Ostatnia z Xiążąt Słuckich/Tom I/VII

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Józef Ignacy Kraszewski
Tytuł Ostatnia z Xiążąt Słuckich
Podtytuł Kronika z czasów Zygmunta trzeciego
Data wydania 1841
Wydawnictwo Józef Zawadzki
Druk Józef Zawadzki
Miejsce wyd. Wilno
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tom I
Pobierz jako: Pobierz Cały tom I jako ePub Pobierz Cały tom I jako PDF Pobierz Cały tom I jako MOBI
Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron

VII.
Posłowie.

Następującego dnia wielki tumult przed Radziwiłłowskim pałacem, którego nietylko dziedzińce, lecz i plac przed nim, napełnione były ludźmi i końmi pocztowemi, hussarzami, hajduki, pajukami, kozactwem Panów Senatorów, co się tu byli zjechali. Tłum ten ludu, koni i kolass, wystawiał dziwnéj rozmaitości obraz, któremu ciekawi Wileńscy mieszczanie przypatrywali się stojąc we wrotach kamienic, w oknach i na tych stosach gnoju i śmiecia, które jakby wałem większą część domów opasywały naówczas. Były tam wszelkiéj barwy i kroju stroje: połyskujący hussarze, zamaszyści z długiemi sełedcy kozaki, ogromni hajducy, mali pazikowie w opiętych sukniach, i dworzanie szlachta strojni każdy po swojemu, przy karabelach, na koniu. Cała ta ciżba dworska gwarzyła głośno, gdy Panowie u Wojewody na śniadaniu podobnież żywą wiedli rozmowę, przed udaniem się w poselstwie do Kasztellana Wileńskiego, imieniem Wojewody. Brakło jeszcze tylko P. Lwa Sapiehy Kanclerza, zięcia Wojewody, który się był nieco opóźnił, lecz wkrótce i jego poczt się ukazał ciągnący ulicą od Zamku. Sam Kanclerz jechał kolassą i kilku tylko z sobą miał pacholąt. Ledwie już dla ścisku powóz Sapiehy mógł zajechać do wrót pałacu, mijając ludzi, konie i kolassy wprzódy przybyłych. Wysiadł z niéj w gankach Lew Sapieha, wysokiego wzrostu, mężnéj i wspaniałéj postawy mąż, którego twarz męzką zdobił wąs i bródka krótko ucięta; na głowie strzępiła się odrobina tylko włosów podgolonych. Kanclerz Lew udał się prosto do sali, w któréj już wszyscy zgromadzeni byli Senatorowie. Była to wielka komnata, wysoka, przecięta kilką długiemi oknami, ozdobiona w trofea wojskowe, pozawieszane na ścianach, na obiciu z pąsowego axamitu. Wśród niéj wrzawa była i nacisk, bo wszyscy przybyli rozmawiali żywo i razem. Xiąże Wojewoda z synem gospodarzyli gościnnie przyjmując. Zastawiony był stół wpośrodku, pokryty szytym we wzory, spadającym nizko obrusem, na którym kurzyły się srébrne z potrawami misy i pół-miski. Przy drugim stole był Marszałek Dworu i Piwniczy, mający dozór nad stosami srébrnych naczyń, konwiami, dzbany i flaszami wina, kubki, becherkami i t. d. Dworscy posługiwali. Gdy wszedł Lew Sapieha, znać było, że się już śniadanie poczęło od półgodziny najmniéj, bo i twarze nim ożywione i głosy raźniejsze były, niż na czczo bywają. Witał go uściskiem Pan Wojewoda i Xiąże Janusz, inni Senatorowie ukłonem, inni podaniem ręki — Zrobiono mu wnet miejsce przed stołem, i wrzawa na chwilę przycichła —
— Opóźniłem się nieco, rzekł Kanclerz do Wojewody; ale to nie moja wina, tylko mego zégaru, który mi jeszcze nie tak spóźnioną godzinę mówił, jak jest może w istocie...
— Nie jest jeszcze późno, odrzekł Wojewoda, a na nasze poselstwo, do którego WMościów Miłosiernych Panów uprosiłem, jeszcze wielka pora.
— Wiém, odpowiedział Lew, że Kasztellan w domu, i snać przygotowany na przyjęcie nasze, bo i Pan Starosta Żmudzki przed godziną do niego przyjechał i Pan Alexander Chodkiewicz także tam być musi.
— Zapewne do rady wezwał bratanków, rzekł Xiąże z uśmiéchem; ciekawa rzecz czy mu tak dobrze znów poradzą jak wprzódy, kiedy go namówili na owo zaręczenie im dane. Nie spodziéwam się, dodał, aby co z tego poselstwa wynikło nowego, bo Chodkiewicze już nawet czy szczérze, czy dla pozorów tylko, kamienicę swoją, jak mi mówią, fortyfikują, i do wojny serjo się sposobią. Zapewne P. Starosta Żmudzki radby tu swoich wojennych talentów dać dowody.
— Wątpię aby do takich ostateczności przyjść miało, rzekł Lew. Ufam ze PP. Chodkiewicze miłują pokój i zgodę. Mam wszelką dobrą nadzieję.
Lew Sapieha swego czasu znakomity człowiek, zawsze tym sposobem brał rzeczy, w każdéj sprawie wyszukując środka, i tego się trzymając, żadnego stronnictwa nie podpiérając wyraźnie, wszędzie usiłując być medjatorem i pojednawcą; był bowiem stworzony na pośrednika. Gdy te słowa mówi Sapieha, tym czasem Abramowicz Wojewoda Smoleński, rzuciwszy okiem na Lwa Sapiehę, ozwał się cicho do Starosty Mozyrskiego, kończąc rozmowę poczętą w przedmiocie religijnym.
— Dajmy pokój, bo oto Kanclerz nas słucha i gotów wziąść do siebie, co na papistów i apostatów powiémy, należąc i do jednych i do drugich.
Zaczém umilkli i ustanowiła się rozmowa ogólna, nic nieznacząca, powierzchownie tylko przedmiotów, i to obojętnych, dotykająca. Gdy się już śniadanie kończyło, Pan Wojewoda Wileński wezwał ku oknu PP. Senatorów zgromadzonych, i zaczął im przekładać żądania swoje z pewném umiarkowaniem i wstrzemięźliwością języka, uważając na przytomność osób tylu.
— Wielce jestem WMościom miłym Panom a braciom obowiązany, rzekł, żeście raczyli na moją prośbę się nakłonić, i udzielacie mi pomocy Waszéj w opłakanéj téj sprawie z P. Kasztellanem Wileńskim. Nie będę się tu rozszérzał z żalem moim, bo WWMościom aż nadto jest wiadoma, jako i całéj Koronie i W. X. Litewskiemu sprawa nasza, jawna i znana. Jakkolwiek się ona zakończy, a ufam że dobrze i pomyślnie, słuszna jest, aby JMPan Kasztellan dozwolił tym czasem Xięciu Januszowi starać się o łaskę i przyjaźń przyszłéj jego małżonki. Przez lat kilka miał on wolny do niéj przystęp; dozwolono mu było jéj zasługiwać się; od czasu zaś jak się między nami te nieszczęsne zawiązały spory, odepchnięty został od domu JMPP. Cbodkiewiczów i Xiężnéj Zofji, a nietylko jemu drzwi zamykają, widzenie się trudnią, lecz posłańców nie puszczają, listy precz odsyłają, słowem, wszelką zerwać usiłują kommunikację. Jeśli JMPP. Chodkiewiczowie i nadal tak postępować będą, widocznie nie zgody, jak powiadają, ale sporu i wojny okażą pragnienie. Raczcie WM. wyłożyć im potrzebę, przyzwoitość i słuszność żądań naszych, których zresztą zadość uczynienie do niczego nie obowiązuje i w niczém PP. Chodkiewiczów nie wiąże. Niech Xiąże Janusz ma swobodne każdego czasu wejście, a ja tym czasem więcéj nie żądam. Spuszczam się na przemożną intercessją WWPP., miłych braci, iż to otrzymać u nich potraficie — i jeszcze raz ponawiam podziękę moją, żeście to poselstwo raczyli przyjąć na się —
Senatorowie kilką słowami odpowiedzieli, a mianowicie Pan Abramowicz Wojewoda Smoleński, który odezwał się za innych.
— W. X. Mość możesz być pewnym że się tak stanie, jak słusznie żądasz. Jakkolwiek P. Kasztellan unika dopełnienia umowy, nie potrafi w to, aby ją unikczemniał; sam on to czuć musi, że jest świętą i niezłamaną. Zaczém spodziéwać się można, że nim zgoda i koniec temu wszystkiemu będzie, nie odmówi przynajmniéj X. Januszowi przystojnego obcowania z przyszłą jego małżonką.
Po tych słowach Senatorowie zabrali się ruszać do pałacu Kasztellana Wileńskiego i uradzili między sobą, że głos miał być dany Kanclerzowi Sapiezie. Powiedzieliśmy już iż człowiek ten, jako z charakteru swego medjator, najstosowniejszy był, gdy chodziło o zbliżenie nieprzyjaciół i pojednanie choć chwilowe powaśnionych. Naradziwszy się więc PP. Senatorowie poczęli żegnać Wojewodę, który miał ich z powrotem oczekiwać u siebie, i ruszyli potém Zamkową Ulicą, ku pałacowi Kasztellana pod Bernardyński Klasztor.
Kasztellan przygotowany był na ich przyjęcie. Przeszłego jeszcze dnia oznajmił mu coś zrana o poselstwie X. Jan S. Jezu, poźniéj zaraz inne osoby blizkie Senatorów, nietylko o tém, ale i o przedmiocie poselstwa znać dały. Z przybyłemi więc właśnie P. Starostą Żmudzkim i bratem jego Alexandrem uczyniono naradę. Rownie oni, jak sam Kasztellan, wszelkiemu krokowi do zgody i wszelkiéj powolności dla Radziwiłłów byli przeciwni. — Obrażeni, i nie bez przyczyny, słabsi, więc obraźliwsi, trzymali się dumnie i mocno w nieprzyjaźni swéj, wyzywali wojnę, żeby nie okazać, iż się jéj lękają. Dwaj bratanki Kasztellana umyślnie postanowili poselstwu być przytomni, dla tego, iż zawarta ze stryjem umowa, obowiązywała go nic bez nich w téj sprawie nie poczynać; postanowili nie postąpić nic, nie dać się ugiąć w rzeczy, a w odpowiedzi nic stanowczego nie wyrzec i zbyć czémś dwuznaczném. Chcieli oni okazać tém, jak mało dbają o zgodę i jak niepodobną ją widzą, gdy Xiąże Wojewoda tym krokiem ku nim okazywał przeciwnie, że zawsze stał przy piérwszéj umowie, którą, jaką koniecznie dopełnić się mającą, uważał.
Gdy Panowie Senatorowie przybyli do pałacu Chodkiewiczowskiego, nie znaleźli tu na pozór żadnego na przyjęcie ich przygotowania. Zwykła liczba dworskich wyszła na ich spotkanie, żadnego nie widać było przyboru, żadnego oczekiwania, ani też podziwienia, gdy się ukazali. Kasztellan wyszedł do wielkiéj sali z Panami Janem Karolem i Alexandrem synowcami swemi, z kilką przyjaciółmi, i tu posłów przyjął. Po piérwszych, acz bardzo zimnych przywitaniach, Lew Sapieha głos zabrał.
— Przybyliśmy tu, rzekł, P. Kasztellanie Wileński, w pośrednictwie i poselstwie przyjacielskiém od Xięcia Wojewody Wileńskiego.
— Wątpię, ażeby co przyjacielskiego między mną a Panem Wojewodą być mogło, odpowiedział Kasztellan zimno i poważnie.
— Nie chciejcie się tak uprzedzać, odpowiedział Lew. Być może, iż okoliczności przywiodły was do oziębłości, do niechęci wzajemnych z P. Wojewodą Wileńskim; lecz mamy wszyscy nadzieję, że się to po przyjacielsku i zgodnie, da Bóg, rozwiąże i ukończy. Smuci się i trapi sam P. Wojewoda Wileński, iż tak szkodliwe zajście rozdziela go — z P. Kasztellanem i zacną rodziną JMości, ale ufa zawsze Jego sercu, iż potrafią się spory z powszechném obu stron zaspokojeniem skończyć. Wiadoma, mówił daléj Lew, jaka była umowa, ś. p. brata Jego i Waszego względem oddania Xiężnéj Słuckiéj pupilji Ich, za Xięcia Janusza syna P. Wojewody —
Tu Lew Sapieha powolnie i dobitnie byłby daléj swój urzędowy wykład rzeczy ciągnął, gdyby mu żwawo Jan Karol z żołnierską popędliwością nie przerwał.
— Pan Wojewoda Wileński próżno w tę umowę bije, ona jest przeciwną prawom Kościelnym i W. X. Litewskiego i do skutku przyjść nie powinna, nie może. Nie przyjdzie! dodał kładnąc mimowoli rękę na szabli.
— Nie dla wszystkich, odpowiedział Abramowicz, prawa Kościelne są obowiązującemi.
— Lecz dla wszystkich sądzę, rzekł Jan Karol dumnie, obowiązującemi są Litewskie, które równie małżeństwa między blizkiemi zakazują, pod bękarctwem dzieci i zabraniem majętności.
— Wszakże nie piérwszy by to był przykład takiego małżeństwa, rzekł Lew; stare przykłady upoważniają do niego: mamy zawsze nadzieję, że ono się da ułożyć. Tym czasem, nim się te spory ukończą i rozstrzygną (o czém nie wątpim) prosi przez nas Wojewoda i my się o to wszyscy do JMPana Kasztellana wstawiamy, abyście przynajmniéj jednéj części Waszych obietnic dotrzymali, nie broniąc przystępu do X. Zofji i starania się o jéj względy Xięciu Januszowi.
— Do czegoż to ma służyć? spytał zimno Kasztellan: do tego, aby Xiężną Zofją wystawić na szkalowanie, aby ją niejako zmusić do przeciwnego prawom małżeństwa?
— Nie jest to myśl Wojewody — rzekł Lew Sapieha, ani go o to posądzać się godzi, lecz P. Wojewoda Wileński, gotów będąc zawsze obietnic swych dopełnić święcie, spodziéwa się mimo zajść i sporu, że JMPan Kasztellan ze swéj strony podobnież postąpi. Radby on, aby gdy to małżeństwo do skutku przyjdzie, Xiąże Janusz nie był obcym swéj żonie. Gdy, co więcéj, powiedziano jest w umowie, iż Xiężna, nie przymusem i siłą (co słuszna) lecz z własnéj woli i natchnienia, gdy się za X. Januszem zdeklaruje, ma być daną mu za żonę; sprawiedliwa jest dozwolić mu starać się o to, aby jéj łaskę i affekt pozyskał.
Kasztellan zimno całego perjodu medjatorskiego z zwykłą Lwu Sapiezie płynnością, wycedzonego powolnie, wysłuchał, a po chwilce rzekł.
— Nie potrafim się zrozumiéć, Mości Kanclerzu — bo z inszego punktu rzecz widzimy. Wy obstajecie za umową pisaną?
— Wyście ją sami podpisali?
— Zrobiłem to nieuważnie i nieprawnie, prośbami i naleganiem zmiękczony, a raczéj braterskiém zobowiązaniem się zmuszony — rzekł Kasztellan — W tém chętnie przyznaję się do błędu i winy — i chcę się poprawić. Umowa ta nie ważna.
— Wy więc, spytał Lew Sapieha, za nieważną całkiem uważacie tę umowę? Wy dopełnienia tego, coście Waszym szlacheckim podpisem stwierdzili, odmawiacie?
Na te słowa, które Kasztellana, jakkolwiek wytrwałego i cierpliwego, krwią oblały, gdy usłyszał o złamaniu szlacheckiego słowa, wymienioném umyślnie przez Sapiehę, spodziéwającego się zwojować wszystko przeciwne tym argumentem nieodpartym w owych czasach; na te słowa Kasztellan dumnie odstąpił krok, zaczerwieniony, blady na przemian, drżący.
— Nie jest to miejsce, nie czas, rzekł, dopominać się spełnienia umowy; a gdy będzie czas i miejsce potemu, okaże się jawnie, kto jak swoich zobowiązań i przyrzeczeń dopełni.
Domawiając tych słów, skłonił się Kasztellan, i unikając dalszéj rozmowy, nalegań, przeprosin, prośb, kilka kroków w tył odstąpił. Było to hasłem pożegnania dla PP. Senatorów, którzy zrażeni zimną a dumną Kasztellana postawą, surowemi wejrzeniami P. Alexandra i Jana Karola, więcéj nalegać nie śmieli, w duchu przypisując zły skutek poselstwa niezwykłéj przymówce Lwa Sapiehy, i na niego zwalając całą winę. Za czém mieli się do wyjścia z niczém, i nadspodzianie krótko zabawiwszy, w milczeniu wracali do pałacu Radziwiłłowskiego.
— Kanclerz wszystko popsuł, mówili pocichu w drodze; niechże się jak chce przed Wojewodą teściem swoim tłumaczy teraz, my umywamy ręce.
Xiąże Wojewoda oczekiwał na nich z synem wielce niespokojny, wahając się między nadzieją a niepewnością skutku; lecz gdy z okien ujrzał tak prędko nazad powracający orszak, zdziwiony i pomięszany, sądził naprzód, iż Kasztellana nie zastali.
Syn równie, a może bardziéj jeszcze niespokojny, nie śmiał złowrogiego ojcowskiego milczenia żadną przerwać uwagą: spoglądał na powracających, nie pojmował powrótu.
Wreście podjechali pod Radziwiłłowski pałac, i w milczeniu szli po wschodach, naradzając się z sobą, jakby nieskuteczność poselstwa Wojewodzie Wileńskiemu osłodzić.
— Wam Mości Kanclerzu przystało, rzekł Starosta Mozyrski, zdać sprawę ze wszystkiego. Osłodźcie Wojewodzie jak można odmówienie PP. Chodkiewiczów —
Wojewoda oczekiwał na nich w progu, spójrzał i poznał niedobrą nowinę na twarzach.
— Cóż nam przynosicie Mości Kanclerzu! rzekł, czy Kasztellana nie było w domu, czy Was nie przyjął?
— Owszem, uczciwie nas przyjął — rzekł Lew najswobodniéj, medjatorską swą odgrywając rolę.
— I cóż odpowiedział? przerwał Wojewoda.
Kanclerz namyślał się jeszcze jak odpowiedź obrócić i ucukrować, gdy Xiąże, domyślający się wszystkiego, purpurowy stanął i wrąc od gniewu zawołał.
— Mości Kanclerzu! czyli nas i naszą prośbę znieważył??
— Bynajmniéj, owszem, odpowiedział Lew.
— Więc dozwolił? zapytał Wojewoda równie szybko. To być nie może! Zanadto znam jego i tych Jezuickich jego bratanków! Cóż odpowiedział? co odpowiedział?
— Słowo w słowo; przerwał Starosta Mozyrski, widząc, że Kanclerz nie prędko odpowie, a Wojewoda burzy się coraz bardziéj; słowo w słowo, stryju — że gdy będzie czas i miejsce potemu, pokaże się kto swoich przyrzeczeń i jak dopełni.
— Cóż to znaczy? krzyknął Wojewoda — czy wyzwanie!
— Ale nie! nie! przerwał Lew Sapieha — nie w tém to sądzę rozumieniu powiedzianém było — Kasztellan jest obrażony, trzeba mieć wzgląd na jego żal poniekąd słuszny!
— Odmówił więc, wołał Wojewoda — odmówił WWMMościom i mnie — odmówił tego o cośmy prosili, odmówił dozwolenia widzenia się z Xiężną Panu Januszowi?
— Na to nie odpowiedział wyraźnie, rzekł Lew — ale sądzę —
— Ja sądzę, rzekł Wojewoda, że to się inaczéj jak z orężem w ręku nie skończy — Chce zatém, żebym poszedł z wojskiem dopomniéć się umowy! Chce tego, będzie miał. Znajdę ja przyjaciół, znajdę ja swoich, tak jak on ma Króla i Jezuitów — Chce wojny, chce wojny —
— Ale, Xiąże teściu, przerwał Lew, nie wyciągajcież tak śpiesznie wniosków tak dalekich — nie mówił, nie myślał o wojnie —
— A cóż to znaczy Mości Kanclerzu — odpowiedział gorąco Wojewoda — jeśli nie to? Cóż to znaczy? że za nic ma umowę, że jéj dopełnić, nawet w warunkach mniejszych i na przedstawienie Wasze, na prośby moje niechce? Że ją zrywa — Ale na Boga Jednorodzonego, ja jéj nie zrywam. Ja się o nią dopomnę, srogo się dopomnę! Przepraszam WWPP. moich a miłych braci, żem Was naraził na to nieprzyjemne poselstwo — Wybaczcie mi to, alem się nie spodział, aby tak na niczém zejść miało. Bóg świadkiem moim! Ale znajdę ja inny, skuteczniejszy sposób na PP. Chodkiewiczów, i nie dozwolę żartować z siebie. Wszystkich WWMościów biorę za świadki, żem nie piérwszy umowę odstąpił, że nie ja ją zrywam, że ją szanuję, a jeśli nie dobrą wolą, to musem i orężem dopełnienia jéj dopilnuję.
To mówiąc Wojewoda padł na krzesło zmęczony, trzęsący się od gniewu, spójrzał na Xięcia Janusza, który stał także w płomieniach: spójrzał, i uderzywszy ręką po kolanie, rzekł:
— Wojna! no to wojna! gotów jestem i do niéj! Lecz nie ustąpię, na Boga Jednorodzonego, nie pożyje mnie! Będziesz miał wojnę, kiedy jéj chcesz i do niéj wyzywasz! A krew ta niechaj spadnie na ciebie!

KONIEC TOMU PIÉRWSZEGO.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Józef Ignacy Kraszewski.