Ordynat Michorowski/XXXVI

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Helena Mniszek
Tytuł Ordynat Michorowski
Podtytuł Powieść
Wydanie trzynaste
Data wydania 1930
Wydawnictwo Wielkopolska Księgarnia Nakładowa Karola Rzepeckiego Sp. z o. o.
Miejsce wyd. Poznań
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tekst jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tekst jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Indeks stron
XXXVI.

Bohdan i Holewicz stali na polu, gdzie kopano kartofle. Szeregi czerwonych spódnic i koszul białych, wyszywanych na ramionach, rozciągały się wzdłuż zagonów. Motyki śmigały żwawo. Gwar rozmów gromadnych rozbrzmiewał po polach, cichnąc, lub nagle rwąc w górę z żywiołową siłą. Wrzaski dozorców wpadały jak baty w to mrowie kobiecych głosów.
Obok pola przechodził trakt, poza nim żółciły się i szarzały smutne rżyska, na których już babie lato przewiało swe miękkie włókna. Spokój jesienny szedł od czarnych borów, układał się wygodnie w miedzach i oddychał, syty jakiś, ospały. Gęsto rozsiewały się w perspektywie pół długie, ogromne sterty ze zbożem, jak pomniki po minionem lecie. Powietrze przecinał chwilami głośny, pożegnalny gęg odlatujących dzikich gęsi. Żórawie sunęły na południe krzywą linją, jak wąż piorunowy. Pustką i zarazem dobrobytem tchnęły łany, oswobodzone z ciężarów płodu.
Wiatr ochładzał im czoła, zimnym oddechem przygotowywał do nadciągających zdaleka jeszcze mrozów.
I łechtał wiatr obnażone ciała pól. Odkryte łona pszeniczne pieścił delikatnie, twarde, szczeciniaste żytniska targał zawzięcie, świszcząc w krótkich źdźbłach.
Smętne uśmiechy słoneczne spadały na odpoczywającą ziemię.
Roiło się na kartofliskach od zaborczych mas ludzkich.
Ostatnie płody wydzierano glebie.
Na trakcie, równoległe z polem, pełnem kopaczów, jechał kłusem długi, strojny zaprzęg. Ludzie spoglądali ciekawie.
— Ho! sie z daleka! To nie tutesznie — mówili do siebie kopacze gwarą miejscową.
— To konie biało-czerkaskie — rzekł Holewicz zdziwiony — Znam te konie. Ale czyżby naprawdę?... Trochę za daleko.
Bohdan się zdumiał.
— Z Biało-Czerkas? Co znowu? Tyle mil?...
Holewicz przypatrywał się uważnie.
Lando zaprzężony w czwórkę koni, zatrzymało się nagle.
— Ano tak! To pewno ordynat? — potwierdził Holewicz.
Bodzio pędem puścił się przez zagony. Krzyknął radośnie, ujrzawszy wychyloną z landa postać Waldemara.
Powitali się z pewnem rozczuleniem.
— Siadaj i pojedziemy — rzekł ordynat.
— Do Rusłocka? Ponieccy wyjechali.
— Wiem. Przyjechałem do ciebie, nie do nich.
Bohdan serdecznie uścisnął mu rękę.
— Dziękuję ci, wuju. Nawet nie myślałem, że dla mnie... zechcesz tyle mil...
— Jechałem rozstawnemi końmi. Ale cóż ci to, Bodziu? czemuś taki przejęty?
Bohdan smutno spojrzał mu w oczy.
— Bo myślałem, że już wszyscy... zapomnieli o mnie.
W głosie jego zadrgał bezmierny żal.
Waldemar się wzruszył.
— Słuchaj, chłopcze, listy piszesz swobodne, jednak nie wydajesz mi się zadowolonym. Źle ci jest? Mów.
Bohdan ściął wargi. Walczył z sobą, i Waldemar to widział. Ale młodzieniec odparł spokojnie, nawet z uśmiechem:
— Ha! wuju: pracuję, to trudno. Minęły dla mnie czasy różane.
— Więc wytrwasz; prawda?...
— Tak, do roku. W Rusłocku dłużej nie zostanę.
— Ale wiesz?... Była u mnie twoja matka.
— Pewno z pretensjami?! I do mnie pisała, oburzona za to, że pracuję, chce abym wrócił do Czerczyna i był administratorem Wiktora.
Bohdan z fantazją poprawił czapkę.
— To się nie da zrobić — zawołał rezolutnie.
— Wiktora nie ma w Czerczynie.
— A gdzież jest?...
— W świecie, jak ty dawniej! rzekł ordynat, badając wrażenie.
— Jakto?... traci!...
— Nawet bardzo. Hula, awanturuje się, gra...
Bohdan zbladł, w oczach mignęła mu rozpacz, coś w nich błysnęło wilgotnego.
— Biedna, biedna mama! Dwóch nas ma, i obaj... łotry! — szepnął drzącemi ustami.
Waldemar, wzruszony do głębi, objął go i ucałował.
— Jesteś dobry, chłopcze. Nie nazywaj się łotrem; właściwie nigdy nie byłeś nim.
— Wyratowałem się, wuju, przez ciebie. Ale cóż z mamą?!
Ruchem zbolałym i tragicznym splótł palce u rąk.
— Ojej! jak ja muszę wziąć się w kupę i pracować, żeby mamie... Bo Wiktor zatraci ją: on bez serca.
— I bez sumienia, dodaj — rzekł Waldemar. — Jego nikt... i nic nie poprawi.
Jechali, milcząc; nagle Bodzio wziął Waldemara za rękę. Przemówił wahająco się, niepewnie:
— Wuju, a co z Lucią?... Czy już... mogę wam... powinszować i cieszyć się?
Waldemar poczerwieniał. Zsunął brwi. Zakłopotanie drgało mu na twarzy.
— Czy... chciałbyś tego? — spytał trochę badawczo.
Bodzio gwałtownie ścisnął jego dłoń.
— Bardzo, bardzo, wuju! Ona godna być twoją żoną i ordynatową głębowicką. Przytem ona cię kocha!...
— No, dobrze. To są rzeczy dalsze. Mówmy o twej pracy i projektach.
Bodzio odczuł w samym tonie Waldemara, że to są rzeczy bardzo bliskie, ale delikatnie zwrócił rozmowę.
Był szczerze zadowolony.





Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Helena Mniszek.