Ostatnie chwile skazanego/całość

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Klemens Junosza
Tytuł Ostatnie chwile skazanego
Podtytuł Fantazja
Pochodzenie „Kolce“, 1876, nr 23
Redaktor J. M. Kamiński
Wydawca A. Pajewski i F. Szulc
Data wydania 1876
Druk Aleksander Pajewski
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBI
Okładka lub karta tytułowa
Indeks stron


OSTATNIE CHWILE SKAZANEGO.
(Fantazja)
przez Klemensa Junoszę.





I.

Na wieży ratuszowej w X. stary zegar jęknął bolesnym głosem zwiastując światu północ. Jednocześnie w starej zębem czasu dotkniętej baszcie zamkowej, ozwał się puszczyk złowrogi. Wszystko zwiastowało jakieś nieszczęście. Chrapliwy odgłos trąby nocnego stróża wtorował wyciu wilków, co usiadłszy w poblizkiem gaju wlepiły oczy iskrzące w domek leśniczego, jakby chciały urągać temu strażnikowi lasów. Wszystko pogrążone w śnie głębokim milczało. Wieże impertynencko patrzyły na chmury ciężkie, ołowiane, groźne, a czarne jak piekło. Na rynku jakiś fenomenalnie chude psisko z filozoficznym spokojem ogryzał kość; a widząc w niej wcielenie swych psich kwestji, uwag i spostrzeżeń, zdawał się być obcym temu co się koło niego działo.....
Od czasu do czasu podnosił zwierzchnią wargę, pokazywał zęby białe i ostre, i kudłatę fizognomję układał do gorzkiego sarkastycznego uśmiechu, w którym malowało się zwątpienie, obojętność i pogarda świata.
Może, gdyby ten pies miał rękę, to machnął by nią pogardliwie, i w tym geście pełnym wyrazu streściłby swój pessymistyczny pogląd — lecz nie posiadając ręki, nie zastanawiał się długo, i uczynił to samo za pomocą ogona, przytem rzucił gorzkie spojrzenie w stronę okna oświetlonego słabym blaskiem lampki.
Ten pies musiał coś wiedzieć...

II.

Lampka słabym blaskiem oświecała ubogą stancyjkę, kulawy stół i ściany, co przecinając się w rozmaitych kierunkach świadczyły iż stoją na tym stopniu wzniesienia nad poziom morza, który pospolicie zowie się poddaszem.
Nad stolikiem widać było czarną czuprynę, dwa ramiona, ogromne pióro gęsie, które ze strasznym zgrzytem przesuwało się po papierze.
Księżyc wyjrzał z za chmur, i ironicznie spojrzał w okienko w tem przekonaniu, że widzi literata kującego sztukę na konkurs i sięgającego po drugą nagrodę.... ale nie, tym razem omylił się księżyc... piszący nie był literatem, nie był artystą, nie był niczem innem tylko człowiekiem zakochanym.
Miłość kazała mu siedzieć o północy, miłość kazała mu pisać przy blasku lampki, miłość wreszcie zmuszała go do ostatecznego rozbratu ze światem, przyjaciołmi młodości, z tą całą wesołą czeredą, w gronie której tyle chwil wesołych przepędził, tyle partji bilardowych wygrał, tyle przemarzył, prześnił i przetańczył...
Spojrzał na zegarek.
— Już trzecia, rzekł do siebie, jeszcze dziewięć godzin tego życia... Ach! dziewięć godzin... czemże jest dziewięć godzin w porównaniu z wiecznością! to tylko 540 minut... ah prawda i to wiele... 32400 sekund! ale każda sekunda tak krótka... tak prędko ubiega!
Wziął się za puls.
Puls uderzał gorączkowo... krew biła przyspieszonem tętnem... życie spieszyło jakby tym pośpiechem chciało sobie wynagrodzić czekający je spoczynek...
— Br... jeszcze ośm godzin i przyjdą, ubiorą mnie czarno... sami czarni jak krucy... poczciwy proboszcz przemówi do mnie słowami duchownej pociechy... a potem... a potem... zwiążą ręce i...
W tej chwili pies na rynku zawył okropnie, przeraźliwie i żałośnie...
Ten pies musiał coś wiedzieć.....


III.

Jakże obojętną, jak nieczułą jest owa osławiona i uwielbiona przez poetów przyroda!
Gdy radość napełnia duszę człowieka, gdy serce wiruje w rozkosznem upojeniu miłości zachwytu i szczęścia, wówczas owa przyroda płacze deszczem, grzmi piorunem strasznym, lub bije świat lodowatym gradem...
Przeciwnie zaś w chwilach ważnych lub ciężkich, gdy wyprężone pasmo życia pęka... gdy oko zwraca się trwożnie na miecz Damoklesa wiszący nad głową... o! wówczas ona śmieje się promiennem okiem słońca, stroi się w perły i brylanty rosy, w barwne kwiaty i kryształowe źródła... oh! wtenczas szatańsko-piękna... wtenczas jest majestatyczno-powabna, rozkoszna jakby na urągowisko ludzkiej boleści...
Jest coś demonicznego w przyrodzie.
Pół do dwunastej.
Ubrali go czarno, sami czarni jak krucy, sprowadzili na dół...
Spojrzał raz ostatni na swoje poddasze.
W oczach miał łzy, lecz umiał powstrzymać swą boleść.
Skazany... egzukucja się zbliża... on drży... cóż w tem dziwnego.
Dam rubla temu kto nie zadrży!
Spienione konie uniosły zamkniętą karetę.
Stanęli u celu.
On z głową spuszczoną ku ziemi... obok niego wierna kochanka...
Jeszcze chwila...
Ozwała się muzyka... Ksiądz się zbliżył.
— Józefie, spytał go głosem wzruszonym, masz że ty wolną i nieprzymuszoną wolę?..
— Mam, odpowiedział skazany.
— W tej chwili nić życia kawalerskiego przeciętą została jak mieczem...

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

Na rynku pies kudłaty łzawo spoglądał w przestrzeń...
Ten pies musiał o wszystkiem wiedzieć.






Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Klemens Szaniawski.