Ordynat Michorowski/XXV

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Helena Mniszek
Tytuł Ordynat Michorowski
Podtytuł Powieść
Wydanie trzynaste
Data wydania 1930
Wydawnictwo Wielkopolska Księgarnia Nakładowa Karola Rzepeckiego Sp. z o. o.
Miejsce wyd. Poznań
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tekst jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tekst jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Indeks stron
XXV.

— Dokąd w nocy jeździłeś? spytał ordynat Bohdana.
— Marzyłem, walczyłem....
— Spadłem z konia — dodał Waldemar tym samym tonem.
— A tak! Zwaliła mnie bestja! No, ale nie żałuję. Wuj mi pozwoli tego konia?
— Na kiedy?
— Dziś zaraz. Pojadę do kartoflarek.
— Nie będziesz spał?
— Ani myślę! Upiłem się nocą i oparami, teraz zaś... obowiązek.
Waldemar uśmiechnął się.
— Jak chcesz! Ale Ramzes za ostry.
— Już ja go ugłaskam.
— Tak; ale go nie dostaniesz.
Bodzio się zmieszał.
— Dlaczego?
— Bo nie jesteś gościem w Głębowiczach, lecz praktykantem, więc na warunkach praktykantów. Masz swego wierzchowca, jak każdy z tych panów, wyjątków dla ciebie robić nie mogę — Przecie konia nie zmarnuję — burknął Bohdan zły.
— Nie, o to nie chodzi.
Młodzieniec stanął przed ordynatem, usta mu drżały. Zawołał gniewnie:
— Czy ja jestem kuzynem wuja, czy nie?!
— Owszem; jesteś nawet Michorowskim.
— Ach! Więc sądzę, że pewne prawa dla mnie powinny być... uwzględnione.
— Nie, mój drogi. Jesteś kuzynem moim, lecz i pracownikiem. Zatem wyróżniać cię od innych dla nazwiska, nie będę.
Waldemar mówił spokojnie, ale chłopak się gorączkował. Oczy jego ciskały gniewem.
— Ba! pewno... Gdybym jednak miał miljony.
— Tobyś mnie nie interesował. Rozumiesz?
— Cóżto? łaska?! — krzyknął Bodzio, nie panując już nad sobą.
Waldemar spojrzał na niego wzrokiem trochę rozbawionym.
— Mój chłopcze, idź spać radzę ci z duszy.
Bohdan postał chwilę, oddychając prędko, jakby wyładowując gniew, poczem wybiegł z pokoju już bez słowa.
Po jakimś czasie niespodziewanie wrócił. Minę miał wielce uroczystą.
— Wuju - rzekł głosem zabawnie smętnym, - proszę cię, abyś zapowiedział całej swej służbie, żeby mnie nie nazywali jasnym panem. Jestem płatnym praktykantem, służę, jak oni wszyscy: tytuły zbyteczne.
Waldemar z trudnością powstrzymał śmiech.
— Masz słuszność; zupełnie zbyteczne. Ale to załatw sam, ja na takie rzeczy uwagi nie zwracam. Dla ciebie istotnie nie jest to właściwe, możesz przykrócić.
Bohdan zawahał się.
— To będzie dla mnie... trudne, wuju.
— Przeciwnie! Zabronisz z własnej inicjatywy: tak lepiej.
Bodzio wyszedł zamyślony.
Tegoż dnia każdemu, który go tytułował, odpowiadał krótko i szorstko:
— Nie jestem żadnym jasnym panem, lecz paniczem; ostrzegam ostatni raz!
— Służba, słysząc to wprawdzie pierwszy raz, zdumiewała się niesłychanie.
Szeptali pomiędzy sobą:
— Zaraz widać, że to taki sam pan, jak nasz ordynat.
Bohdan stał się pilniejszym, interesowały go więcej powierzone mu sprawy. Często miewał poważne rozmowy z ordynatem o rolnictwie i o kwestjach administracyjnych. Widocznem było, że się do nich zmuszał, lecz robił to umiejętnie. Czytywał bardzo wiele, pochłaniał wprost bibljotekę głębowicką. Całe noce spędzał na czytaniu a potem marzył i fantazjował. Musiał jednak czytywać dzieła ekonomiczne i rolnicze, choć się przy nich zanudzał, bo Waldemar był nieubłagany. Bodzio towarzyszył ordynatowi na odczytach, odbywanych dla służby i włościan; pod swój wyłączny zarząd dostał czytelnię ludową i kasę oszczędności. Waldemar kontrolował go w tych zajęciach bardzo skrupulatnie. Pozwalał mu natomiast z zupełną swobodą zaprzyjaźniać się i przebywać z członkami administracji, z kim chciał. Bodzio zyskiwał pełno przyjaciół. Lecz za swoją prawdomówność miał i wrogów. Na hrabiego Herbskiego patrzał niechętnie, odczuwał w nim nieufność względem siebie. Narażał się wszystkim, zupełnie o to nie dbając. Do pana Macieja, który narzekał raz przy nim na starość swą i skołatane siły, Bohdan rzekł bez namysłu:
— Bo najlepiej nie czekać, aż starość nadejdzie: łupnąć sobie w mózg ołowiem — i skończona. Ja, gdybym ustanawiał prawa, tobym takie nadał: wszystkich po siedemdziesiątce słać na spacer na pola elizejskie.
Pan Maciej zgorszył się i spojrzał na chłopca z wyrzutem.
— Błazen jesteś — rzekł cierpko.
— No, przecie dziadzio niema się czem martwić: jeszcze prawodawcą nie jestem.
Herbskiemu tłómaczył z zapałem, że tytuły to największe głupstwo, a główna rzecz to jest pieniądz. Bez pieniędzy niema ani tytułu, ani brzucha. I tą aluzją do potężnej tuszy hrabiego gniewał go niesłychanie.
— Więc pan sądzi, że każdy tytuł jest kupiony? — pytał hrabia Dominik.
— Każdy nie każdy, ale dużo. Wierzę w tytuł księcia, bo to polski i stary. Ale hrabia? baron?... Jak go sobie bogaty szlachcic nie kupi sam za granicę, to mu go dadzą dlatego, że bogaty. Jeszcze nie słyszałem, aby ktoś zupełnie biedny otrzymał tytuł hrabiego lub barona.
— Ach! pan jeszcze wielu rzeczy nie słyszał — odrzekł Herbski, składając poczciwie ręce na wyszykanowanej przez Bodzia, obfitej części ciała.
— Może być — odparł Bohdan. — Nie słyszałem naprzykład, aby który z właścicieli kupionego tytułu przyznał się do tego.
Hrabia, który pomimo swej zacności i idei postępowej, miał coś na sumieniu w historji tytułu, zmarszczył się pociesznie i rzekł tonem pobłażliwym:
— Tak mówisz tylko młodzieńcze, ale gdy zagranicą nazwie cię kto hrabią, toś pewno zadowolony.
— Kiedy popełnię jakieś głupstwo, to owszem, mogę być „comtem“, ale w normalnych warunkach wolę, by mnie wcale nie tytułowano.
Hrabia umilkł urażony. Bohdan zaś spojrzawszy na niego, wykrzywił usta i rzekł protekcjonalnie:
— No, ale są i porządni hrabiowie. Ojej! Naprzykład Herbski i inni. A że mają pieniądze, to nie jest zbrodnią.
Pewnego dnia po podwieczorku ordynat z hrabią Dominikiem siedzieli na tarasie, paląc cygara. Nagle zwrócił ich uwagę wesoły śmiech kobiecy, dochodzący z parku, jakieś piskliwe chichoty i łomot nóg wśród klombów różanych. Pomiędzy krzewami, w oddali, mignęła jasna postać Bohdana.
— Erotyczne manewra — zaśmiał się dyskretnie Herbski.
Waldemar zeszedł do parku. Idąc w stronę rzeki, rozglądał się ciekawie po klombach, szukając sprawców hałasu. Natknął się na zaczajonego pod krzewem róży Bohdana. Chłopak powstał zły i zawołał:
— Ee! pomieszał mi wuj wszystkie szyki! Już teraz ucieknie na pewno.
— Kto?...
— Moja drjada.
— Bohdan, co ty wyprawiasz?! — zgromił go ordynat. — Co to za wrzaski!?...
— Cóż tam takiego! Zamieniłem się w fauna i gonię leśne drjady... Co mówię: kredensowe! Ależ piękne! niech ich wszystkie bogi! A najwięcej ta Haneczka. Łydki ma, powiadam wujowi... Ojej! jak żyję, takich nie widziałem. Fidjasz miałby model. Niech się Djana łowczyni schowa ze swemi chudemi piszczelami.
— Słuchaj. Ja nie pozwolę urządzać tu bachanalji — rzekł ordynat.
Bodzio wzruszył ramionami.
— Oh! nie bądź taki święty, wuju! Co za bachanalje?! Jeszcze ci przecie na taras nie wprowadziłem się ze swoją drjadą; ale na gaj różany możesz pozwolić. Tego — to nawet Zeus nie zastrzegał faunom. Twój fraucymer się nudzi, wuju; muszę pocieszać płeć piękną. Do widzenia!
— Zaczekaj. Powiedz mi, czy ty wiesz, czem to pachnie?
— Dobrze! dobrze, wuju: To potem, a tymczasem ja... muszę mieć Haneczkę, bo to żywy posąg. Ojej! żebyś ty widział, wuju, jak się kąpała!... Osaczam ją zaledwo. Do widzenia!
Ukłonił się ordynatowi z gracją, z wielką werwą machnął kapeluszem w stronę Herbskiego i znikł za różami. Dolatywał tylko stamtąd filuterny głos jego, śpiewający jakąś burleskę niemiecką.





Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Helena Mniszek.