Oliwer Twist/Tom II/Rozdział V

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Karol Dickens
Tytuł Oliwer Twist
Pochodzenie Biblioteka Uniwersytetu Jagiellońskiego
Data wydania 1845
Drukarz Breikopf i Hartel
Miejsce wyd. Lipsk
Tłumacz Anonim
Tytuł orygin. Oliver Twist
Źródło skany na Commons
Inne Cały tom II
Pobierz jako: Pobierz Cały tom II jako ePub Pobierz Cały tom II jako PDF Pobierz Cały tom II jako MOBI
Indeks stron
ROZDZIAŁ V.

Szczęście Oliwera i jego przyjaciół cios niespodziewany zakłóca.

Wiosna wkrótce przeminęła i lato nadeszło; a jeźli wieś pierwéj była ładną, teraz całém bogactwem i pięknością niezrównaną przyrody jaśniała.
Owe wysokie drzewa, które w pierwszych czasach nagie, chorowite wyglądały, stały teraz w całym kwiecie swego zdrowia i bujnego życia, wyciągały swe konary zielone szeroko po nad ziemię spragnioną, i zmieniły nie jedno miejsce nagie, nieurodzajne, na miłe, cieniste, chłodne ustronie, z którego się wygodnie było można patrzeć na rozległą, piękną, promieniami słońca olśnioną okolice, rozciągającą się naokoło. Była to właśnie pora wszelkiéj siły i dzielności życia, a wszystko rosło bujnie i kwitnąco.
Ten sam pokój błogi zewnątrz panujący, ta sama pogoda i wesołość, która okolicę całą cechowała, panowała także i pomiędzy mieszkańcami naszego letniego domku. Oliwer już od dawna zdrowie i czerstwość swoję odzyskał, lecz zdrowie i czerstwość niesprowadziła najmniejszéj zmiany w jego uczuciach i przywiązaniu do obu jego opiekunek, — lubo to się bardzo często u bardzo wielu ludzi zdarza, — i ciągle był takim samym usłużnym, wdzięcznym, przychylnym chłopczyną jak i wtedy, kiedy choroba i cierpienia siły jego podkopały, a najmniejsza jego wygoda lub pomoc od troskliwości i pieczołowitości tych zależała, którzy go do siebie przyjęli.
Pewnego wieczora bardzo pięknego dłuższą nieco przechadzkę jak zwykle odbyli, gdyż w dzień był wielki upał, w nocy zaś księżyc jasno świecił, a wietrzyk chłodny, lekki powiewał, i całą przyrodę orzeźwił, pokrzepił.
I Rózia była tego dnia bardzo wesoła, tak że rozmową żywą, przyjemną zajęci, granice zwykłą swéj przechadzki codziennéj o wiele przekroczyli.
Pani Maylie była mocno znużona, tak że wszyscy nieco powolniéj jak zwykle do domu wracali. Rózia wtedy swój kapelusik słomiany z głowy zdjęła, i według zwyczaju do fortepianu zasiadła.
Kiedy tak w zapomnieniu przez kilka minut po klawiszach przebierała, zagrała śpiew powolny i uroczysty, lecz grając zdawało się, jakoby łkania płaczu słyszeć się dawały.
— Droga, kochana Róziu! — zawołała wtedy staruszka.
Rózia nic nieodpowiedziała, lecz nieco żywiéj grać zaczęła, jakoby ten głos z myśli boleśnych i przykrych ją był obudził.
— Róziu! życie moje! — zawołała pani Maylie, zrywając się nagle ze swego krzesła i nachylając się nad nią. — Cóż ci to jest? Lica twoje łzami zalane? Moja córko kochana cóż cię tak smuci?
— Nic, droga ciociu, nic! — odpowiedziała dziewczyna. — Niewiem sama, co mi jest takiego; niemogę tego sama opisać; ale jakiś smutek niepojęty dzisiaj mię ogarnął, a....
— Przecież nie jesteś słabą, co?... — zawołała stroskana pani Maylie.
— Nie, nie, nie jestem słabą! — odpowiedziała Rózia, i mówiąc to cała się wstrzęsła, jakoby dreszcz zimny, śmiertelny, na wskróś ją był przejął; — a przynajmniéj mi teraz już cokolwiek lepiéj. Oliwer zamknij okno, proszę cię!
Oliwer pośpieszył natychmiast to wykonać, czego od niego zażądano, a młoda dziewczyna, dobywając wszelkich sił swoich, aby pierwotną wesołość na powrót odzyskać, usiłowała coś weselszego zagrać, ale ręce jéj opadły bezwładne na klawisze, a ona potém twarz swoję nimi zakryła, zawlekła się na sofę niedaleko stojącą i rzewnie się nakoniec rozpłakała, niemogąc dłużéj łez swoich wstrzymać i płaczu w sobie stłumić.
— Kochana córko moja! — rzekła ciotka, obejmując ją rękami, — jeszczem cię nigdy taką niewidziała!
— Niechciałam cię w niespokojność wprowadzać kochana ciociu, dopokąd mi sił starczało, — odpowiedziała Rózia, — walczyłam z sobą długo, ale dłużéj już rady sobie dać nie mogłam. Ja się boję, czyli nie jestem w istocie chora, kochana ciociu!
A ona w istocie chorą była; gdyż kiedy światła przyniesiono, Oliwer i pani Maylie spostrzegli, iż przez ten czas krótki od powrotu do domu, oblicze jéj nadzwyczajnie się zmieniło, i bladości śmiertelnéj nabrało. Wyraz w niém prawdzie na piękności nic niestracił, lecz mocno się zmienił, a na téj miłéj powabnéj twarzy jakaś trwoga osiadła, w jéj oczach jakiś obłęd zajaśniał, jakiego dotąd jeszcze nigdy w niéj niespostrzeżono.
Wkrótce rumieniec żywy, ognisty oblał jéj lica, a oko jéj modre, łagodne, ogniem dzikim zapłomieniło; niebawem jednak i to wszystko znikło, niby cień lotną chmurką utworzony, a ona bardziéj jeszcze jak poprzód pobladła.
Oliwer, który na staruszkę z trwogą i niespokojnością spoglądał, spostrzegł, że ją te nagłe zmiany i znaki mocno niepokoić zaczęły, co też rzeczywiście prawdą było; widząc jednak, iż ona wszelkiemi siłami tę niespokojność ukryć się stara, i on to samo uczynić postanowił.
Ciotka namówiła nakoniec Rózię, aby się do łóżka położyła, a dziewczyna ich pozorem złudzona, nieco wesołości napowrót nabrała, a nawet i nieco zdrowszą się wydawała; w końcu zaś o tyle się uspokoiła, iż z uśmiechem na ustach ich zaręczyła, że do jutra zupełnie o chorobie zapomni, i nazajutrz rano tak zdrowa się przebudzi jak ryba w wodzie.
— Spodziewam się, — rzekł Oliwer, gdy pani Maylie ze sypialni Róży powróciła, — że ta nagła słabość panny nie jest nic niebezpiecznego. Prawda że panna Róża nie bardzo zdrowo wygląda, ale....
Staruszka dała mu znak skinieniem ręki, ażeby nic niemówił, i usiadłszy sama w ciemnym kąciku swéj izby, przez czas niejaki w myślach głębokich pogrążona była. Nakoniec się drżącym głosem ozwała:
— I ja się spodziewam, że nie, luby Oliwerze! Byłam jednak przez wiele lat bardzo z nią szczęśliwa,.... aż za nadto szczęśliwa może! a teraz chwila zapewnie nadeszła, że mię nieszczęście prześladować zacznie. Spodziewam się jednak, że to dobry obrót weźmie....
— Jakie nieszczęście pani? — zapytał Oliwer.
— Ten cios dotkliwy i ciężki, — rzekła staruszka głosem zaledwie zrozumiałym, — gdyby mi wypadło stracić tę drogą dziewczynę, która już tak długo mojém szczęściem, moją pociechą była.
— Ach! niechże pan Bóg broni! — zawołał Oliwer z zapałem.
— Amen, moje dziecko! — zakończyła staruszka załamawszy ręce.
— Niebezpieczeństwo nie musi być zapewnie tak wielkie jeszcze, — rzekł Oliwer; — wszakże przed dwoma godzinami dopiero tak zdrową była.
— Lecz teraz bardzo jest słaba, — odparła pani Maylie, — i jestem pewna, że się jéj w nocy jeszcze bardziéj pogorszy. Moja droga, kochana Rózia! cóżby ja teraz bez niéj poczęła?
Biedna staruszka téj myśli okropnéj znieść niemogła, i takiemu smutkowi nadzwyczajnemu się oddała, ze Oliwer, o własném zmartwieniu i trwodze zapominając, przedstawienia jéj robić się ośmielił, i szczerze ją błagać zaczął, aby się dla samego dobra swéj siostrzenicy uspokoić raczyła i otuchy nabrała.
— Ach, proszę zważyć, łaskawa pani! — rzekł Oliwer, a łzy mu w oczach stanęły, pomimo wszelki gwałt, który sobie zadawał. — Ach proszę zważyć, jak ona jest młodą i dobrą; ile pociechy i radości w koło siebie rozlewa. Ja jestem pewien,.... nieinaczéj,.. bardzo pewien,.... że ona dla pociechy twojéj, pani, co tak dobrą dla wszystkich jesteś, dla pociechy swojéj, i pociechy tych wszystkich, których tak szczęśliwymi robi, jeszcze nie umrze. Bóg tego dopuścić nie może, aby ona umrzeć miała.
— Cicho, cicho! — odpowiedziała pani Maylie, kładąc rękę na głowie Oliwera. — Ty po dziecęcemu jeszcze myślisz, biedny chłopcze; a to coś wyrzekł, jest grzechem, lubo by się łatwo usprawiedliwić dało. Tyś mi jednak przez to obowiązek mój przypomniał. Zapomniałam o tém na chwilę, mój Oliwerze; spodziewam się jednak, ze mi wybaczone będzie, gdyż jestem już starą, i wiele już w życiu mojém chorych i umierających widziałam, abym niemiała znać i téj boleści, którą po sobie zostawiają. Tak jest, dość już w świecie widziałam, abym i o tém przekonaną być nie miała, że nie zawsze najmłodsi i najlepsi tym się zostają, którym życie ich jest miłe i drogie. To by nam jednak więcéj pociechy jak smutku sprawiać powinno, albowiem niebo jest sprawiedliwe, a wypadki podobne powinny by nas raczéj nauczyć, iż się jeszcze świat lepszy od tego znajduje, a przejście do niego jest bardzo prędkie i skore. Niechaj się jednak dzieje wola Boga! Ja ją wprawdzie bardzo kocham, ale Bóg jeden wie, co dla nas jest najlepszém.
Oliwera ten widok mocno zadziwił, że pani Maylie to mówiąc, skargi swoje i narzekania, lubo po wielkiéj walce, jednak stłumiła, podczas swéj mowy się wyprostowała, i cokolwiek więcéj odwagi i spokojności nabrała.
Bardziéj się jednak jeszcze dziwił, gdy się późniéj przekonał, że ta stałość nieustawała, a pani Maylie ciągle, pośród największych trudów i czuwania w nocy, co się późniéj potrzebném stało, spokojność i rozwagę zachowała, i wszelkie obowiązki swoje nieugięta, a nawet z upodobaniem, według wszelkiego pozoru, pełniła.
Ale on był jeszcze młodym, i nie mógł wiedzieć, do czego duchy silne, dzielne, w tak smutnych i trudnych okolicznościach są zdolne. I jakżeż mógł wiedzieć, jeżeli to nawet tym samym, co ten przymiot posiadają, rzadko kiedy jest wiadomém?
Noc pełna trwogi i udręczenia nastąpiła, a gdy poranek zaświtał, przepowiednia pani Maylie aż zanadto się sprawdziła. Rózia leżała w pierwszym okresie bardzo niebezpieczniéj gorączki.
— Musimy czynnymi być, Oliwerze, i próżnemu smutkowi daremnie się nieoddawać, — rzekła pani Maylie, kładąc palec na ustach, i spoglądając bystro na niego, — trzeba ten list o ile możności jak najprędzéj do pana Losberne wysłać. Najlepiéj będzie, jeżeli sie go do poblizkiego miasteczka, tylko o cztery mile ztąd odległego zaniesie, drogą o wiele krótszą, ścieżkami przez pola i łąki, i ztamtąd umyślnego posłańca prosto do Chertsey jak najśpieszniéj wyśle. Gospodarz z zajezdnego domu z chęcią to uczyni, a ja wiem, że ty się z nim jak najprędzéj zwiniesz.
Oliwer nic na to nieodpowiedział, lecz w swym zapale natychmiast się w drogę chciał puścić.
— Oto jest list drugi, — dodała pani Maylie, namyśliwszy się chwilkę, — lecz nie wiem, czyli go razem mam posłać, lub téż poczekać, dopokąd się z Rózią na tę lub owę stronę nie rozstrzygnie. Niechciałabym go posłać, jeżeli się najgorszego obawiać nie potrzebuję. —
— Czy on ma także iść do Chertsey?
Zapytał Oliwer, pragnący jak najśpieszniéj polecenie wykonać, i nadstawiający rękę drżącą po list.
— Nie!
Odpowiedziała staruszka, podając mu go poniewolnie. Oliwer rzucił na niego okiem, i spostrzegł, że był napisany do pana Harry Maylie, w domu pewnego lorda w okolicy; którego nazwiska jednak Oliwer przeczytać nie mógł. —
— Mamże go wziąść z sobą? — zapytał Oliwer, spoglądając niecierpliwie na nią.
— Ja myślę, że nie! — odpowiedziała pani Maylie, odbierając go napowrót. — Poczekam jeszcze do jutra rana.
To mówiąc, dała Oliwerowi swą sakiewkę, a on pobiegł natychmiast bez dalszéj zwłoki, jak tylko mógł najśpieszniéj.
Szybko biegł przez pola, niwy, łąki, które je bardzo często przedzielały, czasami pomiędzy zbożem wysokiém, z obu stron go otaczającém ukryty, czasami zaś zdążający polem czystém, otwartém, po którém żeńczarze i kosarze swą pracę walnie odbyli, i ani razu by na chwilkę się nie zatrzymał i nie spoczął, chyba czasami bardzo krótko, jeźli zanadto zmęczony odetchnąć musiał, dopokąd zgrzany, zadyszany, pyłem okryty, do miasteczka się nie dobił, i na rynku nie stanął.
Tutaj się zatrzymał i za domem gospodnim w koło obejrzał.
Zobaczył białą ławkę,.... czerwony browar, żółty dom urzędowy, i w kącie jednym dom obszerny, na zielono pomalowany, a na nim godło: „Grzegórz.“ Do tego domu téż natychmiast kroki swoje zwrócił.
Oliwer zagadnął najprzód pocztyliona, śpiącego sobie swobodnie w bramie, a ten, wysłuchawszy, czego żąda, odesłał go do stajennego, który go znów po wysłuchaniu powtórném tego, co tamtemu już powiedział, do gospodarza samego odesłał, człowieka wysokiego wzrostu, w niebieskiéj chustce na szyi, białym kapeluszu, sukiennych spodniach, i butach wywijanych, który stał oparty o pumpę na podwórzu, przekłuwając sobie zęby śrebrném od zębów piórkiem.
Pan gospodarz z wielkim i głębokim namysłem do swego stołu szynkarskiego się zbliżył, aby rachunek zrobić, nad czém długi czas strawił. Gdy tę pracę nakoniec ukończył, a Oliwer ją zapłacił, musiano dopiero konia dla sługi okulbaczyć, i jednego z pocztylionów przywołać, który się dopiero ubrać musiał, co go dziesięć minut przynajmniéj zatrzymało, a Oliwer stał tymczasem i przypatrywał się wszystkiemu z taką niecierpliwością i rozpaczą, żeby najchętniéj sam na konia był skoczył, i cwałem największym aż do poblizkiéj pocztowéj stacyi pogonił.
Nakoniec wszystko już było gotowe, a gdy karteczka z wielu prośbami i poleceniami jak największego pośpiechu i jak najprędszego oddania wręczoną została, pocztylion siadł na konia, pogonił po nierównym bruku miasteczka, i zniknął im z oczu w kilka chwil, cwałując szybko gościńcem.
Było w tém bardzo wiele pocieszającego, wiedząc, iż po pomoc już posłano, i wiele czasu jeszcze nie stracono.
Oliwer opuścił karczmę z daleko lżejszém sercem, i chciał właśnie przez bramę wyjść na ulicę, gdy przypadkiem o człowieka wysokiego w płaszczu utknął, który téj chwili właśnie z izby karczemnéj wychodził.
— Ha! — zawołał nieznajomy, wlepiając w Oliwera swe oczy, odskoczywszy nagle od niego. — Co to jest, do tysiąc piekielnych piorunów?
— Przepraszam pana, bardzo przepraszam; — ozwał się Oliwer. — Śpieszyło mi się bardzo do domu, i nie widziałem pana wychodzącego.
— Umarł! — zawołał nieznajomy do siebie samego, okiem zdziwioném, szeroko wytrzeszczoném, w Oliwera ciągle się wpatrując. — Ktoby to był pomyślał. Obyś się w popiół był zamienił! Aż z grobu wstać musiał, aby mi wejść w drogę.
— Bardzo mię to boli, panie, — wyjąkał Oliwer, zmięszany surowém, dzikiém spojrzeniem nieznajomego; — spodziewam się, żem pana nieuszkodził.
— Bodaj kości twoje zgniły! — mruknął nieznajomy, niewypowiedzianą złością miotany i zgrzytnął zębami. — Gdybym był miał na tyle odwagi owe słówko wymówić, byliby mię jednéj nocy od niego uwolnili. Przekleństwo na twoję głowę, a powietrze morowe na ciebie, ty wisielcze! Co ty tu robisz?
Nieznajomy zagroził mu przytém ściśnioną pięścią, zgrzytnął zębami, i mówiąc to, przystąpił do Oliwera, jakby miał był w myśli pięścią w niego ugodzić, lecz nagle padł na ziemię, rzucając się i wijąc na niéj, a na usta jego pjana wystąpiła.
Oliwer spoglądał chwilkę z przerażeniem na okropne drganie tego szaleńca, gdyż go za takiego trzymał, — a potém wpadł napowrót do karczmy, aby o pomoc dla niego zawołać. Widząc zaś, że go troskliwie do izby karczemnéj zaniesiono, zwrócił się do domu, pobiegł jak tylko mógł najśpieszniéj, aby czas stracony niejako wynagrodzić, i rozmyślał ciągle z niemałém zadziwieniem, a nawet i bojaźnią o tém nadzwyczajném postępowaniu człowieka, którego co tylko opuścił.
Okoliczność ta jednak w pamięci jego długo nie pozostała, gdyż powróciwszy nakoniec do swego domu, wiele znalazł, co jego myśl wyłącznie zajmowało i wszelkie inne względy osobiste z myśli mu wybić było wstanie.
Choroba Róży Maylie nagle jeszcze bardziéj się pogorszyła, a nim północ nadeszła, zaczęła mówić od rzeczy. Lekarz podrzędny, miejscowy, który w téj okolicy miał swoję siedzibę, nie odstępował ich ani na chwilę, a zobaczywszy Rózię natychmiast oświadczył, wziąwszy panią Maylie na bok, że to gorączkowe obłąkanie bardzo wielkie niebezpieczeństwo zapowiada.
— W istocie, — rzekł, — będzie to cud prawdziwy niejako, jeżeli do siebie przyjdzie.
Ileż to razy Oliwer téj nocy z łóżka swego się zrywał, i tajemnie, z cicha aż do schodów podchodził, aby głos najmniejszy z pokoju choréj podsłuchać i uchwycić. Ileż to razy dreszcz zimny wskróś go przejmował i zimnym potem zgrozy czoło i oblicze jego pokrył, jeżeli nagły odgłos stąpania po pokoju obawę w nim wzbudził, iż się tam coś tak okropnego stało, że nawet o tém pomyśleć straszno. Czémże był zapał i żarliwość tych wszystkich modłów, które kiedykolwiek do nieba już zasłał, w porównaniu z tymi, które się teraz za zdrowie i zbawienie téj lubéj istoty, nad brzegiem grobu już stojącéj, z głębokości rozpaczą i smutkiem uściśnionego serca do Boga wznosiły.
Ta męka, ta okropna, sroga męka, widzieć życie najulubieńszéj istoty naszéj w niebezpieczeństwie,.... ważącéj się pomiędzy życiem i śmiercią, i być na to skazanym, aby świadkiem być nieczynnym, żadnéj pomocy dać niemogącym;.... te myśli przykre, dopiekające, które umysł nasz nagabają, dręczą, serce nasze burzą i do gwałtownego bicia pobudzają,.... i tak okropne obrazy człowiekowi przed oczy stawiają, że mu aż oddech zapiera,..... — ta rozpacz, trwoga i dręczące dążenie, aby przecież coś przynajmniéj uczynić, i tem cierpieniom ulżyć, lub niebezpieczeństwo zmniejszyć, które zakląć, usunąć, nie jest w naszéj mocy;... — ta małoduszność i utrata wszelkiéj odwagi, którą w nas myśl o naszém niedołęztwie zupełném, niemożności dania pomocy wznieca, — to wszystko są męki, którem żadne inne wyrównać nie zdołają; a sąże jakie sposoby, lub téż uwagi, któreby je z potokiem czasu zmniejszyć lub poskromić zdołały.
Nakoniec świtać zaczęło, poranek nadszedł, lecz w tym domku wiejskim było spokojnie i cicho. Wszyscy na szepty jedynie z sobą rozmawiali, oblicza trwogą, niespokojnością przejęte co chwila u drzwi od ogrodu się pojawiały, a kobiety i dzieci powracały do siebie łzami rzewnemi zalane.
Przez cały boży dzień i kilka godzin jeszcze potém, gdy już wieczór zapadł, Oliwer ciągle po ogródku się przechadzał, co chwila swe oczy ku oknu od pokoiku choréj podnosił, a dreszcz zimny go za każdą razą wskróś przejął, gdy to okno osłonięte zobaczył, jakoby śmierć swego czynu wewnątrz była dokonała.
Późno w nocy pan Losberne nakoniec przybył.
— Jest to bardzo przykro, — rzekł poczciwy lekarz, odwróciwszy twarz swoję gdy to mówił, — tak młoda,.... tak kochana i powszechnie lubiona!.... i tak mało,..... bardzo mało nadziei.
Nazajutrz rano słońce jasno i wspaniale świeciło,... tak jasno i wspaniale, jakoby żadnéj troski, żadnéj boleści nie oświecało.... Wszystko naokoło kwitło, rosło, zieleniało, woniło, pełną życia dzielnością tchnęło,.... zewsząd dawał się słyszeć odgłos wesołego śpiewu,.... a ta biedna, miła dziewczyna leżała na śmiertelném łożu, walcząc o życie swoje.
Oliwer wymknął się nieznacznie z domu, wśliznął na ów cmentarz mały, usiadł na mogile zielonéj, i cichemi lecz rzewnemi łzami się zalał.
Lecz świat był tak piękny, tak spokojny,.... okolica takim urokiem, takim wdziękiem w pełnym promieniu słońca jaśniała, tyle ponętnéj wesołości i lubości w śpiewie ptaszków leżało, tyle swobody w szybkim locie kruków, unoszących się w powietrzu po nad głową jego, tyle błogości, powabu, życia w całéj przyrodzie, że kiedy rozpaczający chłopczyna oczy swoje zapłakane podniosła i w koło siebie spojrzała, ta myśl w jego duszy mimowolnie powstała, iż to nie jest czas na zniszczenie śmierci,.... że Rózia żadną miarą umrzeć nie może, kiedy istoty niższego rzędu tak są czerstwe i wesołe,... że na zapełnienie grobów czas jest w zimie, kiedy mróz i powietrze nieprzyjemne ludzi udręcza, ale nie o téj porze, kiedy słońce tak pięknie, wspaniale świeci i ciepło, życie, na całą przyrodę rozlewa.
Wreszcie i to niezbite miał przekonanie, iż trumny są jedynie dla ludzi starych, ułomnych, zwiędłych, i ciała tak młodego, tak powabnego, swemi okropnemi cieniami nigdy nie otaczają.
Śród tych myśli smutnych, ponurych, odezwało się naraz uderzenie pogrzebowego dzwonu na wieży kościelnéj...... Po chwili znów drugie!...... Było to wezwanie na uroczystość pogrzebową. Gromada biednych ludzi w żałobie weszła przez bramę, przepasanych białemi wstęgami; były to bowiem zwłoki jakiéjś młodéj osoby, któréj na ostatni spoczynek w grobie towarzyszyli.
Z głową odkrytą stanęli u grobu, a matka,.... matka i nic więcéj,..... pomiędzy nimi gorzkie łzy wylewała. —
Ale słoneczko jasno świeciło, a ptaszki wesoło sobie śpiewały.
Oliwer powrócił do domu, pomnąc na tę dobroć serca i te dobrodziejstwa, które mu ta dziewczyna młoda tylekrotnie świadczyła, i najgorętsze życzenia śląc do nieba, żeby jak najprędzéj wyzdrowiała, i ten czas jeszcze powrócił, w którymby jéj co chwila mógł dowieść, iż ją nigdy kochać i wdzięcznym być nie przestanie.
On żadnéj przyczyny nie miał najmniejsze wyrzuty sobie robić względem zaniedbania lub braku troskliwości i przychylności dla niéj, gdyż on czas swój cały jéj usługom tylko poświęcał; jednak mu się tysiączne okoliczności teraz przypominały, w którychby nieco gorliwszym, nieco skorszym w dopełnieniu jéj poleceń mógł się był okazać;.... tak przynajmniéj teraz sądził, i szczerze tego pragnął, żeby to był mógł o sobie powiedzieć.
Powinnibyśmy zawsze troskliwie na to zważać, jak się z tymi obchodzimy, z którymi żyjemy, ponieważ śmierć każda w kółku małém przy życiu zostających takie gorżkie, dręczące myśli wznieca o tém, ileśmy uczynić opuścili, a jak małośmy dla nich uczynili,... jak wieleśmy zapomnieli, a jak mało wynagrodzili, że te wspomnienia do najprzykrzejszych naszego życia należą.
Żaden wyrzut nie jest tak gorżki, żaden żal tak smutny, dręczący, jak ten, jeżeli czegoś naprawić nie możemy. Jeżeli sobie zatém mąk oszczędzić pragniemy, powinniśmy o wszystkiém zawczasu pamiętać.
Gdy Oliwer do domu powrócił, zastał panią Maylie siedzącą w małym przedpokoiku. Na widok jéj odwaga Oliwera opuściła i trwoga serce jego przejęła, gdyż staruszka dotąd jeszcze ani na chwilkę od łóżka swéj siostrzenicy nie odstąpiła, i z drżeniem nad tą odmianą pomyślał, która ją do tego skłonić mogła.
Od niéj się tedy dowiedział, iż dziewczyna w sen głęboki wpadła, z którego albo zdrowa się obudzi, albo téż dla tego jedynie, aby wszystkich pożegnać i umrzeć.
Godziny całe tutaj siedzieli w niespokojności i trwodze, bojąc się nawet słówko jedno do drugiego przemówić. Potrawy nietknięte odnoszono, a z okiem po którém widać było, że ich myśli czém inném są zajęte, spoglądali na słońce, które coraz niżéj opadało i nakoniec ziemię i niebo tym blaskiem różowym pokryło, który jest przepowiednią i zwiastunem jego zachodu. —
Ucho ich bystre uchwyciło wkrótce odgłos zbliżających się kroków, i oboje poniewolnie ku drzwiom się rzucili, gdy pana Losberne wchodzącego spostrzegli.
— Jakżeż z Rózią? — zapytała skwapliwie staruszka. — Proszę mi to od razu powiedzieć! Wszystko łatwiéj zniesę, jak zwłokę i niepewność. O powiedz mi, powiedz, na miłość Boga cię zaklinam!
— Niech się pani cokolwiek uspokoi, — ozwał się lekarz, odprowadziwszy ją do krzesła, na którém usiadła. — Chciéj się pani uspokoić, droga pani Maylie.
— Puść mnie, puść, na miłość Boga! puść! — jęknęła pani Maylie. — Moje drogie dziecko! Już umarła! Umiera!
— Nie! — zawołał lekarz z zapałem. — Ten Ojciec w niebie łaskawy i dobrotliwy ulitował się nad nią, a ona długo jeszcze na pociechę naszą żyć będzie.
Staruszka padła na kolana, i chciała złożyć swe drżące ręce; ale ta siła, która ją tak długo wspierała, opuściła ją za pierwszém dziękczynieniem, a ona w tył upadła w te ręce przyjacielskie, które ku niéj wyciągnięto, aby ją uchwycić.







Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Karol Dickens.