Ostatni (Dalecka, 1893)

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Wanda Dalecka
Tytuł Ostatni
Pochodzenie Upominek. Książka zbiorowa na cześć Elizy Orzeszkowej (1866-1891)
Data wydania 1893
Wydawnictwo G. Gebethner i Spółka, Br. Rymowicz
Druk W. L. Anczyc i Spółka
Miejsce wyd. Kraków – Petersburg
Źródło Skany na Commons
Inne Cała część II
Pobierz jako: Pobierz Cała część II jako ePub Pobierz Cała część II jako PDF Pobierz Cała część II jako MOBI
Cały zbiór
Pobierz jako: Pobierz Cały zbiór jako ePub Pobierz Cały zbiór jako PDF Pobierz Cały zbiór jako MOBI
Indeks stron
OSTATNI

Wanda Dalecka.jpg

Bój się Boga, panie Jacenty, a dokąd to? Na taki chłód w waszej kapocinie! do reszty was pokrzywi.
— Nic to, pani Feliksowo, jak Pan Jezus dopuści, to jakoś dojdę i nic mi się złego nie stanie.
— Ej nie gadajcie! Strzeżonego Pan Bóg strzeże. Gdybyście chociaż do południa cieplejszego słonka poczekali.
Jacenty przekrzywił głowę, która mu się w karku sztywnie obracała, zmrużył jedno oko, popatrzył na słońce, uśmiechnął się i zamamlał bezzębnemi ustami. Z wielkim trudem podniósł do góry trzęsącą się rękę, widać chciał coś pokazać na niebieskim zegarze, ale zniedołężniała prawica odmówiła posłuszeństwa i drżąc a idąc zygzakiem, opuściła się ku piersiom.
Feliksowa jak niosła balję, tak ją postawiła na ziemi i patrzała, litościwie kiwając głową.
— Gdzież się to pan Jacenty wybrał?
— Do katedry, pani Feliksowo, do katedry. — I nachylając się ku niej, szepnął z tajemniczym uśmiechem:
— Pasterz dziś celebruje... sam pasterz dobrodziej; czy to pani Feliksowa nie wie?
Znać trafił w bolesną strunę.
— A co mam wiedzieć! — wybuchła impetycznie — Albo to ja wiem, co robi się na świecie? Albo to ja mogę żyć jak ludzie, czy pomodlić się kiedy, czy co? Wrzeszczy ot siedmioro — ręką ku domostwu wskazała — to jeść, tamto pić, jedno tego, drugie owego... zatracenie boże! A niechno tam ten przyjdzie, to jeszcze mi wszystkie garnki poprzetrąca, wyje, wyliże, a co się da, z domu wywlecze. Ot, taka dola przeklęta! Djabli wiedzą, czego rodziła się...
Jacentego jakby pchnął żelazem.
— A bójcie się Boga! A Mateczko Ostrobramska! W imię Ojca i Syna... Tak się nie godzi, pani Feliksowo. A gdzie „bądź wola Twoja?“ Czy to w nieszczęściu pomoże sobie człowiek, jak zacznie gniewać się na sądy boże?
Feliksowa ochłonęła nieco.
— Ej, pan Jacenty to zawsze tak; ale człowiek grzeszny nie zawsze może wytrzymać.
— Bo trzeba mieć więcej mocności serca. Kiedy nieszczęście na kogo się zaweźmie, to co tu poradzić? A jak wszystko ofiaruję Panu Bogu i powiem sobie: wola Jego święta; byle tylko w tej niedoli w poczciwości dotrwać i na zło jakie się nie skusić, — to jakoś lżej i światłej robi się na sercu.
Feliksowa uczuła się wzruszoną.
— Wiadomo, panie Jacenty, że z was pobożny człowiek i uczciwy, jakich mało. A jakże tam wasza Anusia?
Po obrzękłej twarzy Jacentego przeszedł dreszcz bolesny.
— Chora, biedaczka, chora! dziecina ta moja... Wczoraj i dziś już nawet z łóżka wyjść nie próbuje. Kaszel ją dusi, strach!
— Cóż doktor powiedział?
Twarz starego skrzywiła się jeszcze boleśniej.
— A co on powie? Dawajcie mleko, dawajcie mięso, wyprowadźcie się z tej dziury, woda ciurkiem po ścianach leci. Już to prawda, leci, leci...
— Oj te doktory! Strasznie mądre na pańskie choroby.
— To też pomyślałem sobie: ludzie nie pomogą, a jak Pan Bóg zechce, to pomoże. I postanowiłem sobie: pierwszy raz, jak tylko pasterz celebrować będzie, pójdę! Czy mogę, czy nie mogę, a pójdę! Całą mszę na klęczkach przetrwam, choćbym tam padł! Może Matka Najświętsza poratuje, ulituje się nad tą dzieciną.
— No, jeśli takie zrobiliście postanowienie, to już idźcie, bo, uchowaj Boże, spóźnicie się jeszcze.
Zabrała się do odejścia, ale zwróciła się i jeszcze za nim popatrzała.
— Może dać co na szyję? chuścinę jaką? Zimny wiatr akurat zawieje.
Jacenty uśmiechnął się błogo.
— Poczekajcie, macie tu ot tę szmatkę!
Odpięła od fartucha kolorową szmatę, może pieluszkę dziecka, — i obwiązała nią troskliwie szyję paralityka.
Jemu do dobrych, dziecięcych oczu łzy nabiegać poczęły.
— A widzi pani Feliksowa, niema to opieki bożej? Tak mi tu paskudnie dmuchało za kołnierz; myślałem: jakże to będzie? A oto jak jest Bóg dobry i ludzie dobrzy. Ten, co karmi ptaszęta i przyodziewa lilje polne...
— Oj, lilja! — przerwała sentencję Feliksowa i z uśmiechem, który mimowoli stał się figlarnym, obrzuciła wzrokiem postać Jacentego.
Biednaż-bo to była postać — okrutnie biedna. Zgarbiony, skrzywiony starzec, z obwisłemi policzkami, ledwo poruszającym karkiem i trzęsącemi się, obrzękłemi jak poduszki rękami, które czyniły go zupełnie niedołężnym.
Niedołężnym, więc i nędzarzem. Z ramion zwisała szafirowa wypłowiała kapota, suto bronzowemi łatami upstrzona, które chroniły ją od zupełnego w proch rozsypania się. Siwe rzadkie włosy pokrywała czapica, pamiętająca może jego młodość, a obówie pokrzywione, zszargane, znacznie większe było od nóg, któremi, nie stąpał, lecz suwał. Słabe ręce nie mogły utrzymać kija, chód stawał się chwiejnym a żółwiowym. Był żywym wyrazem pojęć, które obejmujemy słowem „nędzarz“, był wizerunkiem, który do każdego serca mówi: ulituj się! i skargą, która do społeczeństwa woła: twój wytwór!
Sunął się krok za krokiem, potrącany przez przechodniów, którym co chwilę zawadzał, a chłodny wiatr kwietniowy szarpał jego sukmanę i długie włosy rozpraszał dokoła twarzy. Jednak, jakkolwiek przykrym był chłód i droga uciążliwą, ta biedna skrzywiona twarz nic nie straciła ze swej zwykłej pogody. Jasno i łagodnie patrzyły błękitne oczy i dobrotliwy uśmiech nie schodził z ust. Szeptał różaniec, ściskał w ręku szkaplerzyk i myślał sobie w duchu:
— Pomoże Najświętsza Matka, uratuję Anulkę — byleby tylko sił starczyło dotrwać w intencji. — I modlił się żarliwie.
Dopełzł tak jakoś do katedry. Ale tam trudniej już było, bo tłum zebrał się wielki; wszystko, co żyło, pobożni i ciekawi biegli popatrzeć na wielką uroczystość. Biedak przeląkł się na razie, zwątpił, czy potrafi docisnąć się do ołtarza, aby w obliczu świętych obrazów i w obecności pasterza votum swoje wykonać. Myślał, że gdy będzie się modlił gdzieś w kątku, jego ofiara straci na swej doniosłości.
— To tak, jakbym Anulkę w kąt przed Panem Bogiem schował — mówił do siebie, i wierzył, że gdy tam przed ołtarzem padnie na kolana, tak jakby Anulkę złożoną we własnem sercu przed oblicze Boga na rękach podniósł. Przeciskał się więc jak mógł przez tłumy, a ten i ów, widząc niedołężnego starca, usuwał się z drogi i pomagał iść dalej.
Dotarł zatem, jeśli nie do ołtarza, to do pierwszych rzędów ławek. Odwiązał chustkę z szyi, na posadzce rozesłał, bo lubił, aby czysto było koło niego, i z wielkim trudem próbując to jednej, to drugiej nogi, kląkł. Dostał z kieszeni książkę ze sczerniałemi od przewracania kartami i ledwo trzymającą się w zszarganej oprawie, różaniec o wytartych paciorkach i blaszanym krzyżyku zawiesił na ręku i modlić się zaczął. Chciał się przeżegnać, kilkakrotnie rękę do czoła podnosił, ale nie mógł dosięgnąć. Za to głośno i dobitnie powtórzył słowa przeżegnania.
Czy modlił się kto tak szczerze w tym kilkotysiącznym tłumie? Może niejedno serce łkało łzami, może niejeden duch leciał uniesiony zachwytem, ale pewno nie było tak pokornej, prostej, a ufnej modlitwy. Kornie pochylony, z rękami złożonemi lub przesuwającemi zwolna ziarnka różańca, jednę po drugiej, odmawiał modlitwy z rozłożonej na ławie książki. Odmawiał wszystkie: litanie i koronki, za zmarłych i za chorych, przed bierzmowaniem i po bierzmowaniu, o deszcz i o pogodę, lecz w sercu miał tylko jedno błaganie: Nędzarz jestem, aleś Ty ojciec, zostaw mnie moją Anulkę! Tak całą mszę przeklęczał; nawet i kazanie, bo wstawać i znów klękać, przechodziło jego siły.
Byli jednak tacy, którym ten nędzarz pokorny strasznie kłuł w oczy. Do ich rzędu należała pani Izabella. Nie mogła pogodzić się z myślą, aby podobne indywiduum zalegało przednie miejsce na tak doniosłej uroczystości. Uważała to poprostu za sprofanowanie nabożeństwa, irytowała się i, mimo daru modlitwy, jakim czuła się dziś obdarzoną, doświadczała dywersji.
— Szwajcar jest bez żadnej uwagi — mówiła w duchu, oglądając się za stróżem kościelnego porządku, i dalej szeptała — 0 doux Jsus, tes peines ont assiegé mon áme! — miała bowiem zwyczaj od wielkiego święta modlić się z francuskiej książki. Nieraz podczas mszy, w trakcie najwznioślejszych modłów, półgłośna modlitwa starca strącała ją z wyżyn ekstazy. Czuła jak przez tego wykoszlawionego prostaka — pijaka może — jej dusza utraca stopniowo całą woń wzniosłego nastroju i dar doskonałej modlitwy, leci w przepaść znicestwienia. A ona tak wiele rachowała na dzisiejsze nabożeństwo! Jeszcze z wieczora poleciła swej wychowance zbudzić siebie wcześnie i mieć już w pogotowiu wszystko, od bielidła, do rzymskiego różańca.
Adelinetto — mówiła — jutro będziemy pięć godzin w kościele! Od ósmej do pierwszej — pięć, precisamento... — Od powrotu z Rzymu miała zwyczaj używania włoskich końcówek.
Jakoż o wschodzie słońca siedziała już przed źwierciadłem, a Adelinetta urządzała jej starannie fryzurę.
— Ostrożnie, cara mia, — skarżyła się jękliwie — rozrzucisz ten fiok do reszty! Jesteś niezręczna, francinletto, niezręczna jak niedźwiedź... Moja mopsiczka potrafiłaby lepiej. Ach, idź już! robisz mnie to na złość, już widzę!...
Poprawiony pukiel wracał jednak prędko dobry humor.
— Nie masz pojęcia, jak ojciec Juljan zważa na wszystko — tłómaczyła się z chwilowego uniesienia. — „Szata niewiasty to kielich kwiatowej korony — mówił mi raz — czem treść wznioślejsza, tem obsłonki wytworniejsze“... Ach, ojciec Juljan, ojciec Juljan! Powiedz mi szczerze, czy ci się nie zdaje, że on jest aniołem? Dziś będzie z kadzidłem asystował pasterzowi. Uważałaś, jak mu do twarzy w szafirowej wstędze? Un ange, je vous jure, angelo...
Ileż starań w pobożnej intencji dołożyła dziś do każdego zwoju wdzięcznie pudrem przesypanych włosów! Adelka co najmniej z dziesięć razy musiała układać jej nad czołem rąbek czarnej koronki, owej koronki, którą niegdyś ręka Ojca świętego dotknęła przy błogosławieństwie.
— Czy ci się nie zdaje, że jestem za bladą? — z niepokojem pytała wychowanki, — Na miłość boską trochę różu! Na chwałę Marji.
I na pokład bielidła szedł drugi, subtelniejszy, różu.
— Odrobinę — zalecała — une nuance, nuancino. Bladość przystoi tylko mężczyznom; kobieta powinna mieć to tchnienie niewinności na licu.
Po kilkogodzinnej przed źwierciadłem pracy jest już wreszcie gotową. Ogląda siebie raz jeszcze w zwierciadle, poprawia, nastrzępia, odmuchuje, każe się spryskać heliotropem, ulubiony zapach księdza Juljana, i wziąwszy książkę oprawną w kość słoniową, pobożnie płynie do drzwi. Lecz tu, jak piorunem rażona, zatrzymuje się w przerażeniu.
— Różaniec! Mio rosario... — woła boleśnie — Jesteś roztrzepana jak ostatnia subretka!
Adelka rzuca się po różaniec.
Zapomnieć tej insygnji — wolałaby nie iść wcale.
Jest to długi na parę łokci sznur paciorek, wielkich jak orzech włoski. Święty Ojciec pobłogosławił go w Rzymie własnoręcznie. Przy pomocy Adelki zarzuca różaniec przez ramię, poczem dwa razy okręca dokoła ręki. Wygląda jak „słowianin w pętach rzymianina“.
— Niewolnica świętego Dominika, — objaśnia z błogim uśmiechem Adelce, której figlarne płomyki zaczęły skakać w oczach.
Przedstawić teraz sobie taką subtelną, wzniosłą duszę, tuż obok pokrzywionego Jacentego. Bo nieszczęście mieć chciało, że znajdywali się obok siebie tylko poręczą ławki przedzieleni.
O doux sauveur, Tu vois ma misère, — modliła się składając ręce na przezroczach owiewającej jej biust koronki i ukradkowem spojrzeniem goniła za postacią księdza Juljana. Gotów spostrzedz ją w towarzystwie tego... szpitalnika. Horreur!
Ów oberwus, który wcisnął się do arystokratycznych ławek, doprowadzał ją teraz do grzechu, obdarł, jak złodziej, z najczystszego zapału modlitwy. Miała tyle spraw polecić niebu; teraz mogła tylko modlić się o jedno: aby ten „łaciarz“ zniknął gdzieś, zginął, zapadł się pod ziemię.
Oczywiście, modlitwa ta nie była wysłuchaną. Nabożeństwo dobiegało końca, a modły starca nietylko nie ustawały, lecz zdawały się być coraz żarliwszemi. Z wielkim wysiłkiem składał w pięść obrzękłe palce i bił się w piersi. — „Bądź miłościw!“ — wołał wpółgłośno ze skruchą pochylając głowy, a ciszej z głębi serca szeptem dodawał: „Anulkę zbaw, Anulkę“...
Lecz oto msza się skończyła. Jacenty zaszamotał się, dźwigając, wszystkie członki czuł bólem dotknięte, ale otucha napełniła stroskane serce.
— Kiedy się udało całe nabożeństwo przeklęczeć, to już widać Pan Bóg przyjął ofiarę. Teraz, aby tylko przyjąć błogosławieństwo biskupa.
Ofiara nie byłaby zupełną, gdyby po nabożeństwie nie dotarł do ucałowania ręki biskupiej, będzie to trochę trudno, bo ludzie cisną się wtedy bez pamięci, ano — za łaską bożą jakoś może i to się uda.
Wcześnie zatem, nie czekając aż ruszą się wszyscy, zabrał się i wy wędrował zprzed oblicza storturowanej pani Izabelli. Odetchnęła biedaczka. A on, ani domyślając się przyczynionych mąk, podążał z czystem sumieniem ku środkowi kościoła. Klęczały już tam w sznur wyciągnięte szeregi, wolną drogę zostawiwszy w pośrodku. Oczekiwanie dochodziło do natężenia; każdy, wychylając się naprzód spoglądał ku ołtarzowi, czy prędko biskup nadejdzie?
Jacenty, któremu dotąd szczęście sprzyjało, potrafił znaleźć miejsce w pierwszym szeregu, w samym środku kościoła. Przy pomocy litościwego sąsiada opuścił się na klęczki, złożył ręce, jak do pacierza, i czekał.
— Nędzarz ze mnie wielki — rozmyślał — wedle duszy i wedle ciała nędzarz, na ziemi musić ja ostatni. Ale przed progami niebieskiemi i mnie wolno stanąć z innymi. Pan nasz, Zbawca, dozwolił maluczkim przyjść do siebie, a toć ja chyba najmniejszy. Całe życie wielkiej rozkoszy nie zaznałem, a i ludzie nieraz skrzywdzili, nie pamiętaj im, Chryste, a na stare lata choroba i utrapienie. Ale Chrystus pożałuje mnie, choć ja ostatni, zmiłuje się. Toż i teraz dodał mnie sił nadspodziewanie; może i dziecinę moję podźwignie... Zmiłuje się Chrystus... Byle tylko biskup pobłogosławił, zawszeć to śmielej człowiekowi jak go przeżegna ręką święconą.
Obrzękła, skrzywiona twarz oblokła się wyrazem wielkiej pogody i bezgranicznej ufności. Tok jego myśli został nagle przerwany. Tłumy jakby prądem silnym pchnięte, rzuciły się od ołtarzy ku wyjściu. Powstał ścisk, gwar tłumiony szmer tysiącznych stąpań. Jacenty poczuł się nagle ściśniętym zewsząd i kołysanym w różne strony. Była chwila, że się zląkł, aby go nie powalono i nie zdeptano. Krzepił się, jak mógł, a jednocześnie robił wszelkie wysiłki, aby stanowiska swego nie opuścić i być gotowym do ucałowanin ręki biskupiej. Oto już widzi pasterza jak w licznej asystencji kapłanów i kleru, pełen majestatu, przechodzi środkiem rozstąpionych tłumów. Idąc, pochyla się na prawo i białą, pierścieniem zdobną ręką przesuwa się z ust do ust klęczącego ludu, a jednocześnie końcami warg powtarza słowa błogosławieństwa. W Jacentym aż serce bić przestało. Gdyby tylko w porę dosięgnąć tej ręki. A dla biednego paralityka zadanie to nie małej pracy. Chociaż biskup jeszcze daleko, on, ułożywszy przed sobą na posadzce czapkę, książkę, różaniec, aby mu nie zawadzały, podnosi ręce, aby już były w należytej wysokości do ujęcia dłoni pasterza. Ale wysiłek parogodzinnego klęczenia i wzruszenie, które go coraz żywiej opanowywa, czyni te nieszczęśliwe ręce bardziej niedołężnemi, niż zwykle. Drżą, aż dygocą, a takie stały się ciężkie i sztywne, że rady im dać nie może. Co podniesie od piersi to znowu bezwładnie opadają, jakby ołowiem nalane. Pot mu wystąpił na czoło a usta jak do płaczu drżeć poczynają. Oczy jasne, dziecięce, obracają się z niepokojem dokoła, jakby pytały wszystkich: cóż będzie ze mną? I tu wejrzenie jego spotyka się z wejrzeniem jakiejś dostojniczki, która nie wiedzieć jakim sposobem znalazła się obok niego. Gdy klękał miał tylko samych szaraczków koło siebie, teraz z tłumem napłynęli inni.
— Wielka jakaś dama — myśli z namaszczeniem i strzeże się, aby łatana jego sukmana nie dotknęła szeleszczących jedwabiów, boi się odetchnąć głębiej wobec woni heliotropu, który wydziela się z niej, jak z kwitnącego krzewu. Patrzy na nią zalękniony, spiorunowany jej pełnem zgrozy spojrzeniem. Bo pani Izabella w sąsiedzie swym z przerażeniem poznaje wstrętnego „łaciarza“. Byłaby uciekła, gdyby jakakolwiek ku temu przedstawiała się możność. Ale biskup już się zbliża a ksiądz Juljan pierwszy postępuje za nim. W pani Izabelli krew zastygła ze zgrozy. Oczy, te magnetyczne oczy anioła wpierw padną na tego nędzarza a przy nim ją zobaczą! Wysuwa się trochę naprzód, ale ten bezwstydny śmie aż tu wyciągać swoje koszlawe ręce. Jacenty, widząc zbliżającego się biskupa, zapomniał o wszystkiem innem, a uniesiony gorącem pragnieniem, pochylił się naprzód, ręce wyciągnął i z wejrzeniem pokornem, litości błagającem, wpajał się w twarz nadchodzącego. Zdało mu się, że w tem błogosławieństwie, w tem ucałowaniu ręki leży jego zbawienie, życie jego Anulki.
— Zmiłuj się Panie! — wołało jego serce ścieśnione wielkim bólem, a wstrząśnięte do głębi — od oblicza Twego nie odrzuć mię, niech nie będę ostatni...
Ręka biskupa zbliżyła się do ust obok klęczącego.
Teraz jego kolej nadchodzi. — Zmiłuj się! — powtórzył raz jeszcze i drżące ręce do ręki biskupa wyciągnął.
Ale tu zaszedł wypadek, którego najmniej się spodziewał. Nagle zprzed oczu zniknął mu biskup, księża, kościół i tłumy, przed nim stanęła czarna chmura jedwabiu, koronek, wstążek; woń heliotropu zalała go. Mrugnął oczami, nie mogąc na razie zrozumieć, co się stało. Ale w następnej chwili wszystko już było na miejscu, miał znowu światło przed oczyma. Miał światło i spostrzegł, że biskup o kilka kroków oddalił się już od niego. Spojrzał obok, pani Izabella klęczała rozmodlona, z rękami złożonemi na piersiach, oczyma ulatująca ku niebiosom.
Jacenty głowę na piersi spuścił i zamyślił się głęboko. Ci wielcy nawet przed obliczem Boga chcą być pierwszymi. Chcieliby, aby nędzarz, który całe życie męczy się w niedoli, który nie ma nawet tyle, co niegdyś miał Łazarz — okruchów z ich uczt, — który zasypia, aby zapomnieć, że żyje, a budzi się pytając, po co żyje? chcieliby, aby ten nędzarz nie miał nawet jednego promyka, coby mu serce czasem ogrzał.
— Ostatni... — szeptał bezzębnemi, staremi wargami — ostatnim ci ja był i jestem. Takim się urodził i takim zemrę. Taki to już porządek świata, — a może ja nie wart niczego lepszego...
Spojrzał na panią Izabellę.
— Jakaś poczciwa kobieta, modli się jak anioł. Nie pamiętaj-że jej Panie, odpuść! I jej i mnie odpuść. Każdyby tak samo... Ostatni!
Ale żałość nie dała się uśpić.
— Anulko moja... dziecino!... — wyszeptał boleśnie, pohylił głowę i zapłakał gorzkiemi łzami...

Kraków.Wanda Dalecka.



Upominek - ozdobnik str. 245.png




Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Wanda Dalecka.