Ostatnia kochanka Franciszka Józefa/Zmierzch
| <<< Dane tekstu | |
| Autor | |
| Tytuł | Ostatnia kochanka Franciszka Józefa |
| Wydawca | Towarzystwo Wydawnicze „Rój” |
| Data wyd. | [1926] |
| Miejsce wyd. | Warszawa |
| Źródło | Skany na Commons |
| Inne | Cały tekst |
| Indeks stron | |
Na kilka lat przed wybuchem Wielkiej Wojny umarł zdala od Wiednia pan de Kiss. Pani Schratt została wdową. Córki cesarskie drżały od tej pory nieustannie, by cesarz nie zawarł z panią Schratt małżeństwa morganatycznego, jak Ludwik XIV z panią de Maintenon.
Obawy były płonne. Cesarz zabezpieczył bardzo hojnie przyszłość materjalną swojej przyjaciółki, lecz ani na chwilę nie myślał o ślubie morganatycznym. Zbyt wysoko cenił swoją godność monarszą. Zdawał też sobie sprawę, że takie małżeństwo wpłynęłoby ujemnie na jego powagę w szerokich masach. Obawy córek płynęły z pobudek materjalnych. Liczyły one na olbrzymi majątek po ojcu. Arcyksiężna Walerja miała 13 dzieci, które pragnęła wyposażyć odpowiednio do rangi. Chociaż więc cesarz Franciszek Józef, dzięki oszczędnemu trybowi życia, zebrał przed wojną przeszło miljard koron gotówką, nie licząc nieruchomości, to jednak z uwagi, że do spadku miała prawo także i wnuczka cesarska, córka arcyksięcia Rudolfa, księżna Windisch-Graetz, dzieci Walerji mogły dostać tylko po kilka miljonów.
Rachuby na spadek zmalały po wybuchu wojny. Większość kapitałów cesarz lokował, jak wielu panujących, w Banku Angielskim. Anglicy zaraz w sierpniu 1914 roku obłożyli pieniądze Franciszka Józefa I sekwestrem.
Cesarza to zarządzenie gabinetu angielskiego zmartwiło niepomiernie. Każdemu, kto przychodził do niego na posłuchanie, oświadczał:
— Ma pan przed sobą biednego człowieka!
Po wojnie rząd angielski zwolnił z pod sekwestru fundusze cesarskie na rzecz bezpośrednich spadkobierców.
Z biegiem lat, to znaczy na kilka lat przed wojną naprawdę tylko jedna pani Schratt dotrzymywała cesarzowi towarzystwa i ona jedna szczerze interesowała się jego losem.
Najstarsza córka, księżna Gizela Bawarska, żona Leopolda Bawarskiego, tak zwanego zdobywcy Warszawy, była zajęta swemi dziećmi. Miała ona z niemi aż za dużo kłopotu. Syn rozszedł się z żoną, córką arcyksięcia Fryderyka i arcyksiężnej Izabelli. Córka ociekła z byłym paziem, baronem Seefriedem.
Arcyksiężna Walerja, matka — jak pisaliśmy wyżej — 13 dzieci, myślała tylko o wyciąganiu od ojca jak najwięcej i jak najczęściej pieniędzy.
Wnuczka, księżna Windisch-Graetz kłóciła się z mężem, za którego poszła zamąż niby to z szalonej miłości. Zrazu on miewał kochanki, potem ona brała kochanków, jednego po drugim. A cesarz nie śmiał bardzo surowo upominać, ponieważ sam nie czuł się bez grzechu.
Synowiec, arcyksiążę Franciszek Ferdynand nie mógł doczekać się śmierci stryja, po którym miał brać koronę, i wcale tej swojej niecierpliwości nie ukrywał. Przeciwnie brutalizował cesarza, który zaczął bać się synowca i robił wszelkie możliwe ustępstwa, byle tylko nie spotykać się z nim osobiście.
Jedna tylko pani Schratt pamiętała o cesarzu, i to nawet w drobnostkach. Pewnego razu cesarz u niej w willi uskarżał się, że nie może dobrze sypiać w nocy.
Pani Schratt już poprzednio słyszała o niesłychanej prostocie żołnierskiego łóżka cesarskiego.
— Najjaśniejszy Pan pozwoli — rzekła w odpowiedzi na utyskiwania cesarskie — że jutro w Schönbrunnie obejrzę Jego sypialnię.
Cesarz skinął głową na znak zgody.
To, co następnego dnia pani Schratt zobaczyła w sypialni cesarskiej, przeszło jej najgorsze obawy.
Łóżko żelazne, podoficerskie, wąziutkie, stary, wygnieciony, twardy materac, dwie stare i zmiętoszone poduszki, koc zamiast kołdry służyły cesarzowi do nocnego spoczynku. Tak sypiał cesarz, gdy mając 18 lat, popisywał się brawurą młodziutkiego oficera kawalerji. Ale na starość!
— Jak panowie mogą pozwolić — zwróciła się pani Schratt z wyrzutami do dostojników dworskich — by Najjaśniejszy Pan miał gorsze łóżko, niż najuboższy portjer w domu na przedmieściu...
— Najjaśniejszy Pan nie pozwala wtrącać się do takich spraw, jak ubranie, łóżko, bielizna i tylko co do palenia i jedzenia słucha, i to niechętnie, wskazówek lekarza.
— Już ja to biorę na siebie... — odparła energicznie pani Schratt.
Natychmiast bez straty czasu pojechała do miasta i tam w śródmieściu kupiła w pierwszorzędnym magazynie bielizny, cztery materace — jeden podłużny, a trzy poprzeczne — łóżko sprężynowe, wałek w nogi, dwie piękne i puszyste poduszki, piękną kołdrę, napełnioną puchem edredonowym, dywan przed łóżko pod nogi, a wreszcie odpowiednią ilość bielizny pościelowej.
— Proszę — rozkazała — by te wszystkie rzeczy za godzinę były w Schönbrunnie u Naczelnego Ochmistrza Dworu.
Z miasta powróciła do Schönbrunnu, zaczekała na przywiezienie łóżka i pościeli, sama własnoręcznie zasłała łóżko, a po zrobieniu tego wszystkiego kazała się zameldować w gabinecie cesarskim:
— Jestem pewna — rzekła, składając trzy ceremonjalne ukłony — że Najjaśniejszy Pan będzie tej nocy spał doskonale. Proszę tylko o jedną łaskę: o niezmienianie moich zarządzeń w sypialni Najjaśniejszego Pana.
Cesarz — jak opowiadała później pani Schratt — spojrzał się zrazu niedowierzająco na mówiącą, potem zaś uśmiechnął się i rzekł:
— Niczego nie przyrzekam, ale zobaczę...
Na drugi dzień, wczesnym rankiem, podczas śniadania, cesarz rzekł z miną zadowoloną:
— Tej nocy spałem wyśmienicie. Dziękuję pani serdecznie, pani Schratt.
Opinja publiczna pogodziła się z tym stosunkiem cesarza z panią Schratt. Jej życzenie było dla wszystkich władz rozkazem. Gdy syn pani Schratt, młody pan de Kiss, bardzo rozsądny i na miejscu młodzieniec, odsługiwał swój rok służby wojskowej, matka pojechała do miasta garnizonowego na Węgrzech, by zobaczyć syna. Komendant pułku przyjął panią Schratt z takimi honorami, jak gdyby była ona udzielną księżną.
Wielu urzędników, młodych i zdolnych, zawdzięczało swój szybszy awans tylko poparciu pani Schratt. Czasami myliła się, ale czasami wybierała ludzi istotnie zdolnych.
Po śmierci męża, pani Schratt, jako pani de Kiss, przyjęła, ze względu na syna, tytuł baronowej. Syn poświęcił się zawodowo dyplomacji. Oczywista, awansował szybko i rychło został sekretarzem legacyjnym w ambasadzie Paryskiej. Minister hrabia Berchtold wiedział, jak ma postępować, by zyskać łaski cesarza.
Raz jeden w tych latach pani Schratt podjęła się grać w sztuce, specjalnie dla niej napisanej. Kreowała rolę Marji Teresy. Cesarz pożyczył jej do sukni galowej klejnoty, które pozostały po prababce. Cieszył się powodzeniem swojej przyjaciółki i był zgryziony, że nie mógł podziwiać jej gry. Nie wypadało mu przecież być na przedstawieniu, ponieważ pani Schratt grała na scenie teatru prywatnego: „Deutsches Volkstheater“ w Wiedniu. Cesarz nigdy nie był poprzednio w tym teatrze. Wiedzianoby zatem zgóry, że tym razem przybył tylko dla pani Schratt. Byłoby to już afiszowanie się owym stosunkiem, a tego cesarz chciał i musiał uniknąć.
Podczas klęski, gdy zrazu klęska za klęską, zaczęły walić się niby gromy na armję cesarską, a potem tylko dzięki pomocy niemieckiej zdołano prawie z całej Galicji usunąć wojska rosyjskie i zająć Kongresówkę i część ziem litewsko-białorusko-ukraińskich, Franciszek Józef począł miewać złe przeczucie.
Zwierzał się z niemi przedewszystkiem pani Schratt:
— Kto wie, pani Schratt, czy jeszcze nie przyjdzie mi uciekać z Wiednia. Będę musiał tułać się na obcej ziemi bez własnego dachu...
Pani Schratt przeklinała także ową wojnę, tak lekkomyślnie wywołaną przez zbrodniczych dyplomatów austro-węgierskich z poduszczenia Berlina. Pocieszała wprawdzie, jak mogła sędziwego monarchę, lecz i ją chwilami zdejmował strach, jak skończy się ta bardzo niebezpieczna gra.
O syna na szczęście była spokojna. Wyrobiła bowiem sobie u cesarza tę łaskę, że pozostawiono go i nadal w służbie dyplomatycznej. Jako dyplomata służył przez pewien czas już po śmierci cesarza Franciszka Józefa u boku dr. Ugrona, przedstawiciela dyplomatycznego Austro-Węgier w Warszawie.
Sytuacja pani Schratt stała się tragiczną w chwili, gdy 19 listopada 1916 roku lekarze zaczęli obawiać się o życie cesarza Franciszka Józefa I-go. Tego dnia rankiem cesarz z rąk proboszcza zamkowego biskupa księdza d-ra Seydla przyjął Komunję Świętą.
Na zamek w Schönbrunnie zjechała cała rodzina najbliższa i dalsza umierającego cesarza.
Równocześnie następca tronu arcyksiążę Karol wraz z żoną, matką żony i całem swem otoczeniem trzymał się w pogotowiu, aby każdej chwili objąć władzę cesarską w myśl znanego hasła monarchistycznego: „król umiera, niech żyje król“.
Cesarz wstawał i siadał przy swojem biurku, niby to czytał akty, a niektóre z nich podpisywał, lecz zwolna obojętniał na wszystko, co miało styczność ze światem i z życiem. Lecz dla swojej długoletniej przyjaciółki znalazł i w niedzielę i w poniedziałek dnia 20 listopada 1916 roku jeszcze chwilę czasu, aby ją przyjąć i porozmawiać z nią.
Dopiero we wtorek dnia 21 listopada 1916 roku w godzinach popołudniowych stan zdrowia cesarza uległ takiemu pogorszeniu, że już nikt nie wątpił o blizkiej śmierci cesarza. Siedział on ciągle przed biurkiem i podpisywał akty, aż wreszcie koło godziny 4-tej po południu odłożył pióro i oparłszy głowę na lewej ręce, zaczął się cicho modlić.
Po chwili przeniesiono go do łóżka. Była to godzina 7 wieczorem.
Telefonicznie wezwano wszystkich członków rodziny cesarskiej do Schönbrunnu. Przybył też tam i arcyksiążę Karol w pełnym mundurze galowym generał-pułkownika.
Przyszły monarcha, członkowie rodziny, generał-adjutanci, wysocy dostojnicy dworscy i niższa szarża dworska — razem kilkadziesiąt osób — zgromadzili się w sali, przytykającej do sypialni cesarskiej.
Raptem cesarz skinął na naczelnego ochmistrza dworu, księcia Montenuovo, wnuka cesarzowej Marji Ludwiki z małżeństwa z hrabią Neippergem i półgłosem polecił mu wezwać natychmiast do Schönbrunnu panią Katarzynę Schratt.
Tą samą drogą, którą przez wiele lat cesarz trzy razy na tydzień jechał z zamku Schönbruńskiego do willi pani Katarzyny Schratt, tym razem pani Katarzyna Schratt pojechała do Schönbrunnu.
Gdy weszła do antykamery cesarskiej, przytykającej do sypialni, obie córki umierającego cesarza, księżna Gizella Bawarska i arcyksiężna Walerja, żona arcyksięcia Franciszka Salwatora, zachowały się wobec przybyłej wprost brutalnie. Na jej ukłon obie się odwróciły, a arcyksiężna Marja Walerja głośno powiedziała te słowa:
— Czego chce tutaj ta osoba?
Na korzyść arcyksięcia Karola trzeba podkreślić, że pośpieszył on z pomocą długoletniej przyjaciółce swego stryjecznego dziada. Z wyszukaną grzecznością powitał panią Schratt. Zrobił nawet więcej, gdyż przedstawił ją swojej małżonce, która za chwilę miała zostać cesarzową. Oczywista ta rycerskość przyszłego cesarza poskromiła wojownicze zapędy córek cesarskich i nakazała milczenie arcyksiężnie Marji Walerji. Arcyksiążę Karol podał rękę pani Schratt i osobiście zaprowadził ją do sypialni cesarskiej.
Umierający cesarz był jeszcze na tyle przytomny, że nie tylko poznał panią Schratt, ale zrozumiał także znaczenie tego rycerskiego postępku swojego następcy. Wdzięcznem i tkliwem spojrzeniem, oraz uściskiem dłoni podziękował mu za to. Drugim uściskiem dłoni z kolei pożegnał panią Schratt. Po chwili ta ostatnia, tłumiąc serdeczny płacz, aby nie płoszyć umierającego, opuściła sypialnię cesarską. Po raz ostatni wtedy widziała cesarza Franciszka Józefa żywym. Wnet potem, parę minut po 9 wieczorem 21 listopada 1916 roku cesarz Franciszek Józef I wyzionął ducha.
W orszaku pogrzebowym dla pani Schratt oficjalnego miejsca nie było i być nie mogło.
Z daleka i dyskretnie towarzyszyła ona w zamkniętej karecie konduktowi pogrzebowemu. Zdaleka też i dyskretnie brała udział później we wszystkich nabożeństwach żałobnych.
Obecnie żyje w Wiedniu, odsunąwszy się od świata i jego spraw. Bo już jest nie z tego świata.