Ona (Rodziewiczówna, 1931)/IX

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Maria Rodziewiczówna
Tytuł Ona
Podtytuł Powieść
Wydawca Wydawnictwo Polskie R. Wegnera
Wydanie piąte
Data wydania 1931
Druk Concordia
Miejsce wyd. Poznań
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron


IX

Minęło dni dziesięć. Co rana Sewer budził się w chacie samotny. Kostusi nie było. Wstawał tedy niespokojny i rozdrażniony, szukał jej, nic nie mówiąc. Znajdował ją przed chatą w towarzystwie pana Michała. Nie patrzyła na niego, siedziała z głową pochyloną nad robotą, z oczami pełnemi łez, z sercem okropnie ściśniętem. Kaziowi, patrzącemu na nią, krajało się serce.
Sewer siadał opodal na ziemi i tak dzień cały pozostawał, z dnia na dzień coraz chudszy, dzikszy, straszniejszy. Kazio drżał, ilekroć na niego spojrzał.
— Nie boisz się go, Michale? — pytał kolegi, gdy sami zostawali.
— Nie. Widzę tylko, jak wybuch coraz jest bliższy. Spodziewam się go lada chwila.
— On cię udusi!
— Nie da rady, bo to chwila będzie, a potem ogólna niemoc. Zresztą obronicie mnie — dodał spokojnie.
— Tymczasem stan ten jest okropny — westchnął Kazio — i nie wiem, nad kim się więcej litować, nad nim, czy nad nią. Z niej już cień tylko został.
Istotnie, żal było patrzeć na mękę Kostusi, mękę cichą, uległą, niczem nie zdradzaną. Nie wolno jej było zagadać do biedaka, nakarmić go, uspokoić — nie wolno było spojrzeć. I on zdawał się jej nie spostrzegać, nie odzywał się, nie wołał. Przestał jeść i spać, przestał się czemkolwiek zajmować, wpadł w stan ciągłego niepokoju i rozdrażnienia. Jedzenie wylewał, psa kopał nogami, nie dawał się nikomu dotknąć, nie słyszał niczyjego głosu, nie rozumiał już swego imienia.
Jakaś gniotąca atmosfera ogólnego naprężenia, oczekiwania, ogarnęła wszystkich. Mało się kto odzywał i tylko oczy wszystkich śledziły ruch każdy chorego. A ruchy to były nienaturalne, gwałtowne, przerażające, w połączeniu z kompletnem milczeniem i ponurą dzikością błędnych oczu, zawsze utkwionych w doktora. Mamka tak się go lękała, że nie sypiała po nocach, bezsennie też spędzała je Kostusia, tak zmieniona męką i trwogą, że trudno ją było poznać, i ona wreszcie stała się jak automat, spełniający biernie rozkazy pana Michała.
A wokoło chaty świat się ustroił jak na gody, w barwy, w zieleń, w słońce. Wodne lilje pokryły rzekę śnieżnemi kielichy, bór się mienił wszystkiemi odcieniami zieloności, łąki wokoło chaty zasiały się puchami bawełnianki i siwemi kitami szuwarów. Wzgórek, gdzie się krowina pasła, mamki faworytka, czerwienił od macierzanki, złocił się od dzikich nieśmiertelników.
— Cudny świat, cudny zakątek! — rzekł pewnego popołudnia Kazio, wciągając z rozkoszą w płuca zapachy boru. — Chory tu pozdrowieć musi, a nieszczęśliwy z dolą się pogodzić.
— A on nie widzi — szepnęła Kostusia.
Pan Michał, obserwujący Sewera, podniósł głowę.
— Jutro już może zobaczyć — rzekł.
— Jutro? Czemu jutro, panie?
— Tak sądzę. Jutro o świcie pani łódka do boru odpłynie. Zostaniemy z nim sami.
— O, panie! A jak on... — nie dokończyła, ale taki miała wyraz twarzy, że Kazio się wmieszał.
— Michale, nie oddalaj jej w takiej chwili.
— Trzeba — lakonicznie pan Michał odparł. — Przy niej nic nie nastąpi ostatecznego. Niech się pani nie lęka. O południu proszę wracać, prawdopodobnie będzie już po wszystkiem.
Umilkli. Nagle barwy i blaski zniknęły z przed oczu Kostusi, rękami objęła głowę, zachwiała się, a potem zmartwiała zupełnie. Tak nieprzytomna była resztę dnia. Wieczorem, niepomna obietnicy, usiadła obok Sewera w kącie, trzymała go za rękę rozpaloną, drgającą, odzywała się doń ze słodyczą. Ale on już żadnej pamięci nie miał, szału bliski, i tylko bezwiednie poddawał się jej wpływowi łagodzącemu. Lekarstwa już nawet z jej ręki nie przyjął. Do pacierza sama uklękła, do tego ostatniego wołania przed zgubą lub ratunkiem.
O świcie czuwającą wciąż wywołał Kazio. Sewer nibyto spał, rzucając się niespokojnie. Podeszła ku niemu, popatrzyła i przeżegnawszy jego i siebie, wyszła.
Młodzi ludzie przeprowadzili ją do czółna. O nic nie prosiła, ale oni przysięgli zawołać ją wcześniej, gdyby zaszła potrzeba; przysięgli, że czuwać będą nad nim wszystkiemi siłami.
I odjechała cicha, a oni ją ścigali oczyma aż im znikła w zielonej gęstwinie na załomie rzeki. Potem wrócili do chaty. Kazio w izbie przy oknie usiadł i czatował na zbudzenie się chorego, pan Michał czekał sygnału nazewnątrz izby. Wzruszeni byli, skupieni, milczący. Mamkę płaczącą oddalono z chaty.
Słońce podniosło się z nad łąk i pierwszym promieniem załechtało powieki Sewera. Zerwał się z posłania i zaraz wokoło siebie spojrzał, niespokojny, przerażony. Wstał i izbę obszedł nerwowym ruchem zwierzęcia w klatce. Wtedy ku drzwiom zmierzał z głową zwieszoną, potykając się z osłabienia. Kazio nieznacznie na kolegę skinął. W chwili też, gdy chory za klamkę brał, drzwi się otworzyły i Michał, stanąwszy na progu, zatamował mu przejście.
Sewer o krok się cofnął, potem znowu ku drzwiom szedł. Michał ani drgnął; oparli się piersią o pierś, wówczas doktór ramię podniósł i odepchnął go. Chory zachwiał się, ale w tej chwili wydał z siebie chrapliwy, nieludzki odgłos, skupił się i jak zwierz skoczył na młodego człowieka. Rękami, zwiniętemi jak szpony, porwał go za gardło i począł dusić. Usta mu piana pokryła, oczy bielmem zaszły, rysy wykrzywiły się strasznie. Wył, zgrzytał zębami.
Kazio poskoczył na ratunek kolegi. Warjat już go na ziemię powalił siłą furji rozpętanej; leżał na nim, szarpał, kąsał, rwał odzież w kawałki. Kazio schwycił go raz i drugi za ramiona, odrzucił go Sewer jak piłkę; dobierał się do gardła ofiary, sam skrzecząc i chrapiąc, jakby cierpiał nieznośnie.
— Sznur! Sznur! — wyjąkał Michał, szamocąc się resztą sił.
Kazimierz porwał sznur, na oknie przygotowany, zarzucił na ręce Sewera, ściągnął, ile sił mu starczyło, przewrócił nieszczęśliwego nawznak, ogłuszył na chwilę. Pan Michał, własnego poturbowania niepomny, skoczył mu z pomocą, we dwóch skrępowali biedaka, podnieśli z ziemi i położyli na łóżku.
Teraz piana jego była trochę różowa i twarz z bladej stała się czarna od nawału krwi. Nieregularne drgania wstrząsały całem ciałem, włosy się zjeżyły, oczy krwią nabiegły.
— Lodu! — rozkazał Michał, obnażając mu szyję i piersi, przecinając sznur na rękach.
Uczuwszy się wolnym, chory poruszył rękami, jakby coś od siebie odpędzał. Musiało go coś strasznie w głowie zaboleć, bo dłonie do czoła podniósł i rysy wykrzywił jak do krzyku, który już się wyrwać nie zdołał. Zamrugał oczami jakby od nagłych blasków. Kazio przyłożył mu lodu do głowy i wtedy oczy przymknął i tylko dyszał, już do żadnego ruchu niezdolny.
I tak go Kostusia znalazła za powrotem, bez czucia, bez wzroku, objętego niszczącem tleniem gorączki. Lód topniał od żaru jego głowy, pierś się podnosiła gwałtownie, członki gorzały.
W swej odzieży poszarpanej, ze śladami walki na twarzy, Michał czuwał nad nim. Kazio odpłynął do dworu po lekarstwa, mamka w kącie rwała z rozpaczy odzież na sobie. Izba była w strasznym nieładzie.
Kostusia nie wydała jęku, spojrzała na chorego, potem na doktora. Zrozumiał to spojrzenie i głową jej skinął.
— Najgorsze minęło — szepnął. — Teraz pilności trzeba i spokoju. Da Bóg, wszystko się dobrze skończy. Spodziewałem się gorączki. To właśnie przesilenie.
Nie odpowiedziała nic i stanęła do pilności tej najcichsza, najlepsza, najwytrwalsza. Żywotem swoim na wszystko zahartowana, czekała zmiłowania boskiego.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Maria Rodziewiczówna.