Ostatni sejm Rzeczypospolitej/XII

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Władysław Stanisław Reymont
Tytuł Ostatni sejm Rzeczypospolitej
Pochodzenie Rok 1794
Data wydania 1913
Wydawnictwo Gebethner i Wolff
Druk W. L. Anczyc i spółka
Miejsce wyd. Kraków
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tekst jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Indeks stron
XII.

Niezdarzone porwanie Zaręby stało się dosyć głośnem, dla Sieversa i jego kompanionów nawet kłopotliwem, ale z tej racyi nie podniósł się krzyk na wszystką Rzeczpospolitą, chociaż zelanci próbowali rozdmuchać zdarzenie, grożąc jego wywleczeniem na sejmowe forum. Zieliński chciał nawet zapisywać w grodzie protestacye, zaś Woyna, nie dowierzając zapewnieniom Rautenfelda, długo się kłopotał niewiadomym losem przyjaciela.
Powszechność animowała się czemś zgoła ważniejszem.
Zaczęły się bowiem dni sejmowych deliberacyi nad traktatem z Prusami, pochłaniające całą społeczność od króla do ostatniego mości dobrodzieja.
Owo ten król pruski, z którym były zawarte sojusze, który jeszcze niedawno skomlał o przyjaźń Rzeczypospolitej i przy zdarzonych okolicznościach zapewniał o niezmiennej wierności, ten król pruski, którego przodkowie, wywiedzeni z nicości przez Polskę, na kolanach w rynku krakowskim zaprzysięgali przed jej Majestatem poddaństwo i swoje wierne służby — podeptał przysięgi, zdradził nikczemnie położoną w nim wiarę, i podawszy hasło nowego rozbioru, po zbójecku napadł Wielkopolskę i zajął ogromny szmat kraju, aż po Rawę, Pilicę i Sochaczew. Zagrabił prawem kaduka, jak najostatniejszy z łotrzyków! A teraz przez swego ministra śmie jeszcze nasyłać harde noty i żądać od zgromadzonych Stanów dobrowolnego wyrzeczenia się ziem podstępnie zagrabionych! Chce prawnie władać odwieczną kolebką narodu i przymusza sejmujące Stany, »żeby natychmiast deputacyę opatrzyły plenipotencyą, potrzebną do ukończenia negocyacyi i do podpisania traktatu provisorie uprojektowanego, który był przedmiotem mianych z nim konferencyi. Inaczej Naj. Król. Imć. pruski, będzie się widział w konieczności rozkazania generałowi Möllendorfowi, ażeby do nieprzyjacielskich przystąpił kroków, wkraczając do pozostałych krajów Rzeczypospolitej, i takowe przedsięwziął miary, które jeszcze więcej los Polski ucisną i ściągną najokropniejsze skutki na tych, którym się podoba pomnażać przez ślepą opozycyę klęski swej ojczyzny«.
Tak przemawiał do wolnego narodu, imieniem swego pana, Buchholtz...
Taki głos podnosiła zuchwała nikczemność, dufająca jeno prawu pięści...
I przez takich wiarołomców i tyranów nauczyła się Polska nienawidzieć i przeklinać. Więc kto jeno miał człowieczą duszę, w kim nie wytlało sumienie i żyło jeszcze czucie wolności, ten przeciwił się oddawaniu najmniejszej cząstki ziemi w moc podłego rabusia i ciemięzcy.
— Raczej nam oddać wszystką Rzeczpospolitą pod opiekę imperatorowej! — wołali stronnicy Kossakowskich, a wraz z nimi większość zrozpaczonych.
Drudzy zaś, z których głównie przyczyny kraj przyszedł do takiego upadku i poniżenia, jak bywszy hetman Rzewuski i część generalności targowickiej z wojewodą sieradzkim, Walewskim, na czele, chciała rozpisywać uniwersały na pospolite ruszenie i mieczem a ogniem zanieść odpowiedź królowi pruskiemu — ale Sievers czuwał i w porę a skutecznie takowe zamysły przygasił, grożąc malkontentom konfiskatą majętności i wysłaniem. Już bowiem zrzucił maskę życzliwości, coraz brutalniej naciskając Sejm do przyjęcia pruskich żądań.
Najgłębsza, bo bezradna rozpacz ogarnęła umysły cnotliwych i serca. Rzeczpospolita leciała w przepaść bez nadziei jakiegobądź ocalenia...
Nie zwątpiła tylko w jej podźwignięcie i żywot nieśmiertelny ta przyczajona do czasu garść sprzysiężonych i egzulów, tułających się po obcych krajach, lecz tego ani się mogła domyślać powszechność, wystawiona na wszystkie udręczenia niepokojów, żałości i najczarniejszych trwóg.
Przez te pamiętne dni, od 26 sierpnia do 2 września, Grodno dawało z siebie obraz zgoła niepowszedni, tak było do dna wzburzone i rozanimowane. Wszyscy i na każdem miejscu zajmowali się jeno sprawą traktatu, ważąc w nieskończonych deliberacyach widoki jej przyjęcia lub odrzucenia przez Sejm. Nawet pospólstwo, ku niemałemu zdumieniu, dawało wyraz swej nienawiści do Prus. Którejś nocy wybito szyby Buchholtzowi, że musieli jego kwaterę opasać kordonami grenadyerzy Cycyanowa. Jakichś Niemców ledwie wyrwano z pazurów rozjuszonego tłumu. A co już dawało do myślenia, że w biały dzień pod Jezuitami spalono konterfekt króla pruskiego, a imiona jego sejmowych jurgieltników powieszono, przyczem uczynił się taki tumult i zbiegowisko, aż kozacy musieli się wdać z nahajkami.
Nienawiść powszechna wzrastała z dnia na dzień i każdego z podejrzanych o życzliwość do Prus, a w szczególności posłów, prześladowano wzgardą, iż chyłkiem, zaułkami przekradali się na Sejm, poniektórzy nawet pod eskortą. Poruszenie umysłów zdało się grozić jakimś powszechnym wybuchem zemsty, podsycanej nieustannie przez gazetki krążące z rąk do rąk i wierszyki. Codziennie znajdowano na murach ponalepiane karteluszki, pełne gróźb pod adresem sejmowej większości. Podrzucano je nawet w pojazdach i kościołach. Napróżno zatrwożony marszałek Moszyński kazał wyłapać podżegaczów, tyle się jeno dowiadując od Boscampa, że to jakiś mnich podjudza tłumy, jątrzy i do wszystkich ekscesów ręki przykłada.
Snadniej jednak pochwyciłby w locie jaskółkę, niźli jego złowił z pośród oddanego mu pospólstwa.
Rozgorączkowanie umysłów dosięgło już takiego napięcia, że zabawy i hulanki przestawały mieć amatorów; teatralne reprezentacye i koncerty odprawiały się przy pustych ławach, nawet zielone pola faraona ugorowały, zaś lękliwsi obywatele, znaczniejsi kupcy i modne gamratki zaczynali opuszczać miasto w przewidywaniu rozruchów i zamieszek. Ulice pustoszały, zbrakło pod kafenhauzami próżniaków wystających całe dnie, nie doliczył się też ani połowy pojazdów, strojnych dam i hucznych kawalkad; wszystko się gdzieś poprzytajało, nasłuchując jeno wieści z coraz burzliwszych obrad sejmowych.
Wtedy zniecierpliwiony Sievers, celem odwrócenia publicznej uwagi od materyi politycznych, nakazał swoim socyuszom urządzanie przyjęć i balów, nie żałując ekspensów dla mniej zasobnych lub ociągających się.
Pierwszy wystąpił Nowakowski — i wytłuczono mu szyby, a nazajutrz ledwie się salwował z rąk jakichś oberwańców.
Więc pani Ożarowska i cała wybrana socyeta wznowiła przerwane zabawy, pod opieką gwardyi litewskiej bowiem hetman nie dowierzał koronnej. Codziennych obiadów Sieversowvch dla posłów i stronników strzegła cała kompania jegrów. Pomniejszych zebrań pilnowali marszałkowscy lub miejskie pachoły, ale, pomimo tego, powracających z owych przyjęć często spotykały siurpryzy, że ich obrzucano błotem i kamieniami.
Skorzystał z tych okoliczności ambasador i pod pozorem bezpieczeństwa kazał dać stałe straże dygnitarzom, wybitnym posłom, ważniejszym personom, a miasto zalał wojskiem i wziął pod taki nadzór, że bez przepustki, wydanej przez komendanta, nikt się nie ważył pokazywać na ulicach, ni wyjeżdżać.
Wpłynęło to cale skutecznie na animusz pospólstwa, lecz nie uspokoiło wzburzenia powszechności.
Bowiem Sejm dawał obraz codziennej bitwy, staczanej przez garść bohaterów z falangą chwiejnych, głupich i zaprzedanych, oraz z całą potęgą skoalizowanej nikczemności sąsiednich potencyi.
Napróżno król, Ankwicz, Ożarowski, biskup Kossakowski, Miączyński i tylu podłych i tchórzliwych usiłowało wszystkimi sposoby przemódz opozycyonistów i skłonić do powolności, napróżno i Sievers groził im Sybirem, obstawiał wartami, a niektórych siłą zatrzymywał na kwaterach.
Nie ustąpili żadnym groźbom ni perswazyom.
Szydłowski, Skarżyński, Mikorski, Krasnodębski, Kimbar, Karski, Gosławski i reszta tych niewielu cnotliwych stała nieustraszenie przy swojem, nie dopuszczając deliberacyi nad traktatem z Prusami.
Stali jakby na podminowanym szańcu, walcząc do ostatniego tchu za całość i wolność Rzeczypospolitej, jak byli walczyli w przeklętej pamięci dniach 17 lipca i 17 sierpnia, tak samo przeciw skonfederowanej zdradzie i przemocy.
Grzmiały więc ciągłe mowy, protestacye, głosowania; nieustannie wybuchały kłótnie, przewlekłe rokowania, długie ceremonie przeprosin obrażanego co chwilę Majestatu, kończące się gremialnem ucałowaniem królewskiej ręki — byle jeno przewlec choćby dzień jeden, byle tym oporem rozbudzić sumienia i krzykami rozpaczy wstrząsnąć opieszałych. Już większość sejmowa poczynała się skłaniać za ojczyzną, już 27 sierpnia przeszedł wniosek Szydłowskiego, odrzucający ze wzgardą wszelkie traktowania z Prusami, już otucha napełniała serca obrońców, świtały nadzieje i pomnażały się siły...
Ale zbyt rychło musiały rozwiać się wszelkie rachuby i nadzieje, bo za notami króla pruskiego stały tajne układy z imperatorową, podyktowane nienawiścią do Polski, a co najgroźniejsze, jej armie wyczekujące tylko rozkazów.
Jakoż zaraz nazajutrz, 28 sierpnia, na Sejmie odczytano długą i wykrętną notę Sieversa, nakłaniającą Stany do bezzwłocznego zakończenia sprawy z Prusami. Jeszcze nie ochłonięto z ciosu, zadanego pięścią, obwiniętą aksamitem, gdy A. Podhorski, poseł wołyński, zażądał głosu, ale nie mogąc przemówić z powodu nagle powstałych wrzasków, podał jakiś papier marszałkowi sejmowemu żądając jego odczytania. Poparli to żądanie jego talarowi socyusze.
Znano Podhorskiego zaprzedanym Prusom nikczemnikiem i wiedziano, co zawiera jego projekt, układany ostatniej nocy wespół z Buchholtzem.
Gała więc opozycya, jak jeden mąż, porwała się z ław, wybuchając huraganem złorzeczeń i protestacyi przeciw odczytywaniu. Zatłoczone galerye zawtórowały tupotem i wrzaskami, dziw że się cały zamek nie zawalił.
Zelanci w słowach gwałtownych i już niehamowanych, w słowach gniewu i wzgardy piętnowali Podhorskiego, jako zdrajcę kraju, a Szydłowski, uniesiony cnotliwem oburzeniem, wzniosły w bólu nad ojczyzną i zrozpaczony, wołał ogromnym głosem w końcu przemówienia: — »Idę pod laskę, zadając Podhorskiemu zdradziectwo ojczyzny i oczywiste złamanie przysięgi! Sądu żądam na zdrajcę i nie ustąpię, aż się doczekam tej dla ojczyzny pociechy, iż ziemia nasza krwią tego zdrajcy oblana zostanie«. — I stanął pod laską marszałkowską cały w ogniach piorunów.
— Podhorski na sąd! Pod laskę! Na sąd! — zawrzała izba i sto pięści wyciągnęło się ku nikczemnikowi, który ogromny, brzuchaty i jakby spęczniały judaszowymi talerami, siedział spokojnie, obcierając jeno twarz sczerwienioną.
Miączynski, Józefowicz, Wilamowski, Włodek i Zaleski trzymali przy nim straże, ochraniając go przed rozwścieczonemi pięściami. Nie poruszyły go nawet krzyki arbitrów, padające z galeryi jakby nieustającym gradem kamieni.
— Zdrajca! Łotr! Na szubienicę! Pruski parob! Judasz! Rakarz! Zdrajca!
Nad wszystkimi górował bas ojca Serafina i zapalczywy głos podkomorzyny. W okienku nad tronem, z poza kartunowej zasłony, błyskały przyczajone oczy Sieversa.
Kilka godzin jeszcze trwały tumulty i wrzawy, nie milknące ani na chwilę, gdyż zelanci nie dopuszczali do żadnych czynności, dopóki zdrajca nie będzie oddany sądowi.
Król, znużony śmiertelnie, solwował wreszcie posiedzenie do jutra.
Zaś nazajutrz, 29 sierpnia, powtórzyły się sceny jeszcze burzliwsze i gwałtowniejsze. Źle się zaczęło od początku, bo przed otwarciem sesyi marszałek wielki litewski, Tyszkiewicz, sam chodził po galeryach i wszystką postronną publiczność kazał wypędzać z Sejmu. Szpetnie mu za to przymówił Gosławski. Marszałek usprawiedliwiał się gorąco, obiecując przeczytać posłom list Sieversa, przymuszający go do takich czynności, oczyszczania izby z żywiołów niepożądanych, gdy otwarły się podwoje i śmiałym, bezczelnym krokiem wszedł Podhorski i zajął swoje miejsce.
— Precz z nim! Za drzwi! Za drzwi! — runęły namiętne wrzaski. Kilkunastu zelantów rzuciło się ku niemu, wyrwali go z miejsca niby chwast podły, podnieśli na rękach, wyrzucili na korytarz i zatrzasnęli drzwi. Poleciał na skargę do Sieversa.
W izbie nieco przycichło i rozpoczęły się debaty względem czytania projektu złożonego do laski przez Podhorskiego, za czem już obstawała większość, nastraszona przez ambasadora. Najgwałtowniej dopominali się tego partyzanci i jurgieltnicy pruscy z Miączyńskim na czele. Król również się skłaniał, dając powody tchórzostwem nacechowane jak i nikczemnie wykrętne.
Noc zapadła, zapalono światła i, pomimo powszechnego znużenia, sesya ciągnęła się bez przerwy, a wśród nieustannego zamieszania i nieopisanych zgiełków.
Opozycya chwytała się każdej okazyi, byle jeno nie dopuścić czytania projektu. Większość zaś, wspierana przez króla, starała się ów projekt przeforsować. Dochodziło przeto do scen gwałtownych i zgoła nieprzystojnych Sejmowi, były chwile, że zdało się, jako zabłysną szable i krew się poleje. Rwał się porządek obrad, nikt już nie słuchał marszałka, nie zważał na króla, jakby opętanie ogarnęło wielu, że z zaciśniętemi pięściami, ochrypli, prawie nieprzytomni, skakali sobie do oczów.
Galerye znowu, pełne arbitrów, niemało przyczyniały się do podniecenia umysłów, gdyż, trzymając stronę zelantów, przeciwników traktowały śmiechem i drwinami. Przed końcem sesyi powrócił Podhorski, ale go momentalnie wyrzucono za drzwi. Naraz Karski spostrzega, że projekt Podhorskiego bez podpisu, korzysta z tego opozycya i stąd nowa zwłoka, nowe sceny i nowe utarczki.
Król rozkazał go przywołać. Wszedł lękliwie i, przeprowadzony krzykami, zbliżył się do tronu, a że dziwnym trafem nie było na stole marszałkowskim piór ni inkaustu, król, podając mu własny ołówek, zachęcał do podpisania.
Wahał się chwilę, potoczył przekrwionemi oczyma po rozsrożonych twarzach, nasłuchując z widocznym niepokojem straszliwej burzy przekleństw i złorzeczeń, ale podpisał i zawrócił ku swojej ławie. Musiał przeciskać się przez stojących w przejściu zelantów, a każdy odpychał go ze wzgardą, pluł i obrzucał obelgami, a galerye wtórowały, rycząc w niebogłosy:
— Precz z nikczemnikiem! Zdrajca! Niema posiedzenia ze zdrajcą! Nie ważne!
W obraźliwym tonie zażądał od marszałka obrony i wypędzenia publiczności.
— To waćpan nie powinieneś tu się znajdować! — krzyknął urażony Tyszkiewicz.
Pozostał jednak na przekor burzy, jaka się wciąż srożyła nad jego głową, na przekor powszechnym żądaniom wydalenia go z sali. Dopiero na rozkaz króla ustąpił, przyczem tak mu żarliwie pomagano, że, wypoliczkowany i w poszarpanem odzieniu, znalazł się w korytarzu, gdzie nawet służba nie szczędziła mu dotkliwych oznak pogardy.
Sesya skończyła się o północy i na niczem.
Na niczem również przeszła następna 30 sierpnia, więc aby ukartować skuteczniejsze sposoby zniewolenia opozycyonistów, król solwował posiedzenie na dwa dni, do poniedziałku.
Ankwicz wykoncypował plantę kampanii przeciwko zelantom i przez całe dwa dni prowadziły się wzmożone porozumiewania z Buchholtzem i Sieversem. Zaś już w nocy z niedzieli na poniedziałek 2 września czuć się dawał na mieście gorączkowy niepokój; mało kto spał, okna świeciły gęsto, ustawicznie przelatywały powozy i konni z posyłkami; w ciemnych ulicach rozlegały się głuche turkoty prowadzonych armat, od wszystkich rogatek następowały wojska, polśniewały bagnety, zrywały się krótkie warkoty bębnów, ściszone głosy komend i ciężkie kroki rot, maszerujących ściśniętymi szeregami...
Jakoż rano, gdy słońce się podniosło, Grodno dawało widok miasta zdobytego przez nieprzyjaciela. Wszystkie bowiem wojska rosyjskie, obozujące w okolicy, obsadziły place, ulice, przejścia i gmachy publiczne, a zamek królewski wziął postać warowni, w której czyniono przygotowania jakby do odparcia szturmów. Wszelkie przystępy do niego, fosy, mosty, dziedzińce, drzwi, a nawet okna zajęli grenadyerzy. Na placu stanęła baterya harmat, wyrychtowanych w gmachy sejmowe, przy niej kanonierzy z zapalonymi lontami, wozy amunicyjne i cugi w powinnej odległości, dragoni na flankach, a w odwodzie kozactwo.
Harmaty wyciągały groźne gardziele ze wzgórz, otaczających Grodno, harmaty leżały u wylotów znaczniejszych ulic i harmaty zamykały wszystkie rogatki.
Tak się zaczynał ów pamiętny 2-gi września 1793 roku.
Dzień się był zapowiadał cudny, ciepły i cichy; ptaki radośnie świergotały, zawiewał wietrzyk, przejęty zapachami pierwszej jesieni, weselnie polśniewało błękitne niebo, zarzucone białemi wełnami chmur; aura tchnęła lubą rzeźwością; słońce wynosiło się promieniste, niby oblicze szczęściem nawiedzone, ale mało kto wiedział o tem, bo ludność przebudziła się w żelaznych pętach przemocy: żołnierze stali pod domami, wzbraniając otwierania sklepów, bram i drzwi, zakazując nawet pokazywania się na ulicach bez biletów komendantury, a kto nie posłuchał żołnierskich racyi, szedł pokutować na odwach, lub kolby i nahaje zawracały go z powrotem do domów...
Grodno przyjęło te zarządzenia w najwyższem zdumieniu.
Powstało tysiące najdziwaczniejszych domysłów i pogłosek, zgodnych jeno w zawziętej nienawiści do Prus, gdyż tylko Buchholtz mógł się przyczynić do tego niesłychanego teroryzmu, obrażającego nawet najpowolniejszych Sieversowi.
Dopiero koło południa gruchnęła wieść zgoła już nie do wiary — że opozycyoniści uknowali spisek na życie króla, który miał być wykonany podczas dzisiejszej sesyi, więc Sievers był przymuszony do zarządzenia środków zabezpieczających osobę Najjaśniejszego Pana!
Królobójstwo! Jakobini! Praktyki francuskiej rewolucyi!
Powszechność zatrzęsła się z grozą i oburzeniem. Blady strach zatargał wielmożami. Wszelka nikczemność stanęła w śmiertelnych potach przerażenia, lecz wrychle uspokojona zbrojnemi ciżbami obcego żołdactwa, tem zacieklej rzuciła się na mniemanych spiskowców, których imiona skwapliwie szeptali Boscamp z pruskimi jurgieltnikami każdemu, kto się nawinął.
Wymysł był piekielny, mający na względzie zohydzenie opozycyonistów.
Zelanci przyjęli go spokojnie, gotując się do dzisiejszej walki na Sejmie z tem samem męstwem i stałością, jak codziennie. Dobrze jednak rozumiejąc wagę tej potwarzy, zgromadzili się, pomimo przeszkód, na obiad i narady do Zielińskiego.
W pokoju jadalnym, wychodzącym na jakąś cichą uliczkę, panowało posępne milczenie. Skarżyński, przygarbiony ciężarem trosk, chodził gorączkowo od okna do okna, Krasnodębski coś pilnie konotował; Mikorski palił lulkę, ukrywając w kłębach dymów twarz rozognioną, Szydłowski czytał najnowszy numer »Gazety Hamburskiej«, zaś reszta, kilkunastu, siedziała przy stole jeszcze nieuprzątniętym, pociągając węgrzyna i szepcąc między sobą. Naraz Kimbar odezwał się żartobliwie:
— Mogą nas jeszcze pobrać pod straże i nie dopuścić na Sejm.
— Tego nie uczynią: brakowałoby potrzebnego kompletu do głosowania. Może się nam wydarzyć coś gorszego, jeśli jakiś Podhorski, albo i sam hrabia Ankwicz ogłosi nas na Sejmie za królobójców i zażąda sądu...
— Gdzież dowody? Gdzież choćby cień prawdy? — rzucił się niespokojnie Gosławski.
— Buchholtz może w potrzebie zaprzysięgnąć. Cóż znaczy dla Prusaków krzywoprzysięstwo! Zali w tem nie wypraktykowani? Zali nie gotowi na każdą podłość?
— Do tego nie przyjdzie, bo dzisiaj bagnety wymogą na Sejmie każdą uchwałę, jaka tylko będzie potrzebna Buchholtzowi — zauważył smutnie Giemniewski.
Za oknami zabrzęczała lira i jakiś dziadowski głos płaczliwie lamentował:

»Ach ty Potocki, wojewódzki synu,
Prodałeś Polszu i wsiu Ukrainu«.

— Szczęsny doczekał się rychłej sławy! — zauważył Skarżyński, zwracając uwagę towarzystwa na śpiew. — Szczególne, jak pospólstwo ma czucie słuszności.
Zasłuchali się w słowach piętnujących zdrajcę, gdy wszedł Prozor, oboźny litewski.
— Wiecie — zaczął od progu — nuncyusza zawrócili z pod Dominikanów, bo nie miał karty. Zrobiła się chryja, sam Sievers pojechał go przepraszać.
— Kruk krukowi oka nie wykolę! — szepnął Szydłowski.
— Cóżeście waszmość panowie uradzili? — zagadnął Prozor.
— Programat zwykły: oponować, zatrudniać i nie dopuścić uchwalenia plenipotencyi.
— A jeśli większość postawi na swojem i traktat z Prusami stanie?
Po krótkiem milczeniu podniósł się Mikorski i rzekł:
— Będziemy stawać w opozycyi względem każdej materyi deliberowanej, byle jeno Sejm przewlec jak najdłużej.
— A uchwalenie redukcyi wojsk odwlec choćby do Nowego Roku — Szydłowski dodał.
— Nasze zbawienie widzę tylko w przeczekaniu Katarzyny. Nie znam innego sposobu ratunku. — Jeśli przeczekamy, Polska się podniesie — twierdził Mikorski.
Zaczęli o tem traktować, lecz, że pora nadchodziła na Sejm, rozeszli się pokrótce, dążąc różnemi stronami do zamku.
Prozor, pozostawszy sam z Zielińskim, zapytał go poufnie:
— Zaręba upewniał mnie, jako nie wszyscy opozycyoniści w sprzysiężeniu...
— Zaledwie piąci. Nie wszyscy bowiem zawierzają azardom insurekcyi...
Pojechali na zamek, lecz, pomimo pustych ulic, jechali wolno, gdyż prawie na każdym rogu trzeba się było legitymować biletami wolnego przejazdu.
Prozor ledwie zdołał hamować gniew obrażonego uczucia wolności.
— Boże, aby obcy żołdak prawa nam dyktował! — jęczał, zaciskając pięście.
— Przysłowie powiada: »jak się człowiek przyłoży, to mu i w piekle niezgorzej«. Ale to nie prawda. Człowiek rodzi się do wolności, nie do kajdan — wyrzekł Zieliński.
Musieli wysiąść i przez plac zamkowy defilować ulicą wyciągniętych grenadyerów, bowiem w bramie oficyerowie czynili pierwszy przegląd nadjeżdżających. W progach sejmowej antyszambry stał generał Rautenfeld, a jego przyboczni sprawdzali najskrupulatniej bilety każdego z wchodzących. Całe również pomieszczenia sejmowe, przedsionki, bokówki, odwach, korytarze i galerye zajmowali grenadyerzy z nasadzonymi bagnetami.
Mirowscy, bez broni, wałęsali się po kątach, służąc jeno do posyłek z listami. Zakrzewski, któremu wypadała dzisiaj służba, pił z Woyną przy stole, gdzie zastawiano zimne dania, i rzucał głośno rozwścieczone uwagi o aliantach.
W przedsionku, mimo znacznej liczby osób, panowała przejmująca cichość, szeptano sobie na ucho, kręcił się Friese, rozdając jakieś karteluszki, niekiedy zaglądał Boscamp i przepadał za drzwiami kancelaryi sejmowych.
Zelanci przechodzili prosto do izby, pod gradem nienawistnych spojrzeń i uśmiechów.
— Imaginuj sobie, że ten drągal — mówił Zakrzewski, wskazując jakiegoś oficyerka sprężonego pod oknem — miesiąc temu wziął kije za kradzież i pijaństwo, a teraz już błyszczy adjutanckimi bulionami.
— Cicho waść, nie pora na burdy! — zgromił go Prozor, podając mu rękę na powitanie.
Marcin, snadź nieco napity, zaszeptał z gorączkową swadą i uporem:
— Nie wytrzymam długo takiej hańby... ja żołnierz... nie ścierpię... żołnierze pójdą za mną...
Ale zamilkł pod surowym wzrokiem Prozora, którego Woyna odwiódł nieco na stronę, by mu powiedzieć:
— Bajędy o spisku wykoncypował Ankwicz, wiem na pewno.
— Rzetelnie dorabia się hańby! — odszepnął porywczo.
Czwarta, na którą wyznaczono posiedzenie, wybijała właśnie na zamkowym zegarze i wszyscy ruszyli zabierać miejsca w sali. Izba sejmowa tonęła w złocistych brzaskach, zwłaszcza górna jej część zdała się być ogarnięta pożogą, tak słońce grało tęczami w szkliwach pająków, w szybach i pozłotach, wydając zarazem zdumionym oczom tłumy rosyjskich oficyerów, rozpierających się po galeryach, miasto publiczności.
Ławy poselskie wnet się zapełniły, senatorowie wzięli swoje krzesła bliżej tronu, Tyszkiewicz zasiadł przy stole marszałkowskim, sekretarze i skryby w powinnych miejscach, Sejm już był zebrany w komplecie, gdy naraz wszystkie drzwi z hukiem się zawarły i stanęli w nich grenadyerzy, nikogo z sali nie wypuszczając. Ten niesłychany gwałt poruszył wszystkich do żywego. Podniosły się szemrania i protestacye nawet z pośród najtchórzliwszych.
Któryś z zelantów próbował wyjść, lecz bagnety z taką gwałtownością zaparły mu drogę, iż ledwie uskoczył w bok przed uderzeniem.
Oficyerowie na galeryach wybuchnęli szyderczym śmiechem.
Marszałek oznajmił wejście Majestatu. Wszyscy powstali, przycichło w sali.
Wszedł król w zwykłej asyście kadetów z obnażonemi szpadami, ale tuż za nim wkroczył generał Rautenfeld i zasiadł na krześle obok tronu.
Wszystkim odjęło mowę, spoglądano na siebie z zapartym tchem, zali ten obcy żołdak, rozpierający się przy tronie, nie przywidzenie? nie stwór obłąkanej imaginacyi? — Ale nie, siedział z groźbą w kamiennej twarzy i zimnemi oczyma toczył po głowach. W orderach był, przy szpadzie, wyniosły, pyszny, władczy i każdemu sercu wolnemu obmierzły.
Ogromny krzyk protestacyi wyrwał się z piersi opozycyonistów, a wraz i pruscy partyzanci jęli się wrzaskliwie domagać zagajenia sesyi i przystąpienia do obrad.
Potężny jednak głos Szydłowskiego wyniósł się ponad wszystkie.
— »Nie mam tej świątyni za prawodawczą — wołał — gdy zbrojna ręka gwałciciela wewnątrz i zewnątrz ją otacza. Niemasz sejmu i obrad wolnych, gdzie gwałt i przemoc wywiera swoje siły, a miejsce, należne reprezentantom wolnego narodu, obcy zajmuje żołnierz...«
Tyle jeszcze zdziałała opozycya, że pod jej naporem wysłano delegacyę do Sieversa, z żądaniem usunięcia wojsk z Sejmu. Po dwugodzinnych pertraktacyach, przynieśli odpowiedź ambasadora — jako nikogo nie wypuści z Izby, dopóki traktat z Prusami nie zostanie uchwalony. I pogroził użyciem siły zbrojnej...
Rozpoczęła się więc ponura, beznadziejna walka z przemocą.
Godziny przechodziły w nieopisanych wysiłkach obrońców; dawno już dzień skonał; dawno już noc szła w brzaskach srebrzystej luny; dawno już sen ogarnął wszystek świat, a bohaterski legion walczył wciąż ostatniemi siłami rozpaczy i szaleństwa.
Ale Rautenfeld z nieubłagalnością kata czuwał nad dobrem króla pruskiego.
Dla króla pruskiego przewagi groziły u harmat zapalone lonty.
Dla króla pruskiego zbrojne roty gotowe były stratować opornych.
Dla króla pruskiego pracowała przemoc, zdrada i nikczemność!
Aż uchwalono, co podyktowały bagnety. Posiedzenie skończyło się o czwartej rano.


KONIEC.




Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Władysław Stanisław Reymont.