Oliwer Twist/Tom II/Rozdział XVII

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Karol Dickens
Tytuł Oliwer Twist
Pochodzenie Biblioteka Uniwersytetu Jagiellońskiego
Data wydania 1845
Drukarz Breikopf i Hærtel
Miejsce wyd. Lipsk
Tłumacz Anonim
Tytuł orygin. Oliver Twist
Źródło skany na Commons
Inne Cały tom II
Pobierz jako: Pobierz Cały tom II jako ePub Pobierz Cały tom II jako PDF Pobierz Cały tom II jako MOBI
Indeks stron
ROZDZIAŁ XVII.

Dopełnienie przyrzeczenia.

Zegar na wieży wybił już trzy ćwierci godziny na dwunastą, kiedy dwie postaci na moście Londyńskim się zjawiły.
Jedną była kobieta, biegnąca krokiem lekkim, szybkim, która ostrożnie i troskliwie na wszystkie strony się oglądała, szukając niby oczyma jakiegoś spodziewanego przedmiotu; drugą zaś mężczyzna, który się ciągle w największéj ciemności, jaką tylko mógł znaleźć, za nią skradał, zawsze w pewnéj, niezmiennéj odległości od niéj się trzymał, stawał jeżeli i ona stanęła, i natychmiast z pośpiechem największym za nią się rzucał, jeżeli ona daléj pobiegła, nigdy się jednak w swym zapale śledzenia jéj tak dalece niezapomniał, aby ją miał kiedy wyprzedzić.
Tak więc przebyli most z jednego końca na drugi, gdy się nagle dziewczyna, w swoich poszukiwaniach niespokojnych widocznie zawiedziona, obróciła i wracać zaczęła.
Ten ruch był szybki i niespodziewany; ale ten, który ją ani na chwilę z oka niespuszczał, miał się zawsze na baczności, uskoczył natychmiast w zakątek, przez słupy mostowe utworzony, przechylił się przez poręcz, aby tém łatwiéj twarz swoję ukryć, i oko jej ułudzić, czekał w téj postawie tak długo, dopokąd go niewyminęła i na drugą stronę mostu nieprzeszła, a widząc, że już w téjże saméj odległości od niego być musi, w jakiéj dotąd ciągle od niéj zostawał, zerwał się śpiesznie i pobiegł za nią.
Na środku mostu kobieta się zatrzymała. Ów mężczyzna zatrzymał się także.
Była to noc bardzo ciemna. Dzień był także nienajmilszy, a tak i mało luda o téj późnéj godzinie i w tém miejscu odległém się znajdowało;.... a ci którzy tędy przechodzili, biegli śpiesznie, najpodobniéj nie widząc, a z pewnością ani na to niezważając, czyli to mężczyzna lub kobieta im się przygląda.
Pojawienie się tych ludzi w tém miejscu, niebyło wcale spowodowane tym zamiarem, aby ściągnąć na siebie natrętną uwagę osób z tego najlichszego motłochu Londynu, których droga na ten most zapewne dla tego jedynie sprowadziła, aby sobie miejsce nieco bezpieczniejsze i przed zimnym wiatrem i słotą trochę bardziéj ochronione koło jakiego słupa lub posągu kamiennego wynaleść, i przez noc na niém spocząć.
Owe postacie obie stały zatém spokojnie, ani słówka do nikogo niemówiąc, a nikt też w odwet ani słówka do nich nieprzemówił.
Mgła gruba pokrywała całkiem rzekę, i tłumiła blask czerwonawy ognisk, na kilku małych nad brzegami spoczywających statkach płonących, a przy tém świetle słabém, ciemném, domy i budynki po nad rzeką leżące w jedną ciemną, dziwaczną massę spłynęły.
Owe stare, wysokie, odwieczne składy po obu stronach rzeki, wznosiły się ciężko i ciemno, w zarysach zatartych po nad tłum gęsty dachów, szczytów i kominów, i spoglądały ponuro na strumień płynący, za nadto ciemny i czarny, aby ich kształty odbić.
Śród téj mgły i ciemności widać było wieże dwóch starych kościołów: Zbawiciela i śgo. Magnusa,.... tych dwóch odwiecznych i olbrzymich stróżów tego mostu starego, lecz maszty, żagle statków pod mostem i wysoko się pnące wieże innych kościołów ginęły albo w mgle, albo w oddaleniu.
Dziewczyna się już kilka razy po moście tam i napowrót przeszła, trwogą i niespokojnością miotana,.... a niewidomy jéj towarzysz krok w krok za nią te same obroty odbywał,..... gdy zegar donośny na wieży śgo. Pawła biciem swojém skonanie tego dnia głosić zaczął.
Północ się nad tém ludném miastem unosiła.
Północ zaległa zarówno pałace i najlichsze szynkownie; tak więzienia, jak i domy obłąkanych; tak domy porodnicze, jak i kruchty i trupiarnie,...... tak izby, w których chorzy, jak i te, w których zdrowi spoczywają; tak ciała strętwiałe, skostniałe, jak i ciałka miękkie rumiane, kwitnące dzieciny;....... północ bez wyjątku wszystko zaległa.
Zaledwie chwil kilka po uderzeniu ostatniém zegaru przeminęło, dał się słyszeć turkot nadjeżdżającego powozu, który się w niejakiéj odległości od mostu zatrzymał. Dziewczyna młoda wysiadła z niego w towarzystwie jakiegoś Jegomości z siwawym już włosem, powóz odprawiła, i natychmiast kroki swoje ku mostowi zwróciła.
Zaledwie ci nieznajomi nogą na moście stanęli, owa postać niewieścia naraz się zatrzymała, i natychmiast na przeciwko nich pobiegła.
Owi nieznajomi szli sobie powoli drogą, spoglądając naokoło siebie z wyrazem ludzi, którzy się czegoś spodziewają, ale mało nadziei mają, aby się ono spełnić miało; lecz gdy dziewczynę nadchodzącą spostrzegli, natychmiast się zatrzymali, wydawszy okrzyk zadziwienia, który jednak natychmiast stłumili, widząc, że jakiś człowiek, w ubiorze woźnicy ze wsi do nich się zbliżył,.... i téjże saméj chwili o nich się przechodząc otarł.
— Chodźmy z tąd!...... chodźmy! — ozwała się Nancy skwapliwie. — Ja się czegoś lękam tutaj z wami rozmawiać... Chodźmy z tąd,.... oddalmy się ludziom z drogi,.... zejdźmy lepiéj po tych schodach kilka stopni na dół!
Gdy to dziewczyna wyrzekła, i ręką wyciągniętą to miejsce wskazała, na które z nimi na rozmowę udać się pragnęła, ów wieśniak się właśnie obejrzał, i pytając się ich rubasznie, dla czego drogę całą zabierają, tak że koło nich przejść trudno, daléj potoczył.
Schody, które Nancy swym znajomym wskazała, znajdowały się z téj strony mostu, na któréj się kościół naszego Zbawiciela znajdował, i prowadziły z brzegu na dół ku rzece, w miejsce, do którego statki mniejsze zwykle przybijają. Do tych więc schodów ów mężczyzna, który na woźnicę ze wsi wyglądał, śpiesznie dobiegł tak że go nikt niewidział, a obejrzawszy się ostróżnie naokół, zaczął po nich na dół schodzić.
Schody te stanowią część mostu, i mają trzy oddziały.
Tuż przy końcu drugiego oddziału tych schodów, spuszczając się na dół, ściana murowana po lewéj ręce przestaje, kończąc się w słup piękny, ozdobny, ku Tamizie zwrócony.
W tém miejscu stopnie oddziału niższego są nieco szersze, tak że osoba, któraby się po za ten słup i ściankę ukryła, przez nikogo widzianą być niemoże, choćby się ktoś tuż koło niéj na ostatnim nawet stopniu tego oddziału znajdował.
Gdy ów przebrany woźnica do tego miejsca doszedł, rzucił okiem szybko na około, a niewidząc nigdzie miejsca dogodniejszego dla siebie, aby się ukryć, zwłaszcza, iż się obawiał, żeby owi nieznajomi tuż za nim nadejść mogli, wśliznął się więc za mur, stanął koło słupa, plecyma o niego oparty, i czekał tutaj, pewien, że oni daléj na dół niezejdą; a gdyby na przypadek rozmowy ich słyszeć niemógł, to przynajmniéj natychmiast jak najbezpieczniéj za nią się mógł udać, gdyby do siebie wracała.
Noemu tak długo czas upływał na tém miejscu samotném, w którém się ukrył, a szpieg ten tak żarliwie tajemnicze powody przeniknąć pragnął, które ją do rozmowy i schadzki, jakiéj się nigdy widzieć niespodziewał, skłoniły, że on już nieraz rzecz całą za straconą uważał myśląc sobie, że albo w górze się zatrzymała, albo też w jakie inne miejsce udała, aby swoję rozmowę tajemniczą z owemi nieznanemi obcemi do skutku przywieść.
Już nawet z rozpaczy kryjówkę swoję opuścić zamyślał, i udać się na górę, aby się za nimi obejrzeć, w tém nagle odgłos stąpania po schodach uszu jego doleciał, a niebawem i głosów, tuż blizko niego już rozmawiających.
Słysząc to, lepiéj się jeszcze do muru przytulił, dech w sobie zaparł, i uważnie nadsłuchiwał.
— Jak się mi zdaje, tobyśmy już dość daleko byli, — ozwał się głos; musiał to być z pewnością głos owego starego Jegomości. — Niemogę tego dopuścić, aby ta młoda panna choćby o krok jeden jeszcze daléj na dół schodziła. Nie jeden byłby i tak daleko za tobą nie poszedł, moja kochana; widzisz tedy sama, żeśmy ci bardzo wiele zaufali.
— Mnie zaufali! — zawołała dziewczyna, która owych nieznajomych w to miejsce sprowadziła. — Jesteś panie, jak widzę, bardzo podejrzliwym,...... ostrożnym. Mnie zaufali! Ale to nic nieszkodzi,.... nic nieszkodzi!
— Powiedzże mi jednak, — ozwał się staruszek nieco łagodniéj, — w jakim celu sprowadziłaś nas w to miejsce? Dla czegóżeś mi niepozwoliła na górze się z tobą rozmówić, tam gdzie jakie takie światło przecież mamy, i ludzie czasami się przejdą, zamiast nas tutaj w tę ciemną i przerażającą otchłań prowadzić?
— Jużem ci, panie, z początku zaraz powiedziała, — odparła Nancy, — żem się bała z tobą na górze rozmawiać. Niewiem co mi jest takiego, — dodała dziewczyna, wzdrygnąwszy się cała, — lecz taki dreszcz, taki przestrach przerażający dzisiaj mię wskróś przeszywa, taka niespokojność dręczy, iż zaledwie ustać mogę. —
— Niespokojność, przestrach, a to przed czém? — zapytał staruszek nad nią się litujący.
— Trudnoby mi było powiedzieć, przed czém, — odpowiedziała dziewczyna. — Jabym chętnie w grobie teraz leżała. Jakieś myśli okropne o śmierci, widziadła białych całunów krwią pobryzganych, i jakaś dziwna bojaźń, trwoga, jakbym się w ogniu piekła, przez cały dzień mię udręczała. Czytałam dzisiaj książkę dla rozrywki i przepędzenia krótszego czasu, lecz zamiast głosek te widziadła mi ciągle przed oczyma stawały. —
— Urojenia, przywidzenia i nic więcéj, — rzekł na to staruszek, chcąc ją uspokoić.
— Nie, nie jest to żadne przywidzenie, — odpowiedziała dziewczyna nieco chrypliwie. — Ja bym na to przysięgła, żem na każdéj kartce pismem wielkém, czarném, to słowo: trumna, wyryte widziała,.... a przechodząc dziś przez ulicę trumnę tuż przed oczyma mi przeniesiono.
— To nie jest nic szczególnego, — odpowiedział staruszek; — i mnie samego już nieraz z trumnami mijano.
Prawdziwemi, — odparła dziewczyna; — ale ta nią nie była.
Ona to wszystko z taką żałobą dziwną, niepojętą w głosie mówiła, że tajemnego słuchacza okropność nieraz wskróś przejęła; krew mu nawet ze zgrozy w żyłach stygła, słysząc dziewczynę te słowa wymawiającą. —
Noa jeszcze nigdy tak błogiego uczucia nie doznał, jak wtedy, kiedy miły, dźwięczny, słodziuchny głos Rózi usłyszał, proszącéj Nancy, aby się uspokoiła, i takiem myślom i przywidzeniom ponurem, groźnem, nieoddawała.
— O proszę z nią trochę łagodniéj i przyjaźniéj mówić, — rzekła dziewczyna do swego towarzysza. — Biedna dziewczyna! Jak się zdaje to jéj tego wielce potrzeba.
— Wasze dumne, nabożne kobiety byłyby, widząc mię w tym stanie téj nocy, głową nademną wstrząsały i o piekle, mękach, i zemście Boga mi prawiły; — zawołała czule biedna Nancy. — Ach panno, luba, droga panno! dla czegóż ci, co wybranemi od Boga być mają, nie są tak pobłażającemi, tak litościwemi i łagodnemi dla nas biednych, nędznych istót, jak ty, droga panno, co wszystko hojnie posiadasz, co zaletę i powab dla kobiety stanowić może, młodość, piękność i dobroć; mogłabyś przeto bezpiecznie o wiele być dumniejszą, i nie tak skromną, jak teraz.
— Ach! — zawołał staruszek. — Jeżeli Turek modlitwy swoje chce odprawiać,..... obmywa poprzód czysto swe oblicze, i zwraca ono ku wschodowi. Ci zaś ludzie wszelką pogodę, uprzejmość i przyjemność oblicza przy starciu się ze światem wielkim poprzód ścierają, i zwracają ono potém ku stronie najciemniejszéj nieba. Jeżelibym pomiędzy Turkiem i Faryzeuszem miał wybierać, tobym się śmiało na pierwszego zgodził.
Staruszek się z tą mową do swéj młodéj towarzyszki zwrócił, i to w tym celu widocznie, ażeby biednéj Nancy tyle czasu dozwolić, iżby się opamiętać i do siebie przyjść mogła.
W kilka chwil staruszek wprost do niéj się odezwał.
— Przeszłéj Niedzieli tutaj cię nie było, — rzekł.
— Niemogłam przyjść, — odpowiedziała Nancy, — gdyż mię przemocą przytrzymano.
— A to kto?
— Bill!.... Ten sam, o którym téj pannie już raz wspomniałam.
— Spodziewam się jednak, że cię nikt dotąd jeszcze w podejrzeniu niema, iż jakie związki utrzymujesz z obcemi ludźmi względem tego przedmiotu, który nas tego wieczora w tém miejscu zgromadził, — zapytał staruszek z trwogą.
— Nie, — odpowiedziała dziewczyna, wstrząsnąwszy głową. — Nie jest to jednak rzeczą łatwą dla mnie opuścić go, ażeby nie wiedział, gdzie i po co idę. Byłabym się nawet i z panną owego wieczora nie była widziała, gdybym mu była opium do lekarstwa nie wmięszała, które wypił, nimem się oddalić mogła.
— Czy się obudził, nimeś do domu powróciła? — zapytał staruszek.
— Nie; i żaden z nich w podejrzeniu mię niema.
— To dobrze, — odparł staruszek, — a terazże mię posłuchaj!
— Jestem gotowa! — odpowiedziała dziewczyna po małéj chwili namysłu.
— Ta panna, — rzekł wtedy staruszek, — powierzyła mnie i kilku jeszcze przyjaciołom, na których wierność i szczerość z ufnością spuścić się może, to wszystko, coś jéj przed dwoma tygodniami pod największą tajemnicą opowiedziała. Muszę ci teraz wyznać, żem z początku powątpiewał, czyli twojem wyznaniom zupełnie zaufać możemy; ale teraz jestem przekonany, iż to wszystko jest prawdą, a ty byłaś szczerą.
— Tak jest, byłam nią! — odpowiedziała dziewczyna poważnie i otwarcie.
— Powtarzam jeszcze raz, iż o tém jestem przekonany. Aby ci zaś dowieść, że wszelką ufność w tobie pokładam, powiem ci więc szczerze, bez ogródki, żeśmy sobie stanowczo zamierzyli tajemnicę, jakakolwiek ona będzie, przestrachem i bojaźnią z owego Monksa wydobyć. Lecz jeżeli,.... — ciągnął staruszek daléj,...... jeżeli go nie będziemy mogli schwytać, lub téż schwyciwszy go, nie będziemy mogli z niego tego wydostać, co wiedzieć pragniemy, to nam musisz wydać.... Żyda.
— Fagina! — zawołała dziewczyna przerażona.
— Tak jest;.... ten człowiek musi nam być przez ciebie wydany, — powtórzył staruszek.
— Nigdy!..... przenigdy!..... nie, tego nigdy nie uczynię! — odparła dziewczyna. — Jakkolwiek on jest prawdziwym z piekła szatanem, a nawet przeciwko mnie gorszym jeszcze od szatana,...... ja tego jednak nigdy nie uczynię!
— Więc niechcesz?
Zapytał staruszek, który się na tę odpowiedź przysposobionym być zdawał.
— Nie! — odpowiedziała dziewczyna.
— Powiedzże mi dla czego?
— Dla jednéj przyczyny, — odparła dziewczyna stanowczo, — dla jednéj i bardzo ważnéj przyczyny, o któréj ta panna wie bardzo dobrze, i mnie teraz poprzeć zechce; a ja jestem przekonana, że ona to z chęcią uczyni, gdyż mi to sama przyrzekła. Wreszcie i dla tego drugiego powodu, że lubo on życie bardzo złe i haniebne prowadzi, lecz i ja to samo lepszego nie wiodłam. Bardzo wiele z naszych wiodło spólnie to samo haniebne i występne życie, lecz ja ich zdradzać nie myślę,.... gdyż i oni by mię byli zdradzić mogli,... zostawszy schwytanemi,.... a jednak tego pomimo podłość swoję nie uczynili.
— Jeżeli tak, — zawołał wtedy staruszek żywo, jakby tego był dostąpił, czego właśnie pragnął, — więc wydaj mi Monksa i pozwól mi sobie z nim według mego upodobania postąpić.
— A gdyby on téż innych chciał zdradzić?
— Więc ci daję moje słowo uczciwości, iż w takim wypadku wszelkie inne wyznania jego w niepamięć puścimy, i na nie wcale zważać nie będziemy, jeżeli się nam tylko to, czego pragniemy z niego wybadać uda. W życiu Oliwera muszą zachodzić okoliczności, którebyśmy niechętnie przed oko publiczności stawić chcieli, a jeżli tylko prawdę z niego wybadamy, to nikogo w nieprzyjemności wikłać nie zamierzamy.
— A jeźli to nie nastąpi?.... jeźli się prawdy z niego dobyć nie uda? — zarzuciła dziewczyna.
— Wtedy, — odpowiedział staruszek, — bez twego zezwolenia Żyda przed sądy nie stawiemy. Lecz w takim wypadku będę ci mógł dać dowody takie, jak się spodziewam, że ty sama na to chętnie zezwolisz.
— Czy mi panna za to ręczy? — zapytała dziewczyna skwapliwie.
— Ręczę! — odpowiedziała Rózia; — daję ci moje najszczersze słowo!
— Czy Monks się nigdy o tém nie dowie, od kogo państwo o tém wszystkiém wiecie? — zapytała powtórnie dziewczyna po chwili milczenia.
— Nigdy! — odpowiedział staruszek. — Będziemy we wszystkiém tak ostrożnie sobie postępować, że on nawet ani podejrzenia na ciebie mieć nie będzie.
— Skłamałam już nieraz i żyłam od dziecieństwa pomiędzy samemi kłamcami, — ozwała się dziewczyna po chwili milczenia, — jednak słowu pańskiemu zaufam. —
Otrzymawszy od staruszka i jego towarzyszki najświętsze przyrzeczenie,.... iż bezpiecznie na ich słowo spuścić się może, zaczęła im kreślić wierny opis położenia i zewnętrzności owéj karczmy, z któréj dzisiaj na widzenie się z niemi poszła, lecz głosem tak cichym, że niepodobna było podsłuchującemu Noemu bardzo często tego zrozumieć, co im mówiła.
Z tego, iż co chwila mowę ucinała, można było wnosić, iż staruszek sobie na prędce wszystkie jéj zwierzenia zapisuje.
Gdy już dokładnie całe wnętrze domu opisała, a nawet i objaśniła, z któregoby miejsca Monksa najlepiéj wyśledzić można, nie zwróciwszy na siebie niczyjéj uwagi, dzień i godzinę, o któréj on do téj karczmy zwykł przychodzić, ucięła mowę na chwilę, aby sobie rys i zewnętrzność jego poprzód jak najdokładniéj przypomnieć.
— On jest wzrostu wysokiego, — rzekła nakoniec, — silnie zbudowany, lecz nie bardzo mocny. Chód jego jest cichy, skradający się, a idąc ma ten zwyczaj przez ramię w tył się oglądać, najprzód przez jedno, a potém przez drugie. Proszę o tém nie zapominać, gdyż jego oczy tak głęboko leżą, jakem jeszcze u nikogo nie widziała, i po tych dwóch znakach jedynie pomiędzy tysiącem by go poznać można. Twarz ma smaglawą, ciemną, włos i oczy czarne, a lubo dwadzieścia sześć do dwudziestu ośmiu lat najwięcéj mieć może, jednak już stary, zwiędniały wygląda. Usta miewa bardzo często sine, pokrwawione, poranione od zębów, gdyż na wielką chorobę bardzo często cierpi, i nieraz sobie ręce, piersi porani, pokaleczy;.... ale,.... cóż to pana tak mocno uderza? — zapytała dziewczyna, ucinając nagle mowę.
Staruszek skwapliwie jéj odpowiedział, że o tém nic nie wie, i prosił ją, aby swego opisu nie przerywała.
— Te wszystkie okoliczności, — mówiła daléj dziewczyna, — musiałam sama pierwéj od innych wyłudzić, abym go panu opisać była w stanie, gdyż ja go sama dwa razy tylko w mojém życiu widziałam, a oba razy otulonego w tołubie. Teraz już nie wiem, czyli jeszcze coś więcéj będę mogła o nim panu powiedzieć.... Ale, ale,...... — dodała przypominając sobie. — Na szyi, tak wysoko, iż część tego z podchustki zobaczyć można, jeżeli twarz obróci, ma....
— Wielkie, czerwone znamie, podobne bardzo do ognika, — przerwał jéj staruszek.
— A to co? — zawołała dziewczyna, — czy go pan znasz?
Młoda towarzyszka staruszka wydała także głośny okrzyk zadziwienia, a wszystko troje na kilka chwil tak mocno zamilkli, że podsłuchujący Noa wyraźnie ich oddech przyśpieszony mógł słyszeć.
— Mnie się zdaje, że go znam, — odpowiedział staruszek obojętnie, przerywając milczenie. — Stósownie do twego opisu, powinienbym go znać w istocie. Zobaczemy jednak. Wszak bardzo wiele ludzi, zupełnie sobie obcych, jednak do siebie jest podobnych,.... być może zatém, że to nie ten sam, co ja myślę.
Staruszek wyrzekłszy to z udaną obojętnością, cofnął się w tył parę kroków, nachylił nad poręcz murowaną, i szepnął z cicha do siebie, tak że ukryty Noa, o parę stóp tylko od niego oddalony, bardzo wyraźnie następne słowa mógł usłyszeć:
— To on z pewnością być musi!
— A teraz, — rzekł głośniéj, zbliżywszy się jednak napowrót do Rózi i Nancy, — do czego innego. Uczyniłaś nam bardzo ważną przysługę młoda dziewczyno, a my byśmy chcieli wdzięczność naszą za to ci okazać. Powiedzże nam, czém ci usłużyć możemy?
— Niczém, — odpowiedziała Nancy.
— Nie spodziewam się, aby to twoją odpowiedzią ostateczną być miało? — odparł staruszek z taką uroczystością i tkliwą szczerością, żeby głos jego najzatwardzialsze serce był zmiękczył. — Rozmyśl się dobrze i powiedz mi, czego sobie życzysz?
— Niczego panie, — odpowiedziała dziewczyna płacząc. — Pan nic dla pomocy mojéj uczynić nie możesz. Dla mnie już niema żadnéj nadziei.
— Ty się sama wszelkiéj nadziei wyrzekasz, — odparł na to staruszek; — przeszłość srogo z tobą się obeszła; roztrwoniłaś skarby nieocenione młodości, któremi nas stwórca raz tylko w naszém życiu wyposaża, i nigdy więcéj nam ich nie udziela; lecz na przyszłość jeszcze liczyć możesz. Prawda że tego powiedzieć nie mogę, iż jest w naszéj mocy, spokój duszy i serca ci powrócić, który tylko wtedy udziałem twoim się stanie, jeżeli go sama szukać będziesz; lecz schronienie bezpieczne i przytułek spokojny czy to w Anglii, czyli téż, jeżeliby ci się tutaj żyć niepodobało, w jakiéj krainie odległéj ci nastręczyć, to jest nietylko w naszéj mocy, ale i najszczerszém naszém życzeniem, gdyż z serca pragniemy pomoc skuteczną ci udzielić. Nim jutrzenka poranna zaświta, nim pierwszy promień wschodzącego słońca na te mętne tonie rzeki padnie, możesz być już ztąd bardzo daleko, po za obrębem wszelkich poszukiwań i śledztwa twoich dawnych towarzyszy, nie zostawiwszy za sobą najmniejszego śladu, któryby im pobyt twój mógł wskazać, tak jakbyś dla nich zupełnie z ziemi zniknęła. Daj się namówić. Jabym nie chciał, abyś raz jeszcze w te otchłanie zdrożności, zbrodni, zepsucia powrócić miała, jedno spojrzenie jeszcze na nie rzuciła, tém powietrzem raz jeszcze oddechała, które zgubą i śmiercią jest dla ciebie, lub téż z którym z dawnych towarzyszów lub towarzyszek twoich najmniejsze słówko jeszcze mówiła. Opuść ich wszystkich, dopokąd jeszcze jest czas i sposobność.
— Ona się da wzruszyć, namówić, — zawołała Rózia; — jestem pewna że téj pomocy nie odrzuci.
— Lecz ja się boję, iż odrzuci, droga panno Różo! — odpowiedział staruszek.
— Tak jest panie, odrzucam, gdyż sobie inaczéj postąpić nie mogę, — odparła dziewczyna po kilku chwilach namysłu i wewnętrznéj walki. — Jestem przykuta do mojego dawnego życia. Ja ono teraz nienawidzę, zgroza i przerażenie na wspomnienie onegoż mię przejmuje, ale się go wyrzec teraz nie mogę. Musiałam już bardzo daleko na drodze występku zajść, że teraz powrócić nie mogę,...... a jednak niewiem, czylibym sił moich i teraz jeszcze nie była doświadczyła, gdybyście byli przed niejakim czasem do mnie w ten sposób przemówili. Ale, — dodała, obejrzawszy się z przestrachem naokoło, — jakaś trwoga niepojęta znowu mię przejmuje. Muszę do domu powracać.
— Do domu! — powtórzyła Rózia, ze znaczącym naciskiem na to słowo.
— Tak jest, do domu! — odparła dziewczyna. — Do takiego domu, jakim sobie pracą mego życia całego zbudowała. O proszę, oddalmy się ztąd. Mógłby mię ktoś zobaczyć lub wyszpiegować. Chodźmy! Chodźmy! O zaklinam państwo, jeżelim wam choćby najmniejszą przysługę uczyniła, więc w całą nagrodę o nic innego nie proszę, tylko żebyście mię samą do domu puścili. —
— A zatém wszystko jest nadaremne, — rzekł staruszek z westchnieniem. — Moglibyśmy ją na niebezpieczeństwo narazić, gdybyśmy ją tutaj dłużéj zatrzymać chcieli. A możeśmy ją nawet dłużéj już zatrzymali, jak ona się tego spodziewała.
— To prawda, prawda! — odpowiedziała Nancy.
— Jakiż koniec życia téj biednéj, nieszczęśliwéj istoty być może? — zawołała Rózia.
— Jaki? — odparła dziewczyna. — Chciéj spojrzyć przed siebie luba panno. Rzuć okiem na te ciemne, mętne tonie. Ileż to razy czytasz w dziennikach o istotach nieszczęśliwych, takich jak ja, które się w rzekę rzucają i topią, nie zostawiając po sobie żadnego żalu, żadnéj istoty żyjącéj, któraby je opłakiwała, lub przynajmniéj za nimi westchnęła. Być może, iż lata jeszcze przejdą, a może już tylko miesiące, tygodnie, lecz w końcu ta sama śmierć i mnie oczekuje.
— O proszę, błagam cię, niemów nam o tém! — odparła Rózia z płaczem rzewnym.
— Takie okropności nigdy już więcéj uszu twoich nie dojdą, droga panno, a Bóg niech cię uchowa, aby taka zgroza!.... Dobra noc! dobra noc! — dodała boleśnie dziewczyna.
Staruszek się odwrócił.
— Oto jest kieska, — zawołała dziewczyna, — uczyń to dla mnie, i przyjmij ją odemnie, abyś kiedyś w godzinę niedostatku, nędzy, potrzeby, jaką taką pomoc miała.
— Nie, nie, — odpowiedziała dziewczyna. — Ja tego nie uczyniłam dla pieniędzy. O proszę mi to pocieszenie przynajmniéj zostawić. Jednak proszę o jaką pamiątkę,.... coś takiego, coś panna przy sobie nosiła..... Coś koniecznie mieć muszę,.... nie, nie,.... tylko nie pierścionek,...... raczéj rękawiczki lub chusteczkę małą,...... coś, cobym przy sobie ukryć mogła na pamiątkę, żeś to nosiła, droga, luba panno! Tak!.... Niech was pan Bóg błogosławi!.... Bywajcie państwo zdrowi! Dobra noc! dobra noc!
Wzburzenie gwałtowne téj dziewczyny i obawa, aby ją nie odkryto i nie zdradzono, coby ją na wielkie niebezpieczeństwo narazić mogło, skłoniła staruszka do uskutecznienia jéj prośby, i oddalenia się natychmiast z tego odległego i samotnego miejsca.
Wkrótce dał się słyszeć szmer kroków po schodach do góry idących, a mowa i szepty ustały.
Niebawem postać staruszka i jego powabnéj towarzyszki na moście się pojawiła. Na ostatnim schodzie się zatrzymali.
— Cicho! — zawołala Rózia, nadsłuchując uważnie. — Czy nie zawołała? Mnie się zdawało, żem głos jéj usłyszała?
— Nie, nie, moja luba panno! — odpowiedział Brownlow, obejrzawszy się na dół ze smutkiem. — Ona się jeszcze z miejsca nie ruszyła, i nie ruszy nawet pierwéj, nim się z téj okolicy nie oddalemy.
Rózia Maylie jeszcze się ociągała, lecz staruszek ją wziął pod rękę, i przemocą prawie z tego miejsca odprowadził. Gdy już zupełnie zniknęli, Nancy padła jak długa na stopień kamienny, i strumieniem gorżkich łez się zalała, które jéj sercu boleścią uciśnionemu niejaką ulgę sprawiły.
Po niejakiéj chwili podniesła się, wstała, i krokiem słabym, wlekącym, po schodach do góry się wpięła.
Noa, całém wydarzeniem nadzwyczajnie zdziwiony, pozostał jeszcze przez kilka chwil nieruchomy na swojém dawném miejscu, a obejrzawszy się potém ostrożnie na wszystkie strony, i upewniwszy się, że naokoło ani żywéj duszy nie widać, wysunął się z największą przezornością ze swojéj kryjówki, i szedł do góry po schodach zwolna, w cieniu otaczającego muru, na ten sam sposób jak i wtedy, kiedy na dół schodził.
Gdy do najwyższego schodu doszedł, rzucił pierwéj przezornie kilka razy okiem naokoło, aby się upewnić, że go nikt nie śledzi, a potém jak najśpieszniéj na ulicę wypadł, i znanemi drogami pędem do mieszkania Żyda zdążał.






Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Karol Dickens.