Na złotej drodze gasną pinje czarne
Idąc wzdłuż muru przymknąć nagle oczy
Wdół opadają steczki wydeptane
W dolinie dołem falują oliwki
Jak szara fala pod urwistym brzegiem
Już wydłużają się ruchome cienie
Rosną ogromne i tną wpoprzek drogę
Góry śpiewają wielki hymn żegnania
Orfeusz lirę trąca skała słucha
Cyprys jak płomień ciemny w górę bucha
Domy na borach czarnych i zielonych
Są kolorowe jak wzdęte bałwany
I zasłuchane w wiatr
Okienka domów jasne o jak smutne
Zdaleka słońce przecina żaluzje
I w nich wyżłabia ciemność jak w mych oczach.
I jeszcze bluszcze o również płynące
I jak girlandy drżące w cichym śpiewie
W czerwonem świetle na ułomnych murach
Zwieszone... to jest skarga wszechstworzenia
Pod wtór ogromnej liry która rwie się
I struny światła wyrzuca na niebo
By zgasnąć ponad kopułami miasta
W czyichś ogromnych rękach.
Wielkie głazy powstają śpiewają jak te kamyczki
Które trącam nogą białe.