Oliwer Twist/Tom I/Rozdział XIII

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Karol Dickens
Tytuł Oliwer Twist
Pochodzenie Biblioteka Uniwersytetu Jagiellońskiego
Data wydania 1845
Drukarz Breikopf i Hærtel
Miejsce wyd. Lipsk
Tłumacz Anonim
Tytuł orygin. Oliver Twist
Źródło skany na Commons
Inne Cały tom I
Pobierz jako: Pobierz Cały tom I jako ePub Pobierz Cały tom I jako PDF Pobierz Cały tom I jako MOBI
Indeks stron
ROZDZIAŁ XIII.

O żartobliwym staruszku i jego młodych wychowankach i przyjacielach. Pomiędzy tymi występuje w tym rozdziele przed oczy czytelnika dotąd nieznajoma mu osoba, z którą się wiele rzeczy zabawnych, z tą powieścią związek mających, łączy.

Smyk i jego nader dowcipny przyjaciel Karolek Bates, łącząc swe głosy z goniącymi za Oliwerem gorliwemi o dobro publiczne obywatelami, — któréj to gonitwy oni obaj powodem byli przez swoję żądzę niepohamowną, przywłaszczenia sobie nieprawnego własności pana Brownlow, jak to nie dawno w jednym z poprzedzających rozdziałów jasno i z wielką dokładnością opisane zostało, — działali w tej mierze, — o czém już pierwéj wspomnieć mieliśmy sposobność, — z bardzo chwalebnego i przyzwoitego względu na siebie samych; a że wolność każdego z poddanych jest pierwszą rzeczą, którą się każdy Anglik prawdziwy słusznie chlubi, nie potrzebuję przeto nadmieniać o tém nawet czytelnikowi, że ten czyn by ich w poważaniu każdego, kraj swój szczerze kochającego Anglika w tymże samym stopniu podnieść powinien, w jakim ten wielki dowód ich dążenia do zachowania własnego bezpieczeństwa, dąży również do zasilenia i potwierdzenia tego małego kodeksu praw, o których pewien mądry i głęboko uczony filozof powiedział, iż są jedynymi bodźcami wszelkich czynności i działań przyrody.
Ów filozof wspomniony ograniczył w swéj mądrości działanie téj poczciwéj kobiety na zasady i teoryje, a rozwodząc się szeroko z wielkiemi i pięknemi pochwałami na jéj wygórowaną mądrość i uczoność, odmówił jej wszelki wzgląd na najmniejsze nawet wzruszenie serca, lub szlachetny popęd i uczucie, jako czynności nie godne kobiety, powszechnie i jednogłośnie za kobietę wcale żadnéj z tych licznych przywar i słabości drobiazgowych, jéj płci właściwych, nieposiadającą uznanéj.
Gdyby mi jeszcze jakiegokolwiek dowodu potrzeba było do wyjaśnienia, iż to godne zachowanie się owych dwóch młodych ludzi ściśle filozoficzném było, mógłbym go natychmiast znaleść w tym wypadku, — wymienionym już w jednym z przeszłych rozdziałów, — iż skoro tylko uwaga powszechna na Oliwera stale się zwróciła, oni natychmiast ścigających opuścili, i drogą jak najkrótszą do domu jak najśpieszniéj wracali; a lubo wcale twierdzić nie myślę, iż to postępowanie skrócenia sobie drogi do jakiegokolwiek wielkiego celu, jest godne mędrców uczonych i znakomitych, i owszem utrzymuję, że ci do tego przeciwnie dążą, aby tę drogę przydłużyć różnymi szerokiemi wywodami i objaśnieniami do rzeczy mało należącymi i wykrętami podobnymi do tych, którym pijani, ulegając pod ciężarem za nadto wielkiego napływu myśli, tak łatwo się oddawać zwykli, to jednak powiedzieć zamierzam i wyraźnie wypowiadam, że jest zwyczajem niezmienném wszystkich owych filozofów wielkich, swoje teoryje wykładających, nadzwyczajny rozum i naukę rozwijać w zabezpieczeniu się z góry już przeciwko wszelkim możliwym przypadkom, według ich zdania niemile im na zawadzie stanąć mogącym.
Tym samym postępując torem można, chcąc większe prawo odzyskać, mniejszą niesłuszność popełnić, i wszelkich środków choćby najgorszych użyć, jeżeli tylko cel, do którego się dąży, usprawiedliwić je zdoła; gdyż wielkość prawa czyli słuszności, i wielkość bezprawia czyli niesłuszności, lub różnica między oboma, filozofom samym do rozstrzygnięcia zupełnie zostawiona, i według ich własnego, jasnego, przenikliwego i bezstronnego całkiem poglądu i sądu o ich własnéj sprawie, oznaczona i zawyrokowana bywa.
Nie potrzeba nadmieniać, że owi dwaj chłopcy przez wiele bardzo zawiłych uliczek wązkich i przechodnich sieni z największą szybkością przebiegli, nim za rzecz roztropną uznali pod nizką i ciemną bramą na chwilkę się zatrzymać. Tutaj sobie tak długo odpoczywali, dopokąd do tchu nie przyszli i mówić nie mogli. Lecz gdy nakoniec do siebie przyszli i wolniéj oddychać mogli, Karolek Bates nie zdołał się dłużéj oprzeć gwałtownemu uniesieniu wesołości i uciechy, i parsknąwszy śmiechem głośnym, nieskończonym, rzucił się na małe schodki i tarzał po nich w swém zachwyceniu i radośném upojeniu.
— Czegóż ty się śmiejesz! — zapytał Smyk.
— Ha! ha! ha! — odpowiedział Karolek Bates.
— Czy stulisz ty pysk, szaleńcze? — zawołał Smyk, potoczywszy okiem śledczém na około z wielką przezornością. — Czy ty chcesz, aby nas schwytano, głupcze?
— Kiedy się wstrzymać ani sposób! — odparł Karolek; — na moje oczy, że trudno, niepodobna się mi wstrzymać od śmiechu!...... Jeszcze go widzę, jak zmykał, jak zmykał, jak koło rogów ulic zawracał, i o każden słupek uderzał; jednak biegł i biegł ciągle jak strzała,.... jakby i on był z żelaza, tak jak owe słupki; a ja mając chustkę w kieszeni biegłem za nim;.... o na moje oczy!
Wyobraźnia żywa pana Karolka Bates przedstawiała mu to całe widowisko tak żywemi barwami, że jak tylko w swém opowiadaniu do tego miejsca przyszedł, zaczął się na nowo po schodkach tarzać, i głośniéj jeszcze śmiać jak poprzód.
— Co tylko Fagin na to powie?
Zapytał Smyk, oczekując pomyślnéj chwili do zadania mu tego pytania tak długo, dopokąd brak tchu niejakiéj przerwy w tym pustym śmiechu przyjaciela nie zrobił.
— Co? — powtórzył Karolek Bates.
— Tak jest, co? — rzekł Smyk.
— Cóż by miał na to powiedzieć?
Odpowiedział Karolek, a śmiech mu nagle na ustach zamarł, uwaga Smyka albowiem wielkie wrażenie na niego zrobiła.
— Tak jest,.... cóż ma na to powiedzieć?
Dawkins poświstał sobie przez chwilę, a potém, zdjąwszy kapelusz, poskrobał się w głowę i cokolwiek nią pokiwał.
— Cóż ty myślisz? — zapytał Karólek.
— Tralala, lirum larum, kirum karum, wszak on tego sam chciał!
Zaśpiewał Smyk z lekkim uśmiechem szyderskim na swéj przebiegłéj twarzy.
To niejako wprawdzie tłómaczyło, ale nie zadawalniało. I Karolek Bates tego samego musiał być zdania, gdyż na nowo zapytał:
— Cóż myślisz, co?
Smyk mu nic na to nie odpowiedział, lecz zasadziwszy kapelusz napowrót na głowę, podkasawszy poły swego długiego surduta, przycisnął język do lica i mlasnął nim kilka razy o wierzchnią część nosa w sposób znany i bardzo dobitny, a obróciwszy się na pięcie, puścił daléj ulicą.
Karolek Bates szedł za nim w smutnych myślach pogrążony.
Odgłos stąpania po wschodach skrzypiących w kilka chwil po owém wydarzeniu i poprzedzającéj rozmowie obu przyjaciół, zbudził z zamyślenia znanego nam starego Żyda, siedzącego przy ogniu z kiełbasą i kawałkiem chleba w lewéj ręce, kozikiem w prawéj, a dzbankiem blaszanym na trójnogu. Szelmoski uśmiech przebiegł po jego licu bladém, gdy się obrócił, i rzuciwszy śledcze spojrzenie z pod gęstych, rudych brwi swoich, ucho do drzwi przyłożył i uważnie nadsłuchiwał.
— Cóż to się znaczy? — mruknął Żyd nieco zmięszany; — tylko ich dwóch! a gdzież trzeci? przecież ich żadna nieprzyjemność nie spotkała?
Stąpania coraz bardziéj się zbliżały; doszły już do przedpokoju, drzwi się wkrótce ostrożnie otworzyły, a Smyk i Karolek Bates wszedłszy przez nie, starannie je za sobą zamknęli.
— Gdzie jest Oliwer? — zawołał Żyd z wściekłością, zerwawszy się do nich z groźném wejrzeniem, — gdzie jest chłopiec?
Obaj złodzieje młodzi tak dziwnie na swego nauczyciela spojrzeli, jakby gniew jego niezwyczajną trwogą ich nabawił; potém z niespokojnością na siebie okiem rzucili, lecz na jego pytanie nic nie odpowiedzieli.
— Co się z chłopcem stało? — zawołał Żyd, uchwyciwszy mocno Smyka za kołnierz, trzęsąc nim i miotając okropne przekleństwa. — Mów, albo cię zaduszę!
Na obliczu Fagina taka srogość się przytém malowała, że Karolek Bates, kierujący się zawsze tą nader roztropną zasadą, iż lepiéj zawsze na każden przypadek być gotowym i mieć się na ostrożności, i teraz za rzecz nie bardzo do prawdy niepodobną uznał, żeby po zaduszeniu jego przyjaciela i na niego koléj przyjść mogła. Padł tedy na kolana i wydał głośny, przeciągły, wytrwały ryk, stanowiący środek między rykiem byka i huczeniem tuby morskiéj.
— Czy powiesz ty raz, gdzieście go podzieli?
Zagrzmiał Żyd powtórnie, wstrząsnąwszy oraz Smykiem tak gwałtownie, że ten wielkim cudem jedynie w swoim przestronym surducie się utrzymał.
— No.... i cóż wielkiego!.... schwycili go i koniec!.... — odpowiedział nakoniec Smyk kwaśno. — Ot, puszczajcie mnie!
To wyrzekłszy, tak się zręcznie rzucił, że do razu ze swojego wielkiego i przestronego surduta wyleciał; poczém natychmiast do kominka poskoczył, za owe wielkie grabki chwycił i niemi cios tak silny w kamizelkę żartobliwego staruszka wymierzył, że, gdyby nim dobrze był ugodził, byłby z jego brzucha daleko więcéj wesołości wypuścił, jak dwa lub trzy miesiące wynagrodzić zdołały.
Żyd, spostrzegłszy to niebezpieczeństwo groźne, uskoczył w bok z daleko większą zwinnością, jak się tego po człowieku tak pozornie nędznym spodziewać było można, i chwycił za kubek cynowy, chcąc z nim głowę napastnika zapoznać. Lecz Karolek Bates zwrócił w téj chwili swoim rykiem rzeczywiście okropnym uwagę jego na siebie, a to było powodem, że Żyd nagie swój cel zmienił, i kubkiem w tego młodego człowieka ugodził.
— Co się tu dzieje do kroćset tysięcy piekielnych piorunów?! — zagrzmiał gniewliwie gruby głos. — Kto to na mnie rzucił? Szczęście dla niego że to piwo a nie dzbanek mię ugodził, inaczéj bym go był i ja tak ugodził, żeby mu oczy były kołem stanęły...... Powinienem się był zaraz domyśleć, żeby prócz takiego piekielnego, bogatego, zdzierczego, złodziejskiego Żyda nikomu innemu na myśl nie było przyszło, czém inném jak wodą na ludzi rzucać; a nawet i wodą nie, jeżeliby towarzystwa dostarczania wody rzecznéj każde ćwierć roku dobrze nie oszukał.... Cóż to takiego, Fagin? Niech mię djabli wezmą, jeżeli na mojéj chustce będą plamy z piwa!.... Na tu, nikczemne zwierze, czego się kryjesz za drzwiami, może się wstydzisz twojego pana? co? Na tu!....
Człowiek, który takim głosem grzmiącym przemawiał, był to mężczyzna nizki, krępy, pięćdziesiąt lat blizko mający, w czarnym surducie manszestrowym, zabłoconych spodniach sukiennych, ciżmach sznurowanych i szarych bawełnianych pończochach, otaczających parę nóg żylastych i kościstych z tęgiemi łytkami, — nóg, którem w podobném ubraniu zawsze na czémś zbywa, jeżeli kajdany ich nie zdobią.
Na głowie miał kapelusz bronzowy, a na szyi brudną chustkę, któréj długiemi rozpuszczonemi końcami podczas owéj przemowy piwo sobie ocierał z twarzy, objawiającéj po skończeniu téj pracy obszerność i brzydotę niepospolitą i trzechdniowy zarost brody; para groźnych oczu lśniła ponuro w swych jamach, a jedno z nich objawiało różnobarwne ślady świeżego podbicia. —
— Na tu,.... czy przyjdziesz ty raz?
Zagrzmiał ten nadzwyczaj przyjemnie wyglądający złoczyńca.
Na to zaproszenie wbiegł do izby biały pudel angielski, z długim krętym włosem, pyskiem podrapanym i poranionym.
— Dla czegoś nie przyszedł zaraz? — zawołał ów przybylec. — Czyś już tak spyszniał, że się nawet twojego pana wobec tak dobranego towarzystwa wstydzisz, co?.... Leżeć!
Temu rozkazowi towarzyszyło zarazem takie uderzenie nogą, że pies całą przestrzeń izby z jednego końca na drugi powietrzem przebył. Jak się jednak zdawało, musiał on do tego już być przyzwyczajony, gdyż ani mruknął, lecz się natychmiast w kąciku spokojniuteńko przytulił, i mrużąc swe złośliwe, złowrogie oczy mało dwadzieścia razy przez minutę, sam jeden całéj izby bacznie strzedz się zdawał.
— Cóż to takiego? Czego tak znieważasz i bijesz tych chłopców, ty skąpy, chciwy, łakomy, nienasycony stary złodzieju? — zawołał nowo-przybyły, siadając sam rozważnie na stołku. — Dziwię się tylko, że cię jeszcze dotąd nie zabili. Chciałbym być na ich miejscu. Niech no bym ja był twoim uczniem, to bym to dawno już był uczynił!.... Lecz nie,.... nie!.... gdyż by mi ani grosza nikt za ciebie dać nie chciał,.... bobyś nikomu na nic się nie zdał, chyba żeby cię kto chciał jako osobliwość brzydoty w szklane naczynie włożyć i za pieniądze pokazywać;.... przypuszczając, że tak wielkie butle w hutach robią.
— Cicho, cicho, panie Sikes, — przerwał Żyd drżąco, — nie mówcie tak głośno.
— Nie panuj mnie tak bardzo, — odpowiedział Sikes; — ty zawsze masz coś złego na myśli, jeżeli od tego zaczynasz. Znasz moje imie, nazywaj że mnie po imieniu. Ja mu nie zrobię wstydu, gdy czas na mnie przyjdzie.
— Dobrze już, dobrze! uspokój się tylko Billu! uspokój! — odpowiedział Żyd z nadzwyczajną pokorą. — Nie jesteś coś dzisiaj widać w dobrym sosie.
— Może i nie, odpowiedział Bill Sikes; — ale jak uważam, to i ty nie w lepszym; chyba, że tego nawet i za taką szkodę nie uważasz, rzucać pełnym kubkiem piwa na ludzi, jak zdradzać i....
— Czy masz ty rozum?
Zawołał Żyd, chwytając Billa za rękaw, i wskazując skinieniem na chłopców.
Sikes i bez tego ostrzeżenia zamilkł, i tylko na migi guz pod lewém uchem pokazał i głowę przytém na prawe ramię przewiesił; — znak, któren jak się zdawało, Żyd bardzo dobrze zrozumiał. — Po chwili zażądał kieliszek wódki w mowie złodziejskiéj, w któréj całą rozmowę swoję prowadzili, lubo my jéj tutaj nie używamy.
— Tylko nie wléj do niéj trucizny, — napomniał Sikes, kładąc kapelusz na stół.
On to żartem powiedział; lecz gdyby mówca był mógł w téj chwili to piekielne i złowieszcze spojrzenie uwidzieć, które Żyd, obracając się do szafy z ukosa na niego rzucił, gryząc się w zbladłe wargi swoje, byłby może pomiarkował, iż nietylko ta przestroga zupełnie niepotrzebną nie była, ale i życzenie posiadania mocy zakierowania zręcznością i przemysłem destillatora według swego własnego upodobania, do niemiłych i niepożądanych sercu staruszka nie należało.
Połknąwszy pare kieliszków wódki, Sikes tak daleko się poniżył, że i na przytomnych chłopców uwagę swoję zwrócić raczył, a ta grzeczność dała powód do rozmowy, w któréj przyczynę, sposób i wszystkie okoliczności, schwytaniu Oliwera towarzyszące, dokładnie opisano, z tymi jednak dodatkami, zmianami i poprawkami, jakich Smyk w tym stanie rzeczy użyć, za rzecz najstósowniejszą uznał.
— Ja się tylko boję, — ozwał się Żyd, — żeby się z czémś nie wygadał, coby nam wiele kłopotu narobić mogło.
— Nie bardzo o to trudno, — wtrącił Sikes z uśmiechem złośliwym; — strzeż się zatém Faginie!
— A ja się boję, moi kochani, — odparł Żyd, mówiąc, jakby poprzedniéj uwagi Billa nie był wcale słyszał, i spoglądając ostro na młodych chłopców podczas téj mowy, — że jeźli się z nami ta zabawa zakończy, to się i z wielu innymi jeszcze skończy; a gdyby się to stało, toby dla ciebie jeszcze gorzéj wypaść mogło, jak dla mnie, mój drogi.
Sikes się zerwał i z gniewem do Żyda obrócił, ale ten stulił ramiona aż po uszy, i stał nieruchomy z oczyma niezmiennie w przeciwną ścianę wlepionemi.
Po téj przemowie długie nastąpiło milczenie.
Każdy członek tego zacnego towarzystwa zdawał się być w swoich własnych myślach pogrążony, nie wyjmując nawet pudla, któren z pewną złośliwością złowieszczą wargi sobie lizał, i głębokiém rozmyślaniem, zapewnie układaniem napadu na łytki pierwszego lepszego mężczyzny lub kobiety, których za pierwszém wyjściem z domu najprzód na ulicy zdybie, zajętym się być zdawał.
— Musimy koniecznie kogoś wynaleść, coby poszedł na policyję i dowiedział się, co się z nim stało?
Przerwał Sikes pierwszy ogólne milczenie, lecz daleko ciszéj, jak dotąd zwykle mówił.
Żyd kiwnął głową na znak potwierdzenia.
— Jeżeli nikogo nie wydał i osądzonym został, nie mamy się teraz niczego obawiać, dopokąd go z więzienia nie uwolnią, — mówił daléj Sikes, — a wtedy staranie o niego musimy wziąść na siebie. Trzeba kogo wynaleść, żeby po niego poszedł.
Żyd głową powtórnie kiwnął.
Rozstropność téj porady za nadto widoczną była, aby ogólnéj pochwały pozyskać nie miała; jedna tylko rzecz na nieszczęście stała jéj przyjęciu i uskutecznieniu na zawadzie, to jest: że tak Smyk, jak i Karolek Bates, jak Fagin, jak i nakoniec sam Bill Sikes, wszyscy nadzwyczajną i nieprzezwyciężoną odrazę do zbliżenia się zbytecznego z jakiéjkolwiek bądź przyczyny i pod jakimkolwiek bądź pozorem do siedziby policyjnego urzędu mieli.
Jak długo w tém nieprzyjemném położeniu niepewności zostawali i na siebie okiem badawczém wzajem spoglądali, z pewnością oznaczyć nie sposób. Nie jest téż to rzeczą tak bardzo ważną dla nas, abyśmy się domysłami w téj mierze trudnić mieli, gdyż nagłe zjawienie się owych dziewcząt obu, które Oliwer już raz, lubo w inném zupełnie położeniu rzeczy, w tym domu widział, więcéj życia całéj rozmowie nadało.
— A to się przedziwnie zdarza! — zawołał Żyd. — Betsy nam pójdzie;...... nie prawda, że pójdziesz Betsy?
— Gdzież to mam iść? — zapytała dziewczyna.
— Tylko na policyją, moja luba! — odpowiedział Żyd z przymileniem.
Nie można powiedzieć, aby ta dziewczyna była Żydowi wręcz stanowczo oświadczyła, że iść nie chce; ona tylko objawiła swoję chęć i życzenie najświętsze, aby jéj w razie, gdyby to żądanie przyjęła, ostatnie błogosławieństwo dano; przez co w sposób grzeczny i zręczny właściwe pytanie obeszła, i dowiodła, iż posiada właśnie owę dobroć serca wrodzoną, nie dozwalającą nikomu, choćby najgorszéj nawet istocie, odmówieniem wprost wyrzeczonym i niezłomnym przykrego ciosu zadać.
Żyda trwoga wielka ogarnęła; z niespokojnością odwrócił się od téj dziewczyny bardzo pstro, aby nie powiedzieć, pysznie, w czerwoną sukienkę, zielone buciki i żółte papiloty ubranéj, do jéj towarzyszki nieco skromniejszéj.
— Nancy, moja droga Nancy, — rzekł Żyd schlebiając, — cóż ty na to mówisz?
— Że i ja tego nie uczynię, nie zadawaj sobie przeto nadaremnie pracy panie Fagin, — odpowiedziała Nancy.
— Cóż to ma znaczyć? — zapytał Sikes, spojrzawszy na nią surowo.
— To co mówię, Bill, — odpowiedziała dziewczyna odważnie.
— Ty właśnie na to jesteś najlepsza, — rzekł Sikes, — nikt cię tutaj nie zna.
— Mnie téż właśnie o to chodzi, aby mię nikt nie poznał, — odparła Nancy z tą samą odwagą. — Dla tego téż iść nie chcę, Bill!
— Fagin, ona pójdzie! — rzekł Sikes.
— Fagin ona nie pójdzie, — wykrzyknęła Nancy.
— Pójdzie! pójdzie! — odparł Sikes.
I Sikes prawdę powiedział. Groźby, objetnice i przekupstwo na przemian użyte, skłoniło nakoniec tę dziewczynę do wykonania tego zamiaru. Zresztą powody, uniewinniające jéj przyjaciółkę, do niéj się wcale nie stósowały i żadną przeszkodą dla niéj nie były. Sprowadziła się bowiem dopiero niedawno z przedmieścia bardzo odległego, z przeciwnego końca Londynu prawie, w sąsiedztwo części miasta Fild-lane; nie miała przeto przyczyny obawiać się, aby ją który z licznych znajomych tutaj spotkał i poznał.
Panna Nancy, zgodziwszy się w końcu na żądanie ogólne, opasała tedy czysty, biały fartuszek, pokryła słomianym kapeluszem swe żółto zawinięte kędziory, — a tego wszystkiego dostarczył jéj Żyd ze swego nieprzebranego składu, — i wybierała się do wyjścia na zwiady.
— Chwilę tylko jeszcze, moja kochana Nancy, — rzekł Żyd, przynosząc mały koszyczek. — Weź to do ręki, będziesz z tém wyglądała, jak jaka zacna mieszczanka, albo służąca, moja luba.
— Daj jéj jeszcze klucz od bramy do drugiéj ręki, Fagin, — dodał Sikes, — to jéj nada lepszego i porządniejszego pozoru.
— Prawda, prawda, mój drogi, — rzekł Żyd, wieszając jéj u palca od prawéj ręki wielki klucz od bramy. — Prawdziwie, ładnie, bardzo ładnie teraz wygląda, — dodał Żyd, zacierając ręce z radości.
— O mój braciszku, mój luby, biedny, kochany, niewinny, drogi braciszku mały! — zawołała Nancy, wylewając łzy i załamując ręce z koszyczkiem i kluczem od bramy, niby w rozpaczy. — Cóż się z tobą stało? Gdzieżeś się podział? dokądże cię zaprowadzili? O miejcie litość panowie, i powiedzcie mi, co się z tym chłopcem stało? kochani, drodzy panowie!
Miss Nancy, wyrzekłszy to wszystko z niewypowiedzianą radością słuchaczy głosem płaczliwym i narzekającym, zamilkła nakoniec, skinęła głową, pokłoniła się wszystkim z uśmiechem i znikła.
— Co to za dziewczyna! to prawdziwy skarb, nie dziewczyna, moi kochani!
Zawołał Żyd po jéj odejściu, potoczywszy okiem po swoich młodych przyjacielach i wstrząsąwszy poważnie głową, chcąc im przez to niby dać napomnienie milczące, żeby sobie z niéj przykład brali.
— Ona swojéj płci zaszczyt robi, — dodał Sikes, nalewając sobie pełny kielich i uderzając o stół swoją pięścią olbrzymią. — Za jéj zdrowie! oby jéj wszyscy podobni byli!
Kiedy podobne pochwały i cześć pannie Nancy oddawano, ona sobie szła tymczasem drogą najkrótszą do policyjnego urzędu, dokąd, pomimo trwogę swoję nadzwyczajną, którą łatwo tém wytłómaczyć było można, iż sama jedna, bez wszelkiéj ochrony przez ulice iść musiała, całkiem zdrowa i bez wszelkiego przypadku doszła.
Wszedłszy przez drzwi boczne, zapukała śmiało do jednéj z komórek więzienia i słuchała. Nikt się w niéj nie ruszył; poszła tedy do drzwi drugich, zapukała i znów się przysłuchiwała. Ale że i tu wszystko cicho było, zawołała tedy:
— Oliwer! drogi, kochany Oliwer, — zawołała najsłodszym głosem; — Oliwer, czy mię nie słyszysz?
Lecz w téj komórce nie było nikogo, prócz biednego bosego złoczyńcy, schwytanego na podwórzu jakiegoś domu, grającego na flecie; którego, — ta zbrodnia bowiem przeciwko społeczeństwu dalszych dowodów nie wymagała, gdyż go na uczynku gorącym schwytano, — pan Fang przeto bardzo słusznie na miesiąc więzienia do domu poprawy skazał, z tą właściwą i pocieszającą uwagą, że kiedy tak wielki zapas tchu posiada, korzystniéj go będzie mógł spożyć w młynie stępowym, jak na instrumencie muzycznym.
Więzień nic na wołanie Nancy nie odpowiedział; szczerze albowiem żałował swego fletu, którego mu na korzyść państwa zabrano, a Nancy udała się do drzwi następnych i do nich zapukała:
— Kto tam? — zawołał głos cienki i słaby.
— Czy tu nie ma małego chłopczyka? — zapytała Nancy, westchnąwszy poprzód głęboko.
— Nie, niema, — odpowiedział ów głos, — niech go Bóg od tego uchowa!
Był to włóczęga sześćdziesiąt pięć lat blizko mający, którego za to jedynie uwięziono, że nie grał na flecie; czyli inaczéj powiedziawszy, że chodził po ulicy i niczém się nie trudnił, czémby sobie mógł był na życie zarobić. W więzieniu przyległém siedział znów inny, którego przeciwnie za to uwięziono, że bez pozwolenia rządowego panwie roznosił; a zatém czémś się trudnił, czémby sobie na życie mógł zarobić, lecz z uszczerbkiem dochodów skarbowych.
Ale że żaden z tych zbrodniarzy na imie Oliwera się nie odezwał, lub téż o nim nic nie wiedział, Nancy udała się tedy wprost do dozórcy w białéj kamizelce w paski, i z płaczem i żałością najrzewniejszą, zręczném użyciem w porę klucza od bramy i koszyczka do większéj jeszcze litości pobudzającą, zapytała go o swego kochanego braciszka małego.
— Nie ma go tutaj! — rzekł staruszek.
— Gdzież tedy jest, mój Boże! gdzie jest? — Nancy z płaczem i rozpaczą zawołała.
— Gdzie? ów pan go wziął z sobą, — odpowiedział dozórca.
— Jaki pan?.... Litościwe nieba!.... jaki pan? — zawołała Nancy.
W odpowiedzi na te pytania z rozpaczą zadane, staruszek téj zasmuconéj i strwożonéj siostrze opowiedział, że Oliwer zasłabł był w izbie sądowéj, że go jednak późniéj uwolniono w skutek świadectwa pewnego jegomości, który zaświadczył, iż nie on, lecz innych dwóch chłopców złodziejstwo popełniło, i że go zaskarżyciel omdlałego i bez przytomności do swego mieszkania zabrał, o którém jednak nic więcéj nie wie, tylko tyle, iż gdzieś w okolicy Pentonville leży, dosłyszał bowiem przypadkiem, że ów jegomość, dając rozkaz woźnicy, dokąd ma jechać, to nazwisko wymienił.
W stanie okropnym trwogi i niespokojności ta dziewczyna rozpaczająca ku drzwiom się potoczyła; lecz zaledwie te się za nią zamknęły, zamieniła natychmiast swój chwiejący się chód na krok ile możności najszybszy i powróciła najkrętszemi i najzawilszemi drogami, jakie tylko wymyśleć mogła, do mieszkania Żyda.
Zaledwie Bill Sikes usłyszał o skutku téj wyprawy, świsnął natychmiast na swego białego pudla i zasadziwszy kapelusz na głowę, wyszedł, nie dopełniwszy nawet zwykłéj grzeczności, i niepożegnawszy się wcale z towarzystwem.
— My się muszemy koniecznie dowiedzieć, moi kochani, gdzie, on jest, muszemy go odszukać! — zawołał nakoniec Żyd, nadzwyczajną niespokojnością miotany. — Karolku, nie rób nic, tylko się włócz po mieście tak długo, dopokąd jakiéj wiadomości o nim do domu nie przyniesiesz. Nancy, moja droga Nancy, ja go mieć muszę napowrót; tobie, tak tobie, moja luba i Smykowi najwięcéj ze wszystkich ufam. Poczekajno, poczekaj! — dodał Żyd, wysuwając drżącą ręką wysuwkę, — oto macie pieniędzy. Dziś na noc będę musiał to mieszkanie zamknąć; wy przecież wiecie, gdzie mię będziecie mogli znaleść. Nie czekajcie tylko długo.... nie zatrzymujcie się tutaj już ani chwili więcéj, moi kochani....
To mówiąc, wypchnął ich prawie za drzwi, zamknąwszy je starannie za nimi na klucz i zasówkę, wyjął z kryjówki ów kufereczek, któren niegdyś Oliwer mimo wolę jego zobaczył, i zabrał się natychmiast do ukrycia zegarów i klejnotów pod swoją odzieżą.
Zapukanie do drzwi przeszkodziło mu w tém zatrudnieniu.
— Kto tam? — zawołał z przenikliwym wrzaskiem trwogi.
— Ja, — dał się słyszeć głos Smyka, przez dziurkę od klucza.
— Cóż tam nowego? — zapytał Żyd z niecierpliwością.
— Nancy się pyta, czy go do tamtego drugiego miejsca zaprowadzić w przypadku, — zapytał Smyk ostróżnie.
— Tak jest, — odpowiedział Żyd, — gdziekolwiek go znajdziecie, schwytajcie go natychmiast; — znajdźcie go tylko pierwéj, znajdźcie, to rzecz najgłówniejsza; o reszcie już ja sam pomyślę, nie bójcie się!
Chłopiec mruknął coś niezrozumiałego na znak odpowiedzi i porozumienia, i zbiegł po schodach za swoimi towarzyszami.
— Dotąd jeszcze nic nie wygadał, — mruknął Żyd, zabrawszy się na nowo do swego zatrudnienia. — Jeżeliby nas chciał zdradzić swoim nowym przyjaciołom, będziemy my wiedzieli zatkać mu gębę.






Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Karol Dickens.