Ostatni Mohikanin/Rozdział IV

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor James Fenimore Cooper
Tytuł Ostatni Mohikanin
Wydawca Księgarnia J. Przeworskiego
Data wydania 1934
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz anonimowy
Tytuł orygin. The Last of the Mohicans
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
Rozdział IV
WALKA NA WYSPIE

Gdy śpiew przebrzmiał, wszyscy zaczęli zabierać się do robienia sobie posłań. Według rozporządzenia strzelca, który po wschodzie księżyca nie chciał pozostawić brzegów rzeki bez ochrony, major zrobił siostrom posłanie z miękkiej trawy w jaskini, zaś mężczyźni usadowili się na brzegu rzeki tak, aby mogli widzieć wszystko, co się dokoła dzieje, nie będąc widzianymi w blaskach księżyca. Dawid został pierwszy zmożony przez sen i krtań jego zaczęła wydawać tony, których zacny mistrz nigdyby nie uznał za piękne. Duncan okrył śpiące siostry pledem, poczem sam zapadł w głęboki sen. Natomiast Sokole Oko i obaj indjanie siedzieli nieruchomo, niby posągi, a oczy ich śledziły czujnie bliższą i dalszą okolicę, dopóki na wschodniej części nieba nie ukazał się jasny szlak, zwiastujący narodziny nowego dnia. Dopiero wówczas strzelec uczynił pierwszy ruch. Pełznąc po kamieniach zbliżył się do majora i, budząc go ze snu, szepnął:
— Czas wstawać. Niech pan obudzi damy i przygotuje do dalszej przeprawy. Za chwilę sprowadzę tu kanu. Proszę się śpieszyć i zachować zupełną ciszę.
Major podpełzł ku siostrom i cicho szepnął: —
— Alicjo! Koro! Czas wstawać. Musimy stąd wyruszyć.
Dziewczęta zerwały się przerażone, bowiem jeszcze ostatnie słowo majora nie przebrzmiało, gdy z nad rzeki dało się słyszeć przeraźliwe wycie, od którego krew krzepła w żyłach i które wytrąciło z równowagi nawet młodego oficera. Przez chwil kilka zdawało się, że cała puszcza pełna jest szatanów. Dawid zerwał się wystraszony, zatykając sobie wraźliwe uszy. Zaledwie długa jego postać ukazała się ponad krzewami, gdy rozległa się salwa tuzina karabinów. Dawid zachwiał się i upadł. Mingowie powitali ten sukces ogłuszającym wrzaskiem triumfu, na który obaj mohikanie odpowiedzieli okrzykiem wojennym. Podczas gdy obie strony wymieniały między sobą strzały, major zaciągnął nieprzytomnego Gamuta w bezpieczne miejsce, w którem znajdowały się już obie panny. Kanonada nie uczyniła nikomu krzywdy, ani na wyspie ani na brzegu rzeki, ale wtem ozwała się długa strzelba Sokolego Oka i jeden z mingów padł raniony śmiertelnie. Wycie zamilkło natychmiast i znowu las zaległa grobowa cisza.
Lekko rannego Gamuta przeniesiono do drugiej jaskini, w której umieszczono także obie siostry i poczyniono wszelkie przygotowania do odparcia ataku dzikich. Sokole Oko i obaj jego przyjaciele zajęli stanowiska w szerokiej szczelinie pomiędzy jaskiniami.
— Oszczędzajmy proch — pouczał strzelec swych towarzyszy. — Mamy ciężką przeprawę przed sobą, a mingowie nie dadzą tak łatwo za wygraną.
Mingowie nie kazali na siebie czekać zbyt długo. Czterech najodważniejszych z pośród ich wojowników rzuciło się do wody i niebawem głowy ich ukazały się z poza pnia drzewa, które zostało przygnane prądem rzeki ku brzegowi wyspy. Ledwo Sokole Oko zdołał ich dostrzec, gdy dzicy w potężnych susach rzucili się ku niemu. Strzelec w okamgnieniu podniósł strzelbę do oka, celując do napastników. Padł strzał i jeden z atakujących, ugodzony śmiertelnie, padł, jak długi, na kamienie.
— Bierz na cel ostatniego, Unkasie — zawołał strzelec, dobywając jednocześnie noża — z pozostałymi damy sobie łatwo radę.
Strzelba Unkasa zagrzmiała i drugi Mingos padł martwy na ziemię. Sokole Oko i major wybiegli teraz z ukrycia i uderzyli na napastników białą bronią.
Sokole Oko zwarł się z olbrzymim czerwonoskórym, który zwinnym ruchem schwycił uzbrojoną rękę strzelca. W ciągu minuty szala zwycięstwa wahała się, lecz wkrótce górę wzięła nieustępliwa moc białego człowieka. Raptownym ruchem Sokole Oko wyrwał się z uścisku wroga i wbił mu nóż w nagą pierś.
Ciężką przeprawę miał Heyward, którego pałasz złamał się zaraz przy pierwszem złożeniu, a że oba pistolety użył uprzednio, pozostała mu zatem jedynie siła mięśni. Bezbronny rzucił się na napastnika, objął go w potężnym uścisku i powalił na ziemię. W tej sytuacji każdy z nieprzyjaciół starał się zepchnąć drugiego ze stromego brzegu skalnego w nurty rwącej rzeki. Coraz bliżej staczali się walczący ku urwistemu brzegowi. Już major czuł śmiertelny uścisk ręki indjanina, zaciskającej się wokół szyi, już w triumfującym blasku oczu przeciwnika czytał wyrok śmierci na siebie, gdy wtem błysnął nóż w niewidzialnej ręce, z poranionego ramienia mingosa trysnęła krew i dziki z przeraźliwym krzykiem, jak kłoda, zwalił się w fale rzeki.

— Zpowrotem do jaskini! — zabrzmiała w tej chwili komenda Sokolego Oka. Z brzegów rozlegało się wycie wściekłości, zagłuszone okrzykiem wojennym młodego mohikanina, któremu Heyward zawdzięczał swoje ocalenie. Salwę za salwą wysyłali huroni na garstkę ludzi broniących się na wyspie, ale na te nieszkodliwe strzały odpowiadała niestrudzenie strzelba Czingaszguka, która nie chybiała nigdy. Dzielny ten wódz ani na chwilę nie stracił zimnej krwi w czasie walki, gdy wojownik zwierał się w ciężkich zapasach z wojownikiem. Spokojnie stał na stanowisku, spełniając swoje zadanie. Ogień dzikich nie czynił nikomu krzywdy. Widząc, że z brzegu nie da się trafić w oblężonych, jeden z huronów wspiął się na stary dąb, stojący nad rzeką; usadowiwszy się na jednym z jego konarów, gdzie trudno było go odróżnić od ciemnego tła potężnego drzewa, strzelał bezustannie, aczkolwiek dość nieszkodliwie. Na strzelaninę jego nie można było odpowiedzieć skutecznie, jeśli obrońcy wyspy nie chcieli wystawić się na morderczy ogień nieprzyjacielski. Już Sokole Oko podnosił niejednokrotnie niezawodną swoją strzelbę, ale za każdym razem musiał ją bezradnie opuścić, gdyż gruby konar zasłaniał zupełnie przeciwnika. Wreszcie mingos uczynił nieostrożny ruch i kilka cali jego ciała wychyliło się zpoza konaru. Wówczas huknął strzał Sokolego Oka i czerwonoskóry zwalił się z drzewa, lecz padając uchwycił się innej gałęzi i trzymał się jej kurczowo. Z wyrazem przerażenia na pobladłej twarzy kołysał się ranny huron ponad spienionemi falami rzeki.

— Skoczył do najbliższego napastnika...

— Strzel do niego jeszcze raz z litości, Sokole Oko — zawołał major z wyrazem współczucia, nie mogąc patrzeć na cierpienia dzikiego.
— Nie mam ani ziarnka prochu do stracenia — odpowiedział gniewnie strzelec. — Jest już unieszkodliwiony i dogorywa, a tymczasem nasza amunicja ma się ku końcowi, my zaś nie wiemy, jak długo wypadnie nam jeszcze walczyć.
Mimo tych słów Sokole Oko miał zbyt ludzkie serce, aby spokojnie przypatrywać się mękom nieszczęśliwca. Po trzykroć podnosił broń do oka i po trzykroć ją opuszczał, dając posłuch głosowi rozsądku. Ale, widząc, że dziki słabnie widocznie i czyni coraz rozpaczliwsze wysiłki, aby się utrzymać na gałęzi, nie wytrzymał i strzelił, a mingos trafiony w serce, zwalił się jak kłoda w głęboki nurt rzeki.
— To był mój ostatni ładunek — mruknął strzelec, zadąsany na siebie za swoją słabość. — Jestem głupiec. Unkas, biegnij szybko na kanu i przynieś wielki róg z prochem; każde jego ziarnko przyda się nam teraz.
Unkas udał się do miejsca, gdzie ukryto łódź, ale wkrótce głośny krzyk młodego mohikanina dał poznać oblężonym, że wydarzyło się jakieś nowe nieszczęście, to też, nie bacząc na niebezpieczeństwo, ukrywając się za skałami, wszyscy podążyli ku rzece.
Kanu płynęło daleko od wyspy. Kierunek łódki pozwalał jednak domyślać się, że prowadzi ją jakaś ukryta ręka. Bezwiednie podniósł Sokole Oko strzelbę do strzału. Skałka trysnęła iskrami, ale strzał nie rozległ się.
— Zapóźno — zawołał rozgoryczony strzelec — łódka i róg z prochem przepadły.
Huron wszakże, którego ponosiło ku wirom, podniósł głowę ponad burtę kanu i wydał triumfujący okrzyk, który został podchwycony i powtórzony na brzegu przez niezliczone głosy.
— Wyjcie sobie, djabły — rzekł zagniewany strzelec, siadając na złomie skały i odrzucając strzelbę, — wyjcie i cieszcie się, bowiem trzy najlepsze strzelby tych lasów nic więcej nie są teraz warte, niż zwykłe kije.
— Co teraz będzie z nami? — zwrócił się major z zapytaniem do Sokolego Oka.
Zamiast odpowiedzi, strzelec zatoczył palcem koło dokoła głowy, jakby dla zaznaczenia, że teraz nie należy spodziewać się niczego innego, jak oskalpowania przez barbarzyńskich nieprzyjaciół.
— No, chyba tak rozpaczliwem nasze położenie jeszcze nie jest — krzyknął Dunkan. — Cofniemy się do jaskini i będziemy się bronić do ostatka.
— Ale czem? — zapytał chłodno strzelec. — Czy może strzałami Unkasa, lub łzami kobiet? Jesteś pan młody i bogaty, masz pan zapewne drogich przyjaciół; mogę sobie wyobrazić, że śmierć w takich warunkach byłaby dla pana czemś okropnem. Ale i pan jesteś mężczyzną... Pokażemy tym czerwonym wojownikom — jego oko spoczęło na obu mohikanach — że potrafimy drogo sprzedać swe życie, gdy wypadnie stawić czoło przewadze nieprzyjaciół.
— Dlaczego mówi pan o śmierci? — zapytała Kora, która właśnie zbliżała się do rozmawiających.
— Czyż nie macie przed sobą otwartej drogi na wszystkie strony? Przepłyńcie rzekę i dotrzyjcie do naszego ojca, który z pewnością pośpieszy nam natychmiast z pomocą. Bóg dopomoże nam aż do czasu waszego powrotu i do nadejścia odsieczy.
Strzelec spoglądał w zamyśleniu przed siebie.
— W tych słowach jest więcej roztropności, niż pani może przypuszcza — rzekł wreszcie. — Czingaszguku, Unkasie, czy słyszeliście słowa ciemnookiej dziewczyny?
Po krótkiej naradzie, jaką odbyli w narzeczu delawarów, Czingaszguk wyraził swoją zgodę na projekt Kory ruchem ręki pełnym godności, wsunął za pas nóż i tomahawk i zanurzył się w rzece, aby niebawem zniknąć z oczu patrzących za nim przyjaciół.
— Gdyby Mingosi uprowadzili was, — zwrócił się Sokole Oko do Kory — to starajcie się, wedle możności, pozostawić ślady na drodze, którą was poprowadzą, łamiąc gałązki krzewów, lub rzucając jakieś przedmioty. Niech pani zawsze pamięta, że ma pani wiernego przyjaciela, który nigdy nie zapomni o pani.
Powiedziawszy to, spojrzał pieszczotliwie na strzelbę, która służyła mu wiernie tak długo, i ukrył ją w szczelinie skalnej. Niebawem plusk wody dobiegł do uszu oblężonych, świadcząc o tem, że podążył on za starym wodzem.
Oczy wszystkich zwróciły się teraz w stronę Unkasa, który pozostał na wyspie.
— Przyjaciele twoi są prawdopodobnie już w bezpieczeństwie. Dlaczego wahasz się pójść ich śladem? — spytała Kora.
— Unkas pozostanie tutaj — odpowiedział młodzieniec spokojnie.
— Jakto, chcesz pozostać tutaj, aby pomnożyć okropności naszego oblężenia? Nie, mój przyjacielu, uczynisz to, o co cię poproszę. Odszukasz mego ojca i sprowadzisz pomoc, która nas wyzwoli. A teraz idź, błagam cię o to.
Nie tracąc ani jednego słowa na odpowiedź, Unkas skoczył do rzeki.
— Mówił pan nieraz, że jest pan dobrym pływakiem, — zwróciła się Kora do majora Heywarda. — Ma pan teraz sposobność do popisu. Niech pan idzie śladem tych ludzi.
— Nigdy — zawołał Dunkan. — Wiem przecie, co zawdzięczam paniom i pułkownikowi Munro. Nie tracę nadziei, że obecność człowieka, który gotów jest umrzeć dla pań, może zapobiedz strasznemu losowi, jaki paniom grozi.
Kora zbladła i zasłoniła twarz; ująwszy za rękę Alicję, która w trwodze swej stała się bezwolną i bezradną, razem z nią oddaliła się ku jaskini.
Duncan i nauczyciel śpiewu, o którym wszyscy zapomnieli, poszli za przykładem dziewcząt i całe towarzystwo usadowiło się w ukryciu pełne niepokoju i trwogi. Major zasłonił wejścia do jaskini, jak najstaranniej i z niepokojem oczekiwał, co stanie się dalej.
Upłynęło wiele godzin w niezmąconej ciszy, tem cięższej, że nastąpiła po rozgwarze walki. Czyżby huroni pozostawili ich w spokoju? Lub może krwawa nauczka, jaką otrzymali, wystarczyła im i cofnęli się w głąb puszczy? W serca nieszczęśliwych oblężonych wstąpiła na nowo otucha i major polecił Dawidowi, aby zaśpiewał swe psalmy. Cichy, melodyjny głos nauczyciela śpiewu rozbrzmiał pod sklepieniem groty, kojąco działając na młode dziewczyny, gdy nagle mrożący krew w żyłach okrzyk bojowy huronów przeszył powietrze.
— Jesteśmy zgubieni! — wykrzyknęła Kora. — Dzicy nadchodzą.
Niebawem usłyszano nadchodzących indjan, którzy bardzo starannie przeszukali całą wyspę, miotając przekleństwa. Spotkało ich bowiem wielkie rozczarowanie; nie znaleźli tego, co znaleźć pragnęli. W pewnej atoli chwili rozległ się okrzyk radosny: „Długa strzelba! Długa strzelba!“ — Huroni znaleźli strzelbę Sokolego Oka, która tak długo była dla nich postrachem. Po niejakim czasie wszystko zacichło. Major odetchnął, będąc pewny, że najgorsze niebezpieczeństwo narazie minęło. Zwracając się do Kory, rzekł do niej szeptem:
— Jesteśmy uratowani. Chwałaż Bogu Najwyższemu!
Nagle przy wejściu do jaskini dał się słyszeć szelest, pęczek trawy, którym utkana była szczelina, upadł na ziemię i w otworze ukazała się ponura, dzika, pełna wściekłości i gniewu twarz Magui, Przebiegłego Lisa.
Przy tem niespodziewanem pojawieniu się łotra, major utracił panowanie nad sobą. W porywie gniewu, idąc za pierwszym popędem, schwycił pistolet, który miał za pasem, i strzelił. Wystrzał rozległ się w jaskini wielokrotnem echem, niby huk piorunu. Głowa Magui zniknęła w otworze, ale niebawem odezwał się długi, przeciągły krzyk i, zanim Dunkan oraz jego towarzysze zdołali ochłonąć, do jaskini z obu stron wpadli dzicy, schwytali majora i obie siostry i wywlekli pojmanych z jaskini na światło dzienne.
Dzicy otoczyli swoich jeńców, wyjąc i skacząc z radości, a zarazem wygrażając im gniewnie pięściami. Daremnie wszakże przeszukali całą jaskinię, aby znaleźć w niej Sokole Oko i obu mohikanów. Nie znalazłszy poszukiwanych, zwrócili się do majora i Gamuta z zapytaniami, gdzie jest Długa Strzelba, jak między sobą nazywali Sokole Oko. Major zachowywał się tak, jakgdyby nie rozumiał ani jednego słowa. Dawid zaś nie znał zupełnie ich języka. Wzrok Dunkana spotkał się wreszcie ze spojrzeniem przewrotnego Magui. Pokonywując wstręt do opryszka, zbliżył się major do niego.
— Przebiegły Lis jest wielkim wojownikiem — rzekł spokojnie. — Powie on rozbrojonemu białemu człowiekowi, czego czerwoni wojownicy chcą od niego.
— Czerwoni wojownicy pytają o wywiadowcę, który zna wszystkie ścieżki tych lasów — odpowiedział Magua łamaną angielszczyzną. — Szukają Długiej Strzelby.
— Długiej Strzelby niema tutaj, uciekł i już dawno znajduje się daleko od rąk czerwonych wojowników.
— Gdy blada twarz umiera — mówił Przebiegły Lis wzgardliwie — to mniema, że znajduje spokój. Ale czerwony człowiek umie męczyć nawet duszę swego przeciwnika. Gdzie są zwłoki Długiej Strzelby? Huroni chcą posiadać jego skalp.
— Powiadam ci, że uciekł. Nie umarł, ale żyje.
— Czyż jest on ptakiem — powiedział z niedowierzaniem Magua — który unosi się na skrzydłach?
— Chociaż Długa Strzelba nie jest ptakiem, to jednak umie doskonale pływać. Gdy zabrakło nam prochu, przepłynął przez rzekę, podczas gdy oczy huronów przesłonięte były chmurami.
— A gdzież są Delawarowie? Czyż i oni umieją tak dobrze pływać, jak ukrywać się w krzakach? Gdzie jest Wielki Wąż delawarów?
— I on popłynął za rzekę.
— A Rączy Jeleń? Gdzie jest Rączy Jeleń?
— Nie wiem kogo nazywasz Rączym Jeleniem — odparł major, chcąc przedłużyć rozmowę.
— Nazywam tak Unkasa — rzekł Magua — jak nazwały młodego mohikanina blade twarze. Czy powiesz mi może, ze niby jeleń przeskoczył przez rzekę i pobiegł do lasu?
— Jeśli chodzi ci o młodszego mohikanina, to muszę ci powiedzieć, że i on popłynął przez rzekę.
— A dlaczegóż w takim razie pozostał tu biały wódz? — dopytywał się, ciągle jeszcze niedowierzający indjanin. — Czy jest kamieniem, który idzie zaraz na dno, gdy znajdzie się w wodzie? Czy nie żal mu jego skalpu?
— Biały wódz powiada, że tylko tchórze opuszczają kobiety w chwili niebezpieczeństwa — odpowiedział dumnie major.
Magua zwrócił się teraz do swoich towarzyszy i opowiedział im o tem wszystkiem, co sam usłyszał. Huroni zawyli z wściekłości i zarówno ich wódz, jak i Magua musieli zadać sobie wiele trudu, aby powstrzymać ich od natychmiastowego wyładowania swej wściekłości na bezbronnych jeńcach.
Po krótkiej naradzie, w czasie której wódz wskazywał kilkakrotnie w kierunku fortu, nieszczęśliwym jeńcom dano znak, aby udali się ku małemu czółnu, które stało przy brzegu. Opór byłyby oczywiście bezowocny. Major wsiadł pierwszy do kanu, za jego przykładem poszły siostry i Gamut, który ze strachu był prawie nieprzytomny i zdawał się nie dostrzegać, co dzieje się dokoła niego. Gdy wszyscy jeńcy znaleźli się w czółnie, czerwonoskórzy wojownicy otoczyli ich i łódź szybko popłynęła ku lesistemu brzegowi.
Huroni zebrali się na brzegu dla naradzania się: podczas obrad kilku z nich udało się po konie, ukryte pod skalną ścianą. Potem gromada podzieliła się na dwie części. Wódz wskoczył na konia, który należał do Heywarda, przebył wpław rzekę i zniknął razem z gromadką wojowników w gąszczu leśnym. Jeńcy pozostali pod strażą sześciu indian, którymi dowodził Magua.
Serce majora napełniło się ciężkiemi troskami. Nie wiedział, czy dzicy postanowili wydać ich francuzom, czy też pragnęli sami wywrzeć swą zemstę. W poczuciu bezradności i bezsilności spróbował dowiedzieć się czegoś od Magui. W tym celu przemówił do niego:
— Chciałbym mówić do Magui słowa, które przeznaczone są jedynie dla uszu wielkiego wodza. — Mówiąc to zmuszał się do tonu jak najuprzejmiejszego.
Indjanin spojrzał na oficera okiem pełnem lekceważenia i odpowiedział:
— Mów tedy. Drzewa leśne nie mają uszu.
— Ale huroni nie są głusi. O czem mówi się wielkim mężom potężnego ludu, to mogłoby przewrócić w głowie prostym wojownikom. Jeśli Magua nie chce słuchać, to biały wódz potrafi milczeć.
Huron krzyknął na swoich towarzyszy, rozkazując im przygotować konie do drogi i dając majorowi niedostrzegalny dla innych znak, odszedł z nim nabok.
— Mów teraz — rzekł — uszy Magui są otwarte ku słuchaniu.
— Lis Przebiegły zasłużył na swoje zaszczytne imię, otrzymane od ojców kanadyjskich — zaczął Heyward i wzorem języka indjan jął się rozwodzić nad przymiotami łotra i wynosić pod niebiosa jego rzekome zalety, aby go pozyskać dla siebie. Po tym wstępie starał się rozbudzić chciwość dzikiego obietnicami wszystkiego, czego jego dusza może zapragnąć. Oczywiście, chodziło o to, aby Magua przywrócił jeńcom wolność wzamian za obiecywaną nagrodę.
— Siwogłowy wódz fortu Williama jest bardzo bogaty i umie być wdzięczny — wywodził major. — Naszyjnik Magui, który nosi, nie będzie już z cyny, ale z prawdziwego czystego złota, jego róg pełen będzie zawsze najlepszego prochu, w sakwie jego będzie moc dolarów, przed strzałem wybornej strzelby nie ujdzie żaden jeleń, a ja, ja prześcignę w szczodrobliwości szkockiego pułkownika i dam ci, dam...
— Cóż da mi blada twarz? — zapytał indjanin, gdy major zawahał się na chwilę. — Cóż młody wódz, przybywający ze strony wschodzącego słońca może dać Magui?
— Każe on przed wigwamem Magui płynąć wodzie ognistej strumieniem większym od rzeki Hudson.
— Dość! — rzekł po chwili dziki.
Dzikus milczał przez chwilę i Dunkan pomyślał, że chciwość zwyciężyła w nim okrucieństwo.
— Lis Przebiegły jest mądrym wodzem. Co on uczyni, to się pokaże.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: James Fenimore Cooper.