Oliwer Twist/Tom I/Rozdział IX

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Karol Dickens
Tytuł Oliwer Twist
Pochodzenie Biblioteka Uniwersytetu Jagiellońskiego
Data wydania 1845
Drukarz Breikopf i Hartel
Miejsce wyd. Lipsk
Tłumacz Anonim
Tytuł orygin. Oliver Twist
Źródło skany na Commons
Inne Cały tom I
Pobierz jako: Pobierz Cały tom I jako ePub Pobierz Cały tom I jako PDF Pobierz Cały tom I jako MOBI
Indeks stron
ROZDZIAŁ IX.

Zawiera dalsze wiadomości szczegółowe o żartobliwym staruszku, i jego wielkie nadzieje rokujących wychowankach.

Nazajutrz rano słońce już wysoko na niebie stało, i późno w dzień było, gdy się Oliwer nakoniec ze swego długiego i głębokiego snu przebudził. W izbie już nikogo nie było, prócz samego Żyda starego, który stojąc przy kominku, sam kawę na śniadanie gotował, i poświstując sobie pod nosem, blaszaną łyżką ciągle w naczyniu mieszał. Czasem jednak zawieszał tę czynność swoję, aby ucho nadstawić i pilnie się przysłuchać, czyli jakiego szmeru w sieni od ulicy nie usłyszy; poczém jak się zdawało, dostatecznie w téj mierze zaspokojony, na nowo jął mięszać i świstać.
Lubo się Oliwer ze snu już był wybił, jednak zupełnie jeszcze do przytomności przyjść niezdołał.
Między snem i zupełném ocknięciem się człowieka jest jeszcze pewien stan pośredni, w którym się człowiekowi, mającemu oczy na pół tylko przymknięte, i będącemu oraz na pół temu wszystkiemu przytomnym, co się koło niego dzieje, daleko więcéj w pięciu minutach naśni, jak kiedyindziéj przez pięć nocy, mając oczy zupełnie zamknięte, a zmysły w więzach otrętwienia ujęte. W podobnéj chwili człowiek tyle znajomości o tém nabiera, co jego duch czyni, że słabe przynajmniéj pojęcie powziąść jest w sianie o jego potędze, o jego wzniesieniu nad ziemię, i pogardliwém przełamaniu wszelkich zapor przestrzeni i czasu, jeżeli od ciężaru i więzów swego ustawicznego towarzysza: ciała, oswobodzony się uczuje.
Oliwer się właśnie w témże samém położeniu znajdował.
On widział dobrze Żyda przed sobą, lubo miał oczy na pół zamknięte, słyszał wyraźnie jego świstanie ciche, rozpoznawał dokładnie hałas, pochodzący z tarcia łyżką blaszaną po panwi, a jednak te same zmysły były równocześnie i umysłowo zajęte czynném obcowaniem z wszystkiemi prawie osobami, które kiedykolwiek w swojém życiu zaznał.
Gdy się kawa ugotowała, Żyd zdjął naczynie z trójnoga, i stojąc przez kilka chwil w niepewności, rozmyślając niby nad tém, co ma teraz począć, obrócił się nagle, spojrzał na Oliwera, i zawołał na niego po imieniu.
Oliwer nic nieodpowiedział i pozór śpiącego ciągle zachowywał.
Żyd uspokojony w téj mierze zupełnie, zbliżył się do drzwi na palcach, zamknął je na zasówkę po cichutku i dobył potém z jakiéjś kryjówki w podłodze, jak się Oliwerowi zdawało, małéj skrzyneczki, którą na stole postawił.
Gdy wieko otworzył i w nią spojrzał, oczy się mu z radości zaiskrzyły. Przysunąwszy sobie potém stare krzesło do stołu, usiadł na nim, i wyjął ze skrzyneczki śliczny zegarek złoty, dyjamentami połyskujący.
— Aha! — zawołał Żyd, stuliwszy ramiona aż po uszy, i twarz swoję do śmiechu ohydnego wykrzywił. — Zręczne psy!.... zręczne psy!.... Wytrwałe do ostatniego.... Żaden z nich ani pisnął,.... żaden nie wydał téj osoby, u któréj przebywali,... żaden z nich nie zdradził starego Fagina!.... I cóżby mu z tego było przyszło,.... choćby to był uczynił?.... Wszakżeby żaden z nich przez to guza u swego stryczka nie był rozwiązał, ani też śmierć swoję choćby na chwilę opóźnił!... Tęgie z nich chłopcy!.... tęgie chłopcy!....
Pośród tych i tém podobnych wykrzyknięć,.... cicho pod nosem wyrzeczonych, Żyd zegarek na powrót do skrzyneczki włożył, dobywając z niej jeden po drugim, najmniéj półtuzina podobnych zegarków i przypatrując się im z niewypowiedzianém upodobaniem. Po zegarkach nastąpiły różne i rozmaite pierścionki, śpinki, naramienniki i różne inne klejnoty, a to wszystko roboty najpiękniejszéj i najdroższymi i najkosztowniejszymi kamieniami wysadzane, o których istnieniu Oliwer przedtém ani wyobrażenia nie miał, i nigdy jeszcze w swojém życiu ich nazwisk nie słyszał.
Żyd ukrywszy te wszystkie klejnoty na powrót w swojéj skrzyneczce, wyjął z niéj coś tak małego, coś tak drobnego, że się na jego dłoni ukryć mogło. Musiał być na tém jakiś napis bardzo drobny i nieczytelny, gdyż Żyd ten przedmiot poziomo na stole położył i osłoniwszy go z jednéj strony ręką od światła, przypatrywał się mu długo i uważnie. Nakoniec, jakby już zupełnie był zwiątpił o pomyślnym skutku swych usiłowań, włożył go na powrót do skrzyneczki, i oparłszy się o plecy swego krzesła, mruknął sobie pod nosem.
— Jakżeż to jest rzeczą piękną ta kara śmierci!.... Zmarły niczego już żałować nie może.... Zmarły się z niczém już niewygada!.... A jakżeż ona jest rzeczą zbawienną i pomyślną dla naszego przekupu?.... pięciu ich szeregiem powieszono,.... a żaden z nich ani nie stchórzył, ani się też na zdobycz nie złakomił!
Gdy to Żyd wyrzekł, z sobą samym rozmawiając, oczy jego ciemne, przenikliwe, dotąd nieruchomie w jedno miejsce wlepione, nagle w inną stronę się zwróciły, i przypadkiem na Oliwera padły, który wzrok swój w Żyda utopiwszy, z niemą ciekawością się mu przyglądał,... a lubo czas poznania trwał tylko chwilę, — czas najkrótszy, jaki pomyśleć można, — i ta chwila już była dostateczna do przekonania starca, że go śledzono.
Zatrzasnął tedy natychmiast wieko od skrzyneczki z wielkim hałasem i schwyciwszy w rękę nóż od chleba na stole leżący, zerwał się ze stołka i rzucił z wściekłością na Oliwera. Widać było jednak po nim wyraźnie, iż trwoga nadzwyczajna sercem jego miotała, gdyż Oliwer, lubo sam był mocno przestraszony, łatwo jednak mógł dostrzedz, że nóż starcowi drżał w ręce.
— Co to jest? — zawołał Żyd! — czego ty mnie śledzisz?.... Dla czego nie śpisz?.... Cóżeś widział?.... Mów chłopcze!.... tylko żywo!..... tylko żywo!..... tu idzie o twoje życie!
— Nie mogłem dłużéj spać, dobry panie! — odpowiedział Oliwer pokornie. — Bardzo mnie to boli, jeżelim wam w czém przeszkodził, Sir.
— A może ty już od godziny nie śpisz, i mnie ciągle śledzisz?
Zapytał Żyd, rzucając na Oliwera groźne spojrzenie.
— Nie, nie,.... proszę mi wierzyć, Sir,.... dalibóg! — odpowiedział Oliwer.
— Czy tylko prawdę mówisz?
Zawołał Żyd, spoglądając na niego z większą jeszcze wściekłością jak dotąd, i zbliżając się groźnie do niego.
— Na moję uczciwość, mówię prawdę, Sir!.... Dalibóg Sir, — odpowiedział Oliwer błagając; — widzi bóg, że się dopiero przed chwilą przebudziłem, Sir. —
— Dobrze już dobrze, mój chłopcze!
Odpowiedział na to Żyd, zmieniając nagle swoje postępowanie i przybierając swój układ zwykły. Przez chwilę jeszcze w palcach nożem się bawił, nim go na powrót na stół położył, chcąc przez to Oliwera w tę myśl wprowadzić, iż go żartem jedynie czczego przestrachu chciał nabawić.
— Wiedziałem ja o tém dobrze mój synu, wiedziałem, — mówił Żyd daléj; — i chciałem cię tylko cokolwiek zastraszyć!.... Ale z ciebie jednak chłopiec odważny,.... tak, tak!.... ha! ha! ha!.... śmiały z ciebie chłopiec Oliwerze, nie ma co mówić.
Żyd przytém z uciechą ręce zacierał, lubo ciągle z niespokojnością, w oku na skrzyneczkę spoglądał.
— Czyś te piękne rzeczy widział, Oliwerze?.... co mój drogi? — zapytał Żyd kładąc po chwili rękę na jego ramieniu.
— Widziałem panie, — odpowiedział Oliwer.
— Ach! — zawołał Żyd, zbladłszy jak chusta. — To.... to jest moją własnością, Oliwerze,.... jedyną.... i całą własnością moją!.... to wszystko, co sobie na moje stare lata zachowałem.... Ludzie mię mają za skąpca, Oliwerze!.... tak, nazywają mię tylko skąpcem, i nic więcéj!...
Oliwer sobie pomyślał, iż ten staruszek prawdziwym skąpcem być musi, kiedy w tak brudném, nędzném miejscu mieszka, posiadając tyle zegarów; zastanowiwszy się jednak nad tém, iż przez swoję szczodrobliwość dla Smyka i jego drugich towarzyszów, wiele na nich wydawać musi, spojrzał z uszanowaniem na Żyda i zapylał go pokornie, czyli teraz wstać i ubierać się może? —
— Zapewnie że możesz mój drogi, zapewnie! — odpowiedział starzec. — Oto patrz! tam w kącie przy drzwiach stoi dzbanek z wodą. Pójdźże sobie po niego, a ja ci tymczasem miednicę do mycia podam, mój drogi!
Oliwer wstał, przeszedł przez izbę i schylił się na chwilkę, aby dzbanek z ziemi podjąć. Gdy się potém podniósł i głowę zwrócił, już skrzynki nie było.
Zaledwie się Oliwer umył, i stósownie do polecenia Żyda, wodę brudną z miednicy przez okno wylał, Smyk wrócił w towarzystwie prawdziwie na gacha wyglądającego młodzieńca, którego on już wczoraj wieczór palącego fajkę zastał, a którego mu teraz z wszelką uroczystością jako: pana Karola Bates przedstawiono.
Wszyscy czteréj zasiedli potém razem do śniadania, składającego się z kawy i kilku ciepłych bułek z szynką, które Smyk w kapeluszu swém przyniósł.
— No i cóż? — ozwał się nakoniec Żyd do Smyka, spoglądając z ukosa na Oliwera; — spodziewam się przecież, żeście dzisiaj rano pilni byli w pracy?
— I to bardzo pilni, — podpowiedział Smyk.
— Jak bobry, — dodał Karolek Bates.
— Dobre, poczciwe z was chłopcy!.... bardzo poczciwe, — pochwalił ich Żyd. — Cóżeś ty przyniósł Smyku?
— Kilka pularesów, — odpowiedział młodzieniec.
— Czy wyłożone? — zapytał Żyd drżąc z chciwości.
— I to suto!
Odpowiedział Smyk, wyjmując z kieszeni dwa pularesy, jeden zielony, a drugi czerwony.
— Nie tak jeszcze, jakby być powinny, — odparł Żyd, zbadawszy je wewnątrz starannie, — ale zawsze dobrze i ładnie zrobione.... Zręczny z ciebie robotnik, nieprawda Oliwerze?
— W istocie bardzo zręczny, Sir, — potwierdził Oliwer prostodusznie.
Pan Bates, to słysząc, głośnym parsknął śmiechem z wielkiém zadziwieniem Oliwera, nie mogącego tego pojąć, ażeby się z czegoś podobnego, jak jego odpowiedź, śmiać można.
— A cóżeś ty przyniósł, mój drogi? — zapytał Fagin Karola Bates.
— Kilka szmat tylko! — odpowiedział Bates, dobywając kilka chustek od nosa z kieszeni.
— Bardzo dobrze, — odpowiedział Żyd, i obejrzawszy je wszystkie troskliwie, dodał: — Dobre, bardzo dobre, tylko niedobrze naznaczone. Karolku, te znaczki trzeba będzie wypruć,.... a tego ja Oliwera nauczę. Czybyś się chciał tego nauczyć Oliwerze, co?
— Bardzo chętnie, Sir, jeżeli wam to przyjemność zrobi, — odpowiedział Oliwer.
— A może byś ty się i tego chciał nauczyć, jak chustki tak ładnie robić, jak Karolek Bates,.... co mój drogi? — zapytał Żyd.
— Z największą chęcią, jeżeli mię tego nauczyć zechcecie, Sir, — odpowiedział Oliwer.
Pan Karolek Bates tak coś nadzwyczajnie śmiesznego i pociesznego w téj odpowiedzi Oliwera sobie upatrzył, iż powtórnie na całe gardło się roześmiał. Lecz ten śmiech przy piciu kawy omal że go o śmierć przedwczesną przez zakrztuszenie nie przyprawił, gdyż mu przez to kilka kropli kawy do krztani zabiegło.
— Ale bo też z niego taki czyżyk zielony!
Zawołał nakoniec Bates, przyszedłszy do siebie, chcąc się tą uwagą w oczach towarzystwa za niegrzeczność, którą popełnił, usprawiedliwić.
Smyk na to nic niepowiedział, lecz Oliwera po głowie pogłaskał, włosy mu z czoła i z oczów odgarnął i rzekł: iż jest o tém szczerze przekonanym, że się Oliwer z czasem poprawi. Lecz Żyd, który go ciągle miał na oku, i spostrzegł, iż rumieniec na jego lica występuje, chciał na coś innego zwrócić rozmowę i zapytał ich, czyli dzisiaj rano wiele luda przy wieższaniu było?
To pytanie jeszcze bardziéj zadziwienie Oliwera pomnożyło, zwłaszcza, gdy się z odpowiedzi chłopców okazało, iż i oni przy téj uroczystości byli obecni. Oliwer zaś z podziwienia nie mógł przyjść do siebie i pojąć, czyli to jest podobieństwem, aby w tak krótkim czasie tyle zrobić można?
Gdy po śniadaniu ze stołu sprzątnięto, żartobliwy staruszek i jego dwaj ucznie, zaczęli się bawić w grę dziwną i pocieszną, która się w następujący sposób odbywała:
Staruszek żartobliwy włożył tabakierkę do jednéj kieszeni w spodniach, pulares do drugiéj, do kieszeni w kamizelce złoty zegarek z łańcuszkiem złotym, który na szyi zawiesił, koszulę spiął szpilką z fałszywemi dyjamentami, potém surdut zapiął, okulary i chustkę od nosa do bocznéj kieszeni wsadził, i z laską w ręku po izbie tam i nazad przechadzać się zaczął, naśladując dokładnie układ i ruch staruszka, jakich o każdéj dnia porze po ulicy się błąkających spotkać można. To się przy kominku, to przy drzwiach zatrzymał, głowę to w tę, to w owę stronę wykręcił, wykrzywił, wyciągnął, jak ci ludzie zwykle czynią, którzy z wielką ciekawością przez okna lub drzwi do sklepów zaglądają.
Czasami jednak z wielką przezornością koło siebie na wszystkie strony się obglądał, jakby się złodziei obawiał, i po kieszeniach bardzo często macał, aby się przekonać, czyli z nich co nie zginęło, a to wszystko czynił ten staruszek żartobliwy z taką śmiesznością, lubo przytém z taką prawdą, że się Oliwer śmiał serdecznie, aż mu oczy łzami zabiegły.
Przez ten czas cały owi dwaj młodzi ludzie szli krok w krok za nim ciągle, a jeźli się kiedy obrócił, tak zręcznie za każdą razą w bok uskoczyć umieli, że niepodobna było ich poruszeń wyśledzić. Nakoniec mu Smyk przypadkiem na nogę nadeptał, czyli też o but jego zawadził, a Karolek Bates tymczasem z tyłu o niego utknął, i téjże saméj chwili oba mu z niesłychaną zręcznością tabakierkę, pulares, zegarek z łańcuszkiem, a nawet i okulary z kieszeni wyjęli. Jeżeli zaś Żyd rękę którego w kieszeni poczuł, zaczął zaraz na niego krzyczeć, a cała zabawa na nowo się rozpoczynała.
Tę zabawę, dość długo trwającą, przerwało przybycie dwóch dziewcząt, przychodzących z odwiedzinami do owych dwóch młodzieńców; jedna z nich nazywała się Betty, a druga Nancy. Obie miały włos ładny, bujny, lubo bardzo niedbale, nieporządnie w tyle głowy związany i zawinięty; na nogach zaś brudne i zabłocone pończochy i trzewiki. Prawda, że tych dziewcząt pięknościami nie można było nazwać, lecz rumieńce dość żywe pokrywały ich lica, a postać cała zdrowiem i siłą życia tchnęła. Będąc przytém w obejściu się dość przyjemne i niewymuszone, uchodziły w oczach Oliwera za dziewczęta powabne i porządne, jakiemi też i bez wątpienia były.
Ich odwiedziny trwały dość długo. Przyniesiono wódki, i to z powodu, że jedna z tych dziewcząt na zaziębienie żołądka się skarżyła, a rozmowa cała nabrała toku poufnego i przyjacielskiego.
Nakoniec jednak Karolek Bates swoje zdanie objawił, iżby czas już było nogi wziąźć na plecy;.... czego wprawdzie Oliwer natychmiast nie zrozumiał, lecz się domyślał, iż to tyle miało znaczyć, co: wyjść; ten domysł go niezawiódł, gdyż w istocie Smyk, Karolek i obie panny niebawem się zabrali i razem wyszli, wziąwszy poprzód od żartobliwego staruszka pieniędzy na zabawę, których im tenże dał z wielką ochotą.
— No i cóż, mój luby, — zapytał Fagin, — czyliż nie mają szczęśliwego życia? Patrzaj! teraz sobie na cały dzień wyszli na rozrywkę!
— Czy już dzisiaj nic więcéj robić nie będą? — rzekł Oliwer.
— Nie, — odpowiedział Żyd. — Chyba żeby im coś niespodziewanie pod rękę wpadło, do czego by się wziąść mogli..... A że takiéj sposobności nieopuszczą, o tém możesz być przekonany, mój luby.
Po chwili Żyd się ozwał, wlepiwszy w Oliwera swe oczy płowe, i uderzając przytém łopatką od ognia w ognisko, aby swéj mowie tém większéj ważności dodać.
— Weź sobie ich za przykład, mój luby, weź sobie ich za przykład, — powtórzył, — rób wszystko, co ci każą, i słuchaj ich we wszystkiém, a szczególnie Smyka, mój luby, szczególnie Smyka! Z niego kiedyś będzie człowiek bardzo wielki, a on i ciebie także tak wysoko doprowadzi, jeżeli sobie go za wzór weźmiesz. Czy mi chustka z kieszeni wisi, mój luby, co?
Zapytał w końcu Żyd, zatrzymawszy się nagle przed Oliwerem.
— Wisi Sir, — odpowiedział tenże.
— Sprobójże też, mój luby, czyli mi jéj nie będziesz mógł z kieszeni wyciągnąć tak lekko i nieznacznie, abym twéj ręki wcale nie poczuł, tak jakeś to dziś rano u Smyka i Karolka widział podczas naszéj zabawy.
Oliwer przytrzymał sobie jedną ręką spód kieszeni, jak to u Smyka widział, a drugą leciuchno chustkę z niéj wyjął.
— Czy ją masz? — zapytał Żyd.
— Oto jest Sir, — odpowiedział Oliwer i podał mu chustkę.
— Zręczny z ciebie chłopiec, mój luby, bardzo zręczny! — rzekł na to żartobliwy staruszek, poklepawszy radośnie Oliwera po głowie, — jeszczem nigdy tak zręcznego i pojętnego nie widział. Oto masz szylinga! Jeżeli tak daléj postępować będziesz, to z ciebie jeszcze kiedyś człowiek największy swego wieku będzie. A teraz chodź! pokażę ci jak masz znaczki z chustek wyprówać.
Oliwer się mocno zdziwił, nie mogąc tego żadną miarą pojąć, jaki związek staruszka kieszenie, z których się mu chustkę nieznacznie wyciągnąć udało, z nadzieją zostania kiedyś wielkim człowiekiem mieć mogą;.... sądząc jednak iż Żyd jako człowiek wiekiem o wiele starszy od niego, lepiéj te rzeczy rozumieć musi, poszedł spokojnie za nim, usiadł do stolika, i wkrótce się zupełnie w swojém nowém zatrudnieniu zatopił.






Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Karol Dickens.