Ordynat Michorowski/XIV

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Helena Mniszek
Tytuł Ordynat Michorowski
Podtytuł Powieść
Wydanie trzynaste
Data wydania 1930
Wydawnictwo Wielkopolska Księgarnia Nakładowa Karola Rzepeckiego Sp. z o. o.
Miejsce wyd. Poznań
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tekst jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tekst jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Indeks stron
XIV.

Przyjście do przytomności nastąpiło prędko. Przez parę dni po przesileniu ordynat jeszcze chwilami majaczył, rozmawiał ze zmarłą Stefcią w osobie Luci, tulił ją do siebie. Ale chwilami marszczył się, patrząc na nią, nawet raz odepchnął ją brutalnie. A gdy ona, nie rozumiejąc, przemówiła do niego łagodnie, prawie pokornie, i zapytała, czemu ją odpycha, odpowiedział szorstko:
— Jesteś podobną do Luci! Nie chcę cię taką; bądź sobą!
Dziewczynie łzy gorzkie bezwiednie spadły z oczu. Zanim je otarła, on je zobaczył. Wzruszył się. Wyciągnął do niej ręce.
— Ale ja cię kocham... Stefciu moja... Tylko... czemuś ty taka do Luci podobna?...
Resztki maligny walczyły w nim z przytomnością, wywołując wizje męczące i opóźniając rekonwalescencję. Lucia prawie go nie odstępowała, ale jednocześnie pragnęła zupełnej przytomności Waldemara, a zarazem jej się obawiała. Chory zżył się z gorączkową pewnością, że jest z narzeczoną; rzeczywistość mogła mu zaszkodzić. Lucia siedziała tuż przy nim tylko w czasie jego snu; gdy się budził, trzymała się zdaleka. Kiedy ją wołał imieniem Stefci zakrywała twarz rękoma i klękając przy łóżku, odpowiadała mu szeptem, bojąc się własnego głosu.
Gdy w pewnej chwili Waldemar pieścił się jej włosami, i spytał, czemu się nie czesze jak dawniej, Lucia natychmiast ułożyła włosy tak, jak nosiła Stefcia. Ale to wszystko mogło tylko pogorszyć jego przebudzenie.
Nastąpiło ono wkrótce.
Waldemar spał — snem ciężkim, odradzającym organizm. Lucia trzymała jego dłoń. Zmęczona była czuwaniem, wyczerpana doszczętnie. Ale nie pozwoliła sobie nawet na zdrzemnięcie. Przygasły wzrok swój z mizernej, wychudłej twarzy Waldemara skierowała na okno, zalane szarym dniem, i zamyśliła się smutnie. Niebezpieczeństwo minęło. Radość niesłychana wypełniła jej serce, ale jednak kluło w niem, boleśnie kluło. Teraz jest z nim, pieszczona przez niego nieświadomie; ale potem... musi odejść może odtrącona? Znowu męka, znowu żal! To nic — byle on był zdrów. Byle on...
Ręka chorego zadrżała w jej dłoni. Lucia uczuła na sobie jego oczy. Z przestrachem odwróciła głowę i spojrzała prosto w jego źrenice szeroko rozwarte, błyszczące, przytomne już i.. zdumione.
— Lucia! — krzyknął z niewiarą w głosie.
Zerwała się, chcąc uciekać, jak na zbrodni złapana. Lecz opamiętała się. Stanęła.
— Luciu!? co tu robisz?
— Jestem przy tobie, Waldy — szepnęła z niemem przerażeniem.
— Gdzie?...
— W Biało-Czerkasach. Byłeś chory.
— Byłem chory!... Aha! A powiedz mi... kto tu jest więcej...
— Są doktorzy... Jest Jurek Brochwicz...
— A jeszcze?...
— Jest łowczy i rządca z Głębowicz.
Waldemar rozejrzał się niecierpliwie po pokoju. Gniew osiadł mu pomiędzy brwiami.
— Ale... ale... kto tu jest... kto tu był... więcej?... mów!
— Nikt, Waldy.
Lucia zrozumiała, kogo on szuka, i spazm zaciął jej gardło.
On rzucił się nerwowo.
— Jakto nikt?... Mów! była ona...
Zachłysnął się.
— Kto jeszcze z kobiet?... Ty jedna?...
— Ja jedna, Waldy.
Wpił w nią oczy tragiczne, niewierzące. Rozpacz w nich mignęła, nawet raptowny błysk wściekłości. Rękę Luci zgniótł, jakby nienawistnie i cisnął przez zęby.
— Ty jedna?.... Lucia?
W okrzyku tym był zawód, była apatja i śmiertelna rezygnacja. A dla Luci upokorzenie raniący policzek.
Łzy zalały jej twarz, padły na ręce i kołdrę Waldemara. Chciała odejść, ale przemogła obrazę duszy, stała cierpliwie ze spuszczonemi powiekami, jak martwa.
On puścił ją. Patrzał na łzy, znowu na nią, jeszcze raz nieufnie spojrzał dokoła) poczem zamknął oczy i pochylił głowę na bok.
— Będę spać, zostawcie mnie.
Ten szmer jego ust Lucia więcej odczuła, niż słyszała. Odeszła cicho, jak cień, blada, znękana, a przed nią padały duże krople łez, zaprawionych trucizną.
Gdy znikła, Waldemar otworzył oczy.
— To była... Lucia... ale... dlaczego ona tu przyjechała?.. — pomyślał.
Dlaczego?





Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Helena Mniszek.