Orlica/Rozdział XI

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Ferdynand Ossendowski
Tytuł Orlica
Podtytuł Powieść z życia górali wysokiego Atlasu
Redaktor Feliks Gadomski
Wydawca Wydawnictwo Bibljoteki Dzieł Wyborowych
Data wydania 1925
Druk Warszawskie Zakłady Graficzne i Wydawnicze
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tekst jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tekst jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Indeks stron


ROZDZIAŁ XI.
Zemsta

Ras ben Hoggar sunął śladami Saffara el Snussi, jak głodny szakal skrada się do stada baranów.
Tracił ślady, znowu je odnajdywał i znowu sunął dalej, aż doprowadziły go one do domu handlarza.
Napaść na Araba, utoczyć jego krwi, nacieszyć się zemstą? A co dalej? Czy znajdzie Ras w tym, niemal warownym domu swoją żonę? Jeżeli już odsprzedał ją Saffar, jak i od kogo dowie się, gdzie teraz jest Aziza?
Walczyły w nim gniew i rozsądek.
Przebrał się w swój strój żebraczy, nie spuszczał z oka domu handlarza i nareszcie udało mu się zawrzeć znajomość z niewolnikiem Harazemem, pomocnikiem Saffara.
Chytrością Ras wyciągnął od niego potrzebne wskazówki i wtłoczywszy nienawiść i zemstę do serca, ruszył dalej.
Długo szukał, aż pewnego wieczoru zapukał do drzwi Ghalizat w Melilli. Tu rzucił garść srebrnych monet, dowiedział się o wszystkiem, zapamiętał nawet imię i nazwę pułku żołnierza, który zranił Aziza, i poszedł do szpitala.
Hiszpańskie władze nie chciały go dopuścić do chorej i zapowiedziały, że jeżeli jeszcze raz tu przyjdzie, to zaaresztują go i odstawią do policji.
Ras nie wiedział, co robić. Usiadł na ziemi pod ścianą szpitala i myślał.
Nagle ktoś położył mu rękę na ramieniu. Podniósł głowę i krzyknął radośnie. Ujrzał nad sobą pochyloną twarz marabuta — Szorf ben Ihudi.
— W oczach twoich widzę troskę, synu! — rzekł Szorf. — Co ci jest?
— Sidi! — szepnął, zgrzytnąwszy zębami Ras — Allah wciąż ściga mnie i nieszczęście, jak cień, chodzi za mną!
— Allah jest różny w różne chwile życia, Ras ben Hoggar! — powiedział marabut. — On — Mądry, wie, dlaczego wywyższa i dlaczego poniża... On wie, na jaką drogę mają wejść stopy każdego człowieka — czy jest on wielkim i możnym, czy małym i nędznym. Mów!
Ras opowiedział wszystko, co wiedział o Aziza. Szorf, wysłuchawszy opowiadania, wstał i, kazawszy Rasowi czekać, oddalił się. Powrócił wkrótce z kilku poważanymi w mieście Arabami i wszedł do szpitala.
Ras, nieruchomy, jak kamień przydrożny, oczekiwał...


∗             ∗

W kilka dni później w małej izbie w domu bogatego kupca — Kabila Ras słuchał opowiadania żony. Milczał, tylko oddychał ciężko, głowę na pierś uronił i ścisnął ręce.
Aziza spokojnym głosem, niby z poza grobu, mówiła o wszystkiem, co zaszło w jej życiu, nic nie ukrywała, nic nie objaśniała, nie broniła się, nie błagała i łez nie wylewała.
Gdy skończyła, szepnęła:
— Nie mogę ciebie, panie mój, nazywać mężem, bom grzeszna, nieczysta, przeklęta przez Allaha, który odwrócił ode mnie oblicze swoje. Wypędź mię, jak psa zadżumionego, nie żałuj, bom nie warta tego lub zabij mnie, bo panem moim jesteś! Ratuj siebie i nie myśl o mnie...
Ras nic nie odpowiedział. Poszedł do marabuta, długo z nim się naradzał, a potem skierował się do hiszpańskiego sędziego i skargę zaniósł na żołnierza Juana Hernandez, żądając dla niego kary za rany i krzywdę żony.
Woźni i żołnierze wyrzucili górala za drzwi, śmiejąc się i drwiąc z niego.
— To wszystko, co może uczynić dla mnie wasza sprawiedliwość? — zapytał, podnosząc się z kurzu ulicznego i patrząc na Hiszpanów ponurym wzrokiem.
— Możemy ci jeszcze coś dodać, abyś pamiętał przez całe życie! — krzyknęli z urąganiem i pogróżkami.
Ras odszedł, nic więcej nie powiedziawszy.
Powrócił do domu i podszedł do skulonej w kącie, nieruchomej, milczącej żony. Położył jej rękę na głowie i szepnął:
— Aziza! Żono moja! W otchłań zapomnienia rzucam przeszłość naszą, albowiem wina spada na męża, który bez opieki porzuca dom i rodzinę swoją. Już wszystko minęło, pozostaje tylko zemsta. Bądź gotowa do drogi za godzinę. Jedziemy!
Padła mu do nóg, cicha, pokorna i szeptała:
— Nie zostawiaj mnie samej, nigdy, nigdy! Chcę być z tobą razem wszędzie i zawsze! Rozumiesz, panie mój, wszędzie!...
— Tak będzie! — zawołał Ras i oczy mu płonąć zaczęły.
Przez całą noc trzech jeźdźców przedzierało się przez góry północnego Riffu. Przed świtem trzy konne postacie prześlizgnęły się, jak majaki, głębokim wąwozem, pozostawiając za sobą ostatnie placówki hiszpańskich wojsk.
Zatrzymali się przed wartami powstańców Abd-el-Krima.
Przepuszczono ich dalej i wkrótce dotarli do obozu oddziału, prowadzącego atak na pozycje Hiszpanów.
O zmierzchu mały oddziałek powstańców skradał się ku okopom nieprzyjaciela.
Śród wojowników szli uzbrojeni w karabiny marabut Szorf ben Ihudi i Ras ben Hoggar. Obok niego, jak cień, lub, jak pies, idący przy nodze, kroczyła postać kobiety, zawinięta w burnus. Była to Aziza. Szła, niosąc worki z nabojami.
Dowódca oddziału zatrzymał ludzi i cichym głosem rzekł:
— Musimy wpaść do okopów niespostrzeżenie i wywołać popłoch. To odciągnie uwagę Hiszpanów od innych części odcinka, na który zamierzone jest ogólne uderzenie. Czy wszyscy gotowi? Na Allaha, naprzód, mumeni!
Ludzie rozprószyli się i pełznąć zaczęli, jak węże, lub skradające się do kuropatw szakale.
Szorf ben Ihudi szepnął do Rasa:
— Rozumiesz teraz, jakiemi drogami Allah wywiódł ciebie, synu, na prawą drogę wielkiej sprawy?
— Dokonam zemsty! — odszepnął góral.
— Zemsty, o, zemsty! — niby echo padł w ciemność nocy i w zaczajoną ciszę gorący szept Aziza.
— W imię Allaha! Naprzód! — rozległa się gromka komenda, i powstańcy rzucili się do ataku.
Zagrzmiały bezładne, lecz coraz gęstsze strzały, a po chwili odpowiadać im zaczęły salwy z okopów.
Ras nagle wypuścił z rąk karabin i potknął się, czując, jak krew mu biegnie z ust i tamuje oddech, potknął się raz jeszcze i padł na kolana.
Postać niewieścia schyliła się nad nim, dźwignęła go do góry, włożyła karabin w słabnącą rękę i szeptać zaczęła, a później krzyczeć, jak orlica w górach, cienkim, ostrym i drapieżnym głosem:
— Naprzód, panie mój, naprzód! Upij się słodką zemstą! Naprzód!
Głos jej znikł, utonął w złośliwym turkocie i pośpiesznem szczekaniu kulomiotu.
— W imię Allaha-Mściciela naprzód! Zemsty!...
Paszcza kulomiotu, ziejąc ogniem, zwróciła się ku słaniającemu się Rasowi, opartemu o ramię żony, i ziać poczęła kulami...
— Ta-ta-ta-ta! — niosło się z szańca.
— Ta-ta-ta! — odpowiadało echo w górach.
Nagle wszystko umilkło. Na pobojowisku zaległa cisza...
Allah El Muntakim oczami gwiazd patrzał na ziemię, zroszoną krwią i na szaleństwo tych, których On stworzył na obraz i podobieństwo swoje.
Z okopu wybiegło kilku hiszpańskich żołnierzy.
Obeszli pole bitwy, świecąc latarkami.
— Czysta robota, — nikt nie pozostał! — rozległ się radosny okrzyk.
— Patrzcie. Znowu śród powstańców — kobieta — zawołał w ciemności inny żołnierz, opuszczając do samej ziemi latarkę[1].
— Piękna była i śmiała ta... orlica! — dodał cichym głosem.


KONIEC.



Przypisy

  1. Wypadki udziału kobiet w bitwach Riffennów i południowych niepodległych szczepów z Hiszpanami i Francuzami zdarzają się dość często.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Ferdynand Ossendowski.