Ostatnia kochanka Franciszka Józefa/Jej pierwsza audjencja...
| <<< Dane tekstu >>> | |
| Autor | |
| Tytuł | Ostatnia kochanka Franciszka Józefa |
| Wydawca | Towarzystwo Wydawnicze „Rój” |
| Data wyd. | [1926] |
| Miejsce wyd. | Warszawa |
| Źródło | Skany na Commons |
| Inne | Cały tekst |
| Indeks stron | |
W chwili, gdy w wynajętym fiakrze dwukonnym jechała do Burgu, czyli do zamku cesarskiego, ubrana według ceremonjału w czarną jedwabną suknię bez kapelusza, z chustką koronkową na włosach i z białą chusteczką od nosa w lewej ręce, jak tego wymagała surowa etykieta hiszpańska, ściśle obowiązująca na dworze wiedeńskim, nie wiedziała, że zbliża się dla niej chwila, w której całe jej życie miało ulec niesłychanej zmianie.
Posłuchanie u cesarza Franciszka Józefa odbywało się według następującej normy: w tak zwanej antykamerze cesarskiej zbierali się rankiem wczesnym wszyscy ci, którzy otrzymali zawiadomienie, że monarcha raczy ich tego dnia przyjąć na posłuchaniu. W dużej więc sali, która służyła za antykamerę, gromadzili się — w paradnych mundurach — tajni radcy w czarnych frakach, wyszywanych złotem, urzędnicy państwowi zawsze w mundurach i szpadach, biskupi i prałaci, burmistrze miast prowincjonalnych we frakach, dużo kobiet w czarnych jedwabnych sukniach i w czarnych chustkach koronkowych na głowach, przeważnie wdowy i sieroty, mające nadzieję, że prośbą osobistą u cesarza zdołają uzyskać jakąś specjalną łaskę materjalną, albo ulgę w przepisach państwowych. Nie brakowało i chłopów z rozmaitych krajów koronnych. Chłopi występowali w swoich strojach narodowych. Byli i żydzi ortodoksyjni w odświętnych chałatach i czapkach lisich, albo sobolowych.
W drzwiach, prowadzących do gabinetu cesarza stał parawan tak postawiony, aby nie tamować dostępu do owych drzwi, a równocześnie, aby zasłaniał po otwarciu drzwi widok do wnętrza gabinetu monarchy. Przed parawanem był postawiony stolik, przy którym siedział adjutant wojsk cesarskich, mający tego dnia dyżur. Na stoliku leżał zawsze dokładny spis osób, mających otrzymać audjencję. Ten spis był ułożony według rangi, godności dworskiej, i stopnia urzędniczego, przyczem na końcu figurowały osoby prywatne bez stopnia i bez rangi. Adjutant przedstawiał się każdej z przybywających osób, sprawdzał jej tożsamość według spisu i informował o której mniej więcej godzinie przyjdzie chwila wejścia do gabinetu monarchy.
Gdy audjencja się rozpoczynała, adjutant informował po raz drugi zawsze o dwie osoby naprzód, aby były przygotowane na wejście do gabinetu. Ta osoba, która miała otrzymać audjencję po osobie, przebywającej właśnie w gabinecie monarchy, ustawiała się tuż przed stolikiem adjutanta, aby zaraz po wyjściu poprzedniej, wejść do gabinetu na audjencję.
Pani Schratt z bijącem sercem czekała tego dnia na swoją kolej. Im bardziej zbliżała się chwila posłuchania, tem więcej traciła pewność siebie, pomimo, że jako wytrawna aktorka powinna była panować nad swoimi nerwami. Znany to przecież był fakt, że wiele osób, wyposażonych zimną krwią, mimo wielkiej pewności obejścia w stosunkach z ludźmi, nie umiało zapanować nad sobą w momencie, gdy stawały na posłuchaniu wobec Franciszka Józefa.
Co wywoływało ten ostry atak zmieszania? Przecież nie postawa majestatyczna. Bo Franciszek Józef nie był ani imponującego wzrostu, ani szorstki w obejściu. Przeciwnie, odznaczał się on wielką uprzejmością.
Zdaje się, że na to zmieszanie wielu osób podczas posłuchania u cesarza Franciszka Józefa I wpływała świadomość, że stoją one wobec przedstawiciela jednej z najstarszych dynastyj europejskich, siedzącego już od wielu lat na tronie, wtedy, gdy jeszcze większości jego ministrów nie było na świecie albo wtedy, gdy chodzili oni jeszcze do szkół.
Faktem jest, że wiele, bardzo wiele osobistości, bardzo pewnych siebie i wyposażonych dużą dozą zimnej krwi, mieszało się i poprostu bełkotało to, co miało powiedzieć.
Tak stało się i z panią Katarzyną Schratt. Gdy adjutant wywołał jej nazwisko i gdy weszła przez drzwi, zasłonięte parawanem, do gabinetu cesarskiego, gdy przyszło jej zrobić trzy ukłony ceremonjalne, po raz pierwszy u progu samego, potem w samym środku gabinetu, a wreszcie tuż przed monarchą, ukłony niskie, niemal do ziemi samej, i gdy wreszcie spojrzała w piwne, dosyć przenikliwe oczy cesarza, straciła — jak to mówią — głowę.
Przedewszystkiem zapomniała całkowicie, w jaki sposób należy przemawiać do monarchy i jaka należy się mu intytulacja. Wciąż powtarzała:
— Ekscelencjo... Ekscelencjo...
Nawet nie przeszło jej przez myśl, że należy mówić:
— Kaiserliche Majestät — Majestacie Cesarski...
Pani Katarzyna Schratt liczyła wtedy lat około trzydziestu, była wysoka i ładnie zbudowana, a twarz, choć nie odznaczała się urodą klasyczną, jaśniała świeżą cerą i ujmującym wdziękiem. Mogła istotnie podobać się.
To też Franciszek Józef patrzył z widocznem upodobaniem na aktorkę swoich Teatrów Nadwornych, bawiło go jej zakłopotanie zupełnie szczere i niejako żywiołowe i czekał, co nastąpi dalej...
Gdy zatem stała w antykamerze cesarskiej, trzymała w lewej ręce białą chusteczkę od nosa, przepisaną wymaganiami ceremonjału hiszpańskiego, a w prawej kurczowo ściskała arkusz papieru, na którym wypisała wszystkie swoje długi. W chwili, kiedy Franciszek Józef wezwał ją łagodnym głosem do wręczenia spisu długów, zmieszanie jej doszło do zenitu. Zapomniała, że spis tych długów trzyma w prawej ręce i wyciągnąwszy lewą, zaczęła wpychać cesarzowi swoją koronkową chusteczkę do nosa.
— Dziękuję — zaśmiał się wbrew etykiecie cesarz — mam chusteczkę własną...
Śmiech cesarza otrzeźwił panią Schratt. Wielki urok majestatu monarszego prysnął. Już nie cesarza widziała przed sobą, lecz starszego wiekiem pana, generała, który lubił kobiety i umiał z niemi rozmawiać, dawnego viveur‘a, mającego niejeden grzech na sumieniu, wiedeńczyka rodowitego, rozumiejącego żarty i lubiącego śmiać się wesoło. I ona więc parsknęła śmiechem, odzyskała przytomność umysłu i panowanie nad sobą...
Zaczęła przemawiać do cesarza z pełnym szacunkiem, ale też i z odrobiną poufałości, zaznaczającej się tem, że zamiast czystej wymowy niemieckiej używała djalektu wiedeńskiego, tego djalektu, którego właściwie używał i Franciszek Józef bardzo często nawet i w mowach tronowych.
Posłuchanie przeciągnęło się ponad postawioną liczbę minut ku wielkiemu przerażeniu dyżurnego szambelana i adjutanta. A kiedy pani Katarzyna Schratt wśród przepisanych dygów cofała się ku drzwiom, będąc zwróconą obliczem ku monarsze, czuła już wtedy, że to posłuchanie tworzy wstęp do czegoś nowego w jej życiu.