Ostatni sejm Rzeczypospolitej/IX

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Władysław Stanisław Reymont
Tytuł Ostatni sejm Rzeczypospolitej
Pochodzenie Rok 1794
Data wydania 1913
Wydawnictwo Gebethner i Wolff
Druk W. L. Anczyc i spółka
Miejsce wyd. Kraków
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tekst jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Indeks stron
IX.

Słońce już grało po szybach, dzień się rozgłaszał wesołym świergotem ptasząt i powiewami lubej aury, gdy w celi przeora zeszli się sprzysiężeni; oczekiwano tylko Działyńskiego i Kapostasa. Pucołowaty mniszek jął zastawiać runtowe misy bernardyńskich specyałów i wazy z polewkami, ale nikt nie kwapił się do jadła mimo rannej pory, obstąpili bowiem Żukowskiego, który ciągnął dalej relacyę, zaczętą w korytarzach.
— Sprawa to bezecna i zgoła bez precedensu. Generał Lubowidzki rozesłał kresy do wszystkich generałów, komendantów i wszystkich znaczniejszych sztabsoficyerów brygad kawaleryi narodowej, przednich straży i pieszych regimentów, aby się stawili w początku marca na jego kwaterze w Nowochwastowie. Dosięgnął mnie ten nakaz w Zwinogródku, gdzieśmy stacyonowali z majorem Wyszkowskim. Zafrapowała nas ta okoliczność, aleśmy ją zrozumieli w związku z pogłoskami, jakie chodziły o ruchach naszych oddziałów, rozkwaterowanych po całej Ukrainie; prawdy trudno było dociec, gdyż byliśmy poprzegradzani od siebie alianckiemi wojskami, niby groblami, przez co poczty ze światem jakby nie istniały. Wyruszaliśmy z nadzieją zasięgnięcia języka gdzieś po drodze. Akuratnie wiedział każdy co i my. Stanęliśmy w Nowochwastowie o zmierzchu. Oberże były zapchane, nawet w stodołach brakowało miejsca. Szczęściem wziął nas na kwaterę pułkownik Dobraczyński. — »Co się tu dzieje?« — pytamy. — »Nie wiem — powiada — generał Lubowidzki nie dopuszcza nikogo do siebie, ale na coś niedobrego się zanosi: obozy rosyjskie zatoczono za parkiem pałacowym, dwa pułki grenadyerów i pułk kozaków, komendę trzyma generał Zagrodzkij«.
Wieczorem poszedł do generałowej na przewiady major Wyszkowski, jako jej dawny znajomy. Zatrzymała go na kolacyi, ale nic nie powiedziała, Lubowidzki zaś nawet nie pokazał się do stołu.
Ciężko nam zeszła ta druga noc, prawie nikt nie zasnął: żarły turbacye, niepokoiły dudnienia przetaczanych harmat, końskie tętenty, obozowe rumory i ogniska na biwakach, od których zajęła się jakaś chałupa, że te nieustające alarmy postawiły na nogi wszystkich jeszcze przed świtaniem. Zebraliśmy się na kwaterze generałów Wielowiejskiego i Ponparda, i o dziesiątej rano, mając ich na czele, ruszyliśmy do pałacu. Grenadyery wyciągnięte w długą ulicę, prezentowały broń, warczały tarabany i trąby podnosiły srogie fanfary, mnie zaś przejmował smutek, a Dobraczyński, idący obok, szeptał jakby nieprzytomnie.
— Mam złe przeczucia... czegoś dziwnie się boję! — Trząsł się cały i ciężko dychał.
Pałac znaleźliśmy otoczonym poczwórnymi kordonami, przeciw okien wyrychtowane harmaty, kanonierów na pozycyach, jaszcze z amunicyą były otwarte, konie w przepisanem oddaleniu, a na stronie ruszty do grzania fajerbalów.
— Fest się tu jakowyś gotuje, czy co! — powiedział major Wyszkowski.
— Prędzej paradne egzekwie będą się odprawować, zobaczysz — mruknął Dobraczyński.
Wpuścili nas do sali. Ogromna była, przez dwa piętra, na białych słupach wsparta, pawimenty jak zwierciadła, okna do ziemi na trzy strony świata wychodziły, sprzęt bogaty, godzien choćby królewskich pokojów. Stanęliśmy kupą i patrzym w dziedziniec na szeregi żołnierstwa. Słońce właśnie było się ukazało, aż zagrały bagnety i śniegi się roziskrzyły, kiedy naraz zajazgotały janczary i brzękadła, jakaś kibitka w eskorcie czterech kozaków zajechała pod okna sali, a za nią już wali druga, trzecia, dziesiąta, dwudziesta i stają jedna przy drugiej w pięknym ordynku. Narachowałem ich czterdzieści trzy, a każda w asyście czterech Dońców, pod budą i z podróżnymi łubami w trokach.
Rozmyślałem, coby to miało znaczyć, kiedy Dobraczyński się odzywa:
— Właśnie nas też czterdziestu i trzech...
Mróz mnie przeszedł, liczę: cyfra wypada akuratnie, tylu nas było w sali. — Wystawili nas tu jakby na jarmarku — niecierpliwił się któryś.
— Wnet się tu znajdą handlarze zmacać nam szpądry — próbował żartów Kopeć.
Jakoż w tej minucie drzwi od sieni wywarły się na rozcież, wpadł oficyer ze szpadą w ręku, a za nim rypały grenadyery z pochylonymi bagnetami jakby do ataku, że wielu z nas chwyciło za rękojeści...
Obstawili wszystkie drzwi i okna, zaś reszta wyciągnęła się pod wielkimi podwojami, które zaraz się otworzyły i wkroczył na salę generał Lubowidzki, aktualny komendant wojsk Rzeczypospolitej na ziemiach ukrainnych. Był w mundurze rosyjskim i, miasto niebieskiej wstęgi Orła Białego, miał na sobie czerwoną Św. Aleksandra. Za nim wszedł generał Zagrodzkij z kupą swoich oficyerów i ksiądz w komży i stule, z krzyżem w prawej ręce...
Cała ta godna kompania wzięła miejsce na środku sali.
Sformowaliśmy się naprzeciw, ramię przy ramieniu, jak czasu parady. Cichość zapadła, serca tłukły się, jak młoty, a niejednemu i zęby szczękały. Lubowidzki obrzucił nas rozbieganemi oczyma; siny był, pot mu ściekał po twarzy i ręce latały; cofnął się nieco i głosem schrypniętym jął oznajmiać: — jako Najjaśniejsza, Najłaskawsza i Najpotężniejsza Imperatorowa całej Rosyi najmiłościwiej raczyła wcielić te województwa do swego państwa...
— Niema zgody! — huknął Dobraczyński, łamiąc powinną subordynacyę. — ...jako wojsko polskie — ciągnął dalej Lubowidzki — tu znajdujące się, będzie również wcielone do armii rosyjskiej, mundury i lenungi pozostają się też te same, tylko srebrne feldcechy zamienią się na złote.
Wystąpił adjutant z pękiem złotych feldcechów dla rozdania, nikt przecież ręki nie wyciągnął; staliśmy jakby spiorunowani, nieprzytomni zgoła i nie wiedzący zali na prawdę mówiono do nas? zali nie jest wszystko igraszką pobłąkanych zmysłów i chorą imaginacyą.
Ale nie: grenadyerzy w pogotowiu, harmaty na dziedzińcu, kibitki pod oknami, wraże twarze dokoła i przed nami ten parricida, obwieszony orderami. Hańba, zdrada i przemoc! Ostatnia godzina wybiła naszej wolności. Jezus! myślałem, że trupem padnę, że mi się serce rozwali z męki, że oszaleję...
Wyszedł generał Wielowiejski, jako najstarszy, i naszem imieniem zdeterminował:
— Bez dymisyi od króla dawnej służby porzucać a nowej przyjmować nie możemy.
— I nie chcemy — padło wraz kilkanaście głosów.
Skonsternowany Lubowidzki zaszeptał do Zagrodzkiego, grenadyerzy się poruszyli.
Wtem Dobraczyński nakrył głowę i, wyrwawszy szablę, krzyknął straszliwym głosem:
— Zdrada! Śmierć zdrajcy! rozsiekać! Za mną! — i runął na Lubowidzkiego. Za nim skoczyło paru z sukursem, lecz nim szable dosięgły nikczemnego, okrył go mur bagnetów, nawała żołdactwa spadła, przygniotła i zemstę nam z rąk wydarła. Dobraczyński padł ciężko ranny i do trzeciego dnia skonał z ran i rozpaczy...
Umilkł wyczerpany, lecz po chwili podniósł się, szablę wyrwał z pochwy i zawołał:
— Pułkownikowi Dobraczyńskiemu, dowódcy pułku przedniej straży szefostwa księcia Ludwika Wirtemberskiego, zmarłemu w obronie wolności — wieczna cześć i pamięć wieczna.
— Wieczna cześć i pamięć wieczna! — powtórzyli, prezentując obnażone szable.
Łzy tkliwości zrosiły wynędzniałe jagody Żukowskiego, lecz, przemógłszy wzruszenie mówił dalej:
— Zasię po wyniesieniu Dobraczyńskiego, Lubowidzki wezwał cały nasz kor do przysięgania nowej Pani. Opornym pogroził Sybirem: wszak kibitki już stały nagotowane. Ksiądz więc odczytał rotę przysięgi na wierność. Żaden jej nie powtórzył, ale wszyscy musieli się podpisać: bagnety zrobiły swoje.
A w Zwinogródku, zaraz po powrocie, komendant Kublicki zebrał całą brygadę i rozkazał jej przeczytać generalskie lauda i złożyć przysięgę. Już kapelan wystąpił przed front, gdy wybuchnął straszliwy krzyk protestacyi. W jednem mgnieniu brygada rzuciła się z pałaszami na Kublickiego, chcąc go rozsiekać za zdradę. Ledwieśmy ocalili niewinnego, ale nie sposób wypowiedzieć, co się potem działo. Widziałem, jak całe szwadrony pocztowych ryczały, niby małe dzieci, jak z rozpaczy łamali broń i uciekali, gdzie ich oczy poniosły, jak wili się w męce i rwali włosy. A nawet zebrała się kupa zdeterminowanych rzucić się na najbliższy obóz nieprzyjaciela i chociażby paść, byle jeno nie znosić dłużej hańby i sieroctwa. Niechaj powiedzą Tuliszkowski, Wyszkowski, Kopeć, Kozicki, jak wielu wślizgiwało się nocami na nasze kwatery i skomlało, jak o zbawienie, żeby ich prowadzić na wroga. Przynosili ostatnie grosze na zakupy prochów, składali swoje porcye sucharów, gotowi byli na głód i nędzę, byle jeno wystąpić do walki. Taka to w prostych gemeinach ochota, fantazya i czułość na losy ojczyzny.
— Bo żołnierz nie rozumie się na praktykach, przymierzach i politycznych racyach, póki wróg w granicach Rzeczypospolitej — zabrał głos kapitan Chomętowski, delegowany imieniem gwardyi koronnej. — Podobnie było zeszłego roku w obozach po przystąpieniu króla do Targowicy i ogłoszeniu rozejmów. Pod Sieciechowem szliśmy całymi oddziałami błagać księcia Józefa, by króla nie słuchał, pakty podeptał i prowadził na wroga. Nadarmo, ani dał sobie o tem mówić. Dopiero jak Kościuszko z Zajączkiem przełożyli mu imieniem tajnie skonfederowanych wojsk, żeby wziął całą władzę nad krajem, króla do obozu sprowadził, uniwersały na pospolite ruszenie wydał, zaś całą mocą narodu na wroga uderzył, czego niechybnym skutkiem byłaby wiktorya, książę zaczął się zastanawiać... Myśmy bowiem chcieli: króla mieć w garściach, rząd sformować w obozie, targowickich hersztów przepędzić, jurgieltników oddać mistrzowi, miastom odebrane swobody przywrócić, chłopstwu wolę i ziemię podarować. Jakiż wróg oparłby się Rzeczypospolitej wolnych i równych obywatelów? Zali przykład Francyej, odnowionej systematami ludzkości, nie dawał słusznej pewności zwycięstwa? Zali wolność nie najstraszniejszy oręż na tyrany? więc aby uskutecznić te zamierzania, zjechała do obozu ks. Czartoryska, żona ks. generała ziem podolskich, przyjeżdżał Ignacy Potocki, pisali listy Kołłątaj i Małachowski, wojska błagały i naród czekał zbawczej decyzyi. Tyle wreszcie zdziałano, że książę jął się przechylać do projektów konfederacyi, już Zajączek miał ruszać z pocztem wybranym do króla, choćby go przyszło brać siłą z pośród gamratek i cudzoziemskich opiekunów, zdeterminowany. Naraz przyleciały sztafety z listami, po których książę umyślił do tej ekspedycyi dać ks. E. Sanguszkę, jakby się obawiając, że pod Zajączkiem może się królowi przytrafić w drodze jakowyś niefortunny casus... Zaś w końcu poniechał wszystkiego. Snadź bał się azardów wojny, przekładając gwarancye Imperatorowej i podłego egoizmu podszepty nad szczęście i wielkość ojczyzny. A mógł wziąć koronę z rąk niegodnych, o co go na kolanach suplikowali, mógł w przyszłe wieki zasłynąć cnotą i bohaterskim jeniuszem. Ale, że milsze mu były przewagi w amuretkach, to niechże go pierwsza kula nie minie albo i stryczek przy okoliczności! — bryznął rozżaloną nienawiścią.
— Wszędzie to samo: zdrada lub małoduszność gubi wybrane okazye podźwignięcia kraju — przemówił Onufry Morski, kasztelan kamieniecki, gorącego serca i cnót wielkich obywatel, który czasu ostatniej wojny na własną rękę prowadził partyzantkę na tyłach nieprzyjacielskich. — Nie przeboleję straty Kamieńca, wydartego bezecną zdradą Złotnickiego. Właśnie rok temu, kiedy uformowana konfederacya wojsk, o czem wspominał kapitan Chomętowski, nie wzięła dobrego skutku, a pomimo zawartego pokoju nieprzyjaciel gospodarzył w Rzeczypospolitej, dojrzało postanowienie nie czekania okoliczności na wznowienie wojny. Kamieniec zaś był upatrzony na ostoję insurekcyi, miał zaczynać pierwszy i legnąć nieprzebytym progiem na drodze nieprzyjaciela, nimby Korona z Litwą, uporawszy się u siebie, nie pośpieszyła wszystką mocą i całe teatrum wojny przesunęła na ukrainne województwa. Zamysł był wspaniały, spłodził go jeniusz Kościuszki, a generał Orłowski, komendant Kamieńca, zabrał się żarliwie do wzmacniania fortalicyi, gromadzenia prochów, furażów, harmat i ściągania co zdolniejszych oficyerów; wszystko się działo szyto-kryto, gdy Złotnicki, jakby odgadłszy co się święci, zjawił się jakoś w kwietniu z królewskim patentem, fortragującym go na komendanta fortecy. Objął ją i sprzedał wrogowi za piętnaście tysięcy dukatów, szarżę generalską i ordery. I chodzi jeszcze po świecie żywy! Boże! — zajęczał w bezsilnej wściekłości.
— Sylli nam potrzeba na pokaranie tych zdrad, niezbłaganego topora! — zawołał ktoś z ponurą zaciętością.
Trzymający straż pod oknami ojciec Serafin zapukał w szyby umówionym sposobem, na co Zaręba, wystąpiwszy na środek, oznajmił uroczyście:
— Najprzewielebniejszy mistrz namiestnik Wschodu Poznania zaprasza braci! — Jasińskiemu zaś zaszeptał: — Może zbłądzić ktoś nazbyt ciekawy i, miasto sprzysiężonych, znajdzie braci masońskich na kapitule...
Pozrzucali płaszcze i większość okazała się w kurtach i przy prostych pałaszach.
Otwarły się małe drzwiczki zamaskowane klatkami, któremi weszli do małej sklepionej sali, wybielonej, pustej, pełnej stęchlizny i mrocznej; na jedynem oknie wisiał rozpięty ogromny Chrystus, dotykający stopami podłogi, pod nim za prostym stołem siedział Działyński, szef dziesiątego regimentu, dusza sprzysiężenia i jego widoma głowa, nieco z boku zaś widniał Kapostas, bankier warszawski, Węgier rodem, ale polskiej ojczyzny syn oddany.
Wchodzący składali pozdrowienia przepisanymi znakami, gdyż szef miał na szyi klejnot namiestnika loży masońskiej: złoty krzyż maltański na zielonej wstędze, a Kapostas, jako brat wyższego stopnia, pelikana na czerwonym kordonie, odznakę kawalera Różanego Krzyża, Szkockiego Rytu.
Działyński nakrył głowę i, wydobywając do połowy szpadę, zapytał surowo:
— Zali są między nami profani?
— Sami doskonali bracia i całego polskiego Wschodu delegaci — odpowiedział Zaręba, podając mu obraz zgromadzonej loży, to jest katalog obecnych.
— Loża przypadkowa, afilacyjna, więc musi odbywać się bez rytuału — zdecydował, odkrywając głowę, i uderzył drewnianym młoteczkiem trzy razy w stół. — Kapitułę ogłaszam otwartą. Miejsce ni pora nie odpowiednia, zatem pracować będziemy bez przepisanych świateł i ceremonii. Zabierzcie miejsca, najmilsi bracia.
Zasiedli w powinnem milczeniu, z twarzami zwróconemi do mistrza.
Że zasię kapituła była jeno pozorem, więc, miasto aktualnych spraw i obrzędowych ceremoniałów masońskich, Kapostas, rozwinąwszy wielki papier pokryty emblematami śmierci, jął odczytywać nazwiska braci różnych lóż i stopni, którzy wczoraj na sejmie wotowali za przyjęciem rozbiorowego traktatu.
A kiedy skończył, podniósł się pułkownik Jasiński, »Wielki Mówca« loży »Doskonała Jedność« na wschodzie Wilna, wnosząc przeciwko nim ogniste oskarżenia o zdradę ojczyzny, praw sprawiedliwości i Wielkiego Budowniczego. Mówił bez zwykłej symboliki masońskiej, krótko, dosadnie i zapalczywie.
— Wnoszę ogłoszenie ich za nieprzyjaciół ludzkości, wypędzenie z lóż i ukaranie śmiercią.
— Śmierć zdrajcom! Nienawiść tyranom! — poszedł głos i szczęk wydobywanych szabel.
Działyński uprzedzał go, jako, nie składając loży zwyczajnej, otwartej bez rytu przepisanego, tem samem nie mają prawa sądu i kary.
— Ale obrażona w nas ludzkość żąda słusznej sprawiedliwości wymierzenia.
— Jeśli żądanie przejdzie unanimitate vocum, prześlę je Wielkiej loży na rozpatrzenie.
— A więc składajmy wota, bracia najmilsi! — zawołał Jasiński, a zbliżywszy się do stołu, uderzył sztychem szabli w papier i wyrzekł: — Śmierć zdrajcom!
— Śmierć! — powtórzył Żukowski, brat wybrany z loży żytomierskiej »Ciemność Rozproszona«.
— Śmierć! — zakrzyczał ksiądz Meier z Woldy, brat loży warszawskiej »Doskonały Sarmata«, i wydobytym z pod sutanny puginałem uderzył w papier z nienawiścią.
Potem bił sztychem Pawlikowski, brat wyższego stopnia z loży warszawskiej »Świątynia Izys«, a za nim bili bracia tejże samej loży: Eliasz Aloe, Chomętowski, Zaręba Sewer, kapitan Kaczanowski i Czyż Jan.
Z loży dubieńskiej »Doskonałe milczenie« wotował Kopeć, major Ochocki Duklan, Morski Onufry i brat wyższego stopnia, ks. Jelski.
Z loży na wschodzie Grodna »Szczęśliwe oswobodzenie« szli bracia: pułkownik Korsak, ks. Gedroyć, generał, Grabowski, pułkownik, i Grosmani, »municypał« wileński. Zakończył porucznik Biegański z loży warszawskiej »Tarcza Północna«, który rzucił się na papier, niby na żywego wroga, i pociął go na znak krzyża św. Andrzeja.
Wszyscy jednocześnie wotowali za śmiercią. Podziurawiony i pocięty papier Działyński schował i rzekł:
— Bracia, zasię aktualnie zapomnijmy o zdradach i podłościach, a przystąpmy do prac podźwignięcia ojczyzny. Naczelnik oczekuje pod Krakowem na wieści o stanie przygotowań na Litwie i Rusi, więc braci delegatów od wojsk proszę o składanie relacyi.
— Skarb i wojsko! — zawołał stentorowym głosem Korsak, jak to był czynił na wielkim sejmie przy zdarzonej okoliczności.
— Zaiste, węgielne to kamienie wojny — odparł Działyński, zasadzając do pióra ks. Meiera z Woldy i Pawlikowskiego, wielce biegłych w cyfrowanem piśmie do konotowania ustnych relacyi.
Kopeć z Żukowskim, imieniem dywizyi ukraińskiej, składali tabele wiadomości stanu wojsk, zapasów, koni, dróg, brodów, miejsc bronnych, cyfry sprzysiężonych oficyerów i gemeinów oraz plany obozów nieprzyjacielskich i liczby wojsk.
Książę Gedroyć złożył toż samo o wojskach, kwaterujących na Litwie.
Jasiński — o całym korpusie artyleryi litewskiej i wojskach rosyjskich.
Grabowski — o komendach, stojących na Żmudzi aż po Bałtyk i Lipawę.
Korsak, imieniem Wawrzyckiego, dał wieści z Inflant po Rygę.
Amilkar Kosiński, porucznik, komisarz wojskowy sprzysiężenia przy oboźnym Prozorze, jednym z najżarliwszych promotorów insurekcyi, przedstawił relacyę z Pińszczyzny i złożył kilkanaście tysięcy dukatów skolektowanych w tamtych stronach.
Relacye na ogół były pomyślne, cyfra związkowych wysoka i głębokie ukochanie sprawy, ale wszędzie brakowało gotowej amunicyi, harmat, koni, przeróżnego moderunku i pieniędzy. Powszechnie też narzekano na obojętność oficyerów wyższych stopni, małoduszność osiadłej szlachty i magnatów. Delegaci, wystawując czułą dyspozycyę wojsk dla ojczyzny i gorące pragnienie zmierzenia się z wrogiem, żądali zdeterminowania daty wybuchu. Bowiem groza redukcyi, mogącej być uchwaloną lada dzień, dyktowała słuszny pośpiech w działaniach.
— Jeśliby wojsko rozpuszczono przed czasem, wszystkoby przepadło — konkludował Kopeć.
— Deliberacye nad redukcyą możemy na sejmie jeszcze przewlekać — odezwał się Zieliński — a nawet po uchwaleniu nie zaraz nastąpi wykonanie, bo abszytowanym trzeba wypłacić zaległe lenungi, a kasy wojskowe puste.
— Już i tak bataliony dekompletuje dezercya i werbunki aliantów.
— Czy prawda, jako arsenał warszawski już obsadzili Rosyanie? — ktoś spytał.
— Igelström próbował, ale generał Cichocki nie dał się zjeść w kaszy, a teraz na noc podwaja straże, zaciąga łańcuchy i trzyma w pogotowiu harmaty...
— Czy aby wytrwa w cnotliwym sentymencie dla sprawy? Wszak to królewski konfident.
— Ćwik to nielada i obrotny w politycznych kabałach, ale oficyer wysokiej instrukcyi i szczerze polskie serce, przysięgę złożył i dałbym szyję, że nie zrewokuje — zapewniał Działyński, zwracając się do skryptorów, bo właśnie skończyli cyfrowanie résumé wszystkich relacyi, opatrzył je pieczęcią i rzekł do Biegańskiego:
— Mości poruczniku, ten pak zawieziesz do Krakowa i wręczysz Sołtykowi. Tam ci powiedzą, co czynić dalej. Zaręba, wydaj waść znaki traktów i stacyi pocztowych. A waszmość, kapitanie Chomętowski, powieziesz wtóry egzemplarz panu marszałkowi Potockiemu do Drezna — obrócił się do reszty. — Jednak nie prędzej września możemy się spodziewać zdecydowania terminu, wyprawiane relacye zaważą na zdeterminowanie.
Opuścił prezydyalne miejsce, tem samem klauzura milczenia, surowo przestrzegana na masońskich kapitułach, przestała obowiązywać i potoczyły się żywe rozmowy, zwłaszcza oficyerowie burzyli się na odwlekanie wybuchu.
— Wszak wojska czekają tylko znaku! — podjął Czyż, major gwardyi. — Małopolska gotowa, trzynaście tysięcy skonfederowanych wyczekuje w Krakowskiem...
— Garnizon warszawski zjednany i może zaczynać choćby jutro — rzekł Kaczanowski.
— I dywizya litewska w gotowości — oświadczył Grabowski.
— Zaś oddziały, ogarnięte moskiewskim kordonem, również — upewniał Kopeć.
— Do całego obrazu brakuje wieści z Wielkopolski — zauważył Zieliński.
— Pracuje tam Gliszczyński nie bez widoków fortunnego skutku.
— Niechaj wraz wybuchną: Kraków, Warszawa i Wilno, a płomień ogarnie cały kraj.
— Wojsko gotowe, dobrze, ale gdzie mamy skarb? — rzucił Korsak.
— Republika francuska obiecuje swojej polskiej siostrze udzielić pomocy pieniężnej na walkę: wszak w królu pruskim mamy wspólnego wroga, wszak jednako biją serca dla ludzkości nad Sekwaną, Wisłą i Niemnem, jedne systemata wolności, równości i braterstwa zbroją nas przeciw tyranom — wygłaszał płomiennie Eliasz Aloe.
— Boże! — gorączkował się Jasiński — mieć sto tysięcy żółnierzów, pospolite ruszenie i uzbrojone chłopstwo w rezerwach, w jednym dniu zapalić pochodnię wojny od krańca do krańca Rzeczypospolitej, a jedna noga nieprzyjacielskaby nie uszła żywa. Gniew obrażonego narodu, jak gniew natury, powinien wybuchać nawałą piorunów i huraganem...
— Wielbię takie ogniste sentymenty, lecz nazbyt daleko i górnie niosą pułkownika poetyckie imaginacye! — szepnął pobłażliwie Kapostas.
— Gdzie sięga uczucie imaginacyi, tam sięgną i człowiecze zamierzenia.
— Człowiek nie postąpi kroku na przekor przeznaczeniu. Jeśli gwiazdy przyjazne, to Dawid zwalczy Goliata, pastuch uczyni cuda, zaś Nazarejczyk trzeciego dnia zmartwychwstanie — dowodził tonem głębokiego przeświadczenia.
— Zali bohaterstwo, cnota i słuszność nic nie znaczą?
Kapostas, który był członkiem sekty Illuminatów i uczonym w żydowskich księgach, rzekł:
— Na początku było Słowo, a Słowo było u Boga, a Bogiem było Słowo — reszta, to jeno pozór mamiący, cień gwiazd, lecących w bezmiary ku nigdy niedosięgłej Istności. Tylko mędrzec, posiadający tajemnice Słowa, mocen zrozumieć tajnie przeznaczenia.
Jasiński słuchał wywodów — z grzeczności jeno, gdyż bardziej tentowała go rozmowa, prowadzona obok przez Pawlikowskiego z grupą oficyerów.
— Na jakimże systemacie opieramy insurekcyę, jak myślicie waszmościowie?
— Na systemacie konstytucyi trzeciego maja — odrzekł Kopeć.
— Wszak i na nią nie godzą się nasze królewięta — wtrącił Żukowski.
— Rzeczpospolita nie będzie żebrała przyzwolenia pod złoconemi drzwiami magnatów.
— Słusznie. Dla nich to za wiele, a dla nas za mało — mówił Pawlikowski, zacięty klubista i jakobin, autor wielu pisemek politycznych. — Systemat konstytucyi trzeciego maja nam nie wystarcza. Jeśli bowiem chcemy poruszyć cały naród, musimy dać wolność wszystkim stanom. I tylko na takim fundamencie budowana społeczność ostoi się przeciw tyranom. Już Staszyc pisał, jako bez odmiany poddaństwa chłopa doczesne są i płonne wszystkie inne odmiany.
— Pierwej uratować Rzeczpospolitą, a później dawać swobody.
— Tylko z wolnymi można wywalczyć wolność.
— Wszak nikt do niewoli, a każdy rodzi się do wolności.
— I posłuszeństwa prawom natury — posypały się głosy klubistów.
— Właśnie te wzniosłe systemata ludzkości dawają Francyi przewagę nad tyranami.
Parsknął na to Kaczanowski, lecz pohamowawszy się, rzekł rubasznie:
— My zaś po staremu kładziemy nadzieję w żołnierzach i harmatach...
— Nie potrzeba — mówił nieskonsternowany Pawlikowski — aby szlachta straciła swoje swobody, ale potrzeba, by swoje prawa upowszechniła, powiększając liczbę obywatelów wolnych.
— A waszmość uwolniłeś już swoich poddanych? — zagadnął złośliwie Kaczanowski, doskonale wiedzący, jako ten żarliwy obrońca chłopów jest piotrkowskim mieszczaninem i, prócz cnoty, męstwa i rozumu, nie posiada innej substancyi. Nie doczekawszy się responsu, jął się burzyć przed Zarębą:
— Jaki mi dobrodziej z cudzego! Śmierdzi o milę inkaustem. Liznęło to francuskich książeczek i udaje statystę. Skryba! — mamrotał z głęboką awersyą.
I na tem poprzestał, gdyż Morski głośno odpowiadał komuś:
— Powszechność? Juści, że przychylność ma w duszy do naszych zamierzeń, ale jednych ciśnie do ziemi żelazna stopa Prusaka, drugim respekty powinne wmuszają jegierskie bagnety, innych oślepia wiara w gwarancye i wydaje się im zbędna jakabądź odmiana. Są znowu, którzy na wszystko patrzą oczami swoich J.Wielmożnych protektorów. Mniemam jednak, że większość czuje poczciwie i, bolejąc nad upadkiem Rzeczypospolitej, skłonna jest do ofiary...
— Niemała liczba — przemówił Działyński — ociąga się nie przed ofiarą krwi i mienia, lecz przed odmianami praw i jakobińskiemi maximami. Przykład Francyi daje do myślenia szlachcie i trwoży, zwłaszcza, że przeróżne pisma i zapaleńcy rozsiewają po kraju nazbyt jakobińskie opinie. Uważałbym koniecznem rozpowszechnić wiadomość o prawdziwych celach naszych zamierzeń. Uspokojone umysły łacniej będzie można skłonić do ofiarności...
— Otóż to, suplikować u stóp Waćpanów, Waszmościów, Wielmożnych i Jaśnie Wielmożnych, by raczyli rzucić jakowyś zbędny ochłap wspomnienia dla ginącej ojczyzny — zawrzał Pawlikowski. — Cnotliwy obywatel nie zna nad obowiązek troski o szczęście powszechności, kto zaś tego nie czuje, temu spełnienie powinności godzi się nawet nakazać!
— Godzi się nawet przymusić! — ozwał się mocno ks. Meier — a opierających się woli powszechnej trzeba wytracić, jako wrogów ludzkości. Tak czynią rewolucyoniści francuscy, a w skutkach osiągnęli zwycięstwo cnoty i rozumu nad egoizmem, ludzkości nad tyranią. Wola narodu stanowi prawa. Na naszych sztandarach winno być napisane: »Qui non est nobiscum, est contra nos«!
— Kto nie z nami, ten przeciw nam! — przywtórzyli socyusze z zapałem.
— Szanować opinie drugich jest powinością rozumu — zauważył Działyński, popierany przez umiarkowańszych, lecz ks. Meier zakrzyczał namiętnie:
— Veto, protestuję. W tem właśnie źródło polskiej anarchii: szanowanie cudzych a sprzecznych opinii wiedzie do lękliwego baczenia na drugich, do wyrozumiałej pobłażliwości nawet oczywistym zdradom i wrogom. I biskup Kossakowski wyznawa opinie polityczne, i król je wygłasza, i targowiccy hersztowie w imię swoich opinii wydali kraj nieprzyjacielowi. Mamyż ich opinie szanować i uważać? Nie, precz z tem! niema być tolerowanych w Polsce opinii nad opinie, prowadzące do podźwignięcia Rzeczypospolitej na zasadach równości, wolności, braterstwa i niepodległości...
Działyński, aby nie zaogniać antagonizmów, nie replikował, a zwrócił się do Amilkara Kosińskiego, który opowiadał o Prozorze i Polesiu.
— A najdziwniejsze, jako pomiędzy Poleszukami rozpowiadają, że w kilku niedzielach rozpocznie się wielka bitwa z Moskwą. Pod Owruczem mieli już chłopi widzieć całą armię polską, ciągnącą lasami na Wołyń. Wyliczali cyfrę harmat, wozów i koni. Widzą już to, co się ma dopiero stać...
— Prostaczkowie bliżej są Boga i wiara ukazuje im, czego mędrcy nie dojrzą — szepnął ks. Jelski, świętobliwy kapłan i żarliwy patryota.
— Mniemania o blizkiej rewolucyi rozpowszechniają się i po całej Rusi — zaczął Żukowski — a strach przed okupacyą ogarnia coraz większe masy ludu ukraińskiego. Sam widziałem, jak skoro kordon rosyjski posunięto od Wasilkowa na zachód ku Ikwie, cała ludność chciała uciekać do dzierżaw, pozostałych przy Rzeczypospolitej. Miałem pocztę z Kijowszczyzny, że i teraz, na wieść, jako Rosya na stałe zajmuje tamte strony, chłopi tysiącami uciekają do Polski, a zapobiedz temu niema sposobu.
— Bo z nowem panowaniem niedola chłopa jeszcze się pogorszy.
— Z tej przyczyny i dawna Sicz zaporoska chce z nami traktować...
Wpadł zadyszany przeor, zapraszając na skromną przekąskę.
Rozdał jeszcze Działyński nieco patentów, podpisanych przez Kościuszkę, a fortragujących upatrzonych przez Wielką Radę mężów na generał-majorów niektórych województw i powiatów; mieli je powieźć delegaci od wojsk, i poszli do przeorskiej celi, dochodziło bowiem południe i już niejednemu grzecznie kiszki marsza grały.
Pucołowaty braciszek przy pomocy grubego kanalarza zastawił stół, a przeor pieszczotliwie zapraszał do jadła i kiedy zabrali miejsca, odezwał się nieśmiało:
— A pośpieszajcie waszmościowie, żeby wyjść z kościoła wraz ze wszystkimi.
A ledwie się za nim drzwi zamknęły, kosy zagwizdały rzęsistego poloneza, jakoby sfornie zestrojona kapela; mniszek uwijał się koło poodsłanianych klatek, poświstując cichutko do wtóru. Zasię i suma szła jeszcze w kościele, więc dalekie przymglone granie organów i pogłosy śpiewań raz po raz wdzierały się do celi ulewą słodkich brzmień i dźwięków.
Jakiś cichy, łzawy smutek opłynął wszystkie serca, milczenie zaległo, niejeden dumał przyszłe swoje losy i nadzieje, niejednemu łza zaćmiła oczy, a do pamięci cisnęły się drogie postacie. Nawet Działyński wzdychał żałośnie, tocząc oczyma po twarzach socyuszów. Zaś Kapostas przenikliwem spojrzeniem zdał się ważyć dolę każdego, i twarz mu posępniała chmurą żałoby i smutku.
Ze ściśniętem sercem patrzył na tę żywą litanię świętych polskiego kalendarza wolności, która odtąd aż po wiek miała olbrzymieć i rozsnuwać się w łańcuchach nieustannych poświęceń, wysiłków, ofiar i bohaterstw — na ten święty huf rycerzy, dobrowolnie idących na wyłom kłaść głowy swoje i serca, gwoli zmazaniu win ojcowskich i gwoli dźwignięciu Ojczyzny i szczęścia powszechności.
Zarębę wywołał braciszek. W korytarzu czekał ojciec Serafin.
— Od Kacpra!
Podał mu zbrukany karteluszek, zapisany ołówkiem.
— Jezus Marya! Zagarnęli go werbownicy moskiewscy! Jest w obozie grenadyerów, prosi o ratunek. Kto przyniósł tę wiadomość?
— Mój wiernik, któremu udało się przedostać do obozu.
— Boże, choćbym miał zapłacić głową, a muszę go wyrwać z niewoli. Biedny chłopak!
Rozpacz nim miotała, łamał ręce.
Pół szwadronu Mirowszczyków może siąść na koń, Staszek ich skaptował.
— Na całe pułki się nie porwę. Siedzi chudziak zakuty wraz z pięćdziesięciu drugimi, nie wie kiedy ich wyprawią i gdzie! Prawdziwa desperacya! A tak się bałem o niego! A może to tę partyę poprowadzi do Merecza Iwanow, przyjaciel Kaczanowskiego?
Ożywił się nagle, oczy zaiskrzyły mu się powziętem postanowieniem.
— Niech ojciec zaczeka na mojej kwaterze. Przyjdę z kapitanem, to razem rozważymy pewien plan. Co za nieszczęście!
Ledwie wrócił do celi, zabierając swoje miejsce, gdy Działyński powstał. Wszyscy zerwali się na nogi, wierne oczy wbiły się w niego, a on, podnosząc w górę kielich, wyrzekł krótko:
— Śmierć lub zwycięstwo!
— Śmierć lub zwycięstwo! — odkrzyknęli z mocą i wszystkie kielichy rozbryznęły się o podłogę.






Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Władysław Stanisław Reymont.