Organista

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Józefa Sawicka
Tytuł Organista
Pochodzenie Szkice i obrazki
Wydawca „Kraj“
Data wydania 1866
Druk Drukarnia „Gazety Handlowej“
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBICały zbiór
Pobierz jako: Pobierz Cały zbiór jako ePub Pobierz Cały zbiór jako PDF Pobierz Cały zbiór jako MOBI
Indeks stron
ORGANISTA.


W kościołku działo się coś niezwykłego. Zauważył to stary Maciej, pędząc bydło z pola do chaty; zauważyli robotnicy wracający z łąki, ale i Maciej i robotnicy zatrzymali się na chwilę, popatrzyli na szare ściany kościołka, posłuchali, że ktoś gra w niezwykłej porze i poszli drogą do wioski. Gromada kobiet z grabiami wracała na końcu. Zdaleka już zasłyszawszy granie, spojrzały na siebie zdziwione: przed bramą i na cmentarzu pusto, nigdzie ani żywego ducha, kościół zamknięty, pomimo to organy grają! Przed dwoma dniami zmarł organista, a wiadomo, że ani w wiosce, ani w miasteczku za rzeką nie było nikogo, ktoby grać umiał. Baby zdumione, przelęknione trochę, skupiły się przed wrotami.
— Może nieboszczyk? — szepnęła najodważniejsza.
Wzruszyły ramionami na znak powątpiewania. Wiedziały bowiem, że umarli tylko w nocy chodzą; zresztą organista — to może i o zmroku wstaje? Kto go tam wie!... Dopiero pierwszy umarł w ich wiosce! Uciekłyby może, ale ciekawość przykuła je do miejsca; spoglądały na kościół, szturchały się łokciami przy każdym głośniejszym akordzie; kolana drżały trochę; lecz tak w kupie, a do tego z grabiami na ramieniu nie lękały się ducha, chociażby nim był sam organista! Zachodzące słońce złociło dach kościoła, załamywało się w małych szybach, nadając pozór rzęsistego oświetlenia. Ciepły wieczór letni rozesłał się do koła. W starych lipach, otaczających cmentarz, trzepotały ptaki, układając się do snu; kilka wróbli skakało jeszcze na dachu. Wkrótce i te spóźnione włóczęgi frunęły z szelestem i znikły, wśród gęstych gałęzi. Przez chwilę słychać było wojowniczy szczebiot; szare hajdamaki czubiły się zapewne ze spokojniejszą bracią. Jeden spadł na trawę, zerwał się na równe nogi i jak niepyszny poleciał szukać schronienia na sąsiedniem drzewie. Był to zapewne główny przedstawiciel opozycyi, gdyż po jego zniknieciu spokój zapanował pod zielonem sklepieniem. Słychać było tylko szelest skrzydeł, szmer liści, w końcu i to ucichło. Lipy stały poważne, nieruchome, niby ciemno-zielonyy wał, odgradzający cmentarz od całego świata; a żaden sędzia śledczy nie domyśliłby się, że pod tem wonnem cichem sklepieniem uderza tysiące serduszek i tyleż główek śni o pieśniach i swobodzie. Ciszę przerywało szczekanie psów gdzieś za rzeką, ale było tak słabe, tak niewyraźne, że żaden burek we wsi nie raczył na nie odpowiedzieć: poruszały ogonami, leżąc przed chatą, a na znak zupełnego lekceważenia odwróciły głowy w przeciwną stronę. Organy wciąż grały; głębokie, wyraźne akordy powtarzały się w różnych zakątkach cmentarza, zmieszane z wieczorną rosą, z zapachem przeróżnych ziół, płynęły gdzieś w przestrzeń, po nad lipami. Babom przychodziło na myśl, że może on na całą noc zabrał się do kościoła. Znudzone wyczekiwaniem przypomniały sobie o dzieciach, o krowach i świniach; zaczęły spoglądać ku wiosce, gdy z za kościoła wyszedł zakrystyan z kluczami.
— Czego stoicie? A! dziwo wielkie! Nie słyszały muzyki! — wołał, idąc ku wrotom.
— Któż tam gra?
— Kto? Nieboszczyk, wiadomo! Eh głupie! Stare już, a nie wiedzą, że żaden nieboszczyk przed północą z grobu nie wstaje! dodał, spostrzegłszy, że baby spoglądają z niedowierzaniem. Przyszło dwóch jakichś, na służbę, proszą się, to ksiądz próbuje, który lepiej gra, ot i wszystko!
— A... ha!
Baby żałowały trochę, że nie duch. Strachu byłoby dosyć, ale i dziwa nie mało; teraz muszą z próżnemi gębami wracać do chaty. Żywy organista to przecież nie bardzo wielka nowina.
Muzyka ucichła. W kościołku rozległo się ciążkie stąpanie, a po chwili przez boczne drzwi wyszedł ksiądz i dwóch ludzi. Baby już odeszły; zakrystyan skrzypnąwszy parę razy kluczem we drzwiach, popróbował pięścią czy dobrze zamknięte i powlókł się w stronę plebanii. Ksiądz przeprowadził go wzrokiem, wąchał tabakę, przechylał głowę z ramienia na ramię, potem szukał czegoś w bocznej kieszeni, a przez cały ten czas patrzył przed siebie, trochę zakłopotany; należało zrobić wybór między dwoma kandydatami, wahał się! Tymczasem organiści stali jak na nożach, gnietli czapki w rękach, przestępowali z nogi na nogę i z największem natężeniem wpatrywali się w księdza. Obaj wyglądali na ludzi wcale niezamożnych. Młodszy, dwudziestoletni chłopak, chudy blondyn, z nisko ostrzyżonemi włosami, drżał jak lękliwy pies, gdy na kij patrzy; napróżno usiłował być spokojnym, tłumił oddech, gryzł usta, nad drżeniem zapanować nie mógł! Ze strachu i niepokoju uszy mu poczerwieniały, pot wystąpił na czoło; mrugał oczami, przełykał ślinę jak dzieciak, kiedy się do płaczu zabiera. Drugi, o wiele starszy, wysoki szpakowaty brunet, zapięty szczelnie w czarnym, bardzo wytartym surducie, wyglądał spokojniej; nie drżał i nie mrugał oczami, tylko od czasu do czasu zaciskał palce aż w stawach trzeszczały i z tak ponurą natarczywością patrzył w twarz księdza, że ten mimowoli odwracał wzrok w przeciwną stronę, a pomimo to wciąż widział ogorzałą twarz, pokrytą czarnym, dawno niestrzyżonym zarostem, długą, chudą szyję i oczy dziwne, z wielkiemi białkami jak u cygana, słowem, paskudną fizyognomię zgłodniałego zbója, albo wisielca, której lepiej nie oglądać przed nocą! Obaj mieli długie buty zbielone od kurzu; starszy opierał się na kiju, czasami postkiwał nim po trawie.
Nareszcie ksiądz schował chustkę i odchrząknął.
— Hm... tego... gracie dobrze, i ty p. Piotrze i ty chłopcze, za dobrze nawet, jak na nasz chłopski kościołek. Ale widzicie... dwóch nie potrzebuję... któryś ustąpić musi, iście jednocześnie. Obaj potrzebujecie miejsca... nie tedy... jak zrobić!
Organiści wstrzymali oddech; starszy przymknął oczy, stał jak delikwent wyczekujący wyroku; wiedział, że chłopak daleko lepiej, a ksiądz od razu łaskawszem okiem spoglądał na niego.
— Kwapić się tu niema na co — mówił dalej — każdy z was wart lepszego miejsca; płaca skromna, sześćdziesiąt rubli rocznie, dwie beczki żyta, kawał pola pod kartofle i parę zagonów pod warzywo; przed chatą jest kilka jabłonek i dwa ule; ot i wszystko! Z biedy żyć można. Żonaci jesteście?
— Ja, nie — zawołał młodszy z pośpiechem — sam jeden — dodał, wiedząc, że ten warunek nigdy na służbie nie zawadza.
Piotr mruknął coś niewyraźnie. Lękał się przyznać, że ma żonę i czworo dzieci! Źle zrobił! Gdyż ksiądz, nie słysząc odpowiedzi domyślił się gorszych rzeczy niż były w istocie. Nie powtórzył pytania, ale pewnym był, że ma żonę i dzieci sześcioro przynajmniej, a wszystkie swawolne jak dzikie koty, czepiać się będą po dachach, po parkanach, wpadać do sadu, nawet pszczołom i ptactwu nie dadzą spokoju! Czyż on nie zna tych szubrawców! To filistyni, z którymi Samson nawet nie dałby rady. W plebanii jest tylko jeden syn zakrystyana, a i z tym wyżyć trudno Owoce zjada w zawiązkach, ciska kamieniami w ule, z psem i kotem wieczną prowadzi wojnę, a służąc do mszy, pluje przez zęby prosto księdzu na buty, niechcący niby! Sześcioro dzieci — pewnym był tej liczby — to gorzej niż szarańcza! Szala wyboru przechyliła się znacznie na stronę młodego samotnika.
— Pogadajcie tam z sobą...
— Ej, nie! — przerwali mu jednocześnie — lepiej niech z łaski swej ksiądz proboszcz sam wybierze. Ja znam się trochę na ogrodnictwie — dodał młodszy, nie wiedząc, że trafia w najsłabszą stronę księdza.
— To dobrze, to doskonale! Właśnie o takim myślałem! A ty p. Piotrze nic więcej nie umiesz prócz muzyki?
Potrząsł głową przecząco.
— Umiem strzydz... zająknął się, gdyż spostrzegł, że głowa księdza była zupełnie łysa i tylko skromny pas siwych włosów łączył z tyłu jedno ucho z drugiem.
— Szkoda, wielka szkoda! Ale cóż robić... W każdym razie wybór między wami trudny. Nie chciałbym skrzywdzić żadnego, a obu zatrzymać nie mogę. Ot, wiecie co — zawołał rozjaśniony nową myślą — przyjdźcie jutro, zaśpiewacie mszę św. jeden do ofiarowania, drugi do końca. Spróbuję waszych głosów, a wówczas pogadamy ostatecznie. Tymczasem bywajcie zdrowi! W miasteczku stoicie? No, tak z Bogiem.
Skinął głową na pożegnanie, i odszedł uszczęśliwiony, że ciężkie słowo choć do jutra odłożył.
Organiści stali przez chwilę, nie śmiejąc spojrzeć na siebie. Woleliby może dziś już usłyszeć ostateczny wyrok. Młodszy szczególnie, pewnym był, że wybór padnie na niego. Przestał drżeć, a jednocześnie poczuł, że bardzo jest głodny, i że czas już wracać do miasteczka.
— Pójdziemy — szepnął, nie frasujcie się zawczasu ja śpiewam cicho, bardzo cicho, pewno mój głos mu się nie podoba.
— Eh, co tam gadać — zawołał Piotr — wiadomo, że ja pójdę z kwitkiem. Taka już moja dola! Żebym chciał utopić się, to w morzu nawet zabrakłoby wody. Cztery podłe miesiące łażę za miejscem i wszędzie rwie się... Choć żywcem do ziemi leź.
Ochrypł i wykrzywił usta boleśnie.
Szli wąską ścieżką wzdłuż parkanu. W ogrodzie, pomiędzy kilku karłowatemi jabłonkami widać było pustą chatę; drzwi i okna otwarte i nigdzie ani żywego ducha; dwa ule, kilka zagonów warzywa świadczyły, że była to właśnie siedziba przeznaczona dla organisty. Spoglądali na nią przechodząc. Młodszemu oczy zajaśniały radością! Krzaki dzikiego agrestu, wysokie pokrzywy, łopuchy rozkrzewione otulały ściany lepianki, wyglądającej jak w bukiecie, nie wykwintnym wprawdzie, ale dość świeżym. Na okienku leżało kilka glinianych fajek, zczerniałych we środku od długiego używania, a do jednego z kołków w płocie przywiązany był sznur, którego koniec ginął gdzieś w trawie; sznur ten mimowoli przypominał krowę, lub kozę przynajmniej, pasącą się wśród drzew i kwiatów. Ślady dobrobytu były widoczne. Piotr spostrzegł to również, jak i młody towarzysz; dojrzał może coś więcej, spochmurniał strasznie, zacisnął pięści i odwrócił głowę; widok nędznej lepianki, na wpół zdziczałej natury przedstawił mu się jako raj utracony na zawsze.
Czemuż nie przybył choć o godzinę wcześniej. Wyszedł z miasta o świcie, i gdyby całych sześć mil szedł bez odpoczynku przybyłby jak raz w porę. Na biedę swoją zasnął w lesie; czuł się bardzo zmęczony, słońce paliło jak ogniem, usiadł więc odpocząć tylko; ale w lesie zawsze coś szepcze, jakby do snu namawia, zasłuchał się i zdrzemnął. Spał długo, dłużej niżby sam chciał; gdy się obudził, słońce było już za lasem; orzeźwiony szedł dalej raźno, bez odpoczynku, a jednak spóźnił się! Gdy myślał o tem, żal coraz dotkliwiej ściskał go za gardło. Nad rzeką spotkał tego chłopaka; nie domyślał się, że to współzawodnik; czekał na niego z promem, sam przewiózł na drugą stronę, a przytem litował się nad nim, jak nad własnem dzieckiem! Chłopak wyglądał półmartwy ze zmęczenia, a gdy, usiadłszy na promie, zdjął buty, nogi miał nabrzmiałe, pokaleczone, odzierał skrwawione szmaty, krzywił się boleśnie, a jednak, gdy dowiedział się, że Piotr idzie z zamiarem dostania miejsca organisty, odżył, zapomniał o spuchniętych nogach; od rzeki do plebanii szedł śpiesznie, jakby teraz dopiero udał się w drogę. Po co czekał na niego? Czemu nie przeprawił się sam, nie zważając, że jakiś biedak wlecze się ledwo żywy i zdaleka woła o prom słabym, błagającym głosem! Ech, wolałby ogłuchnąć na tę chwilę. Wychodząc z miasta pewnym był tego miejsca; miał dobre świadectwa i postanowił zgodzić się na wszelkie warunki.
— Chleba kawałek będzie w każdym razie — mówił do żony, wybierając się w drogę z pośpiechem.
Ożywiony dobrą nadzieją, za ostatniego szóstaka kupił dzieciom świeżego mleka.
— Niech balują! Kto wie! może wkrótce będą mieli często takie przysmaki!
Żegnając się z żoną, miał łzy w oczach, ale łzy dobre, serdeczne, od których w oczach jaśniej i lżej na sercu.
— Choć raz Bóg zlitował się nad nami — powtarzali oboje, oh, choć raz!
Pewni byli, że bieda skończyła się, a przynajmniej ta najstraszniejsza... w nieopłaconym kącie na bruku, bez zarobku i bez nadziei... Wychodząc, słyszał, jak mówiła do dzieci:
— Proście Boga, żeby tatko zdrów wrócił, a znowu będzie chleb i ciepła chata!
Miał taką poczciwą kobietę. Zmarniała w biedzie i pracy, ledwie nogi włóczy, ale nie skarży się, nie narzeka nigdy, jeszcze jemu otuchy dodaje: — Cóż robić — mówi nieraz — czy to my jedni w nędzy, może itd. Słowa jej jak ogniem palą w samo serce: bo i cóż z tego, że on żyje, kiedy żonie jego i dzieciom gorzej niż najbiedniejszymsierotom! Myśli te go ogłupiały. Całemi godzinami stoi czasem za węgłem albo koło parkanu; patrzy w prawo w lewo, ot tak sobie, byle patrzeć! Wiedział, że z żadnej strony niczego spodziewać się nie mógł, że na tym długim i szerokim świecie nigdzie a nigdzie kąta znaleść nie może. Ludzie przechodzili, szturchali, oglądali się. On, jakby nie widział ani ludzi, ani świata; tylko wciąż dzwoniło mu w uszach, że on człek zbyteczny, niepotrzebny, że teraz organistów za dużo na świecie. Wracał do domu i siadał w kącie nieruchomy; wyglądał wówczas tak jakoś dziwnie, że dzieci, na widok jego, milkły i jak spłoszone ptaki tuliły się po kątach. Czasami znowu ogarniała go straszna siła i odwaga. Starał się, biegał, wywiadywał, chodził z prośbami do znajomych i nieznajomych, klął, zżymał się... usiłował gwałtem głową mur przebić. Żona spoglądając z trwogą, pytała:
— Czy nie wypił ty czego... broń Boże?
On sam nie poznawał siebie; w takim dniu powtarzał w duchu, że jemu sądzono powiesić się.
Teraz, gdy wyszedł z plebanii, przekonanie to odżyło w całej mocy. Czyż nie było oczywistego dowodu, że jest zbyteczny, że organistów za dużo? Do rzeki mieli wiorstę, nie więcej. Zmrok zapadał szybko; ciemne chmury ciągnęły z zachodu; powietrze było ciężkie, duszne, jakby naraz wszelki duch ustał w naturze. Dla skrócenia drogi szli przez górę piasczystą, porosłą gdzieniegdzie krzakami paproci i rzadką trawą. Od piasczystego gruntu było tu widniej trochę, dokoła zaś lasy i zarośla wyglądały jak czarne szlaki; u dołu rzeka płynęła bez szumu, ciemna, ołowiana. Chociaż nogi tonęły w piasku, a droga pod górę stawała, się coraz więcej męczącą — szli dość prędko. Piotr nie czuł zmęczenia, nie czuł prawie że idzie; machinalnie zdjął czapkę, rozpiął surdut, spotniałe włosy przylgnęły do czoła, pot spływał po twarzy, sapał głośno, a pomimo gorąca dzwonił zębami, drżał jak w febrze.
Z początku, gdy wyszedł z plebanii, był niespokojny, zły, ale w duszy miał jeszcze odrobinę nadziei; w miarę jak rozpamiętywał słowa księdza nadzieja gasła, żal wzrastał, a myśli tak się mieszały, że jednocześnie widział przed oczyma żonę, dzieci, chatę z fajkami, swego towarzysza, prom i ten las nieszczęsny, w którym przespał drogie godziny! Tyle wrażeń nie mogło się zmieścić w biednym mózgu; w uszach dzwoniło, a fala gorącej krwi przypływała do głowy; w oczach ciemniało, rozszerzał powieki, ale nie widział nic zgoła; wówczas zamykał oczy, szedł na pamięć, jak pijany.
— Żeby to wróg, nieprzyjaciel, jakiś zły człowiek zrobił... eh, to jeszcze! Ale nie.., to ja sam... sam sobie — szeptał urywanym głosem.
Oddychał coraz śpieszniej: skóra świerzbiała na całem ciele, zwłaszcza dłonie i podeszwy; opanowała go straszna drażliwość, ból jakiś piekący w sercu i w głowie; chciał krzyczeć z całych piersi: przycisnął pieść do ust i ugryzł się w wielki palec. Ciągle wracał myślą do tej chwili, kiedy zatrzymał się w lesie, albo kiedy płynął przez rzekę. To znowu wyobrażał sobie, że nie spał wcale; że szedł bez zmęczenia jak koń; przybył pierwszy, umówił się z księdzem. Marzenia te były chwilową drzemką rozjątrzonej boleści; uśmiechał się do nich, oddałby połowę życia, żeby się ziściły na jawie, żeby ten dzień nieszczęsny można było cofnąć jakkolwiek. Kiedy zszedłszy z góry zbliżyli się do głębokiego rowu, porosłego krzakami, na dnie którego szumiał strumyk, ogarnęła ich odurzająca woń ziół i świeżych brzózek. Piotr stanął, wpatrzył się w ciemną przepaść, przymknął oczy i słuchał, jak tam coś szemrze, huczy, piersiami wciągał upajające powietrze, a głowa mimowoli chyliła się w stronę kamienistej przepaści.
— Tam musi być strasznie głęboko — przemówił chłopak.
Piotr drgnął, otworzył oczy; o krok jeden przed nim chłopak z wyciągniętą szyją zaglądał do rowu; pod stopami jego piasczysty brzeg poszarpany, poobrywany ulewą usuwał się... Piotr uczuł gwałtowną chęć trącić go kolanem — już nawet...
W tem chłopak wyprostował się, odskoczył kilka kroków.
— Niech on przepadnie! Ot huczy, a głęboko tam być musi — powtarzał z głupowatym uśmiechem.
— Głęboko... głęboko, powtórzył Piotr, patrząc na niego szeroko rozwartemi oczami. Przyrósł do miejsca — niepokój, żal, boleść jakby w ziemię poszły — wszystko zamarło, zdrętwiało. On słuchał — słuchał, jak ciało chłopca stacza się po kamienistym brzegu, słyszał jak łamały się gałązki jałowcu i brzózek rosnących w jarze!
— Chodźmy! Strach patrzeć na tę przepaść — zawołał chłopak i poszedł naprzód zwolna.
Piotr patrzył za nim.
— Żeby nie on... byłoby już miejsce!
Żałował, że nie strącił go w przepaść, taką dobrą miał sposobność ku temu! Obejrzał się; zdawało mu się, że ktoś go podsłuchuje. Uczuł nawet gorący oddech nad uchem. Nigdzie ani żywej istoty; tylko ciemne chmury spuszczały się coraz niżej, a noc ciemniejsza jeszcze słała się dokoła. Przyśpieszył kroku, chciał uciec z tego strasznego miejsca.
— A jednakże... żeby nie ten chłopak!... szumiało mu w uszach bez przerwy.
Szedł teraz obok niego, spoglądał, jak zmęczony, z trudnością nogi ciągnął po piasku. Piotr przeciwnie, chociaż od rana nic w ustach nie miał, czuł w sobie gorączkową siłę. Coraz częściej spozierał na cienką postać towarzysza, nie byłoby go już, żeby myśl o strąceniu zawitała do głowy trochę prędzej. Jeszcze raz spóźnił się się dzisiaj!
Nie sądzono widocznie.
Znacznie spokojniejszy szedł przyśpieszonym krokiem, zęby tylko dzwoniły jeszcze. Dotąd podniecał go żal za nieujętem, niepowróconem, za tem, czego już naprawić nie mógł; ból pożerał go ale stokroć więcej trapiła zupełna bezsenność. Teraz widział przed sobą główną, jedyną zaporę; usunąć ją, a wszystko się naprawi. Wzruszył ramionami. Jakże to zrobić? Była dobra sposobność... nie skorzystał, a teraz już zapóźno! Przewóz blizko — tam zwykle są ludzie... a dalej, w miasteczku już nic mu złego uczynić nie zdoła.
Rozpamiętywał o tem spokojnie, jak o najzwyczajniejszej rzeczy w świecie. Uczucia, myśli, dusza cała tak się w nim układały od pewnego czasu, że widział tylko jeden cel, jedną drogę, na której wszelka przeszkoda była przeszkodą tylko, niczem więcej; wobec niej zapominał o własnem niebezpieczeństwie. Tem swobodniej myślał o tem, gdyż wiedział, że to tylko myśli i nic więcej — za kilka chwil będą na promie, wśród ludzi, daleko od wszelkich pokus — jeszcze tylko kilkanaście kroków.
Stanęli u przewozu; prom był przy drugim brzegu, pusty, ani jednego z przewoźników nie widać. Chłopak huknął z całych piersi, echo poniosło głos jego gdzieś po nad lasy, zamilkło i znowu cisza dokoła. Z drugiego brzegu nikt się nie odezwał, żadnego ruchu nie widać na promie. Po tej stronie, wyciągnięta do połowy na piasek, kołysała się łódka, wiosła leżały wewnątrz. Chłopak wskoczył pierwszy, obejrzał się na Piotra. Ten stał nad brzegiem, straszny jakiś z wytrzeszczonemi oczami, kolana i ręce drżały.
— Jedziem, jedziem już — nawoływał chłopak — a chodźcież nakoniec!
Zbliżył się jak lunatyk; drżącemi rękami usiłował zepchnąć łódkę na wodę; zepchnął, wszedł z trudnością i usiadł na desce tak ciężko, jakby wraz z sobą zabrał wszystkie swoje myśli.
Rzeka płynęła szeroka, spokojna, pluskając czasami o jakiś kamień nadbrzeżny; z jednej strony strzegł ją bielejący wał piasczystych pagórków, z drugiej rozesłało się uśpione miasteczko, a za niem głucha przestrzeń biegła gdzieś daleko zakończona szlakiem czarnego lasu. Mgła wieczorna snuła się po brzegach, skradając się na środek rzeki napełniała powietrze duszącą wilgocią. Łódka znikła śród białawych obłoków — pluskanie wioseł ucichło na chwilę.
Chmury i mgła znikły wraz z nocą; poranek nastąpił świeży, słoneczny, jeden z tych, w którym ptaki śpiewają głośniej, kwiaty są piękniejsze, a ludzie rzeźwi, weseli, jakby dziś na świat przyszli. Wśród lip na cmentarzu hałasowały wróble, roje pszczół brzęczały wśród kwiatów, a czem więcej dogrzewało słońce, tem ruchliwsze życie wrzało wkoło drzew i na murawie. Domek księdza kąpał się w słonecznych promieniach. Przez otwarte okno widać było rozesłane na podłodze arkusze gazet, a na nich schły rumianki, mięta, cząber, pudełko z tytoniem; muchy brzęczały, odważniejsze wróble i jaskółki wlatywały przez jedno okienko, po to tylko, żeby wylecieć przez drugie. Cisza panowała w całym domu. W ganku na ławce siedział proboszcz w surducie z szarego płótna, bez czapki, czerwony, spotniały, ale z wyrazem szczerego zadowolenia w twarzy. Chustkę i tabakierkę położył obok siebie na ławce, sam zaś, jedną ręką przytrzymywał cebrzyk, drugą worek, z którego jakiś szaraczkowy jegomość wyjmował po parze raków, wybierając największe. Ksiądz śledził każdy ruch jego ręki; z wyciągniętą szyją patrzył w worek, a na widok każdego dzielniejszego raka, mimowoli przełykał ślinę. Dla akuratności liczył:
— Dwadzieścia... dwa.. cztery... sześć... trzydzie...
— Ośm! — przerwał jegomość.
— Jakto?
— Wielmożny dziekan omylił się — tam było z przeproszeniem dwadzieścia i ośm, a teraz będzie trzydzieści.
Położył okazałą parę do cebrzyka.
Ksiądz zmierzył bystrem okiem, przeliczyć jednak nie mógł, gdyż raki, ogrzane słońcem, ruszały się, pełzały, usiłując wydostać się na wierzch.
— Niech i tak będzie! Licz dalej.
Jegomość sapał z całych piersi, a łysina i czoło pokryte były własną swoją rosą.
— Odpocznij chwilkę, nic pilnego, nie uciekną. Ależ ufetowałeś mię bracie, bodaj ci Bóg zapłacił. Dawno już nie miałem takiego balu. Sztuka w sztukę jak jeden.
Mówiąc, szukał tabakierki w koło cebrzyka, spojrzał za siebie, a znalazłszy, wziął szczyptę i poczęstował sąsiada. Ten zasunął palce ostrożnie, a patrząc księdzu w oczy, wyjął odrobinę, na którą uśmiechnął się drwiąco jego nos ogromny, granatowy, przyzwyczajony widocznie do więcej radykalnych porcyj. Zażyli. Ksiądz kichnął, a jegomość skrzywił się tylko.
— Cóż to? nie mocna? Sam przyrządzałem, i zdaje mi się, że ma dość siły. Czasami o mało nosa w powietrze nie wysadzi!
— Mocna, najmocniejsza! zakręciła we łbie, w nosie, w gardle nawet!
— To czemuż nie kichnąłeś?
— Nie śmiałem, dziekanie dobrodzieju! Nie śmiałem! Takie rzeczy dobre sam na sam, albo w mniej szanownem towarzystwie.
— Eh! to już zbyteczna ceremonja! Jabym i w niebie kichnął, żeby mię na prawdę w nosie zakręciło!
Skromny jegomość uśmiechnął się z przymileniem. Przysiadł i zaczął znowu wybierać raki z worka. Miał na sobie surdut szaraczkowy, zapięty na białe kościane guziki; szyja okręcona czerwoną chustką, z pod której wyglądał czysty kołnierz od koszuli; buty wyczyszczone starannie; na czole szrama od ciasnej czapki, słowem, wyglądał jak gość.
— Dziś gorąco, strasznie gorąco! — powtarzał w przerwie dobierania stosownej pary raków. Trudno oddychać, taki upał! Słońce piecze!
Pochyleni nad workiem rachowali dalej, gdy nagle między nimi a słońcem zarysował się cień. Obaj podnieśli głowy.
Na progu koło słupa stał Piotr z czapką w ręku. Pomimo gorąca bledszy był jeszcze niż wczoraj, powieki miał zaczerwienione, usta suche, a włosy w największym nieładzie: posklejane kosmyki sterczały na skroniach, jeżyły się nad czołem, nadając twarzy wystraszony wyraz. Nie schylił głowy, nie przemówił ani słowa. Stał nieruchomy, sztywny jak widmo.
Ksiądz nie poznał go zrazu, spoglądał trochę zdziwiony.
— Ah, toż wczorajszy organista — zawołał w końcu bez śladu zakłopotania. Witam, witam, siadajże mój dobrodzieju! A gdzież towarzysz? No, chwała Bogu, nie potrzebuję już żadnego! Oto mój poczciwy Antoni wrócił znowu do mnie. Piętnaście lat służyliśmy Bogu przy jednym kościele, a teraz może już do śmierci służyć będziemy razem.
Antoni ujął rękę księdza i serdecznie do ust przycisnął.
— Gra on fałszywie — mówił dalej z żartobliwym uśmiechem — śpiewa jeszcze gorzej, w ważniejsze uroczystości potrzebuje zalać robaka, słowem chwali Boga jak umie. Ale, stary sługa choć defektowy trochę, zawsze lepszy od nowych! Jak myślisz, panie Antoni?
— Ja zawsze jestem tej samej myśli co i ksiądz dziekan dobrodziej — odrzekł rozpromieniony, i jeszcze raz ucałował rękę gorąco.
— Oh! co za figura! Olbrzym! Bodaj go kaczki zdeptały! — wołał ksiądz, podziwiając ogromnego raka.
Ujął za szyjkę ostrożnie.
Piotr zaciemniał, nie dozwalał przypatrzeć się akuratnie. Ksiądz spojrzał na niego.
— Siadajże proszę; wszak musisz być zmęczony. Ot zaraz skończymy liczyć, zjemy razem śniadanko, a tymczasem usiądź proszę, bo zaciemniasz nam trochę.
Piotr ogłuchł, czy zdrętwiał; oparty o słup, nie ruszył się z miejsca; brwi podciągnął, oczy otworzył szeroko; czapka wysunęła się z ręki.
Ksiądz i Antoni zdziwieni milczeniem zwrócili głowy jednocześnie.
Stał obrócony plecami do słońca, więc nie mogli dostrzedz wyrazu jego twarzy. Antoni podniósł czapkę i tkał mu ją w rękę. Skostniałe palce nie czuły dotykania; położył czapkę na ławce.
— Czemuż nie siadasz? — powtarzał ksiądz; po śniadaniu pojedziecie razem z Antonim, on ma interes do miasteczka; we dwóch łatwiej przeprawiać się przez rzekę.
Słowa te, jak prąd elektryczny ożywiły zdrętwiałego! odskoczył kilka kroków, stanął naprzeciw ganku oblany słońcem od stóp do głowy. Ksiądz i Antoni powstali; z otwartemi ustami, patrzyli z przerażeniem w jego twarz strasznie zmienioną. On głowę wsunął w ramiona, bił się w piersi zaciśniętą pięścią, drżał cały i wykrzywiał usta boleśnie! Usiłował przemówić, ale głos rwał się w piersiach.
Nie.., trzeba... nie... — szepnął potrząsając głową, nie trzeba! Po... co... będzie... czwarty... dziesiąty... dwudziesty! Teraz wszyscy... organiści!... tak wszyscy!... tamtego... niema... jest ten!... jest... jest! Słyszę już... Oh nie powtarzajcie! Jest ten... a tamtego... nie ma!
Zaśmiał się przeraźliwie!
Echo poniosło śmiech bolesny po słonecznej, cichej przestrzeni!

separator poziomy




Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Józefa Sawicka.