Oni

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Eliza Orzeszkowa
Tytuł Oni
Podtytuł (R. 1863.)
Pochodzenie Gloria victis
Data wydania 1910
Wydawnictwo W. Makowski
Druk Drukarnia Józefa Zawadzkiego
Miejsce wyd. Wilno
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBI
Cały zbiór
Indeks stron
Gloria victis grafika 001.png
ONI.
(R. 1863.)

...Był w zamkniętym, cichym pokoju wieczór zimowy, długi, gdy ta dawna znajoma moja, z twarzą na światło lampy obróconą, z wnętrza głębokiej zadumy mówiła:
— Pytanie twoje o moje wspomnienia, prośby twoje, abym swoje wspomnienia twojej pamięci powierzyła, przenoszą „duszę moją utęsknioną“ w wiosnę ową, w ów sen, w ową godzinę, którą niegdyś zegar przeznaczeń wydzwonił wielkim głosem.
Wiosna przeminęła, sen zgasł, godzina umarła i dusze ludzkie pozostały za niemi daleko, wirem życia coraz dalej unoszone, lecz wiecznie ich pomnę.
O wiosno! kto cię widział w naszym kraju,
Pamiętna wiosno ...........
Kto cię widział jak byłaś...
Obfita we zdarzenia, nadzieją brzemienna!
Ja cię dotąd widzę, piękna maro senna!
Przesunęła mi się o wczesnym poranku życia, jak sen złoty i krwawy, zniknęła. Po świecie rozlała się ciemność. W ciemności miałam duszę wiecznie utęsknioną i za słonecznemi, złotemi snami goniącą — po polach, nad któremi stały cisze głuche i hasały ponure wichry.
Chcesz okrucha, momentu, fragmentu tej wiosny. Dobrze. Posłuchaj!

I.

Miałam lat dwadzieścia, lecz pomimo młodości tak wczesnej, dla przyczyn, które pomijam, bo z moją osobą tylko były w związku, wiedziałam o wszystkiem, co się dokoła działo, i nikt z niczego tajemnicy przede mną nie czynił. To tłómaczy, że w momencie owym znajdowałam się w tym domu i że byłam świadkiem sceny tej, o! bardzo uważnym i wzruszonym.
Dom był jednopiętrowy, obszerny, na biało otynkowany, mający przed sobą dziedziniec bardzo rozległy, a za sobą wysokie oparcie drzew ogrodowych. Wszystko, co otaczało dom ten i znajdowało się w jego wnętrzu, oznajmiało dostatek wielki i smak wykształcony. Pięknie tam było, zamożnie, wytwornie i dotąd spokojnie.
Ale teraz anioł spokoju z ziemi tej odleciał, i rozlało się po niej wrzenie głuche, bo tajemnicą okryte, tem namiętniejsze i tem tragiczniejsze. Było to wrzenie serc i głów w kotle niewoli, pod pokrywą tajemnicy.
W obszernem i ozdobnem wnętrzu domu toczyły się gwarne rozmowy trzydziestu około mężczyzn różnego wieku i różnej powierzchności. Na dnie gwaru tego czuć było nie wypowiedziane, lecz niespokojne oczekiwanie.
Byli to członkowie organizacji powstańczej paru powiatów poleskich, oczekujący na przybycie jednego ze współobywateli swoich, który dziś przed nimi miał złożyć oświadczenie, że przyjmuje dowództwo nad miejscowym oddziałem zbrojnym, lub że je odrzuca.
Prawie powszechne było zdanie, że nie odrzuci, ale pewności zupełnej nie posiadał nikt. Nikt z obecnych nie znał go zblizka, wielu nie znało go wcale. Jednak od kilku już miesięcy imię jego wymawiane było w okolicy bardzo często.
— On jeden mógłby! — mówiono — on tylko jeden!
I czoła mówiących powlekały się troską, bo jeżeli on nie zechce, nikt w tych stronach nie potrafi. A rękom nieumiejętnym, sztuce wojskowej obcym, zadanie to powierzać...
Nie trudno było przypuszczać, że nie zechce, bo zadanie posiadało wagę i grozę rzeczy niezmiernie wysokich i niebezpiecznych.
Ten, kto zadania tego miał się podjąć, musiał posiadać bary Atlasa i serce gardzące mieczami Damoklesowemi. Mnóstwem mieczy najeżone było to zadanie i krwawiły się na nich napisy: Odpowiedzialność, Męka, Śmierć. Trzeba było porzucić wszystko, co było miłe, kochane, spokojne, bezpieczne, a pójść pomiędzy te miecze, w ich błyskawice i w ich mordercze szczęki. Trzeba było zwyciężyć albo zginąć; trzecie wyjście z koła ich nie istniało. Zwyciężyć zaś łatwo nie będzie; owszem, stokroć trudniej, aniżeli poprzednikom, którzy w epizodach minionych tej już prawie stuletniej walki — nie zwyciężyli. Więc trzeba było mieć głowę zapaloną takim pożarem idei, aby w jego blaskach oślepnąć całkowicie na samego siebie, na wszystko, co nie jest przedmiotem tej idei i jej ofiarnym ołtarzem. Trzeba było w samej nawet klęsce, z za zasłon czasu dostrzeżonej, widzieć krwawe, lecz nieśmiertelne ziarno przyszłego zwycięstwa i umieć na grób własny patrzeć źrenicą nietylko niewzruszoną, lecz jeszcze rozradowaną przez myśl i nadzieję, że kiedyś, w pokoleń i czasu oddali, z emanacji przez grób ten wyziewanych powstanie krwią przelaną unieśmiertelniony — Arcyzwycięzca Duch.
Zdarzać się wprawdzie mogło, że w koło to wstępowało, w krater ten wskakiwało uniesienie lekkomyślne, uniesienie młodzieńcze, nie znające faktów, liczb, możności, niemożności, wzgardliwie omijając wszystko, co nie jest żądzą serca, marą wyobraźni.
Ale o nim wiedzieli wszyscy, że w sile męskiego wieku będąc, młodzieńcem już nie był, że wiele wiedział, umiał, że w rzemiośle wojskowym był biegły. W tych stronach poleskich urodzony, młodość daleko ztąd przepędził, w wojnach brał udział, twarde prawo żelaza i liczby znał. Pułkownik jednego z uczonych działów ogromnej armji, drogę miał przed sobą daleką, może z wysokimi szczytami u kresu. I nagle rozstał się z tą drogą, zerwał z przeszłością, wyrzekł się przyszłości, do rodzimej swej wsi poleskiej powrócił, w niej osiadł. Niedawno, zaledwie przed miesiącami.
Nikt go tu z blizka nie znał, więc nikt nie wiedział, na jaką miarę pierś jego skrojona. Bo posiadać rozum, umiejętność, biegłość w fachu, nie zawsze znaczy to być człowiekiem, mającym serce wielkie.
Kto wie, jak postąpi?
Poselstwo, przed niewielu dniami do niego wysłane, odpowiedzi stanowczej nie przywiozło. Przyrzekł, że dziś przed zgromadzonemi członkami organizacji stanie i postanowienie swoje oświadczy.
Tymczasem nie przyjeżdża.
Pora dnia już późna. Właściwie dzień już się skończył. W salonach służba zapaliła lampy. Jasne światło rozlało się po obrazach, sprzętach, kwitnących roślinach, obciążających stoły książkach, dziennikach, albumach. Przez kilka okien otwartych na wieczór kwietniowy, dziwnie cichy i ciepły, wlatywał zapach narcyzów i mieszał się w powietrzu z jasnem światłem lamp.
Jasno i wonno było w salonach, jednak stawać się poczynało chmurnie i duszno.
Rozmowy leniwiały, gwar głosów przycichał, na czołach osiadały chmury.
Gospodarz domu, urodziwy i rosły brunet, w średnim wieku, z czołem wyniosłem i ustami, przybierającemi często zarys mądrych, lecz sarkastycznych uśmiechów, z kilku starszemi gośćmi przechadzał się po salonie, coraz więcej milczący i roztargniony. Oni, ci goście, z pobłyskującą srebrem siwizną na głowach, kiedy niekiedy przystawali, przysłuchiwali się czemuś, zdawali się na coś oczekiwać.
Co chwila ktoś wysuwał się z salonu, wychodził na ganek domu i w zmierzch łagodnego wieczoru wpatrzony wytężał wzrok i słuch.
Inni otwierali leżące na stołach dzienniki, albumy, lecz łatwo było zgadnąć, że kart, na które patrzyli, nie widzieli, z myślą około czegoś innego krążącą.
Inni jeszcze, u otwartych okien stojąc, zamieniali się półgłośnemi słowami, często milknąc, w zamyśleniu.
Wśród tych, u okien stojących, najwyraźniej dziś dostrzegam szlachetną twarz Władysława Orszaka. Postawę miał ciężką nieco, ruchy powolne i mowę nieco powolną, rozważną. Starzej nad swoje lat czterdzieści wyglądający, oczy zmęczone i smutne wznosił ku górze, ku zawieszonym za oknem mrocznym błękitom, a pod bujnym, ciemnym wąsem, łagodnemi jego usty poruszały ledwie dostrzegalne drgania. Jakby modlił się. Może. Światło lampy pozłacało mu ciemne włosy i brodę, na szeroką pierś spadającą.
Najmłodsi z towarzystwa do nas, kobiet, się zbliżyli. Nas, kobiet, było tylko dwie. Gospodyni domu, ładna, wiotka, trochę tylko odemnie starsza, tuż przy mnie na małej kanapce siedziała. Zbliżył się do niej i do mnie bardzo wysoki, atletycznie zbudowany brunet, którego dla rysów rzymskich i cery południowej Scypjonem czasem nazywano. Powierzchowność to była człowieka śmiałego, mocnego w uczuciach i woli. Oczy płonęły jak czarne djamenty, usta pod czarnym wąsem gorzały purpurą. Przy nim, niebawem, stanął typ młodzieńczy zupełnie odmienny. Południe i północ.
Postawa wysmukła, raczej wątła niż silna, twarz biała, włosy złote, wesołość niemal dziecinna w błękitnych oczach. Słynny na szeroką okolicę z namiętności myśliwskiej, ze znakomitej jazdy konnej, z wprawy strzeleckiej. Przeszłość krótka bardzo, lecz w której nic nie zapowiadało polotu ku gwiazdom, lub pociągu ku otchłaniom. Trzeci, który się zbliżył, jeszcze prawie student, przez nas z powodu pokrewieństwa blizkiego, po imieniu, Florentym nazywany. Ze studjów uniwersyteckich przywiózł z sobą demokratyzm gorący, zawzięty, w myśli, sercu i mowie wciąż jakby pacierz odmawiający deklinację: lud, ludowi, dla ludu, przez lud, w ludzie... Ogorzały, barczysty, łączył w sobie z demokratycznym sposobem myślenia nieco też demokratyczną, umyślną rubaszność ruchów i słowa, gdy z szarych oczu patrzała na świat miękka, litościwa, wciąż ku wyżynom wzlatująca dusza marzyciela.
Stanęli przed nami i zaczęli mówić o nim.
— Spotkałem się z nim, widziałem go, to człowiek niezwykły, na wodza stworzony. Przyrzekł, więc przyjedzie... Tacy ludzie, gdy coś przyrzekną...
— Rzecz prosta, że przyjedzie. Czy dowództwo przyjmie? niewiadomo...
— Przyjmie niezawodnie...
— Dlaczego niezawodnie?
Gospodarz domu zbliżył się do żony i zcicha rzekł:
— Jest już tak późno, że kazalem podawać wieczerzę. Proś gości, Stefuniu!
Wysokie czoło przeszywała mu zmarszczka niezadowolenia, i w zarysie ust tkwił wyraźniejszy, niż kiedykolwiek, sarkazm. Jeden ze stojących przed nami młodzieńców z drgnieniem ironji w głosie zapytał:
— Pan już zwątpił?
— Zwątpiłem.
— Ja nie.
— Ani ja.
Gospodarz zawołał:
— Szczęśliwa młodość!
— Dlaczego szczęśliwa? — zapytały trzy młode głosy, w których brzmieniu czuć było już rozniecającą się iskrę tych sporów, uraz, zażaleń, które od roku, może więcej, wybuchały tu pomiędzy ludźmi starszemi a młodszemi co dzień, co godzinę, gorące, czasem namiętne i gwałtowne.
Gospodarz domu sympatji młodego pokolenia nie posiadał, o! nie, za ironję, za to, co nazywało ono chłodem uczuć, może trochę za dumę człowieka wysoko wykształconego i możnego. Tym razem jednak znikł mu z ust bez śladu wyraz ironji.
— Dlatego — odpowiedział — że młodość to wiara, która uszczęśliwia, gdy wątpienie boli.
Mówił szczerze. Z wyrazu czoła i oczu znać było, że go coś dojmująco, głęboko bolało.
Wkrótce wchodziliśmy wszyscy do wielkiej sali jadalnej, w której długi stół, okryty naczyniami stołowemi, błyszczał w rzęsistem świetle lamp i świec.
W głębi sali, naprzeciw drzwi, przez któreśmy wchodzili, rysowała się na jasnem tle ściany kolumna z czarnego drzewa, z okrągłem wyrznięciem w głowicy. Był to staroświecki zegar, aż pod sufit prawie wznoszący swe oblicze wielkie, okrągłe, białe, czarnemi zmarszczkami wskazówek przeorane. Wyglądał jak symbol czasu, z góry i obojętnie spoglądający na ludzkie zachody, niepokoje, losy.
Był moment krótki, w którym zebrani, na znak gospodyni domu oczekując, otaczali stół w postawach stojących. Ona, stojąc również, na kilka osób nieco spóźniających się oczekiwała. Po sali płynął niegłośny szmer rozmów, dwie nasze kobiece suknie rzucały na czarne tło ubrań męskich plamy jasne i w blasku lamp świetliste.
W tym właśnie krótkim momencie za oknami rozległ się turkot kół. Szmer głosów rozmawiających umilkł, salę zaległa cisza. Nikt nie usiadł. Po wszystkich twarzach rozlał się wyraz zaniepokojenia; niektóre z nich trochę pobladły.
Gospodarz domu śpiesznie do przedpokoju wyszedł i po minutach kilku już spóźnionego gościa obecnym przedstawiał.
Po wielkiej sali, w rzęsistem świetle, wśród ciszy zupełnej i trzydziestu paru oczu w jednym punkcie utkwionych, rozległo się imię i nazwisko — Romualda Traugutta.
Jednocześnie w głębi sali, prawie pod sufitem, zabrzmiał metaliczny, basowy dźwięk. Zegar z białą twarzą w czarnej obwódce uderzać zaczął godzinę. Dziesięć z kolei dźwięków metalicznych, głębokich, płynęło górą, gdy dokoła stołu brzmiały nazwiska gości, z któremi gospodarz domu przybyłego najpóźniej zaznajamiał.
Przyczyna opóźnienia z łatwością wyjaśnioną została: jakiś prosty i pospolity wypadek w kilkumilowej podróży po złych jeszcze drogach wiosennych.
Miał lat trzydzieści sześć i na wiek ten wyglądał, wzrost średni, budowę ciała więcej sprężystą i szczupłą niż silną, a w ruchach łatwych, pewnych siebie, w postawie wyprostowanej, coś, co przypominało typy wojskowe. Od pierwszego wejrzenia rzucała się w oczy głęboka czarność jego włosów, tak obfitych, że dwie ich fale, jedna nad drugą wznosiły się nad czołem śniadem, kształtnem, przerzniętem od brwi aż prawie po włosy pionową linją głębokiej zmarszczki. Oczu nie łatwo było dostrzedz, bo okrywały je szkła okularów, lecz wśród owalu śniadej twarzy uwagę zwracały usta bez uśmiechu, spokojne i poważne. Może ta powaga ust i ta zmarszczka na czole, przedwczesna, sprawiały, że w powierzchowności tej uderzał przedewszystkiem wyraz myśli surowej, skupionej, małomównej. Nic miękkiego, giętkiego, ugrzecznionego, nic z łatwością wylewającego się na zewnątrz. Tylko myśl jakaś panująca, przeogromna, nieustannie w milczeniu, w skupieniu pracująca, i pod jej pokładem jakiś tajemny upał uczuć, który na czole wypalił przedwczesną zmarszczkę i gorącym kolorytem powlókł milczącą twarz.
Znać było, że daleko chętniej milczał, aniżeli mówił. Do rozmowy o rzeczach potocznych, która toczyła się w czasie wieczerzy, mieszał się rzadko i obojętnie, krótkiemi słowy. W zamian niepodobna było nie dostrzedz, że wzrokiem bada otaczające, świeżo poznawane twarze. Może w duchu, gotującym się do spełnienia jednego z najdramatyczniejszych aktów, jakie przez duch człowieczy spełnionemi być mogą, zapytywał o wartość i siłę swoich w dramacie współaktorów.
Cicho za odchodzącą służbą pozamykały się drzwi sali; wszyscy siedzieli w milczeniu dokoła długiego stołu, z którego zdjęte już były okrywające go wprzód naczynia.
Gospodarz domu w postawie stojącej przemawiał.
Mówił o tem, że niedawno jeszcze przeciwny był rozpoczynającemu się w kraju ruchowi i powstrzymywać go usiłował, nie dlatego, aby mniej od kogokolwiek pragnął wolności i szczęścia kraju, ale że pora nie zdawała mu się wybraną trafnie, ani siły dość przygotowanemi, ani szanse zwycięstwa równemi szansom klęski, która, jeżeli nastąpi, przyniesie następstwa wagi nieobliczalnej, najpewniej bardzo ciężkiej. Mniemał, że cierpliwe oczekiwanie na moment sposobny, na zbieg okoliczności dla walki pomyślny, na powiększenie sił i zasobów do niej, nie mniej jest warte od rzucenia się w walkę ze szlachetnym i choćby bohaterskim zapałem w sercu, lecz bez należytej orjentacji w głowie, bez wagi w ręku i arytmetycznej tablicy przed oczyma.
— Czcicielem rozumu jestem i tych szkiełek mędrca, które wyśmiewać ma prawo poezja, lecz których polityka z przed oczu usuwać nie powinna. Dlatego odradzałem, walczyłem z prądem, usuwałem się na stronę. Byłem Biały...
Przy słowach ostatnich podniósł głowę i śmiałem spojrzeniem spotkał się z niechętnemi, ironicznemi uśmiechami, które na kilka twarzy wystąpiły.
— Nie sam jeden w zgromadzeniu tem jestem, którym tak myślał i nazwę tę nosił. Wszak znajdują się tu współmyślący moi, nie prawdaż?
Wyżej jeszcze podniósł głowę, na odpowiedź czekał. Poważnie kilka głosów odpowiedziało:
— Tak.
Więc mówił dalej:
— Teraz uderzył już dzwon, wielki dzwon historyczny, i nie białym, ale czarnym byłby ten, ktoby na dźwięk jego głuchym pozostał. Istnieje coś, co gdy raz nad powierzchnię ziemi wystąpi, zgładzone z niej być nie może. Tem czemś jest fakt. Fakt zbrojnej walki stał się. Znaczna część kraju w ogniu jej już stoi. Jakkolwiek niebezpieczeństwa czy niepodobieństwa mógłby dla niej i przez nią spostrzegać rozum, on również wskazuje, że przeciw niebezpieczeństwom i niepodobieństwom, przeciw hańbie także, która zuchwałych a niedołężnych okrywa, orężem ratunkowym może być tylko nasza jedność. Mądry syn domu ostrzega przed rozniecaniem ognia nieostrożnem i niewczesnem, lecz kiedy dom już gore, szalonym byłby, więcej — przeklętym byłby, gdyby nad nim nie roztoczył ramion czynnych, ratujących! Przekonań człowieka godzina każda odmieniać nie może, ale w godzinie każdej inne być mogą obowiązki. Obowiązkami godziny, która wybiła w kraju naszym, są dla nas: jedność i ofiarność. W nich nadzieja... Bez nich zginiemy...
Wstrzymał się, z głową spuszczoną milczał, myślał. Rumieńce na policzki, blaski gorące w oczy wstępować mu zaczynały.
— Są to przyczyny, dla których, gdy fakt stał się i godzina nowego obowiązku uderzyła, wstąpiłem do organizacji powstańczej tej poleskiej ziemi i na czele jej stanąłem. I od momentu, w którym rozum mój zatwierdził hasło: jedność i ofiarność! siebie samego i wszystko, co moje: dom, majątek, w potrzebie wolność i życie, siły rozumu, jakiemi rozporządzam, i pragnienie serca najgorętsze z tych, których zaznałem kiedykolwiek, złożyłem na usługi sprawy.
U przeciwnego końca stołu zabrzmiały ciche brawa, wyszeptywane przez te same usta, które przed chwilą uśmiechały się ironicznie i niechętnie. Ale mówiący, na ten szmer przyjazny, tak jak przedtem na nieprzyjazne uśmiechy obojętny, mówić kończył:
— W charakterze nowo mianowanego naczelnika organizacji ziemi poleskiej, w imieniu jej i w obecności jej członków zapytuję pana Romualda Traugutta, czy przyjmie dowództwo nad uformowanym przez organizację zbrojnym oddziałem tej ziemi?
Niewysoki, szczupły, wyprostowany i tylko z pochylonym nieco czołem, na którem upał wewnętrzny wypalił pod falami kruczych włosów przedwczesną zmarszczkę, wstał z krzesła Romuald Traugutt i odpowiedział:
— Z dalekich stron powróciłem tu z myślą, że usługi moje mogą być teraz potrzebne ojczyźnie. Zawód, któremu się oddawałem, przysposobił mię do ofiarowanego mi zadania, więc je przyjmuję.
Krótkie to było, proste, skromne, wypowiedziane głosem, mającym brzmienie czyste i metaliczne.
Dokoła stołu wszyscy powstali i pochylili się w milczącym ukłonie, poczem salę zaległa chwilowa cisza. Cisza serc, oblewających się potajemnemi łzami wzruszenia i cisza grozy, którą oddychają momenty wyroczne; i ta jeszcze cisza, z jaką nad tym biednym światem kędyś wysoko ważą się na szalach przeznaczenia losy ludzi i narodów.
Pierwszy ciszę przerwał Traugutt.
— Proszę organizację o zdanie spraw z działań, dla uformowania oddziału przedsięwziętych i dokonanych, z liczebności tego oddziału, uzbrojenia i wszechstronnych zasobów jego, oraz o mapy powiatu i powiatów sąsiednich, czyli topograficznego terenu, na którym rozwijać się będą przyszłe działania wojskowe.
Głos to był nieco inny już od tego, którym przemawiał przedtem. Pobrzmiewała w nim nuta rozkazu, czuć było człowieka, który z zadaniem, raz na siebie przyjętem, żartować nie będzie, i fachowca, który, wiedząc dobrze, czego żądać mu należy, żądania swe stawi bez próżnych dodatków i omówień.
Bardzo rychło zjawiły się na stole mapy mniejsze i większe, lecz przed ich rozwinięciem z kolei mówić zaczynali ci, którzy pełniąc w organizacji urzędy dziesiętników i setników, zdawali sprawę ze zgromadzonych przez siebie dziesiątków i setek przyszłych zbrojnych partyzantów, cyfry nie duże zresztą, bo oddziały partyzanckie z samej natury tego rodzaju wojny liczne być nie mogą, potem nazwy broni, ilości jej i gatunki.
Wódz z twarzą ku mówiącym podniesioną słuchał; w szkłach, które osłaniały mu oczy, zapalały się, przygasały, migotały odbicia światła, czasem pytania krótkie zadawał, czasem zsuwały się mu brwi czarne i zmarszczka na czole pogłębiała się widocznie. Raz tylko po rysach milczących przepłynęła, wnet znikając, smuga radości. Było to wtedy, gdy przemówił naczelnik zorganizowanej w powiecie poczty obywatelskiej, Władysław Orszak.
Jak zwykle ociężały nieco w poruszeniach, jak zwykle powoli i rozważnie mówić zaczął o potrzebie otaczania partji zbrojnej pilną strażą tych, którzy w domach pozostaną, rozciągania dokoła niej takiej niby sieci drutów telegraficznych, z mężnych woli i serc wyprzędzionych, któreby świat z nią i ją ze światem i jeszcze ludzi jednomyślnie z nią działających a rozproszonych po świecie — wiązały.
Z twarzą nad wiek przywiędłą, łagodną, od której na piersi spływała ciemna, gęsta broda, z oczyma, w których zmęczonym, lecz czystym błękicie było coś z bolesnych upałów, które długo płonęły tajemnie i bezpożytecznie, mówił o tem, gdzie, jak, przez kogo przewożone, przenoszone będą wiadomości, ostrzeżenia, żądania, wskazania.
Taka poczta nie jest najpodrzędniejszą częścią rozpoczętego dzieła; owszem, jest jego częścią bardzo ważną. Musi być zwinna, ostrożna, umiejąca latać i pełzać, prześlizgiwać się i umykać. Ale znaleźli się ludzie do roboty tej odpowiedni, i pan Naczelnik przebaczy, że nie samych starych do niej zabrano, lecz także trochę młodych, którzy już w partji służyć nie będą, dopóki ona w okolicach tych pozostanie. Potem, gdy losy walki przeniosą ją w miejsce inne, i ci z nią się połączą, ale tymczasem do tej strażniczej roboty trzeba także trochy sił niesteranych i z zapałem młodości oddanych sprawie. Bo przecież...
— Bo przecież partja to serca bijące i krew gorąca kilku setek ludzi, to... dziecko marzeń naszych, zabiegów, nadziei, że raz przecie nie jak niewolnicy z duszami zabitemi, lecz jak żywi ludzie żyć będziemy. Trzeba tedy nad nią czuwać, trzeba krwawym zapasom jej troskliwem czuwaniem dopomagać!...
Pochylił twarz, która wraz z czołem pogięła się w mnóstwo fałd i zmarszczek, z łagodnej zwykle stając się posępną. Z każdej jej zmarszczki i z każdej jej fałdy wyglądały gorzkie myśli, ciężkie smutki, długo w milczeniu i niemocy przeżuwane. Powoli, głosem głuchym, znowu mówić zaczął:
— Powiedziałem: niewolnicy z duszami pozabijanemi. Tak jest. Kiedy ręce skute i usta zakneblowane, to i dusza zrazu usypia, a potem mrze. Byli tacy, którzy powiadali: czego wam brak? spokojnie sobie żyjecie, w dostatkach... po co zdrową głowę pod ewangelję kładziecie? Otóż to... zdrową głowę! śmiech gorzki z takiego zdrowia! Nic nam nie było wolno: ani czynić, ani głośno mówić, ani ludu naszego z jarzma niewoli i ciemnoty wyzwalać, ani życia swojego przerabiać, polepszać. Tylko: jedz, pij, śpij i gnij! To wolno. Niedobrze ci z tem? Powinno być dobrze, a jeżeli nie jest, to milcz! Jeżeli sarkniesz głośno, lub palcem poruszysz — na Sybir! I tak było tyle lat. Boże mój! tyle dziesiątków lat! Byli tacy, którzy w tem błocie poznajdowali sobie różne rozkosze i niemi się potruli, ale byli inni. Boże! ty jeden wiesz, ile ci inni cierpieli! jak im własne myśli paliły wnętrzności, jak z nich własne siły i ochoty, do niczego nie użyte, rzężały zaduszane, ciągle konające i nigdy nie mogące skonać! Najlepsze lata życia przechodziły nam, jak ten dym szary, który po ziemi się czołga, a gdy spróbuje wznieść się w górę, zły wiatr zaraz o ziemię go ciśnie i po błotnistej powierzchni jej rozciągnie... Tak dłużej nie można było żyć. Ja wiem, że siły nasze małe, więc czerwonym być nie śmiałem. Ale i białym nie byłem także, nie! Za wielem cierpiał, za wielem przysłuchiwał się śmiertelnemu rzężeniu duszy własnej i dusz blizkich, abym białym mógł być. A teraz, co do tej motyki, porywającej się przeciw słońcu, to myślę, że... Bóg jest z nami i że sprawa nasza, to sprawa Boska. Tedy... jaki tam koniec będzie, to będzie, powinność swoją... powinność swoją czyńmy.
Bardzo wzruszony, z drżącemi wargami i pobladłem czołem na krzesło opadł, ciężko oddychał, a po krótkiem milczeniu dodał już tylko:
— Poczta obywatelska powinność swoją spełni. Ręczę.
Wtedy to właśnie na milczącą twarz naczelnika oddziału zbrojnego spadła smuga radości i choć prędko zgasła, oczy jego, z za szkieł je osłaniających, tkwiły długo w szlachetnych, smutnych, przedwcześnie uwiędłych, zoranych rysach Orszaka.
Teraz rozpostarło się na stole kilka map różnej wielkości, i wieniec głów pochylał się nad niemi, gdy w gwarze rozmowy brzmiały liczne nazwy dworów, wsi, miasteczek, uroczysk.
Żadna droga żelazna wówczas jeszcze stron tych nie przebiegała, i było w nich trochę gościńców szerokich i mnóstwo dróg, drożyn, które w kierunki różne rozbiegały się po nieścignionej okiem równinie.
Były w tych stronach okolice żyzne, ludne, falujące bujnemi zbożami, gęsto strzelające ku niebu grupami topoli, które przyozdabiały dwory, i krzyżów, które stróżowały u wrót wiosek.
I były pustkowia niemal bezludne, kępami wilgotnych łąk wysadzane, wodami mokrzadeł świecące, przemawiające tylko głosami hulaszczych wichrów lub wędrownych ptaków, dla stóp obcego przybysza groźne śmiertelną grzęzlą trzęsawisk.
I były tam jeszcze lasy wielkie, głębokie, lasy odwieczne, przez wieki toporem nie dotykane, wspaniałe przybytki natury samotnej i dzikiej, obłędne labirynty, z drogami wiadomemi tylko zwierzom je zamieszkującym i ludziom o barach potężnych, wzroku bystrym, strzałach celnych, którzy nad ich niepokalaną całością stróżowali.
I był tam nakoniec, wśród wielu wód innych, przez naturę po ziemi tej rozlanych, jeden szlak wody nie szeroki, przez ręce ludzkie na powierzchnię jej dobyty i nazwany kanałem Królewskim.
Podniósł się wieniec głów z nad map na stole rozłożonych i po ustach rozbiegły się słowa:
— Za kanał Królewski! Do lasów Horeckich.
Tam partja udać się i obóz założyć miała.
Przedtem jednak zgromadzić się musi. Z ziemi rozległej, z równiny dla oka bezgranicznej, z rozsianych po niej dworów, miasteczek, chat leśniczych, zagród drobno-szlacheckich, na jednym punkcie zgromadzić się musi. Na punkcie przedstawiającym ułatwień najwięcej, niebezpieczeństw najmniej.
Romuald Traugutt podniósł z nad mapy twarz i wymówił:
— Dwór Dziatkowicki.
A po krótkiej chwili, spojrzeniem po zebranych wiodąc, zapytał.
— Czy właściciel Dziatkowicz jest tutaj obecny?
— Tak; ja jestem właścicielem Dziatkowicz.
Traugutt mówić zaczął:
— Władzy dyktatorskiej nie posiadam. Mienia i wolności ludzi na niebezpieczeństwo wystawiać bez dobrowolnego zgodzenia się ich na to, nie mam prawa. Miejscu, które będzie punktem zbornym partji i właścicielowi jego zagrożą niebezpieczeństwa poważne. Dwór spalonym, majątek zabranym, właściciel jego uwięzionym i surowo karanym może zostać. Zgromadzenie się partji w Dziatkowiczach przedstawia dla niej korzyści znaczne, lecz które wówczas tylko osiągnięte będą, jeżeli właściciel miejsca tego, z pełną wiedzą o możliwych następstwach swego czynu, zgodzi się go dokonać!
Już w połowie przemówienia tego, podniósł się z krzesła ów wysmukły, zaledwie dojrzały blondyn z białą twarzą, wesołemi oczyma i drobnym wąsem złotym nad ustami, które dotąd zdawały się znać tylko śmiech, pieśń i pocałunki; ów myśliwiec namiętny, na szeroką okolicę ze znakomitej jazdy konnej i strzałów celnych słynny — ów z przeszłością bardzo jeszcze krótką, lecz w której nic nie zapowiadało polotu ku gwiazdom lub pociągu ku otchłaniom...
O! oddawna zszedł już z tej ziemi w krainę nieznaną, która tam kędyś po drugiej stronie rzeki życia leży, zszedł z niej po długich cierpieniach wygnania, ubóstwa, czysty do końca, mężny do końca, gwiaździe młodości swej i otchłani, która mu życie pożarła, błogosławiący do końca. Zszedł z tej ziemi samotny, bezdzietny... i wolno mi imię jego wymówić, a tobie je głośno powtórzyć. Może na nie, jak na mogiłę, spłynie promień jakiego rozrzewnionego oka, które samo kocha gwiazdy i otchłanie...
Podniósł się z krzesła Gustaw Radowicki i z oczyma jak dwa błękitne płomienie gorejącemi, rzekł:
— Nietylko zgadzam się, ale skoro to dla partji ma być korzystne, cieszę się, że właśnie te moje kochane Dziatkowicze korzyści tych dostarczyć mogą. I w zamian o jedno tylko pana naczelnika proszę, aby mi było pozwolone...
Zmieszał się jakoś, spuścił oczy, może przed tkwiącym w niem wzrokiem naczelnika. Jednak po chwili dokończył:
— Aby mi było pozwolone należeć w partji do oddziału jazdy...
Teraz znowu zaśmiały mu się oczy i usta.
— Bo, że będę służył w partji, to już dawno postanowione i wiadome. Jakże! Setnikiem przecież jestem. Stu ludzi chętnych do pójścia zebrałem, a sam miałbym nie pójść! To przecież przez głowę nigdy mi przejść nie mogło. Ale proszę, aby mi wolno było służyć w jeździe, bo ja na koniu to do wszystkiego, a pieszo, to jakoś... tak jakoś... Ale proszę tylko — i jak pan naczelnik rozkaże, tak się stanie. Tylko to jeszcze powiedzieć muszę, że mam konia El Raszyda, takiego, co to w sam raz... do takiej służby w sam raz...
Zmieszał się znowu, umilkł.
Naczelnik zaś z twarzą wciąż ku niemu podniesioną, tkwił w nim wzrokiem i na usta — pierwszy raz odkąd tu przybył — wykwitać mu poczynał uśmiech. Wykwitał, bo dziwnie świeży był, szczery, perłowy od rzędu zębów białych, które w nim błysnęły. Przytem łuna radości twarz mu opłynęła i z czoła spędziła posępną zmarszczkę. Z wesołym prawie gestem zawołał:
— Ale owszem, zgadzam się, aby pan służył w jeździe i nawet...
Tu głos jego nabrał tonów zupełnie wesołych.
— Ponieważ pan ma konia El Raszyda, co to w sam raz, mianuję pana swoim adjutantem.
Aż po brzegi złotych włosów z radości zarumieniony młodzieniec przed naczelnikiem złożył głęboki ukłon i siadając, ku wysokiemu brunetowi, którego czasem Scypjonem nazywano, z porozumiewawczem skinieniem głowy rzucił zagadkowe słowa:
— A co, Feliksie! Widzisz! I ja z tobą...
Snadź o czemś wątpili wspólnie i znać, że tamten wybierał się także do jazdy.
Ale teraz wstał z krzesła swego naczelnik:
— Skończone są na dzisiaj narady nasze. Mówcą nie jestem. Mniemałem zawsze, że słowem najwymowniejszem z tych, któremi człowiek do świata przemawiać może — jest czyn. Jednak teraz, gdy Bóg pozwolił, że przystępuję do czynu, o którym zawsze marzyło serce moje, z serca wyrywają mi się słowa, tylko co przez pana Orszaka powiedziane: „Sprawa nasza to sprawa Boska“. To jest również prawdą, co pan Orszak powiedział, że niewola zabija dusze, a ja z tej prawdy wyprowadzam wnioski, że nikomu nie wolno zabijać dusz ludzkich, i odwrotnie: duszom ludzkim nie wolno pozwalać, aby ktokolwiek je zabijał. Oto jest prawo nasze do walki, którą przedsiębierzemy, i oto dla czego sprawa nasza jest sprawą boską. Nie na podboje i nie po łupy idziemy, ale po odbiór wydzieranego nam dobra boskiego. Dobrem boskiem — cnota ludzka, cnoty niema bez wolności. Jeżeli wygramy, wygraną naszą będzie zbawienie duszy narodu, jego czci i jego doczesnego szczęścia; jeżeli przegramy, rzeką krwi przez nas przelanej inni zapłyną do wolności. Ale — jakikolwiek będzie nasz koniec, powinność naszą czyńmy. Z nadzieją, czy przeciw nadziei, ale z prawdą i z Bogiem! My z prawdą i ze sprawiedliwością, więc z Bogiem. W tem nasza moc. My z Bogiem.
Nie patrzał na nikogo, spojrzeniem błądził w górze, i choć umilkł, wargi mu wewnętrznemi słowy jeszcze drgały, gdy twarz i postawę oblewała jakaś od ziemi oderwana ze słońc mistycznych wybłysła ekstaza. W takich ekstazach, wbrew ziemskim rachubom rodzą się niezłomni książęta czynu, i z pieśnią trjumfu w duchu, wbrew męczarniom ciała umierają męczennicy.
Wieniec twarzy, od wzruszeń i znużenia bladych, otaczał długi stół, i w sali, którą zaległo milczenie. Zegar począł wybijać godzinę. Z białego oblicza w czarnej obwódce, z pod sufitu patrzącego, wypłynęły cztery z kolei dźwięki metaliczne, głębokie.
Czy oczy ludzkie długiem czuwaniem zmęczone były, czy lampy przygasały, ale rzęsiste ich światło zdawało się teraz rozpraszać w kurzawę mnóstwo świecących atomów, które przed oczyma migotały, drgały, mając linje otaczających twarzy i przedmiotów. Płomienie dopalających się świec stały w wysokich kandelabrach wielkie, jaskrawe, z nitkami dymu, u chwiejących się wierzchołków. Powietrze, nasycone oddechami ludzkiemi, może częstszemi, niż to bywa w momentach powszednich, stało się duszne i gorące.
Ktoś zbliżył się do jednego z okien, na ścież je otworzył, i za tem otwartem oknem ukazał się dziw, cud: dziwnie cudny i piękny poranek wiosenny.
Niepokalany błękit nieba, jasna zieloność ogrodu, osypana brylantami rosy. Białe gwiazdy narcyzów nad trawami, mnóstwo fijołków w trawach, rozłożyste jabłonie w różowem i grusze w białem rozkwiciu. Potoki woni i fale powietrza napojonego rosą. I wszystko od nieba do ziemi, od szczytów drzew wysokich do drobnych traw i kropel rosy, w wielkiem, pełnem, złotem świetle słońca wyraźne, wypukłe, wyodrębnione, jasne, pozłocone.
Od doznanych wzruszeń drżące i wzajem wspierające się o siebie, my dwie kobiety, prawie dzieci, szeroko otwartemi oczyma patrzyłyśmy to na ów rajski obraz za oknem, to na salę, napełnioną światłem żółtem, sproszkowanem, migocącem, dymnem, i twarzami ludzkiemi o czołach zbrużdżonych i zmęczonych oczach...
Poemat i dramat.
Raj i czyściec.
Pogoda i burza.

II.

Kto wiosny owej przesypiał całe noce? Kto znał wczesne i spokojne sny?
O późnej, nocnej godzinie, po grobli, która wśród dwu rzędów wierzb wznosiła się nad dwoma rozłogami łąk, pędził na koniu człowiek, szarą burką owinięty. Całą szybkością bystrego konia pędził, u końca grobli obszerny dwór okrążył, na dziedziniec jego jak wicher wpadł i konia przed gankiem domu osadził.
Na ganku szarzało w zmroku kilka postaci męskich i bielało kilka sukien kobiecych. Głos jakiś zapytał:
— Kto?
Jeździec, z konia zeskakując, odpowiedział:
— Posłaniec.
Wszedł na ganek i cicho mówić zaczął.
Partja z Dziatkowicz ku lasom Horeckim idzie i na dwie godziny we dworze, z którego posłaniec przybywa, stanęła.
Naczelnik partji wzywa najbliżej zamieszkujących członków organizacji, aby dla pomówienia z nim o rzeczach ważnych przybyli. Jaknajprędzej, gdyż ani minuty dłużej nad dwie godziny partja się tam nie zatrzyma. Kilku takich jak on posłańców rozleciało się w strony różne, jemu tu pędzić co koń wyskoczy, rozkazano. I tak samo powracać z uwiadomieniem, czy wezwani przybędą. Jest jeszcze kartka do pani...
Nie skończył mówić, gdy już para ludzi, mężczyzna i kobieta, ku stajniom przez dziedziniec biegła. W moim ręku szeleściła kartka z pięciu słowami:
„Przyjeżdżaj także. Jesteś potrzebna. Stefanja."
Służbę stajenną budzić? Strata czasu. Do powozu konie zakładać? Ktoby tam teraz myślał o powozach!
Kilka minut upłynęło i już przed stajnią stał koń do linijki zaprzężony.
Nie wiesz, co to linijka? Taka gładka, zwyczajna deska, pomiędzy czterma kołami położona i suknem obita. Nic więcej. Wązkie to, niezmiernie lekkie, dla gospodarzy do jeżdżenia po drożynach i miedzach polnych... Kobiety rzadko tem jeździły, jednak czasem, w takiej postawie jak jeżdżą na koniu.
Towarzysz mój ujął lejce, ja za nim już siedziałam.
Trzy wiorsty drogi tylko. Linijka nasza jak strzała pruła powietrze, turkocąc po twardej grobli, prawie doganiając pędzącego przed nią na koniu posłańca. Noc była gwiaździsta, trochę wietrzna. Wierzby lekko chwiały się i szemrały po obu stronach drogi.
Wpadliśmy na wielki dziedziniec, latarniami oświetlony, mrowiskiem ludzkiem pokryty.
Latarnie na drzewach, na słupach u ścian budynków i w czerwonawem ich świetle mrowisko ludzkie, poruszające się i gwarne.
Czamary, bluzy, krótkie sukmany, szerokie pasy skórzane wysokie obuwia, czapki jak łan kwiatów, amarantowe, szafirowe, białe. Na plecach strzelby u pasów pistolety. Duży pęk kos, pionowo w długie trzony oprawionych, stał oparty o ścianę domu i w świetle latarni nad nim wiszącej, błyszczał, jak stalowe słońce.
Ruch, gwar, szum ludzkich kroków i głosów. Nawoływanie, wydzwaniające imiona i nazwiska rozmaite rozmowy, tu i owdzie wybuchy śmiechu. W mrocznych głębiach dziedzińca, pod gospodarskiemi budynkami, konie rżą i parskają, rysują się mętne sylwetki wozów i ludzi, w pobliżu domu, na przestrzeni najlepiej oświetlonej, pobrzękują nad długiemi stołami naczynia gliniane i szklane.
Mnóstwo postaci i twarzy; ogromna rozmaitość ich zabarwienia i wyrazu. Są tu synowie domów zamożnych, dzieci dostatku i elegancji, z niestartem piętnem ich w poruszeniach i odzieży. Są młodzi uczeni, dzieci myśli i wiedzy, z niepozbytem ich światłem na czołach i oczach. Są wszyscy niemal strażnicy lasów o barach szerokich, wzrokach nieco ponurych, lecz bystrych, do przebijania gęstwin i mroków nawykłych. Jest cała młodzież zagród drobno szlacheckich, raźna, śmiała, o uśmiechach łatwych i zamaszystych ruchach. I jest jeszcze nieco postaci wątłych najmniej wyraźnych, zdających się być cieniami, które idą za tamtymi. Tych, z miasteczek, gdzieniegdzie ze wsi chłopskich, z jakichś może dróg losu obłędnych i nieszczęśliwych, przywiodły tu hasła, które sennemi duszami wstrząsnęły, nadzieje przyszłości lepszej, które czarem spłynęły na złą teraźniejszość.
Kiedy linijka nasza przez tłum ten zwolna się przesuwała, z ganku domu zbiegła i naprzeciw niej biegła wiotka, ładna kobieta w białej sukni, za ręce mnie, z linijki zeskakującą pochwyciła, mówiąc śpiesznie:
— Przyjechałaś? To dobrze! Dają zlecenie mnie i tobie, przez nas innym. Chodź prędko!
Weszłyśmy razem do wnętrza domu, które w porównaniu z dziedzińcem wydawało się dziwnie pustem i cichem.
Sala jadalna oświetlona była, ale pusta. Nikogo w niej nie było. Tylko białe oblicze zegara patrzało na nią z wierzchołka czarnej kolumny i u otwartych okien wiatr poruszał firankami.
W przyległym salonie, kilku ludzi przy jednym ze stołów siedząc, półgłosem rozmawiało. Zaraz w progu rzuciły mi się w oczy kruczo czarne włosy Traugutta. Gdyśmy się powoli i trochę nieśmiało zbliżały, on właśnie mówił:
— Sam nie chciałbym tego, ale jakże inaczej szpiegostwo, donosicielstwo ukrócić? Prawa wojskowe dla postępków takich zawsze i wszędzie mają karę śmierci. Jednak, czy zastosowanie jej w tym przypadku nie pociągnie zkądinąd następstw dla sprawy szkodliwych?
Gospodarz domu, z brwią zmarszczoną, odpowiedział:
— W okolicznościach, śród jakich się znajdujemy objaw energji i rzucenie postrachu na żywioły nam nieprzyjazne, wydają mi się koniecznemi...
— A ja, przerwał Orszak — byłbym za okazaniem wspaniałomyślności, która może ująć nam serca.
—Ideologja! — sarknął gospodarz domu — odwykliśmy od energicznych czynów i jak „mdłe panienki“ gotowiśmy dostawać spazmów na widok kropli krwi.
— Zdaniem mojem, — ozwał się ktoś inny — sam pan naczelnik o losie człowieka tego rozstrzygać powinien. Tylko. Do nas to nie należy.
— Byłożby to piłatowem umywaniem rąk? — z najsarkastyczniejszym ze swych uśmiechów rzucił gospodarz domu i mówił dalej: — Jesteśmy naturalnymi doradcami naczelnika i co do mnie, w charakterze doradcy, głosuję za okazaniem energji, za rzuceniem postrachu, czyli — za śmiercią szpiega i donosiciela.
Byli tak bardzo rozmową zajęci że zaledwie teraz nas spostrzegli.
Po krótkich powitaniach gospodarz domu bez żadnej zwłoki przedstawił to, czego organizacja od nas żądała. Były to zadania, mające związek z potrzebami ekonomicznemi partji, właściwie z pewnemi ich szczegółami, które teraz dopiero, po jej zgromadzeniu się, na jaw wystąpić mogły i wystąpiły. Trzeba było usunąć pewne braki, zadość uczynić większym, niż rachuby poprzednie wskazywały, wymaganiom, zapobiedz mogącemu zdarzyć się nieprzygotowaniu i niedostatkowi. Rzeczy tych drobnych i zarazem dość trudnych kobiety dokonać mogły z większą niż mężczyźni łatwością, z mniejszem niebezpieczeństwem.
Szło nie o jedną, ani o dwie kobiety, ale o cały legjonik kobiecy, roztropnie i trafnie dobrany. Na wzgląd ostatni, kilka głosów nacisk położyło. Omyłki w wyborze mogły pociągnąć z sobą następstwa nieobliczone.
Przymiotami legjoniku, mającego krzątać się po okolicy rozległej i nad którą niezawodnie, po wystąpieniu partji, nieprzyjaciel straż baczną rozciągnie, musiały być: zwinność ruchów, ich spokój i ich niejako naturalność. Druga cecha niezbędna: umiejętność ujmowania dla roboty swojej serc i chęci ludzkich. A trzecie: umiejętność milczenia. I czwarta jeszcze: — odwaga.
— I przytomności umysłu w żadnym wypadku nie tracić! — z przyjacielskim ku nam uśmiechem dodał Orszak.
Słuchałyśmy szczęśliwe, przejęte, skupione; w piersiach grały nam bohaterskie pieśni, a po głowach już przelatywały myśli: kto, gdzie, jakim sposobem? Ku mówiącym pochylone, w słowa ich zasłuchane, z ogniami na policzkach, bez żadnej o tem wiedzy swojej mocno ściskałyśmy się za ręce.
Wtem usłyszałyśmy głos Traugutta. Spojrzenie jego z za szkieł okularów spoczywało na nas uważne, przenikliwe, lecz nie surowe; owszem, wewnętrznym uśmiechem rozjaśnione. Do otaczających rzekł:
— Paniom tym w zupełności zaufać można.
A potem do nas:
— Z ufnością powierzamy wam, te, na pozór drobne, lecz w rzeczywistości ważne interesy polskiego żołnierza.
I tak, jak wówczas, po młodzieńczem i entuzjazmu pełnem oświadczeniu właściciela Dziatkowicz, usta rozkwitły mu świeżym, szczerym, perłowym uśmiechem. Snadź uśmiechy na tę twarz surową najłacniej wywołał widok młodości, która nakształt świecy przed ołtarzem, paliła się przed obliczem ideału płomiennie i prosto.
Jeszcze kilka zapytań, odpowiedzi, przestróg, uwag, i uczułyśmy, żeśmy tu już niepotrzebne.
Pociągała nas ku sobie wielka sala stołowa. Nie była już pusta. Kilkunastu ludzi weszło tu z rojnego dziedzińca, i nie trudno było odgadnąć, że znajdowali się pod wpływem wzruszenia, może nawet wzburzenia, które, na wodzy trzymane, objawiało się jednak w szeptach, gestach wyrazach twarzy.
Byli tam blizcy znajomi nasi, towarzysze zabaw i zajęć, krewni. Uderzyła nas zmiana, która w nich zaszła. Wydawali się wzrostem wyżsi i wyrazem więcej męzcy, niż przedtem. Postawy i poruszenia ich nabrały energji i prostoty, oczy stałego i silnego blasku. Strzelb przy sobie nie mieli; tylko u pasów pobłyskiwały pochwy, kryjące w sobie różną, krótką broń.
Był tam ze swym rzymskim profilem twarzy i wzrostem wszystkie inne przenoszącym, Scypjonem czasem zwany Feliks Jagmin, był Rodowicki, szafirową konfederatkę z fantazją u boku trzymający, był demokrata ów zacięty, świeży ex-student Florenty, byli Artur i Henryk Ronieccy, synowie ojca, który za Białego ogłoszony, przez to znielubiony, teraz dwóch synów miał w partji; mały Tarłowski, dziwny chłopak, biały i różowy, jak panienka, botanista uczony, a z dobrej woli nauczyciel dzieci chłopskich w poblizkim miasteczku; dwaj młodzi medycy, którzy w partji funkcje lekarzy obozowych pełnić mieli; i inni jeszcze, dobrze znani, blizcy...
Rozmawiali z sobą głosami przytłumionemi. Można było dosłyszeć słowa:
— To niepodobna! to stać się nie może.
— Pójdźmy! przedstawmy! powiedzmy zdania nasze!
— Od tego rozpoczynać? nigdy! Byłoby to dla nas wstydem...
— Fałszywym krokiem względem ludu...
— Kimkolwiek jest, człowiek ten pochodzi z tutejszego ludu, na tej ziemi się urodził.
I wiele innych zdań oderwanych, z których niepodobna było wyrozumieć o co chodzi, ale które objawiały uczucia zatroskania, obrzydzenia, niepokoju, na wodzy trzymane, powściągane, jednak wybiegające na zewnątrz w gestach ramion, w marszczeniach brwi, w błyskach oczu.
Zamieniłyśmy z nimi przyjacielskie uściśnienia dłoni i zapytałyśmy: o co idzie, co stało się, lub ma stać się? Śmiało mogłyśmy zapytywać. Pomiędzy nimi i nami, wobec idei i działań w imię jej przedsiębranych, panowała równość zupełna.
Florenty, cały w ogniu, z oczyma zmartwionemi, jedną z nas za rękę pochwycił.
— Chodźcie! pokażę. I opowiem.
Szłyśmy z nim na dziedziniec. Poszli za nami Artur Roniecki i Marjan Tarłowski.
Prędko przez ten dziedziniec przebrnąć było teraz niepodobna. Wszędzie gromadki i tłumiki ludzkie, ruszające się, rozmawiające.
Mnóstwo po drodze przywitań, krótkich rozmów, próśb o dobre życzenie na drogę, o dobrą pamięć dla odchodzących w drogę. W drogę blizką, a jednak daleką i dla wielu bezpowrotną. Nieraz oczy zapiekły nas od łez, kilka razy spostrzegłyśmy w innych oczach szklistą ich powłokę. Ale były to sekundy, po których wracała raźność gwarna i wesoła, w uczuciach wezbranych, w wyobraźni rozkołysanej źródło swe mająca.
Raz, gdyśmy tak szły, witając i razem żegnając, ściskając ręce ludzi, zamieniając z nimi krótkie słowa, po dziedzińcu rozległ się huk przeraźliwy. Jakby coś ogromnego upadło i rozbiło się na mnóstwo szczątków, jakby mnóstwo metalowych ostrzy wzajem o siebie uderzyło. Były to kosy, które wskutek nie wiedzieć jakiego wypadku, ześliznęły się po ścianie, o którą były oparte, i upadając sypnęły w powietrze garść dźwięków, tak samo jak ich żeleźca ostrych. Podniesiono je natychmiast i umieszczono na miejscu uprzedniem, gdzie znowu w świetle latarni rozbłysły jak stalowe słońca.
Ale przez wypadek ten, czy może przez wrażenie na niektórych sprawione, wywołany, rozległ się w powietrzu zbiorowy wybuch śmiechu.
Jednak im więcej wraz z towarzyszami swemi oddalałyśmy się od domu, tem więcej tłum ludzki rzedniał i tem wyraźniej w gwiaździstym zmroku występowały przed nami ściany budynków gospodarskich i otaczające je, rozłożyste drzewa. Ze sfery światła i hałasu weszłyśmy w sferę cienia i względnej ciszy. Na znacznej przestrzeni paliło się tu tylko kilka latarń, w których świetle dostrzedz było można sylwetki osiodłanych koni i w milczeniu dokoła nich poruszających się niewielu ludzi. Gwiazdy za to wyraźniej niż tam iskrzyły się na niebie, wiatr szeleścił w czarnych drzewach i od traw podnosiła się rzeźwiąca wilgoć rosy.
Prędko obok nas idąc, Florenty opowiadał:
— Zaledwie wyszliśmy z Dziatkowicz, drogę nam zabiegł chłopak wiejski, może trzynastoletni i cały drżący, przelękniony, do Jagmina, który z połową jazdy na czele partji jechał, żałośnym głosikiem wołać zaczął:
— Stójcie, panoczku, stójcie! Zatrzymajcie się, jeżeli Boga kochacie!
Jagmin konia powstrzymał, nam to samo uczynić rozkazał i z siodła pochylił się ku chłopcu, który mu jakąś zapisaną kartkę papieru podawał. Rozwinął kartkę, przeczytał i nam pokazał. Było to ni mniej, ni więcej, tylko oznajmienie posyłane do wojska, że wyszliśmy z Dziatkowicz, ilu nas jest, w jakim udajemy się kierunku. Wszystko wyśledzone, wyszpiegowane i donoszone. My do chłopca:
— Kto jesteś?
— Sługa dziakowy.
— Gdzie mieszkasz?
— U dziaka.
— Dlaczego nie u rodziców?
— Nie mam rodziców, pomarli.
— Kto ci tę kartkę dał?
— Dziak.
Kazał dziecku co tchu z tą kartką do miasteczka biedz i oficerom ją oddać. Widzicie gałgan jaki! Nie chłopak, ale dziak! Chłopaka Jagmin na konia podniósł, przed sobą na siodle posadził i zapytuje:
— Czy wiesz, co w tej kartce napisane?
— Wiem, — odpowiada: słyszał, jak dziak żonie swojej czytał.
— Dla czegoś nam ją oddał?
Tu dzieciak rozpłakał się, zmęczyły go już pytania, czy czegoś zląkł się, Jagmin po włosach go pogładził, w głowę pocałował i znowu:
— Dlaczegoś nam ją oddał? Nie bój się niczego. Dobrześ uczynił, i dziękujemy ci za to, ale dlaczego?
Spuścił kudłatą łbinę i tak cicho, że ledwieśmy dosłyszeć mogli:
— Jak zobaczył was, to pożałował... Póki nie widział, to leciał tam, gdzie dziak kazał, a jak zobaczył, to pożałował, bo... bo... dziak przed żonką swoją mówił, że oni was wszystkich jak kaczki wystrzelają...
Miał potrochu rację dziak! W czystem polu i niespodziewanie. Ale co o tem dziecku chłopskiem myślicie? Jakie serce złote? Jaka natura tkliwa! a?
— Jeżeli nie kłamał! - flegmatycznie odezwał się idący za nami Artur Roniecki.
Florenty oburzył się.
— Że chłopskie dziecko, to już zaraz kłamać miało! Wstydź się, Arturze!
Tamten, z jednostajną wciąż flegmą, odpowiedział.
— Nie dlatego, że chłopskie, ale dlatego, że ludzkie dziecko, a temu, co mówią dzieci ludzkie wogóle, niedowierzać trzeba....
— Także filozofja! A sam całowałeś chłopca, aż mlaskało...
— Sentyment we mnie obudził...
— W nas wszystkich.
Odebrał go od Jagmina Żemirski, od Żemirskiego tu obecny filozof, od filozofa ja go w obroty wziąłem, ode mnie ktoś inny. Dziw, żeśmy go na śmierć nie zacałowali. Ośmielił się, prawie rozswawolił, śmiać się zaczął i różnych części odzieży naszej dotykać:
— Jakie u was czapki ładne! A jakie pasy! A strzelby — a jej! Weźcie mnie z sobą... strzelbę dajcie...
Rozkosz, nie malec! Gdyby był choć trochę starszy! Ale bęben taki: za wcześnie go jeszcze na bale z sobą brać!
— Ale cóż z kartką?
— Jagmin zawrócił konia i z nią do Naczelnika, a Naczelnik jak z bicza trzasł, natychmiast: „ten, ten, ten, do dziaka niech jadą! Ręce i nogi mu związać, oczy zawiązać, tu przywieźć! Marsz! Marsz!“ U niego wszystko tak: w trybie rozkazującym, w tempie szybkiem. Dziak, bestja, bliziuteńko mieszkał, wycieczka kwadransa nie trwała. Wrzeszczał, klął, pluł, drapał, aż pistolety musiały z pochew wyleźć. To pomogło. No i jest tutaj z nami.
Tu głos mu nieco scichł, spoważniał:
— Powieszony ma być!
Zadrżałyśmy obie i usłyszałyśmy za sobą szczególny dźwięk, wychodzący z ust Ronieckiego, jakieś przeciągłe: pfuuu! Wyglądało to na powstrzymaną chęć splunięcia.
A obok Ronieckiego idący, mały Marjan Tarłowski szepnął:
— Zły początek! Bądź co bądź... człowiek bezbronny!
— Cicho, nie mów nic! Może posłyszeć!
Stanęliśmy jak do ziemi przykuci, w milczeniu.
O kilka kroków przed nami, stał pod rozłożystem drzewem prosty wóz chłopski, w jednego konia zaprzężony i w pobliżu woza szarzały o drzewo oparte dwie rosłe postacie stróżujących nad nim ze strzelbami na plecach powstańców.
Na wozie, wyraźnie w gwiaździstym zmroku widać było cienkiego i wysokiego człowieka, w długiem, aż prawie do stóp ubraniu, z rękoma u piersi związanemi i ze szmatą białego płótna, która zasłaniała mu wraz z oczyma znaczną część twarzy. Głowę miał okrytą tylko gęstemi, siwiejącemi włosami, siwiejąca również broda opadała mu na związane sznurami ręce. Sploty sznurów, krępujących nogi, ukazywały się z pod skraju długiej odzieży.
Jeżeli kiedy człowiek ten — jak opowiadał Florenty — wrzeszczał, pluł, klął, drapał, teraz mu to już przeszło. Teraz już wiedział, że znajduje się na samem dnie niedoli, że nic go nie uratuje, że lada chwila śmiercią ohydną zginąć musi. Śmierć tę widział może, pod przytwierdzonemi do źrenic powiekami, wiszącą i kołyszącą się na tych samych sznurach, których twarde obręcze na nogach i rękach swych uczuwał. Może tułały się mu po głowie przypomnienia różne i z serca wyciskały łzy, może to serce piekł ogień nienawiści i po członkach rozlewały się gryzące strumienie żółci; najpewniej — śmiertelny strach krople krwi ścinał mu w sople lodów i włókna nerwów stężał w nieme od przerażenia struny.
Cokolwiek czuł i myślał, był w tej chwili upostaciowaniem tej męki, która już nie ma ani głosu, ani słów, ani jęków i tylko, jak wiatr niewidzialny, ciałem człowieka kołysze. Na wozie siedząc, kołysał się nieustannie. Z siwiejącemi włosami na głowie i u piersi, z białą chustą na twarzy, to w tył, to naprzód, odginał swą cienką i wysoką postać, miarowo, nieustannie, w milczeniu kamiennem. Widok zaś tego miarowego, powolnego, wiecznego kołysania się, daleko więcej niżby to zdziałać mogły krzyki i przekleństwa, patrzącym krew w żyłach zatrzymywał, w pamięci rył się na zawsze.
Nie wszystkim jednak patrzącym. Jeden z tych, którzy ze strzelbami na plecach pod drzewem stali, odezwał się głosem od śmiechu nabrzmiałym:
— Pokłony wybija... jak przed ikoną!
Zaśmieli się obaj. Leśni strażnicy to byli, chwaty dzielne i chłopy uczciwe, lecz z nietkniętą jeszcze w duszach pierwotną siłą nienawiści, zacięte i mściwe, z tą siłą, która podobno w wojnach zapewnia zwycięstwo.
Roniecki z cicha ich upomniał:
— Nie trzeba śmiać się z nikogo, kto popadł w nieszczęście.
— Oho! A w jakie nieszczęście szelma ten chciał nas wprowadzić!
Mówiąc to, nie śmieli się już, raczej warczeli. Oko za oko, ząb za ząb. Zasada straszliwa, lecz kto na wojnę idzie, musi ją z sobą brać, a my i ci najbliżsi towarzysze nasi, szliśmy na wojnę bez niej... Już nam było niepodobna dłużej na mękę człowieka tego patrzeć.
Wracaliśmy do domu śpiesznie, w milczeniu. Raz tylko towarzyszka moja przemówiła:
— A cóż się stało z chłopcem? Jeżeli tam powróci, prześladować go będą.
— Ale gdzie tam! Jagmin tu go na koniu swoim przywiózł i ztąd zaraz do rodziców odesłał, o opiekę nad nim prosząc. Będzie mu tam jak w niebie... syn prosił...
W sali jadalnej, zaraz u drzwi, towarzyszów naszych wymówki i zapytania spotkały:
— Gdzieżeście byli? Czekamy na was! Do naczelnika idziemy, ale bez ciebie, Arturze, nie można. Ty przemówisz...
— Dlaczego ja?
— Boś najspokojniejszy, a tu trzeba...
— Dobrze w garści się trzymać. Macie rację. Potrafię.
— Idźmy więc. Historja rzeczywiście przykra.
— Tarłowski słusznie mówi: zły początek!
— Petlicą wisielczą ręce brudzić!
— Bezbronnego zwyciężać...
— To jest syn chłopski!
— Jednej z chłopami wiary!
— Obruszymy przeciwko sobie lud!
— Chodźmy! Czas ucieka!
— Chodźmy!
Do salonu we czterech weszli i przed Trauguttem, który wśród kilku członków organizacji siedział, w postawach pełnych uszanowania stanęli. Postawy ich były uszanowania pełne, ale w oczach, na czołach, na wargach, coś takiego im drgało, paliło się, migotało, że wprzód nim słowo z ust któregokolwiek wyjść mogło, Romuald Traugutt, gestem energicznym ramię ku nim wyciągnął i głowę podnosząc rzekł:
— Niech panowie nie mówią. Proszę nie mówić nic. Wiem o co idzie.
Było to bystre przeniknięcie tych głów zapalonych i tych niezaprawionych do posłuszeństwa woli; było to przytomne zapobiegnięcie słowu jakiemuś, które mogło z ust się zerwać, niosąc z sobą konieczność kary i niepodobnego do naprawienia nieszczęścia.
Przez chwilę milczał, prosto w twarze ich patrząc, aż z tym samym spokojem w głosie, którego miał pełne oczy i postawę, mówić zaczął:
— Idzie o człowieka, który dopuścił się względem nas szpiegostwa i donosicielstwa. Prawo wojskowe ma dla postępków takich karę śmierci. Tym razem jednak, z przyczyn mnie wiadomych, ułaskawiam tego człowieka. Niech odwieziony będzie o wiorst kilka od domu tego i tam wśród pola pozostawiony. Zasłony z oczu, ani więzów z rąk i nóg nie zdejmować. Panowie Jagmin, Radowicki i Roniecki wóz z jeńcem eskortować będą i natychmiast po spełnieniu rozkazu mego tu powrócą.
Na zegarek spojrzał:
— Partja wychodzi ztąd za pół godziny.
Trzej wymienieni przez naczelnika młodzieńcy złożyli głębokie ukłony i śpiesznie dom opuścili. Czwarty, Florenty, obok nas przechodząc, do uszu nam szeptem rzucił:
— Co za głowa! Z oczu nam awanturę wyczytał i sam niby tak postanowił:
Czy niby, czy istotnie sam tak postanowił, odgadnąć trudno było. Długo siedział zamyślony i milczący. Gospodarz domu pierwszy przerwał milczenie. Czuł się widocznie niezadowolonym, po ustach mu szpilki ironji biegały.
— Będziesz miał, panie naczelniku, robotę długą i trudną.
— Z czem?
— Z poskramianiem fantazji naszych, sentymentów naszych, warcholstwa naszego. Śmiem zapytać: czy dobrze się stało, że ustąpiłeś?
Podniósł głowę Traugutt i twardo odpowiedział:
— Nie ustąpiłem; ostateczną decyzję tylko powziąłem.
Potem łagodniej już nieco dodał:
— Człowiek ten, do godności urzędu cerkiewnego podniesiony, jest przecież chłopem. Młodzieńcy ci mieli słuszność. Nie od mordowania chłopów zaczynać nam należy. Nie ustąpiłem przed nimi, ale zdanie ich po rozwadze podzieliłem.
Wstał z krzesła. Odbicia światła, w szkłach, które na oczach miał, iskrzysto od ruchu głowy zapłonęły.
— Ilekroć zgodnie z przekonaniem swojem będę mógł zapobiedz wybuchowi warcholstwa, zapobiegnę mu; ilekroć przekonaniu memu w drodze on stanie — poskromię go.
Przy ostatnich słowach, ręka jego, ruchem pomimowolnym, spadła na zawieszone u pasa pistolety.
Trzej jeźdźcy pod ganek domu podjechali, z koni zeskoczyli.
— Siedzi sobie niedaleko drogi na zagonie — flegmatycznie opowiadał Roniecki — i czeka aż go kto przechodzący albo przejeżdżający z pęt wyzwoli. Zapewne stanie się to niebawem, a im później się stanie, tem dla nas lepiej będzie. I jedno tylko mam do zarzucenia ekspedycji, to, że jakimś sposobem opaska kupidynowa z oczu mu się zsunęła i że nas ujrzał, a ujrzawszy poznał.
— Cóż z tego wyniknąć może?
— A no, to tylko, że w razie... okoliczności nieprzyjaznych, my, na jego miejscu, jak leśnik Grzegorz się wyraża, zadyndamy!
Poszli naczelnikowi oznajmić, że rozkaz jego spełniono.
Latarnie na dziedzińcu i gwiazdy na niebie przygasły, wczesny świt wiosenny rozbłękitniać zaczynał powietrze, gdy Traugutt w otoczeniu cywilnych towarzyszów swych, na ganek domu wyszedł. Zaraz też po dziedzińcu rozległ się donośny, metaliczny głos jego:
— W szeregi formuj się! Jazda na koń!
Śpiesznie Radowicki do wodza się zbliżył i z uszanowaniem mówił:
— Żołnierze zapytują, czy wolno im dzień i pochód rozpocząć odśpiewaniem hymnu?
Wódz głową znak potwierdzający uczynił, adjutant zaś z brzegu ganku na cały dziedziniec krzyknął:
— Śpiewanie pozwolone!
Na dziedzińcu odbywały się szybkie, milczące ruchy. Dziesiętnicy i setnicy piechotę w szeregi ustawiali, jazda wsiadła na przyprowadzone od stajen konie.
Traugutt zawołał:
— Jagmin z połową jazdy naprzód!
Przebiegła przed gankiem garść jeźdźców na pięknych koniach, z szablami u boków, konfederatkami nas żegnając i u początku drogi, która z dziedzińca wychodziła w pole, jak wryta przed szeregami pieszemi stanęła. Druga zupełnie do tamtej podobna, stała za dwoma nieco wyosobnionymi i na siodłach nieruchomymi jeźdźcami. Byli nimi wódz partji i jego młody adjutant.
Chwila milczenia, kamiennej ciszy porannej w powietrzu coraz bielszą od szybko powstającego dnia, aż na znak dany przez wodza, stanął w strzemionach młody adjutant i w ciche, białe powietrze rzucił okrzyk dźwięcznego głosu:
— Naprzód! Marsz!
Wtedy, jak fala, która szumnie, lecz poważnie płynie, zaczęli odjeżdżać, odchodzić. Stąpania ludzkie i końskie szemrały głosem przyciszonego wiatru, i nad szumem tym wybuchnęła pieśń kilkuset piersi męskich.
Z pieśnią tą szli i jechali powoli, równo, w porządku niezmąconym, pomiędzy dwoma rzędami strzelistych topoli, naprzeciw jutrzence, która za topolami, szlakiem różanym daleki skłon nieba powlekła.
W błyskach słonecznych, które na szlaku jutrzenki drgać poczęły, płynęła nuta i brzmiały coraz dalsze słowa pieśni.
Ganek domu pełen ludzi wezbrał silnem biciem serc i szeptem błagalnym:
— Boże błogosław!
Byli tam tacy, którzy ramiona ze splecionemi dłońmi ku oddalającym się wyciągali, i tacy, którzy oczy zasłaniali dłońmi. Orszak w niebo patrzał. Z czoła gospodarza domu wyniosłość zniknęła bez śladu i przewlekły się po niem chmury ciężkich myśli, gdy usta, z których ironja bez śladu zniknęła, szeptały:
— Boże, zmiłuj się!

· · · · · · · · · · · · · · · · · · · · · ·

...Nie pobłogosławiłeś, Boże!
Nie zlitowałeś się, o Boże!
Dlaczego?
Czy tam, w światłości niebieskiej, dowiedzą się o tem ci, którzy tu żyli i pomarli w piekielnej ciemności?
Kto wiosny owej spostrzegł kwitnące róże? Kto słuchał śpiewów słowiczych?
Dla kwiatów i dla pieśni, dla wiosennych marzeń, zachwytów, spoczynków, nie było czasu, woli, myśli, pamięci. Lasy płonęły.
Z horeckich lasów wylatywały częste wieści i rozlatywały się po przestrzeni szerokiej, budząc w sercach i głowach głębokie i wierne echa.
Poczta obywatelska w energicznym ręku Władysława Orszaka działała nieustannie, wiążąc powstańców ze światem i ludzi po świecie rozproszonych pomiędzy sobą. Człowiek ten, któremu nadaremna tęsknota do wysokiego życia czynu strawiła całą radość młodości, z radością teraz rzucił się w to życie i wraz z garścią pomocników swoich był wszędzie, dowiadywał się o wszystkiem, ostrzegał, doradzał, świat uwiadamiał o tem, co dzieje się w głębi lasów, i głąb lasów o tem, co czyni i przedsiębierze świat.
Tym sposobem poznawane, wewnętrzne życie obozu budziło uczucie radości, nie wolne przecież od pewnego uczucia grozy.
Kędyś tam, na otoczonej odwiecznemi drzewami, rozległej polanie leśnej odbywały się ćwiczenia wojskowe, nieustanne, pracowite, pilne, mające ochotników nieumiejętnych przemienić w żołnierzy, sztuki swej świadomych. Wzbudzało to dla wodza szacunek powszechny i przy opowiadaniach o jego ciężkiej, niezmiernej pracy, wzbijający się do stopnia czci. Ale zarazem panowała tam karność tak surowa, nawet sroga, że ludzi dotąd sprawom wojskowym obcych, zdumieniem przejmowała. Ktoś tam — młodzieniec zaledwie dorosły — już z rozkazu wodza rozstrzelanym został. Ktoś inny był losu takiego bardzo blizki. Za brak posłuszeństwa. A posłuszeństwo łatwe nie było, nie! Regulamin panował koszarowy, czy klasztorny, z niezłomnem dla każdej godziny przeznaczeniem, z nieubłaganem dla każdego człowieka obowiązkiem, z karami, które u szczytu miały karę śmierci dla każdego, bez względu na to, czy bogaty był albo ubogi, uczony albo prostak, najmłodszy albo najstarszy. Wobec sposobu życia, żywienia się, spoczynków nocnych, pracy wymaganej — zrównanie się doskonałe stanów, umysłowości, przyzwyczajeń. Ujęcie wszystkich woli w żelazną obręcz obowiązku, przeciągnięcie nad wszystkiemi głowami nieugiętej linji równości. I groźby ciężkie dla wszystkich, którzyby tę obręcz przekroczyć, nad tę linję wzbić głowy próbowali.
Ludziom, do wrażeń gwałtownych, do czynów krwawych, do dni surowo spędzanych nie nawykłym, jak „mdłym panienkom“, sprowadziło to na skórę dreszcze przerażenia, ale milczeli, czasem mówiąc tylko: „Tak snadź trzeba!" Niemniej wiedzieli wszyscy, że tam, w głębi lasu, obok wroga zewnętrznego czai się i grozi ten jeszcze, którego człowiek każdy w samym sobie nosi.
Siwi ojcowie nizko pochylali zamyślone głowy i matki ukradkiem łzy z oczu ocierały. Po zacisznych kątach domów i w cienistych alejach ogrodów płakiwały dziewczęta. W księżycowe noce widzieć było można u okien otwartych klęczące postacie, z twarzami podniesionemi ku osrebrzonemu niebu, albo u słupów gankowych wyprężające się w powietrzu osrebrzone ramiona z załamanemi dłońmi. Gdy po długich czuwaniach domy usypiały, w ciemnych pokojach odzywały się krótkie krzyki, niewyraźne mowy, tęskliwe wołania. To krzyczeli, mówili, wołali ludzie śpiący.
Lecz w dni białe, na miejscach odkrytych, jawnie i głośno nikt nie wyrzekał, nie płakał, nie buntował się przeciw niczemu. Duma wstąpiła w głowy i zabraniała im jawnej żałości, a w piersiach tkwiła i żałość gasiła ta radość tajemniczego pochodzenia, która sączy się z ofiary, przed ukochanym ołtarzem zabijanej, i krew jej przemienia w oliwę.
Zresztą na biadania, płakania, szemrania czasu nie było.
Żwawo i pracowicie po dworach, dworkach, zagrodach, wypiekano ciemne chleby, wyrabiano białe sery, sporządzano zasoby żywności trwałej, odzieży rozmaitej.
Powozów na drogach prawie wcale widać nie było, gęsto w zamian turkotały wozy i wózki, lekkie a pakowne, wyskakiwały z nich przed progami nizkich domostw kobiety wysmukłe i białe, wpadały do świetlic, w których z nad gospodarskich statków podnosiły się na ich spotkanie postacie kobiece inne nieco, rumiane, tęgie, ogorzałe, lecz tak samo jak tamte jakiemś słońcem świątecznem, czy dusznem rozgrzane i rozpromienione.
Bywało wtedy w tych świetlicach, czyli pokoikach, izbach, mnóstwo gwaru, złożonego z rozmów, zapytań, opowiadań, wzdychań, wykrzyków, pocałunków. Śmiały się z nas barczyste i silne szlachcianki, gdyśmy, obok nich nad statkami gospodarskiemi stojąc, do wspólnej roboty rękawy na szczupłych ramionach zawijały; śmiałyśmy się ze szlachcianek, gdy zapytywały: czy też młodzi panowie, co są w partji, na takim ciemnym, choć i smacznym chlebie poprzestawać zechcą? Śmiałyśmy się wszystkie razem, ilekroć robota jakaś bardzo się nam udała, albo nie udała. A gdyśmy jaką dobrą nowinę, bądź z lasu otrzymaną, bądź w gazetach wyczytaną, przyniosły i opowiedziały, zrazu radość powszechna wybuchała, potem chwiała się w niepokojach, wątpieniach, aż przemieniała się w rozrzewnienie, złożone z radości, niepokojów, wątpień, nadziei, i wyciągały się ku sobie wzajem ramiona wątłe i silne, białe i ogorzałe, spotykały się w pocałunkach usta... Jak pierwsi chrześcijanie w Chrystusie, kochałyśmy się w Polsce.
Zatrzymywały się również wozy i wózki nasze przed niższemi jeszcze niż tamte progami siedlisk leśników, sług dworskich, różnych ludzi małych, teraz dla oczu naszych wielkich, dla serc drogich. Zamieszkiwały je rodziny, przez mężów, synów, braci opuszczone. Nie mogło być, by ciałom ich chleba, a duszom pociechy brakowało. Dzieci bywało tam mnóstwo; na odgłos naszych wózków, jak na spotkanie dobrej nowiny, wylatywały z wesołym hałasem. Smutne żony uśmiechami wdzięcznemi rozjaśniały twarze, a stare matki wlepiały w nas źrenice spłowiałe, gdy wargi jak uschłe liście drżały i szeleściły szeptem:
— Daj Boże! Daj Boże!
Potem wozy i wózki nasze, tak przedmiotami różnemi napełnione, że aż od nich kolorowe i pachnące, zwinnie przetaczały się od dworu do dworu, coraz dalej, coraz dalej, ku kanałowi Królewskiemu, za kanał...
Czasem, na znak przez Orszaka lub pomocników jego dany, wszystko zatrzymywało się, stawało, słuchało: „Teraz nie można! Szpiegi krążą! Wojska przechodzą!“ Albo! „Nie temi drogami! Tamtemi! Tamtemi! Bezpieczniejsze!" Zwłoki bolały; nie bywały też nigdy długie. Zawsze znajdowały się sposoby, jeżeli nie te, co wprzódy, to inne. I znowu, czasem z objazdami dalekiemi, przez okolice wpierw nieznane, brzegami łąk, świecących szkłem wodnych rozlewów, skrajami lasów obrzeżających bezludne ugory, od dworu do dworu, coraz dalej...
Nieraz w drodze zapadały nad nami gwiaździste lub pochmurne noce, nieraz o sinem świtaniu mijałyśmy jakieś domostwo nizkie, z grzędami jaskrawych kwiatów przed progiem, i wolały na nas ztamtąd znajome głosy, abyśmy zatrzymały się, odpoczęły... Bywały cudne wschody słońca na niebie, różane od jutrzenek, gdyśmy, bezsenne i spragnione, piły z glinianych kubków mleko pieniste, nad oblanemi rosą grzędami ognistych nasturcji i piwonji.
I tylko — niestety — wozy i wózki nasze nie zatrzymywały się nigdy przed chatami chłopskiemi.
Chaty te były przed nami zamknięte — niestety!
Zamykały je przed nami różnice wiary i mowy, błędy przodków naszych — niestety! niestety!
I była to skała, o którą rozbiła się nawa nasza, na straszliwe morze wypuszczona, — niestety!
Na której piękny żagiel nasz rozdarł się — niestety!
Z której, po krótkim dniu słonecznym spłynęła na nas noc ciemna, duszna, zimna, nieprzebyta — niestety!
Zamknięta przed nami chata chłopska była to ta skała — niestety! niestety! niestety!
Staczali bitwy...
Rozumiesz, że naocznym świadkiem ich być nie mogłam, a chociaż wiele, wiele razy słuchałam opowiadań o nich naocznych świadków, zrozumiesz, że dla ich malowania potrzeba ręki, do czego innego niż moja zaprawionej.
Do czego zaprawiała się ręka moja, ty wiesz! Na tym świecie bratobójczym, od złości żółtym i od krwi czerwonym, zaprawiała się ona do zdejmowania z nieba wysokich, czystych, kojących błękitów. Szalona była? To prawda. Lecz nie wymagaj teraz od niej farb czerwonych.
To jednak powiem, że stoczyli kilka pomyślnych bitew z wojskami, które ich po zaroślach, cieniach, labiryntach leśnych szukały, ścigały, tym nowym dla siebie sposobem wojowania niecierpliwione, rozjątrzone.
Tak nieraz kraje inne broniły się od niewoli, albo zrzucały z siebie niewolę za tarczami swoich gór i skał. Myśmy górskich zasłon, ani skalnych wierzchołków nie mieli, tylko tę jedną tarczę zieloną, odwieczne gniazdo rodu, z którego teraz ród uczynił sobie twierdzę, a raczej wiele twierdz z osadzonemi w szumiących ścianach ich załogami.
Drobne liczbą musiały być te załogi, aby przez tę drobność właśnie posiadać lekkość, łatwość przenoszenia się z miejsca na miejsce, rozlatywania się i zlatywania nakształt ptaków, które przed myśliwcem umykają, a sposobność pomyślną dostrzegłszy, spadają na niego gromadą skrzydlatą, dziobatą, zawsze rozlecieć się i znowu zlecieć gotową.
Drobnemi załogi te z natury być musiały, ale także i bardzo licznemi. Aby starczyć, aby skutecznie czoło stawić ogromnemu i w formy regularne ukształtowanemu wojsku, ilość ich musiałaby być ogromna, musiałaby powierzchnię kraju usiać tak gęsto, jak gęsto gwiazdy usiewają sierpniowe niebo. Była niewielka, była za mała. Skurczyła ją, wzrost jej zatamowała, do stanu pożogi szerokiej, zwycięskiej, nie dopuściła — niestety! — zamknięta chata chłopska.
W zielonej twierdzy lasów horeckich załoga okazała się dzielną i mężną. Tygodnie upływały, bitwy były staczane, a ona nie przestawała trwać, przeciwnie miała niebawem wzrosnąć w liczbę i siłę przez połączenie się z inną, jej podobną, którą ze stron niezbyt dalekich wiódł ku niej...
Jak dzwonek, radośną wieść ogłaszający, zabrzmiało w ustach ludzkich imię: Leliwa. Było to przybrane imię; ukrywało się pod niem inne, nam zresztą wiadome. Bił od imienia tego blask pięknej sławy, szły przed nim opowieści do legend podobne. Ci i owi mówili, szeptali: „Gdy się dwaj tacy wodzowie, gdy się dwa takie oddziały połączą..." I upatrywali w tem połączeniu zawiązek narodowego, regularnego wojska, albo spodziewali się po niem jakiegoś czynu tak rozgłośnego, zwycięstwa tak potężnego, że jak błyskawica firmament rozświeci, jak prądem elektrycznym ludźmi wstrząśnie i wszystkich do walki pociągnie, może nawet chatę chłopską przed nią otworzy.
Takie były marzenia, — ale niechaj nie mówi nikt, że urojenia. Niechaj nikt marzeń wielkich z próżnemi urojeniami nie miesza, bo na dnie ich częstokroć spoczywa prawda, której tylko twarda tłocznia złej rzeczywistości ziścić się nie dała. Dusza ludzka, do wielkości stworzona, o niej w roztęskieniu śni. Sny nie sprawdzają się, lecz w nich jest prawda nie w wichrach, które kurzawy marne z ziemi podnoszą, z nich dla niej mogiłę usypują. Otworzy się kiedyś mogiła, i wyjdzie z niej zwycięska prawda snów wielkich...
Gromadziły się naprzeciw załodze twierdzy horeckiej wojska liczne. Dlaczego aż tak liczne, przyczyn było wiele. Wytrzymałość jej i trwałość zadziwiały, budząc błędne przypuszczenia o jej liczbie i zasobach; zwycięstwa przez nią odnoszone upokarzały, gniewały, jątrzyły. Trzeba raz z tem skończyć. Pochód Leliwy przez lasy i moczary, powolny i skryty, zupełnie tajemnym jednak, ani cel jego nieznanym zostać nie mógł. Niedobrze w zamian znana, cieniami lasów, pustkowiem moczarów okryta była oddziału tego siła. Głębokie lasy, bezludne pustkowia, drogi tylko przez klucze wędrownych ptaków wykreślane, tajemnic dobrze strzegą, a w każdej tajemnicy tkwi ziarnko grozy, i narzędziem optycznem, najwięcej powiększającem przedmioty, jest ich tajemniczość. Trzeba tedy przeszkodzić zlaniu się dwóch oddziałów, które gdy się dokona, przedstawi niewiadomą siły i celów najbliższych. Nakoniec, nie było takiego Argusowego oka, któreby w każdem dniu i o każdej godzinie wiedzieć mogło, czy już nie dokonało się, wczoraj może, ubiegłej nocy może, przed godziną może... A jeżeli się to już stało? przeciw cyfrze niewiadomej występować musiała cyfra wielka... Takie były przyczyny, dla których przeciw załodze twierdzy horeckiej wyprawić musiano ilość wojska, w stosunku do jej ilości wielką.
O tem, że tak być miało, wiedzieliśmy i wiedział obóz. Niedarmo Orszak i pomocnicy jego pracowali. Niewiadomym tylko pozostawał dzień, w którym wojska ku lasom horeckim przyciągną.
Do dnia tego sposobiono się w obozie; do następstw jego przysposobić się musiała organizacja.
W wypadku każdym przewidywana była liczba znaczna rannych, a w wypadku rozproszenia, znaczniejsza jeszcze tych, którzy schronienia krótszego lub dłuższego potrzebować będą.
Okazała się konieczność zgromadzenia pewnego zasobu chętnych sił ludzkich, w jaknajwiększem pobliżu miejsca przyszłej i zapewne niedalekiej w czasie walki.
Dwór z dużym, murowanym domem, trochę na ruinę wyglądającym, zaniedbany, smutny, prawie ponury w swych białych brzozach i prawie czarnych świerkach. Mieszkał w nim człowiek samotny, oddawna ciężką niemocą złożony i panowała towarzysząca zwykle niemocy i samotności, cisza.
Lecz w tym momencie, ani ciężka niemoc, ani orszak jej, z odosobnienia i smutku złożony, przeszkodą być nie mogły. Przeciwnie, odosobnienie, zaniedbanie, sława grobu, w którym przeciągle dogorywa człowiek już prawie umarły, dobroczynnie usuwały podejrzenie, przypuszczenie, że zakraść się tu mogła jakakolwiek fala wrzącego dokoła potoku.
Zakradła się jednak i żadnym głośnym objawem nie zdradzała swego istnienia. Białe brzozy i ciemne świerki zdawały się ocieniać grób.
W pokojach wysokich, oddawna zaniedbanych, wśród sprzętów nielicznych i ścian prawie nagich, zwinnie krzątały się kobiety, długie rozmowy staczali mężczyźni. Pierwsze stale tu przebywały; drudzy zjeżdżali się, to rozjeżdżali, w sposób najmniej dla oczu i uszu ludzkich wyraźny.
Nad stołami wznosiły się stosy sporządzanych szarpi, bandaży, rodzaju różnego bielizn i odzieży; u ścian bielały troskliwie usłane pościele; gdzieindziej ważono, mierzono, przysposabiano kuchenne i spiżarniane zasoby.
W noc chmurną i dżdżystą ktoś do drzwi prowadzących na ogród zapukał.
— Kto tam?
Za szklanemi drzwiami stała postać w ciemności czarna, lecz głos znajomy wymówił imię znane. To jeden z przebywających w obozie lekarzy.
Pieszo przeszedł przestrzeń, dzielącą obóz od kanału, wpław przebył kanał i przyszedł tu, aby udzielić rozporządzeń, czy wskazówek, tyczących się przyszłych rannych.
Godzinę tylko zabawi i przed wschodem słońca z powrotem znajdzie się w obozie. Odzieży osuszać nie będzie, bo niewarto czynić tego przed powrotnem wkrótce rzuceniem się do wody. Więc wodą ociekający, pijąc pośpiesznie rozgrzewający napój, mówi nam, co w domu znajdować się powinno, co czynić, jak sobie w wypadkach różnych radzić, w razie, gdyby żaden z lekarzy obozowych nie stawił się na chwilę odpowiednią. Stać się to łatwo może, dla tej choćby przyczyny, że żaden może już nie żyć. I o tem jednak pomyśleć należy, aby nieżyjących czy uwięzionych, ktoś żyjący i wolny zastąpił. Kogo, zkąd, do zastępstwa wezwać? Zaraz też oznajmić, uprzedzić: gdzie, kiedy.
Przed wschodem słońca młody lekarz znowu kanał Królewski przepływał i ścieżkami leśnemi ku obozowi dążył, a niewiele później, o wczesnym poranku, niepozorna bryczka, z dwiema siedzącemi na niej kobietami, przetaczała się od zaniedbanego dworu do miasteczka, o mil kilka oddalonego.
Różowej jutrzenki dnia tego na niebie nie było, szare chmury wschód słońca zasłaniały, na piaszczystej, nudnej drodze dął wiatr silny i biczami zimnego deszczu smagał. W mgle deszczowej karłowate sośniny na żółtych piaskach wyglądały jałowo i nędznie; po obu stronach drogi, tu i ówdzie, wysokie dziewanny, całe w kwiecie, przez wiatr miotane, zdawały się rozpaczać i ociekać żółtemi łzami. Czarne wrony, na zarośla zlatując, krakały. Na sercu leżał ciężar niewiadomego pochodzenia: może w smutku natury — przeczucie smutku, o! jakiego smutku życia!
W miasteczku panował wielki ruch, pomimo że przestraszona ludność mało ukazywała się na mokrych dnia tego uliczkach. Ruch pochodził od wojska, którego liczba znaczna tylko co tu przybyła, a kiedy odejść ztąd miała, nikt nie wiedział. Nie zaraz jednak pewno, bo oficerowie i żołnierze roztasowywali się po domostwach; plecy żołnierskie były już bez tornistrów, grzbiety końskie bez siodeł. Szare od deszczu powietrze napełniały czerwone i żółte plamy mundurów, sylwetki zwierząt, wozów, ładunków na wozach, panował zamęt i hasła życia niespokojnego, które, przystanąwszy na chwilę, wzdęło się butą i pewnością swojej nieprzemożnej siły.
Wśród pstrocizny wojskowych ubrań i natłoku śmiałych ruchów przesuwały się, przebiegały postacie mieszkańców, pokorne, śpieszące, wylękłe, z twarzami pobladłemi; z wrzawy grubych głosów wyrzynały się piskliwe krzyki kobiet i płacze niemowląt.
O południu dnia tego przyjechał do nas Orszak i oznajmił:
— Jutro!
Dlaczego aż jutro, skoro do miejsca tak blizkiego już nadciągnęli? Czekają zapewne na nadciągnięcie innych...
Przed zmrokiem, naczelnik organizacji udał się do obozu dla pomówienia z naczelnikiem partji. Prowadził go przez las jemu nieznany, wybornie go znający, stary stolarz Antoni, który syna miał w partji. Wczoraj tu przyszedł z miasteczka, w którem warsztat swój posiadał, z zapytaniem: co tam z naszymi słychać? A teraz śmiał się pod białym wąsem i ręce zacierał, ciesząc się: „Chłopca mojego zobaczę!"
Niewiele przed północą powrócili, i z twarzy naczelnika organizacji widać było, że nie zadowolnił go wynik rozmowy. Z Orszakiem i starym Ronieckim, który o późnym wieczorze tu przybył, długo w noc pocichu rozmawiali. Zdaje się, że szło o to, aby Traugutt uniknął bitwy z siłą tak przeważającą, przez cofnięcie się w ciągu nocy dalej, głębiej w lasy, które łączyły z horeckiemi, i że on na to się nie zgodził. Zdaje się, że przyczyną niezgodzenia się były niedogodności gruntu, które przyśpieszonym pochodem przebywać wypadałoby, i obawa, aby rozkaz cofania się nie osłabił odwagi i ufności w siebie świeżego żołnierza.
Noc była bezsenna i niespokojna. Wiele niepokoju przyczyniła Czernicka, żona nadleśnego, której mąż, strzelec wyśmienity i syn dwudziestoletni, jedynak, byli w partji. Gospodyni, doskonała kobieta, pracowita i uczciwa, była nam tu w zajęciach naszych bardzo użyteczna, i lubiłyśmy ją, choć pokryjomu uśmiechałyśmy się czasem z jej gadatliwości niezrównanej, głosiku piskliwego i niezwykle wysokiej a cienkiej figury, u której szczytu, żałośnie jakoś sterczał z tyłu czaszki cieniutki, czarny, spiralnie zwinięty warkoczyk. Z tą Czerniusią naszą, wesołą zwykle, czynną, raźną i aż nadto mówną, tej nocy nie wiedzieć co się stało. Wstąpił w nią jakiś duch niepokoju, strachu, tęsknoty, nad którym nic zapanować nie mogło. I był to duch w gadatliwej kobiecie tej bardzo dziwny, bo jak grób milczący i tylko przymuszający ją do ciągłego chodzenia, snucia się dokoła nas, patrzenia w twarze nasze małemi, czarnemi oczkami, z których wyglądała jakaś niewysłowiona i żadnem słowem nie wyrażana męka. Do spoczynku położyć się nie chciała, jeść ani mówić z nami niechciała, robić nic nie mogła i tylko, z żałośnym warkoczykiem swym u szczytu długiej i cienkiej figury, z drobną, żółtą twarzą, w męce nieprzemożonej skurczona chodziła wciąż, chodziła, snuła się pod ścianami, dokoła stołów, a za nią chodził po ścianach długi i cienki jej cień. Zatrzymywała się czasem u otwartych drzwi pokoju, w którym mężczyźni rozmawiali i zdaje się, że podsłuchiwała ich rozmowę... Ta, przez długie godziny nocne, w milczeniu grobowem chodząca wciąż i chodząca z męką na twarzy postać, przypominała nam owego na wozie kołyszącego się wciąż i kołyszącego dziaka. Mdlały i bolały od jej widoku wszystkie nerwy.
Dzień wszedł słoneczny upalny, duszny, ze szmatami chmur, przewłóczącemi się pod wyiskrzonem niebem.
W pokoju wysokim, prawie pustym, kilkanaście osób, kobiet i mężczyzn, stało u szczelnie pozamykanych okien, patrząc przez wielkie, lecz mętne od zaniedbania szyby, na przechodzące i przejeżdżające wojsko.
Przejeżdżało i przechodziło szeroką, piaszczystą drogą za bramą i ogrodzeniem dziedzińca, tak blizko, że można było wyraźnie dostrzegać postacie oddzielne, barwy ubrań i koni.
Rozłożyste gałęzie drzew, rosnących za oknami, część szczegółów zasłaniały; rozchylał je, to znowu łączył, wiatr dość silny, i było to tak jakby niewidzialne jakieś ręce rozsuwały, to zasuwały zielone firanki, przed obrazem ruchomym, jaskrawym, błyszczącym, przesuwającym się długo... długo...
Szli i jechali, szli i jechali, z krótkiemi czasem przerwami wśród oddziałów. Ubranie ich w świetle słonecznem iskrzyło się od barw i metalów, bronie błyszczały, kroki monotonne szumiały, nie kiedy głucho grzmiały.
Siła. Siła liczby i żelaza. Siła wielka. Nie setki już mniejsze lub większe, jak wprzódy, ale tysiące.
W pokoju panowało milczenie, szmerem oddechów nawet nie mącone, bo przeciągająca przed oczyma siła składała się na oddechach, tamowała je i dławiła gardła. W tem milczeniu czyjś głos wymówił:
— Jenerał!
Kilka powozów zwolna toczyło się po piaszczystej drodze. Jeden z nich nalany był jaskrawą czerwonością i zaświeciły w nim jakieś srebrne włosy. Kilka rumianych twarzy dokoła tej srebrnej głowy, mnóstwo jeźdźców i koni dokoła powozu, od pozłacanych bronzów błyszczącego.
Była chwila, w której zdawać się mogło, że powóz stanie przed bramą dworu — i krew w żyłach zastygła. Wysiądą z powozu, wejdą do domu, może będą szukali tego, czego dom ten pełny, może będą zapytywali o to, o czem ustom naszym mówić przed nimi za cenę życia nie podobna...
Ale nie; to tylko w grzęzkim piasku koła powozu obroty swe zwolniły. Stangret, z ramionami w czerwonych rękawach jak struny wyprężonemi, przed piersią w czarny aksamit ubraną, gwizdnął, konie okryte mosiądzem błyszczącym i brzęczącym ruszyły prędzej, powóz minął bramę, za nim, w otoczeniu jeźdźców przesunął się jeszcze i jeszcze jeden. Sztab jeneralski. Za powozami pełnemi ludzi młodych jeszcze, jak na bal wystrojonych, z ożywieniem gestykulujących, znowu wojsko piesze, konne, potem jeszcze bryki wojskowe na zielono pomalowane, ładunkami spiętrzone i nakoniec proste wozy chłopskie, potrzebom jakimś żołnierskim służyć zapewne mające. Wiele chłopskich wozów; powożą niemi ludzie w szarych siermięgach i baranich czapach, nad twarzami ciemnemi, obrosłemi, obojętnemi, znudzonemi.
Do jednostajnie przed obu zapaśnikami zamkniętej chaty chłopskiej zapukała siła, ludzi tych z niej wyprowadziła i za sobą prowadziła. Milczący Sfinks, leniwie i obojętnie ciągnął za tysiącogłowym kolosem, a zbiorowe oblicze jego z pod czap baranich zdawało się mówić: „Muszę!" i „Wszystko mi jedno!"
Nakoniec opustoszała piaszczysta droga, i nic już na niej nie było, oprócz tumanów kurzawy, żółtemi strzępami opadającej na poblizkie drzewa.
Odstąpiliśmy od okien i usiedliśmy, gdzie komu było najbliżej. Nikt nic nie mówił, zdaje się, że nikt nikogo i nic dokoła nie spostrzegał. Myśli w głowach milczały, na sercach leżały bryły lodu.
Służący ukazał się we drzwiach otwartych i dziwnie cichym głosem oznajmił podany obiad. Nikt długo nie czynił najmniejszego poruszenia, a potem ktoś wstał i przymknął drzwi pokoju, w którym krzątała się służba i podzwaniały naczynia stołowe. Powszednie widoki stały się dla dusz nieznośne, powszednie potrzeby w ciałach umilkły. Nic, tylko ten kolos, który tylko co przed oknami przeciągnął, tylko ta siła żelazna, ogromna i przed oczyma, w uszach, jej błyski, barwy, brzęki, turkoty, tętenty...
Zupełnie niepodobna mi powiedzieć, ile czasu upłynęło do tej chwili, do tej niespodziewanej tak rychło chwili, w której za domem, nie w bezpośredniej jego blizkości, ale w niewielkiem oddaleniu, uderzył w powietrze stuk ogromny — i my wszyscy zerwaliśmy się na nogi, z jednym u wszystkich okrzykiem:
— Strzelają!
Potem krótki pomiędzy nami zgiełk zapytań, zadziwień.
— Już! tak rychło? Jak to? gdzie tak blizko? Oni przecież w głębi lasu... a strzały u jego brzegów, nad kanałem.
Pośrodku przestrzeni, dzielącej dwór od kanału, wznosiło się wzgórze dość wysokie, nie wiedzieć jak wśród płaszczyzny tej powstałe. Na piaszczystych jego zboczach rosły sośniny cienkie i rzadkie, krzaki jałowcowe, mchy i czombry.
Szerokim otworem pozostały za nami drzwi domu, pustką stanęły pokoje domu; biegliśmy ku wzgórzu, i nie dosięgliśmy jeszcze wierzchołka, gdy las zahuczał potężnym, przeciągłym grzmotem.
Tak, las zagrzmiał. Bo gdy z tej strony niedalekiego i nie szerokiego szlaku wody, nieprzejrzaną wstęgą ludzi i koni rozwijało się wojsko, gdy na różnych punktach powierzchni wodnej, blizkich, dalszych, dalekich, widać było przebywające wodę jego oddziały, strona tamta, przeciwna, pusta była i bezludna. Nic tam nie było, krom nierównego w swej szerokości pasu łąki nadbrzeżnej i za nią — pogiętej w zagłębienia i wypukłości, ciemnej ściany lasu.
W ciemnej, nieruchomej, milczącej ścianie lasu grzmiało i błyskało, poczem stawała się ona znowu ciemną, nieruchomą, milczącą.
Budziła się w zaczarowanym pałacu swoim straszna baśń...
Jakiś wśród nas przytłumiony głos wymówił:
— Partję na brzeg lasu przyprowadził...
Inny wnet dodał:
— Przeprawy przez kanał broni...
— Nie, nie! Tego dokazać-by nie potrafił i wie o tem. Żołnierza swego na duchu podnosi!...
Naczelnik organizacji do Orszaka, Ronieckiego i innych starszych, rzekł:
— Oznajmia, że bitwę przyjmuje...
Jeżeli w słowach tych była ironja, to nawskroś przejmował ją ból.
Wielkie masy zbrojne, wobec niespodzianki, która je zaskoczyła, spokojne były i milczące. Poruszały się z powolnością rzeczy ciężkich, które utrzymywane są przez doskonałe karby na linjach stałych i prostych. Żadna drobina nie odrywała się luźnie od tej potężnej całości, żaden zamęt nie objawiał się w żelaznym tym porządku. Liczne i z oddala czarne jej oddziały, na wielu jednocześnie punktach przebywały wodę i przebywszy ją okrywały szlak nadbrzeżnej łąki.
A las na to wyładowywanie się u stóp jego siły, najeżonej żelaznemi ostrzami, patrzał przez dość długie chwile w milczeniach kamiennych i zdawać się mogło, że w nim nic nie istniało krom drzemiącej w zaklętym pałacu baśni, aż znowu, nagle, coś na zielonym jego podłożu zrywało się z ogromnym stukiem, który ciemne ślady swoje tu i ówdzie, na łące i wodzie pozostawiał.
Tu i ówdzie, na łąkę i wodę upadało coś, co z oddalenia miało pozór plam drobnych i ciemnych. Podnoszono to i składano na wozy chłopskie, u których nie było już powoźników.
Sfinks, na odgłos grzmotów, rozlegających się u brzegu lasu, rozproszył się na gromadki, które przestrzenią jak największą od tego, co się działo, życie własne odgradzać usiłowały. Kilka jego baranich czap zabiegło aż na nasze wzgórze i z za cienkich sośnin wychylało oblicze ciemne, włosem zarosłe, czasem ciekawe, czasem złośliwe, najczęściej obojętnie mówiąc: „Nie obchodzicie nas ani jedni, ani drudzy, i walka wasza nic nas nie obchodzi. Wszystko nam jedno"!
Tak na toczące się po górskich wyżynach boje ateńczyków z lacedomończykami, z przyziemnych siedlisk swych spoglądać musieli heloci.
Jeszcze raz grzmotem przemówił las, jeszcze i jeszcze raz, aż umilkł.
Zerwała się była baśń z zielonej pościeli, krzyknęła i znowu opadła w zaklętą ciszę. Teraz w tajemne, głębokie jej pielesze, wpływały szumiące, błyszczące potoki. Na wielu jednocześnie punktach wpływały powoli, znikały, aż zniknęły. Za niemi na ostatku wciągnęły w ciemną, uciszoną ścianę wozy z czapami baraniemi, i nic już niebyło.
Nic już nie było, prócz błękitnego szlaku wody pomiędzy szlakami łąk zdeptanych, chmur, które nabrzmiałemi szmatami chodziły po niebie, i wiatru, który kołysał wierzchy cienkich sosen. Mocny zapach podnosił się od rozrzuconych po wzgórzu liljowych plam czombru.
Długo, bardzo długo nie działo się nic wcale. Gromadka ludzi, na wzgórzu stojących i siedzących, zrzadka zamieniała się cichemi słowy. Potrzeby szeptania nie było. Drobne ptaki chyba, z trwogi po jałowcach i sosnach umilkłe, podsłuchiwaćby nas mogły. Lecz bywają wzruszenia, które niemocą dotykają głosowe struny, i momenty, w których człowiek, na głos Boga oczekując, swojego podnieść nie śmie.
Ktoś cicho zapytał:
— A teraz gdzie... gdzie...
Ktoś inny podjął niedokończone pytanie:
— Gdzie spotkają się?
Kędyś... w głębokościach lasu. Ale nie zaraz! nie zaraz!
— Takiej ciężkiej masie zbrojnego wojska posuwać się przez lasy gęste...
Uśmiechy wybiegły na twarze.
— Nie łatwo!
— Żołnierz, nawykły do pól otwartych, lasu nienawidzi...
— Dowódcy go nie znają...
— Chłopi drogi pokazują... prowadzą...
Uśmiechy na twarzach pogasły. Serca przewiercił ból. O, czasie, roznosicielu pomst, spadających na głowy niewinne, najlepsze! Ale czy ta pomsta i nad głowami mścicieli także nie rozwiesi całunu ciemności?
Słuchajcie! słuchajcie! Z cichego łoża lasu znowu zrywają się zaklęte baśnie i rozmawiać z sobą zaczynają! Zamieniają się grzmotami, długiemi hukami, które następują po sobie coraz szybciej, coraz dłuższe i grzmotliwsze.
Nie widać nic, tylko te dwa grzmoty, toczące się w głębinach lasu, świat sobą napełniają...
Nie widać nic; słuch tylko pracuje, a praca to ciężka. Krew od niej we wszystkich pulsach stuka, jak pośpieszne uderzenia młotów.
Ktoś wśród nas zcicha tłómaczy:
— Te monotonne, ciężkie, jakby zbite w sobie huczenia to rotowy ogień wojska... a te krótsze, słabsze, jakby z mnóstwa drobnych i szybko po sobie następujących stuknięć złożone, to ogień naszych...
— A podwójne, odosobnione stuknięcia, czy słyszycie? taf, taf! — taf, taf! To nie dość wyuczeni, czy niesforni — z dubeltówek!
Słychać krzyk. Tłumny, zgiełkliwy krzyk, raczej ogromne krótkie wrzaśnięcie wzbiło się nad ścianę lasu, a wnet po niem potoczył się w jego głębi rotowy ogień dłuższy, potężniejszy od poprzedzających.
— To wojsko krzyknęło: hura! Pchnięto do bitwy nowe roty!
Wtem za nami, obróconymi w stronę lasu, głos jakiś donośnie wymówi:
— Módlmy się!
Obejrzeliśmy się wszyscy. Za nami, pomiędzy dwoma cienkiemi pniami sosen, stała Czernicka. Wysoka i cienka, twarz drobną i żółtą wysoko podnosiła ku niebu, i wysoko nad głowę podnosiły się jej ramiona, na których chusta, okrywająca plecy, rozpinała się jak dwa skrzydła, z nici czarnych i żółtych utkane, przeświecone słońcem. Zawołała:
— Módlmy się!
I upadła na ziemię, z ramionami nad głową wyciągniętemi, czoło do mchu suchego przyciskając. Chusta rozłożyła się po obu jej stronach, jak omdlałe skrzydła, i z nad mchu głos silny, głuchem, głębokiem stękaniem podszyty, mówić począł:
— Chryste, usłysz nas! Chryste, wysłuchaj nas! Chryste z nieba Boże!...
W lesie grzmiało nieustannie.
Kilka osób uklękło, inne zostały w postawach stojących.
W postawie stojącej został naczelnik organizacji, i urosły, urodziwy, ze skrzyżowanemi u piersi ramiony, na tle nędznego drzewa, o które się opierał, podobny był do posągu, w myślach straszliwych skamieniałego. Straszliwe myśli rznęły mu czoło w mnóstwo fałd i zmarszczek, że wydawał się o dziesięć lat starszym, niżeli był wczoraj. Dalej nieco za nim, przez iglastą zasłonę gałęzi widać tylko dwie czaszki, siwemi włosami okryte i bardzo ku sobie zbliżone. To Roniecki, biały ojciec dwóch śmiertelnie może już tam zaczerwienionych synów, i stolarz Antoni. Snadź o czemś rozmawiają zcicha, lecz żywo, bo z za iglastej zasłony raz w raz ukazują się ręce ich, to bielsze to ciemniejsze, czyniąc dziwne ruchy i gesty. Te ręce mówią, żalą się, trwożą, nienawidzą...
W lesie grzmiało nieustannie.
Tuż przy mnie z czołem do sosny przyciśniętem klęczała siostra Marjana Tarłowskiego, młodziutka Anielka. Rodzeństwo to nazwano parą ładnych dzieci. Podobno ładną, złotowłosą dziewczynę pokochał był piękny Jagmin. Teraz złote włosy rozsypały się po dziecinnie drobnej jej kibici, profil twarzy zasłoniły, i widać było tylko dwie bardzo małe ręce splecione tak silnie, że aż krwią nabiegłe, przyciskające pierś wątłą i tak nieruchomą, jakby oddech jej ustał i życie w niej zastygło. Po opadłem igliwiu sosnowem zaszeleściły lekkie kroki. To Stefunia, cała blada, szła do rozciągniętej na ziemi Czernickiej, przy niej uklękła i białą ręką gładzić poczęła jej włosy, spiralną linją warkoczyka żałośnie z tyłu czaszki ku górze sterczące. Zdaje się, że szeptała nad jej głową jakieś słowa pokrzepienia, czy współczucia, które zapewne słuchu jej nie dochodziły, bo od ziemi szedł wciąż głos donośny, głuchem stękaniem podszyty:
— Jezu, słońce sprawiedliwości, zmiłuj się nad nami! Jezu, ojcze przyszłego wieku...
Poważny głos Orszaka z wtórem kilku głosów kobiecych odpowiedział:
— Zmiłuj się nad nami!
W lesie grzmiało jeszcze.
Ktoś kilka razy krzyknął przeraźliwie, poczem spazmatycznie śmiać się i szlochać zaczął. To służąca moja, Marylka Jaroszyńska, której trzej młodzi bracia byli tam. Podnosiła ją z ziemi, obejmowała, uspokajała Klementyna Roniecka, wysmukła panna z pięknemi oczyma i myślącem czołem. Na pomoc im śpieszyło kilku mężczyzn...
W lesie grzmiało ciągle.
Klęczałam na kobierczyku liljowego czombru, i takież kobierczyki, mniejsze, większe, po zboczu wzgórza zbiegały coraz niżej, aż na białe piaski, które słały się daleko, pod szlak nadbrzeżnej łąki. Na piaski i na łąki, od sosen i wierzb, kładły się cienie długie, ukośne, jak bywa zwykle o zachodach słońca. Słońce nizko już stało nad samym lasem, a wielka twarz jego, złota, pogodna, patrzała na nas obojętnie i spokojnie, tak, jak wtedy ów zegar z nad czarnej kolumny, jak czas wiekuista i w wiekuistości swojej niewzruszona.
W lesie grzmiało jeszcze.

· · · · · · · · · · · · · · · · · · · ·

Zmrok zapadał. Nie było już nad lasem słońca. Wiatr spędził z pod nieba chmury i ucichł. Na niebie wystąpiło trochę tylko gwiazd bladych, jak w porach pełni księżycowych bywa zwykle.
W lesie ustały grzmoty, lecz nie uczyniło się w nim zupełnie cicho. Po głębiach jego bliższych, dalszych, dalekich, szły i rozchodziły się głośne, to cichsze, to zaledwie echowe pogłosy nawoływania, hukania.
— Heej-haaaa! Hoo-hooj! — wołała tam baśń zaklęta, która dziś w sen i milczenie zakląć się nie mogła.
Tu i ówdzie, dalej, bliżej, jakby ktoś kogoś ścigał, jakby kto kogo do ścigania naglił. I wśród wołań tych tajemniczych, przeciągłych, echowych, kiedy niekiedy gromkie, krótkie, podwójne wystrzały: taf-taf! taf-taf!
Co wystrzały te znaczyły? nikt nie wiedział. Co wołania owe znaczyły? nikt nie wiedział.
Nagle rozebrzmiał w lesie taki sam, jak parę razy już przedtem, krzyk gromowy, zbiorowy, raczej wstrząśnięcie. To żołnierskie, wielotysięczne: hurra!
Potem znowu takie same jak wprzódy wołania, tylko coraz dalsze, i takie same jak wprzódy stuki dubeltowe: taf-taf! taf-taf! tylko coraz rzadsze...
Włosy na głowach powstawały.
Z za dalekiego skrętu lasu ukazywać się począł czerwony księżyc w pełni. Godzina musiała być już późna: musiała być nocna, gdyż księżyc w tej porze wschodził około północy. Po wodzie, po piaskach, po wzgórzu, rozlało się czerwonawe półświatło. Las ucichł zupełnie.
Co się tam działo? Co się tam dzieje? Nie podobna było ani dojrzeć, ani dosłyszeć ztąd rzucania się ciał ludzkich na wody kanału; ku wodom tym przecież zwracał się z natężeniem nasz wzrok i słuch.
Księżyc wyrastał nad lasem, aż stanął nad nim okrągły, ogromny, czerwony.
W ciszy, kędyś u skłonu wzgórza, coś zaszemrało pomiędzy sosnami, niezrozumiale zrazu, potem wyraźniej:
— Mamo! Mamo!
Szmer to był, szept, raczej powiew smutny, jednak usłyszała go Czernicka i z krzykiem: „Stasiek!“ porwała się z pomiędzy sosen. Jak cień wysoki i cienki, ze skrzydłem rozwianej chusty za plecami, w czerwonem świetle zlatywała ze wzgórza, i zlatywał z nią razem głos jej zdyszany, wołający:
— Stasiek! A ojciec? Jezu Boże mocny! Co się stało... Ojciec gdzie? Jezu, przez mękę i krwawy pot Twój! Ty żyjesz Stasiek! A ojciec? Co stało się?... Mów...
Ale wysmukły i bardzo blady wyrostek, w szerokim pasie na zmoczonej odzieży, mówić nie mógł. Rękę podniósł do szyi owiniętej szmatą od krwi czerwoną, zachwiał się i w ramiona matki upadł...
Od kanału ukazywać się zaczęły na łące i piaskach, cienie ku nam dążące, z oddalenia drobne, w czerwonawem świetle czarne cienie ludzkie...

· · · · · · · · · · · · · · · · · · · ·

...Jezu, słońce sprawiedliwości, ojcze przyszłego wieku, kiedyż wiek Twój i sprawiedliwość nad światem wzejdą?

Gloria victis grafika 008.png




Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Eliza Orzeszkowa.