwawych dziejów bitew i zatargów,
Sprawy też mojej upiększyć nie zdołam,
Sam siebie broniąc. W dobroć waszą ufny,
Opowiem prostą, nieozdobną powieść
Miłości mojej, opowiem zaklęcia,
Proszki i czary i magiczne wpływy,

(Bo o to wszystko jestem oskarżony)
Jakimim zyskał miłość jego córki.
Brabanc.  Mogłaż dziewica skromna i wstydliwa,
Którą ruch własny trwożył i rumienił,
Na przekór latom, naturze, opinii,
Znaczeniu ojca, wszystkiemu nakoniec,
Pokochać tego, na którego widok
Drżała z przestrachu? Gdzież jest myśl tak krzywa,
Co zechce wierzyć, aby tyle cnoty,
Tak niespodzianie, w błąd taki popadło
Przeciw odwiecznym natury ustawom?
O nie, do tego wciągnąć ją musiały,
Chytrego piekła podstępy i sztuki!
Dlatego zarzut ponawiam raz jeszcze,
Że lekarstwami krew jej rozpłomienił,
I że napojem na cel ten zaklętym
Myśl jej przewrócił.
Doża.  Skarga nie jest dowód.
Tu nam potrzeba świadectw wyraźniejszych
Nad czcze domysły, nad chude pozory,
Jedyne teraz skargi twej podstawy.
I Senator.  Otello, powiedz czyli podstępami,
Czyli przymusem nie podbiłeś myśli,
Czy nie zatrułeś dziewiczych jej uczuć?
Lub czyś ją zyskał przez czułe zaloty,
Jakiemi dusza przemawia do duszy?
Otello.  Błagam cię, książę, racz posłać pod Strzelca.
Rozkaż ją przywieść do izby senatu,
Niech mówi o mnie w przytomności ojca;
A jeźli jego zarzuty potwierdzi,
Nietylko odbierz mi godności moje,
Ale niech cała praw waszych surowość
Na głowę moją bez litości spadnie.
Doża.  Niech Desdemona stawi się w senacie.
Otello.  Wiedź ich, chorąży! najlepiej znasz miejsce.

(Wychodzą: Jago i kilku ze Służby).

A zanim przyjdzie, tak szczerze jak niebu
Wyznaję grzechy mojej krwi namiętnej,

Poważnym uszom senatu opowiem,
Jak pokochałem tę piękną dziewicę,
A jak mnie ona.
Doża.  Słuchamy, Otello.
Otello.  Jej ojciec lubił mnie, często zapraszał,
Pytał o dzieje mojego żywota.
O oblężenia, bitwy i przygody,
Śród których młode spłynęły mi lata.
Posłuszny, długą rozpocząłem powieść,
Com widział, robił od mych dni chłopięcych.
Mówiłem często o strasznych przygodach,
O krwawych scenach na lądzie i morzu,
Szturmach, gdzie życie na włosku wisiało;
Mówiłem, jak mnie pojmał nieprzyjaciel,
Jak mnie zaprzedał, com w niewoli cierpiał,
Kto mnie wykupił, co się potem stało.
Prawiłem później o moich wędrówkach,
O głuchych puszczach, o wielkich jaskiniach,
O dzikich skałach trącających niebo,
Jak ciąg powieści nastręczał kolejno,
O kanibalach, co krew ludzką piją,
Antropofagach, o ludziach, co głowy
Pod ramionami mają. Desdemona
Wszystkiego pilnie słuchała, lecz nieraz
Wzywał ją od nas zarząd gospodarstwa;
Skoro się tylko zdołała ułatwić,
Wracała do nas i łakomem uchem
Słowa powieści mojej pożerała.
To widząc, chwilę przyjazną schwyciłem,
Serdeczną od niej wyciągnąłem prośbę,
Bym jej pielgrzymki moje rozpowiedział,
Których, choć części urywkowo znała,
Nie znała ciągu. Zezwoliłem chętnie.
Z jasnych jej oczu częstom łzy wywabiał,
Gdy przyszło mówić o niebezpieczeństwach
Mojej młodości. Gdy skończyłem powieść
Za trudy moje świat mi westchnień dała.
Potem mówiła: co za dziwna powieść!

Dziwna a tkliwa, jak serdecznie tkliwa!
Razby wolała nie słyszeć mnie, znowu
Chciała, by Bóg jej takiego dał męża[1]).
Potem dziękując, powtarzała nieraz:
Jeśli przyjaciel twój kocha się we mnie,
Naucz go twojej powieści, a pewno
Miłość mą zyska. To mnie ośmieliło:
Ona kochała mnie dla przygód moich,
A jam ją kochał za litość nad niemi.
Oto są czary, których używałem.
Niechaj mi teraz sama da świadectwo.

(Wchodzą: Desdemona, Jago, Służba).

Doża.  Powieść i moją uwiodłaby córkę.
Dobry Brabancyo, radzę ci zaniechać
W tej nieprzyjemnej sprawie dalszych kroków;
Bo lepiej walczyć połamanym mieczem
Niż nagą ręką.
Brabanc.  Wysłuchaj jej, książę;
Jeśli współudział swej skłonności przyzna,
Niech zginę, jeśli przeciw Murzynowi
Skargę ponowię. Zbliż się, mościa panno,
Czyli spostrzegasz, w tem szlachetnem kole
Komu najpierwsze winnaś posłuszeństwo?
Desdem.  Szlachetny ojcze, w tem dostojnem kole
Moją powinność rozdzieloną widzę;
Bo tobiem winna życie, wychowanie,
A wychowanie i życie mnie uczą,
Jak cię szanować. Ty woli mej panem,
Bom córką twoją. Lecz to mój małżonek,
A posłuszeństwo matki mej dla ciebie,
Dla twojej woli nad ojcowską wolę,
Niechaj mnie broni, jeśli dziś wyznaję
Równą powinność dla mego Otella.
Brabanc.  Bóg z tobą — przestań — dosyć mi już na tem!
Książę, przystąpmy teraz do spraw państwa.
Wolałbym przybrać dziecię, jak je spłodzić!

Zbliż się, Murzynie; całem daję sercem
To, czego gdybyś nie posiadał jeszcze,
Całembym sercem bronił przeciw tobie.
Tyś winna, perło, że cieszę się w duszy,
Że niebo drugiej nie dało mi córki,
Bo na tyrana krok twój by mnie zmienił,
Zmusił pod kluczem niewolnicę trzymać.
Skończyłem, książę.
Doża.  Pozwól mi słów kilka;
Słowa te może za szczeble posłużą,
Po których oni do twej łaski wrócą.
Rozpacz z serc ludzkich z nadzieją ucieka;
Z nadziei śmiercią łez wysycha rzeka.
Po niepowrotnej stracie kto się smuci,
Ten boleść nową do dawnej przyrzuci.
Ciosów fortuny skargi nie odstraszą:
Szydzić z nich możem cierpliwością naszą.
Skradziony, śmiechem okrada złodzieje;
Sam się okrada, kto łzy próżne leje.
Brabanc.  Niech Cypr w tureckich wpadnie dłoń korsarzy;
Nic nie tracimy, póki śmiech na twarzy.
Łatwo tam prawić mądre przypowieści,
Gdzie serce żadnej nie czuje boleści;
Lecz ci, słuchając, po dwa razy tracą,
Którzy swe straty cierpliwością płacą.
Tym jak żółć gorzkie, tym jak miód przyjemne,
Mądre nauki zawsze są daremne,
Bo słowo słowem, a jeszcze nie było,
By ranne serce słowo uleczyło.
Przystąpmy, proszę, do spraw narodowych.
Doża.  Turek z potężną flotą żegluje ku Cyprowi. Otello, zasoby wyspy znane ci są najlepiej; a choć nasz tameczny namiestnik posiada niewątpliwe zdolności, opinia, wszechwładna pani wypadków, więcej liczy na ciebie. Musisz więc blask swojego szczęścia przyćmić tą twardą a niebezpieczną wyprawą.
Otello.  Przyzwyczajenie, ten człowieka tyran,
Wojny kamienne i stalowe łoże

Zmieniło dla mnie na posłanie z puchu.
Wyznaję silny, wrodzony mi pociąg
Do wojny trudów; wyznaję, że chętnie
Śpieszę do boju z tłuszczą Ottomanów.
Chyląc w pokorze czoło przed senatem,
Dla żony mojej błagam o opiekę,
O poważanie, o zaopatrzenie,
O towarzystwo takie, jak przystoi
I jej godności i jej wychowaniu.
Doża.  Czy chcesz ją z ojcem zostawić?
Brabanc.  Ja nie chcę.
Otello.  Ani ja.
Desdem.  Nie chcę w domu ojca zostać,
Mą obecnością gniew jego rozbudzać.
Dostojny książę, słuchaj mnie łaskawie.
I racz do mojej przychylić się prośby,
Racz przybyć mojej prostocie na pomoc.
Doża.  O co mnie błagać pragnie Desdemona?
Desdem.  Że z nim żyć pragnę, że kocham Murzyna,
I krok mój śmiały i burze fortuny
Przed światem głoszą. Serce me podbite
Kocha rzemiosło mojego Otella.
Jam w duszy jego twarz jego widziała,
A jego sławie, a jego odwadze
Poświęcam duszę i moją fortunę.
Tak więc, panowie, jeśli tu zostanę,
Jak mól pokoju, gdy on walczyć pójdzie,
Stracę powody, dla których go kocham,
Nieprzytomności drogiej ciężkie brzemię
Zwali się na mnie. Pozwól nam iść razem.
Otello.  I ja was błagam, nie krępujcie słowem
Wolnej jej woli: a błagam was o to
Nie, żeby moje zaspokoić żądze,
Nasycić ogień młodych namiętności,
W mojem dziś sercu przez nią rozbudzonych,
Lecz żeby chęciom jej zadość uczynić.
Niechaj was niebo od myśli tej strzeże,
Że dla niej wielkie nasze interesa

Puszczę w niepamięć. Gdy skrzydlate cacko
Miłości Boga czynne władze duszy
Zdoła lubieżnem przytępić lenistwem,
Zabawą świętość obowiązków skazić,
Niech hełm mój służy za kocieł kucharce,
I niechaj wszystkie hańbiące nieszczęścia
Zadadzą kłamstwo przyszłej mojej chwale!
Doża.  Rób, jak sam zechcesz; weź ją, albo zostaw;
Nie zwlekaj tylko; rzecz nie cierpi zwłoki.
Tej nocy musisz opuścić Wenecyą.
Otello.  Rozkazy wasze chętnem spełnię sercem.
Doża.  Senat się zbiera jutro o dziewiątej.
Otello, w mieście zostaw oficera,
Który ci nasze poniesie rozkazy,
Wszystkie oznaki względów i honoru,
Które twej nowej przystoją godności.
Otello.  Książę, zostanie w mieście mój chorąży,
Człowiek uczciwy i godny ufności.
Jego opiece żonę mą zostawiam,
A razem wszystko, co senat zamierzy
Wyprawić za mną.
Doża.  Niechże i tak będzie.
Teraz dobranoc! Szlachetny Brabancyo,
Jeżeli cnota wagę ma piękności,
Nikt zięcia twego nie sprosta białości.
I Senator.  Bądź zdrów, Murzynie, kochaj Desdemonę!
Brabanc.  A niech jej strzeże bacznie twa źrenica:
Zwiedzie ta męża, co zwiodła rodzica!

(Wychodzą: Doża, Senatorowie i Oficerowie).

Otello.  O, za jej wierność życiem odpowiadam!
Uczciwy Jago, moją Desdemonę
Zostawiam w twojej żony towarzystwie;
A ile możesz, nie zwlekaj przybycia.
Pójdź Desdemono, godzinę mam tylko,
Którą mi wolno poświęcić miłości,
Słodkim rozmowom. Czas panem jest naszym.

(Wychodzą: Otello i Desdemona).

Roderigo.  Jago —

Jago.  Co chcesz mi powiedzieć, szlachetne serce?
Roderigo.  Co mam począć, jak myślisz?
Jago.  Co? Pójść do łóżka i spać.
Roderigo.  Utopię się natychmiast.
Jago.  Jeśli to zrobisz, przestanę cię kochać na zawsze. Dlaczego chcesz się topić, szaleńcze?
Roderigo.  Szaleństwem jest żyć, kiedy życie jest męczarnią. Naszą receptą jest umrzeć, kiedy śmierć jest naszym
doktorem.
Jago.  Co za nikczemność! Patrzę już na świat lat cztery razy siedem, a odkąd mogłem rozróżnić dobrodziejstwo od krzywdy, jeszcze nie znalazłem człowieka, któryby umiał kochać samego siebie. Nimbym powiedział: utopię się z miłości dla perlicy, pomieniałbym się wprzódy na życie z pawianem.
Roderigo.  Co robić? Wyznaję, że wstyd mi do tego stopnia być zakochanym, lecz nie mam w sobie dość cnoty, aby tę miłość zwyciężyć.
Jago.  Cnoty? fe! Od nas samych zależy być tem, albo owem. Ciała nasze, to nasze ogrody, w których wola nasza jest ogrodnikiem. Czy to chcemy sadzić pokrzywy, czy siać sałatę, hodować hizop, a plewie tymianek; czy to zapełnić go jednym rodzajem ziela, czy go rozdzielić między wiele; czy zrobić jałowym przez niedbalstwo, czy użyźnić przemysłem; siła do tego i wszechwładne środki leżą w naszej woli. Gdyby wagi naszego żywota nie miały jednej szali rozumu dla równoważenia drugiej szali zmysłowości, krew i ułomność naszej natury powiodłyby nas do najopłakańszych konkluzyi. Lecz mamy rozum na ostudzenie naszych szalonych popędów, naszych cielesnych podniet, naszej niepohamowanej lubieżności; a tak więc wnoszę, że co ty nazywasz miłością, jest tylko
pasożytną naroślą.
Roderigo.  To być nie może.
Jago.  Jest tylko wybrykiem krwi, a dopuszczeniem woli. A więc śmiało, pokaż się mężem! Utopić się? Top koty i ślepe szczenięta! Powiedziałem ci już, że

jestem twoim przyjacielem, a teraz dodaję, że wiążą mnie do twoich zasług liny wiecznotrwałej siły. Nigdy jeszcze nie mogłem usłużyć ci lepiej, jak dzisiaj. Wyładuj kieskę pieniędzmi; ruszaj na tę wojnę, a dla niepoznania, przypraw sobie fałszywą brodę; tylko powtarzam: wyładuj kieskę pieniędzmi! Niepodobna, żeby Desdemona trwała długo w miłości dla Murzyna — wyładuj kieskę pieniędzmi! — albo Murzyn w miłości dla niej. Początek był gwałtowny, taki będzie i koniec, zobaczysz. Wyładuj tylko kieskę pieniędzmi! Pokarm teraz mu tak smaczny, jak szarańcza, wyda mu się wkrótce gorzki, jak ośli ogórek. A i ona też trudno, żeby nie zapragnęła młodszego; jak się nim nasyci, odkryje błędy swego wyboru. Ona musi się zmienić, musi — a więc wyładuj kieskę pieniędzmi! Jeśli ci się chce gwałtem iść do piekła, toć szukaj przynajmniej przyjemniejszej drogi, niż utopienie. Zbierz, ile możesz pieniędzy! Jeśli święte a wiotkie przysięgi barbarzyńskiego włóczęgi a przechytrej Wenecyanki nie będą za twarde dla mojego dowcipu i wszystkich potęg piekielnych, będziesz ją miał; zbieraj więc pieniądze! Do dyabła z utopieniem! Nie tędy do niej droga. Staraj się raczej wisieć po zadosyćuczynieniu twojej żądzy, niż tonąć przed jej spełnieniem.
Roderigo.  Czy mnie tylko nie opuścisz, jeśli pójdę za twoją radą i oprę na niej moje nadzieje?
Jago.  Licz na mnie. Idź, zbieraj pieniądze! Mówiłem ci często i powtarzam raz jeszcze: nienawidzę Murzyna! Sprawa moja tkwi mi w głębi serca; twoja nie mniejszej jest wagi. Połączmy się i razem szukajmy zemsty. Jeśli potrafisz rogi mu przyprawić, będzie to rozkoszą dla ciebie, a dla mnie zabawką. Są jeszcze wypadki w łonie czasu, co się później narodzą. A teraz
marsz! Zbieraj pieniądze. Jutro pogadamy o tem obszerniej. Bądź zdrów!
Roderigo.  Gdzie się zejdziemy jutro rano?
Jago.  W mojem mieszkaniu.

Roderigo.  Przyjdę jak najwcześniej.
Jago.  Bądź zdrów! — Ale, ale, Roderigo —
Roderigo.  Co chcesz powiedzieć?
Jago.  Ani słowa więcej o utopieniu! Czy słyszysz?
Roderigo.  Zmieniłem postanowienie. Sprzedam wszystkie moje posiadłości.
Jago.  Dobrze zrobisz. Bądź zdrów! Wyładuj tylko dobrze sakiewkę! (Wychodzi Roderigo).
Tak zawsze głupca w kieskę moją zmieniam.
Krzywdębym robił memu rozumowi,
Gdybym inaczej trawił czas z tym dudkiem,
Jak dla zabawy mojej i korzyści.
Jak nienawidzę Murzyna! Wieść chodzi,
Że w mej łożnicy powinność mą pełnił;
Czy prawda, nie wiem; lecz za podejrzenie
Tak mu zapłacę, jak za pewność samą.
W cnotę mą wierzy — sprawa tem łatwiejsza.
Posłuży Kassyo. Myślmy, jak najłatwiej
Miejsce mu zabrać, a zemstę nasycić
Przez dubeltowe łotrostwo. A jakże?
Po pewnym czasie szepnąć Otellowi,
Że z jego żoną zbyt jest poufale.
Gładka twarz jego, jakgdyby stworzona
Zwodzić kobiety, zbudzi podejrzenie.
Murzyn jest prostej, otwartej natury,
Wierzy w uczciwość, gdzie widzi jej pozór.
Tak mi go łatwo za nos będzie wodzić,
Jak osła — mam go! — myśl jest już poczęta.
Niech teraz ciemność i piekło swą władzą
Potwór co rychlej na dzień wyprowadzą! (Wychodzi).







Przypisy

  1. Wiersz może także znaczyć: Chciała, by Bóg ją takim mężem stworzył.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: William Shakespeare i tłumacza: Leon Ulrich.