Ostatnia karta

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Arthur Conan Doyle
Tytuł Ostatnia karta
Pochodzenie Pamiętniki Holmsa, słynnego ajenta londyńskiego : Tom I
Wydawca Skład główny w księgarni M. Borkowskiego
Data wydania 1905
Druk J. Bruś i S-ka
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz nieznany
Tytuł orygin. The Final Problem
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBI
Cały zbiór
Pobierz jako: Pobierz Cały zbiór jako ePub Pobierz Cały zbiór jako PDF Pobierz Cały zbiór jako MOBI
Indeks stron
Artykuł w Wikipedii Artykuł w Wikipedii


Ostatnia karta.

Z bólem niewymownym przystępuję do opisu wypadków, w których po raz ostatni mam mówić o niezwykłych talentach mego druha, mister Holmsa. Wspomnienie to, jeśli mam być otwartym, jest dla mnie tak bolesne, że chętnie pominąłbym szczegóły fatalnego wypadku, który do życia mego wniósł pustkę nie do zapełnienia; sumienie atoli każe mi przemódz stratę osobistą i skreślić szczegółowo tragiczny skon mego druha; zmuszają mnie również do tego niedawno ogłoszone listy pułkownika Dżemsa Moriarti’ego, w których ów stara się rehabilitować pamięć swego brata. Ponieważ jestem jedynym świadkiem tego, co było pomiędzy profesorem Moriarti’m i mym druhem Holmsem, dla tego uważam za swój obowiązek ogłosić prawdę drukiem, prawdę, spaczoną przez brata zmarłego profesora.
Zaznaczyłem już, zdaje się, w przeszłych opowiadaniach, że po mojem ożenieniu się i ustaleniu dawnej praktyki, z kolei rzeczy łączność moja z Holmsem, niegdyś tak zażyła, znacznie się rozluźniła. Od czasu do czasu przychodził jeszcze do mnie, prosząc, bym towarzyszył mu i współdziałał w jego poszukiwaniach; zdarzało się to jednak coraz rzadziej, aż wreszcie w roku 1890 zaledwie trzy razy brałem udział w jego wyprawach. Dla tego też zdziwiłem się niezmiernie, gdy w roku 1891, 24 kwietnia, wieczorem zjawił się u mnie niespodzianie. Zauważyłem odrazu, że pobladł i zmizerniał od czasu, jak go widziałem.
— A tak! — rzekł mi w odpowiedzi na moje słowa współczucia. — Ostatniemi czasy wiele pracowałem. Nagromadziło się tego — tyle, a jam, jak zwykle, nie oszczędzał siebie. Czy nic nie masz przeciwko temu, bym zamknął okienice?
Pokój oświetlony był jedną tylko lampą, przy której siedziałem i czytałem książkę. Holms przemknął się ukradkiem koło ściany i zamknął okienice, umocowawszy bacznie zasuwy od wewnątrz.
— Boisz się czego? — zapytałem.
— Tak jest, boję się.
— Czego?
— Wystrzału z fuzyi.
— Jak mam to rozumieć?
— Zdaje mi się, mój drogi, że znasz mnie na tyle, iż nie będziesz posądzał, bym był zbytnio nerwowy. Tymczasem było by rzeczą nierozsądną lekceważyć niebezpieczeństwo, jeżeli ono naprawdę istnieje. Daj mi, mój drogi, zapałkę!
I z przyjemnością widoczną zaciągnął się papierosem.
— Muszę cię przeprosić, — rzekł po chwili, — że tak późno przychodzę, a zarazem prosić cię nie mieć mi za złe, że odejdę od ciebie nie jak porządni ludzie, lecz — przełażąc przez parkan w ogrodzie.
— Co to wszystko ma znaczyć? — zapytałem.
Wyciągnął ku mnie dłoń i przy świetle lampy ujrzałem, że dwa palce u ręki były skaleczone.
— Jak widzisz, mam powód do obawiania się, rzekł z uśmiechem. — A czy pani Watson w domu?
— Nie, niema; pojechała na wieczór.
— Wiec jesteś sam w domu?
— Najzupełniej sam.
— Tem lepiej. Przyszedłem zaproponować ci, byś zemną na jaki tydzień pojechał na ląd Europy.
— Dokąd mianowicie?
— Dokąd chcesz. Wszystko mi jedno, byle wyjechać.
Było w tem coś dziwnego. To pragnienie zupełnego odpoczynku było tak niezgodne z naturą Holmsa; zarazem twarz jego blada i zmęczona zdradzała natężenie nerwów aż do ostatnich granic.
Spostrzegł moje zdumienie i przybrawszy pozę ulubioną, w której zwykł oplatać rękoma kolana, począł mi objaśniać, co się święci.
— Nie słyszałeś prawdopodobnie nigdy o profesorze Moriarti’m? — zapytał.
— Istotnie, nie słyszałem.
— W tem właśnie cała jego sztuka! Człowiek ten jest sprężyną wszystkiego, co jest w Londynie na wielką skalę zbrodniczego, i nikt nic o nim nie wie. Gdyby mi się udało uwolnić świat od tego człowieka, uważał bym, mój drogi, żem doszedł do szczytu chwały i usunął bym się całkiem z widowni, tembardziej że dwie moje ostatnie czynności w sprawie państwa Szwecyi i Norwegii i w sprawie rzeczypospolitej francuzkiej na tyle zabezpieczyły mnie materyalnie, że mógł bym już całkowicie poświęcić się badaniom chemicznym, które tak umiłowałem. Nie mogę atoli, mój drogi, pogodzić się z tą myślą, nie mogę wprost zaznać spokoju, wiedząc, że taki człowiek, jak profesor Moriarti, oddycha wolnem powietrzem, przebiega ulice Londynu!
— Cóż on takiego zrobił?
— Karyera jego niezwykła. Pochodzi z dobrej rodziny, starannie wychowany, obdarzony przytem niezwykłemi zdolnościami do matematyki. W dwudziestym już roku życia pracami swemi w tej dziedzinie zwrócił powszechną uwagę i wkrótce otrzymał katedrę profesorską na jednym z uniwersytetów prowincyi. Czekała go świetna przyszłość; lecz człowiek ten odziedziczył snąć popęd zbrodniczy, poszedł za jego głosem i spotęgował go jeszcze, dzięki niezwykłym zdolnościom umysłowym. Mroczne wieści o tem rozniosły się po mieście, w którem mieszkał, tak że był zmuszony opuścić katedrę profesorską i przenieść się do Londynu. Oto wszystko, co wogóle wiedzą o nim, ja zaś opowiem ci, co sam wiem o tem.
Jak to wiesz zapewne, mój drogi Watsonie, nikt nie jest obznajmiony lepiej odemnie z tem wszystkiem, co się dzieje w wielkim świecie kryminalnym Londynu. Od wielu lat już podejrzewałem, iż w Londynie istnieje jakaś ukryta organizacya potężna, która staje wpoprzek sprawiedliwości i bierze pod swoję opiekę przestępców. Czy to kradzież znaczniejsza, czy zabójstwo, rabunek, wszędy czułem tę siłę sprzymierzoną; wykryłem ją w wielu przestępstwach, które zostały nie rozwiązanemi, w których doczekaniu brałem udział jedynie pośredni. Całemi latami mozoliłem się nad wykryciem tej tajemnej sprężyny i oto nareszcie po wielu trudach i zawodach, krok za krokiem udało mi się dojść do samego wątka tej siły i dociec, że głównym jej motorem zbrodniczym jest były profesor Moriarti.
Jest on stanowczo Napoleonem zbrodni i występku. Połowa przestępstw stolicy, niedocieczonych i nierozwikłanych, jest dziełem jego ręki rządzącej. Jest to geniusz występku, filozof, myśliciel, poeta. Umysłowość przytem nadzwyczajna. Jak pająk omotany, pozostaje on w środku pajęczyny; pajęczyna atoli posiada milion rozgałęzień i drgnięcie każdego z nich zna on doskonałe. Sam nic nie działa. Obmyśla jedynie. Ajenci jego, jak piasek, liczni i doskonale zorganizowani. Czy trzeba spełnić zbrodnię, czy papiery sfałszować, czy uprzątnąć kogo ze świata, kto im zawadza, czy kredyt czyjś podkopać, donoszą jedynie o tem profesorowi; rzecz w lot zostaje obmyśloną, zarządzoną i wykonaną. Ajenta nieraz złapią. Atoli na uwolnienie jego zawsze są pieniądze i pomoc, jakiej trzeba. Tylko główna sprężyna, oś wszystkiego, siła, rządząca ajentami, pozostaje poza kołem podejrzeń. Oto jest spójnia, Watsonie, którą wykryłem; by ją zdemaskować i zniszczyć, poświecę wszystkie siły.
Lecz i profesor potrafił otoczyć się murem niezwalczonym; wszystkie moje wysiłki, by go na czynie przyłapać i pociągnąć do odpowiedzialności, dotychczas były bezskuteczne. Znasz moje zdolności, Watsonie; po trzech tedy miesiącach pracy natężonej mogę ci śmiało powiedzieć, żem spotkał wreszcie godnego przeciwnika, przeciwnika, który dorównywa mi siłą intuicyi i przewidywania. Grozę, jaka szła od jego niecnych czynów, w umyśle mym zastępował nieraz podziw i zachwyt dla jego sztuki. Wreszcie zrobił błąd maleńki, błąd ledwie dostrzegalny; skorzystałem z tego, podchwyciłem i począłem ze swej strony oplatać go siecią pajęczą. Teraz jest już prawie całkowicie w mej mocy. Za trzy dni t. j. w przyszły poniedziałek, profesor i główni członkowie tej szajki będą już w rękach sprawiedliwości. A wtedy rozpocznie się sprawa, największa, najciekawsza w tym wieku; wykryje się do czterdziestu zbrodni, i złoczyńcy zostaną powieszeni. Do tego jednak czasu dość jest zrobić jeden drobny błąd, a mogą się wymknąć pomimo dowodów niezbitych.
Gdybym mógł działać w tym kierunku bez wiedzy profesora Moriarti’ego, wszystko by było jaknajlepiej. Moriarti atoli zanadto jest czujny i wie o każdym moim kroku. Nieraz już starał się wymknąć z mej sieci, alem go zawsze pokonał. Nigdym jeszcze nie natężył bardziej sił moich i nigdym jeszcze nie miał takiego przeciwnika. Dziś rano zrobiłem ostateczne przygotowania; za trzy dni mają być wszyscy ujęci. Siedziałem w swym pokoju i właśnie sprawę tę układałem, gdy naraz drzwi się otworzyły i przedemną stanął — profesor Moriarti.
Lubo nerwy mam mocne, Watsonie, to jednak wyznaję, drgnąłem mimowoli, gdy człowiek, który oddawna był celem mych myśli, stanął przedemną oko w oko. Poznałem go odrazu. Jest wysoki i szczupły, czoło ma nadmiernie wysunięte, oczy głęboko w dołach osadzone. Starannie wygolony, ma minę aktora, chociaż dotychczas zachował w ruchach coś profesorskiego. Plecy nieco pochylone od pracy mozolnej, a głowa zaledwie się porusza jakimś gestem złowieszczym, wężowym. Utkwił we mnie oczy ciekawe i przyglądał się z wielką uwagą.
— Jesteś pan mniej odważny, niż-em się tego spodziewał, — rzekł wreszcie, — jest to rzeczą dosyć niebezpieczną trzymać w kieszeni rewolwer nabity.
Stało się zaś istotnie tak, że gdy wchodził, instynktem kierowany, przeczuwając, że może mi grozić niebezpieczeństwo, sięgnąłem po rewolwer, który leżał na komodzie, i włożyłem go do kieszeni.
Gdy rzekł te słowa, wyjąłem rewolwer i położyłem go przy sobie na stole. Profesor uśmiechnął się najniewinniej w świecie, a z wyrazu jego oczu spostrzegłem, że ostrożność ta z mej strony nie była zbyteczną.
— Pan prawdopodobnie nie wie, kim jestem? — zapytał.
— Przeciwnie. Zdaje się, żem dowiódł tego w tej chwili. Proszę, niech pana siada. Mogę panu użyczyć pięciu minut czasu, jeżeli pan ma mi co do powiedzenia.
— Wszystko, co mam panu do powiedzenia, sam pan już odgadłeś, — rzekł.
— W takim razie musiał pan już odgadnąć i moję odpowiedź, — rzekłem na to.
— I to się nie da cofnąć?
— Naturalnie!
Sięgnął do kieszeni, a ja za rewolwer; wyjął jednakże tylko notatnik, z którego odczytywał mi następujące daty:
— 4 Stycznia stanąłeś pan pierwszy raz wpoprzek mej drogi; 23 stycznia znowu mnie pan zaniepokoiłeś; w połowie Lutego zaszkodziłeś mi pan poważnie; w końcu Marca zepsułeś mi pan plany, a teraz w końcu kwietnia, dzięki pańskim pościgom, znalazłem się w takich opałach, że mogę nawet utracić swobodę. Pozycya poczyna być prawdziwie przykrą.
— Właściwie czego pan sobie życzy? — zapytałem.
— Musisz pan to wszystko porzucić, mister Holms, mówię to panu całkiem poważnie.
— Dobrze! po poniedziałku! — odrzekłem.
— Nie żartuj pan! Człowiek z taką, jak pańska, głową powinien przecie zrozumieć, że pozostaje mu jedyna tylko rzecz: usunąć się z widowni. Tymczasem postawiłeś pan tak sprawę na ostrzu, że dla nas pozostaje jedna tylko ostateczność co do pana. Zaręczam panu, że poznawszy pana ze strony tak świetnych talentów, przykro by mi było uciec się do tej ostateczności. Pan się śmiejesz, panie Holms, ja jednak zapewniam pana, że mówię to na seryo.
— Niebezpieczeństwo jest nieodłączną cząstką mego powołania! — rzekłem mu na to.
— To, co panu grozi, nie jest niebezpieczeństwem, lecz najpewniejszą zagładą. Stanąłeś pan na drodze nie jednej jakiejś osobie, lecz całej potężnej organizacyi; jej ogromu i jej pełni potężnej, pomimo swego rozumu, nie zdołałeś pan przeniknąć. Dla tego mówię panu: albo pan ustąpisz, panie Holms, albo — zginiesz.
— Obawiam się jednego, — rzekłem powstając, — to — czy przyjemność obcowania z panem nie zabiera mi drogiego dla innej sprawy czasu.
Moriarti też powstał i smętnie pokiwał głowa.
— Szkoda! — rzekł. — Zrobiłem wszystko, co mogłem. Znam wszystkie pańskie szansę do najdrobniejszych szczegółów: do poniedziałku nic pan nie zrobisz. Jest to pojedynek pomiędzy panem i mną, mister Holms. Pan masz nadzieję zwyciężyć mnie. Ja jednak zapewniam pana, że to się panu nie uda. Jeżeli pan mnie obalisz, zginiesz pan sam jednocześnie.
— Mister Moriarti! — rzekłem mu na to, — powiedziałeś mi pan parę komplementów o moim rozumie. Pozwól pan wzamian powiedzieć sobie, że gdybym był pewien pierwszego, zgodziłbym się chętnie na to drugie.
— Ja mogę panu przyrzec tylko to drugie, — rzekł ze zjadliwym uśmiechem i wyszedł z pokoju.
Oto przebieg mojego oryginalnego spotkania z profesorem Moriarti. Wyznaję ci, że pozostawiło na mnie przykre wrażenie; człowiek ten wie, co mówił. Powiesz mi na to: dla czego nie ucieknę się o pomoc do policyi? To jednak do niczego nie doprowadzi, gdyż on pozostanie w cieniu, działać zaś będą jego ajenci: przekonałem się już dzisiaj o tem najdowodniej.
— Jakto? nastawano już na twoje życie?
— Mój drogi! profesor Moriarti nie należy do tych, którzy zasypiają gruszek w popiele. Wyszedłem dziś koło południa, by załatwić interes na Oxford-Street. Zaledwiem doszedł do rogu, na zakręcie wpadł na mnie z całym impetem powóz dwukonny; zdążyłem na szczęście uskoczyć z powrotem na trotuar. Powóz zniknął jednej chwili. Nie schodziłem już tedy z chodnika. Nie zdążyłem jednak przejść dwóch ulic, gdy nagle spada z dachu jednego z domów cegła olbrzymia i rozpryskuje się u nóg moich. Zawołałem policyę i kazałem zrewidować dach. Okazało się że dach naprawiano i że cegła na górze była złożona; zapewniano mnie, że to wiatr strącił jednę z nich. Chociaż wiedziałem doskonale, jaka sprawa się święci, nie mogłem dowieść niczego. Wziąłem fiakra i pojechałem do brata na Pèle-Mèle, gdzie zabawiłem cały dzień. Od niego wybrałem się tu do ciebie; po drodze napadł na mnie drab jakiś z nożem. Zbiłem go z nóg i oddałem w ręce policyi; zapewniam cię jednak, że nikt nie odnajdzie łączności pomiędzy tym łotrem a profesorem matematyki, który siedzi w tej chwili i obmyśla w dalszym ciągu sposoby, jakby mnie zgładzić. Nie będziesz się przeto dziwił, mój drogi, że pierwszą moją troską u ciebie było zamknąć okienice — i że prosiłem cię, byś pozwolił mi wyjść ztąd przez parkan w ogrodzie.
Nieraz zachwycałem się odwagą mego druha; nigdy jednak nie wzbudziła ona we mnie tyle czci, co teraz, gdy z takim spokojem — rzeknę, spokojem obowiązku — wyliczał mi wypadki tego dnia, wypadki, które by zdołały zachwiać nawet najmężniejszego.
— Przenocujesz u mnie? — rzekłem.
— Nie, mój kochany! Gość ze mnie nadto niebezpieczny. Mam już cały plan gotowy. Takem wszystko zarządził, że przy aresztowaniu mogę być nie obecny; będę potem tylko stawał, jako świadek. Dla tego też będzie najlepiej, jeżeli na kilkanaście dni zniknę z oczu; policya będzie tu działała podług moich wskazówek — i w ciągłej łączności ze mną. Byłbym rad wielce, gdybyś mi zechciał towarzyszyć na ląd Europy.
— Praktyki mam teraz nie wiele, — rzekłem, — mój sąsiad zastąpi mnie najchętniej. Zgadzam się chętnie; jadę.
— Ale czy możesz jutro rano?
— Jeśli trzeba, to bez wahania.
— Tak! to konieczne. Dam ci więc instrukcyę, jak masz postępować, mój drogi; proszę cię zarazem, byś się jej trzymał co do joty, gdyż, jak wiesz, walczymy z największym łotrem na całej kuli ziemskiej i z bandą świetnie zorganizowaną. Słuchaj więc. Dziś jeszcze wyślesz rzeczy na kolej przez kogoś pewnego bez wymienienia miejscowości, do której mają podążyć. Zrana poślesz po fiakra, pamiętaj jednak, byś kazał zawołać nie pierwszego i nie drugiego tuż koło twego domu, lecz jednego z dalszych. Fiakrem tym dojedziesz do pasażu koło Strendu, tam wysiądziesz, z góry opłaciwszy, szybko przejdziesz przez pasaż i będziesz na drugiej jego stronie o kwadrans na dziesiątą. Tam będzie już oczekiwał na ciebie powóz jednokonny z furmanem czarno ubranym z czerwonym kołnierzem. On też przywiezie cię na dworzec na parę minut przed odejściem pociągu.
— Gdzież mam szukać ciebie?
— W pociągu. Drugi wagon pierwszej klasy, licząc od lokomotywy.
— Zatem — aż tam się zobaczymy?
— Tak jest.
Napróżno namawiałem go, by został na noc. Nie chciał się zgodzić z obawy, bym nie doznał z powodu niego jakiej napaści podczas nocy. Rzekłszy jeszcze kilka słów na pożegnanie, udał się ze mną do ogrodu, zkąd przez parkan przedostał się na Mortimer-Street. Po chwili usłyszałem, jak wskoczył do dorożki i odjechał.
Na drugi dzień rano zastosowałem się w zupełności do wskazówek Holmsa. Sprowadziłem dorożkę z sąsiedniej ulicy, by nie trafić na podstawionego przez naszych wrogów dorożkarza; następnie przeszedłem szybko przez pasaż i na drugim jego końcu ujrzałem czarno ubranego woźnicę; wskoczyłem do jego powozu, on też ruszył natychmiast na dworzec. Gdyśmy przybyli na miejsce, ledwiem wysiadł, woźnica zaciął konie i zniknął mi odrazu z oczu. Dotychczas wszystko szło dobrze. Bagaż mój oczekiwał na mnie, znalazłem też wkrótce wagon, który Holms określił, co było tem łatwiej, że na nim jednym wisiała karta z napisem: „zajęty“. Obawiałem się tylko jednego, to — żeby Holms się nie spóźnił. Za parę minut pociąg miał już ruszyć. Napróżno szukałem go śród tłumu; nigdzie nie było widać jego zgrabnej figury. Szukając go, zostałem zaczepiony przez jakiegoś włoskiego księdza i pomogłem mu rozmówić się z tragarzem, który nie mógł ani rusz zrozumieć jego łamanej angielszczyzny, by wyprawić bagaż do Paryża. Raz jeszcze obszedłem platformę i wróciłem do wagonu; tam zastałem siedzącego już owego włoskiego księdza; chciałem mu tedy zwrócić uwagę, że wagon ten jest zajęty i że wsiadł tu przez pomyłkę, zaniechałem jednak, nie chcąc łamać sobie języka włoszczyzną, gorszą jeszcze chyba od jego angielszczyzny. Począłem wyglądać przez okno, wypatrując mego druha. Zimno mnie przejmowało na myśl, że może co złego stało się podczas nocy. Wreszcie zatrzaśnięto drzwi wagonów, rozległ się dzwonek, a wraz z nim głos tuż obok mnie:
— Mój kochany Watsonie! mógł byś się przynajmniej przywitać ze mną.
Obejrzałem się zdumiony. Zgrzybiały księżyna patrzał na mnie badawczo. I oto jednej chwili zmarszczki na jego twarzy drgnęły i zginęły, nos się wyprostował, podbródek opadł, dolna warga już nie zwisała, oczy mętne patrzały znowu z ogniem po junacku, a postać zgarbiona stała się znów prostą i sprężystą. Przedemną stał Holms, lecz tylko przez chwilę.
— Boże! krzyknąłem mimowoli, — jakeś mnie nastraszył!
— Tss, — szepnął mi, — ostrożność nie zawadzi. Mam wszelkie podejrzenie, że tropią nas zawzięcie... Aha! masz, oto i Moriarti!
Pociąg już ruszył, gdy Holms to powiedział. Obejrzawszy się, ujrzałem, jak człowiek jakiś wysoki rozpychał tłum na dworcu i machał ręką, jakby pragnąc zatrzymać pociąg. Było już jednak późno, pociąg przyspieszał biegu i oto jak strzała pomknęliśmy ze stacyi.
— Widzisz więc! — rzekł mi Holms śmiejąc się. — Pomimo wszystkich ostrożności ledwieśmy umknęli.
Powstał, zdjął z siebie owe księże szaty, zwinął je i włożył do walizy.
— Czytałeś ranne gazety? — zapytał.
— Nie.
— Więc nic nie wiesz, co się stało na Becker-Street?
— Na Becker-Street?
— Podpalili dziś w nocy mój dom. Na szczęście nie wiele się spaliło.
— O, Boże! Ależ to nie do zniesienia, mój drogi!
— Stracili mnie widocznie całkiem z oczu od czasu, jak został aresztowany ów drab, który się rzucił na mnie z nożem. Gdyby nie to, nie mogli by przypuszczać, że powrócę do domu. Pomimo to jednak, śledzili widocznie ciebie i dla tego Moriarti znalazł się na dworcu. Czyś wszystko spełnił, jak ci poleciłem, skrupulatnie?
— Tak jest, wszystko, jak-eś polecił.
— Znalazłeś powóz po wyjściu z pasażu?
— Tak, czekał na mnie.
— Poznałeś woźnicę?
— Nie.
— To był mój brat Mikroft. W takich razach najlepiej obywać się bez obcych pomocników. No, ale jakże teraz postąpimy z Moriarti’m?
— Przecież to ekspres, który się łączy ze statkiem; uniknęliśmy więc jego pościgu.
— Mój drogi! Zapomniałeś widocznie, com ci mówił, że człowiek ten w niczem nie ustępuje mej przenikliwości i mojemu sprytowi. Czy sądzisz, że gdybym ja go ścigał, drobnostka taka mogła by mnie zbić z tropu? Zanadto złe masz o nim pojęcie, mój kochany!
— A cóż on może zrobić?
— To samo, co ja bym zrobił, będąc na jego miejscu.
— Mianowicie?
— Nająłbym ekstra-pociąg.
— Ale — przecież to już za późno.
— Mylisz się. Pociąg ten zatrzymuje się w Kenterbery, a przytem statek spóźnia się zwykle o cały kwadrans. Tym więc sposobem dogoni nas.
— Wygląda to, jakbyśmy byli zbrodniarzami i on nas ścigał. Każ go aresztować na przystani.
— To by znaczyło zmarnować wszystko, com zrobił w ciągu trzech miesięcy. Pojmalibyśmy jego, a banda by się rozpierzchła. Gdy tymczasem w poniedziałek wszyscy bez wyjątku będą w moich rękach. Nie, nie może być mowy o aresztowaniu.
— Cóż tedy zrobimy?
— Wysiądziemy w Kenterbery.
— A potem?
— A potem zboczymy do Newhaven i ztąd przejedziemy do Dieppe. Moriarti zaś tak uczyni: przyjedzie do Paryża, odszuka nasz bagaż i będzie go pilnował. Przez ten czas będziemy musieli kupować wszystko w drodze, obywając się bez rzeczy; tym sposobem przez Luksemburg i Baden dostaniemy się do Szwajcaryi.
Zanadtom wiele podróżował, bym miał się martwić z powodu straty rzeczy; wyznaję jednak, że przykrem mi było to uciekanie przed człowiekiem, który sam był winien siedzieć w wiezieniu najgłębszem. Tak czy owak, wierzyłem, że Holms wie lepiej odemnie, co czynić wypada, dlatego też najposłusznej wysiadłem z nim w Kenterbery, gdzie musieliśmy całą godzinę czekać na pociąg do Newhaven.
Stałem na platformie, z żalem patrząc, jak jadą w świat moje rzeczy i cała moja garderoba podróżna, gdy nagle Holms pociągnął mnie za rękaw.
— Patrz! czy nie miałem racyi? — powiedział.
Zza lasku ukazał się dym, a niespełna w minutę przemknęła przed nami, jak burza, lokomotywa z jednym tylko wagonem. Ledwieśmy zdążyli ukryć się za stosem skrzyń i kufrów.
— To on jedzie! — rzekł Holms, wskazując pociąg, — tym razem jednak omylił się nieco w rachunku.
— A cóż by było, gdyby nas dopędził?
— Nie ulega wątpliwości, że godził by na moje życie. Możesz jednak być pewny, że i ja nie prędko bym spuścił z tonu. Teraz chodzi o to, czy zjeść tu śniadanie, czy poczekać aż do przyjazdu do Newhaven.
Tej nocy przyjechaliśmy do Brukseli i zabawiliśmy tam dwa dni; trzeciego wyjechaliśmy do Strasburga. W poniedziałek rano Holms zatelegrafował do policyi tajnej i wieczorem otrzymał odpowiedź. Przeczytawszy ją, rzucił z przekleństwem na ziemię.
— Tego się obawiałem, — jęknął, — wymknął się im!
— Moriarti!
— Schwytali całą szajkę, oprócz niego; drapnął im! Podczas mojej tam nieobecności nikt nie mógł, to pewna, iść z nim w zawody; ale się spodziewałem, że cała rzecz, przezemnie zarządzona, rozwinie się sama pomyślnie. Wiesz co, Watson! Powracaj teraz lepiej do Londynu!
— Po co?
— Po to, że teraz towarzysz ze mnie niebezpieczny. Człowiek ten wszystko już przegrał; wracać do Londynu niema po co. Jeżeli go znam dobrze, wszystkie swe siły użyje teraz na to, by mi odpłacić sowicie. Tak mi zapowiadał — i tak też uczyni niezawodnie. Lepiej będzie tedy, gdy wrócisz do swych chorych.
Namowa ta, rzecz prosta, pozostała bez skutku. Nadto go kochałem, nadto dawna przyjaźń nas łączyła, bym mógł się zgodzić na pozostawienie go w takiej sytuacyi bez dłoni życzliwej. Sprzeczaliśmy się na ten temat przez całe pół godziny; skończyło się na tem, żeśmy tej jeszcze nocy pojechali razem do Genewy.
Spędziliśmy cudownie cały tydzień na wodach Rodanu, bawiliśmy w Interlakenie, w Mejringu, zachwycaliśmy się widokami górskiemi, oddychaliśmy świeżem, jak rosa, powietrzem; wszędzie atoli, gdzieśmy byli, czułem wyraźnie, że Holms nie zapomina ani na chwilę o grożącem mu niebezpieczeństwie. Czy to w osadach alpejskich, czy w górach odosobnionych, oko jego bacznie wpatrywało się w każdego przechodnia; znać było, że każdej chwili jest przygotowany na spotkanie się z wielkim wrogiem.
Mimo tę ciągłą czujność nie upadał na duchu zupełnie. Nigdy jeszcze nie widziałem go w tak świetnem usposobieniu; utrzymywał ustawicznie, że gdyby mu się udało uwolnić świat od Moriarti’ego, nie zawahałby się ani chwili przypłacić to własnem życiem.
Pozostaje mi obecnie w niewielu słowach dopowiedzieć resztę smutnych wypadków. I lubo każdy szczegół tych chwil ostatnich sprawia mi boleść niewymowną, nie mniej uważam za obowiązek podzielenia się niemi z ogółem czytelników.
Przybyliśmy 3 Maja do małego miasta Mejringenu i zatrzymaliśmy się w hotelu Englicher Hof, utrzymywanym przez Peter Sztejlera starszego. Był to człowiek dosyć wykształcony, biegle mówiący po angielsku, ponieważ przez trzy lata był lokajem w jednym z hotelów angielskich. Idąc za jego wskazówkami, 4 Maja po południu wybraliśmy się w góry, pragnąc dotrzeć do wioski Rosenlaut i tam przenocować. Najsolenniej jednak odradzał nam krótszej drogi, która szła koło wodospadów Rajchenbachu i była nad wyraz niebezpieczną.
W samej rzeczy miejscowość ta była pełna grozy. Potok wody spadał do strasznej otchłani, a rozpryskiwanie się jej przypominało wielkie dymy pożaru; ponieważ woda spadała z olbrzymiej wysokości i uderzała o wystającą twardą skośną skałę, odbijała się przeto od niej i znowu się wzbiła na znaczną wysokość. Łoskot przytem był wprost odurzający. Długośmy stali na wierzchołku skały, zachwycając się tym wspaniałym widokiem.
Do wodospadu prowadziła wązka ścieżka, która urywała się nad samym jego skrajem, tak że powrót trzeba było odbywać tąż drogą. Zaledwieśmy ruszyli od wodospadu, gdy pędem przybiegł ku nam chłopiec z listem w ręku. Na kopercie była firma naszego hotelu; pisał sam gospodarz: w chwilę po naszym wyjściu przyjechała do hotelu jakaś angielka w ostatnim stadjum suchot. Dostała krwotoku i życie jej policzone chyba na godziny; pragnie jednakże pomocy lekarskiej; jeżeli tedy mogę zawrócić z drogi... i t. d. w tym guście. Na końcu był jeszcze dopisek: że Sztejler nie zapomni mi nigdy tej przysługi, jeżeli zawrócę z drogi i przybędę obejrzeć chorą, która uparcie odmawia przyjęcia porady od lekarza szwajcarskiego.
Nie wypadało mi odmówić. Nie wypadało nie iść na wezwanie rodaczki, umierającej w obcym kraju. Przykro mi jednocześnie było zostawiać Holmsa samego. Postanowiliśmy wreszcie, że pozostanie razem z nim ów chłopiec przybyły z listem, ja zaś podążę do Majringenu. Holms miał jeszcze zabawić nieco u wodospadu, a potem powoli udać się do Rozenlautu, gdzie miałem się stawić na wieczór. Gdym się obrócił, odszedłszy już nieco, zobaczyłem Holmsa, opartego plecami o skałę, z rękoma skrzyżowanemi na piersiach, patrzącego w dół, w otchłań huczącą. Ostatni raz go wtedy widziałem!
Gdym był już na dole, u skał podnóża, raz jeszcze się obejrzałem; wodospadu nie było już widać, lecz ścieżką, wiodącą ku niemu, pod górę szedł szybko jakiś człowiek.
Na jasnym tle zieleni postać jego dokładnie się odznaczała. Zwrócił moję uwagę tem, że szedł szybko bez zatrzymywania się. Wkrótce zapomniałem o nim zupełnie.
Po upływie godziny przybyłem do Mejringenu. Stary Sztejler stał u drzwi hotelu.
— No! jakże tam? — krzyknąłem zdala jeszcze: — mam nadzieję, że nie pogorszyło się.
Sztejler spojrzał na mnie zdziwiony, a mnie od złych przeczuć serce, jakby w otchłań zapadło.
— Czy nie pisałeś pan tego listu? — zapytałem go, wyjmując list z kieszeni: — Czy nie przyjechała tu chora do hotelu?
— Ależ nie! — odrzekł, dziwiąc się coraz bardziej. — Papier z firmą hotelu... Musiał to pisać ów wysoki anglik, który tu przybył zaraz po odejściu panów. Mówił mi...
Nie dosłuchałem końca i pędem pomknąłem tąż drogą, którą przybyłem. Schodziłem dobrą godzinę, teraz pod górę dwie godziny minęły, zanim dotarłem do wodospadu. W pobliżu skały leżał kij alpejski Holmsa, tuż koło tego miejsca, gdziem widział go raz ostatni. Napróżno atoli wołałem Holmsa, szukając go do koła: jedynie echo górskie odpowiadało na moje wołanie.
Widok kija wprost przeraził mnie. Znaczyło to, że nie poszedł do Rozenlaut. Stał na tej wązkiej ścieżce, tuż nad samą przepaścią, i tu go wróg spotkał. Chłopca również nigdzie nie było. Widocznie był przekupiony przez Moriarti’ego — i zostawił ich obu sam na sam. A co było potem? Kto rozwiąże, co się stało potem?
Parę minut stałem w odrętwieniu, przejęty grozą. Potem — o, ironio! — naśladując w takich razach Holmsa, starałem się za pomocą jego własnej metody odtworzyć scenę, jaka tu być mogła. Niestety! okazało się to nader trudnem. W ciągu całej naszej rozmowy nie dochodziliśmy do końca ścieżki; kij jego alpejski wskazywał, gdzieśmy się zatrzymali. Grunt w tem miejscu był bardzo miękki, nawet ptak zostawia na nim ślady. Dwie pary kroków prowadziły dalej tą ścieżką i nazad nie powracały. W odległości kilku yardów od brzegu przepaści, ziemia była zdeptana butami i poszarpana. Położyłem się na samym skraju otchłani i zajrzałem w głąb. Mrok już zapadał, widziałem tylko w dali pod sobą kłęby wody huczącej i nic więcej. Zawołałem — nie było odpowiedzi.
Los jednak zrządził, żem od druha swego i towarzysza otrzymał znak pożegnalny. Mówiłem już, że kij był porzucony koło skały. Podniosłem go i wtedy zobaczyłem, że błysnęło coś na ziemi. Był to porte-cigare srebrny Holmsa. Otworzyłem go z uczuciem trwogi żałosnej; zwewnątrz wypadł kawałek papieru. Rozwinąłem go; był zaadresowany do mnie; była to kartka, wydarta z notesu i zapisana ołówkiem. I trzeba oddać sprawiedliwość Holmsowi, w ostatniej tej chwili życia pisał równie wyraźnie i spokojnie, jak to czynił przy biurku u siebie. Oto jest list ten w całości.

„Kochany Watsonie! Kreślę te słowa, dzięki uprzejmości pana Moriarti’ego, który zgodził się zaczekać kilka chwil, zanim przystąpimy do rozwiązania sprawy życia i śmierci. Opowiedział mi, jakim sposobem uniknął pościgu policyi angielskiej i wyśledził nas w naszej podróży. I teraz jeszcze jestem pochlebnego zdania o jego talentach. Jestem rad, że udziałem moim staje się uwolnienie świata od tego człowieka, boleję tylko nad tem, że przyjaciołom swoim, a głównie tobie, Watsonie, sprawić muszę boleść. Mówiłem ci już jednak, że dobiegłem do szczytu chwały i w sposób świetniejszy nie mógł bym zakończyć mej drogi. Jeżeli chcesz całej prawdy, to ani chwili nie wątpiłem, że ów list z hotelu —

podstęp Moriarti’ego; pozwoliłem jednakże ci odejść, wiedziałem bowiem, że tak czy owak rozwiązanie staje się nieuniknionem. Oświadcz odemnie inspektorowi Patersonowi, że wszystkie papiery, dotyczące sprawy Moriarti’ego leżą u mnie w biurku. Testament zrobiłem już przed wyjazdem z Londynu i wręczyłem go bratu swemu Mikroftowi. Bądź łaskaw oświadczyć mój szacunek twej żonie. Twój szczerze przyjazny

Sh. Holms“

Jeszcze kilka słów. Badanie biegłych okazało, że pojedynek ów zakończył się tem, iż obaj runęli w przepaść. Wszelkie próby wydobycia ciała okazały się płonnemi. I oto tam w dole, śród potoków wody huczącej, spoczęły dwa ciała: największego zbrodniarza i największego ajenta policyjnego, druha i dobroczyńcy ludzkości. Chłopca, który doręczał list, równie nie znaleziono; nie ulega wątpliwości, że był to jeden z ajentów Moriarti’ego.

Tak zginał, jak żołnierz na stanowisku, najlepszy i najmądrzejszy z ludzi, jakich kiedykolwiek znałem. Pamięć o nim pozostanie mi drogą na zawsze.





Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Arthur Conan Doyle i tłumacza: anonimowy.