Orlica/Rozdział IX

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Ferdynand Ossendowski
Tytuł Orlica
Podtytuł Powieść z życia górali wysokiego Atlasu
Redaktor Feliks Gadomski
Wydawca Wydawnictwo Bibljoteki Dzieł Wyborowych
Data wydania 1925
Druk Warszawskie Zakłady Graficzne i Wydawnicze
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tekst jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tekst jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Indeks stron


ROZDZIAŁ IX.
W sidłach

Saffar el Snussi, czterdziestoletni Arab, wysoki, silny i piękny mężczyzna, należał do tej kategorji ludzi, którzy żyją z ludzkiej nędzy, nieszczęścia i łez, jak żyje pasorzyt na schorowanem ciele opuszczonego przez wszystkich człowieka. Mieszkał w Konstantynie[1], ponieważ tu ciągnęły tłumy koczowników z okolic Biskry i Tugurtu, wieśniacy z dalekich „bled“ i Berberowie różnych szczepów, nie posiadający ani domów, ani stad, a obarczeni licznemi nieraz rodzinami. Wszyscy jechali do Konstantyny, gdzie można było znaleźć pracę u Francuzów przy budowie gmachów rządowych, wodociągów, mostów, przy naprawie toru kolejowego, szos i bruków ulicznych lub też na roli, należącej do bogatych Arabów i kolonistów francuskich, hiszpańskich i włoskich. Poza tem Konstantyna oddawna stała się wielkiem targowiskiem ludzkiem, gdzie zawsze istniał popyt na siłę ludzką i na ciało ludzkie. Tu nietrudno było, pomimo władz francuskich, sprzedać syna lub córkę na niewolników i cieszyć się później, że chłopak, pięknie przystrojony, gra w orkiestrze kawiarnianej, a córka pół-naga, ozdobiona pstremi, jedwabnemi szmatkami i srebrnemi klejnotami, miota się w wyuzdanych tańcach po spelunkach nocnych.
W tem zbiorowisku ludzi głodnych, a szukakających zarobku, Saffar el Snussi czuł się, jak ryba w wodzie. Jego niewolnicy wypatrywali po fondukach i zajazdach, na ulicach i na rynku piękne kobiety, przybywające ze swymi mężami i ojcami z głębi kraju i donosili swemu panu. Ten zaś umiał bardzo prędko zaplątać w swoje sidła niedoświadczone, a zawsze głodne ofiary, czarował je obietnicami i słodkiemi słowami, kusił podarkami i ogłuszał dźwiękami srebrnych, a nieraz nawet złotych monet.
Kilka razy do roku w obszernym domu Saffara skupiała się tak wielka ilość kupionych przez niego kobiet, że sam sułtan mógłby pozazdrościć mu tak pięknego haremu. Trwało to jednak niedługo i niewolnicy Saffara w parę dni rozrzucali ten tłum kobiecy po całej Algerji, Tunisie, Marokku i Egipcie, rozwożąc je pociągami, autobusami lub karawanami.
Nieraz, gdy handlarz otrzymywał jakieś tajemnicze, a bardzo korzystne polecenie, wyjeżdżał sam na poszukiwanie towaru „najlepszego gatunku“. Jeździł zwykle na południe Algerji; tam przebywało plemię Uled Nail, gdzie wszystkie dziewczyny są tancerkami i śpiewaczkami, chętnie sprzedającemi swoje pieszczoty za złoto, aż się wzbogacą i staną się wiernemi żonami mężczyzny ze swego szczepu; tam śród Bu-Saada, Beni Sidi Ibrahim i innych szczepów i rodów Saffar wynajdywał prawdziwe hurysy, cudownej piękności i wiózł je do swego domu, aby odsprzedać komuś innemu tak, jak się odsprzedaje rasową owcę lub kozę.
Istniało też jeszcze jedno miejsce, dokąd nieraz zaglądał Saffar el Snussi. Były to wsie i kasby, rozrzucone w Wysokim Atlasie. Dlaczego przyjeżdżał tu handlarz niewolnicami?
Saffar znał obyczaje i życie górskich szczepów. Wiedział przebiegły i przedsiębiorczy handlarz, że górale Szleu i Suss są ludźmi niespokojnymi, nie mogącymi pogodzić się z nowemi warunkami życia, z koniecznością porzucenia dawnego zawodu wojowników, myśliwych i bandytów, a przejścia na rolę. Górale ciągle pozostawali w ruchu. Jedni błąkali się po górach, ścigając muflony, jelenie i pantery, drudzy szli do miast, gdzie podziwiano ich jako akrobatów, tancerzy i zaklinaczy wężów; inni znowu wyjeżdżali na dalekie zarobki — do Algerji, Tunisji, Francji, a nawet do Ameryki, wszędzie marząc o swoich górach, dokąd powracali czasem tylko po to, aby złożyć swe kości w ziemi ojców. Tem się właściwie tłómaczy, dlaczego po wsiach Szleu i Suss rzadko można spotkać młodych mężczyzn. Na długie lata nieraz pozostają w bled i kasbach same kobiety — stare i młode, a często, bardzo często — urocze, ponętne i silne.
Śród tych porozrzucanych, niemających żadnej opieki i obrony kobiet, Saffar czuł się wyśmienicie, działając różnemi sposobami: uwodząc łaskawemi, gładkiemi słówkami, piękną twarzą, pałającemi oczami, obietnicami lub w najordynarniejszy sposób skłaniając je pieniędzmi do opuszczenia domu i wyjazdu z nim na wesołe, huczne życie bez troski i utrapień codziennych.
Saffar odwiedzał właśnie w poszukiwaniu „nadzwyczajnego“ towaru Tarudant, został zaproszony do wielkiego kaida i od niego dowiedział się o „orlicy“, jak stary Glaui nazywał żonę Rasa ben Hoggar. Powracając z karawaną, wiozącą kilka bardzo pięknych kobiet ze szczepu Suss, Arab zboczył z drogi i wpadł do kasby, gdzie, oszołomiwszy i nastraszywszy kadi swemi stosunkami w Tarudancie i Rabacie, nakłonił go do pomocy i dobił interesu.
Jechał właśnie teraz górskiemi drogami w towarzystwie Aziza, doganiając swoją karawanę i chełpiąc się w duchu ze swego rozumu i przebiegłości. Nie zapominał jednak opowiadać kobiecie o zmyślonych szczegółach życia Rasa po jego ucieczce z domu, wychwalając piękność, szlachetność i odwagę jej męża. Jednocześnie coraz to bliżej posuwał ku niej swego konia i, mówiąc z ożywieniem i podnieceniem o Rasie, nieznacznie przyciskał ją do siebie, obejmował jej kibić, a ona, zasłuchana i odurzona myślą, że wkrótce mają się skończyć jej troski i samotność, nie zważała na to, chwilami nawet sprawiały jej przyjemność te oznaki przyjaźni przystojnego i bogatego Saffara dla jej męża i dla niej samej. Widziała poza tem w Saffarze siłę, która wyrwie ich z toni nieszczęścia.
Przed Marrakeszem, handlarz dojrzał w oddali swoją karawanę, a wtedy rzekł:
— Myślałem, że nie dogonię tych ludzi...
— Co to za karawana? — spytała Aziza.
— Jedzie tam i wiezie niewolnice zły człowiek, marny człowiek, nie mający sumienia w sercu i litości w swej piersi! Nazywa się sidi Rutem ed Kher i jest handlarzem, kupującym i sprzedającym niewolnice.
— Podły człowiek! — zawołała kobieta.
— Z pewnością! — potwierdził Saffar. — Lecz niestety musimy przyłączyć się do niego. Jechać we dwoje — niebezpiecznie... Tymczasem przysiągłem Rasowi, że dowiozę i oddam temu szczęśliwcowi jego hurysę, piękniejszą od hurys raju, jego słońce, jego „płomyk“ i radość, zdrową i bez żadnej przykrej przygody w drodze...
— Z tobą, sidi, czuję się jak za wysokim muremi — zawołała Aziza.
— Dziękuję ci, rozkoszy moich oczu, najpiękniejsza z najpiękniejszych, najsłodsza z najsłodszych, pożądana, jak zimna woda podczas skwaru w Tanezruft[2]...
Saffar nagle przerwał swoją pełną zachwytu i podniecenia mowę i szepnął pokornie:
— Przebacz mi, piękna Czar Aziza, iż nie mogłem powstrzymać serca mego i że nie zmusiłem go do milczenia. Z pewnością obraziłem ciebie memi słowami, ja — niegodny niewolnik twój!...
— O, sidi — odparła zmieszana Aziza. — Jesteś zbyt dobry dla mnie, prostej wieśniaczki... Nie obraziłeś mnie, lecz zawstydziłeś słowami swemi...
— Ty — prosta wieśniaczka?! — wołał handlarz. — Tyś perła promienna, jakiej nie posiada sułtan w swoim seralu[3]. Mówiłem to, o czem i w dzień i w nocy krzyczy moje serce od chwili, gdym cię ujrzał, królowo, czarownico, gwiazdo miła Allahowi.
— Sidi!... — upomniała go Aziza z mimowolnym uśmiechem zakłopotania i dumy kobiecej. — Sidi...
A handlarz objął ją silnem ramieniem i przycisnął do piersi, szepcząc do ucha:
— Tyś radość mej duszy, tyś nagroda za całe moje życie, za wszystko, com dobrego ludziom uczynił. Ja samotny, smętny i opuszczony — żyję teraz na nowo... O, Czar Aziza, Czar Aziza!...
— Sidi!... Nie godzi mi się słuchać takiej mowy... — broniła się kobieta, rumieniąc się i zasłaniając sobie twarz połą burnusa.
— Wiem to! Wiem... — szeptał Saffar, mocniej tuląc ją do siebie. — Wiem, że źle, nieuczciwie postępuję wobec swego serdecznego przyjaciela! — Nie mogę jednak zapanować nad sobą! Wyrywają mi się słowa miłości i zachwytu, jak zrywa się burza na górach, gdy niszczy całe połacie lasu, zrzuca do przepaści skały i druzgocze cyple szczytów, co przetrwały setki pokoleń ludzkich. Nie mogę! Ginę! Biada mi!
Zasłonił twarz rękoma i zaczął cicho szlochać, drżąc na całem ciele.
Milczał teraz, uspakajając się powoli. Aziza ukradkiem spoglądała na piękną twarz Araba. Tyle rozpaczy i bólu dojrzała na niej, że aż żal ścisnął jej serce kobiece. Biedne serce, jednakie u niewiast wszystkich krajów i wszystkich ludów, czy białych, czy barwnych, czy przesiąkniętych cywilizacją, czy dzikich — jednakie, gdy słowa zachwytu i nieszczęśliwej, pokornej miłości mężczyzny, przesączą swój słodki jad i zatrują serce, sumienie i myśl kobiety niepokojem i przyjaznem współczuciem dla cierpiącego, a kochającego ją człowieka.
Saffar z jękiem wymownym otrząsnął się, niby zrzucając z siebie ciężkie brzemię, wylęknionem, pełnem skruchy wejrzeniem ogarnął całą postać Aziza, lecz natychmiast opuścił oczy i surowym głosem rzekł:
— Przyrzekłem Rasowi ben Hoggar, że cię odwiozę bezpiecznie do niego i — dowiozę, tak mi dopomóż Allah! Przystaniemy do karawany sidi Rutem ed Khar, gdyż będziemy mieli u niego opiekę i obronę w razie potrzeby. Zapłacę mu za to hojnie... Nie mam chwili spokoju, myśląc, że może ci się coś przydarzyć. Tobie... tobie!... O, nie przeżyłbym tego!... Zasłoń twarz swoją, piękną jak oblicze hurysy Magul[4], którą spotkał w lesie cedrowym Alfarabbi, wielki mistrz gry na lutni! Nie rozmawiaj z żadną z kobiet, należących do karawany, bo spali mnie płomień zazdrości... Wybacz, Czar Aziza, moje śmiałe, szalone słowa!... Obłęd ogarnął moje serce i mój mózg... Lecz zduszę w sobie uczucie, zduszę! Wybacz mi, wybacz Czar Aziza! Twoja piękność silniejsza jest od rozsądku mego... Nie będę już nic mówił, wybacz zuchwałość twego niewolnika!...
Zeskoczył z konia, przywarł ustami do jej strzemienia i, łkając, całował stopy Aziza i tłukł się głową o żelazo.
— Sidi... — pocieszała go oszołomiona i wzruszona kobieta, — sidi dobry i nieszczęśliwy! Nie obawiaj się, nie męcz siebie czarnemi myślami! Nie gniewam się... Żałuję, żem sprawiła ci tyle bólu... Niech Allah pocieszy cię!...
— Niema dla mnie pociechy, gdyż prędko zgaśnie dla mnie słonce moich dni... Zgaśnie na zawsze!... — wołał w rozpaczy.
— Dlaczego? — pytała, nie rozumiejąc jego słów.
— Bo nie będę cię widział, Aziza! — wybuchnął. — Oddam cię Rasowi, a on, gdy się dowie o mojej miłości dla ciebie, stanie się moim wrogiem i zabije mnie...
— Sidi! — wyrwał się kobiecie okrzyk przerażenia.
— Tak! Tak! — mówił, łamiąc ręce. — Nie będę się krył przed jego zemstą, nie będę się bronił! Lepsza dla mnie mogiła, niż życie bez ciebie, słońca, siły i radości mojej!...
Aziza miczała, cała wzburzona i przejęta miłością tego człowieka i jego rozpaczą. Przypomniała sobie krótkie, prostackie słowa męża, jego dzikie i gwałtowne pieszczoty pana i władcy i porównywać je zaczęła do cichego bólu, słodkiego śpiewu miłosnego, błagającej pokory i zachwytu niemal niewolniczego, przepełniających przytulonego do jej strzemienia Saffara el Snussi. Żal i współczucie dla niego coraz głębiej zapadały w serce Aziza.
— Nie rozpaczaj, sidi! — szepnęła. — Nic nie powiem mężowi, nigdy, nigdy! Nie chcę, aby on stracił takiego szlachetnego i wspaniałomyślnego przyjaciela, jakim jest sidi! Nigdy!
— Dziękuję ci, dziękuję całym porywem mojej miłości i mojej tęsknoty, lalla[5] Czar Aziza! — wykrzyknął Saffar, pokrywając pocałunkami jej nogę aż po kolana. — A teraz zarzuć na twarz haik i dogonimy karawanę!
Pomknęli, pozostawiając za sobą kłęby kurzawy.
Wyprzedziwszy swoją towarzyszkę, Saffar dopadł jadącego na czele karawany człowieka.
— Słuchaj, Harazem! Masz udawać przed kobietą, którą przywiozłem, handlarza niewolnikami — Sidi Rutem ed Khar. Będziesz rozmawiał ze mną, jak równy z równym, i nie dopuścisz tej kobiety do rozmowy z „towarem“.
— Rozkazałeś, sidi! — rzekł schylając głowę, niewolnik Harazem.
— Słuchaj dalej! Znajdziesz chwilę i, zbliżywszy się do kobiety, która przybyła ze mną, będziesz mówił jej o mojej hojności, szlachetności i potędze, a szepnij jej w tajemnicy, że jestem marabutem, i że nie lubię ciebie za to, że handlujesz żywym towarem...
— Dobrze, sidi! — mruknął Harazem, szczerząc zęby i wykrzywiając bezczelną twarz. — Będzie zrobione!
— To wszystko! A teraz przygotuj wielbłąda z najlepszym namiotem dla mojej niewolnicy.
Powiedziawszy to, Saffar zawrócił konia, lecz Harazem ześlizgnął się w tej chwili z wielbłąda, podbiegł do jeźdźca i ostentacyjnie z wielkim szacunkiem, pocałował go w połę płaszcza.
— Pierwszy hołd marabutowi... — szepnął niewolnik, trzęsąc się od śmiechu.
— Wspaniale! — mruknął handlarz, z powagą dotykając ręką schylonej przed nim głowy pomocnika.
Wszystko to widziała Aziza i dziwiła się w duchu, pytając siebie, dlaczego ten zbrodniarz, handlarz ludźmi, całuje szaty Saffara el Snussi?
Arab tymczasem podjechał do niej i rzekł z pokorą w głosie:
— Wybacz mi, gwiazdo Allaha, żem zmusił cię przebyć uciążliwą drogę na koniu! Kupiłem u sidi Rutema dobrego wielbłąda ze skromnym namiotem dla ciebie. Nie godzien on osłaniać twego pięknego ciała, lecz w drodze trudno o inny. Wybacz mi nieudolną opiekę moją nad tobą i spocznij w namiocie!
— Sidi, nawykła jestem do siodła... — odparła Aziza. — Mogłabym całą drogę odbyć na koniu, lecz, jeżeli taka jest wola twoja, pojadę w namiocie...
— Dziękuję ci „Mazur nuar“[6] — szepnął Saffar. — Zaraz każę pospieszyć z urządzeniem „khaima“[7].
Arab odjechał. Aziza widziała, jak zdjęto z jednego z trzech wielbłądów wory, rozpakowano je, wydobyto jakieś tkaniny, później ustawiono żółto-czerwony namiot, umocowano go na siodle wielbłądziem i ozdobiono wspaniałym zielonym pióropuszem. Nareszcie podprowadzono do niej wielbłąda. Zwierzę uklękło, i Saffar dopomógł kobiecie wsiąść do namiotu.
Aziza nie mogła wstrzymać okrzyku zachwytu. Wnętrze namiotu było przybrane jedwabnemi tkaninami, brokatelą, kobiercami z Rabatu i Kejruanu, i miękkiemi, bogato haftowanemi poduszkami. Gdy usiadła wygodnie, Saffar podał jej małe pudełko i nisko skłonił się przed nią, oczy, niby przed słońcem, przykrywając dłonią.
— Przyjmij to ode mnie i noś, chociaż chwilami myśląc o mnie, „ghezal“[8] — szepnął Saffar, z uwielbieniem patrząc na nią. — Niech nikt nie ujrzy piękności pani mego serca!
Aziza, zarumieniona i zachwycona, otworzyła pudełko i wyjęła z niego cudownej piękności „ltam“ — białą, cienką jak pajęczyna, woalkę, przetykaną srebrnemi kwiatami.
— Dziękuję ci, sidi mój! — zawołała, klaszcząc w dłonie.
Saffar nisko skłonił się przed nią, rzucając na nią ostatnie błagalne spojrzenie i oddawszy cugle w ręce czarnego niewolnika, odjechał.
Aziza zapuściła poły namiotu i zaczęła się stroić, gdyż znalazła, przezornie zawieszony na łęku siodła, worek skórzany ze zwierciadłem, grzebieniami, czarną farbką dla oczu i brwi, henną jaskrawą dla ust i ciemniejszą dla paznogci, dłoni i stóp, z różem i bielidłem, wonnemi olejkami, szczotkami i pędzelkami i wszystkiem, czego żądać może wschodnia kobieta, żyjąca wyłącznie dlatego, aby dawać mężczyźnie radość bytu, aby mu się podobać i przywiązać go do siebie. W otwartym worze z żółtej, haftowanej skóry, góralka znalazła cienkie, białe koszule, wzorzyste szaty dolne, cienki burnus, bogate, haftowane złotem i srebrem pasy, obuwie i szkatułkę z klejnotami.
Handlarz żywym towarem dawał te podarki wszystkim swoim ofiarom, aby zagłuszyć w nich tęsknotę, lęk, lub wyrzuty sumienia, znając serca i myśli półdzikich istot, ciemnych, namiętnych, pustych i leniwych, jakiemi są kobiety Wschodu. Nie wiedziała jednak o tem Aziza, a więc serce jej było przepełnione wdzięcznością dla hojnego i pokornego Saffara el Snussi i, strojąc się, myślała o pięknym a tak nieszczęśliwym, samotnym Arabie. Zdziwiła się nawet, gdy zauważyła, że od samego rana prawie nie myślała o mężu, a jeżeli wspominała o nim, to tylko po to, aby porównywać go ze słodkim w obejściu i mowie przyjacielem. Porównanie wypadło niekorzystnie dla Rasa i to gniewało Aziza i smuciło. Stroiła się jednak starannie, gdyż sidi Saffar prosił ją o to, mówiąc, że w pięknych i bogatych szatach łatwiej mu będzie ukryć ją przed możliwym pościgiem kaida, gdyż nikt w możnej i wspaniałej pani nie poznałby prostej góralki z Atlasu.
— Wydam cię za swoją żonę — powiedział jej wtedy Saffar. — Nikt nie ośmieli się wtedy podnieść twego „ltam“, a ja chociaż na chwilę będę szczęśliwy, nazywając cię przed ludźmi swoją żoną, o „azel“[9] mój najsłodszy!
Tak mówił Arab, gdy prosił ją, aby się przebrała w inne szaty i „otoczyła klejnoty piękności swojej bogatym wieńcem przepychu królewskiego, gdyż jest ona królową najpiękniejszych kobiet“.
Dobrze zapamiętała te słowa Saffara el Snussi żona Rasa ben Hoggar, a gdy mimowoli powtarzała je sobie, przejmujący słodki dreszcz i miłe osłabienie ją ogarniały.
Tymczasem handlarz jechał obok swego niewolnika Harazema i nie szczędził mu wskazówek, dotyczących Aziza.
Wreszcie Harazem zapytał ze śmiechem:
— Powiedz mi, sidi, co to za „mra“[10] zdobyłeś w górach? Może porwałeś żonę samemu wielkiemu kaidowi? Czy też może wieziesz nową niewolnicę sułtanowi? Powiedz!
— Głupi jesteś, jak pień spróchniałego „zitun“[11], Harazemie! — szepnął, bacznie się oglądając, Arab. — Jest to wolna kobieta ze starego rodu góralskiego. Piękna jest, dumna, śmiała, tańczy jak rusałka, głos ma, jak słowik bahdadski, a pełna płomieni! Wiesz, że za takie „mra“ płacą drogo, ale też za to można dostać się do więzienia. Pozornie wszystko jest w porządku. Podpisała umowę, że sama dobrowolnie się zaprzedała, jednak, gdyby coś wynikło, a ona zeznała, w jaki sposób ja i kadi namówiliśmy ją do tego, nie byłoby z nami dobrze, oj, byłoby bardzo źle! A piękna jest! Hurysa, ghezal, asel, nuar, lalla Aziza, słońce i radość!!! I do tego nic za nią nie zapłaciłem!
— O-o-o! — wyrwało się niewolnikowi.
— Głupi i bezczelny jesteś, ty gruby wole! — syknął Saffar. — Nim ją sprzedam, — a wezmę za nią tyle, ile zażądam, — Aziza spędzi długie, czarowne, pełne uciech miłosnych, noce w mojej komnacie, tej, gdzie marmurową posadzkę kryją „getifa“[12], gdzie nad łożem mojem połyskują w świetle przyćmionych świeczników złotogłowia, jakich nie posiada sam sułtan w Rabacie, i gdzie, jak węże, czołgają się w pół mroku siwe strugi nardu i benzoesu[13]. O Harazemie, Harazemie! Powiadam ci, że takiej hurysy nie widziały jeszcze oczy ludzkie! Czyż miałbym taki skarb zostawić w ubogiej kasbie górskiej, aby czekała na swego brudnego „Amazigh“[14], cuchnącego potem, skórą i nawozem.
— Hm! — mruknął Harazem. — Pierwszy raz ci się to przytrafiło, gospodarzu!
— Pierwszy! — szepnął Arab. — Mógłbym kazać ci postawić na brzegu tego „uedu“[15] duży namiot, i za godzinę już Aziza stałaby się moją nałożnicą, lecz nie chcę przemocy, chcę jej miłości, chcę, żeby sama tego pragnęła, bo to słodsze, bo to porywa, zmusza krew, aby żywiej i goręcej pędziła w żyłach! I tak będzie! Będzie!
— Rzekłeś, sidi! — powiedział niewolnik, pogardliwie wzruszając ramionami. — Nie rozumiem tylko, poco masz czekać i zadawać sobie tyle kłopotu? Czyi nie lepiej postąpić tak, jak uczyniłeś w zeszłym roku z małą Azaghar z Rudani lub z tą figlarną Delimi z Tiznit?
— Muł nie może zrozumieć piękna i mądrości bajek „Z tysiąca i jednej nocy!” — zawołał z oburzeniem Saffar el Snussi. — Nie możesz pojąć tego, Harazemie, więc idź i działaj teraz!
— Słucham, sidi! — odparł niewolnik. — Idę do namiotu twojej hurysy i będę jej śpiewał o tobie, jak muezzin z minaretu.
Aziza była już przybrana i wystrojona, gdy usłyszała cichy szept przy swoim wielbłądzie. — Ucieszona, że ujrzy Saffara, a on z zachwytem będzie patrzał na nią — piękną i bogato ubraną, odrzuciła połę namiotu, lecz natychmiast cofnęła się wtył.
Jakiś nieznajony człowiek, stojący przy wielbłądzie, zaczął mówić:
— Sidi Saffar el Snussi posłał mnie do ciebie, gwiazdo Allaha, abym zapytał cię, czy nie potrzebujesz czego? Jestem Rutem ed Khar, właściciel karawany...
— Dziękuję, — niczego nie potrzebuję! — odparła Aziza surowym, pogardliwym głosem.
— Zaniosę świętobliwemu Sidi el Snussi odpowiedź twoją, Lalla! — rzekł Harazem.
— Dlaczego nazywasz go świętobliwym? — zapytała ździwiona Aziza.
— Jakto? nie wiesz? — zawołał. — Nazywam sidi Saffar el Snussi „świętobliwym”, ponieważ jest on najbardziej poważanym w Algerji marabutem. Nazwałbym go nawet świętym, bo życie jego jest, jako woda źródlana, serce — wielkie ognisko, ogrzewające bliźnich, dusza — studnia mądrości, lecz samotny jest, niezrozumiany, zawsze pełen tęsknoty i zatopiony w swoich niewesołych myślach. Szlachetność jego stała się przysłowioną w całym kraju... Piękność jego pociąga do niego oczy i serca kobiet...
— Czy jest żonaty sidi Saffar? — zapytała nagle Aziza.
— Jest wdowcem... — odpowiedział Harazem. — Najpiękniejsze kobiety nie mogą zachować wstydliwości i rzucają się mu do nóg, błagając o miłość, lecz on nie może znaleźć tej, która zapali promień miłości w jego sercu, i pozostaje samotny i tęskniący. Biedny, świętobliwy sidi Saffar!
Aziza westchnęła, Harazem zaś ciągnął dalej:
— Sidi Saffar jedzie teraz na czele karawany i, nie wiem, co mu się stało, bo łka i ręce łamie w rozpaczy...
Aziza serce ścisnęło się żałością. Milczała.
— Uwielbiam sidi Saffara — rzekł z westchnieniem Harazem, — i jestem bardzo smutny, gdyż nie lubi mię ten świętobliwy człowiek za to, że handluję niewolnicami. A co w tem złego? „Święta księga“ i tradycja „Hatdih“ nie zakazują tego. Kobieta, oddająca się wolnej miłości, daje największej ilości mężczyzn radość, szczęście i zapomnienie w ich ciężkiem życiu, a więc spełnia wolę Allaha i ma przed nim zasługę. Nasi mężczyźni nie poniewierają kobietami nawet wtedy, gdy one trafiają do dzielnic zakazanych, jak Abd-Allah w Fezie, i nieraz szukają sobie tam żony[16]. Ja zaś pomagam kobietom zrzucać z siebie jarzmo nędzy, brzemię ciężkich trosk i kłopotów i daję im możność zostać bogatemi, niezależnemi i poszukiwanemi żonami. Cóż w tem jest złego? Jaki grzech? Dlaczego mną pogardzają? Dlatego, że ja zarabiam na tem? Lecz przecież ja też muszę żyć! W moim domu trzy żony, ośmioro dzieci proszą o chleb, ubranie, obuwie... Ja — biedny człowiek, pracujący w pocie czoła! Jestem dobrym mumenem, mającym litościwe serce!.. Bądź zdrowa, huryso, i każ zawołać mnie, jeżeli będziesz czegoś potrzebowała...
Handlarz odszedł, chytrze uśmiechając się, a słowa jego zapadły do duszy Aziza. Już inaczej patrzyła na tego człowieka i na jego zawód, współczuła kobietom, któremi handlował, jak zwykłym towarem. Najwięcej jednak myślała o Saffarze i oczekiwała jego przyjścia. Lecz Arab nie zjawiał się. Uchyliwszy namiotu, Aziza ujrzała jego zwinną, silną postać na śmigłym, bułanym źrebcu, który rzucał się i rwał pod nim.
W Marrakeszu, gdzie stali przez dwa dni, nie widziała Saffara i tęskniła za nim, jeszcze bezwiednie, nieświadomie.
W drodze z Marrakeszu do Tazy, Tlemsenu i do Konstantyny, gdy jechali mało zaludnionemi miejscowościami, ponieważ Saffar el Snussi starannie krył się przed ludźmi i omijał miasta i wielkie osady, obawiając się władz francuskich, nieprzychylnem okiem patrzących na niewolnictwo, ten starodawny, uświęcony tradycją obyczaj narodów, wyznających Islam, — Arab zaledwie jeden raz zbliżył się do namiotu Aziza.
Nie patrzył na nią, miał surową twarz i usta zaciśnięte, mówił suchym, prawie szorstkim głosem. Zapytał ją o zdrowie i o to, czy czego nie żąda dla siebie, i chciał odjechać, lecz Aziza zatrzymała go i zmusiła do rozmowy.
— Świętobliwy sidi gniewa się na mnie? — spytała cichym głosem.
— O, nie! — zawołał. — Walczę ze swoją miłością ku tobie, Czar Aziza, a gdy widzę ciebie przed sobą, gdy tonę w otchłani twoich oczu, płonie moje serce i błaga o miłość i pocieszenie...
Uderzył konia ostrogami i odjechał szybko, nie oglądając się.
Aziza pozostała sama ze swemi myślami, a były one rojne i niespodziewane, bo któż odgadnie i zrozumie myśli kobiety, gdy poczuje ona miłość tuż przy sobie? Łatwiej ująć burzliwy potok górski w łożysko z kamieni, niż skierować myśli niewiasty, poruszonej miłością mężczyzny, na drogi rozsądku...
Karawana przybyła wreszcie do Konstantyny.
Aziza ze zdziwieniem i przykrością przyznała się samej sobie, że radość prędkiego spotkania męża zbladła i przygasła. Robiła sobie wyrzuty bez końca, lecz nic nie pomagało. Oblicze Rasa w jej wyobraźni ciągle zasłaniała piękna twarz Saffara el Snussi. Czekała na niego. Późnym wieczorem przyszedł smutny i przybity.
— Stało się nieszczęście! — rzekł drżącym głosem. — Listy gończe kaida, ścigające Rasa, doszły aż tu i spahisi wtargnęli przedwczoraj do mego domu, aby schwytać mego przyjaciela, lecz on zdołał zbiec i ukrył się w Biskrze[17]. Znajdziemy go prędko, gdyż posłał do mnie zaufanego człowieka. Gorzej to, że ciebie także, Aziza, poszukują ludzie kaida, chcą wziąć, jako zakładniczkę, wiedząc, że Ras stawi się w Tarudancie, aby zwolnić żonę. Wtedy zginiecie oboje... oboje!
Saffar zakrył twarz rękoma.
— Co robić? — spytała Aziza, czując, że serce jej bić przestało. — Ratuj, świętobliwy sidi, ratuj!
Mówiąc to, padła przed nim na kolana i ucałowała połę jego płaszcza.
On zaś podnosił ją z ziemi, przyciskając mocno co siebie i szepcząc:
— Miłości moja, słońce, radości!...
Zamyślił się, trzymając ją w objęciach, aż zaczął szeptać:
— Dziś w nocy spahisi będą cię tu szukali... Nie mogę temu przeszkodzić... jest jedna tylko rada! Jedyna... Zostaniesz w nocy w mojej komnacie, a ja powiem, że jesteś żoną moją... moją!
Aziza drgnęła, ale słowa te nie były dla niej przykre.
— Uczynię, jak poradzisz, sidi! — odpowiedziała.
On zaś padł jej do nóg szczęśliwy i jął mówić namiętnym głosem, rzucając słowa pieszczot, pociechy i miłości. Aziza spłonęła cała od mowy pięknego Araba i milczała, ciężko oddychając.
— Ras ben Hoggar sam winien, że się naraził i zdradził się przed ludźmi kaida — rzekł po chwili Saffar. — Odurzył się dymem kifu śród tancerek Uled Nail, do których uczęszczał codziennie, i nieopatrznie wykrzyknął swoje imię.
Aziza zmarszczyła brwi i błysnęła oczami.
— Uczęszczał do tancerek? — szepnęła.
— Tak! Powiedział mi o tem mój niewolnik... — odparł Saffar.
Aziza nic nie odpowiedziała, tylko nozdrza jej latały i groźnie płonęły oczy.
Znawca kobiet — Saffar el Snussi — podawał im zawsze w porę odpowiedni rodzaj trucizny...
Tegoż wieczoru czarne niewolnice handlarza, milczące i wytresowane, szybko ubierały Aziza, podając najpiękniejsze szaty, obuwie i klejnoty. Góralce przypomniały się czasy, gdy w domu jej rodziców przygotowywano ją przed ślubem dla nocy, w której miał przybyć po nią Ras ben Hoggar.
Gdy niewolnice skończyły stroić piękną kobietę, do komnaty wszedł Saffar. Swoim obyczajem zasłonił oczy rękami i nisko skłonił się przed Aziza, a później zwracając się do niewolnic, rzekł:
— Idźcie i, gdy przybędą ludzie kaida, powiadomcie mnie o tem. Teraz zaś podajcie nam kawę, słodycze, owoce...
Skinął na nie ręką, aby odeszły, i zaczął opowiadać Aziza o życiu miejskiem, bawiąc ją i zmuszając do śmiechu.
Gdy pili kawę, mocną i aromatyczną, Aziza bez ustanku śmiała się z wesołych opowiadań Saffara, czując, jak bije jej serce coraz silniej i częściej i lekki zawrót głowy, słodki i obezwładniający, chwilami pozbawia ją przytomności, a wtedy wydawało się jej, że leci w jakąś bezdenną otchłań i widzi obok siebie rozpromienioną twarz Araba i jego płonące oczy.
Jak przez sen, słyszała okrzyk wbiegającej niewolnicy:
— Spahisi kaida szukają Czar Aziza!
Pozwoliła Saffarowi unieść ją na rękach i, czując gorąco, bijące od jego piersi, przycisnęła się do niej, i było jej słodko, radośnie i spokojnie.
Ujrzała we mgle bogato ozdobioną komnatę, połyskujące w łagodnym półmroku hafty, naczynia z bronzu, kobierce i szerokie łoże, oświetlone zwisającą na łańcuchach latarnią, o grubych szkłach różnobarwnych.
— Moja żono, najpiękniejsza z kobiet, Czar Aziza, miła, czarująca Aziza! Za jedną twoją pieszczotę, oddam ci całe swoje życie... — doszedł jej szept Araba.
Po chwili Aziza oszołomiona i bezwładna leżała na łożu i drżała pod palącemi pocałunkami Saffara. Daremnie usiłowała zakryć nogi i piersi. Słabość coraz większa ogarniała ją, a pocałunki zapalały w jej nagiem, bezwładnem ciele ten płomień, w którego wirze giną i milkną wszystkie echa, dźwięki, myśli i wspomnienia...


Przypisy

  1. W Algerji.
  2. Tanezruft — najbardziej niebezpieczna i bezwodna część Sahary.
  3. Seral — harem.
  4. Jedna z legendarnych hurys.
  5. Pani
  6. Kwiat ukochany.
  7. Namiot.
  8. Gazela.
  9. Azel — miód.
  10. Mra — kobieta.
  11. Drzewo oliwne.
  12. Getifa — najdroższe kobierce.
  13. Nard i benzoes — ulubione wonności wschodnie.
  14. Pogardliwa arabska nazwa górali Atlasu. Bydlęcym, jak poganiacz wielbłądów?
  15. Ued — rzeka.
  16. Te rozumowania Harazema najzupełniej odpowiadają ideologji muzułmanów i społecznej sytuacji kobiet prostytuowanych w krajach Islamu.
  17. Biskra — jedna z największych oaz w północnej Saharze.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Ferdynand Ossendowski.