Oliwer Twist/Tom I/Rozdział VII

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Karol Dickens
Tytuł Oliwer Twist
Pochodzenie Biblioteka Uniwersytetu Jagiellońskiego
Data wydania 1845
Drukarz Breikopf i Hartel
Miejsce wyd. Lipsk
Tłumacz Anonim
Tytuł orygin. Oliver Twist
Źródło skany na Commons
Inne Cały tom I
Pobierz jako: Pobierz Cały tom I jako ePub Pobierz Cały tom I jako PDF Pobierz Cały tom I jako MOBI
Indeks stron
ROZDZIAŁ VII.

Oliwer w swej krnąbrności nieprzestaje.

Noa Claypole biegł cwałem największym przez ulicę, i nie zatrzymał się ani razu, aby odetchnąć, dopiero gdy do bramy domu roboczego dobiegł. Odpocząwszy tutaj na chwilę, aby sił nabrać do szlochania, znaczną ilość łez nazbierać i twarz do udanego przestrachu ułożyć, zapukał głośno do bramy, i przed owym staruszkiem biednym, który mu drzwi otworzył, z takim wyrazem przerażenia w obliczu stanął, że nawet i ten starowina, który w najszczęśliwych i najpomyślniejszych chwilach swego życia, nic prócz żałośnych twarzy koło siebie niewidział, z zadziwieniem na niego spojrzał.
— Cóż ci to takiego? czego żądasz mój chłopcze? — zapytał staruszek z domu roboczego.
— Pana Bumble! pana Bumbie!
Zawołał Noa z tak dobrze udaną zgrozą i przestrachem, i tak głośno i trwożliwie, iż to nie tylko uszów pana Bumble, będącego przypadkiem w pobliżu, doszło, ale i tak mocno go przeraziło, iż z głową odkrytą, bez swego trójgraniastego kapelusza, na podwórze wypadł;.... co było wydarzeniem bardzo nadzwyczajném i dziwném, dowodzącém, że i Woźny Gminy, nagłém i silném wrażeniem poruszony, władzę nad sobą na chwilę utracić i o godności swojéj oraz zapomnieć może.
— Ach, panie Bumble! panie Bumble! — zawołał Noa. — Oliwer,.... panie,.... Oliwer!....
— Oliwer?.... no i cóż?,.... cóż?.... — przerwał mu Bumble, a promień radości zabłysł w jego oczach świecących. — Przecież nie uciekł!.... czy może uciekł?.... co Noa?
— Nie, nie, nie uciekł panie!.... ale dostał pomięszania zmysłów, — odpowiedział Noa. — Chciał mnie zabić, zamordować, panie!.... a potém chciał, zamordować Karolinę i naszą panię. Ach, ileż my trwogi nie ucierpieli, ile strachu nie doznali, panie!....
To wyrzekłszy Noa, zaczął się wić, i kurczyć, i kręcić jak wąż, chcąc przez to panu Bumble dać do zrozumienia, iż przez ten nagły i gwałtowny napad szaleństwa Oliwera on najbardziéj uszkodzony i pokrzywdzony został, i w skutek tego tak wielkich boleści tèj chwili doznaje.
Gdy Noa spostrzegł, iż ta wiadomość, którą przyniósł, pana Bumble zupełnie przeraziła, chciał to wrażenie powiększyć głośniejszym jeszcze jękiem i żałośniejszemi skargami na te rany okropne, które poniósł; a dostrzegłszy znanego nam Jegomości w białej kamizelce, przez podwórze właśnie przechodzącego, te żale jego i jęki do najwyższego stopnia doszły; wnosił bowiem bardzo słusznie, iż przez to najłatwiéj uwagę owego Jegomości na siebie ściągnie i oburzenie większe w nim wzbudzi.
Ta nadzieja go nie omyliła, a uwaga owego Jegomości rzeczywiście na niego się natychmiast zwróciła; gdyż zaledwie trzy kroki uszedł, z markotnością się zatrzymał, ku nim obrócił i pana Bumble zapytał: dla czego ten chłopiec tak jęczy, a pan Bumble się nad nim nie zlituje i tego pocieszenia mu nie udzieli, które zwykle cały ten szereg żałośnych jęków mimowolnie przerywa i kończy.
— Jest to biedny chłopiec w robocie u rzemieślnika poczciwego, Sir — odpowiedział Bumble, — którego mały Oliwer Twist omal że nie zabił;.... tak jest Sir, nawet już prawie zabił!....
— Na Boga! — zawołał Jegomość w białej kamizelce, przybliżając się do nich. — Wiedziałem o tém! Od samego początku miałem jakieś przeczucie, ze ten chłopiec krnąbrny i zuchwały kiedyś będzie wisiał.
— I służącą chciał zamordować, — dodał pan Bumble, blady jak chusta.
— I panią!.... — wtrącił Noa Claypole.
— I pana to samo, nieprawda Noa? — dodał Bumble.
— Nie, tego nie, gdyż go wtenczas w domu niebyło; inaczéj by go był także chciał zamordować, — odpowiedział Noa. — Przynajmniéj powiedział żeby to był uczynił.
— Czy doprawdy?.... mówisz, mój chłopcze, że on powiedział, iżby to był uczynił? — spytał Jegomość w białej kamizelce.
— Tak jest panie! — odpowiedział Noa; — a pani posłała mniej tutaj i kazała się mi dowiedzieć, czy pan Bumble nie będzie miał na tyle czasu, aby do nas przyjść natychmiast i jego ukarać, gdyż naszego pana niema w domu.
— Dobrze, mój chłopcze, dobrze!....
Odpowiedział na to Jegomość w białej kamizelce, uśmiechając się dobrotliwie i głaszcząc Noego po głowie, który przynajmniéj o trzy cale był wyższy od niego.
— Ty jesteś chłopcem dobrym, — mówił daléj; — bardzo uczciwym chłopcem.... Oto masz fenika!.... Bumble! idź z nim natychmiast do domu pana Sowerberry, tylko nie zapomnij twojéj laski!.... Idź i zobacz, co się tam dzieje i co uczynić potrzeba. A szczególnie wcale go nie żałuj Bumble!
— O, tego ja nieuczynię, Sir!
Odpowiedział Woźny, i przyrządził sobie sznureczek z pętelkami u grubszego końca swéj laski urzędowéj, aby nią przy wydzieleniu kary lepiéj mógł władać.
— Powiedz także panu Sowerberry, ażeby chłopca wcale nie żałował, gdyż on z nim bez cięgów i basów nic nie wskóra!.... — dodał Jegomość w białej kamizelce.
— Już ja się o to postaram Sir!
Odpowiedział Bumble i zasadziwszy trójgraniasty kapelusz na głowę, a laskę urzędową wziąwszy w rękę, jak najśpieszniéj za Noą Claypole do domu Przedsiębiorcy się udał.
Tutaj się położenie rzeczy dotąd wcale nie zmieniło; pan Sowerberry bowiem jeszcze nie był do domu powrócił, a Oliwer w swoich usiłowaniach niepospolitych wyważenia drzwi dębowych od piwnicy nie przestawał.
Według opowiadania pani Sowerberry i Karoliny wściekłość jego tak wielką być musiała, iż pan Bumble za rzecz najroztropniejszą uznał wejść z nim pierwéj w układy, nimby mu drzwi otworzył.
W tym celu najprzód w nie nogą, niby na wstęp uderzył, a potém, przytknąwszy usta do dziurki od zamku, poważnie i groźnie zawołał:
— Oliwer!
— Puszczajcie mnie z tąd! — ozwał się Oliwer z wewnątrz.
— Czy poznajesz ty ten głos, Oliwer? — zapytał powtórnie Bumble.
— Poznaję, — odpowiedział Oliwer.
— I nie boisz się go?.... nie drżysz ze strachu, gdy do ciebie mówię? — zapytał znów Bumble.
— Nie, — odpowiedział Oliwer śmiało.
Ta odpowiedź, tak niepodobna do téj, jakiéj się pan Bumble od niego usłyszeć spodziewał, i pospolicie otrzymywać był przyzwyczajony, w niemałe zdziwienie i osłupienie go wprawiła. Z przerażeniem odskoczył od dziurki od klucza, wyprostował się, jak tylko mógł najdumniéj, i okiem osłupiałém po wszystkich trzech osobach, koło niego stojących, potoczył.
— Teraz się sam przekonać możesz, panie Bumble, iż musi być szalony! — ozwała się nakoniec pani Sowerberry. — Gdyby miał zdrowy rozum, czyliżby się na taką odpowiedź poważył?
— Nie szaleństwo to, nie, moja pani! — zawołał Bumble po małéj chwili głębokiego zastanowienia; — to mięso!
— Co? — zapytała pani Sowerberry zdziwiona.
— Mięso, moja pani, mięso! — powtórzył Bumble z powagą i oburzeniem. — Pasłaś go za nadto, moja pani!.... Dodałaś mu przez to za nadto wiele śmiałości i odwagi, moja pani, która wcale nieprzystoi na ludzi tak nikczemnych jak on, i tak nizkiego stanu, jak on,.. co ci nasz Zbór, wszystko ludzie wielkiego doświadczenia i rozumu, moja pani, jak najjaśniéj dowieść i okazać mogą.... Na cóż się bowiem przyda człowiekowi biednemu odwaga i śmiałość?.... Dla niego to już jest rzeczą dostateczną, jeżeli się go przy życiu utrzyma!.... Gdybyś temu chłopcu ciągle owsiankę była dawała, moja pani Sowerberry, toby się to wszystko było nie stało!
— Miły Boże! — zawołała pani Sowerberry, wzniósłszy swe oczy pobożnie ku powale kuchni; — otóż to są skutki, jeżeli człowiek dobre serce posiada.
To serce dobre pani Sowerberry ze względu na Oliwera na tém zależało, iż go raczono obficie wszystkiemi najgorszemi resztkami i okrawkami potraw, których już nikt w gębę wziąść nie chciał. Wiele przeto łagodności i pokory było w tém jéj dobrowolném poddaniu się pod tak ciężkie oskarżenie pana Bumble, na które, słuszność jéj oddając, ani myślą, ani wolą, ani też uczynkiem sobie nie zasłużyła.
— Według mego zdania, — rzekł Bumble, gdy pani Sowerberry przecież nareszcie oczy swoje przed siebie na dół spuściła, — niema, tylko jeden jeszcze sposób, jakby sobie z nim odtąd postąpić; to jest: zostawić go przez dzień lub dwa jeszcze w piwnicy, a potém go przez cały czas nauki owsianką jedynie karmić. Ten chłopiec pochodzi z krwi bardzo zepsutéj i burzliwéj, moja pani Sowerberry! Jak mi nasz lekarz i stara dozorczyni powiedziała, to jego matkę w takich mękach i boleściach do domu roboczego przyniesiono, żeby każda inna kobieta uczciwa tygodniem pierwéj na tamten świat się była wybrała!...
Gdy Bumble do tego miejsca w swej mowie doszedł, Oliwer, już z tego, co dotąd słyszał sprawiedliwie wnosić mogący, iż nie jedna jeszcze przymówka podobna, a może i gorsza, do jego matki nastąpi, we drzwi nogami z taką siłą bić zaczął, iż przez ten hałas ani słowa więcéj z dalszéj mowy pana Bumble nie można było zrozumieć.
Tymczasem i pan Sowerberry do domu powrócił i na to wszystko nadszedł; a gdy mu zbrodnię Oliwera opowiedziano, lubo z takimi dodatkami i przesadami, jakie kobiety obie za najstósowniejsze uznały do pobudzenia jego gniewu, on drzwi od piwnicy natychmiast otworzył i swego krnąbrnego i zapalczywego chłopca za kołnierz z niéj wyciągnął.
Przez te plagi, które Oliwer biedny ponieść musiał, odzież na nim podarto i poszarpano; jego twarz cała była zbita, podrapana i zakrwawiona, a włosy nad czołem rozczochrane, w nieładzie. Pomimo to rumieniec gniewu i oburzenia na poniesioną zniewagę.... pokrzywdzenie, niespełz wcale z jego lica, a gdy go z więzienia wypuszczono, zmarszczył groźnie czoło na Noego i spoglądał na wszystkich śmiało, bez wszelkiéj trwogi.
— Śliczny z ciebie chłopiec, jak widzę, — rzekł Sowerberry do Oliwera, wstrząsnął nim mocno i silny policzek mu wymierzył.
— On szkalował moję matkę, — odpowiedział Oliwer.
— No i cóż z tego, choćby to był uczynił, ty niewdzięczny drabie mały! — zawołała pani Sowerberry. — Ona na to zasłużyła, co o niéj powiedział, a nawet i na coś gorszego jeszcze...
— Ona na to nie zasłużyła! — odparł Oliwer śmiało.
— Ona na to zasłużyła, mówię! — zawołała pani Sowerberry zapyrzona.
— To kłamstwo! — odpowiedział Oliwer.
Pani Sowerberry rozpłakała się rzewnie.
Ten strumień łez, który się z ócz pani Sowerberry potoczył, żadnego wyboru jéj mężowi nie zostawił.
Ktokolwiek doświadczenie najmniejsze w téj mierze posiada, łatwo sobie wyobrazić może, iżby wtedy Przedsiębiorca, według wszelkiego podobieństwa tylu przykładami sprzeczki małżeńskiéj poprzednio już stwierdzonego, został był zwierzęciem, mężem srogim, istotą nieludzką, cieniem mężczyzny, i wielu innemi jeszcze niemniéj miłemi i ładnemi stworzeniami, których wyliczenie jednak granice tego rozdziału przechodzi, gdyby się choćby na chwilę Oliwera jak najsurowiéj ukarać był wahał.
Musimy jednak tę słuszność mu oddać i wyznać, iż jak daleko władza jego się rozciągała, — a okres jéj nie był bardzo wielki, — zawsze z ojcowską dobrocią z tym chłopcem się obchodził,.... czy to ze względu na własne korzyści, czy też dla tego, że mu żona jego niesprzyjała,.... tego téj chwili rozstrzygnąć trudno.
Ów potok łez żadnego jednak wybiegu mu niezostawił; a to było powodem, iż biednego Oliwera tak srogo skarał, że nawet pani Sowerberry sama z tego była rada, a laska urzędowa pana Bumble swych usług więcéj już pełnić niepotrzebowała.
Na resztę tego dnia zamknięto Oliwera do komórki w tyle kuchni leżącéj, w towarzystwie pumpy na wodę i kawałka suchego chleba; a gdy nakoniec noc nadeszła, pani Sowerberry, wyzionąwszy poprzód już pode drzwiami bardzo wiele uwag, na pochwałę matki Oliwera wcale niewyglądających, głowę do komórki wścibiła i kazała mu udać się na spoczynek do owéj izby okropnéj, w któréj zwykle na swém lichém łożu sypiał; co też i natychmiast śród śmiechu szyderczego i złośliwych przycinków Karoliny i Noego uczynił.
Lecz gdy się nakoniec do warsztatu Przedsiębiorcy dostał i tam sam jeden pośród samotności tego mieszkania pozostał, wtedy się dopiero cały tem uczuciom oddał, które jak się spodziewać można, takie srogie i niesprawiedliwe ukaranie w sercu tego dziecka jeszcze prawdziwego rozbudzić musiało.
Dotąd słuchał z pogardą wszystkich szyderstw, i znosił cierpliwie wszelkie bicia i pokrzywdzenia, nie uroniwszy ani jednéj łezki, albowiem w sercu swojém czuł ową dumę, któraby najmniejszy okrzyk boleści natychmiast była w nim stłumiła, gdyby go nawet na rożnie byli piekli.
Lecz teraz, gdy go nikt ani widzieć, ani słyszeć nie mógł, teraz się rzucił na kolana i zakrywszy twarz rękoma, zalał się łzami, które nam Bog dla uczczenia naszego serca zseła, i to tak rzewnemi i gorącemi, jakich jeszcze żaden chłopiec przed nim w tak młodym wieku niewylewał.
Oliwer zostawał przez długi czas w téj postawie nieporuszony.
Światło na kaganku już dogorywało, gdy się nakoniec z ziemi podniósł; poczém, obejrzawszy się w koło ostrożnie, i przysłuchawszy z wielką uwagą, czyli jakiego szmeru nie usłyszy, po cichutku zapory od drzwi odsunął i na ulicę wyjrzał.
Była to noc ciemna i zimna. Oliwerowi się zdawało iż téj nocy gwiazdy bardziéj od ziemi są oddalone, jak kiedyindziéj. Wiatru najmniejszego nie było, a owe cienie olbrzymie, które drzewa na ziemię rzucały, wyglądały ponure i nieruchome, niby posągi grobowe.
Oliwer drzwi po cichutku na powrót zamknął, i zawiązawszy do chustki przy gasnącém świetle kaganka te kilka sztuk odzieży, które posiadał, usiadł sobie na ławce, oczekując świtu.
Gdy się pierwsze promienia świtającego poranku przez szpary od okienic do jego warsztatu przedarły, Oliwer wstał i drzwi na nowo otworzył.... Jedno jeszcze spojrzenie tkliwe w koło siebie,.... jedna chwila wahania!.... już je zamknął za sobą,.... i na ulicy stanął....
Zrazu spojrzał trwożliwie na wszystkie strony, niewiedząc wcale, w którą stronę ma uciekać. Przypomniawszy sobie jednak, iż wozy z miasta wyjeżdżające zwykle pod górę się brały, i on się tą samą drogą puścił, a doszedłszy do ścieszki przez pola prowadzącéj, o któréj wiedział, iż w tymże samym kierunku, co i gościeniec bity wiedzie, nią się udał, i krokiem sporym pośpieszał.
Niebawem jednak Oliwer tę dróżynę poznał, i przypomniał sobie, iż to była ta sama ścieszka, którą niegdyś w towarzystwie pana Bumble po raz pierwszy ku domowi roboczemu zmierzał, gdy tenże po niego do pani Mann przybył, u któréj na wydzierżawieniu pod ów czas zostawał, aby go na tę widownię cierpień i nędzy sprowadzić;.... a ta ścieżka toż koło domu pani Mann prowadziła.
Gdy mu ta okoliczność na myśl wpadła, zaczął sobą trwożyć, serce mu mocniéj biło z obawy, nawet się już wrócić postanowił.
Lecz tak wielki kawał drogi tą ścieżką już uszedł, iżby sobie wiele czasu był zbawił, gdyby się był chciał na gościeniec wrócić. Nareszcie i to mu na myśl przyszło, iż to była pora dnia bardzo wcześna; niemiał się przeto tak bardzo czego obawiać, aby go spostrzeżono i poznano. Nabrał tedy odwagi, i szedł śmiało daléj.
Nakoniec i do zakładu pani Mann doszedł.
Tutaj jednak wcale na to niewyglądało, ażeby który z jego licznych mieszkańców o tak wcześnéj porze już był na nogach. Oliwer się przeto zatrzymał i do ogrodu spojrzał.
W ogrodzie spostrzegł jednego chłopczynę, zajętego plewieniem małéj grządeczki.
Gdy Oliwer przy płocie się zatrzymał, ten chłopczyna się właśnie obrócił, twarz swoję bladą do góry podniósł, i oblicze znane jednego z dawniejszych towarzyszy tego zakładu mu pokazał. Oliwer się mocno tém uradował, iż tego chłopczynę raz jeszcze zobaczył, nim się z tych stron na zawsze oddalił;.... gdyż lubo ów chłopiec był o wiele młodszym od niego, był on jednak zawsze najlepszym jego przyjacielem i towarzyszem łóżka;.... a wiele, bardzo wiele razy się zdarzało, że ich obu spólnie obito, głodzono, lub do więzienia domowego zamykano.
— Słuchaj Dik! — zawołał Oliwer,.... a ów chłopczyna tymczasem do płotu przybiegł i przez szparę rękę mu podał. — Czy wstał jeszcze ktoś więcéj?
— Nikt prócz mnie! — odpowiedział chłopczyna.
— Nie mówże więc nikomu, żeś mię widział, — rzekł Oliwer; — ja uciekam w świat. Biją mię tylko wszędzie i źle się ze mną obchodzą. Ja też postanowiłem szczęścia w świecie poszukać, chociaż jeszcze nie wiem, gdzie się udam. Ale, jakże blado wyglądasz?
— Słyszałem dobrze, jak lekarz mówił, iż wkrótce umrę, — odpowiedział chłopczyna z dziwnym uśmiechem. — Jestem bardzo rad, że cię widzę, drogi Oliwerze, jednak, niezatrzymuj się ze mną długo i uciekaj!
— Dobrze, dobrze, zaraz się oddalę! Chciałem się tylko z tobą pożegnać! — odpowiedział Oliwer. — My się jeszcze kiedyś zobaczymy Diku,.... ja wiem że się zobaczemy, a ty będziesz wtedy zdrowo i ładnie wyglądał.
— Tego się spodziewam, ale nie pierwéj, aż po śmierci dopiero, — odpowiedział chłopczyna. — Ja wiem, iż doktor prawdę mówi, gdyż się mi zawsze śni tylko o niebie, o aniołach, i o miłych, przyjacielskich twarzach, których na jawie nigdy nie widzę. Pocałuj mnie, — dodał chłopczyna, wspiąwszy się na płot nizki, i objąwszy swemi drobnemi rączętami Oliwera serdecznie za szyję. — Bywaj zdrów kochany Oliwerze; niech cię Bóg prowadzi i błogosławi, bywaj zdrów!
To błogosławieństwo wyszło wprawdzie z ust dziecięcych, lecz Oliwer po raz pierwszy dopiero tego niewypowiedzianie błogiego i rzewnego uczucia doznał, jakiém błogosławieństwo człowieka przejmuje, zwłaszcza iż po raz pierwszy dopiero w jego życiu błogosławieństwa Niebios na niego wezwano. To było też powodem, iż pośród najsroższych walk i cierpień swego życia o niém nigdy nie zapomniał.






Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Karol Dickens.