Przejdź do zawartości

Ostatnia kochanka Franciszka Józefa/Niefortunne wpływy polityczne faworyty

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
<<< Dane tekstu >>>
Autor Adam Nowicki
Tytuł Ostatnia kochanka Franciszka Józefa
Wydawca Towarzystwo Wydawnicze „Rój”
Data wyd. [1926]
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron
NIEFORTUNNE WPŁYWY POLITYCZNE FAWORYTY.

Czy istotnie pani Schratt nigdy nie mieszała się do polityki?
Zdaje się, że pochwały cesarskie nie były całkowicie zasłużone. Jest bowiem faktem, że dwukrotnie wmieszała się do polityki i za każdym razem jej interwencja wydała wyniki bardzo fatalne dla Austrji i na dalszą metę przyspieszyła rozpadnięcie tego państwa, czego już nie oglądał Franciszek Józef, ale czego świadkiem naocznym musiała być pani Schratt.
Pierwszy raz było to w 1905 roku. Rządy na ratuszu wiedeńskim, po długoletnich wpływach decydujących stronnictwa liberalnego, z którem szli potentaci finansjery i prasy centralistycznej, miały dostać się w ręce tak zwanego stronnictwa chrześcijańsko-społecznego, które gwoli popularności wywiesiło także sztandar antysemicki.
Przywódcą tego stronnictwa, olśniewającym mówcą i pierwszym co do talentu agitatorem był adwokat i poseł do parlamentu dr. Karol Lueger, syn woźnego, o własnych siłach, dzięki olbrzymim zdolnościom, wybijający się w górę, ulubieniec mas, ponieważ nikt do mas nie umiał tak przemawiać, jak właśnie on, tak zwany „piękny Karol“.
Gdy antysemici zdobyli większość krzeseł w Radzie Miejskiej, było już rzeczą pewną, że burmistrzem wybiorą dr. Karola Luegera, notabene, jednego z długoletnich radców miejskich i jednego z najtęższych znawców gospodarki komunalnej wiedeńskiej. Tego ciosu pobici podczas wyborów — i to trzykrotnie — dawni panowie Ratusza nie mogli przeboleć. Zgodziliby się na każdego innego antysemickiego burmistrza, byle tylko nie był nim dr. Karol Lueger.
A że wybranego burmistrza stolicy musiał, wedle statutu miejskiego, zatwierdzać sam cesarz, przeto przez panią Schratt postarali się, by cesarz nie zatwierdził wyboru Luegera. Cesarz, ulegając podszeptom „Kasi“, która może w swojej naiwności sądziła, że robi dobrze, zwalczając zatwierdzenie wyboru „siewcy waśni religijnych“ — jak wtedy gazety liberalne wiedeńskie nazywały Luegera — nakazał ówczesnemu prezesowi ministrów austrjackich, Polakowi, Kazimierzowi hrabiemu Badeniemu wziąć na siebie odpowiedzialność konstytucyjną za odmowę zatwierdzenia.
Badeni, nie znając stosunków wiedeńskich, nie doceniał siły politycznej Luegera. Kontrasygnował zarządzenie cesarskie. I tem samem rozpętał walkę opozycyjną, pod naporem której w półtora roku i sam padł i autorytetowi powagi cesarza zadał cios śmiertelny. Lueger zwyciężył podczas wyborów do Rady Miejskiej po raz czwarty i tylko z litości nad starym cesarzem zgodził się na chwilowe odroczenie zatwierdzenia wyboru. Ale Badeniego nie myślał oszczędzać. Gdy ten ostatni znalazł się po ogłoszeniu rozporządzeń językowych dla Czech w trudnem położeniu politycznem i gdy niemcy czescy w parlamencie austrjackim urządzili burzliwą obstrukcję, Lueger na czele posłów wiedeńskich przyłączył się do niej i powalił Badeniego raz na zawsze. Oczywista, interes dynastji, który był w tym wypadku identyczny z interesem państwa, ucierpiał niesłychanie skutkiem niefortunnej interwencji pani Schratt.
Drugi występ polityczny przyjaciółki cesarskiej pociągnął za sobą daleko gorsze następstwa.
Gdy wiadomość o śmierci papieża Leona XIII nadeszła do Wiednia, każdy wiedział zgóry, że jego następcą będzie wybrany dotychczasowy kardynał-sekretarz stanu ks. Rampolla.
Otóż ksiądz Rampolla w oczach finansjery wiedeńskiej i prasy liberalnej wiedeńskiej uchodził za tego potentata duchownego, który onego czasu popierał w Wiedniu ruch chrześcijańsko-społeczny i Luegera. Zdaje się, że była to plotka, ponieważ ksiądz Rampolla zbyt wiele zajmował się wielką polityką międzynarodową, by miał ochotę mieszania się do kwestji, kto rządzi na Ratuszu wiedeńskim. A gdyby już istotnie zajmował się tą sprawą, to robiłby to tak zręcznie, że pp. liberałowie wiedeńscy nie mogliby się o tem dowiedzieć.
Mimo to klika liberalno-centralistyczna, która swoją gospodarką za rządów cesarza Franciszka Józefa narobiła tyle złego, gdyż rozbiła właściwie monarchję austrjacką, odpychając od niej wszystkie narody, zwłaszcza słowiańskie, postanowiła udaremnić wybór kardynała księdza Rampolli na papieża. W tym celu uradzono wykorzystać przywilej „veta“, przysługujący dynastji Habsburgów wiedeńskich przy wyborze papieża.
Kolegjum kardynalskie na podstawie tego przywileju dworu wiedeńskiego było ograniczone w prawie wolnego wyboru papieża. Jeżeli kardynał, na którego padła większość głosów świętego Kolegjum, spotkał się z vetem dworu wiedeńskiego, wówczas musiał zrzec się wyboru, conclave toczyło się dalej, a kardynałowie musieli po raz wtóry przystąpić do głosowania. Kandydat następny przecież po uzyskaniu większości już nie mógł być usunięty vetem cesarza austrjackiego.
Wiadomo, że po śmierci papieża Grzegorza XVI dwór wiedeński, pod owe czasy kierowany przez Metternicha, wszechwładnego kanclerza, postanowił zaprotestować przeciwko ewentualnemu wyborowi kardynała hrabiego Mastai-Ferettiego. Uchodził on bowiem za zwolennika idei liberalnych. Wyprawiono więc gońca z Wiednia, by zawiózł odpowiednie instrukcje posłowi austrjackiemu przy Stolicy Apostolskiej. Zły stan dróg sprawił przecież, że goniec spóźnił się o kilka godzin. Gdy wjeżdżał on w bramy Rzymu, kardynał Mastai-Feretti był już proklamowany jako papież pod imieniem Piusa IX.
Od tego 1846 roku minęło już sporo lat. Prawo veta istniało i nadal. Nagle zaszła niespodziewana przeszkoda. Wprawdzie Franciszek Józef pod wpływem zręcznej interwencji pani Schratt, odpowiednio instruowanej przez klikę finansistów, liczących w swojem gronie owego pana Palmera, który grywał z cesarzem w taroka, zgodził się założyć veto przeciwko wyborowi ewentualnemu kardynała ks. Rampolli. Nikt atoli z kardynałów austro-niemieckich i węgierskich nie chciał podjąć się misji odczytania na conclave kardynalskiem owego veta cesarskiego w razie, gdyby z urny wyborczej miał istotnie wyjść kardynał ks. Rampolla. Ten opór kardynałów, stojących bardzo blisko dynastji, powinien był dać dużo do myślenia cesarzowi. Ale niefortunny w tym wypadku wpływ ukochanej „Kasi“ okazał się silniejszym, niż przedstawienia kardynałów. Skoro Niemcy austrjaccy i Madziarzy nie chcieli podjąć się misji, w gruncie rzeczy antykościelnej, poszukano innego kardynała...
Był nim niestety Polak: kardynał biskup krakowski książę Puzyna, człowiek wykształcony, prawnik, ale dotknięty epilepsją. Ta choroba wpływała ujemnie na jego psychikę, a nawet i na jego władze umysłowe. Był to nadto serwilista, wychowany w atmosferze daleko idącej uległości dla cesarza i dla Habsburgów. Rozkaz cesarski był dla niego rozkazem...
Przewidywania całego świata okazały się trafne. Po krótkich naradach, conclave zjednoczyło swe głosy na ks. kardynała Rampollę. Zaledwie przecież ogłoszono kardynałom wynik głosowania, nagle powstał ksiądz kardynał książę-biskup krakowski kniaź na Kozielsku, Puzyna i zaczął czytać protest Jego Cesarsko-Królewskiej Apostolskiej Mości cesarza Austrji i króla Węgier Franciszka Józefa I przeciwko wyborowi kardynała Rampolli...
Kardynałowie, pomiarkowawszy, o co chodzi mówcy, zaczęli oponować przeciwko mieszaniu się czynników świeckich do aktu tak ściśle kościelnego, jak wybór Ojca świętego. Lecz kardynał Puzyna, drżąc o łaski i bojąc się gniewu cesarza austrjackiego, czytał swój protest dalej, aż wreszcie przeczytał go do końca.
Stał się więc fakt polityczno-historyczny wielkiej wagi. Nad tym faktem niepodobna było przejść do porządku dziennego. Kardynał Rampolla pierwszy wyciągnął z niego wszystkie konsekwencje prawne i oświadczył, że wobec protestu cesarza austrjackiego, nie może przyjąć wyboru.
Zemsta krótkowidzącej finansjery wiedeńskiej osiągnęła cel zamierzony. Interwencja pani Schratt u cesarza poskutkowała. Lecz i cesarz i Habsburgowie mocno na tem ucierpieli. Obalenie kardynała Rampolli zmieniło się w jeden gwóźdź więcej do trumny monarchji Habsburskiej i panowania Habsburgów.
Dwór wiedeński i cesarz mieli dowiedzieć się już za kilka dni, co to znaczy wyzwać do walki tak finezyjnego dyplomatę, jakim był kardynał Rampolla.
Zaraz po zrzeczeniu się, a raczej po nieprzyjęciu wyboru kardynał Rampolla wydał swoim zwolennikom w Kolegjum Kardynalskiem wskazówkę, by oddawali głosy podczas następnych głosowań na patrjarchę Wenecji, ks. kardynała Józefa Sarto. Był to kapłan skromny i gołębich cnót oraz wielkiej dobroci serca. Przy tych wszystkich zaletach bezwiednie bardzo a bardzo nie lubił Austrjii, Habsburgów i cesarza Franciszka Józefa.
Nic dziwnego!
Józef Sarto, syn ogrodnika wiejskiego, przyszedł na świat w ziemi Wenecjańskiej wtedy, gdy zostawała ona pod srogim uciskiem policyjnym władz austrjackich, które dusiły wszelką wolność narodową Włochów i starały się germanizować ten naród o starej kulturze. Jako młody kleryk, a potem wikary, widział patrjotów włoskich, więzionych przez władze austrjackie. Zdawał sobie doskonale sprawę z więzów, nakładanych przez urzędników austrjackich na każdy objaw życia narodowego włoskiego. Pamiętał, że cesarz Franciszek Józef I, podobnie, jak jego dziad, Franciszek I, podpisywał wyroki śmierci na patrjotów włoskich, albo też stawiał ich pod pręgierz na Piazzecie w Wenecji. Był już proboszczem, gdy wreszcie w 1866 roku Austrja musiała oddać Wenecję Francji z warunkiem, by ta ostatnia przekazała ją Włochom.
Dobrotliwy kardynał Sarto nie mógł więc kochać Austrji i nie kochał jej — oczywista — Austrji niemieckiej i dworu wiedeńskiego. Pamiętał jeszcze niedawne krzywdy swych rodaków. Równocześnie miłował Polaków, jako naród uciskany, naród, który cierpi za wolność i za wiarę katolicką. Oczywista, kardynał Sarto, gdyby został papieżem, nie szedłby w niczem na rękę Dworowi wiedeńskiemu. Byłby sprawiedliwym, co często byłoby nie po myśli Austrji, mającej wciąż, pomimo konstytucji, policyjne formy rządzenia.
Właśnie do tego dążył ks. kardynał Rampolla, za wielki dyplomata, by nie miał przygotować sobie pięknego odwetu politycznego za wyrządzoną mu osobistą klęskę. A że liczył większość oddanych sobie członków świętego Kolegjum, przeto tak pokierował następnemi głosowaniami, iż z urny wyborczej, jako papież, wyszedł kardynał ksiądz patrjarcha wenecki Józef Sarto.
Ksiądz patrjarcha tak mało liczył na możliwość swojego wyboru, że jadąc z Wenecji na conclave do Rzymu, kupił sobie w celach oszczędnościowych odrazu i kartę kolejową powrotną. Wprawdzie wybór przyjął, przybierając imię Piusa X, ale o kupionym bilecie powrotnym często żartobliwie mówił z ubolewaniem, że niepotrzebnie wydał kilkadziesiąt lirów, które przydałyby się ubogim.
W dziedzinie politycznej wyrachowania ks. kardynała Rampolli były trafne. Dwór wiedeński i dyplomacja austro-węgierska napotykały za pontyfikatu Piusa X na trudności, których im Leon XIII nie stawiał. Skutkiem tego, malał wpływ Austro-Węgier na Bałkanach, gdzie właśnie szła ich ekspansja, a i w stosunkach wewnętrznych samej monarchji Habsburskiej, Dwór nie miał w duchowieństwie katolickiem takiego oparcia, jak poprzednio. Wtrącanie się pani Schratt wydało fatalne wyniki.
Stugębna fama wiedeńska głosiła, że pani Schratt bardzo ostrożnie przez pośredników sprzedawała swój wpływ na cesarza celem uzyskiwania od niego podpisów w sprawach ułaskawień po wyrokach natury kryminalnej i sprawie abolicji czyli umarzania śledztw natury kryminalnej. Te pogłoski były przecież plotką, ponieważ pani Schratt mogła mieszać się do intryg politycznych, ale posiadała charakter zbyt szlachetny, by poniżać się sprzedajnością.
Wprawdzie od czasu do czasu wyjednywała ona u cesarza to lub owo ułaskawienie lub abolicję, lecz robiła to z dobrego serca dla człowieka dobrze sobie znanego, co do którego charakteru była dobrze informowaną. Zawsze w takich wypadkach chodziło o ratowanie rodziny, która mogła ulec całkowitej ruinie, gdyby jej żywiciel znalazł się za kratą więzienną. Między innemi, dzięki interwencji cesarza, uratowała wolność i życie słynnego śpiewaka operetkowego Girardi‘ego, gdy jego żona, Helena Odillon, chciała z pomocą swojego wielbiciela Rotschilda wsadzić męża do domu obłąkanych, by pozbyć się tej zawady.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Adam Nowicki.