Oliwer Twist/Tom II/Rozdział VI

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Karol Dickens
Tytuł Oliwer Twist
Pochodzenie Biblioteka Uniwersytetu Jagiellońskiego
Data wydania 1845
Drukarz Breikopf i Hartel
Miejsce wyd. Lipsk
Tłumacz Anonim
Tytuł orygin. Oliver Twist
Źródło skany na Commons
Inne Cały tom II
Pobierz jako: Pobierz Cały tom II jako ePub Pobierz Cały tom II jako PDF Pobierz Cały tom II jako MOBI
Indeks stron
ROZDZIAŁ VI.

Pewne szczegóły o pewnym młodzieńcu, który się teraz po raz pierwszy na widowni pojawia, i o pewnym wypadku, który się Oliwerowi wydarzył.

Było to jednak za wiele szczęścia prawie dla nich.
Oliwer stanął jak wryty, otumaniony, na tę wiadomość niespodziewaną; osłupiały, nie mógł ani płakać, ani mówić, ani téż na miejscu ustać. Zaledwie że tyle przytomności jeszcze zachował, iż to rozumiał, co się stało, i nie przyszedł pierwéj do siebie, dopokąd się na świeżém powietrzu w chłodzie wieczornym przez czas niejaki nie przeszedł, strumień łez obfity z ócz się mu nie puścił i sercu jego nie ulżył; wtedy dopiero pojął dokładnie całą pocieszającą zmianę w chorobie Rózi, i uczuł, iż wielki ciężar mu przez to z serca zdjęto.
Noc już zapadła, kiedy powracał do domu z téj wycieczki wieczornéj, obładowany mnóstwem kwiatów, troskliwie nazbieranych, i na ubranie pokoju choréj przeznaczonych. Kiedy tak drogą pośpieszał, dosłyszał za sobą turkot powozu, z niezwykłą szybkością ku niemu się zbliżającego.
Gdy się obejrzał, spostrzegł, że to był powóz pocztowy, który szybko pędził; a że konie cwałem biegły, a droga w tém miejscu była bardzo wązka, musiał się na chwilkę do drzwiczek po drodze przytulić, dopokąd go ten powóz nieminął.
Kiedy mimo niego przegonił, Oliwer rzuciwszy weń szybkie spojrzenie, dostrzegł jakiegoś mężczyznę w białéj szlafmycy na głowie, którego oblicze mu się znane być dawało, lubo tak szybko przejechali, że mu niepodobna było tak prędko sobie go przypomnieć.
Lecz za chwilkę owa szlafmyca przez drzwiczki od powozu się wysunęła, a głos stentora na woźnicę wrzasnął, aby się zatrzymał, co też i ten natychmiast uczynił, skoro mu się tylko konie wstrzymać udało; a wtedy owa szlafmyca na nowo się pojawiła, i tenże sam głos Oliwera po imieniu zawołał.
— Hola! hola! — wołał głos; — panie Oliwer, cóż słychać?...... panna Róża?...... jakżeż z nią, O-li-we-rze?
— Czy to wy, Giles?
Zawołał chłopczyna, biegnąc ku niemu do pocztowego wozu.
Giles jeszcze raz szlafmycę swoję z powozu wysunął, znak, że coś chciał powiedzieć, lecz go jakiś młodzieniec, który w drugim kącie powozu siedział, nagle w tył usunął, i skwapliwie Oliwera zapytał, co słychać nowego?
— Powiedz krótko, — zawołał ten młodzieniec, — czy lepiéj lub gorzéj?
— Lepiéj, lepiéj, o wiele lepiéj! — odpowiedział Oliwer żywo.
— Dzięki Bogu! — zawołał młodzieniec. — Czy tylko pewnie?
— Pewnie, pewnie panie! — odpowiedział Oliwer. — Ta zmiana nastąpiła dopiero przed parę godzinami, a pan Losberne powiedział, iż wszelkie niebezpieczeństwo już minęło.
Nieznajomy ani słówka na to nieodpowiedział, lecz drzwiczki od powozu szybko otworzył, wyskoczył, i chwyciwszy Oliwera za rękę, cokolwiek na stronę go odprowadził.
— Czyś nam szczerą prawdę powiedział?..... czyś się niedał może jakim pozorem lub błędném doniesieniem ułudzić! — pytał go nieznajomy młodzieniec drżącym głosem. — Błagam cię, niewprowadzaj mię w rozpacz, wzbudzając we mnie nadzieje, któreby się potém niespełniły.
— Za cały świat bym tego uczynić niechciał, panie, — odpowiedział Oliwer. — Pan mi możesz jednak zaufać. Słyszałem dokładnie, jak pan Losberne sam powiedział: ona jeszcze długo żyć będzie na pociechę naszą. Są to jego własne słowa.
Oczy Oliwerowi łzami zabiegły na wspomnienie téj chwili, która była początkiem tak wielkiego szczęścia, a nieznajomy młodzieniec twarz swoję odwrócił i przez kilka chwil stał w milczeniu.
Oliwerowi się zdawało, iż łkania płaczu słyszy, ale się lękał przerwać jego myśli jaką uwagą, — gdyż sobie jego uczucia dobrze wytłómaczyć umiał, — i stał od niego odwrócony, udając, iż kwiatami swoimi jest zajęty.
Giles, ze swoją białą szlafmycą na głowie, siedział przez ten cały czas na stopniu od powozu, łokciami na kolanach wsparty, i ocierał sobie oczy chustką od nosa niebieską, perkalową, w białe kropeczki.
Że zaś ten poczciwiec wzruszenia nieudawał, dowodem tego były najlepszym czerwone oczy, któremi na nieznajomego młodzieńca spoglądał, gdy tenże do powozu powrócił i do niego przemówił.
— Mnie się zdaje, ze lepiéj będzie, jeżeli sam jeden w powozie do mojéj matki pojedziesz, Giles, — rzekł. — Jabym wolał iść zwolna, piechotą, aby trochę czasu zyskać, nim się z nią zobaczę. Możesz jéj powiedzieć, że i ja przyjechałem.
— Proszę mi wybaczyć, panie Henryku! — odparł Giles, osuszając chustką swoją do reszty z łez twarz zapłakaną; — ale ja myślę, czyby to nie lepiéj jeszcze było pocztyliona samego z tém doniesieniem posłać, a jabym panu mocno był wdzięcznym za to. Jabym się niechciał tak, w tym stanie, przed sługami w domu pokazać, jabym u nich wszelką powagę przez to na zawsze utracił.
— Dobrze i tak! — odpowiedział Henryk z lekkim uśmiechem; — możesz uczynić jak ci się podoba. Każ mu pojechać z naszymi tłómokami, jeżeli chcesz, a ty możesz iść z nami. Pierwéj jednak zdejm tę twoję szlafmycę, i wdziej coś przyzwoitszego na głowę, inaczéj nas za szaleńców mieć będą.
Giles, przypomniawszy sobie dopiero to niezwykłe ubranie głowy, zerwał ono z niéj i schował natychmiast do kieszeni, a z powozu wyciągnął kapelusz i wsadził go na głowę. Poczém pocztylion sam daléj odjechał, a Giles, Henryk Maylie i Oliwer zwolna za nim się udali.
Po drodze Oliwer z ciekawością i przychylnością na nowo przybyłego co chwila spoglądał. Jak się zdawało, mógł mieć dopiero lat dwadzieścia pięć, był średniego wzrostu, oblicza ładnego, powabnego, układu otwartego i nadzwyczajnie zajmującego.
Jednak, niezważając na różnicę, która w ich wieku zachodziła, tyle podobieństwa w nim było do staréj pani Maylie, żeby to Oliwer bez wielkiéj trudności był poznał, gdyby ten młody człowiek sam o niéj, jako matce swojéj był nawet nie wspomniał.
Pani Maylie oczekiwała z utęsknieniem przybycia swego syna u drzwi domu, a powitanie obojga bez wielkiego i rzewnego wzruszenia z obu stron się nie odbyło.
— Ach matko! — szepnął ten młody człowiek; — dla czegóżeś pierwéj do mnie nie napisała?
— Chciałam pisać, — odpowiedziała staruszka; — namyśliwszy się jednak inaczéj, zatrzymałam jeszcze list u siebie, chcąc pierwéj stanowczy wyrok pana Losberne usłyszeć.
— Dla czegóż jednak kochana matko! — zarzucił młodzieniec, — dla czego dopuszczać możliwość tego, co się omal nie stało? Gdyby Rózia była.... nie, ja nawet tego słowa wymówić jeszcze bez zgrozy niemogę,.... gdyby choroba jéj była inny obrót wzięła, jakżeż byś sobie saméj ten postępek była wybaczyć mogła? lub jakżeż bym ja mógł był kiedy na powrót być szczęśliwym?
— Gdyby się to było stało, mój Henryku, — odparła pani Maylie, — to się obawiam, żeby twoje szczęście rzeczywiście było zniszczone było, a czybyś wtedy o parę dni prędzéj lub późniéj był przyjechał, toby na twoje serce bardzo mały wpływ było miało.
— Któżby się temu mógł dziwić, jeżeliby to w istocie prawdą było, kochana matko? — odpowiedział młodzieniec; — ale dla czegóż ci mam mówić, jeżeliby,.... ono jest... jest.... jest już w istocie prawdą,.... a ty o tém wiesz dobrze, kochana matko,..... ty musisz nawet o tém wiedzieć....
— Ja tylko o tém dobrze wiem, że ona na miłość najgorętszą i najczystszą zasługuje, do jakiéj tylko serce mężczyzny jest zdolne, — rzekła pani Maylie. — Ja wiem że poświęcenie i przywiązanie tkliwe jéj serca nie zwyczajnéj wzajemności, ale głębokiéj, wiecznéj wymaga. Gdybym tego przekonania niemiała, i o tém również nie wiedziała, że przy najmniejszéj zmianie w przywiązaniu tego, któryby jéj życie chciał poświęcić, serce by jéj pękło, obowiązek, którym na siebie nałożyła, nie byłby dla mnie tak trudnym do wypełnienia, anibym też tyle z sobą walczyć niepotrzebowała, aby nieodstąpić od téj drogi, którą sobie wyznaczyłam, i od tego, com za powinność moję uznała.
— To jest wyrok surowy, kochana matko! — odpowiedział Henryk. — Czyliż możesz przypuścić, abym tak wielkiém jeszcze był dzieckiem, i serca mego własnego nieznał, lub też uczuciami swojemi się łudził?
— Kochany synu! — odparła pani Maylie, kładąc rękę na jego ramieniu, — ja tylko wiem o tém, iż młodość nie jedno piękne i szlachetne uczucie posiada, które do końca nie wytrwa; i że pomiędzy temi bardzo wiele takich się znajduje, które natychmiast ulatują, skoro tylko swego zaspokojenia dostąpią. Szczególnie zaś, — ciągnęła staruszka, wlepiając oczy w oblicze swego syna, — jeżeli młodzieniec namiętny, zapalony, dumny żonę posiada, na któréj imieniu najmniejsza plamka spoczywa, a tę plamkę, lubo nie jest wcale jéj winą, ludzie serca zimnego i brudnego za zbrodnię jéj poczytać, przy zdarzonéj sposobności nie tylko jéj saméj, ale i dzieciom przykry wyrzut z niéj zrobić, i w stosunku prostym do jéj powodzenia w świecie, za powód do szyderstwa i najgrawania się dotkliwego użyć by mogli;.... wtedy bowiem mógłby ów młody człowiek, niechaj serce najszlachetniejsze nawet posiada,.... tego związku żałować, który w młodości swojéj zawarł, a ona téj boleści okropnéj doznać, żeby poznała, iż on tego żałuje.
— Matko! — odparł młodzieniec niecierpliwie, — gdyby to ów młody człowiek uczynił, okazałby przez to, iż jest człowiekiem samolubnym, gburem nieokrzesanym, niegodnym tego nazwiska męża, równie jak i téj kobiety, którą opisałaś.
Teraz jeszcze tak myślisz, Henryku, — zarzuciła staruszka.
— I zawsze tak myśleć będę, — odpowiedział młodzieniec. — Udręczenie serca i ta trwoga okropna, któréj w tych dniach ostatnich doznałem, wydziera mi szczerze wyznanie miłości, która, jak ci saméj wiadomo, kochana matko, nie od kilku dni dopiero powstała, lub też przez lekkomyślność w sercu mojém się zagnieździła. Do Rózi, tego anioła dobroci, powabu, serce moje tak mocno przylgnęło, jak tylko serce mężczyzny do kobiety przylgnąć może. Bez niéj niema dla mnie żadnéj myśli, żadnéj nadziei, żadnego widoku, żadnego nawet życia na tym świecie; a jeżéli mi w tych uczuciach najmniejszy opór stawisz, wydrzesz mi całą moją spokojność, całe szczęście moje i zniszczysz życie moje na wieki! Matko! sądź lepiéj o tém i o mnie, i niezapoznawaj tego uczucia gorącego, namiętnego, które ci się tak błahe być wydaje.
— Ach Henryku, — odpowiedziała pani Maylie, — właśnie dla tego, że serca i uczucia gorące tak wysoko cenię, chciałabym im zranienia oszczędzić. Ale dość tego na teraz, więcéj nawet jak dośyć o tych rzeczach.
— Zostawże więc Rózi zupełne rozstrzygnięcie, — dodał Henryk. — Spodziewam się, kochana matko, iż twego zdania wygórowanego tak daleko nieposuniesz, abyś mi jakie przeszkody stawiać miała?
— Nie, tego nieuczynię! — odpowiedziała pani Maylie; — życzyłabym sobie jednak, abyś rozważył....
— Jużem wtedy wszystko dobrze rozważył! — odparł Henryk z niecierpliwością, — gdym do tego wieku doszedł, żem w ogóle do rozwagi się stał zdolny. Lecz uczucia moje zawsze te same pozostały, niezmienne, niezachwiane. Dla czegóż więc mam znosić męczarnie niepotrzebnéj zwłoki, jeżeli ta żadnéj zmiany zdziałać nie potrafi, i żadnéj korzyści przynieść nie zdoła? Nie! nim ten dóm raz jeszcze opuszczę, Rózia mię koniecznie wysłuchać musi.
— Dobrze, niechaj cię wysłucha! — rzekła na to pani Maylie.
— Z téj odpowiedzi twojéj, kochana matko, wnosić by mi wypadało, że mię ona bardzo zimno przyjmie? — ozwał się młodzieniec z pewną trwogą.
— Nie, wcale nie zimno! — odparła staruszka, — jestem pewna, że nie!
— Jakżeż więc inaczéj? — nalegał młodzieniec; — spodziewam się przecież, iż żadnych innych stosunków niezawiązała?
— Nie, nie! — odpowiedziała matka. — O ile ja poznać mogłam, to miłość twoja z jéj sercem zrosła! — Jedno ci jeszcze przypomnieć chciałam, mój synu, — prowadziła daléj staruszka, przerywając synowi, gdy się do odpowiedzi zabierał; — to jest: abyś pierwéj, najdroższy synu! cały bieg życia Rózi sobie przypomniał, i nad tém dobrze się zastanowił, jaki wpływ wiadomość o jéj wątpliwym rodzie na jéj postanowienie wywrzeć może,...... nim całą twoję przyszłość na szali postawisz,...... i w sercu swojém nadzieje najwyższe wzbudzisz;...... zwłaszcza jeżeli uwagę na to zwrócimy, z jakiém przywiązaniem, jakiém poświęceniem niewypowiedzianém nam jest oddana, do jakich uczuć wzniosłych i szlachetnych serce jéj we wszystkiém, w rzeczach najdrobniejszych nawet jest zdolne, co już od dawna najcelniejszém znamionem i cechą jéj było.
— Cóż pod tém rozumiesz, kochana matko?
— To już sam odgadnąć musisz, kochany synu, — odpowiedziała pani Maylie, — ja zaś muszę do Rózi powracać. Niech cię Bóg pobłogosławi.
— Czy się będę jeszcze raz z tobą widział tego wieczora, kochana matko? — spytał młodzieniec żywo.
— Może, — odpowiedziała staruszka, — jeżli od Rózi odejść będę mogła.
— Czy jéj powiesz, że ja tu jestem? — spytał Henryk.
— Nieinaczéj, — odpowiedziała pani Maylie.
— I o tém, jak byłem o nią stroskany, strwożony? ile dla niéj wycierpiałem? i jak tęsknie za tém,.... aby ją jak najprędzéj zobaczyć?.. czyż i o tém jéj powiesz, droga, kochana matko?
— Powiem jej, powiem to wszystko!
Odpowiedziała staruszka, i uściskawszy syna serdecznie, wybiegła śpiesznie z pokoju.
Podczas téj rozmowy Henryka z matką, pan Losberne i Oliwer zostawali tymczasem na przeciwnéj stronie domu, rozmawiając z sobą.
Gdy Henryk do nich się zbliżył, lekarz mu rękę podał, i obaj się nawzajem szczerze powitali. Młodzieniec niecierpliwością pożerany i trwogą dręczony, tysiączne pytania względem stanu zdrowia mu zadawał, a lekarz mu w odpowiedzi cały stan obecny choroby wyjaśnił, co wszelkie nadzieje jego, które przy opowiadaniu Oliwera powziął, zupełnie potwierdziło, i serce jego szczęściem niewysłowioném przepełniło.
I Giles przysłuchiwał się temu wszystkiemu z wielką ciekawością, udając jednak, że wyłożeniem rzeczy z tłómoka troskliwie jest zajęty.
— Czyś nie zastrzelił znowu coś szczególnego, Giles? — zapytał go lekarz, skończywszy swoje opowiadanie.
— Nic szczególnego, panie!
Odpowiedział Giles, spłoniwszy się aż po uszy.
— Czyś żadnego złodzieja więcéj nie schwytał, albo też jakiego chłopczynę za takiego nieudał? — pytał daléj lekarz złośliwie.
— Nie, wcale nie! — odpowiedział Giles z nadzwyczajną powagą.
— To mi bardzo przykro, — rzekł lekarz, — gdyż jak wiem, to wielką zręczność w tém posiadasz. Jakżeż się ma Brittles?
— Ten chłopiec sie ma bardzo dobrze, panie, — odpowiedział Giles z zwykłą swoją powagą łaskawcy, — i zaseła swe najniższe ukłony.
— Bardzo dobrze! — odpowiedział lekarz; — a widząc cię tutaj, panie Giles, właśnie sobie przypominam, żem na dzień przedtém, nim mię tutaj tak nagle przywołano, stósownie do życzenia twéj dobrotliwéj pani, mały sprawunek dla ciebie uskutecznił. Zbliżże się do mnie tutaj na chwilę!
Pan Giles udał się z lekarzem w kącik wskazany z wielką powagą i niejakiém zadziwieniem, gdzie go Losberne krótką i tajemną rozmową zaszczycił; po ukończeniu tejże Giles się kilkakrotnie niziuteńko skłonił, i odszedł z dumą niezwykłą w postawie, spojrzeniu i chodzie.
O przedmiocie téj rozmowy potajemnéj ani słówka w pokoju nie wspomniano, lecz w kuchni za to o wszystkiém natychmiast się dowiedziano, gdyż pan Giles prosto do niéj się udał, kazał sobie zastawić kubek spory piwa, i zapowiedział z pewną wspaniałością i tajemniczością wyniosłą, która pomyślnego wrażenia na słuchaczach zrobić nieomieszkała, że się pani jego podobało, ze względu na jego tak piękne zachowanie się i odwagę podczas owéj nocy, któréj złodziejstwo popełnić zamyślano, w kasie oszczędności w Chertsey dwadzieściapięć funtów szterlingów złożyć, które dla niego są przeznaczone.
Służące, słysząc tę wiadomość, oczy szeroko wytrzeszczyły, ręce z zadziwienia załamały, i oświadczyły, ze pan Giles teraz zapewnie bardzo spysznieje; lecz pan Giles, poprawiwszy sobie lepiéj kryzę od pułkoszolka, na to odpowiedział: „iż wcale nie!.... i gdyby tylko kiedykolwiek spostrzeżono, iż przeciwko swoim podwładnym dumnie występuje, aby go natychmiast o tém ostrzeżono, a on się bardzo wdzięcznym téj osobie okaże, która to uczyni.“
Poczém wiele jeszcze podobnych uwag uczynił, chcąc przez to dowieść, iż wcale dumnym nie jest, które z największém upodobaniem i przychylnością przyjęto, a które rzeczywiście tak były dobitne, dowcipne, i uderzające, jak uwagi ludzi wielkich zwykle bywają.
I na górze resztę wieczora dość wesoło przepędzono; lekarz był albowiem w bardzo wesołém usposobieniu, a Henryk Maylie, pomimo znużenie swoje tak szybką podróżą i ciągłe zamyślenie, nie mógł się jednak oprzeć żartobliwości tego poczciwego człowieka, która się tysiącznemi dowcipami, licznemi wspomnieniami z jego praktyki, i mnóstwem zabawnych żartów objawiała, które Oliwer za rzeczy najśmieszniejsze uważał, jakie się mu kiedykolwiek w życiu słyszeć zdarzyło, i w skutek tego z nadzwyczajném zadowoleniem poczciwego lekarza na całe gardło się z nich śmiał, który się sam również tak serdecznie śmiał, że i Henryk Maylie, przez sam przykład zaraźliwy serdecznie się śmiać musiał.
Tak więc wesoło wieczór cały pospołu przepędzili, jak dalece śród podobnych okoliczności wesołemi być mogli, i już późno w nocy było, kiedy się rozłączyli, aby się z sercem ulżoném i wdzięcznością dla Boga przepełnioném na spoczynek udać, którego wszyscy po tylu troskach i trwodze, która ich przez te kilka ostatnich dni nękała, niezbędnie potrzebowali.
Oliwer wstał nazajutrz daleko weselszy, i z daleko większą nadzieją i przyjemnością do swych zatrudnień zwyczajnych się udał, jak kiedykolwiek w ostatnim czasie. Klatki z ptakami w oknach pozawieszano, aby na powrót na dawném miejscu śpiewały, a kwiatów polnych najpiękniejszych, najmiléj pachniących nazbierano, aby się Rózia ich widokiem, ich wonią cieszyć i poić mogła.
Jakby ruszczką czarodziejską usunięta, znikła ta ponura powłoka, która przez wiele dni w oczach smutkiem i trwogą dręczonego chłopca każdy przedmiot, choćby nawet był najpiękniejszy, pokrywała.
Zdawało się mu, że krople rosy daleko jaśniéj, świetniéj błyszczą na swych liściach zielonych, iż powietrze z nimi igrając, daleko miléj szeleści, i niebo same nawet daleko błękitniéj, daleko piękniéj i jaśniéj wygląda.
Taki wpływ wywiera nasze własne usposobienie umysłu i uczucia nasze na pogląd zewnętrznego świata. Ludzie, którzy na świat i swych braci spoglądają, i mówią, iż wszędzie ciemno i ponuro, słusznie twierdzą; lecz te ciemne, ponure barwy są skutkiem i odbiciem ich własnych oczu chorobliwych i serc żółcią przepełnionych. Barwy rzeczywiste, prawdziwe, są jasne i czyste, lecz aby je dostrzedz, trzeba na to oka i serca zdrowego, jasnego.
Na szczególniejszą uwagę ta okoliczność zasługuje, którą także i Oliwer uczynić nieomieszkał, iż swoich wycieczek porannych samotnie więcéj nieodprawiał.
Skoro tylko bowiem Henryk Maylie pierwszego zaraz poranku Oliwera nimi obładowanego zobaczył, takie namiętne zamiłowanie do polnych kwiatów go pochwyciło, a on tyle troskliwości w zbieraniu i tyle dowcipu, uczucia piękna w urządzaniu wiązanek z nich rozwijał, iż w krótce Oliwera daleko prześcignął.
Lubo zaś Oliwer w téj mierze niższym był od niego, daleko lepiéj natomiast znał owe miejsca, na których się najpiękniejsze znajdowały, a oni obaj co rano okolicę całą za nimi przebiegali, i najpiękniejsze z kwitnących do domu z sobą przynosili.
Teraz już i okna od pokoju Rózi otwierano, gdyż ona za miłym, ciepłym wietrzykiem lata stęskniła, i lubiała się pokrzepić jego świeżością wonną; kwiaty zaś układano w wodę, i stawiano na oknie, na małéj do tego przyrządzonéj wystawie, a co rano świeżą wiązankę z szczególną troskliwością dla niéj uwito, i w oknie postawiono.
Oliwer jednak bardzo dobrze to spostrzegł, iż kwiatów zwiędłych nigdy nie wyrzucano, lubo naczynie, w którym stały, co rano było próżne, i co rano świeżą wiązanką przyozdobione; równie i to baczności jego nie uszło, iż lekarz podczas swych rannych przechadzek po ogrodzie za każdą razą okiem w tę stronę rzucił, i zawsze przytém z wielkim wyrazem głową kiwnął.
Śród tych uwag dzień za dniem szybko mijał, a Rózia coraz bardziéj i prędzéj do zdrowia przychodziła.
Oliwerowi jednak pod ten czas nie bardzo się dłużyło, lubo dziewczyna z pokoju jeszcze nie wychodziła, a przechadzki ich wieczorowe ustały, chyba czasami z panią Maylie, która na czas krótki kiedy niekiedy w pole wychodziła.
Oliwer się przykładał tymczasem z podwójną pilnością do nauki u owego siwego staruszka, i tak wytrwale pracował, że się sam nad swemi podstępami dziwił. Tą pracą właśnie pewnego razu był zajęty, kiedy go nagle wydarzenie najmniéj spodziewane przeraziło i trwogą nabawiło.
Pokoik, w którym zwykle siadywał, jeżeli pisaniem i nauką był zajęty, znajdował się na dole, w tyle domu, i miał okna na ogród. Pokoik ten wyglądał na małą ogrodową altankę, z żaluzyjami u okień, jaśminem, powojem, które go swą miłą wonią napełniały. Okno wychodziło na ogród, a drzwi małe prowadziły na małą niwę; po za tém były same łąki i lasy. Z téj strony niebyło żadnéj innéj budowli, widok cały był przeto bardzo obszerny.
Pewnego pięknego wieczora, kiedy już pierwsze cienie zmroku zapadać zaczęły, Oliwer sobie siedział przy tém okienku, zajęty czytaniem pilném książki. Przez czas niejaki bardzo pilnie się uczył; ale że w dzień był wielki upał, a on tego dnia wiele mając do czynienia, mocno się ubiegał, nie jest to przeto żadnym nadzwyczajnym wykrętem autora, jakby się nie jednemu może zdawało, jeżeli powie, że go powoli rozmarzyło, i on wkrótce usnął.
Jest rodzaj snu, który nas czasami opanuje, i lubo ciało w więzy swoje ujmie, umysłu jednak zdolności uchwycenia tego, co się koło nas dzieje, wcale niepozbawia, ale owszem, swobodnie mu bujać pozwala.
Jeżeli znużenie, któremu się oprzeć niemożemy, upadek sił wszelkich, zupełna bezwładność i niezdolność czuwania nad własnemi myślami lub poruszeniami snem nazywać się może, więc i ów stan jest nim w istocie; zachowujemy jednak przytém świadomość tego wszystkiego, co się w koło nas dzieje, a w sennych marzeniach naszych nawet stósują się słowa, które w istocie w pobliżu nas wyrzeczono, głosy téj chwili rzeczywiście się odzywające, z taką zadziwiającą i szczególną trafnością do owych marzeń naszych, iż rzeczywistość i wyobraźnia w końcu tak dziwnie z sobą się zlewa, że to jest potém niepodobieństwem zupełném z sobą je rozłączyć.
To nie jest jeszcze zjawiskiem najdziwniejszém w podobnym stanie.
Jest to rzeczą pewną, dowiedzioną, że lubo zmysły nasze słyszenia i widzenia na czas niejaki zasypiają, już sama milcząca przytomność jakiegokolwiek zewnętrznego przedmiotu, który się wcale w pobliżu nas nieznajdował, kiedyśmy oczy nasze zamknęli, o którego obecności czuwając najmniejszéj świadomościśmy niemieli, jednak wpływ wielki i stanowczy nawet na nasz umysł śpiący, i owe obrazy senne, które się przed okiem naszéj duszy przemykają, wywiera.
Oliwer o tém bardzo dobrze pamiętał, iż był w swojém własném małém pokoiku, że książki jego przed nim na stole leżały, i lekki, ciepły wietrzyk zielonym liściem roślin zewnątrz poruszał, szeleściał, — a jednak snem ujęty spoczywał.
Nagle ten obraz cały się zmienia; powietrze staje się ciężkie, parne, duszące, a on ze zgrozą i przestrachem spostrzega, iż się na powrót w izbie Żyda znajduje. Oto siedział ten starzec okropny, haniebny, jak zwykle w swoim kącie, wskazując palcem na niego, i szepcąc coś do jakiegoś nieznajomego, który z twarzą odwróconą koło niego siedział.
— Cicho mój drogi, cicho! — zdawało mu się, iż Żyda mówiącego słyszy, — to on, z pewnością to on! Chodźmy, chodźmy z tąd!
— Tak jest, on! — zdawało się mu, iż ten drugi odpowiada; — czyliż sądzisz, żebym się mógł pomylić? Gdyby sto tysięcy djabłów w ciała zupełnie do niego podobne, się ubrało, a on pomiędzy nich się zaplątał, toby mię jakieś wewnętrzne poczucie natychmiast ostrzegło, gdzie stoi, i gdzie go szukać. Gdybyście go na pięćdziesiąt stóp głębokości w ziemi zakopali, i mnie przez jego grób poprowadzili, to go natychmiast wskażę, chociażby żaden znak, ślad najmniejszy go niezdradził.
Ten człowiek to z taką złością i nienawiścią okropną mówić się zdawał, iż się Oliwer z przestrachu samego nagle obudził i na nogi zerwał.
Wielki Boże! cóż to się takiego stało, że wszystka krew do serca się mu ciśnie, głos mu zapiera, i wszelkiego ruchu go pozbawia!.... Tam,.... tam.... pod oknem,.... tuż przed nim,.... i to tak blizko,.... żeby się go był mógł dotknąć, nim od niego odskoczył,.... stał do izby spoglądając, spotkawszy się z wejrzeniem jego,.... Żyd, a przy nim, blada z wściekłości, lub bojaźni, lub tez z jednego i drugiego, dała się widzieć twarz złośliwa, przeraźliwa, tego samego człowieka, który go pewnego razu w bramie domu gospodniego nadybał.
Była to jedynie chwilka, mgnienie oka, połysk przed jego oczyma, i już ich niebyło!
Lecz oni go poznali, i on ich także, a spojrzenie ich tak się w jego pamięć wbiło, jakby ono w kamieniu było wykute i od kolebki ciągle przed jego oczyma stało. Przez chwilę stał jakby piorunem rażony, potém zaś wyskoczył przez okno na ogród, i zaczął głośno o pomoc wołać.







Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Karol Dickens.