Ostatnia fala

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Waleria Marrené
Tytuł Ostatnia fala
Pochodzenie Na dnie życia
Data wydania 1887
Wydawnictwo J. Czaiński
Druk J. Czaiński
Miejsce wyd. Gródek
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBI
Cały zbiór
Pobierz jako: Pobierz Cały zbiór jako ePub Pobierz Cały zbiór jako PDF Pobierz Cały zbiór jako MOBI
Indeks stron


OSTATNIA FALA.


Jedną z głównych ulic wielkiego miasta w godzinach największego ruchu, szedł powolnym krokiem starzec. Mało snadź obchodzili go przechodnie — nie zwracał na nich uwagi, nie powoływał go też zapewne na miasto interes żaden, bo nie spieszył nigdzie, szedł miarowo, ciężko, czasem zatrzymywał się chwilę — nie przed wystawami sklepów, ani dla zamienienia ze znajomymi słów kilku, tylko oddychał ciężko, jak gdyby napadało go nagłe znużenie.
Starca tego widywano często na tej samej ulicy, o tej samej godzinie. Dochodził zawsze do wielkiego gmachu, na którego szarych murach błyszczał złocony napis. Gmach urzędowy zapewne, bez ozdób, szyldów, wystaw sklepowych, spoglądał na zewnątrz szeregiem okien, do połowy zamalowanych białą farbą w ten sposób, ażeby, przepuszczając światło, nie pozwalały ciekawym oczom wedrzeć się do wnętrza, albo też z wnętrza rzucić spojrzenie na ulicę. Brak firanek, zieloności, kwiatów, zabielone szyby, wszystko to przyczyniało się do osmucenia tych okien; patrząc na nie, przychodziło na myśl, iż po za niemi musi panować atmosfera ciężka, duszna, że ci, co tam wchodzą, czynią to jedynie z konieczności, a wychodzą niezawodnie pospiesznie.
O pewnych godzinach tłum chłopców różnego wieku i wzrostu wybiegał z tego gmachu, a starzec powracał do siebie, wsparty na ramieniu jednego z nich. Dnia tego jednak, zamiast przechadzać się zwolna przed szarym domem, jak to czynił zwykle, zatrzymał się przy rozwartych drzwiach, przez które wzrok mógł się wcisnąć w ciemne głębie sieni, oparł się oburącz na lasce i czekał.
Nieruchomy, podobny był do posągu. Postać jego atletyczna, wysoka niegdyś, teraz przygarbiona wiekiem, czy przygnieciona ciężarem bytu, z trudnością dźwigała się w górę; na czole, przeciętem głębokiemi bruzdami, na bladych skroniach, leżała kamienna nieruchomość; zapadłe źrenice spoglądały z pod brwi siwych, jakby z jakiej dali wielkiej, jakby uciekały one od otaczającego świata gdzieś w nieskończoność wspomnień, czy w nieskończoność własnej myśli. I ta głowa, o wielkich wyrazistych rysach, wyżłobionych zmarszczkami, przypominała skałę, o którą uderzały fale jedne po drugich nieustannie, wypisując się na niej zniszczeniem.
Życie było dla niego twarde; świadczyły o tem surowe zagięcia ust zbielałych, na których uśmiech żaden nie zostawił śladu, świadczył nadewszystko wyraz śmiertelnego znużenia. Walka życia była dla niego już zbyt ciężką, wyczerpała siły, energią, wolę, tak, iż człowiek ten zdawał się zaledwie zdolnym utrzymać w drżących rękach kij, na którym się wspierał; a patrząc na tę twarz zamarłą, na oczy przygasłe, na krok niepewny, rodziło się w myśli pytanie: co robił wśród żyjących ten starzec, nie mający z nimi nic wspólnego?
A jednak jeszcze nić jakaś musiała łączyć go ze światem, coś obchodziło go jeszcze, skoro wzrok wytężony zwracał w jednę stronę; a kiedy nagle drzwi szarego domu zaroiły się wychodzącym tłumem młodzieży, i jeden z pomiędzy niej skierował się ku niemu, to źrenice starca zajaśniały blaskiem, jakby w nich roztliła się na chwilę iskra dawnych pożarów, na lica powróciła lekka barwa krwi, nawet pochylone barki uniosły się, jakby biły ożywcze promienie od tej bujnej młodości, co się do niego zbliżyła.
Chłopiec był w pierwszym jej rozkwicie. Czarne jego oczy pałały, krew gorąca grała w nich, przebijała w ogorzałej cerze, świeciła z ust pełnych, wiśniowych, około których lekki czarny meszek zaledwie wysypywać się zaczął.
— No cóż, Janku? — zapytał starzec.
— Cóż! nic jeszcze, dziadziu, — odparł młody. — Jutro dopiero wszystko się wyjaśni.
Słowa te ściągały się snadź do rezultatu niepokojącego ich obydwóch, bo po jasnej, otwartej twarzy młodego przemknęła chmura, wywołana zapytaniem starca. Z oczu jego posypały się iskry, a brew zmarszczona dziecinnej twarzy nadała wyraz takiej stanowczości, iż można się było ulęknąć tej gwałtownej natury i jej niepohamowanych wybuchów.
— Nie! — szepnął przez zaciśnięte zęby, — oni mi patentu odmówić nie mogą!
— Dla czego?
— Jakto! ja miałem zawsze wszystkie dobre stopnie! to była-by krzycząca niesprawiedliwość.
Te słowa wnuka musiały wydać się bardzo dziecinnemi dziadowi, bo wzruszył ramionami.
— Niesprawiedliwość! cóż ztąd! Niesprawiedliwość! Świat stoi niesprawiedliwością. Czyż nie wiesz tego jeszcze?
— Jabym tego nie zniósł! — zawołał chłopiec namiętnie.
Starzec popatrzył w jego oczy przygasłemi źrenicami swojemi, w których otworzyły się jakieś głębie.
— Dziecko! — wyrzekł, — albo ty wiesz, co znieść można?
Ale wyrazy te nie miały dla młodzieńca żadnego znaczenia. Namiętniej tylko zapałało mu spojrzenie, głębsza bruzda wyryła się na gładkiem czole.
— Ja bym nie zniósł! — powtórzył.
Cóż mu znaczyło, że inni cierpieli, boleli, przechodzili straszne koleje? ci inni nie byli nim, nie posiadali jego siły uczuć, nie znali pewnie tych piorunów krwi, które nagle powlekały mu wzrok ognistą purpurą, ile razy spotkał się z obłudą, zdradą, podłością, ile razy widział niesprawiedliwość, choćby ta nie dotykała go w niczem.
W dawnych czasach byłby może z niego rycerz bez trwogi i skazy, broniący ostrzem miecza swego słabych i uciśnionych. Dziś... dziś szedł obok dziada z ponurą błyskawicą w oczach, zaciskając ręce gwałtownie i powtarzając krwią nabiegłemi wargami uparcie jedno:
— Jabym nie zniósł!
W miarę, jak starzec wpatrywał się w chłopca, surowość jego rysów miękła. W tych błyskawicach, w tych buntach, w tych wrzeniach, odnajdował może wspomnienia własnej przeszłości.
— Ha! — szeptał, — i ja byłem takim... kiedyś... przed laty... zanim opłakać musiałem wszystko, com ukochał: żonę naprzód, potem czterech synów. Wszystkich straciłem w kwiecie lat, jednego po drugim. Dwóch zginęło na polu bitwy, trzeci w obcej, dalekiej, smutnej krainie; najmłodszy, twój ojciec....
Słowa skonały mu na ustach; snadź dzieje tego najmłodszego syna były smutniejsze jeszcze od innych i dobrze znane rodzinie.
— A ja — mówił po chwili, — przeżyłem wszystkich. Sił starczyło... zniosłem.
Opuścił głowę na piersi, oczy nieruchome wlepił w dal, a twarz jego przybrała znowu obumarły wyraz.
Wnuk nie zdawał się zważać na słowa dziada. Szedł przy nim nierównym krokiem, z trudnością stosując się do jego powolnych ruchów. Coś się w nim rwało, burzyło, kipiało, fale krwi oblewały mu lica i schodziły gwałtownie.
Z nich dwóch każdy zatopiony był w swym własnym świecie, a świat ten był dla drugiego niedostępny.
Nazajutrz starzec szedł tą samą ulicą i tak jak wczoraj zatrzymał się, oparty na kiju, przed szarym gmachem. Świat uśmiechał się blaskami prześlicznego czerwcowego dnia; na bezchmurnym błękicie nieba rysowały się wesołe ostre szczyty dachów, wieżyce kościelne, wysunięte w górę linie pałaców; a złote słońce — ten czarodziej niebieski, rzucało na wszystko snopy promieni, okrywało królewskim płaszczem blasków blizny i szczerby murów, odbijało się w szybach, latarniach, gładkich powierzchniach, czyniąc sobie w około tysiące oślepiających zwierciadeł, i nawet temu szaremu gmachowi odejmowało ono ponurą powierzchowność, zapalając ogniste pochodnie w szeregu smutnych okien jego.
Świat zdawał się oddychać weselem. Ptaki śpiewały w niebogłosy, tak, iż nawet na tle miejskiego turkotu można było dosłyszeć ich czyste, wysokie nuty. Chybkie jaskółki, wróble wesołe przefruwały z gzemsów na gzemsy, a stada gołębi krążyły chwilami w powietrzu, podobne do gwiazd srebrnych, rozsypanych po błękicie, i znikały z oczu, by ukazywać się znowu.
Podmuchy wiatru przynosiły fale zapachów akacyi, róż, jaśminów; niekiedy białe płatki kwiatów unosiły się w powietrzu, jak roje motylów, otrząsane przez jakieś smukłe drzewo, wyglądające z po-za ogrodowego muru.
Wesołość świata oddziaływała na ludzi: przesuwali się oni uśmiechnięci, ożywieni, wdychając w piersi rzeźwiące powiewy, jak gdyby powszednie troski ustępowały z myśli wobec tego święta natury. Starzec nawet zdawał się lżej oddychać; chód jego był mniej powolny; kiedy zatrzymywał się, ażeby odpocząć, spoglądał w koło, a błękit i słońce rzucały odblaski swe na jego posępne oblicze.
Martwe przedmioty wyglądały tak przyjaźnie, nawet okna szarego gmachu błyszczały tak wesołem światłem, iż ostatnia troska jego życia wydała mu się zbyteczną. Dlaczegoż Janek nie miał by otrzymać tego, na co zapracował, co mu się słusznie należało? Zapewne jego to umysł, osmucony, zbolały, rzucił ziarna zwątpienia w umysł dziecka, spowodował trwogę i niepokój. Tak... niezawodnie... przewidywanie złego musiało być tylko chorobliwym objawem własnych doświadczeń, owocem minionego życia. A teraz... teraz Janek za chwilę ukaże się w tych drzwiach, rozpromieniony, rzuci mu się na szyję z wylaniem szczęścia, pokazując tryumfalnie patent zdobyty... Czekał więc.
Nagle do uszu jego dobiegł z wewnątrz gmachu huk niewyraźny, stłumiony, jakby drzwi jakie rzucono z łoskotem. Potem wzniósł się krzyk wielki przestrachu, żalu, zgrozy, krzyk wydarty z piersi mnogich, a potem szmer głosów zmieszanych, wśród których dosłyszeć było można i łkania, i klątwy, i mowę wielu, i kroki gwałtowne, rozlegające się w różne strony. Cóż się tam stać mogło? Okna zamalowane nie pozwalały nic dojrzeć, nic zrozumieć. Zapewne Janek wybiegnie za chwilę i powie. Rzeczywiście w sieni chłopcy gromadzili się z wnętrza, nie wychodzili jednak, jak zwykle, a po gwarnej chwili nastąpiła cisza uroczysta, cisza, która, nie wiedzieć czemu wydała się starcowi złowrogą. Potem drzwi rozwarły się na oścież i kilku ludzi wysunęło się, niosąc ciężar jakiś na noszach, zrobionych na prędce z dwóch ławek. Za nimi dopiero chłopcy szli tłumnie, szli, jakby za pogrzebem, — na żadnej twarzy nie było uśmiechu, na wielu błyszczały łzy.
Starzec postąpił krok na przód, upatrując wnuka. Nie dostrzegł go.
— Janek! — zawołał.
Nie odpowiedział mu nikt, ale w tej chwili rozstąpił się tłum, otaczający nosze; mógł zobaczyć, kto na nich spoczywa.
— Janek! — zawołał znowu... chciał zawołać, bo nie zdołał dokończyć imienia. Zatrząsł się całem ciałem, jak drzewo podcięte w korzeniu, dziki jęk wyrwał mu się z piersi.
Na noszach tych był wnuk jego, a krew broczyła ubranie, płynęła aż na flizy chodnika i migotała barwą rubinu w promieniach słonecznych. Twarz chłopca, powleczona już woskową bladością śmierci, nosiła jeszcze ten wyraz stanowczy, z jakim wymawiał wyrazy: Jabym nie zniósł! a dłoń prawa, kurczowo zaciśnięta, trzymała miniaturowy rewolwer, którego kulą przeszył sobie serce, gdy niesprawiedliwość, jaką mu grożono, spełnioną została.
Teraz oczy jego, bielmem zaszłe, patrzały wprost w niebo, jakby zanosiły tam skargę swoją, i odbijały jego niezmącony słoneczny lazur.
Starzec spoglądał na to bez głosu, bez słów, bez wyrazu prawie, osłupiały. Orszak, otaczający nosze, przechodził koło niego, — on nie ruszył się z miejsca. Gdy przeszedł, nie poszedł za nim.
Niebo wydawało mu się pięknem, słońce ożywczem, powietrze pełnem woni. Zaczął przypatrywać się oknom szarego gmachu, błyszczącym słońcem, jaskółkom fruwającym mu nad głową, motylom, które czasem w pogoni jeden za drugim okrążały go zygzakowatym lotem; jak dziecię wyciągał do nich ręce i śmiał się jak dziecię.
Uderzyła w niego fala ostatnia....





Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Waleria Marrené.