Przejdź do zawartości

Ona (Zapolska, 1922)

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
<<< Dane tekstu >>>
Autor Gabriela Zapolska
Tytuł Ona
Pochodzenie Przez moje okno
Wydawca „Lektor“ Instytut Literacki Sp. z o.o.
Data wyd. 1922
Druk Drukarnia Udziałowa
Miejsce wyd. Lwów
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Cały zbiór
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron


ONA.



 Na purpurowem tle draperji, owinięta w gipiury, mające ton słoniowej kości, z twarzą ocienioną kaskadą czarnych piór, pojawia się nagle, jak zjawisko i czar jakiś zapanowywa dokoła. Rozjaśnia się w sali teatralnej i widowisko przestaje być szablonowem, przestaje być stekiem komunałów, pogrążających nasz umysł w smutnej rozterce. Sztuka Capusa niknie, natomiast całe zajęcie naszej artystycznej strony duchowej ciągnie ku sobie ta loża, w której na tle purpurowych draperji zarysowywa się sylwetka kobiecej postaci, sylwetka melancholijna, jakby stworzona przez Tiziana Vecellio. Jej czar, jej uśmiech Giocondy, rozwiązującej zagadkę swej myśli wielka kobiecą, głęboką dobrocią, planuje wśród ścian teatralnej sali. Jak eter subtelny i ledwo wyczuć się dający, jak tajemnicze, niezrozumiane światło, przenikające ciemności, tak ona cała wypełnia sobą przestrzeń teatru i ponad nami, w nas, jest wszędzie, pochłania nasze myśli, a równocześnie jakoś sennie dobroczynnie i kojąco kołysze.
 I to jest nadzwyczajne, ten fluid, który płynie z jednej drobnej istoty kobiecej, a przenikający setki dusz. Ona nie mówi, ona milczy, oczy wielkie, ciemne, wpół przysłonięte znużoną powieką, utkwiła przed siebie, a przecież działa dziwnie, tajemniczo działa na dusze nasze. Nie drażni, nie niepokoi, nie dręczy. Bez woli swej, bez wiedzy, sprowadza ukojenie, spokój, równowagę estetyczną. Wielkie Piękno trjumfuje w tej chwili, Piękno wypieszczonego ducha, który płonie jak płomień lampy alabastrowej, lampy o przepysznych linjach spokojnych i z całą troską o kształt doskonały kreślonych, nie zagasł pod żadnym podmuchem wichru. Błękitnieje i roztacza równy, łagodny blask. W krąg ten wpadają nasze schorzałe dusze i powoli przetwarzają się w senne światełka, blade odblaski światłości, rozjaśniającej opalowo alabastrowe ściany lampy. Ona — ta rozdawczyni spokojnego światła, kładąca niewidzialnie swe delikatne dłonie na czołach zmęczonych życiem i na głowach neurastenją wyczerpanych, siedzi milcząca z głową opartą o ciemne draperje loży. Sen — widzenie — słodkie zjawisko wieczystej kobiecości — uśmiech Giocondy — ręce o tonach listków kamelij, pokrytych kroplami djamentów pierścieniowych, postać hieratycznej królowej, dobrej i łaskawej — wpatrzonej w zaświaty...
 Ona —
 Helena Modrzejewska.

∗
∗                    ∗

 Jaki dziwny łańcuch wiąże często serca kobiece. — Jak jeden kwiat nagle rozkwitłej dobroci w ciemnej jaskini złości, — rodzi kwiat drugi i potem już całą girlandę snujących się kwiatów, splecionych ze sobą wdzięcznością, wspomnieniem...
 Tak! dziwny taki łańcuch... a przecież — on istnieje. Garderoba teatralna. — Garderoba w gmachu skarbkowskim — we Lwowie. Wszystkie garderoby zajęte. — Na stołach porozkładane lustra — na ziemi dywany. Przy aktorkach w „dezabilach“ — stoją pokojówki. Na ścianach wiszą stroje bogate, — muśliny haftowane, suknie szerokie — szale leżą w pudełkach. — Na korytarz, dzielący klatki garderób na dwie połowy, wchodzi młodziutka, smukła kobieta. Bardzo piękna, bardzo duchowo piękna. Łabędzia szyja, głowa greckiej kamei, uśmiech dobrej Giocondy. Weszła cicho, nieśmiało. — Stoi u drzwi garderób, nie ma gdzie się ubierać.
 Ta i owa aktorka przed nią drzwi zamyka. — Niema miejsca... Tak zwykle bywa. Początki są straszne, zwłaszcza gdy za kulisami serc niema.
 Piękna kobieta, zmartwiona szczerze, opiera się o ścianę. Gdzież się ubierać będzie? — Lecz — oto uchylają się drzwi jednej z garderób i przyjazna, miła twarz starszej kobiety pojawia się wśród chmur muślinu. Aszpergerowa wyciąga rękę do... Modrzejewskiej.
 — „Chodź pani do mnie — mówi swym poczciwym, trochę rubasznym tonem — zrobię pani trochę miejsca na moim stole.“ — Modrzejewska wchodzi do garderoby tej największej ówczesnej artystki i wielkie rozrzewnienie ogarnia jej serce. — Delikatnie, cicho zajmuje kącik owego stołu i oczy jej spoglądają z całą wdzięcznością na postać tej, która ku niej ręce wyciągnęła w takiej bolesnej chwili.
 Kwiat piękny, dobry, łagodny zakwitnął w tej minucie dziwnej, napozór może nic nie znaczącej. Uśmiech Giocondy stał się uśmiechem dobroci — z serca Aszpergerowej w serce Modrzejewskiej spłynęło ciepło kobiecego wdzięku.
 Minęły lata.
 I oto — w Krakowie, w teatrze przy ul. Wolskiej — w prowizorycznej budzie, zajęto w garderobie damskiej wszystkie stoliki. — Atłasy i aksamity pokryły ściany. Suknie z olbrzymiemi trenami spływają ku ziemi. Aktorki w matinkach fryzują włosy. — Dywany pokryły ziemię. Nastrój świąteczny, wszystkie gotują się gorączkowo do scenicznych operacji. Na kurytarz wchodzi młoda aktorka. Staje nieśmiało z zawiniątkiem i patrzy po zajętych stołach. Jest zaledwie miesiąc w teatrze, jest poniewierana, dręczona, często przymiera głodem. Wie, że nikt się jej nie usunie, nikt jej miejsca nie zrobi. Próbuje wszakże, prosi — nikt jej nawet nie odpowiada. I tego wieczora serc niema za kulisami. Aktorka opiera się o ścianę. Jest jej gorzko i smutno. Nagle — rozchyla się aksamitna draperja i jakaś ręka o barwie listków kamelij, pokrytych rosą djamentów, wyciąga się miłym gestem, jakiś głos słodki, delikatny, mówi: „Chodź pani, ja pani zrobię miejsce na moim stole.“
 Delikatnie, cicho, wsuwam się do garderoby Modrzejewskiej — moje mizerne lusterko stawiam na brzegu stołu pomiędzy jej wytwornemi przyborami toaletowemi. Ona, ubrana już do pierwszego aktu „Fru — Fru“, piękna, jak zjawisko, smukła, gibka — patrzy na mnie tak jasno, tak promiennie, że dusza moja, pełna bólu i smutku, zaczyna łagodnieć i czuję, iż pomiędzy mną a tą kobietą zakwita w tej promiennej godzinie kwiat piękny, łączący nas wiecznem wspomnieniem doznanego wspólnie wrażenia.
 I ona — cicho — melodyjnie opowiada mi wtedy, jak Aszpergerowa dała jej ten przytułek, ten kącik na swoim stole w złej chwili, i jak ona mnie teraz ten kącik oddaje. Czy niema więc łańcucha kwiatów w czynach dobrych, w odruchach serca i pięknych porywach duszy?
 Kto wie, przy czyim stole przytuliło się mizerne lusterko Aszpergerowej wtedy, gdy ona była nieśmiała, młoda, sponiewierana i głodna!

∗
∗                    ∗

 Prawie cały dzień — do późnej nocy spędziłam z Modrzejewską i nigdy może nie odczuwałam tak dobroczynnego wpływu Piękna, jak w tej chwili.
 Patrząc na nią, jak siedzi przedemną, oparta o wezgłowie fotelu, z czarnemi djamentami swych ócz w bladej, ściągniętej twarzy, doznaję wrażenia, jakie spływa na nas, gdy nagle, błądząc wśród zbiorowiska artystycznych napozór przedmiotów, natrafimy na prawdziwe, odosobnione i niezmiernie arystokratycznie wydelikacone arcydzieło.
 Zatrzymujemy się wtedy, koncentrując się duchowo, ściągamy naszą całą istotę astralną, która wybiega poza nas, jak harfa po nowe tony, i odcinamy się niejako na pewien czas od świata zewnętrznego, żyjąc tylko chwilą, starczącą później za cały szereg dni szarych, bezbarwnych i posępnych. Chłonę jej głos, przyciszony, matowy, jej intonację nieporównaną, nadającą znaczenie niezwykłe rzuconym dyskretnie myślom. — Kosztowny klejnot, jakaś rzadka perła, oprawna w zielone, wężowe linje błyszczącej emalii, połyskuje na jej piersi. Perła ta, pokryta gipiurą modnej sukni, przebija się jednak swym dziwnym blaskiem niezwykłego i drogocennego klejnotu.
 To samo jest i w mowie tej niezwykłej kobiety. Nawet gdy mówi o rzeczach powszednich, o swojej pracy na amerykańskich scenach, o swej fermie, obsypanej oliwkami, — o przyszłych występach, zawsze jak drogocenna perła wśród gipiur powszedniości słów przebija się wielka, a prosta i szlachetna miłość dla tego, co jest pięknością, dobrocią i szlachetnością. — I tu zdaje się jest źródło tego tajemniczego fluidu, który płynie z jej ducha prądem ożywczym ku duszy tłumów. Przepojona nawskróś tylko pożądaniem Piękna, Modrzejewska przyjmuje tylko piękna wrażenia i z nich wytwarza dokoła siebie duchową atmosferę, wśród której przebywa.
 Gdy słyszy o złości, o małostkowości ludzkiej, blednieje i oczy jej napełniają się strachem. Cierpi, gdy widzi zło, cierpi, gdy widzi rzecz brzydką. Cofa się w siebie i gasi chwilowo swe promienie, lękając się, aby nie padły tam, gdzie knuje się kłamstwo, obłuda lub sprzedajna sztuka.
 Lecz gdy roztoczy się przed nią jasny horyzont wolnej, ludzkiej myśli, dusza jej roztwiera się jak kwiat, czarowny wonią i barwą. Tęczowy to kielich, w którym odnaleźć można całą harmonję Piękna, które składa się na płomień oświetlający iskrami brylantów wytwórczość artyzmu.
 Ona wszystko odczuwa, rozumie, poi się — i przefiltrowywa przez umysł czuły i wrażliwy. — W czarne głębie swych źrenic chłonie tylko piękne barwy i kształty, w delikatne konchy uszów harmonje tonów — i później fluidem owym, światłem opalowem alabastrowej lampy swego ducha, wytwarza na nas ten działający czar, do którego zwracamy się spragnieni, pełni wiary i ufności, że znajdziemy w niem esencję Piękna i Dobra, bez których życie przedstawia się marnie, boleśnie i na wzór horyzontu Milletowskiej Burzy.

∗
∗                    ∗

 Modrzejewska tęskni za krajem. Pragnie wrócić, osiąść wśród swoich.
 Projektów żadnych jeszcze stałych nie ma. Waha się. Egoizm nasz powinien skłonić ją, aby słodycz swą pozostawiła spragnionym duszom naszym na zawsze. Lecz ona dziś — myśli o występach. Mówi mi o Idalii, którą już odczuła. Żąda odemnie jakiej sztuki, w którejby miała rolę. — A ja patrząc na nią, słuchając jej mowy, chłonąc w siebie odruchy jej ducha i jej estetykę tak niezwykle wycieniowaną i subtelną, jak chmurę złotego blasku, myślę — z jakiego świata Piękna i Dobra zapożyczyć nam barw, aby stworzyć postać godną tej duszy, która moje dzieło ożywić pragnie.
 I pełna jestem smutku i melancholji.
 Nie znam bowiem dostatecznej strefy, w której mogłabym jak w świątyni o marmurowych kolumnach, po których pną się gammy róż białych — i w której na srebrnych harfach grają senne niewolnice Pieśń na cześć Wiecznej kobiecości, wytworzyć postać kobiety prawdziwej — łagodnej, tchnącej poezją i dobrocią, artystki wielkiej, kochającej i ukochanej, słodem Ideału, do którego zwracają się zmęczone dusze nasze.
 Więc — pełna jestem smutku, bo nie wiem, czy potrafię, czy posiadam w sobie dość światła, aby módz odźwierciedlić w postaci scenicznej taką lampę alabastrową o prostych, szlachetnych, wytwornych linjach, w której to lampie Modrzejewska chce zapalić opalowe światło swego wieczyście płonącego ducha...
 Lecz — „ona“ — prosi, żąda.
 A więc — spróbuję.






Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Gabriela Zapolska.