Old Surehand/Tom I/2

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Karol May
Tytuł Old Surehand
Wydawca Wydawnictwo
„Przez Lądy i Morza“
Data wydania 1910
Druk Drukarnia Zygmunta Jelenia w Tarnowie
Miejsce wyd. Lwów
Tłumacz anonimowy
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tom I
Indeks stron
2. Na oazie.

Pomiędzy Texas, Arizoną, Nowym Meksykiem a terytoryum indyańskiem, albo, wyraziwszy to inaczej, pomiędzy odnogami gór Ozark, dolną a górną Sierra Guadelupe i górami Gualpa, leży otoczona wzgórzami, oddzielającemi górny bieg rzeki Pecos i źródła rzek Red River, Sabine, Trinidad, Brazos i Colorado, wielka, straszliwa połać kraju, którą możnaby nazwać „Saharą Stanów Zjednoczonych“.
Puste przestrzenie suchego rozżarzonego piasku ustępują miejsca rozpalonym pokładom skalnym, niezdolnym do wypełnienia najbardziej skąpych warunków choćby najkrótszej egzystencyi najnędzniejszej roślinności. Nagle, bez żadnego przejścia następuje zimna noc po dziennej spiekocie. Ani samotny dżebel[1], ani zielone wadi[2] nie przerywa, jak na Saharze, martwej, jednostanej pustyni, a cichy bir[3] nie wywabia nigdzie ożywczą wilgocią nawet najmniejszej oazy. Brak tu nawet zupełnie przejścia o charakterze stepowym od bogato zalesionych obszarów górskich do martwego, suchego morza piasku; śmierć z nieprzymkniętem okiem występuje wszędzie w najokropniejszej postaci. Tylko, tu i owdzie wzrok, szukający jakiegoś zielonego punktu, spotyka, jakby na urągowisko — wywołany, niewiadomo, jaką siłą — samotny skórowaty krzak meskitu. Z takiem samem zdumieniem spotyka się tam rodzaj dzikiego kaktusa, rosnącego samotnie, albo w grupach, albo pokrywającego wielkie płaszczyzny, przyczem niepodobna sobie wytłómaczyć zagadki jego bytu. Jednakowoż ani meskity, ani kaktusy nie przedstawiają przyjemnego, dobroczynnie działającego widoku. Barwa ich szarobrunatna a kształt nieładny. Gruby pył piaszczysty pokrywa je, a biada koniowi, na którym wjedzie między nie nieostrożny jeździec. Ostre, cienkie jak włos, a twarde jak stal kolce poranią mu nogi, tak, że już nigdy nie będzie dobrze chodził. Jeździec musi porzucić biedne zwierzę, a jeśli go nie zabije, wówczas spotka je nędzny los powolnej śmierci.
Pomimo wszelkich okropności tej pustyni odważył się ją człowiek przestąpić. Prowadzą przez nią drogi: w górę do Santa Fé i fortu Union, napoprzek do Pazo del Norte, i w dół, na zielone prerye i dobrze nawodnione lasy prowincyi Texas. Ale pod słowem „drogi“ nie należy rozumieć tego rodzaju drogowych budowli, które w krajach cywilizowanych noszą to miano. Czasem przejedzie temtędy samotny rastreador[4], towarzystwo zuchwałych śmiałków, albo dwuznaczny pułk Indyan, czasem w pustkowiu zaskrzypi także powolny, jak ślimak, szereg wozów, zaprzężonych wołami — ale tego, co nazywamy drogą, niema tutaj; niema nawet stałych kolei, wyjeżdżonych przez koła. Każdy jedzie tu swoją drogą, dopóki mu jeszcze grunt dostarcza jakich takich znaków, po których poznaje, czy jedzie we właściwym kierunku. Ale te znaki nikną czasem nawet dla oka najwprawniejszego. W takich miejscach oznaczają kierunek zapomocą palików, wbitych w ziemię w pewnych odstępach.
Mimo to domaga się pustynia ofiar dla siebie, które, uwzględniwszy rozmiary, są o wiele liczniejsze i okropniejsze od ofiar Sahary afrykańskiej i pustyni Szamo czy Gobi w Azyi środkowej. Szkielety ludzi, trupy zwierząt, szczątki siodeł i wozów i inne okropne resztki leżą tutaj na drodze i opowiadają historye, których wprawdzie ucho nie może usłyszeć, ale zato oko widzi tem wyraźniej, a wyobraźnia jeszcze lepiej uzupełnia. A ponad tem unoszą się w górze sępy, śledzące z zatrważającą wytrwałością wszelkie ruchy, jakie widać na dole, jak gdyby dobrze wiedziały, że nie może im ujść ich pewna zdobycz.
Jak się ta pustynia nazywa? Mieszkańcy sąsiednich terytoryów nadają jej rozmaite, bądźto angielskie, bądź francuskie, bądź hiszpańskie nazwy. Najdalej jednak znają ją z powodu wbitych w ziemie palików, oznaczających drogi, albo „Llano Estacado“ albo „Staked Plain“.
Tak mniej więcej pisałem w dawniejszym tomie[5], gdzie przedstawiałem okropność strasznego Llano Estacado. Mówiąc tam, że niema studni, któraby tam rodziła samotną oazę, nie wiedziałem podczas mojej ówczesnej podróży przez Staked Plains o wyjątku, który później poznałem. W pośrodku tej pustyni znajdowała się przecież oaza, a zarazem miejsce pobytu tej osoby, o której doniósł mi Winnetou na kartce, że Komancze mają na nią napaść — mianowicie Bloody Fox.
„Krwawy lis“. Samo nazwisko wskazuje już o niezwykłym trybie życia. Obecny jego właściciel należał do karawany wychodźców, którą w Llano Estacado napadła i wymordowała banda „stakemanów”. Pewien farmer, nazwiskiem Helmers, znalazł ograbione trupy i odkrył życie w chłopcu, w którego czaszce była wielka rana od cięcia. Opatrzył go i zabrał na swoją farmę, Helmers Home. Dziecko, pielęgnowane troskliwie, przetrzymało niebezpieczne uszkodzenie i wyzdrowiało, ale zapomniało wszystkiego, co się działo przed napadem, a zatem i swojego imienia. Ale jakieś imię mieć przecież musiało, a ponieważ znaleziono je zbroczone krwią, a później w gorączce wymawiało często słowo fox, przypuścił Helmers, że tak nazywał się jego ojciec, i postanowił nazwać go Bloody Fox.
Chłopak rozwijał się zarówno fizycznie jakoteż i duchowo doskonale, ale nie mógł nigdy zmusić pamięci swojej do cofnięcia się poza napad. Wiedział dokładnie, jak wyglądał człowiek, który zadał mu owo cięcie, umiał sobie uprzytomnić twarz jego, lecz poza tem nie wiedział nic, nawet tego, dlaczego tak często wymawiał słowo fox. Helmers cieszył się niezwykłym rozwojem swego wychowanka i tylko pod jednym względem nie był zeń zadowolony: nie mógł go nigdy przyzwyczaić do swego domu. Posiadłość jego leżała na północnym krańcu Llano Estacado, i zaledwie chłopiec nauczył się kierować koniem, zaczął włóczyć się konno po pustyni, zamiast starać się przydać się na coś na polach swego wychowawcy. Gdy Helmers rozgniewał się raz bardzo z tego powodu, odrzekł Blody Fox:
— Moich najbliższych wymordowały sępy z Llano Estacado, a ja przedsięwziąłem sobie wytępić ich do ostatniego. Do tego muszę tak poznać Llano Estacado, jak znam własną kieszeń. Jeśli mi nie wolno, to wolę nie żyć.
Powiedział to z taką determinacyą, że Helmers postanowił ustąpić a nawet wychować chłopca na człowieka, który byłby zdolny napełnić „sępy“ respektem. Toteż Bloody Fox wzrastał w zupełnej wolności; mógł wyjeżdżać i wracać, kiedy i jak zechciał. Wyrobił się przytem na tak śmiałego jeźdźca i znakomitego strzelca, że nawet Winnetou, poznawszy go później, nie mógł odmówić mu swojego podziwu. Helmers był z pochodzenia Niemcem, a rodzice jego musieli także być Niemcami, gdyż, chociaż wszystko poprzednie wypadło mu z pamięci, uczył się po angielsku nie łatwiej od innych dzieci, po niemiecku natomiast z taką łatwością, że należało przypuścić, iż mówił tym językiem poprzednio.
Gdyby się kto zapytał, co to znaczy „stakemani“ lub „sępy Llano Estacado“, to odpowiedź będzie następująca. Powiedziano już, że drogi przez pustynię stamtąd gdzie już niema znaków naturalnych, oznacza się palikami. Obok ludzi uczciwych, korzystających z tych dróg, są jeszcze inni, zbankrutowani moralnie, nienawidzący pracy indywidua podupadłe, zmuszone uciekać z zamieszkałego wschodu z obawy przed stycznością z katem, niesumienni łotrzykowie, nie mający nic do stracenia i nie oszczędzający cudzego życia, ponieważ ich własne niema dla nich żadnej wartości. Żyją oni wyłącznie z grabieży, a Llano Estacado jest dla nich, jeśli nie najbogatszym, to przynajmniej najpewniejszym terenem. Mają oni swoje kryjówki na krańcu pustyni i zaczajają się w pobliżu dróg na podróżnych, dążących poprzez Llano. Do nich przyłączają się, jako towarzysze albo przewodnicy, i wysyłają naprzód towarzyszy, ażeby zabierali lub fałszywie wbijali paliki. Stąd nazwa stakeman[6]. Kto potem idzie za tymi palikami, schodzi z właściwej drogi na własną zgubę i ginie nędznie z głodu i z pragnienia, jeśli go przedtem nie zamordują, a mienie jego przypada w udziale ludzkim, albo raczej nieludzkim „sępom Llana“. Stąd to trupy setek i tysięcy bielą się w żarze słonecznym i najgłębszej samotności, a nikt z blizkich nie wie, co się z tymi nieszczęśliwymi stało.
Ofiarą takiej bandy stakemanów padła także karawana, do której należał Bloody Fox. Okropna scena mordowania pozostała mu w pamięci i stąd pochodziło to gorące pragnienie wytępienia ich do ostatniego. Chociaż przedsięwzięcie to było śmiałe i trudne, posiadał Bloody Fox wszystkie konieczne do tego właściwości.
Z czasem przejechał Llano we wszystkich kierunkach, poznał każdą piędź pustyni, zaznajomił się ze wszystkiemi jej niebezpieczeństwami i, co nadzwyczaj nie ułatwiało mu zadanie, znalazł w samym środku pustkowia oazę z wodą. Było to warte więcej niż stu sprzymierzyńców.
Odkrycie tego miejsca zachował w tajemnicy. Nikt, nawet Helmers, któremu życie zawdzięczał, nie dowiedział się o tem. Z czasem zbudował sobie domek nad wodą i obsadził ściany jego pnącymi kwiatami. Chwytał dzikie mustangi i prowadził je tam pokryjomu, aby mieć zawsze świeże konie, gdy którego znużył już jazdą. To nadawało jego ruchom szybkość, jakiej nie byłby mógł inaczej rozwinąć. Dzięki temu mógł znajdawać się na jednym krańcu Llana a zaraz potem na drugim. Sprowadził do domku żywność i amunicyę. Do opieki jednak nad oazą i znajdującymi się tam końmi potrzebował kogoś, o kim mógłby mieć pewność, że nie zdradzi jego tajemnicy. Znalazła się stara murzynka, Sanna, która go bardzo kochała i zgodziła się na jego propozycyę. Mieszkała przez cały szereg lat w tej głębokiej samotności i nie pragnęła wyjść z domku; a za wierność spotkała ją nagroda, która jej starość oblała blaskiem słońca. Była ona mianowicie niewolnicą pewnego plantatora w Tennessee, który jedyne jej dziecko, chłopca, porwał od niej i sprzedał. Potem przeszachrowano i ją także, a rozmaite losy zapędziły ją aż do Staked Plains. Nie mogła nigdy zapomnieć swojego syna, Boba; myślała o nim dzień i noc i przysięgała, że nie umrze, dopóki go nie zobaczy. Wówczas to przybyliśmy na Llano i poznaliśmy Bloody Foxa. Z nami był westman, którego nieodłącznym towarzyszem był murzyn, jego dawny służący. Czarny nazywał się Bob, a ku naszemu radosnemu zdziwieniu i ku zachwytowi Sanny pokazało się, że on był właśnie owym sprzedanym chłopcem z Tennessee. Odtąd zostali razem, nie rozłączając się aż do śmierci.
Od chwili wprowadzenia Sanny do domku mógł Bloody Fox przystąpić do urzeczywistnienia swoich planów. Pokazywał się coraz to rzadziej u swego wychowawcy, a ilekroć doń przyszedł, miał mu stary zawsze coś nowego do opowiedzenia, a to coś odnosiło się zawsze do śmierci jakiegoś stakemana. To tu to ówdzie znajdowano zwłoki człowieka, przestrzelonego przez sam środek czoła, a po zbadaniu zawartości jego kieszeni znajdowano zawsze przedmioty, pochodzące z grabieży i dowodzące, że zabity należał do palikowców. Wypadki takie powtarzały się coraz to częściej, a dziura w czole uchodziła zawsze za niezbity dowód, że zastrzelonego należy uważać za ukaranego „sępa“. Ale kto był tym tajemniczym mścicielem? O tem nie wiedział nikt; nawet Helmers nie domyślał się tego.
Nic dziwnego, że niebawem powstały legendy o tym mścicielu. Byli ludzie, którzy mieli go widzieć przejeżdżającego w oddali z szybkością strzały, ale nigdy tak blizko, żeby go można było dokładnie rozpoznać. Dzisiaj widział go jakiś handlarz na południowym krańcu Llana, a w godzinę potem znalazł człowieka z przestrzelonem czołem. Nazajutrz usłyszał orszak podróżnych huk wystrzału na wschodnim krańcu pustyni; jakiś jeździec zniknął szybko, jak myśl, na widnokręgu — a kiedy przybyli na to miejsce, leżał tam jakiś rozciągnięty człowiek z dziurą w czole. Dzień potem powrócili ludzie Helmersa, którzy obozowali w Llanie i widzieli w świetle księżyca tego samego jeźdźca, jak wynurzył się z jednej strony, przecwałował obok nich i zniknął z drugiej. Wreszcie przyczepił się zabobon do tej niepojętej osobistości. Ten jeździec — to nie człowiek, lecz jakaś nadziemska istota, przelatująca z szybkością błyskawicy z jednego krańca Llana na drugi. Jak mógłby człowiek śmiertelny posiadać taką szybkość i z taką pewnością odróżniać zbója od uczciwego człowieka! „Przez Llano Estacado przelatuje duch jego“, opowiadam sobie, „avenging ghost[7] zabrał znów jednego stakemana“.
Uczciwi ludzie odetchnęli, a stakemani zaczęli się trzymać razem. Nie puszczali się już na pustynię w pojedynkę lub w małych oddziałach, lecz dokonywali swoich zbrodniczych przedsięwzięć w większych gromadach. Ale i to ich nie zabezpieczało. Obozowali we dwudziestu lub więcej — wtem padł jeden strzał, potem drugi — dwaj z nich padali ugodzeni w czoło, a z oddalenia dolatywał tętent odbiegającego konia.
O tym to czasie, jak wyżej wspomniałem, przybyłem z kilku westmanami do Helmersa, ażeby przejechać przez Estacado i po drugiej stronie spotkać się z Winnetou. Dowiedzieliśmy się tam, że przed nami znajduje się karawana wychodźców, która także chce przebyć pustynię. Kilku ludzi, których zastałem u Holmersa, wzbudziło we mnie podejrzenie. Po odejściu ich ruszyłem za nimi ich śladem i nabrałem przekonania, że wychodźców ma się wyprowadzić w pole. Skut, któremu się powierzyli, był palikowcem, a towarzysze jego czekali na swoje ofiary. Wyruszyliśmy oczywiście czem prędzej w drogę, aby zagrożonym przyjść z pomocą.
W tym samym czasie zetknął się czekający na mnie Winnetou z oddziałem Komanczów. Nie unikał ich wtedy, gdyż między nimi a Apaczami panował pokój. Od nich dowiedział się, że wyjechali na Llano naprzeciwko swego wodza, który miał przybyć przez pustynię, ale znalazł się w wielkiem niebezpieczeństwie, ponieważ zebrała się znaczna liczba stakemanów i ma zamiar wykonać jakiś napad. Były to te same „sępy“, których odkryłem. Ponieważ Winnetou wiedział, że stosownie do umowy znajduję się już także w pobliżu, więc postanowił nie czekać na mnie, lecz wyjechać naprzeciwko. Zaproponował więc Komanczom swoje towarzystwo, oni zaś przystali na to bardzo chętnie, bo mogło się to tylko przydać im i zagrożonemu wodzowi, że mieli z sobą takiego człowieka, jak Winnetou.
Z tego powodu puste zazwyczaj Estacado ożywiły teraz cztery oddziały, a trzy z nich posuwały się w jednym i tym samym kierunku. Wychodźców prowadził zdradziecki skut na południe do zamierzonej dla nich śmierci, tak samo na południe dążyli stakemani, a ja z towarzyszami za nimi, ażeby udaremnić ich napad. Od zachodu zbliżał się Winnetou z Komanczami, którzy, niestety, przybyli za późno, gdyż pokazało się, że „sępy“ zamordowały już ich wodza.
Ponieważ jechaliśmy na południe a Komancze na wschód, i czas zgadzał się tak dokładnie, jak gdybyśmy się umówili, musieliśmy się spotkać pod kątem prostym, i to niedaleko oazy, o której nie mieliśmy oczywiście pojęcia. Bloody Fox wiedział tak samo jak my o zamiarze stakemanów; pragnął tych obcych ocalić i jechał naprzeciwko nich od strony swojej pustynnej wyspy. Nieszczęściem natknął się nie na nas, lecz na sępy, które natychmiast puściły się za nim w pogoń. Dzięki rączości konia umknął im na północ, spotkał nas i przyłączył się do nas. Cwałowaliśmy przez trzy godziny, ale doścignęliśmy wychodźców dopiero, kiedy się ciemno zrobiło. Utworzyli z wozów czworobok i rozłożyli się w nim obozem. Woły nie mogły już iść dalej z pragnienia, a oni sami ginęli już napoły. Skut podziurawił im beczki z wodą i uciekł po naszem przybyciu.
Tymczasem dotarł Winnetou tak, że o tem nie wiedziałem, do tych samych okolic i dzięki niezrównanej bystrości odkrył stakemanów. Podszedł ich, nie mogących rozpalać ognisk i zbliżył się do nich w chwili, kiedy przybył tam zbiegły skut i opowiedział im, że połączyliśmy się z wychodźcami. Zamiast uważać to za przestrogę, ucieszyli się, że przez nas będą mieli większy łup i postanowili zaatakować nas o świcie. Winnetou, usłyszawszy to, wrócił do Komanczów i przyjechał z nimi do nas. Było to znowu jedno z jego arcydzieł. Jakżeż się ucieszyłem spotkaniem się z nim tutaj! Jego Komancze podwoili naszą liczbę, a on sam znaczył więcej od nich.
O świcie leżeliśmy ukryci za wozami. Stakemani nadeszli w liczbie trzydziestu pięciu. Występowali oni teraz zawsze tak licznie, a to ze strachu przed avenging ghostem. Nie przypuszczali, że o nich wiemy i sądzili, że będą mieli z nami łatwą sprawę. Pierwsza nasza salwa ugodziła w nich na odległość pięćdziesięciu kroków i wznieciła pośród nich poprostu panikę. Utworzył się chaotyczny kłąb ryczących ludzi. Zabici i ciężko ranni padli na ziemię i konie bez jeźdźców wzmogły zamieszanie, poczem chaos się rozwiał, a kto mógł się utrzymać na siodle, umykał w południowym kierunku. W jednej chwili byliśmy także na koniach i puściliśmy się za nimi. Pozabijano wszystkich. Ostatni z nich dotarł do okrywanej dotąd tajemnicą oazy Bloody Foxa; tam padł razem z koniem i skręcił sobie kark. Był to dowódca; tylko dlatego zdołał ujść tak daleko, że miał najszybszego konia. Poznaliśmy w nim osławionego zbrodniarza, znanego daleko i szeroko pod nazwą Stealing Fox. I o dziwo! Bloody Fox oświadczył nam w najwyższem rozdrażnieniu, że to z pewnością ten człowiek, który ongiś zrobił mu ranę w głowie. Pod tym względem niema wątpliwości — twarzy tej bowiem nie mógł nigdy zapomnieć. Człowiek ten nazywał siebie Fox, choć nie Stealing Fox, i był ich dowódcą. Teraz oczywiście łatwo było zrozumieć, czemu chłopak w swoich gorączkowych majaczeniach wymawiał tak często słowo „fox“.
O ile cudownem niemal wydało się nam, że Bloody Fox tak niespodzianie znalazł mordercę swoich rodziców, o tyle dziwnem było stwierdzenie, że nasz Murzyn Bob był synem starej Sanny. A kiedy potem znaleźliśmy czas na obejrzenie miejscowości, wydała nam się ona trzecim i największym cudem. Było wprawdzie kilku starych Indyan i myśliwców, którzy utrzymywali, że w samym środku najgłuchszej pustyni znajduje się woda, nad którą rosną najwspanialsze drzewa i kwiaty — ale nikt nie dawał temu wiary. Ja sam także o tem słyszałem, ale zawsze wątpiłem.
Oczywiście, że gdy pomyślałem o Saharze i o tem, że pod jej piaszczystym lub skalistym gruntem znajduje się wody podostatkiem — nie wydawała mi się i ta oaza w Llano Estacado tak niewytłumaczonem zjawiskiem. Pustynię dzieli łańcuch gór od Rio Pecos. Góry te często stanowią jeden łańcuch, czasem jednak rozgałęziają się, obejmując łańcuchami długie doliny, poprzecinane wązkimi poprzecznymi przesmykami. Ich wyjścia otwierają się na Llano. Z tych wzgórz spływają do przesmyków rozmaite wody, które umożliwiają egzystencyę krzaków a nawet drzew. Te zielone miejsca wysuwają się, jak półwyspy roślinności, na piaszczyste morze Estacado i tworzą między sobą zatoki, gdzie mogą znaleść pokarm trawy i zioła. Rzeczki nie wysychają, tylko wsiąkają, skoro dotkną piasku. Woda wnika w rozluźniony grunt i musi się gdzieś gromadzić, gdzie znajdzie stałą, nieprzenikliwą podstawę. Nie można też sobie Llana Estacada wyobrażać jako ściśle poziomej równiny, lecz jako wklęsłość, a na najgłębszem jej miejscu musi się ta woda pokazać, i to jasna i czysta, bo przefiltrowana przez piasek.
Tak długo dochowywana tajemnica padła niestety ofiarą naszego odkrycia. Bloody Foxowi nie było to widocznie przyjemne, ale poddał się nieuniknionej konieczności i odebrał tylko później przyrzeczenie, że na razie będziemy o tem milczeli. Należało się spodziewać, że na długi czas nie będzie miał powodu grać roli „ducha-mściciela“. Zrobiliśmy porządek ze stakemanami, a jeżeli znaleźli się jeszcze tu i ówdzie odosobnieni, to musieli się dowiedzieć o losie owych trzydziestu pięciu „sępów“ i wzięli to za przestrogę dla siebie. Wychodźców zabrano do oazy, gdzie zabawili kilka dni i skąd potem, pokrzepieni na ciele, ruszyli w dalszą drogę. Odprowadziliśmy ich aż nad Pecos. Udali się do Arizony, gdzie mogli wprawdzie opowiadać o oazie, lecz albo im nie uwierzono, albo, jeśli uwierzono, to nie miano sposobności tego wykorzystać. My, biali, mieliśmy daleko więcej sposobności odwiedzać Llano; postanowiliśmy jednak milczeć wobec każdego o zielonej wyspie Foxa w pustyni.
Co innego Komancze, którzy, niestety, znali już także tajemnicę. Musieli oni także przyrzec, że nie będą o tem mówili, ale byliśmy pewni, że słowa nie dotrzymają. To miejsce nie było dla ich szczepu bez wartości.
Gdyby stamtąd, gdzie znajdowaliśmy się, pomyśleć sobie prostą linię na zachód, natrafiłaby ona po drugiej stronie rzeki na terytoryum, będące najniebezpieczniejszym kątem dalekiego Zachodu; tam to bowiem stykały się posiadłości Komanczów i Apaczów. Kto zna stosunki, ten wie, że dopóki oba te szczepy będą istniały, nie zapanuje między nimi nigdy trwały pokój. Wzajemne rozgoryczenie wpaja się już w dzieci, a jeśli kiedy zakopie się między nimi tomahawk wojenny, to wystarcza najdrobniejszy powód, ażeby go znów wykopać. Takie powody zdarzały się codziennie, gdyż terytorya nietylko stykały się ze sobą, lecz w wielu miejscach wchodziły w siebie wzajemnie, granice zaś nie były oznaczone dokładnie. Zarzut naruszenia granicy był zatem bardzo łatwy, pominąwszy już sto innych powodów, jeśli sobie któraś strona walki życzyła. To też westmani nazywali owe strony the shears[8], a wyrażenie to miało wielkie znaczenie. Ruchome linie graniczne otwierały się lub zamykały, jak nożyce, a kto się między nie dostał, zwłaszcza jeżeli to był biały, mógł mówić o szczęściu, jeżeli udało mu się wyjść bez szwanku.
Częste walki między tymi dwoma szczepami, wybuchające w tych „shear“, przenosiły się potem poza Pecos, a pokonanych spędzano zwykle na Llano. Posiadanie takiego punktu na pustyni, gdzie można się było zebrać i przyjść do siebie, gdy tymczasem nieprzyjaciel sądził, że zginęło się z głodu i z pragnienia — było nieocenione. Takim punktem była ta oaza — a Komancze poznali ją teraz. Czy, wróciwszy do domu, będą o tem milczeli? Nie spodziewałem się tego i zwróciłem uwagę Bloody Foxa na niebezpieczeństwo, wynikające z tego. Wziął tę sprawę równie poważnie, jak ja, i rzekł:
— Macie słuszność, sir. Dochowywałem tak długo mojej tajemnicy, a teraz ją nagle odkryto. Sam jestem temu winien.
— Jakto?
— Powinien byłem opisać wam wczoraj te strony, a wam byłoby łatwo tak się urządzić, żeby stakemani nie mogli tędy uciekać.
— To rzeczywiście słuszne.
— W takim razie tylko wy bylibyście o tem wiedzieli i nie zdradzilibyście przed nikim. Tak jednak mogę się spodziewać odwiedzin z trzech stron.
— Sądzę, że tyko ze strony Komanczów..
— I Apaczów.
— Nie. Tylko jeden Apacz wie o tem a mianowicie Winnetou.
— Czy sądzicie, że nic w domu nie powie?
— Z pewnością, jeśli poprosicie go o to.
— Poproszę go, ale biali!
— Ci także nic nie zdradzą; to bez wyjątku sami powściągliwi ludzie.
— Przyznaję, że drugim nie powiedzą, ale zapamiętają sobie może odosobnione home i odwiedzą mnie wkrótce.
— A na tem wam nic nie zależy?
— Nie.
— Hm, to niezbyt uprzejme.
— Inaczej to rozumiem. Owszem, niechby sobie przychodzili, ale gdy to uczynią, oaza będzie odkryta. Ich albo ich ślady zobaczą drudzy i pójdą potem za nimi. Czy nie tak, sir?
— Zapewne. Poprosimy ich zatem, żeby nietylko milczeli, lecz nie przychodzili już tutaj.
— To byłoby za ostro. Może się kiedyś później ktoś z nich znaleść na Llanie, wpaść w niebezpieczeństwo, i musiałby zginąć z pragnienia, gdyby mu nie było wolno przyjść tu do wody. Taki wypadek musi stanowić wyjątek. Czy omówicie to z nimi, mr. Shatterhandzie?
— Chętnie.
— Ale stały wyjątek robię dla was i dla Winnetou. Przychodźcie do mnie jak najczęściej. Wy uczynicie to w taki sposób, że nikt was wytropić nie zdoła i nie odkryje mojej chatki. Co do was dwu jestem tego pewny.
— Dobrze, spełnimy wasze życzenie, ale co zrobicie dla zabezpieczenia się przeciw odwiedzinom Komanczów i dla obrony przed nimi?
— Nic. Czyż mam z mego domku zrobić fortecę?
— To niepodobna.
— Albo zebrać tylu ludzi, żeby można odeprzeć każdy napad?
— To także niemożliwe.
— Więc nie pozostaje mi nic innego, jak zostawić warunki takimi, jakie są. Jedyną zmianą będzie to, że Bob zostanie tutaj z matką. Będę zatem miał tutaj pomocnika i o ile mnie nie będzie w domu, ona nie będzie sama. Czy sądzicie, że mogę go zatrzymać?
— Radze wam nawet. To wierny, niegłupi i dzielny człowiek. Był z nami u Siuksów, a chociaż jego pierwszego debiutu nie można uważać za świetny, oddał nam przecież niemałe przysługi. Ja jestem także za tem, żebyście nie zaprowadzali tutaj żadnych zmian. Radzę wam tylko trochę czujności ze względu na Komanczów i nic ponadto. Może ci czerwonoskórcy nie sądzą tak, jak my, że stakemani dostali tęgą nauczkę i nic już nie przedsięwezmą, może będą się bali zapuszczać bez konieczności wojennej aż tutaj?
— Ja też tak myślę i to mnie uspokaja. Mam nadzieję, że się nie zawiedziemy.
Zdawało się, że słuszność tej myśli się potwierdza. Z biegiem czasu byłem kilkakrotnie w oazie i dowiedziałem się, że Komancze nie napastowali Bloody Foxa. Z białych także nikt nie odwiedził go od tego czasu, więc zdawało się, że odkrycie tajemnicy nie równało się jej odsłonięciu. Co się tyczy „sępów“ z Llano Estacado, to stało się tak, jak przewidywaliśmy. Przez długi czas nie było o nich nic słychać, a później nastąpiło kilka grabieży, których bohaterem był jeden człowiek — ale Bloody Fox wyszukał go i ukarał w znany już sposób. Że to on był owym awengig ghostem, tego widocznie nie wiedział nikt prócz ówczesnych świadków, oni zaś dochowali tajemnicy. Niejednokrotnie przysłuchiwałem się najfantastyczniejszym opowiadaniom na ten temat, ale nie słyszałem nigdy wzmianki o tem, do czyjej osoby odnosi się właściwie to podanie o duchu.
Kiedy poznałem Bloody Foxa, był jeszcze młodzieńcem, można więc sobie wyobrazić bogactwo jego uzdolnienia, skoro w tym wieku posiadał zalety i zdolności, zdumiewające nawet takiego Winnetou. Co mogło i musiało się z niego zrobić, jeśliby się dalej rozwijał w ten sposób!
Upłynęło kilka lat, podczas których nie byłem w Ameryce. Następnie spotkałem się z Winnetou w Black-Hills i dowiedziałem się od niego, że Bloody Fox ma się dobrze i że nie miał dotychczas odwiedzin Komanczów. Rozstaliśmy się nad Couteau, aby po czterech miesiącach spotkać się na południu, w Sierra Madre. Można sobie wyobrazić, jakie wrażenie musiała na mnie wywrzeć znaleziona tam kartka Apacza z doniesieniem, że musi ostrzedz Bloody Foxa, bo Komancze mają zamiar napaść na niego.
Przez czas tak długi nie przyszło im na myśl udawać się na oazę; jakiż powód mogli mieć teraz do zrobienia tego i to we wrogich zamiarach? Czy plan czegoś podobnego wyszedł od nich — czy też Bloody Fox ściągnął czem na siebie ich zemstę? Na nic nie przydały się teraz takie pytania; odpowiedź na nie musiała przyjść sama.
Ważniejsze było, czy Winnetou pojechał wprost do oazy, czy też nie. Napisał mi, że chce ostrzedz — a gdyby szło tylko o ostrzeżenie, należało przypuścić, że udał się drogą najprostszą. O ile jednak znałem Apacza, nie mógł się zadowolnić samem ostrzeżeniem, lecz połączył je, o ile możności, zaraz z ocaleniem, a to mogło polegać tylko na tem, że przybyłby Foxowi na pomoc z dostateczną liczbą Apaczów. Co więc z dwojga uczynił? Chociaż pytanie to wydaje się trudnem, łatwo na nie odpowiedzieć. Chodziło poprostu o czas. Jeśli był krótki, to Winnetou pojechał prosto do Foxa, jeśli go zaś było dość, aby pomoc sprowadzić, to pojechał do obozu swojego szczepu, aby ściągnąć odpowiednią ilość wojowników.
Jakim sposobem jednak mógł Winnetou dowiedzieć się, czy miał czas, czy też nie? Całkiem poprostu tak, jak ja. Mogło to ujść stu innym — ale on, nieporównany mistrz w tropieniu, nie mógł nie zauważyć Komanczów, których znaleźliśmy nad Błękitną Wodą. Jeśli nawet nie udało mu się ich podsłuchać i dowiedzieć się, że czekali jeszcze na nadejście dalszych stu ludzi pod wodzą Nale-Masjuwa, to ze zrozumiałych dlań poszlak poznał pewnie, że im pilno nie było. Prawdopodobnie zatem udał się najpierw do swego szczepu.
Może i to nie było potrzebne, może znalazł posłańca, którego pchnął do nich? Apacze musieli się dowiedzieć, że Komancze wykopali topór wojenny, i dla własnego bezpieczeństwa wysłali pewnie ludzi, aby zasięgnąć języka. Jeśli Winnetou spotkał się z takim szpiegiem, co nie leżało w zakresie niepodobieństwa, posłał go pewnie do domu; a sam dalej pojechał, gdyż tylko on znał oazę.
Domysły moje szły nawet jeszcze dalej. Znałem mego Winnetou i wiedziałem, jak zwykł postępować. Znał dzień mego przybycia do Sierra Madre i wiedział, że znalazłszy jego kartkę, zastosuję się do niej natychmiast. Znałem drogę tak dobrze, jak on — więc nie trudno mu było oznaczyć, gdzie i o jakiem czasie mogłem się znajdować. Jeśli sam udał się zaraz na Llano Estacado, to musiał się postarać o godnego zaufania przewodnika dla swoich wojowników, a przewodnikiem takim mogłem być tylko ja. W takim razie musiałem z pewnością spotkać po drodze Apacza, któremu polecono zaczekać na mnie i dać mi wskazówki. Pokaże się niebawem, jak słusznie oceniłem Winnetou.
Ale nie uprzedzajmy wypadków. Obozowaliśmy jeszcze nad Saskuan-Kui i czekaliśmy nadejścia dnia, ażeby się ułożyć z Komanczami. Old Surehand miał otrzymać z powrotem wszystko, co mu zabrano — głównie broń — a za to mieliśmy puścić wolno ich wodza, Wupa Umugi.
Byliśmy na tyle przezorni, że nie pozostaliśmy na brzegu, gdzie nieprzyjaciele o nas wiedzieli i gdzie pod osłoną zarośli mogli na nas napaść z łatwością, lecz udaliśmy się trochę dalej na preryę, ponieważ tam nie można było nas podejść. Wyznaczyliśmy straże, a kto chciał, mógł sobie spać. Ani mi przez myśl nie przeszło czuwać do rana, bo nie wiedziałem, jakie trudy czekały nas nazajutrz. Cieszyłem się nadzieją widoku Old Surehanda przy świetle dziennem, gdyż teraz było zbyt ciemno na to, by mu się dobrze przypatrzyć. Później przyznał mi się, że był równie ciekawy co do mnie. Mielibyśmy wiele, bardzo wiele do pomówienia ze sobą, ale obaj nie byliśmy ludźmi zbyt rozmownymi i chciało nam się spać. O jednem przecie musiałem się teraz dowiedzieć — więc, gdy rozciągnął się obok mnie do spoczynku, powiedziałem:
— Pozwólcie mi na jedno pytanie, sir, zanim oczy zamkniecie. Czy wasz przyjazd w te strony wynikał z jakiego określonego planu?
— Tak. Zdążałem do Meskalerów, aby tam spotkać się z Winnetou a przy jego pomocy poznać się także i z wami. To wstyd doprawdy być tak długo westmanem i nie widzieć Winnetou ani Old Shatterhanda.
— My was także nie znamy, a to zupełnie to samo. Ale słyszeliśmy o was dużo, sir. Druga część naszego życzenia, t. j. żeby mnie widzieć, spełniła się rychlej, niż przypuszczaliście, a pierwsza może się spełnić bez jazdy do Meskalerów. Jestem na drodze do odszukania Winnetou całkiem gdzieindziej.
— Gdzie, sir, gdzie on teraz?
— Na Llano Estacado.
— Do stu piorunów, to wspaniale! Z nim i z wami na niebezpiecznem Estacado! Czy weźmiecie mnie z sobą, sir?
— Oczywiście, bardzo chętnie. Wy i wasza pomoc bardzo nam się przydadzą. Rano opowiem wam, dlaczego — a teraz musimy spać, by zebrać siły. Powiem wam tylko, że idzie o taniec z Komanczami.
— Z tymi tu, czy z innymi?
— Z tymi i z innymi, którzy jeszcze przyłączą się do nich. Wszak słyszeliście, o czem mówili. Czy nie powiedzieli czego o celu swej obecnej wyprawy?
— Tak, ale z taka ostrożnością i cicho, że nic nie mogłem zrozumieć. Weźcie mnie z sobą, sir, weźcie mnie ze sobą! Cieszę się tem, jak dziecko, że mogę skwitować się z nimi za zaskoczenie mnie, jak greenhorna. Co wy sobie o mnie pomyślicie! Przez całe lata życzyłem sobie was poznać i przyłączyć się do was w jakiś sposób, a teraz, kiedy moje życzenie się spełnia, to dzieje się to tak, że muszę się poprostu wstydzić. Th’ is clear, jak mówi Old Wabble!
— O wstydzie niema mowy. Mnie nieraz pochwycono, a Winnetou także. Cieszy mnie to nadzwyczajnie, że mogłem wam wyświadczyć mała przysługę.
— I beg, sir! Mała ona wcale nie była. Chciałbym wobec tego wiedzieć, co nazwalibyście wielką. Dałbym za to wiele, bardzo wiele, żeby się było stało odwrotnie, czyli, żebym ja wam ją wyświadczył. Ale mam nadzieję, że wam się kiedyś czemś podobnem odwdzięczę.
— Uważam to za spełnione i wolę się wyrzec pasyi siedzenia w niewoli u Komanczów. A teraz śpijmy. Good night, sir!
— Good night, mr. Shatterhandzie! Będzie mi się prawdopodobnie lepiej spało, aniżeli tam na wyspie, którą miałem opuścić tylko po to, żeby pójść na śmierć męczeńską.
Noc była chłodna, a moje ubranie mokre, mimo to jednak spałem twardo aż do czwartej godziny, kiedy zbudzono mnie na ostatnią wartę. Kiedy miała się już ku końcowi, zaczęło szarzeć, a niebawem miałem dość światła do przypatrzenia się memu nowemu znajomemu.
Leżał teraz przede mną i spał spokojnie, prawdziwy olbrzym z postaci. Potężne jego ciało odziane było całe w skórę, ale tak, że ogorzała od słońca pierś była odkryta. Jego długie, brunatne, miękkie jak jedwab włosy dosięgały mu, jak welon, aż do pasa, a w twarzy, chociaż we śnie znika z niej zwykle życie duchowe, widać było wyraz owej energii, bez której niepodobna sobie wyobrazić dobrego westmana. Przedstawiałem go sobie zupełnie tak, jak widziałem go teraz, leżącego przed sobą, oczywiście dlatego, że mi go tak opisywano. Nie należy sobie jednak każdego znanego westmana tak wyobrażać. Kto tak czyni — a zdarza się to bardzo często — ten doznaje potem na widok człowieka, o którego się rozchodzi, wielkiego rozczarowania. Widziałem tylko dwu sławnych westmanów, Old Tirehanda i Old Surehanda. Niejeden doświadczył tego pewnie, że fizyczni goliaci mają często iście dziecięce usposobienie i że brak im żądzy i zdolności do walki, gdy tymczasem słabiej zbudowani ludzie wolą się dać rozszarpać, aniżeli zmusić do ucieczki. Oczywiście, nie jest to regułą. Życie na dzikim Zachodzie nie sprzyja wykształceniu się pełnych form, ale stwarza mięśnie i ścięgna, jak stal.
Nadszedł czas obudzić śpiącego. Uczyniłem to, a gdy Old Surehand się podniósł, mogłem dopiero zobaczyć, w jakiej harmonii były ze sobą poszczególne części i członki jego ciała.
— Good morning, sir! — pozdrowił, obrzucając badawczem spojrzeniem moją postać, poczem wrócił do twarzy. — Nareszcie, nareszcie spełnia się moje życzenie zobaczenia was, gdyż tego, co było wczoraj wieczorem, nie można nazwać widzeniem. Oto moja ręka na dzień dobry i podziękowanie jeszcze raz za to, co wczoraj uczyniliście i na co odważyliście się dla mnie. Uściśniecie ją, mr. Shatterhandzie?
— Chętnie — i ja także cieszę się szczerze, że was nareszcie poznaję. Jeśli chcecie, to trzymajmy się wiernie razem; oto moje życzenie.
— Well, niech tak będzie. Przynajmniej co do mnie, to będę się starał, żeby nie zaszło nic takiego, coby nas rozdzieliło.
Naciągnął się, wyprostował, zbadał stawy w rękach i nogach, i mówił dalej:
— Spałem dobrze, a skutki więzów zniknęły już zupełnie. Co teraz poczniemy?
— Zawezwiemy wodza, by mu powiedzieć, czego odeń żądamy, a potem wyślemy pojmanego Indyanina do obozu.
— A zanim wróci, podjemy sobie tego na śniadanie — wtrącił Old Wabble. — Nacóż sprowadziłbym tyle mięsa? Kto ma jeść, niech je, th’ is clear. A może ktoś ma coś przeciwko temu?
Nikomu ani przez myśl nie przeszło sprzeciwiać się temu argumentowi. Old Surehand poprosił mnie, żebym prowadził rokowania z Wupą Umugi. Ponieważ jednak chodziło tutaj o niego, sądziłem, że powinien sam podyktować wodzowi swoje warunki. Old Surehand zrobił to, a Wupa Umugi nie ociągał się ze zgodą, widząc, że może wyjść ze sprawy dogodniej. Potem rozkrępowaliśmy Komancza, pochwyconego wczoraj przez Old Wabble’a. Po otrzymaniu od wodza odpowiednich rozkazów poszedł Indyanin, by je wypełnić. Następnie nadszedł czas zjedzenia śniadania.
W dwie godziny mniej więcej zobaczyliśmy posła, wracającego z kilku czerwonymi. Prowadzili konia Old Surehanda, przynieśli jego broń i inne przedmioty — nawet kapelusz z szerokiemi kresami, który był został na wyspie. Gdy oświadczył, że nic nie brakuje, wypuściliśmy im wodza. Właściwie chcieliśmy na nim wymódz przyrzeczenie, że nadal dochowa pokoju, ale wiedząc, że nie dotrzyma słowa i że to żądanie przedłużyłoby bardzo układy, wyrzekliśmy się tego. Gdy zdjęliśmy z niego więzy, oddalił się na kilka kroków, lecz potem odwrócił się i powiedział do mnie:
— Blade twarze zawarły z nami pokój; pytam, jak długo ma to trwać?
— Jak długo zechcesz — odrzekłem mu. — To zależy całkiem od waszego upodobania.
— Czemu Old Shatterhand nie mówi wyraźniej? Czemu nie powie oznaczonego czasu?
— Bo nie mogę tego uczynić. Nie jesteśmy wrogo usposobieni dla czerwonych mężów i chcielibyśmy zawsze być z nimi w przyjaźni, lecz wiemy, że oni nie myślą tak samo, jak my, i musimy im to zostawić. Dopóki dochowają pokoju z nami, będzie i u nas także topór wojenny zakopany.
— Uff! Jak długo pozostaną biali mężowie w tych stronach?
— Wyruszymy natychmiast.
— Dokąd?
— Zapytaj wiatru, dokąd wieje! Wieje to tu, to tam. Tak samo jest z myśliwcem Zachodu, który nigdy nie może powiedzieć, gdzie znajdzie się jutro.
— Old Shatterhand omija moje pytanie.
— Odpowiedź moja taka sama, jaką byłaby twoja, gdybym ciebie o to zapytał.
— Nie, gdyż powiedziałbym ci prawdę.
— No, to spróbujmy. Jak długo pozostaną czerwoni wojownicy tutaj, nad tą Błękitną Wodą?
— Jeszcze przez kilka dni. Przybyliśmy tu ryby łowić, a skoro to zrobimy, odejdziemy.
— Dokąd potem pojedziecie?
— Do domu, do naszych żon i dzieci.
— Czy twierdzisz, że to jest prawda?
— Tak.
— Bądź więc rozumnym i postąp wedle słów twoich. Każde kłamstwo podobne do łupki orzecha, której rdzeń tworzy kara. Powiedziałeś, że nie boisz się Old Shatterhanda; nie masz też powodu obawiać się go, chyba, że zmusisz go do rachunków ze sobą. Powiedziałem. Howgh!
Zrobił dumnie odpychający ruch ręką i odszedł, a jego ludzie za nim. Towarzysze chcieli mówić o jego zachowaniu się i jego słowach, ale przerwałem im:
— Moi panowie, milczmy o tem na razie. Możemy później pomówić; teraz musimy ruszać w drogę.
— Czy nam tak pilno, sir? — zapytał Parker.
— Tak.
— Mnie się nie zdaje. Daliśmy czerwonym porządną nauczkę i będą chyba unikali dania nam sposobności do nowej.
— W tem brzmi wielka ufność, mr. Parkerze, ale rozważcie dobrze, że nas dwunastu, a mamy przeciwko sobie stu pięćdziesięciu tych czerwonych.
— To słuszne, ale... Old Shatterhand, Old Surehand i Old Wabble, że wymienię tylko te nazwiska; nie wspominając już o mnie i o drugich. Komancze nie poważą się nas niepokoić.
— Przeciwnie, sądzę, że pragną zemsty. Boją się naszych nazwisk, ale wiedzą tak dobrze, jak my, że w razie napadu będzie ich po dwunastu na każdego z nas. Pochwyciwszy Old Surehanda, mieli znakomitą zdobycz, którą odebraliśmy im napowrót. Będą wściekli z tego powodu i postarają się, żeby nie tylko jego, lecz i nas dostać w swe ręce. Jeśli napadną na nas tu, na otwartej sawannie, to nie będziemy mieli osłony; bronilibyśmy się wprawdzie i położylibyśmy trupem znaczną ich ilość, ale wkońcu musielibyśmy uledz. Nie, ruszajmy!
— To nam także nic nie pomoże, bo jeśli rzeczywiście mają zamiar nas pojmać, to podążą za nami, skoro odjedziemy.
— W takim razie będziemy mogli wybrać sobie lepsze miejsce na ich spotkanie, aniżeli to. Pójdą za nami w każdym razie, już aby się dowiedzieć, dokąd jedziemy, lecz zbyt daleko nie zapuszczą się, bo idą na Llano.
Old Surehand i Old Wabble przyznali mi słuszność, a Joz Hawley miał dla mnie zbyt wiele serca, ażeby okazać to, co myśli, gdyby był innego zdania — a reszta? Reszta wcale nie gniewała się na to, że mamy się wynieść z niebezpiecznego sąsiedztwa Komanczów. Co więcej, zgodzili się z tem tak prędko, że moje zdanie o nich potwierdziło się tylko. Byli to ludzie całkiem zwyczajni, którzy tylko razem wzięci mogli mi się na coś przydać. Jeśli byli przy mnie, miałem do dyspozycyi kilka strzelb, ale zarazem i kłopot z tyloma ludźmi, a przy tem nie miałem swobody ruchów. Pojedynczo nie mogłem ich użyć do niczego; byli na to zbyt niesamoistni i niedoświadczeni. Tak, jak teraz rzeczy stały, wolałbym był nie mieć ich wcale przy sobie. Dodać należy także tę okoliczność, że oaza na Llanie miała być tajemnicą; biali, znający ją, nie zdradzili jej dotychczas; czy wypadało wtajemniczać w nią moich obecnych towarzyszy? Nie wierzyłem w ich zdolność do milczenia; ale czy mogłem oddalić ich wprost od siebie? Toby ich dotknęło. Musiałem się postarać o to, żeby sami wpadli na myśl rozłączenia się ze mną. Zdawało się to niezbyt trudnem wobec tego, że nie posiadali szczególnej odwagi i przedsiębiorczości.
Pojechaliśmy więc zaopatrzeni obficie w zapasy mięsiwa. Ja trzymałem się z Old Surehandem na przedzie, a nikt nie spytał mnie, dokąd się zwrócić zamyślam. Oczywiście, że obrałem kierunek ku brodowi, a gdy przybyliśmy tam, wparłem konia w wodę, a drudzy poszli w ślad za mną. Na drugim brzegu zeskoczyłem z konia, przywiązałem go do drzewa i usiadłem na ziemi. Old Surehand i Old Wabble poszli natychmiast za moim przykładem, ale Parker razem z innymi został na siodle i zapytał:
— Zsiadacie, sir? To wygląda zupełnie tak, jak gdybyście zamyślali zabawić tu przez czas dłuższy.
Nie odpowiedziałem, gdyż Old Wabble objął za mnie wyjaśnienie.
— Zaiste, mr. Parkerze, zostajemy tutaj. Czy dziwicie się może temu?
— Naturalnie.
— Więc nie możecie chyba pojąć, dlaczego pojechaliśmy znowu na zachód zamiast na wschód, i dokąd właściwie dążymy?
— Cóż za pytanie! Uważacie mnie widocznie za bardzo głupiego. Czerwoni nie śmią wiedzieć, że chcemy udać się na wschód, gdyż znamy ich plany wojenne, musimy zatem jechać w przeciwnym kierunku. Ale to dla mnie zagadką, dlaczego zatrzymujemy się tutaj a nawet rozsiadamy się wygodnie.
— Już niejedno było dla was zagadką i niejedno później jeszcze będzie! Z początku nie chcieliście odjechać od Błękitnej Wody, chociaż groziło nam tam największe niebezpieczeństwo, a gdy tu za rzeką i w zaroślach zupełnie nam bezpiecznie, siedzicie przylepieni do siodła, jak mucha w lepie.
— A więc chcecie czekać na czerwonych?
— Yes.
— Ależ to zupełnie niepotrzebne! Jeśli nadejdą, to będziemy musieli bronić się — a jeśli pojedziemy dalej, unikniemy wszelkich z nimi stosunków. Wobec tego najlepsze chyba to drugie.
— Ażeby poszli naszymi śladami i napadli potem na nas wieczorem, lub w nocy, kiedy będziemy spali. Nadzwyczajny z was filut! Zsiądźcie-no tylko.
Parker usłuchał wezwania, mrucząc z niechęcią. Old Wabble’a rozgniewało to, więc huknął nań ze złością:
— Co tu macie mruczeć, sir! Jedźcie sobie śmiało dalej, skoro wam się tu nie podoba; nikt nie będzie się starał was zatrzymać, bądźcie pewni.
— Czy wymagałem może, mr. Cutterze, żeby ktokolwiek to zrobił?
— A więc nie mruczcie! Czy wiecie, co to mruczenie znaczy? To obraza dla mr. Shatterhanda, którego przykładem się kierujemy. Tem mruczeniem okazujecie, że nie godzicie się z nim, a wiecie, co wam powiedziałem: Kto jego za głupiego uważa, tego poprostu zostawiamy.
— Oho! Tak tego nie należy rozumieć!
— Owszem, tak należy rozumieć. Ponieważ niegdyś pierwszego łosia trafiliście między łopatki, uroiliście sobie, że wasze zdania są także trafne. Ale jesteście w grubym błędzie. Weźcie natomiast mnie. Mam przeszło dziewięćdziesiąt lat, przeżyłem i byłem świadkiem rzeczy, jakich drudzy i we śnie nie zobaczą, a mimo to nie ośmielę się mruczeć na Old Shatterhanda, chociaż to wobec mnie czysty młodzieniec. Jeśli uczyni coś, czego nie rozumiem, to nie mruczę, lecz pytam. Takie głosy wydają wogóle tylko niedźwiedzie albo woły; th’ is clear.
— Czy to się do mnie odnosi, mr. Cutterze?
— Czy jesteście niedźwiedziem lub wołem?
— Zdaje mi się, że nie. Nie radziłbym wam też uważać mnie za coś podobnego. Co się tyczy waszej metody wypytywania mr. Shatterhanda a nie mruczenia, to na niepotrzebnych pytaniach nie zależy mu chyba’
— Old Wabble nie pyta niepotrzebnie; zapamiętajcie to sobie. Jeśli wypowiadam pytanie, to odnosi się ono zawsze do przedmiotu, który może zawsze drugiego zająć i czegoś nauczyć. Mogę wam to zaraz udowodnić. Uważajcie tylko!
I zwróciwszy się do mnie, dodał:
— Oto wczoraj wieczorem naprzykład była mi jedna rzecz niejasna. Czy mogę prosić o wytłómaczenie?
— Zapewne.
— Kiedy podeszliście do ogniska, przy którem siedział wódz, i wróciliście z wody, przynieśliście coś ze sobą. Zabraliście to do naszego, obozu i ukryliście w krzakach. Co to było?
— Sitowie, które miałem na głowie.
— Przypuszczałem. Czemu nie wyrzuciliście go już przedtem?
— Ażeby go nie znaleźli czerwoni.
— Tak, hm! Czy był powód po temu?
— Naturalnie. Nic nie czyni się bez powodu.
— Tak, wy. Ale ja znałem ludzi, nie mających powodów do niczego, cokolwiek czynili. Podobno są tacy jeszcze i teraz. Cóż by to mogło szkodzić, gdyby czerwoni znaleźli byli sitowie?
— Poznaliby, że ich podsłuchiwano.
— O! Z powodu tego snopka sitowia?
— Tak. Kto go wyciął? Żaden z nich. Gdzie go wycięto? Zaczęliby szukać i znaleźliby pewnie to miejsce. Stamtąd prowadził mój podwójny trop do zarośli w których z wami siedziałem; odkryliby to miejsce.
— Ale zapóźno, gdyż nas-by już tam nie było.
— Ale nie bylibyśmy jeszcze prawdopodobnie wyswobodzili Old Surehanda. Gdyby sitowie znaleziono, zanim przybyłem na wyspę, niepodobnaby było zabrać go stamtąd, gdyż zaalarmowanoby cały obóz.
— To słuszne! Można to sobie łatwo wyobrazić. A więc to było powodem?
— Nie tylko to. Myślałem nie tylko o Old Surehandzie, lecz także o przyszłości.
— Jakto?
— Wiecie o tem, że podsłuchałem wodza, i o czem się dowiedziałem. To, co słyszałem, ma dla nas wielkie znaczenie. Cała korzyść, jaką zamierzam z tego wyciągnąć, poszłaby całkiem na marne, gdyby czerwoni wiedzieli, że podsłuchiwałem.
— Czy sądzicie, że mogliby to wnosić z tego snopka sitowia?
— Z łatwością.
— Oho! Jestem człowiek stary, białowłosy i doświadczony, ale gdybym był jednym z tych Komanczów, i znalazłbym ten snopek, sądziłbym co najwyżej, że był tam jakiś obcy, który przypatrywał się obozowi. Czy on podsłuchał rozmowę, tego nie wiedziałbym prawdopodobnie.
— Nie udawajcie mniej bystrego, aniżeli jesteście, mr. Cutterze. Myślelibyście pewnie nad tem.
— Oczywiście, ale jaka myśl przyszłaby mi do, głowy?
— Właściwa; jestem tego pewien. A jeżeli wczoraj wieczorem nie wpadlibyście byli na to, to pewnie dzisiaj, w biały dzień, kiedy można wszystko dokładnie widzieć, skoro już raz wzbudziło coś podejrzenie. Wmyślcie się w położenie Indyanina. Jakie musiał sobie zadać pytanie?
— Najpierw, kto był ten obcy.
— To wiedzą już obecnie. Wiedzą dobrze, że odkryliśmy ich obóz i że przypatrywaliśmy się mu — ale czy podsłuchiwaliśmy i dowiedzieliśmy się czegoś? To pytanie dla nich najważniejsze. Wtem znajdują snop i miejsce, w którem go wyciąłem i widzą, że wszedłem do wody. Naco to uczyniłem i naco mi się mógł przydać snopek? Ażeby się zamaskować. Zrozumieją to natychmiast, gdyż oni nie tylko znają maskaradę tego rodzaju, ale są w niej mistrzami. Ale maskują się sitowiem tylko wtedy, kiedy chcą się ukryć w sitowiu. Znajdowałem się zatem w nadbrzeżnych szuwarach. Gdzie? Oczywiście, że niedaleko ognia, płonącego najbliżej brzegu, a więc tego, przy którem wódz siedział. Szukają, a że woda przeźroczysta, znajdują miejsce, gdzie wczoraj zagrzebałem się głęboko w mule. Z tego miejsca łatwo było dosłyszeć wszystko, co mówiono przy ognisku, a z tego wynika, że musiałem to słyszeć. A teraz dalej. O jakim czasie tam byłem, co tam mówiono i co słyszałem?
— Tego się obsolutnie nie mogą dowiedzieć.
— To trudne, lecz nie niemożliwe. Od tego miejsca obszedłem jezioro, przepłynąłem przez nie na wyspę, a z niej z Old Surehandem napowrót. Ile mniej więcej czasu mogłem na to potrzebować? Widzicie, że wcale nie trudno obliczyć, kiedy tam byłem. O czem mówili, to sobie wódz pewnie zdoła przypomnieć. Ale czas ten można jeszcze inaczej obliczyć, a raczej odgadnąć. Światło ognia padało na miejsce, na którem leżałem; mogłem zatem tam przybyć tylko w chwili, kiedy uwaga była odwrócona od niego. Jaka to była chwila? Przy odrobinie namysłu nie trudno odpowiedzieć i na to pytanie. Były trzy takie chwile, lub sposobności, a mianowicie: kiedy przyszli do obozu wypuszczeni przez nas Komancze, kiedy skończyło się ich przesłuchanie i kiedy zawołano do jedzenia. A właśnie w tych chwilach i między niemi mówiono o bardzo ważnych rzeczach. Jeśli je podsłuchałem, muszę być dobrze obznajomiony z zamiarami Komanczów. To i wiele innych rzeczy musieliby sobie powiedzieć, gdyby byli znaleźli mój pióropusz z sitowia.
— Well, teraz wiem, sir. Jesteście tem, czem mr. Parker nie był przed chwilą, mianowicie wielkim filutem. Nie chciałbym należeć do ludzi, z którymi jesteście w nieprzyjaźni i którzy muszą się mieć na baczności przed wami. Dla was wszystko możliwe i wszystko, co czynicie, układacie sobie tak starannie i rozważnie, że to nie może nie udać się, a nieprzyjaciel nie może pojąć, w jaki sposób mógł dostać się w takie błoto.
— Nie mogę przyjąć tej pochwały, mr. Cutterze. Ja także popełniłem niejeden wielki błąd i tkwiłem nieraz głęboko w tem, co nazwaliście błotem. Cud prawdziwy, że się zeń wydostałem.
— Ale wydostaliście się przecież, gdyż nie siedzielibyście teraz tutaj; th’ is clear. Miejmy nadzieję, że teraz nie jedziemy w taką kałużę!
— Jaką to kałużę macie na myśli, mr. Cutterze, w tem brudnem porównaniu?
— Hm, porównanie było głupie, gdyż kałuża kałużą, a to właściwie jest koryto z piaskiem, mianowicie Llano Estacado.
— Czy go się obawiacie?
— Obawiacie? Spodziewam się, że nie powiedzieliście tego słowa na seryo, mr. Shatterhandzie. Ciekawym, czego bałby się Old Wabble. Chyba samego siebie. Ale przyznacie, że pomiędzy kanapą a piecem piekarskim zachodzi wielka różnica.
— Jestem na tyle bystry, że to uznaję.
— Kto ma sposobność usadowić się wygodnie w chłodnym pokoju na kanapie, temu nie przyjdzie na myśl włazić do pieca, aby się tam wysuszyć i upiec. Taka sama różnica między zielonym lasem lub sawanną, porosłą trawą, a pustem i rozżarzonem Estacado. Kto może pozostać w lesie, albo na preryi, temu nie powinno się zachciewać pustyni; byłby to głupiec, jakiego trudno sobie wyobrazić.
— To pięknie, ale teraz chcecie zostać takim głupcem.
— Aniby mi to przez myśl nie przeszło, gdyby was przytem nie było, mr. Shatterhandzie. Kto z was był już na Llanie?
Z tem pytaniem zwrócił się do towarzyszy, a skoro się okazało, że nikt przez nią nie przejeżdżał, dał taki obraz pustyni i opowiedział tyle nieszczęśliwych wypadków, że ich dreszcz zaczął przechodzić. Pozwoliłem mu na to, gdyż w ten sposób, choć nieświadomie, działał mi na rękę.
Nie rozłożyliśmy się obozem tuż nad wodą, lecz za krzakami, rosnącymi na brzegu, ja zaś siedziałem tak, że pomiędzy dwa krzaki mogłem objąć okiem całą szerokość rzeki i cały bród. Old Surehand siedział obok mnie i miał ten sam widok. Old Wabble opowiadał właśnie o rabunkowym napadzie, dokonanym na Llano Estacado, a ponieważ znałem jedną z obecnych przytem osób, uważałem więcej na opowiadanie, aniżeli na rzekę. Wtem Old Surehand mnie trącił, wskazał na rzekę i powiedział:
— Popatrzcie tam, sir; nadchodzą!
Old Wabble przerwał opowiadanie i wyglądnęliśmy przez zarośla. Na drugim brzegu ukazała się gromada konnych Komanczów, złożona z trzydziestu może wojowników, pomalowanych wojennemi barwami. Jeden z nich, prawdopodobnie dowódca, zsiadł z konia i przypatrzył się ziemi, by się przekonać, czy pojechaliśmy brodem, czy też w bok. Przekonawszy się, jak było, wsiadł znów na konia i wjechał w wodę. Jego ludzie ruszyli za nim po indyańsku, jeden za drugim.
— Jacy nieostrożni! — rzekł Old Wabble.
— Czemu nieostrożni? — zapytał Parker.
— Ponieważ wszyscy odrazu wchodzą w rzekę, a nie wyślą naprzód jednego, by się upewnić, że tam jesteśmy. Teraz wyjdą wszyscy przed nasze strzelby, a moje kule są na ich usługi.
Złożył się strzelbą do strzału, ale przeszkodziłem mu mówiąc:
— Nie strzelać, sir. Czekałem na nich nie na to, by ich wystrzelać, lecz by ich odwieść od pościgu za nami. Jeśli zawrócą i dadzą nam spokój, będzie dla nas tak dobrze, a nawet lepiej, co gdybyśmy ich wystrzelali. Skoro tylko pierwszy z nich będzie dość blizko, pokażemy się im, wymierzycie na nich strzelby, a ja będę z nimi mówił. Strzelać macie dopiero wtedy, kiedy mój sztuciec przemówi.
— Jak chcecie — mruknął Old Wabble — ale wolałbym, żeby tych czerwonych pogasić, jak tuzin świec.
Nie był przyjacielem Indyan, więc nie zgadzał się z mojem humanitarnem postępowaniem. Zaczekałem, dopóki dowódca nie zbliżył się na odległość dziesięciu długości konia; potem wstaliśmy i wyszliśmy z poza zarośli. Wszystkie nasze strzelby zwróciły się ku niemu i ku jego ludziom. Zobaczyli nas natychmiast.
— Uff, uff, uff, uff! — zabrzmiały okrzyki zdziwienia i przestrachu.
— Stać! — zawołałem do nich. — Kto ruszy krokiem dalej albo podniesie broń, zginie!
Zatrzymali się, a mogli to zrobić, bo konie ich nie płynęły, lecz miały stały grunt pod nogami.
— Uff! — zawołał dowódca. — Old Shatterhand jeszcze tutaj? Dlaczego ukrył się i nie pojechał dalej, jak sądziliśmy?
— Aha, tak sądziliście? — spytałem. — Więc zdawało wam się, że nie mam mózgu i nie domyślę się, że podążycie za nami?
— My nie jedziemy za Old Shatterhandem.
— A za kim?
— Za nikim.
— Dokąd jedziecie?
— Na polowanie.
— Zdaje mi się, że macie tylko ryby łowić.
— Jedni łowią, a drudzy polują; chcemy nabrać mięsa do naszych wigwamów.
— Czemu chcecie polować z tej strony rzeki a nie z tamtej?
— Bo zdaje nam się, że tu więcej zwierzyny.
— A my jesteśmy tą zwierzyną.
— Nie, tą zwierzyną są bawoły i antylopy na preryach i w dolinach rzecznych.
— Od kiedy to mają czerwoni wojownicy zwyczaj malować sobie twarze, gdy zamierzają tylko polować?
— Od... od... od...
Nie znalazł odpowiedzi i zawołał do mnie z gniewem w głosie:
— Od kiedy mają wojownicy Komanczów zwyczaj zdawać każdej bladej twarzy sprawę z tego, co czynią lub co chcą czynić?
— Od kiedy Old Shatterhand tego żąda. Powiedziałem wodzowi Wupa Umugi, że jestem przyjacielem czerwonych mężów, ale nie znam łaski, gdy mnie zaczepią.
— Nie chcemy was zaczepiać.
— To wracajcie natychmiast.
— Nie zrobimy tego, lecz przejedziemy obok was na polowanie.
— Spróbujcie. Nikt z was nie przejedzie, a rzeka poniesie w dół trupy was wszystkich i powyrzuca je na brzeg.
— Uff! Kto tu ma rozkazywać, Old Shatterhand, czy wojownicy Komanczów?
— Old Shatterhand. Widzicie wszystkie nasze strzelby wymierzone do siebie; gdy zechcę, wypalą wszystkie, a moja czarodziejska strzelba także do was przemówi. Daję wam czas, zwany przez nas, białych, pięcioma minutami: jeśli potem nie zwrócicie koni z powrotem, nikt z was już wogóle nie wróci. Powiedziałem!
Wziąłem sztuciec do ręki, a chociaż nie trzymałem go w pogotowiu do strzału, bo na przeciąg pięciu minut byłoby to nużące, zwróciłem go przecież tak, że wylot był wprost na dowódcę. Obrócił się na siodle i powiedział kilka słów do stojących za nim w wodzie, poczem znowu odwrócił się do mnie i zapytał:
— Jak długo pozostanie Old Shatterhand tu nad rzeką?
— Dolpóki nie będzie wiedział, że synowie Komanczów nie mają względem nas złych zamiarów.
— To może wiedzieć już teraz.
— Nie. My się rozłączymy i obsadzimy ten brzeg daleko w górę i w dół rzeki, a w ten sposób będziemy widzieli każdego Komancza, chcącego się przeprawić. Jeden strzał wystarczy nam do połączenia się i odpędzenia was. Gdy do jutra wieczorem przekonamy się, że wasi wojownicy nie starali się dostać na ten brzeg, będziemy pewni, że chcecie zgody, i opuścimy te strony, gdzie przybyliśmy tylko, ażeby uwolnić Old Surehanda.
— Uff! Do jutra wieczorem, to długo!
— Dla nas nie, bo mamy czas.
— A potem rzeczywiście odejdziecie?
— Nie zobaczycie nas potem; powiedziałem i słowa dotrzymuję.
— I przybyliście do Saskuan-kui tylko dla uwolnienia Old Surehanda?
— Tak.
— I z żadnego innego powodu?
— Nie, powiadam.
Mogłem go o tem zapewnić, nie kłamiąc. Chciałem się udać wprost na Llano Estacado, a droga tam nie zawiodłaby mnie była nad Błękitną Wodę.
Zamienił znowu kilka słów ze stojącymi za nim i spróbował jeszcze raz ze mną.
— Old Shatterhand grozi, bo nam nie wierzy; jeśli mimo to pojedziemy dalej, nie będzie strzelał.
— Będę i daję ci na to słowo, że ty pierwszy dostaniesz ode mnie kulą w łeb. Jeśli wbrew temu zapewnieniu chcesz spróbować, to nie mam nic przeciwko temu. Zresztą nie czekamy już dłużej, bo pięć minut upłynęło.
— Uff! Jedziemy nazad, ale biada Old Shatterhandowi i jego bladym twarzom, gdyby do jutra ośmieliły się zakraść nad Błękitną Wodę. My nasz brzeg także obsadzimy i zabijemy każdego z was, ktoby się tam pokazał. Ja także powiedziałem. Howgh!
Zawrócili i zniknęli jeden po drugim w zaroślach po drugiej stronie brodu. Zwróciłem się do Old Wabblea:
— No, mr. Cutterze, cóż wy teraz? Czy to nie znakomity rezultat?
— Rezultat? Nawet znakomity? Nie wierzę wogóle w żaden rezultat.
— Przecież odjechali!
— Ale powrócą.
— Ani się im to przyśni.
— Ja wam powiadam, że wrócą. Przepłyną na innem miejscu.
— Ażeby się dać przez nas wystrzelać?
— Czy zamierzacie rzeczywiście uczynić to, co powiedzieliście, to jest obsadzić brzegi?
— Nie, to była tylko groźba.
— Więc przejdą na tę stronę i będą nas ścigali.
— A ja wam mówię, że zostaną po tamtej stronie, bo uważają groźbę za prawdziwą.
— Byliby głupi!
— Głupi, czy nie głupi, ale zostaną; możecie to poznać po ich groźbie.
— Jakiej groźbie?
— Że oni także tamten brzeg obsadzą. Zresztą wierzą już teraz, że przybyliśmy tylko ze względu na Old Surehanda i że nie mamy innego względem nich zamiaru. Jesteśmy już bezpieczni przed nimi.
— Ale jeśli swój brzeg obsadzą, zauważą, że nasz nieobsadzony, i przejdą bezwarunkowo; th’ is clear.
— Tak. Zauważą, lecz nie tak rychło, jak sądzicie. Oni muszą mieć się bardzo na baczności. Przepłynąć nie mogą — to byłoby zbyt niebezpieczne — a zobaczyć stamtąd? To za daleko i nie przydałoby się na nic, gdyż posterunki nasze, gdybyśmy tu zostali, nie stałyby w otwartem polu, lecz musiałyby się ukryć. Do tego należy dodać jeszcze jedną ewentualność. Czy wyobrażacie ją sobie?
— Ja? Hm, nie. Ale chciałbym wiedzieć, czy Old Surehand może sobie wyobrazić tę nieznaną ewentualność.
Starzec zamierzał oczywiście temi słowy wystawić na próbę bystrość Old Surehanda, ja zaś sądziłem, że się w to nie wda, ale olbrzymi myśliwiec poklepał go po ramieniu i rzekł z uśmiechem zadowolenia.
— Chcecie odbyć ze mną egzamin, stary Wabble’u. To mnie bawi!
— Bardzo mnie to cieszy, że to was nie obraża lecz bawi. Gdy się słyszy Old Shatterhanda, mówiącego w ten sposób, możnaby sądzić, że jest wszechwiedzący. Czyż to więc dziwne, że chciałoby się dowiedzieć, czy Old Surehand także coś wie?
— Mogę wam zrobić tę przyjemność. Ja wiem coś także.
— Co?
— Trzecia ewentualność, którą Old Shatterhand ma na myśli, jest następująca. Czerwoni chcą się przekonać, czy obsadziliśmy ten brzeg rzeczywiście. Zobaczyć tego nie mogą ani przejść na przestrzeni, na której prawdopodobnie będziemy stali — pójdą więc poza tę przestrzeń, przepłyną tam przez rzekę i zakradną się brzegiem, ażeby znaleść nasze straże.
— A jeżeli ich nie znajdą, sir?
— To będą wiedzieli, żeśmy odeszli i wystrychnęli ich na dudków.
— Ale potem przecież nastąpi to, co ja twierdzę. Pojadą za nami i napadną na nas!
— Tego musimy się oczywiście spodziewać — przyznał Old Surehand staremu.
Dowiódł, że bystrość posiadał, oraz, że mnie zrozumiał i odgadł — ale ostatnim jego słowom nie mogłem przyklasnąć. Zaoponowałem więc:
— Nie, tego nie musimy się spodziewać, mr. Surehandzie. To zupełnie niemożliwe, żeby czerwoni doścignęli nas do wieczora.
— Tak? Skoro tak sądzicie i mówicie, to musicie mieć słuszność.
— I mam. Obliczmy czas! Mamy teraz wedle słońca dokładnie dziewiątą godzinę przed południem. Godzina upłynie, zanim Komancze, którzy tu byli, dojadą do Saskuan-Kui. Będą musieli zdać sprawę, opowiadać, wysłuchać zarzutów — potem nastąpi narada, która nie skończy się w krótkim czasie.
— Tak, sir; teraz rozumiem. Powiedzmy, że na sprawozdanie i naradę potrzeba będzie dwu godzin.
— Dobrze, będzie zatem dwunasta. Zanim tu przybędą, będzie pierwsza. Osadzą rzekę w górę i w dół — znowu godzina, a zatem druga. Potem pójdą na zwiady, ażeby w górze lub w dole przepłynąć przez rzekę. Ile czasu potrzebują, aby przeprawić się na tę stronę? Przecież przynajmniej z godzinę. Więc już będzie trzecia. Następnie będą się skradali wzdłuż brzegu, co muszą robić bardzo ostrożnie, a więc bardzo powoli. Ile czasu stracą, dopóki nie przeszukają bezpotrzebnie całego brzegu?
— Pewnie ze trzy godziny.
— Powiedzmy, że tylko dwie — więc będzie piąta. Teraz znowu narada i szukanie ludzi, którzy pójdą naszym tropem. To musi się także odbywać bardzo powoli i z większą stratą czasu, gdyż czerwoni muszą się liczyć z tem, że nie opuściliśmy wcale tych stron, lecz zakreśliliśmy łuk, żeby ich zmylić i przyjść skrycie z drugiej strony. Liczę, że znów upłynie godzina, zanim Komancze przekonają się, że odeszliśmy rzeczywiście. Kiedy zatem zacznie się właściwy pościg, będzie już godzina szósta, czyli, że jeśli teraz wyruszymy, zyskamy dziewięć godzin drogi. Czy wobec tego zdołają nas doścignąć?
— Pshaw! W żaden sposób!
— Zobaczą najwyżej nasze ślady, jakie zostawimy w pierwszych dwu godzinach; potem się ściemni a jutro nie rozpoznają już nic i nie dowiedzą się, dokąd pojechaliśmy. Jeśli więc teraz przez dwie godziny będziemy jechali na wschód, a oni pójdą za nami, przypuszczą, że udaliśmy się tam, skąd przybyliśmy. Zdanie to znajdzie jeszcze oparcie w tem, że wierzą, iż przyjechaliśmy tylko dla uwolnienia was, że osiągnęliśmy ten cel i odjechaliśmy napowrót. To musi ich uspokoić; czy wam się tak nie zdaje, mr. Surchandzie?
— Obliczenie wasze jest bardzo słuszne — zgodził się, ale dodał w zamyśleniu: — Jeśli to właśnie nie naprowadzi ich na myśl właściwą, że znajdą brzeg nieobsadzony.
— Na jaką myśl?
— Że wypłataliśmy im figla.
— Na tę myśl wprawdzie przyjdą, ale nie odgadną właściwego figla, lecz fałszywy. Nie pomyślą, że wróciliśmy, lecz będą pewni, że opuściliśmy rzekę tak rychło tylko dlatego, ażeby podczas daremnego szukania ich tutaj zyskać sporo na czasie i ujść pogoni. Tak, gdyby przeczuwali, że wiemy, dokąd zmierzają!
— Tego nie przeczuwają, macie słuszność. Jeśli teraz wyruszymy, będziemy mogli skręcić już za dwie godziny, i nie dostrzegą tego.
— Zresztą jestem pewien, że teraz znajdują się jeszcze z tamtej strony nad brodem. Nie możemy niestety napoić teraz koni. Zobaczyliby to i wywnioskowaliby, że mamy zamiar odjechać. Ale będą wnet miały wodę, gdyż nie pójdą drogą, którą przybyliśmy tutaj, lecz podążymy do rzeczki, którą owi dwaj Komancze w dół pojechali. Nie czekajmy już dłużej, bo czas.
Ruszyliśmy wzdłuż brzegu rzeki i staraliśmy się między nim a sobą mieć jak najwięcej zarośli, ażeby nie zobaczyli nas ewentualni szpiegowie po drugiej stronie. Dojechawszy w godzinę mniej więcej do ujścia wspomnianej rzeczki, skręciliśmy w jej dolinę, ażeby po napojeniu koni pojechać przeciw prądowi. Jechaliśmy zatem w kierunku zachodnim, chociaż zdążaliśmy na wschód.
Podczas jazdy nie miałem czasu rozmawiać ze samym tylko Old Surehandem, ponieważ zaprzątały mnie jeszcze inne osoby. Opowiadania Old Wabble’a o okropnościach Llana Estacada wywarły na słuchaczach wielkie wrażenie. Zaledwie opuściliśmy bród, musiał im dalej opowiadać. Ja dodawałem do tego uwagi, i z tego powodu poproszono mnie, żebym także coś opowiedział, a ja uczyniłem to z wielką przyjemnością. Ku memu skrytemu zadowoleniu zauważyłem niebawem, że zamierzony skutek nie zawiódł; ci ludzie wpadli w zamyślenie i namyślali się coraz to głębiej. Tak, jak ja je przedstawiłem i jak opowiadał przedtem stary Wabble, nie wyobrażali sobie Estacada, wobec czego jazda w takie strony wydała im się wielce niebezpieczną. Nie powiedzieli tego wprawdzie, ale widziałem po nich wyraźnie; rzucali na siebie spojrzenia, z których odgadłem ich myśli.
Chcąc się pozbyć tych ludzi, musiałem działać szybko. Najlepiej było do tego użyć chwili, kiedy po dwugodzinnej jeździe mieliśmy zboczyć z dotychczasowego kierunku. Opowiadałem więc dalej, nie przesadzając bynajmniej, przez ten cały prawie czas, poczem opuściłem ich, by im dać możność porozumienia się bez świadków. Dyplomacya ta doprowadziła do zamierzonego celu. Zjechali się razem i zaczęli ze sobą skrycie rozmawiać. Widziałem, jak jeden drugiego namawiał i zachęcał, a ja domyślałem się, do czego.
Wiedziałem, że niebawem dojedziemy do małego potoku, uchodzącego z lewej strony do rzeczki. To było miejsce nadające się do zboczenia, gdyż potok nastręczał nam sposobność do ukrycia naszych śladów. Zatrzymałem się więc nieco pierwej i rzekłem:
— Moi panowie! Dwie godziny upłynęły — i nie mamy już powodu jechać dalej na zachód. Czy to także i wasze zdanie?
Old Surehand, Old Wabble, Parker i Hawley zgodzili się na to, ale reszta wpadła w zakłopotanie. Wtem jeden trącił drugiego, ten drugi podał to potrącenie dalej, aż nareszcie najodważniejszy posłuchał dotykalnego wezwania i bojąc się nagany z naszej strony, rozpoczął układy zwróconem do mnie pytaniem.
— Czy byliście już kiedy w Paso del Norte, sir?
— Kilka razy — odrzekłem.
— Ile czasu potrzeba, aby się stąd tam dostać?
— Kto zna dokładnie okolicę i ma dobrego konia, może tam być w pięć do sześciu dni. Czemu pytacie mnie o to, mr. Wrenie?
Tak się nazywał ten człowiek.
— Powiedziałbym wam chętnie — odparł — gdybym wiedział, że nie pomyślicie źle o nas.
— Źle o was myśleć? Jakżebym mógł! Czy popełniliście lub zamierzacie co złego?
— Ani mowy o tem! Mamy istotnie pewien zamiar; nic złego, ale możecie to źle zrozumieć.
— A zatem mówcie. Potem pokaże się, czy go dobrze lub fałszywie rozumiem.
— Tak, ja wam powiem. To mianowicie... hm! To... hm, hm!
Sięgnął ręką za kark, poskrobał się za uchem, ale nie chciało mu się to przez gardło przecisnąć, jak powinno. Okrążając sedno, mówił dalej:
— Wiecie, że właściwie zdążaliśmy na dół, do Texas, ale namyśliliśmy się inaczej.
— Tak?
— Tak jest, tak. Rozmawialiśmy o tem, kiedy wczoraj z mr. Cutterem wyjechaliście z obozu. W Paso i po drugiej stronie Norte możemy znaleść więcej, aniżeli w Texas. Czyli tak nie sądzicie?
— Co ja o tem sądzę, to rzecz podrzędna; zasadnicze to, co wy o tem sądzicie.
— To słuszne, bardzo słuszne! Sądzimy właśnie, że lepiej będzie, jeśli udamy się do Paso del Norte albo wogóle przez Rio del Norte.
— Mówicie to w tonie takim, jak gdyby to wymagało usprawiedliwienia, mr. Wrenie.
— Zapewne! Wszak mieliśmy się z wami udać na Llano Estacado.
— Mieliście? A mnie się zdawało, żeście chcieli.
— Tak, chcieliśmy, lecz rozmyśliliśmy się inaczej. Mam nadzieję, że nie sądzicie o nas, jakobyśmy się bali Llana Estacada?
— Czemuż miałbym tak sądzić? Czy dlatego, że zmieniliście postanowienie? Jesteście przecież ludzie wolni i możecie czynić, co wam się podoba.
— Bardzo mnie to cieszy, że tak się na to zapatrujecie. Ubolewalibyśmy, gdybyście nas mieli za nieodważnych. A więc nie macie nic przeciwko temu, żebyśmy się rozłączyli?
— Nic, zupełnie nic. Ale powiedzcie nam, kiedy ma nastąpić to rozłączenie?
— Teraz.
— Co? Teraz, zaraz?
— Tak.
— Czemu tak nagle?
— Bo nam szkoda czasu — będziemy niepotrzebnie okrążali. Wy chcecie przecież zawracać.
— Tak, to prawda. Jeśli chcecie się dostać do Rio Grande del Norte, musicie jechać dalej w tym samym kierunku.
— A ponieważ wy chcecie wracać, musimy się tu z wami rozstać. To się stać musi, chociaż bardzo nad tem ubolewamy, a ulgą będzie dla nas to, że nie weźmiecie nam tego za złe.
— Brać za złe? Ani mi to przez myśl nie przejdzie. Macie własne dobro na względzie, a to jest prawem i obowiązkiem każdego człowieka.
Old Wabble przysłuchiwał się z miną zupełnie obojętną, ale nie Parker i Hawley; twarze ich wyrażały gniewne zdumienie. Kiedy wypowiedziałem słowa ostatnie, wtrącił Parker żywo:
— Prawem obowiązkiem? Mówicie to tak spokojnie, sir? Ci ludzie przyrzekli jechać z wami na Llano Estacado, a obowiązkiem ich dotrzymać słowa tak samo, jak naszem prawem żądać od nich spełnienia obietnicy. Oni nie myślą jechać do El Paso. Czy wiecie, dlaczego nie chcą wracać z nami, mr. Shatterhandzie?
— No?
— Ponieważ boją się Llana; ot, co jest!
— Ani nam się śni — zawołał Wren. — O strachu niema mowy.
— Oho! Powiadacie, że mówiliście wczoraj o udaniu się do El Paso zamiast do Texas. O tem musiałbym przecież coś wiedzieć, ponieważ przez cały czas nie opuszczałem obozu, ale nie słyszałem ani słowa.
Joz Hawley to potwierdził. Sprzeczka trwała przez chwilę, dopóki nie mrugnąłem na obu, tak, że mnie musieli zrozumieć, a sam przyznałem odstępcom:
— Każdy może czynić lub nie, co mu się podoba, jeśli ci gentlemani chcą się z nami rozstać, to nie mamy prawa przeszkadzać im w tem; powinniśmy im nawet dopomódz.
— Jeszcze dopomagać? — gniewał się Parker. — Na czem ma ta pomoc polegać?
— Na tem, że zaopatrzymy ich w żywność.
— Bylibyśmy głupi! Ani nam się śni.
Old Wabble musiał się domyślać, dlaczego postępuję w ten sposób, bo rzekł do Parkera:
— Głupi? Kto głupi, sir? Chyba ten, kto nie wie, do kogo należy rozporządzanie żywnością. Ja wam powiadam, że dam tym ludziom tyle mięsa, ile nam będzie zbywało. Czy odchodzą od nas ze strachu, czy z innego powodu, to mi wszystko jedno. Dostaną mięso, bo muszą jeść po drodze; th’ is clear. Kto chce odejść, niech powie, ażebyśmy wiedzieli, jak rzeczy stoją.
Wszyscy chcieli odejść z wyjątkiem Parkera i Hawleya, którzy oświadczyli, że wstydzą się dotychczasowego towarzystwa takich tchórzów. Skończyło się na tem, że tych ośmiu ludzi otrzymało zapas mięsa i odjechało po krótkiem, niezbyt serdecznem pożegnaniu. Hawley był cicho, lecz Parker rezonował za nimi. Zapytałem go:
— Zdaje mi się, że widzieliście przedtem moje skinienie. Czy zrozumieliście je?
— Tak.
— Co miało znaczvć?
— Żebym ich puścił spokojnie.
— Czemu tego nie czynicie?
— Ponieważ złoszczę się na nich.
— Wasza złość jest zbyteczna i wcale nie decydująca. My, reszta, cieszymy się, że pozbyliśmy się ich towarzystwa. Znajdziemy się w położeniu, gdzie potrzeba nam będzie mężczyzn, nie mazgajów. A chociaż może to wyrażenie za silne, to przecież nie byli to ludzie, którym by można zaufać.
Na to przemknął mu po twarzy przyjaźniejszy wyraz, i z zadowoleniem zapytał:
— A mnie nie odeślecie?
— Nie.
— A więc sądzicie, że mi możecie zaufać?
— Sądzę, że was prawdopodobnie poznam, jako człowieka godnego zaufania. W tem rzecz!
— A zatem dopiero poznać! — zaznaczył Old Wabble, potrząsając z uśmiechem członkami ciała. — Starajcie się zatem, mr. Parkerze, żebyście nie chybili następnego łosia.
— To napomnienie zbyteczne; dotychczas trafiałem wszystkie, mr. Cutterze.
— A owego pierwszego także?
— Tak.
— Śmiem powątpiewać.
— Wszak wiecie, bo dowiodłem wam tego.
— Tak, to dowiedzione, co trafiliście wówczas; zupełnie dowiedzione. Wiecie co?
— No, co? — zapytał teraz Parker, uderzony zachowaniem się starego.
Wabble ułożył twarz w jeszcze więcej fałdów, zmrużył jedno oko, otworzył szeroko drugie, potrząsnął rękoma w powietrzu i odrzekł:
— Osła zastrzeliliście, osła, hahahaha!
— Co?... Jak?.. Co?... Osła?
— Tak, osła, a raczej zwierzę, które uważaliście za osła, a to było właściwie łosię, czyli „młode dziecko łosia“.
Zaakcentował te trzy słowa, zamknięte w gęsich łapkach, szczególnym naciskiem, wymawiając je równocześnie bardzo powoli.
— Młode dziecko łosia? Do stu piorunów! Co chcecie przez to powiedzieć?
— Że blagowaliście wówczas. Ani wam na myśl nie przyszło strzelać do łosia; uciekaliście przed nim potężnie.
— U...cie...ka...łem?
— Tak, uciekaliście.
— To oszczerstwo, które... które...
— Cóż, które, które? Czy nie wleźliście może do dziury, w którą zwierzę włożyło potem głowę i parsknęło na was tak potężnie, że omal nie postradaliście rozumu?
— Do dziury? Do jakiej dziury?
— Do dziury w skale — a zniknęliście w niej tak szybko, jak nigdy przedtem nie właziliście do żadnej dziury.
Parker zaczerpnął głęboko oddechu i rzekł, jąkając się z zakłopotania.
— Mr. Cutterze, ja nie wiem, czego ode mnie chcecie. Nie rozumiem was. Wszak widzieliście na własne oczy łosia, którego zastrzeliłem!
— Tak, na własne oczy, ale łosia, zastrzelonego przez wodza Panasztów.
— Panasztów? Niech mnie dyabeł porwie, jeżeli wiem i mogę...
— Zastrzelić łosia? — wpadł mu starzec w słowo. — Zaiste, nie tylko w to wierzę, lecz jestem nawet tego pewien. Wódz darował wam łosia za to, że ostrzegliście go przede mną, i pozwolił wam powiedzieć, że to wyście go zastrzelili. Czy jest tak, czy nie, mr. Parkerze?
— Jeśli... jeśli... a... a... — jąkał zapytany w największem udręczeniu.
— Nie odpowiadajcie mi „jeśli“ i „a“ — lecz prawdziwie, jak się należy.
— Toż ja opowiadam prawdziwie. Musiano wam zmyślić jakąś bajeczkę.
— Bajeczkę? Zaiste, wydało mi się to wtedy bajką, kiedy przynieśliście łosia i powiedzieliście, że przez was zabity. Taki zdecydowany, marmurowy greenhorn, jakim byliście wtenczas, i taki łoś, taki potężny łoś! Uwierzyłem jednak, gdyż potem mieliście szczęście w strzelaniu. Ale teraz ta wiara przepadła, całkiem przepadła.
— Ja go zastrzeliłem! Co to za łotr tak was okłamał?
— Łotr? Okłamał? Słusznie, całkiem słusznie! Ten łotr, to wy sami, mr. Parkerze.
— Ja? Co? Ja?
— Tak. Wy sami! Czy zaprzeczycie może, że sami opowiadaliście o tem i przyznaliście się do tego?
— Ja sam? Przed kim? Gdzie?
— Przed towarzyszami, którzy odjechali; tam, w obozie żołnierskim, za Mistake-Canon.
— Aha, to oni powiedzieli, oni! Szkoda, że odjechali! Musieliby się przyznać do kłamstwa i prosić mnie o przebaczenie. Któż wam to potem opowiedział?
— Wren, zacny Wren, który przed chwilą wygłaszał wielkie słowa tchórzostwa.
— Kiedy?
— Dziś w nocy, gdy byliśmy obaj razem na straży i skracaliśmy sobie czas historyami.
— Powinniście powiedzieć — kłamstwami.
— Oho! Czy wam się zdaje, że zdołacie się wyprzeć, ponieważ ci ludzie już odjechali? Są jeszcze inni.
— Któż taki?
— Mr. Shatterhand i Joz Hawley. Oni siedzieli przy tem opowiadaniu. Czy to prawda, czy też nie, Jozie?
Stary nie odważył się zwrócić się do mnie z tem pytaniem. Byłbym odpowiedział żartem, ale uczciwy Hawley oświadczył bardzo poważnie:
— Tak, on opowiadał o tem, że łosia wtedy nie zastrzelił. Co prawda, to prawda.
Na to fuknął nań Parker gniewnie:
— Zamknij dziób, stara barania głowo! Jak możesz twierdzić, że to prawda?
— Bo sam to opowiadałeś.
— Taki nonsens! Sam opowiadałem! Czyż to musi być prawda?
— Sądzę.
— Tu niema nic do sądzenia, zupełnie nic. Często opowiada się coś, co się zdarzyło inaczej.
— Czemuż miałoby się opowiadać inaczej?
— Ponieważ nie wie się dobrze, albo dla żartu, tak było u mnie.
— Bez wykrętów — wtrącił Old Wabble. — Żaden westman nie będzie opowiadał, że nie trafił zwierzyny i do tego olbrzymiego łosia, jeśli trafił go rzeczywiście. Wy zaś wyszliście jeszcze daleko poza to wyparcie się i powiedzieliście, że to czerwony go zastrzelił. Wiem, jak rzeczy stoją i na tem koniec, a teraz mamy o czem innem pomyśleć. A zatem zawracamy tu, Mr. Shatterhandzie?
— Nie tu, lecz trochę dalej, tam, w górze.
— Czemu jeszcze dalej?
— Tam płynie rzeka, wiodąca w bok. Pojedziemy nad nią i ukryjemy nasze ślady przed czerwonymi, gdyby nadeszli przed wieczorem.
— To sprytne! Pójdą śladami naszych wiarołomnych towarzyszy i będą sądzili, że jesteśmy jeszcze z nimi, a tymczasem my umkniemy na bok. To myśl tak dobra, że możnaby ją w książce wydrukować; th’ is clear.
W dziesięć minut potem dostaliśmy się nad strumyk, którym dążyliśmy w ten sposób, że kazaliśmy koniom brodzić we wodzie. Podczas tego rzekł do mnie Old Wabble:
— Sir, czy uwierzycie mi, że teraz odgadłem jeden z waszych podstępów?
— Jakiżto?
— To, że nie jechaliśmy aż do strumyka z tymi ośmiu mazgajami. Zatrzymaliście się z rozmysłem dalej w dole.
— Czemu?
— Z powodu ścigających. Jeśli nadejdą, zsiędą z koni tam, gdzie zatrzymaliśmy się przedtem, i zbadają to miejsce, by się dowiedzieć, dlaczego staliśmy tutaj. Czy nie tak, mr. Shatterhandzie?
— Tak.
— Well! Gdybyśmy byli zatrzymali się nad potokiem, zbadaliby to miejsce dokładnie i zauważyliby pewnie, że z trzynastu jeźdźców pięciu zwróciło konie do wody. W ten sposób odkrytoby nasz nowy trop. Aby tego uniknąć, postaraliście się, żeby rozłączenie się odbyło się już przedtem.
— Tak, odgadliście, mr. Cutterze. Może nam się to przydać, jeśli i później będziemy się tak dobrze rozumieli.
Brodzenie po wodzie przychodziło koniom z trudem, ponieważ jej szerokość i głębia zmieniała się bardzo często. Ale pozwoliliśmy upłynąć godzinie, zanim zwróciliśmy je na suchy grunt. Uczyniliśmy to w miejscu skalistem, gdzie nie mogliśmy zostawić śladów, któreby nas zdradziły. Na tem jednak skończyła się ostrożność, i mogliśmy już być pewni, że uczyniliśmy wszystko dla uniemożliwienia Komanczom odkrycia nas. Wodą szliśmy przez godzinę na południe, więc opuściliśmy ją i podążyliśmy na wschód, ażeby dostać się znów nad Rio Pecos. Wedle moich obliczeń musiało to nastąpić w miejscu, odległem o dwie godziny drogi od brodu, i jeśliby nie nastąpił jaki nieszczęśliwy przypadek, należało się spodziewać, że nie natkniemy się na Komanczów.
Obie doliny rzeczne, któremi jechaliśmy dotychczas, miały wiele zakrętów. Jechaliśmy teraz na dół, z a że mogliśmy jechać prosto, jak strzelił, zużywaliśmy mniej czasu, aniżeli na jazdę w górę. Mniej więcej o pół do drugiej dotarliśmy do Rio Pecos. Niebawem znaleźliśmy miejsce, gdzie powolny prąd wody umożliwiał przepłynięcie, a potem ruszyliśmy cwałem przez zieloną preryę, leżącą pomiędzy rzeką a wspomnianym przedtem łańcuchem wzgórków. Ponieważ ten łańcuch nie biegnie równolegle do rzeki, lecz zbliża się do niej lub oddala biegnąca wzdłuż niej sawanna nie ma ciągle tej samej szerokości. Czasem ścieśnia się tak, że tworzy tylko wązki pasek, czasem zaś rozciąga się przed oczyma w dal, na pozór nieskończoną. Pędziliśmy, jak burza, przez trawiastą dolinę, przyczem prawdziwą radość sprawiał widok rozwianych białych włosów Old Wabble’a i jeszcze niemal dłuższej, bronzowej grzywy Old Surehanda. Ten jechał na meksykańskim kasztanie hiszpańskiej krwi — a chociaż nie mógłby pójść w zawody z moim karoszem i był ze względu na ciężar jeźdźca grubo zbudowany — cwał ten był dlań zabawką.
Old Surehand i Old Wabble — tacy dwaj jeźdźcy u mego boku! Wydawszy okrzyk radości, rzuciłem kapelusz wysoko w powietrze i pochwyciłem go w pędzie.
— Jesteście widocznie w dobrym wcale humorze — rzekł z uśmiechem Old Surehand.
— Tak — odpowiedziałem — a poprawi się jeszcze, kiedy Winnetou będzie z nami. Jego czarna czupryna jest poprostu wspaniała. Wtedy będę miał przy sobie trzy grzywy.
— A kiedy go spotkamy?
— Nie wiem na pewno. Powiedziałem wam, że wyszedł prędzej na Llano Estacado. Spodziewam się, że dziś jeszcze natkniemy się na posłańca od niego.
— Gdzie? Czy miejsce jest oznaczone?
— Nie, ale kierunek. Mówiłem zresztą tylko na podstawie domysłu. O bliższych szczegółach dowiecie się, kiedy rozbijemy obóz. Winnetou wie, że pojadę prostą linią z Mistake-Canon do oazy na Llanie. Jeśli zostawił posłańca, to ten będzie na mnie czekał gdzieś na tej linii.
— A czy teraz jesteśmy na niej?
— Nie jeszcze. Aby was z matni wydobyć, musiałem zboczyć z niej do Saskuan-kui. Teraz zbliżamy się znowu do niej a za godzinę dostaniemy się na nią. Niestety, musimy znów jazdę zwolnić, gdyż Parker i Hawley nie mogą nam kroku dotrzymać. Około wieczora nadjedziemy na miejsce, zwane przez Apaczów Alczeze-czi; tam powinienby czekać na mnie posłaniec. Tam może się ukryć.
— Są tam zarośla i drzewa?
— Tak.
— Przypuszczałem.
— Czemu?
— Gdyż słowa Apaczów: Alczeze-czi znaczą tyle, co mały las.
— Wiecie to? A więc znacie ten język.
— Od biedy.
— To nam się bardzo przyda. Ale zdaje mi się, że nie byliście jeszcze nigdy na terytoryum Apaczów.
— Nie. Moje dziedziny myśliwskie leżały dalej na północy, ale przez długi czas stykałem się ze znawcami narzecza Apaczów i nauczyłem się, czego mi potrzeba. Cieszę się bardzo, że będę mógł mówić z Winnetou w jego ojczystym języku. Czy on zna mnie z nazwiska?
— Bardzo dobrze — i zdradzę wam, że ma o was wysokie mniemanie.
— Dziękuję, sir.
— Bywaliśmy razem w różnych i dalekich stronach, więc dziwne to właściwie, że ani razu nie spotkaliśmy się z wami.
— Dla mnie to zrozumiałe, a i wy także przestaniecie się dziwić skoro się później dowiecie, gdzie i jak ja żyję.
— Czy to tajemnica?
— I tak i nie, jak kto uważa. Nie zwykłem o tem mówić, bo nie należę do ludzi lubiących tracić słowa napróżno.
— Odwrócił się do połowy, a po jego pogodnej dotąd twarzy przemknął głęboki cień. Czyżbym dotknął rzeczywiście tajemnicy? Wydało mi się, że dotknięcie to zabolało go mocno. Zamilkliśmy obydwaj. Być może, że ten, duchowo i fizycznie niezwykły człowiek miał za sobą także i los niezwykły. Niema westmana z losem zwyczajnym.
Po upływie oznaczonej godziny nie było już dawno widać za nami zielonego pasu roślinności nad Rio Pecos, a przed nami milami rozciągała się prerya. Dokoła nie było ani jednego punktu, po którym możnaby się zoryentować — a mimo to wiedziałem, że znajduję się na wspomnianej linii. To był zmysł lokalny, właściwy wędrowcom. Bez niego też naraża się człowiek Zachodu na setki niebezpieczeństw. Kto go nie posiada, ten albo ginie albo zostaje myśliwcem najniższej klasy. Wystarczał nam mały zwrot, aby z dotychczasowego kierunku dostać się na tę linię.
Była godzina trzecia po południu, a kto by sądził, że Komancze potrafią odnaleźć trop nasz lub nas doścignąć, tego uważałbym za obłąkanego. Teraz dopiero mogli przybyć na prawy brzeg rzeki Pecos i szukać naszych posterunków i straży, których nie było.
Dzięki ostatniej części naszej rozmowy zagłębił się widocznie Old Surehand w samym sobie, gdyż podpędzając konia, jechał sam przodem ze spuszczoną w zadumie głową. Wtem osadził konia, zsiadł i zaczął badać ziemię. Kiedy dojechaliśmy do niego, zobaczyłem, że odkrył trop. Zsiadłem także. Old Wabble poszedł za naszym przykładem, zbadał podeptaną trawę i rzekł:
— To były konie, moi panowie, sześć koni, należących do Indyan. Ci hultaje jechali jeden za drugim, ale moje stare oczy mogą mimo to wyraźnie naliczyć ich sześć. Jechali ku wschodowi i przejechali tędy.
Old Surehand spojrzał na mnie z podziwem dla starego, a ja oddałem mu takie samo spojrzenie, gdyż nie widziałbym może tropu tak dobrze, a przynajmniej nie odczytałbym go lepiej. Tu, na otwartej sawannie, okazał się tem, czem był dawniej, czyli „królem cowboyów“, fachowcem, którego zwieść niepodobna. Nie widział naszych spojrzeń, a ponieważ nikt nie odpowiadał przez czas dłuższy, zapytał:
— Czy jesteście może innego zdania, gents?
— Nie — odpowiedziałem. — Rozpoznaliście zupełnie dobrze.
— Tak, o ile ślad na to wskazuje, sir, ale co dalej, to muszę już wam pozostawić, gdyż nie znam ani tych stron, ani uwijających się tędy czerwonoskórych.
— Tu może chodzić tylko o Apaczów, albo o Komanczów.
— Do którego z tych plemion mogli należeć ci ludzie?
— Pytacie o to tak zdecydowanie, jakgdyby oznaczenie tego było dziecinną igraszką.
— Bo przypuszczam, że Old Shatterhand nie potrzebuje sobie łamać głowy, ażeby znaleźć właściwe wyjaśnienie.
— Dziękuję wam za komplement. Trzeba się namyślić, chociaż może niekoniecznie aż głowę łamać. Komancze wyruszyli i znajdują się niedaleko z boku za nami. Apacze wiedzą, że Komancze wykopali topór wojenny; muszą się mieć na baczności i wysłali ludzi na zwiady.
— To bardzo słuszne, sir, lecz przez to nie postąpiliśmy dalej, niż przedtem; th’ is clear.
— Zaczekajcie-no. Ślady biegną na wschód, więc wskazują na Llano Estacado. Ale który z tych szczepów ma Llano na oku?
— Komancze.
— Słusznie! Zdaje mi się, że tylko jeden z Apaczów wie o zamiarze Komanczów na Llanie, a tym jedynym jest Winnetou. Meskalerów zawiadomi o tem dopiero albo on sam, albo przez posłańca. Nie mogą jeszcze być tutaj, ani wysłać wywiadowców na Llano. Do tego należy dodać, że ich sadyby leżą stąd na południe. Gdyby wysłali wywiadowców lub posłańców prosto na Llano, droga ich nie wiodłaby tak daleko na północ.
— Sądzicie więc, mr. Shatterhandzie, że mamy do czynienia z Komanczami?
— Tak.
— A zatem wiemy, jak rzeczy stoją i...
— Stać — przerwałem mu. — To, co mówię, to więcej domysł, niż przekonanie. Musimy nabrać pewności. Rzecz to dla nas tak ważna, że nie wolno nam tracić czasu. Czy potraficie, szybko jadąc, nie stracić z oczu tego tropu?
— Co za pytanie? Czy macie mnie za ślepego?
— To wsiądźcie na konia i pocwałujcie tym tropem z pięć minut nazad! Chciałbym wiedzieć, czy biegnie prosto, czy też skręca gdzie na tej, w każdym razie dość długiej przestrzeni.
— Well, zaraz się stanie.
Wskoczył na konia i popędził tropem napowrót, w stronę, skąd przybyło tych sześciu jeźdźców. Postać jego zmniejszała się z każdą chwilą, aż w końcu, chociaż teren był zupełnie płaski, zniknął nam z oczu zupełnie. Potem wynurzył się znowu, jako ruchomy punkt, zwiększający się ciągle, aż w końcu stanął przed nami znowu w naturalnej wielkości.
— No? — spytałem go.
— Idzie sznurkiem, ciągle prosto.
— To mi wystarcza. Czy wiecie, dokąd się dojdzie, idąc tą prostą linią?
— Do Błękitnej Wody.
— Tak, do Saskuan-kui. Wódz Wupa Umugi wysłał tych sześciu ludzi na zwiady. Musimy śpieszyć za nimi.
— Czemu tak śpieszyć? Doścignąć ich?
— Tak.
— To będzie błąd, sir. Nie bierzcie mi tego za złe, ale to wielki błąd.
— Dlaczego?
— Wszak nie lubicie zabijać Indyan.
— Pewnie, że nie.
— A mimo to chcecie ich ścigać. To sobie przeczy. Czy tego nie widzicie?
— W czem tkwi to przeciwieństwo?
— Nie chcecie być mordercą, a gdybyśmy doścignęli tych sześciu, musielibyśmy ich zdmuchnąć. Nie śmią wiedzieć, że znajdujemy się w tych stronach, co musiałoby się wyjawić, gdyby chociaż jeden z nich uszedł. Nasza forsa polega na mniemaniu Wupa Umugi, że pojechaliśmy na Zachód.
— Macie słuszność i nie macie zarazem, mr. Cutterze. To zależy od okoliczności, czy pokażemy się tym wywiadowcom, czy nie. Droga ich wiedzie prosto do Alczeze-czi, do „Małego Lasu“, gdzie, jak już powiedziałem, spodziewam się zastać posłańca od Winnetou. Jeśli, jadąc tamtędy, nie znajdą go, to dobrze, ale jeśli go zauważą, lub choćby jego ślady, zaatakują go natychmiast. Jeden człowiek przeciwko sześciu; możecie sobie wyobrazić, jaki wynik. W takim razie albo nie żyje, albo pojmany. Jeśli nastąpiło to drugie, to musimy go bezwarunkowo uwolnić, już z prostej przyjaźni dla Apaczów, a następnie także ze względu na wiadomość od Winnetou, którą, jeśli możliwe, muszę usłyszeć. Wobec tego nie może mi zależeć na życiu tych sześciu Komanczów. A zatem naprzód, moi panowie!
Dosiedliśmy znowu koni i popędziliśmy tak szybko, jak mogły biedz konie Parkera i Hawleya. Wywiadowcy byli o dwie godziny drogi przed nami, lecz jechali pomału. Jeśliby nadal zachowali to tempo jazdy, mogliśmy ich doścignąć jeszcze przed Alczeze-czi.
— Niestety jednak pokazało się, że konie Parkera i Hawleya nie mogły nadążyć. Rozporządziłem więc, żeby jechali jak najszybciej naszym tropem, a sam pojechałem naprzód z Old Surehandem i Old Wabblem. Od czasu do czasu zatrzymywał się któryś z nas, ażeby po śladach rozpoznać tempo jeźdźców i dopędzał potem drugich. Pokazało się też niebawem, że potem Komancze jechali szybciej, więc opuszczała mnie coraz bardziej nadzieja dopędzenia ich w odpowiednim czasie lub przepędzenia, czego możnaby, okrążając ich, dokonać.
Upłynęła jedna godzina, potem druga. Musieliśmy czasem pozwolić koniom odsapnąć i jechać trochę powolniej. W pół godziny potem wynurzył się przed nami na widnokręgu ciemny punkt. Wskazałem nań ręką i rzekłem:
— Oto Mały Las, cel naszej jazdy par force. Gdybyśmy pojechali prosto, bylibyśmy tam za kwadrans.
— Ale nam tego nie wolno — przestrzegł Old Wabble.
— Nie, bo Komancze nie jechali zapewne dalej, lecz tam się zatrzymali.
— Ale musimy się tam dostać! Jak to poczniemy?
— To szczęście, że znam dobrze te strony. Jedźmy w prawo, na południe. Musimy objechać łukiem.
Podczas tego zapytał Old Wabble:
— Czy sądzicie, że w ten sposób dojedziemy tam niepostrzeżenie?
— Tak. Musicie wiedzieć, że ze wzgórz, położonych na wschodzie, spływa woda, wsiąkająca w ziemię na równinie, ale pokazująca się w postaci sadzawki tam, gdzie grunt się zagłębia. Ta sadzawka ma tylko średnicę pięćdziesięciu może kroków, ale dała życie laskowi przynajmniej dziesięć razy większemu. To jest Alczeze-czi, którego zachodnia i wschodnia strona są rzadkie, lecz północna i południowa tak gęste, że, od południowej zwłaszcza, trudno się przecisnąć. Tak było, kiedy znajdowałem się tu przed trzema laty, i tak musi być dzisiaj.
— Hm! — mruknął stary. — W przeciągu trzech lat może się dużo zmienić, co tutaj, gdzie może iść o życie, jest rzeczą bardzo ważną.
— Jeśli nastąpiła jaka zmiana, to może polegać tylko na tem, że las się zrobił gęściejszy, a to nie może nam szkodzić. Ponieważ strona południowa jest najgęściejsza, to ku niej pojedziemy łukiem. W zaroślach nikt się tam nie kwateruje i dlatego zdaje mi się, że stamtąd najlepiej będzie zbliżyć się niepostrzeżenie. Jeśli nie chcemy czekać do nocy, to nie znam innego sposobu zbliżenia się do tego lasku.
— Well, więc musimy spróbować i przygotować się na to, że za naszem miłem przybyciem otrzymamy kilka mniej miłych kul między żebra lub w głowy. Śmiałek, który się na coś odważy, ryzykuje; th’ is clear!
Old Surehand zachowywał się wciąż jeszcze milcząco, ale w twarzy jego widziałem tę nieubłaganą gotowość, nie cofającą się przed żadnem niebezpieczeństwem, jeśli są tylko jakie takie widoki szczęśliwej przeprawy. Coraz więcej wyglądał mi na człowieka, który woli działać, niż mówić, a później pokazało się, jak świetnie przystawał do Winnetou po tym względem.
Skręciliśmy zatem w prawo i trzymaliśmy się, jadąc łukiem, tak daleko od lasku, że ciągle miał tę samą wielkość. Kiedy znaleźliśmy się wprost na południe od niego, wydobyłem lunetę, która na dalekim Zachodzie oddała mi już niejedną przysługę a nawet ocaliła mi życie, i zacząłem się przypatrywać skrajowi lasu. Nie zauważyłem nic podejrzanego.
— Czy widzicie co, sir? — spytał Old Wabble.
— Nie. Nie dostrzegam żadnej żyjącej istoty; ani człowieka ani zwierzęcia.
— Czy nas widzą stamtąd?
— To szczególne pytanie, sir. Czy stąd dostrzeglibyście tam człowieka?
— Nie.
— A więc i nas nie można zobaczyć nieuzbrojonem okiem, a nie przypuszczam, żeby czerwoni mieli przy sobie lunety.
— Nie przyjdzie chyba żadnemu Indyaninowi na myśl nosić taki instrument.
— I owszem! Winnetou ma zawsze rurę i to doskonałą. Według mojego zdania jedźmy teraz wprost naprzód, nie?
— Jeśli nie chcecie inaczej, to dobrze. Ale nierozwagą to było i będzie!
Na to odezwał się Old Surehand po raz pierwszy, podnosząc głos zniecierpliwienia i niezadowolenia.
— Co nierozwagą? jeśli niema nic do wyboru oprócz wody, to rzuca się w nią i uczy się właśnie pływać. Jeśli się boicie, stary Wabble’u, to zostańcie tu, dopóki nie wrośniecie w ziemię, ale my bierzemy teraz szturmem ten lasek. Go on, mr. Shatterhandzie, go on!
Pomknął na koniu a ja zanim z taką samą szybkością. Old Wabble nie został oczywiście w tyle; popędził za mną i piorunował, rozgniewany w najwyższym stopniu:
— Ja, bać się! Co sobie myślą ci dwaj młodzieńcy? Old Wabble nie znał trwogi, zanim się jeszcze urodził a tem mniej potem. Młodzież teraźniejsza obarczona jest często zupełnie nienormalnemi i niepojętemi ideami.
Było to śmiałością z jego strony, że nazwał nas „młodzieżą teraźniejszą“. Pomimo powagi położenia musiałem się z tego głośno roześmiać. Usłyszawszy to, zawołał z jeszcze większym gniewem:
— Czego się śmiejecie, sir! Śmiejcie się wtedy, kiedy z całą skórą będziecie siedzieli tam w lesie!
— Milczcie, sir — odpowiedziałem. — Jeśli was czerwoni nie zobaczą, to usłyszą was, gdy będziecie tak ryczeli.
— Dobrze, zamilknę, ale trup mój spocznie na waszem sumieniu. Ciekawym, jak go stamtąd zdejmiecie?
Podpędzaliśmy konie tak, że zdawało się, iż Mały Las leci ku nam. Grunt trawiasty był miękki i tętentu nie było prawie słychać. Podczas tego mieliśmy oczy zwrócone na cel nasz, ażeby zawczasu dostrzedz ewentualne niebezpieczeństwo. Nie było jednak żadnego, i dotarliśmy szczęśliwie do skraju lasu. Tam zeskoczyliśmy z koni i ze strzelbami, przygotowanemi do strzału, zaczęliśmy nadsłuchiwać. Próbowaliśmy przebić wzrokiem zarośla, ale nic widać nie było. Wtem szepnął do mnie Old Surehand:
— Potrzymajcie mi konia! Zaraz wrócę.
— Dokąd idziecie?
— Na zwiady. Nie obawiajcie się. Ja się znam na tem.
Obraziłbym go, gdybym mu ofiarował moje towarzystwo lub gdybym go zatrzymywał. Pozwoliłem mu więc iść. Trwało dość długo, zanim powrócił, żeby nam donieść:
— Mieliśmy ogromne szczęście, że nas nie dostrzeżono. Komancze w lesie.
— Czy widzieliście ich? — spytałem cicho.
— Nie, ale wiemy, że trop ich prowadzi do lasu a nie wychodzi zeń nigdzie. Są więc tam jeszcze. Tylko, tego chciałem się na razie dowiedzieć. Musimy ich podejść.
— Well — zgodził się Old Wabble. — To może tylko dwu zrobić, bo trzeci musi zostać tutaj przy koniach. Kto to będzie, mr. Shatterhandzie?
— Wy — odpowiedział Old Surehand, chociaż stary mnie pytał.
— Ani myślę! Siedzieć tutaj bezczynnie? Będę łaził po lesie, gdyż mam wam dowieść, że się nie boję.
— Wiemy już o tem, więc ten dowód zbyteczny. Nie potrzebuję wam chyba mówić, jak was znam i cenię, więc nie weźmiecie mi chyba tego za złe, że przypomnę wam, iż „łażenie po lesie“ nie jest waszą silną stroną. Wam lepiej na otwartej sawannie. Zostańcie zatem przy koniach!
— Jak chcecie — odrzekł stary z giestem zniecierpliwienia. — Tu nie czas ani miejsce na sprzeczki. Zgodzę się więc, jako rozumny. Idźcie sobie na zwiady, lecz jeśli wrócicie trupami, to nie zechcę słyszeć wyrzutów.
Wziął konie za cugle i skinął na nas, żebyśmy poszli. Old Surehand spojrzał na mnie pytająco, więc odrzekłem:
— Nie możemy się rozłączać, bo to tu zbyt niebezpieczne. Jest jeszcze biały dzień, i możnaby nas zobaczyć, a w takim razie musi jeden drugiemu przyjść prędko z pomocą.
— To słuszne, sir. Ale dokąd się zwrócimy?
— Czy przedtem, gdy was nie było, nie zauważyliście miejsca, gdzie możnaby się mniej uciążliwie bez szmeru przecisnąć?
— Zdaje mi się, że takie jest. Chodźcie!
Poprowadził mnie dokoła kilku krzaków i pokazał potem jeden z nich, mniej gęsty od innych. Skinąłem głową, położyłem się na ziemi i wlazłem do środka. Strzelby zostawiliśmy oczywiście u Old Wabble’a; rewolwery i nóż wystarczały na każdy wypadek.
Mieliśmy, jak powiedziano, jeszcze biały dzień, czerwoni mogli więc widzieć każdy ruch w zaroślach. To utrudniało nam zadanie tak dalece, że mogliśmy się tylko bardzo powoli posuwać naprzód. W pół godziny przebyliśmy trzecią część naszej drogi; potem się poprawiło. Musieliśmy się dostać do środka lasku, gdzie była woda, nad którą byli pewnie Komancze. Po upływie nowego kwadransa usłyszałem przed nami parsknięcie konia. Old Surehand usłyszał je także, gdyż trącił mnie, by zwrócić moją uwagę. Czy to zwierzę parsknęło tylko przypadkiem, czy też chciało zwyczajem koni indyańskich ostrzedz swego właściciela? W takim razie niebezpieczeństwo byłoby dwa razy większe.
Muszę powiedzieć, że nietylko cieszyłem się Old Surehandem, lecz podziwiałem go nawet. Z początku został w tyle, potem przecisnął się obok mnie naprzód i to z wytrwałością, rozwagą i zręcznością, jaką rzadko widziałem u białych. Korzystał z każdej luki a każdą przeszkodę albo omijał, albo usuwał bez szmeru. Kiedy zwinność rąk nie wystarczała, musiał nóż dopomagać, a gdzie trzeba było poruszać gałąź albo jakiś silniejszy konar, odbywało się to z taką równomierną powolnością, że ktoś inny prócz mnie byłby tego nie dostrzegł. Dla westmana było przypatrywanie mu się rzeczywistą radością.
Tak posuwaliśmy się naprzód powoli lecz pewnie, aż usłyszeliśmy głosy ludzi, rozmawiających ze sobą. Słów nie mogliśmy zrozumieć, bo byliśmy jeszcze za daleko. Im bardziej jednak zbliżaliśmy się, tem dokładniej słyszeliśmy wszystko, aż w końcu zobaczyliśmy tych, którzy rozmawiali. Nie było to wprawdzie tem, co się nazywa rozmową, lecz o wiele właściwiej należałoby to nazwać posiedzeniem sądu preryowego.
Przybyliśmy za krzak niezbyt gęsty, przez który mogliśmy widzieć jako tako. Przed nami leżała sadzawka; po prawej stronie było przywiązanych sześć koni a po lewej stał jeden spętany. Był to koń Apaczowy, a tamtych sześć należało do ściganych przez nas Komanczów. Z sześciu czerwonych żyło jeszcze tylko trzech, siedzących między nami a wodą. Krwawe zwłoki trzech towarzyszy leżały opodal. Przed nimi rosło odosobnione drzewo, a do pnia jego stał przywiązany Apacz. Ponieważ odwrócony był do nas plecyma, nie mogliśmy zobaczyć jego twarzy. Musiał być ranny, gdyż nogi jego stały w kałuży krwi, ale utrata krwi nie osłabiła go widocznie zbytnio, gdyż w chwili właśnie, kiedy zbliżyliśmy się do grupy, odezwał się silnym głosem.
— Te psy Komancze mnie zabiją, ale swojego celu nie osięgną. Pesz Andatseh[9] śmieje się z nich. Było ich sześciu, a on zabił trzech z nich, zanim go zdołali pokonać. On umrze z pieśnią śmierci na ustach, i powieka mu nie drgnie, a dusze tych trzech będą musiały służyć mu w wiecznych ostępach.
Długi Nóż! Znałem go dobrze. Był to bardzo śmiały i przebiegły wojownik, doznający wielkiego poważania u Meskalerów i występujący często jako poddowódca. Ilekroć szło o niebezpieczną służbę wywiadowczą, do której spełnienia potrzeba było odwagi i przebiegłości, wybór padał zwykle na niego.
Musiał widocznie siedzieć w Alczeze-czi i czekać na mnie; nie pomyliłem się zatem, przypuszczając, że Winnetou pewnie spotkał się z wywiadowcami swojego szczepu, że pojechał prosto na Llano Estacado i że zostawił do mnie posłańca.
Jeden z Komanczów zrobił ręką ruch bardzo pogardliwy i odrzekł:
— Długi Nóż śmierdzi, jak kawał zgniłego mięsa. Dusza jego będzie wyrzucona i nikt jej służyć nie będzie, gdyż zabierzemy mu skalp, zanim wyślemy go na śmierć w wielkich męczarniach. Mógł zabić trzech z nas, ponieważ ukrył się tchórzliwie, kiedy nadeszliśmy tutaj. Gdyby się był pokazał, popłynęłaby była tylko jego krewa naszej ani kropla.
— Tak, psy Komancze ośmieliły się walczyć ze mną, ponieważ mieli dwanaście rąk przeciwko mnie. Gdyby ich tylu nie było, zdzieraliby przede mną, jak kujoty, które wprawdzie wyją, ale nie kąszą. Jeśli mnie poślecie do wiecznych ostępów, to znajdę tam tylko Apaczów lecz ani jednego Komancza, gdyż wchodzą tam tylko dusze walecznych mężow a nie tchórzów. Pokażę wam, czem jesteście; popatrzcie na mnie.
Splunął silnie trzy razy, a Komancz powiedział tym samym tonem pogardy:
— To nie odnosi się do nas, lecz do ciebie samego. Wygłaszasz ’wielkie słowa, ażeby pokryć marność twojej odwagi. Strach przed śmiercią wypisany na twojem obliczu. Wiesz, że kawałkami powycinamy ci ciało i skórę, a dumna twoja mowa ma tylko pokryć skomlenie strachu, jakie słyszysz w swojem łonie. Ale my gotowiśmy postąpić łaskawie i dać ci umrzeć bez męczarni, jeśli powiesz nam prawdę i odpowiesz na pytania, które ci teraz przedłożę.
Długi Nóż podrzucił dumnie głową, rzekł jednak na pozór zgodnie.
— Niech Komancz mówi!
— Czy wasi wojownicy wyruszyli przeciwko Komanczom?
— Nie.
— Czy to prawda.
— Tak.
— Ja temu nie wierzę.
— Możesz wierzyć. Czy sądzisz może, że lwu silnemu przyjdzie na myśl wyruszać w pole przeciw choremu szczurowi?
— Uff! Jeśli dalej będziesz nas obrażał, nie spodziewaj się łaski z naszej strony. Gdzie znajdują się teraz Apacze Meskalero?
— W domu, w swoich mieszkaniach.
— Gdzie ich wódz, Winnetou?
— Jestdaleko na północy u Indyan, zwanych Wężami.
Powiedział im tak, żeby sądzili, iż nie mają teraz powodu obawiać się słynnego wroga.
— I to kłamstwo, bo Winnetou jest tutaj.
— Nie.
— Widzieliśmy Shatterhanda, a gdzie on bawi, tam i Winnetou niedaleko.
Zauważyłem, że Długi Nóż stłumił okrzyk radości; zmuszał się widocznie do spokoju i rzekł głosem przekonania:
— To Komancz kłamie i chce mnie oszukać. Old Shatterhanda niema ani na równinie ani w górach. Wrócił przez „wielką wodę“ do ojczyzny i wróci dopiero za dwie zimy. On sam tak powiedział.
— Ja nie kłamię!
— Kłamiesz, a ja ci nie wierzę!
— A ja nie kłamię! — syknął Komancz gniewnie.
— Widzieliśmy go.
— Gdzie?
— W naszym obozie. Przybył, żeby nas podejść, ale my pojmaliśmy go i zginie na palu.
— Old Shatterhand? Śmierć na palu? — śmiał się Apacz szyderczo. — Wszyscy wojownicy Komanczów razem nie zdołają tego białego myśliwca zawlec do pala. Gdyby go nawet pojmali, zniknąłby mimo wszelkich więzów, jak orzeł, którego dziesięć tysięcy wróbli nie zdoła przytrzymać. Ale on nie pojmany, jego nawet niema w tym kraju, bo jest tam, gdzie się urodził.
Miał widocznie zamiar doprowadzić Komancza do gadania w gniewie i dokazał swego istotnie, gdyż przeciwnik zawołał:
— Mamy go! Wojownicy Komanczów to nie wróble, lecz orły, które tego wróbla rozszarpią i pożrą! Ja mówię prawdę, a ty kłamiesz. Jak możesz twierdzić, że wasi ludzie są w domu? Są w drodze, bo nie wysłaliby ludzi na zwiady.
— Czy to zrobili?
— Tak.
— Kiedy?
— Teraz.
— Co wy wiecie o zwiadach. Pshaw!
— Wiemy! Ty sam jesteś takim!
— Ja? Kto w was wmówił, że Długi Nóż wyjechał na zwiady?
— Nikt w nas nie wmówił, bo tak jest.
— W takim razie synowie Komanczów ślepi. Czy mam na twarzy barwy wojenne?
— Zaniechałeś malowania się z rozwagi.
— Gdzie mieszkają Komancze — a gdzie Apacze Meskalero? Na północy i południu. Gdzie ja się teraz znajduję? Daleko na wschodzie. Czy jechałbym tak daleko na wschód, gdybym miał udać się do was, na północ?
— Musieliście się dowiedzieć, dokąd chcemy wyruszyć.
— Uff, uff, uff! Czy nie widzisz, że zdradziłeś się teraz? A więc te psy Komancze wyruszyły ze swoich nor nie przeciwko Apaczom, lecz ażeby na wschód się udać. Teraz wiem, czego chcecie i dokąd dążycie!
Komancz poznał, że dał się wywieść w pole i huknął, zły sam na siebie do jeńca:
— Milcz, ropucho! Ja mogę to powiedzieć, co powiedziałem, ponieważ wiem, że nie wypaplesz tego dalej. Zabierzemy ciebie i zginiesz na palu razem z Old Shatterhandem.
— W takim razie jeszcze długo żyć będę, bo to nieprawda, że pojmaliście tę sławną bladą twarz.
— To prawda. My go mamy!
— Pshaw!
— I nie tylko jego, lecz jeszcze kilka bladych twarzy, które muszą zginąć.
— Wymień je!
— Sędziwego zabijacza Indyan, Old Wabble’a.
— Uff!
— Potem olbrzymią bladą twarz, Old Surehanda.
— Uff, uff! Dalej!
— Dalej? To nie wystarczy?
— Tak, to wystarczy. Jeśli rzeczywiście pojmaliście tych trzech wielkich myśliwców i mnie zabierzecie do waszego obozu, to nie umrę, gdyż uwolnimy się i wpadniemy pomiędzy synów Komanczów, jako cztery bawoły wpadają w zgraję wilków tchórzliwych. Old Shatterhanda nie zwyciężono jeszcze nigdy; on jest...
— On już kilkakrotnie był pojmany! — przerwał mu Komancz z gniewem.
— Ale zawsze się wyswobodził! Old Surehand to myśliwiec, który jednym chwytem ręki zadławi sześciu Komanczów; każdą po trzech. Dla niego...
— Milcz, o tym psie! — przerwał mu znowu tamten. — On jeszcze nigdy nie pokonał Komancza!
— Ponieważ nikt z Komanczów nie spotkał się z nim jeszcze! A Old Wabble, który jak burza leci przez sawannę, że nikt go nie zdoła doścignąć...
— On umrze, umrze! — krzyknął Komancz, przerywając mu po raz trzeci. — A może i nie umrze, bo ta blada twarz to właściwie kundel, którego nie powinnoby się właściwie zabijać, lecz odpędzać batami. Ten tchórz...
Nagle zatrzymał się, bo teraz jemu ktoś przerwał. Ale nie był to Apacz, z którym rozmawiał, lecz ktoś z całkiem innej strony. Oczy mieliśmy zwrócone na niego, a kiedy się nagle wstrzymał i z widocznym strachem popatrzył w bok, spojrzeliśmy tam także, a równocześnie doleciały nas słowa:
— Co jestem? Tchórz i kundel, ty psie czerwony? Ja ci pokażę, czy jestem tchórzem, czy nie! Kto z was ruszy jakim członkiem ciała, dostanie ode mnie kulą w łeb! Ręce w górę!
Był to stary Wabble. Nie przeciskał się przez gęste zarośla, lecz przyszedł sobie całkiem wygodnie wschodnią wązką wyrwą w lesie, którą przybyli także Komancze. Ze strzelbą przy policzku a palcem wskazującym na cynglu wyszedł z poza najbliższego krzaka i zbliżał się krokiem powolnym.
— Ręce w górę! — powtórzył, gdy czerwoni nie usłuchali odrazu tego wezwania.
Okrzyk ten jest starym zwyczajem na dzikim Zachodzie. Kto obie ręce ma w górze, nie może chwycić za broń. „Ręce w górę!“ Na kogo z temi słowy napadną i zawołają, tego życie nie warte ani pół penny. Indyanie także to wiedzą; to też po powtórzeniu rozkazu, trzej Komancze podnieśli ręce do góry.
— Tak, mam was teraz, czerwone draby! — roześmiał się. — Kto rękę spuści, dostanie kulą; ja nie żartuję. Więc jestem tchórzem! Tak, tak! I wy pojmaliście mnie i Old Shatterhanda i Old Surehanda! Czy to prawda, ty, opryszku?
Czerwonoskóry nie odpowiedział.
— Aha, zabrakło ci oddechu! Ale zaczekajcie tylko, zaraz wam go damy. Muszę wam jeszcze pokazać paru dobrych przyjaciół, bardzo znanych mężów, których widok nadzwyczajnie was ucieszy. Gdzież oni siedzą?
Miał nas oczywiście na myśli, Old Surehanda i mnie. Ze strzelbą wymierzoną ciągle do Komanczów, szukał oczyma w zaroślach ku wschodowi, gdzie się nas spodziewał i gdzie tkwiliśmy rzeczywiście. Nic dziwnego, że czerwoni trzymali ręce w górę, gdyż widok jego mógł im napędzić respektu. Postać miał wogóle nadzwyczajną a w dodatku uzbrojony był w cztery strzelby, gdyż swoją miał w ręku, a na plecach niósł rusznicę Old Surehanda, moją niedźwiedziówkę i sztuciec Henry’ego. Nie ośmieliliby się stawić mu oporu.
Mimo to nie zgadzałem się bynajmniej z jego nagłem pojawieniem się. Miał zostać za lasem przy koniach a nie przychodzić tutaj nad wodę. Postanowiłem pociągnąć go do opowiedzialności, chociaż rzecz swoją zrobił wcale nieźle. Teraz chciał nas mieć przy sobie, więc dałem znak Old Surehandowi, podnieśliśmy się i przecisnęliśmy przez gałęzie na wolne pole. Ujrzawszy nas, zawołał do Komanczów:
— Oto mężowie, których chcę wam pokazać, wy łajdaki jakieś. Czy znacie ich?
— Old Shatterhand! — krzyknął radośnie Długi Nóż.
— Old Surehand! — zawołał Komancz ze strachem.
Zwróciłem się do niego:
— Tak, to my, o których mówisz, że jesteśmy u was w niewoli. Mr. Cutterze, odbierzcie im broń!
Dobyłem rewolweru i wymierzyłem go do nich; nie śmieli się poruszyć.
— Odwiążcie Apacza, Mr. Cutterze!
Uczynił to — a Długi Nóż, zaledwie poczuł się panem swych członków, schylił się, porwał tomahawk i pod dwoma szybkimi ciosami padli dwaj Komancze z roztrzaskanemi czaszkami. Pochwyciłem go za ramię i zawołałem:
— Co mój czerwony brat czyni! Chciałem pomówić z tymi wojownikami Komanczów, a...
Nie słuchał mnie już dalej, lecz wyrwał się i zarąbał trzeciego tak szybko, że nie mogłem temu przeszkodzić. Potem odrzekł mi:
— Niechaj mi sławny brat przebaczy, że postępuję inaczej, aniżeli sobie życzy. Ja wiem, że nie lubi przelewać krwi, dlatego ja ją przelałem.
— Ale nie powinno się jej było przelać.
Wskazał na swoją prawą pierś i zapytał:
— Czy moja także nie płynie? Skoro topór wojenny już raz wykopany, to życiem płaci się życie, a krwią za krew.
— A więc zabij, skoro chcesz, tych, których zwyciężyłeś; ci trzej nie należeli do ciebie, lecz do nas. Od kiedyż to wojownicy Apaczów postradali swoją dumę i zabijają wrogów, pokonanych przez kogo innego? Czy od kiedy u was nie byłem, zdobicie się bohaterstwami, których nie dokonaliście sami?
Spojrzał w zawstydzeniu na ziemię i zaczął się usprawiedliwiać:
— Jeden z tych trzech mnie zranił. Czy miał pozostać przy życiu? Co zrobiłby Old Shatterhand z tymi psami, gdyby żyli? Czy zabrałby ich ze sobą? To byłby ciężar, który zaszkodziłby mu pewnie. A czy może miał zamiar puścić ich wolno? W takim razie byliby pojechali do swoich i zdradziliby to, co widzieli.
— Masz słuszność, ale wiesz także, iż Old Shatterhand oddawna już jest wodzem Apaczów. Czy wolno wojownikowi tego szczepu czynić w jego obecności, co mu chwila na myśl przyniesie? Naco są wodzowie, jeśli każdy wojownik może wobec nich czynić, co mu się podoba? Co powie największy wódz Apaczów, Winnetou, skoro mu to opowiem?
Na to pochylił się przede mną ten dumny człowiek i prosił:
— Postąpiłem niesłusznie. Czy Old Shatterhand przebaczy mi pośpiech czynu?
— Stało się i nie da się już zmienić. Przebaczam ci, chociaż wyrządziłeś nam prawdopodobnie wielką szkodę.
— Szkodę? Jak może mój biały wódz mówić o szkodzie?
— Chciałem pomówić z tymi ludźmi i byłbym pewnie dowiedział się od nich, co chcę wiedzieć.
— Oni nie odpowiedzieliby na nic.
— Powiedzieliby. Czy mój czerwony brat uważa mnie za tak nierozumnego, że powiedziałbym im, co chcę wiedzieć? Czyż nie wie, że mowa i pytania chytrego człowieka są jako pętle, w które złowić można nawet mądrego?
— Wiem o tem, ale Old Shatterhand nie ma teraz potrzeby pytać tych psów Komanczów.
— Pewnie, że nie, bo nie żyją!
— Gdyby nawet byli przy życiu. Ja wiem wszystko; dowiedziałem się.
— Od kogo?
— Od nich.
— Czy mówiłeś z nimi?
— Nie.
— Więc podsłuchałeś ich?
— Tak.
— Dobrze, zobaczymy, czy mnie zadowolisz. Teraz pokaż twoją ranę. Czy głęboka?
— Ja nie wiem, ale nie może być śmiertelna.
Miał słuszność; nie była nawet ciężka. Nóż wbił mu się tylko z boku w prawy mięsień piersiowy i zesunął się po żebrach. Dla Indyanina była to rana lekka, chociaż nie mógł uniknąć gorączki. Kiedy go opatrywałem, przybyli Parker i Hawley i zdziwili się niemało na widok tego, co zobaczyli.
— Oto widzicie, moi panowie, jak szybko uporaliśmy się z tymi opryszkami — rzekł do nich Old Wabble. — Kiedy przybyłem, byli trzej, niestety, już zabici. Byłbym wziął wszystkich sześciu na siebie. Jak pięknie umiały te draby podnosić ręce w górę!
— A jak łatwo mogliście przy tem wpaść w dołek, mr. Cutterze! — dodałem.
— W dołek? — zapytał zdumiony.
— Tak.
— Jakto?
— No, gdyby byli nie podnieśli rąk w górę?
— To byłbym ich powystrzelał.
— Ilu?
— Oczywiście, że wszystkich trzech; th’ is clear.
— Jednego, tak — ale tamci dwaj pochwyciliby was za połę.
— Niechby spróbowali!
— Czemu nie? Jak bylibyście się bronili, mając wystrzeloną strzelbę w ręku a ich dwu na plecach? W tej bijatyce dostalibyście po skórze.
— Zaczekać, zaczekać, sir.
— A co byłoby, gdybyście zamiast trzech zastali tu wszystkich sześciu?
— Przecież stałem przedtem za krzakiem i widziałem, jak rzeczy stoją. A gdyby ich nawet było sześciu, postąpiłbym tak samo.
— I byliby was zgasili!
— Pshaw! Przecież nie jestem dzieckiem. Przypomnijcie sobie tylko siebie, sir! Przecież już nie raz byliście w tem położeniu, że trzeba się było zabrać do sześciu czerwonych.
— Ale te położenia bywały inne. Mnie boją się bardziej, aniżeli was, i mam sztuciec Henry’ego, który czerwoni uważają za strzelbę czarodziejską.
— Hm, tak. Ale mimo to nie popełniłem żadnego błędu, bo nic mi się stać nie mogło.
— Chyba dlatego, że byłem blizko z Old Surehandem.
— Tak.
— W takim razie mylicie się bardzo. Gdyby czerwoni nie przerazili się tak i zachowali przytomność umysłu, bylibyście dostali kulą albo nożem, i nie moglibyśmy byli temu wcześniej przeszkodzić. A gdybyście nawet mieli słuszność pod każdym względem, to napewno nie pod tym, że postąpiliście wbrew mojemu poleceniu. Postanowiono przecież, że mieliście zostać tam za lasem, przy koniach.
— Sir, czas wydał mi się za długi.
— To jeszcze bynajmniej nie powód, żeby głupstwa popełniać.
— Głupstwa? Przepraszam was, mr. Shatterhandzie! Old Wabble głupstw nie popełnia!
— Pshaw! Mieliście bezwarunkowo zostać na stanowisku, które wam powierzono. Do czegoby to doszło, gdyby każdy mógł sobie odchodzić z miejsca, które ma zajmować. Jak można wobec tego brać z wami udział w jakiemkolwiek niebezpiecznem przedsięwzięciu? Wiecie, że to, co zamierzamy, połączone jest z wielkiem niebezpieczeństwem. Musimy mieć do siebie nawzajem zaufanie mocne, jak skała. Jeśli nie, to odjeżdżam dalej a was tu zostawię.
— Brawo, brawo! — zawołał Parker.
Old Wabble napadł nań z gniewem:
— Co tutaj macie wykrzykiwać? Wypraszam sobie takie wrzaski raz na zawsze!
— Wierzę — odpowiedział Parker. — Ja mam pozwalać na to, żeby mi ciągle grożono zostawieniem mnie — wy zaś nie chcecie tego słyszeć, stary Wabble’u! Nie byliśmy przy tem. Jakiegoż to strzeliliście bąka?
— Żadnego, ale jeśli nie zamkniecie dzióba, to strzelę i to całkiem porządnego: wy nim jesteście. Th’ is clear!
Odwrócił się z wściekłością.
Postarałem się najpierw o nasze bezpieczeństwo; kazałem sprowadzić konie i rozstawiłem straże. Hawley był pierwszym; miał patrolować dokoła lasku i donosić o wszystkiem, coby zauważył. Potem zbadano Komanczów. Nie żyli; odsunęliśmy ich na razie na bok. Potem usiedliśmy wszyscy razem, ażeby omówić położenie. Mrok wieczorny zapadał już, ale rozniecanie ogniska nie było wskazane. Blasku jego nie można było zobaczyć z zewnątrz, gdyż Mały Las był dość gęsty, ale Komancze, mający potem nadejść tą drogą, nie powinni znaleźć śladów naszego obozu.
Główną rzeczą było oczywiście to, co mi miał powiedzieć Długi Nóż. Gdy go spytałem, czy spotkał się z Winnetou, odpowiedział:
— Tak. Wojownicy Apaczów słyszeli, że Komancze wykopali topory wojenne — i wysłali zaraz ludzi na zwiady, przeciw komu wymierzony będzie atak. Ja należałem do nich i miałem ze sobą jeszcze jednego człowieka. Pojechaliśmy w górę rzeki Pecos, gdzie spodziewaliśmy się Komanczów i natknęliśmy się na nich nad Saskuan-kui, które my Apacze nazywamy Doklis-to, Błękitna Woda. Nie mogliśmy ich podejść, a tem mniej podsłuchać, gdyż włóczyli się po okolicy, polując, aby nagromadzić mięsa.
— Ależ wieczorami się nie poluje!
— Old Shatterhand ma słuszność, a my także wiedzieliśmy o tem. Zostawiliśmy konie i zakradliśmy się pieszo nad Błękitne Wodę, gdzie przybyliśmy, kiedy się już zciemniło.
— Czy usłyszeliście cośkolwiek?
— Nie. Zadawaliśmy sobie wiele trudu, ale nie mieliśmy szczęścia. Mój biały brat mi uwierzy i nie zrobi mi wyrzutu z tego powodu. Może się to zdarzyć najlepszemu i najśmielszemu wywiadowcy, że mimo wszelkiego sprytu musi wracać do domu, nie dowiedziawszy się niczego.
— Zapewne. Znam cię i ani myślę lekceważyć sobie ciebie. Gdzie spotkałeś Winnetou?
— Przez dwa wieczory zakradaliśmy się nad Błękitną Wodę. Pierwszego nie skorzystaliśmy nic a drugiego spotkaliśmy się z Winnetou, który przybył jeszcze przed nami i kazał nam nie narażać się dłużej na niebezpieczeństwo, lecz pójść ze sobą.
— Aha, wtedy pewnie dowiedział się czegoś.
— Tak, dowiedział się o czemś, co zadziwi bardzo mego wielkiego brata Old Shatterhanda.
— Co takiego?
— Na wielkiej pustyni, zwanej przez białych Llano Estacado, znajduje się piękna klaparya-siyaderstar[10] z wielką ilością jasnej wody, nad którą rosną najwspanialsze drzewa, krzaki i kwiaty. Stoi tam dom, a w nim mieszkają trzy osoby, a mianowicie deklil inda[11], deklil isoma[12] jego matka, i jeden biały myśliwiec, pan owych stron, zwany Dil Mejeh, Krwawy Lis. Winnetou widział go i palił z nim kalumet przyjaźni.
— Ja znam go także.
— Uff! — zawołał zdziwiony czerwonoskórzec. — Old Shatterhand widział go już także?
— Tak.
— A więc także wodę i dom na pustyni?
— Tak.
— A więc mój biały brat znajdzie tam drogę?
— Oczywiście. Byłem tam kilka razy. Czy Winnetou nie powiedział ci tego?
— Nie, Winnetou, wielki wódz Apaczów, nie lubi długich opowiadań i nie powie ani słowa ponad potrzebę. A zatem znasz te strony i drogę do nich! Dlatego miałem czekać na ciebie i dać ci wiadomość od wodza.
Zdziwił się. Ze słów jego poznałem, jak milczący Winnetou zachował tajemnicę i teraz. Nie powiedział nigdy ani słowa o oazie na Estacadzie. Apacz mówił dalej:
— Komancze musieli być kiedyś u Krwawego Lisa, jak wyrozumiałem ze słów Winnetou.
— Rzeczywiście. Byli tam z nim i ze mną. Dowodził nimi młody wódz Sziba Big, Spiżowe Serce.
— Sziba Big? Widzę, że Old Shatterhand wie wszystko dobrze, gdyż ten młody wódz ma teraz prowadzić Komanczów na wyspę w pustyni..
— Czy dowiedziałeś się może, dlaczego ci Komancze zwracają tam swoją wojenną wyprawę?
— Winnetou to podsłuchał. Krwawy Lis wyjechał z pustyni na polowanie i spotkał się z gromadą Komanczów. Napadli na niego, żeby go zabić, lecz on bronił się i kilku z nich zastrzelił. Kule jego wbiły się im w sam środek czoła.
— A czyż oni go znali?
— Jeden z nich był przedtem u niego na pustyni poznał go teraz.
— Czy im umknął?
— Ani jedna ich kula go nie dosięgła, ani jeden nóż nie zadrasnął mu skóry.
— Dzięki Bogu! Teraz wybierają się, by poszukać zemsty i chcą go zabić?
— Tak. Jego chcą zabić a dom jego i drzewa zniszczyć, żeby wyspa zrobiła się taka, jak pustynia. Winnetou to podsłuchał.
— Ale on nie mógł podsłuchać tego dopiero nad Błękitną Wodą, lecz musiał to wiedzieć już pierwej, gdyż ja otrzymałem od niego wiadomość o tem jeszcze na Sierra Madre.
— Byli tam na polowaniu dwaj Komancze i nie znając go, opowiadali mu o tem. Spotkał się z nimi i podał się za syna Keiowehów. Oni mu uwierzyli.
— W takim razie ich dusze były nieobecne. Kto Winnetou może wziąć za Keioweha, ten niema mózgu w głowie. Co dalej.
— Winnetou wyruszył natychmiast z Sierra Madre, ażeby ostrzedz Krwawego Lisa. Spostrzegł po drodze ślady Komanczów i poszedł za nimi aż nad Błękitną Wodę, gdzie ich podsłuchał. Przytem spotkał się z nami. Wódz bardzo się tem ucieszył i wydał nam rozkazy. Tego wojownika, który był z nami, posłał do domu, ażeby zaprowadził do Nargoleteh-tsil[13] trzystu Apaczów, dobrze uzbrojonych i zaopatrzonych w mięso; tam mają czekać na Old Shatterhanda. Mnie zabrał tu, do Małego Lasu, i kazał mi tu czekać na Old Shatterhanda, aby mu powiedzieć, że ma pojechać do Nargoleteh-tsil, stanąć na czele naszych wojowników i podążyć za nim na Llano Estacado.
— Dobrze, dobrze! Tak też sobie myślałem. Czy to już wszystko, co ci polecił?
— Tak, wszystko.
— A zatem pod Deszczową Górę. Znam ją dobrze. Dobrze jadąc, można tam dostać się za pół dnia. To miejsce wybrane nadzwyczaj dobrze, gdyż tam może się ukryć nawet więcej, niż trzystu wojowników. Jaka szkoda, że zabiłeś tych trzech Komanczów. Gdyby jeszcze żyli, dopytałbym się od nich pewnie czegoś, co przydałoby się nam wiedzieć.
— Co chciałby Old Shatterhand wiedzieć?
— Kto jest wodzem Komanczów.
— Sziba-Big: powiedziałem to już.
— Wątpię, bo na to jeszcze za młody. Nad Błękitną Wodą dowodzi Wupa Umugi, który nie słuchałby pewnie młodszego wojownika, a potem przyjdzie jeszcze Nale-Masiuw, który będzie prawdopodobnie także zbyt dumny, żeby miał poddać się rozkazom Żelaznego-Serca.
— Uff! Nale-Masiuw, który na każdej ręce ma tylko po cztery palce? On także przyjdzie?
— Tak, ze stu ludźmi.
— Skąd Old Shatterhand wie o tem?
— Podsłuchałem to nad Błękitną wodą.
— Uff, uff! To Old Shatterhand był także nad Błękitną Wodą i udało mu się podejść tych psów Komanczów? Co nie uda się żadnemu innemu wojownikowi, tego dwaj dokażą na pewno: Winnetou i Old Shatterhand.
— Nie zasługuję na tę pochwałę, gdyż ci dwaj biali wojownicy, których tu widzisz, byli tam także razem ze mną.
— Tak, ale jak? — wtrącił Old Shatterhand. — Wy byliście tam, jako wolni ludzie, a...
— Cicho! — wtrąciłem. — Co tam się stało, to może całkiem dobrze zostać między nami; nie potrzeba tego dalej opowiadać! Jak powiedziano, dobrze byłoby wiedzieć, kto jest właściwym dowódcą Komanczów. Ze strony Wupa Umugi i Nale-Masiuw nie mamy się spodziewać nic dobrego. Ale Sziba-Big winien mi wdzięczność, gdyż wówczas ocaliłem mu życie i przeprowadziłem bezpiecznie przez Llano. Jest wprawdzie młodszy od tamtych dwu — nie zechcą mu się podporządkować — ale to syn słynnego Tewua-Szohe[14], który był najwyższym wodzem wszystkich szczepów Komanczów. Sądzę zatem, że dzięki sławie, jaką sobie zdobył i wynikom, jakie mu zawdzięczano, może być, że stanowisko jego przeszło na syna. Gdyby ci trzej Komancze jeszcze żyli, to dowiedziałbym się od nich o tem napewno.
Chociaż słów tych nie zwróciłem wprost do Długiego Noża, odpowiedział:
— Old Shatterhand przebaczył mi już to, co uczyniłem. Czy nie mam opowiedzieć o tych sześciu zabitych Komanczach?
— Uczyń to. Kto kogo najpierw zobaczył, ty ich, czy oni ciebie?
— Ja zobaczyłem ich pierwej, niż oni mnie. Czekałem tutaj na Old Shatterhanda. Komancze mogli łatwo nadejść; byłem zatem bardzo ostrożny i ukryłem konia głęboko w zaroślach. Zarazem starałem się nie robić śladów. Lecz musiałem przecież chodzić to tam to ówdzie, musiałem poić konia i to doprowadziło do odkrycia mnie. Zaprowadziłem konia do wody, a kiedy pił, wyszedłem na skraj Małego Lasu, aby zobaczyć, czy mi bezpiecznie. Wtem dostrzegłem nadchodzących tych sześciu psów i zaledwie zdołałem zaprowadzić konia do kryjówki. Śladów zatrzeć nie mogłem. Przyszli, zobaczyli ślady i poszli za nimi w zarośla. Uciekać nie mogłem, bo już byli za blizko. Zastrzeliłem pierwszego z nich a drugiego i trzeciego pchnąłem nożem. Zraniono mnie, powalono na ziemię i skrępowano a potem przywiązano do drzewa. Kiedyście nadeszli, zabiłem ich. Old Shatterhand nie może ich o nic zapytać, ale słyszałem od nich coś, co chciałbym mu powiedzieć.
— Co?
— Chcą się udać na zieloną wyspę, ażeby pochwycić Krwawego Lisa i Murzynkę i zaprowadzić ich do wielkiej wsi Komanczów. Kiedy rozmawiali ze sobą, dowiedziałem się, gdzie ich wieś teraz leży.
— To jest rzeczywiście ważne. Gdzież ona?
— Nie znam tego miejsca i nie słyszałem nigdy jego nazwy. Oni nazywali je Kaarn-kulano[15].
— Mylisz się; znasz to miejsce z pewnością. Komancze nazywają tak rzeczywiście, a wy Kaczo-nastla, a zatem także Dolina Zajęcy.
— Kaczo-nastla? Pewnie, że znam to miejsce; leży o dobry dzień drogi stąd. Tam mają zabrać Krwawego Lisa, aby zginął przy tym samym palu. Murzyn już tam.
— Co? — spytałem przestraszony. — Jaki Murzyn?
— Syn czarnej kobiety, który mieszkał z Krwawym Lisem w pustyni.
— Ach, to naprawdę bardzo ważna, ale też i bardzo niepocieszająca wiadomość. Czyś dobrze słyszał?
— Moje ucho nie pomyliło się.
— Ale mogła być mowa o innym Murzynie.
— Tylko o murzynie z pustyni. Te psy Komancze wymienili jego imię.
— Jak się nazywał? Prędzej!
— Słyszałem, lecz nie spamiętałem.
— Bob?
— Tak, Bob, Bob powiedzieli.
— Jakże się dostał w ich ręce? Czy o tem nie mówili?
— Mówili. Był on z Krwawym Lisem na polowaniu, kiedy nań napadli Komancze. Lis zabił kilku z nich i umknął, lecz Murzyn wpadł im w ręce i zabrano, go na Dolinę Zajęcy. Tam zatrzymają go w niewoli, dopóki nie sprowadzą Lisa i Murzynki. Potem wszyscy troje mają zginąć śmiercią męczeńską.
— Tak daleko nie dojdzie; ja się o to postaram.
Bob musi wyjść na wolność. Ja tam zaraz pojadę.
Zerwałem się w rozdrażnieniu, chociaż zresztą niełatwo mię rozdrażnić. Wszyscy byli zdziwieni — a najbardziej Apacz, gdyż czerwony gardzi czarnym bardziej, aniżeli biały; ale nie śmiał nic na to powiedzieć. Dla dawnego cowboya, Old Wabble’a, stał Murzyn także tak nizko, jak pies, więc nie mógł milczeć.
— A wam co, sir? — zapytał. — Zdaje mi się, że ten Bob wyprowadza was z równowagi.
— Nie on, lecz ta okoliczność, że jest w niewoli u Komanczów i że mają go zabić.
— Pshaw! Czarny, nigger!
— Nigger? Chcieliście powiedzieć Negr.
— Nigger, powiadam. Nigdy w życiu nie wymawiałem tego słowa inaczej.
— Bardzo żałuję! Zdaje mi się, że Murzynów nie zaliczacie do ludzi.
— Naturalna historya wymienia ich wprawdzie między sortami ludzi, więc naukowo są nimi, ale, my God, jakimi!
— Przynajmniej takimi, jak wszyscy inaczej zabarwieni.
— Pshaw! Nigger jest stworzeniem tak nizkiem, że właściwie nie warto bynajmniej mówić o nim.
— Czy to rzeczywiście wasze zdanie?
— Yes.
— W takim razie ubolewam serdecznie, gdyż twierdzeniem tem dowodzicie, że stoicie jeszcze o wiele niżej od niggra.
— All devils! Czy to na seryo, sir?
— Zupełnie seryo!
— W takim razie ubolewam tak samo, jak wy. Człowiek kolorowy nie jest nigdy prawdziwym człowiekiem, bo Bóg nie naznaczyłby go barwami.
— Takiem samem prawem mógłby Murzyn powiedzieć: Biały nie jest prawdziwym człowiekiem, bo Pan Bóg nie stworzyłby go bezbarwnym. Zwiedziłem trochę więcej świata, aniżeli wy, i znalazłem wśród czarnych, brunatnych, czerwonych narodów przynajmniej tyle dobrych ludzi, co pośród białych; przynajmniej, mówię, przynajmniej. Czy rozumiecie, mnie, mr. Cutterze?
— Mnie wszystko jedno, coście znaleźli. Nie poznałem dotąd jeszcze ani jednego niggra, obok którego chciałbym usiąść.
— Ponieważ każdego czarnego traktowaliście od pierwszej chwili zaraz tak, że nie mógł się do was usposobić przychylnie. Doświadczenie wasze nie tworzy zatem takiego dowodu, jak twierdzicie. Co się zaś tyczy Boba, to jest on takim zacnym człowiekiem, że gdybyście się obaj znajdowali w potrzebie, poskoczyłbym prawdopodobnie prędzej jemu, aniżeli wam z pomocą.
— Thunder storm! A to komplement. Umiecie być nadzwyczajnie uprzejmym, mr. Shatterhandzie, nadzwyczajnie uprzejmym; th’ is clear!
— Staram się być szczerym a nie uprzejmym. Nie jestem zresztą uprzejmym dla ludzi, którzy pogardzają bliźnimi. Gdy was kiedyś zakopią do ziemi, zrobi się z waszego białoskórego ciała taki sam śmierdzący trup, jak ze zwłok Murzyna. Przyznacie mi to chyba, a teraz bądźcie tacy dobrzy i wyliczcie mi innne wasze zalety. Wszyscy ludzie, to stworzenia Boga, i dzieci Boga a jeśli wyobrażacie sobie, że was zrobił ze szczególnie drogocennej materyi i że jesteście szczególnym jego ulubieńcem, to popełniacie błąd, który trudno pojąć. Cieszyłem się, że was poznałem; czy ta radość ma się teraz skończyć?
Ciemno się zrobiło, więc nie mogłem poznać jego twarzy, ale słowa moje widocznie go dotknęły. Spuścił, głowę i mruknął:
— Zounds! Szkoda, wierutna szkoda, że zostaliście westmanem.
— Czemu?
— Zostalibyście byli jeszcze lepszym proboszczem kaznodzieją; th’ is clear.
— Jestem westmanem tylko przy sposobności. Przedewszystkiem jestem człowiekiem — i gdy drugi człowiek znajduje się w potrzebie a ja mogę mu dopomódz, to nie pytam się, czy jego skóra ma barwę zieloną czy niebieską. Tego Boba nie zostawię u Komanczów!
— Owszem! Nie bronię wcale, gotów nawet jestem wam dopomódz, ale teraz nie mamy wcale czasu na to.
— Ale to musi się stać zaraz teraz!
— Co? jak? Teraz właśnie?
— Tak.
— Przecież musimy ruszyć do Nargoleteh-tsil, aby się tam spotkać z Apaczami.
— Na to jeszcze czas.
— Jeszcze czas? Sir, ja was nie pojmuję.
— Czyż nie umiecie liczyć, mr. Cutterze? Czy sądzicie, że Apacze już tam być mogą?
— To musicie lepiej wiedzieć ode mnie. Ja tam mniej myślę o nich, aniżeli o Komanczach, których musimy uprzedzić.
— To także nic pilnego. Od wczoraj wieczorem za trzy dni ma Nale-Masiuw przybyć nad Błękitną Wodę. Czy sądzicie, że zaraz potem wyruszą?
— Nie, gdyż jego ludzie i konie muszą wypocząć z drogi.
— Przynajmniej jeden dzień wypocząć; mamy więc od teraz trzy dni czasu, a z tego potrzeba mi tylko dwu na uwolnienie Boba.
Stary chciał odpowiadać w dalszym ciągu, lecz Old Surehand uprzedził go, mówiąc:
— Powiedzcie-no, mr. Shatterhandzie. Słyszałem o was coś, co mnie nadzwyczajnie zajęło. Mieliście tam w Parku Narodowym spotkanie z Siouksami. Mieliście przy sobie towarzystwo dzielnych ludzi i Murzyna, nazywającego się Bob, jeśli się nie mylę.
— Tak jest.
— Czy to był ten sam Bob?
— Tak.
— W takim razie macie słuszność, zupełną słuszność. Nie wolno nam go zostawić; on musi się wydostać.
— Chcecie iść razem?
— Oczywiście! To się rozumie samo przez się. Kiedy stąd wyruszymy?
— O świcie.
— Czy to nie zapóźno?
— Nie. Wprawdzie stąd do Kaamkulano jest z czubkiem dzień drogi, ale ja znam te strony i mamy doskonałe konie. Nie natężając ich zbytnio, będziemy tam przed samym wieczorem, a zatem w czasie najwłaściwszym.
— Tak, przed samym wieczorem zawsze najlepiej, bo jest czas poznać miejscowość i przygotować sprawę. Potem, kiedy się ściemni, nastąpi wykonanie planu. Cieszę się z góry. Czy macie pojęcie, ilu tam ludzi mieszka?
— Nie. To będzie tylko namiotowa wieś wodza Wupa Umugi, i zdaje mi się, że nie będzie tam wielu młodych i rzeźkich wojowników.
— A więc bitwa ze starymi babami! Fi!
— Hm, tak łatwo nam to nie pójdzie. Podczas każdej wyprawy zostaje pewna liczba wojowników dla ochrony obozu, a w tym wypadku także dla pilnowania jeńca. Z nimi to będziemy mieli do czynienia.
— Wątpię jednak, żeby wszystkie nasze konie wytrzymały tę jazdę?
— Wszystkie? Ileż macie na myśli?
— No tyle ile ich mamy.
— A zatem dwa.
— Dwa? — zapytał zdziwiony.
— Tak. Mój kary i wasz kasztan.
— Hola! Sądzicie, jak się zdaje, że tylko my dwaj puścimy się w tę drogę?
— Pewnie; któż jeszcze?
— Sądzę, że nikt się nie wyłączy.
— A ja sądzę, że mamy przed sobą taką drogę, jakiej tylko nasze konie podołają. O mr. Parkerze i mr. Hawleyu wogóle nie może być mowy. Ich konie są już teraz znużone i padłyby po drodze.
Parker nic nie powiedział — poznał widocznie, że miałem słuszność — lecz Joz miał do mnie wielkie przywiązanie i trudno mu było się rozstać.
— Czy to niemożebne, żebym z wami pojechał? — zapytał. — Wszak wiecie, jak chętnie przebywam z wami, sir!
— Wiem o tem, ale to niemożebne, mr. Hawleyu. Koń nie może tyle, ile wy chcecie od niego.
— To Old Wabble pożyczy mi swojego.
— A wam co znowu? — zawołał stary. — Przecież ja sam także jadę.
— Wy? — zapytałem.
— Tak, ja.
— Sądziłem, że zostaniecie z tamtymi?
— Czemu? Konia mam dobrego. Sądzicie może, iż nie wytrzyma jazdy?
— Wytrzymałby prawdopodobnie, lecz będzie się opierał i nie zechce ruszyć z miejsca.
— Opierał? To szczególne! Chciałbym widzieć konia, któryby się oparł Old Wabbl’owi.
— Tym razem, przecież!
— Czemu właściwie tym razem?
— Ponieważ chodzi o niggra.
— Aha! Tak to rozumiecie! No, pod tym względem nie będzie nic zależało od konia, lecz ode mnie.
— Albo ode mnie, mr. Cutterze. Nie mam zamiaru trudzić was dla czarnego.
— Pshaw, uczynię to chętnie.
— Przedtem brzmiało to inaczej!
— Tak, przedtem! Czy mam być szczerym, mr. Shatterhandzie?
— No?
— Nie było to z waszej strony zbyt smacznie powiedziane, to o śmierdzącym trupie, ale trafiło do mnie, i sądzę, że nie było to całkiem niesłuszne. Chcę naprawić moje głupstwo, pomagając wam w wydobyciu Boba, i dlatego proszę was, żebyście mnie wzięli ze sobą. Czy chcecie, sir?
— Hm! Skoro już w ten sposób mówicie, to chciałbym, ale to jednak nie da się zrobić.
— Czemu nie?
— Bo na was zdać się nie można.
— Oho! Tego mi jeszcze nikt nie powiedział.
— W takim razie ja mówię wam to po raz pierwszy. Udowodniliście dzisiaj, że mam słuszność. Czy wiecie, co zamierzamy? Chcemy jeńca wydobyć z samego środka wsi indyańskiej. Już to samo wystarczy. Ale nie mamy czasu czekać na odpowiednią łatwą sposobność i wykonać musi się to w czasie jak najkrótszym. Tu podwójnie chodzi o śmierć i życie!
— Wiem o tem.
— Bardzo ładnie! Zrozumiecie zatem, że nie mogę zabrać was z sobą.
— Ja śmierci się nie boję.
— Ja wiem, ale ja boję się, że, zabierając was, pojedziemy w objęcia śmierci. Nie bać się śmierci, a padać w jej ramiona z nierozwagi — to nie jest jedno i to samo. Wam nie można zaufać.
— Czy dlatego, że nie zostałem tam, przy koniach? Sir, to było ostatni raz; wierzcie mi! Podajcie mi rękę i zabierzcie mnie z sobą!
Cóż było robić? Prosił tak usilnie. Czy miałem tego starego, doświadczonego westmana odprawić z kwitkiem, jak greenhorna? Nie zdobyłem się na to; podałem mu rękę i rzekłem:
— No, to dobrze, jedźcie z nami, ale mam nadzieję, że młodzieńcza swawola nie opuści was razem z rozumem!
— Well! Oto mi słowo! Nie odmówicie mi dowodów zadowolenia. Ale co będzie z tamtymi? Czy oni zostaną tutaj?
— Nie, odjadą.
— Dokąd?
— Do Nargoleteh-tsil, gdzie spotkamy się z Apaczami. Długi Nóż zna przecież drogę.
Czerwonoskóry, do którego zwróciłem się z tem zapytaniem, odpowiedział:
— Znam ją dokładnie. Kiedy mamy odjechać?
— Jutro rano, skoro tylko my wyruszymy.
— Czy tych psów Komanczów mamy zostawić tutaj?
— Nie; muszą zniknąć bez śladu. Komancze, dążąc na pustynię, będą tędy przejeżdżali, więc nie można ich tu także pochować, gdyż znaleźliby groby.
— Czy zwyczajny wojownik Apaczów może Old Shatterhandowi coś poradzić?
— Czemu nie?
— Przywiążemy zwłoki do koni i zabierzemy je do Nargoleteh-tsil i tam je pochowamy.
— Tak, to będzie najlepsze ze wszystkiego.
— A do kogo należą ich konie, broń i rzeczy?
— Do ciebie. Nam nic nie potrzeba, chyba że mr. Parker i mr. Hawley zechcą zmienić konie. W takim razie niech sobie wybiorą dwa, które im się spodobają.
— Niech tak będzie. Ale skalpy także sobie zabiorę; oni zabraliby mój tak samo. Howgh!
Sprawa była zatem załatwiona. Zjedliśmy i położyliśmy się spać; ponieważ nazajutrz czekała nas męcząca jazda, Parker, Hawley i Indyanin przedtem zgłosili się z gotowością stania na straży. Przystaliśmy na to oczywiście.
Zając z dalekiego Zachodu, a szczególnie texański, jest nieco większy od naszego szaraka a uszy ma znacznie większe. W owych czasach było ich mnóstwo, gdyż na preryach żyło jeszcze tyle bawołów i wszelakiej innej zwierzyny, że westman tylko wtedy marnował kulę na zajączka, kiedy już nic innego nie było. Nigdzie nie spotykało się tyle szaraków, co nad potokiem, przeprowadzającym do Buffalo-Spring wodę z jego źródła; zresztą Buffalo Spring właściwie jest także tylko źródłem. Rzeczka ta wypływała z tylnej części skalnego zagłębienia, mającego kształt panwi, a zamieszkałego gęsto przez te gryzonie, i zwanego dzięki temu przez białych Haze-pan, Zajęcza Panew. Dno tej kotliny porosłe było prawie przez cały rok bujną, soczystą trawą, a na wznoszących się pochyło zboczach rosły krzaki, z których tu i ówdzie wychylała się korona jakiegoś drzewa. To było Kaam-kulano, na którem teraz Komancze wodza Wupa Umugi rozbili swoje namioty.
Nazajutrz wieczorem, mniej więcej na dwie godziny przed zmierzchem, zbliżyliśmy się do tej doliny. Okolica nie była wprawdzie pustkowiem, ale też nie była zbyt zielona; ponieważ zaś musieliśmy być przygotowani na spotkanie, a osłony żadnej nie było, musieliśmy się o nią postarać. Mogliśmy ją mieć tylko tam, gdzie znajdowały się zarośla, a one były tylko nad rzeczką. Dostaliśmy się do niej w miejscu, oddalonem najwyżej o kwadrans drogi od wylotu doliny. Była to wprawdzie z naszej strony śmiałość zapuszczać się w biały dzień aż tak blizko, ale nie mieliśmy nic innego do wyboru, bo czas był skąpo odmierzony. Musieliśmy się jeszcze przed nastaniem nocy dowiedzieć, jak w dolinie rzeczy stały.
Udało się nam szczęśliwie wynaleść nad wodą miejsce, gdzie mogliśmy się ukryć w krzakach tak, że lepiej trudno było sobie życzyć. Tam zsiedliśmy i pozwoliliśmy dość znużonym koniom napić się wody i paść się na trawie. Dla siebie zabraliśmy zapas suszonego mięsa, wystarczający na kilka dni. Ponieważ byłem już raz w tych stronach, poprosiłem Old Surehanda i Old Wabble’a, żeby nie opuszczali kryjówki, lecz zaczekali na mnie, a sam poszedłem na zwiady.
Uprzytomniłem sobie okolicę tak, jak poznałem ją podczas pobytu w tych stronach, i ułożyłem sobie plan. Tam, gdzie rzeczka wypływała z doliny, wznosiły się jej boki zwolna i szeroko wypukle w górę, a zarośla dosięgały aż szczytu. Była to dla mnie okoliczność pomyślna. Krzaki ciągnęły się potem, jak wianek, dokoła brzegu doliny i nastręczały mi wiele sposobności do ukrycia się, skoroby się okazała tego potrzeba. Była przytem jednak pewna trudność, której nie należało nie doceniać. Nie wolno mi było zostawiać śladów, albo tylko takie nieznaczne, żeby nie można rozróżnić, czy pochodziły od buta, czy też od indyańskiego mokasyna. Cała okolica pozbawiona była zresztą drzew i zarośli, tak, że każdy większy przedmiot widać było z daleka.
Idąc ostrożnie naprzód, rzucałem często wzrokiem na wolne pole. Ku mej radości nie było widać nikogo, ani mężczyzny, ani kobiety, ani dziecka. Minął już zatem czas, w którym wszyscy pozostali w polu mieszkańcy obozu zwykli się schodzić do doliny na wieczór i na nocny spoczynek. Pod nieobecność wojowników bardzo surowo tego przestrzegają. Doszedłszy do wylotu doliny, zwróciłem się na prawo i zacząłem piąć się na zbocze. Czy wejście było strzeżone? Spojrzałem na dół i nie ujrzałem nikogo. Obóz musiał się znajdować w środku doliny, długiej na pół godziny drogi, gdyż tylną część zarezerwowano pewnie dla koni. Pora była widocznie bardzo szczęśliwie obrana, gdyż tu, na górze, nie było nikogo i ani śladu, żeby ktokolwiek był tu w ostatnich godzinach.
Wkrótce ujrzałem pierwsze namioty, a przeszedłszy jeszcze kawałek, zobaczyłem cały obóz na dole. Składał się z samych letnich, płóciennych, a nie zimowych, skórzanych, namiotów. Nie miałem czasu ich zliczyć, ale było ich przeszło sto. Place przed namiotami i między nimi roiły się od chłopców, kobiet i dziewcząt. Mężczyzn widziałem niewielu, a i ci wydali mi się starzy. Czyżby tych stu pięćdziesięciu wojowników, których miał ze sobą Wupa Umugi, tworzyło całą ludność, zdolną do broni, i czy nikt tu nie został? Tego nie przypuszczałem; byłoby to wielką nierozwagą. Nie mógł zostawić obozu bez żadnej ochrony. Za obozem zobaczyłem kilka pasących się koni.
Poszedłem jeszcze dalej, ażeby zobaczyć miejsce, z którego widziałbym więcej. Chodziło o to, żeby po jakimś znaku rozpoznać namiot, w którym Bob siedział. Musieli przed nim leżeć strażnicy. I rzeczywiście. Przed wejściem do ostatniego namiotu leżeli dwaj wojownicy. To był więc prawdopodobnie ten, którego szukałem. Opodal stał drugi namiot, większy od innych. Przed nim stały wbite w ziemię dwie tyki, na których wisiały rozmaite przedmioty szczególnego kształtu. Byłyżby to worki z gusłami? Byłby to namiot wodza? Prawdopodobnie. Każdy wojownik ma tylko jeden taki worek; jeśli go zgubi, traci cześć, dopóki nie zdobędzie go na nieprzyjacielu, którego zabije. Umierając, zabiera worek z sobą do grobu. Są jednak niektóre plemiona, gdzie gusła po przodkach przechowuje się. Tworzą one świętą i drogocenną pamiątkę, a kto je utraci, ten przepada zupełnie w oczach drugich. Przyszła mi pewna myśl. Byłyżby to pamiątki po przodkach Wupa Umugi? Jeśli tak, to musiałem dostać je bezwarunkowo. W walce między Apaczami a Komanczami mogły mi one wyświadczyć nieocenione usługi.

Poszedłszy jeszcze trochę dalej, ujrzałem nagle ślad stopy, prawdopodobnie kobiecej. Weszła tędy po zboczu na górę. Nie śmiała mnie zobaczyć, więc musiałem zawrócić. Właśnie zamierzałem się odwrócić, kiedy zaszeleściało w zaroślach i stanęła przede mną. Podniosłem już rękę, by ją pochwycić, lecz opuściłem ją zaraz, nie dlatego, że była to kobieta, bo w takich położeniach należy unieszkodliwić każde oko, które człowieka zobaczy, lecz z powodu wyrazu, jakiego nabrało jej oblicze na mój widok.

Była stara. Jej niezwykle wysoka i szerokopleczysta postać okryta była tylko niebieską szatą, podobną do koszuli. Z odkrytej głowy zwisały siwe włosy w nieuczesanych, pomierzwionych kosmykach. Twarz miała ciemno ogorzałą, ale na innem miejscu nie byłbym jej uważał za Indyankę. Miała rysy kaukazkie, a wydało mi się nawet, że podobne gdzieś niedawno widziałem. Oblicze poorane było zmarszczkami i okropnie zapadłe a oczy... te oczy! jakie to było spojrzenie! Takie sztywne, a przytem połyskujące, dzikie, a zarazem beznadziejne oczy widziałem w domach dla obłąkanych. Tak, ta kobieta była obłąkana, bezwarunkowo obłąkana. Najpierw wypatrzyła się na mnie gniewnie i badawczo, a potem nabrały jej oczy blasku łagodnego. Uśmiechnęły się bezbarwne usta, skurczyły się palce, podobne do palców szkieletu, by na mnie skinąć, a potem usłyszałem ciche, pośpieszne słowa:
— Chodź tu, chodź tu! Muszę się ciebie spytać!
Postąpiłem o trzy dzielące nas kroki, a ona pochwyciła mnie za ramię, wkopała palce w rękaw i zapytała:
— Jesteś blada twarz?
— Tak — odrzekłem równie cicho.
— A kto ty jesteś?
— Jestem Tibo-wete-elen — szepnęła.
Wete znaczy kobieta. Ale co miało znaczyć tibo i elen, nie wiedziałem. W żadnym ze znanych mi dyalektów nie było tych słów.
— Czy masz męża? — spytałem.
— Tak, nazywa się Tibo-taka.
Znów to nieznane tibo! Taka znaczy mężczyna.
— Gdzie on? — pytałem dalej.
Na to przyłożyła mi usta prawie do ucha i szepnęła:
— Poszedł po Krwawego Lisa. Musi pójść na pustynię, bo jest guślarzem plemienia.
Tak, ona była obłąkana, bo nie powiedziałaby tego obcemu i białemu. Następnie ujęła mnie za obie ręce i spytała z wyrazem najwyższego zaciekawienia:
— Czy widziałeś mojego Wawa Derrik?
Wawa znaczy brat, a Derrik? Czy miałaby na myśli angielskie imię Dytrych? Ależ brat tej Indyanki nie mógł się nazywać Derrik? Prawdopodobnie miała na myśli zupełnie inne pojecie.
— Nie — odpowiedziałem.
— Jesteś bladą twarzą i nie znałeś go? Przypomnij sobie! Musiałeś go znać. Ja ci pokażę. Przypomnij sobie!
Odłamała cienką gałązkę z krzaka i zwinęła ją w kółko, splotła obydwa końce, położyła sobie na głowie i szepnęła z uśmiechem wewnętrznego szczęścia:
— To mój myrtle wreath, myrtle wreath! Czy podoba ci się? Podoba?
To szczególne. Ta Komanczka posługiwała się angielskiem słowem myrtle wreath, wianek mirtowy. Któraż z Indyanek zna to słowo? Żadna. Ująłem ją za rękę i spytałem:
— Czy jesteś może białą? Powiedz mi!
Na to zaczęła prychać szczególnym, nieopisanym śmiechem i odrzekła:
— Uważasz mnie za białą, bo jestem piękna, bardzo piękna i noszę wianek? Nie patrz mi w oczy, bo tęsknota cię spali tak, jak mnie pali. Czy znałeś mego Wawa Derrik? Czy pokazać ci namiot, w którym mieszkam?
— Pokaż!
— Chodź trochę dalej, na krawędź. Ale nie pokaż się, bo musiałbyś oddać życie! Nasi wojownicy zabijają każdą bladą twarz. Ale ja cieszę się, że cię widziałam, i nie powiem o tem ani słowa, bo uczynisz to, o co poproszę.
— Uczynię. Czego sobie życzysz?
Zdjęła gałązkę z głowy, podała mi ją i rzekła:
— Jeśli zobaczysz mego Wawa Derrik, to daj mu ten myrtle wreath! Chcesz?
— Tak, ale gdzie ten twój Wawa Derrik?
— Tak... on... on... nie wiem już tego. Zapomniałam, ale ty go odnajdziesz. Nieprawdaż?
— Tak — odpowiedziałem, by ją ucieszyć. — Co mu mam nadto powiedzieć?
— Powiesz mu, że... że... że... Nie potrzebujesz nic mówić. Skoro zobaczy myrtle wreath, będzie wiedział, co mam na myśli. A teraz popatrz na dół! Czy widzisz w drugim szeregu namiot z odznakami guślarza?
— Widzę.
— Tam mieszkam z Tibo-taka i nazywam się Tibo-wete-elen. Czy spamiętasz to sobie? Nie zapomnij tego.
— Nie zapomnę. Kto mieszka w tamtym wielkim namiocie z tykami?
— Tam mieszka wódz nasz, Wupa Umugi.
— Jego niema. Kto tam jest teraz?
— Tylko jego żona i córka.
— I nikt więcej? W nocy także?
— W nocy także nikt więcej.
— A kto mieszka tam, w ostatnim namiocie, przed którym leżą dwaj wojownicy?
— Tam mieszka Murzyn, którego zabiją po sprowadzeniu Krwawego Lisa.
— Czy pilnują go bardzo surowo?
— Bardzo, ciągle dwaj wojownicy! — rzekła głosem bardzo poważnym.
— Czy tu teraz wielu takich wojowników?
— Tylko ci dwaj, których tu widzisz. Wielu poszło z wodzem na pustynię a reszta na polowanie, po mięso. Powrócą jutro albo pojutrze. Nie zgubisz tego myrtle wreath, lecz schowasz go dobrze?
— Nie bój się; trzymam go dobrze.
— I dasz go mojemu wawa Derrik?
— Jeśli go znajdę.
— Znajdziesz go i... — popatrzyła przed siebie, jak gdyby czegoś w swojem wnętrzu szukała a potem wzięła mnie za rękę i mówiła dalej. — I zaniesiesz mu jeszcze coś, co ci dam teraz?
— Oddam mu to.
Na to zarzuciła mi szybko ręce na szyję i pocałowała mnie tak szybko, że nie mógłbym się przed tem obronić, gdyby mi serce na to pozwoliło. Potem odstąpiła i poprosiła:
— No, teraz muszę już odejść, a ty idź także. Ale nie mów o tem nikomu, żeś się ze mną spotkał. Ode mnie także nikt się nie dowie.
— Czy rzeczywiście nie powiesz?
— Przysięgam na to! A ty?
— Czy istotnie nie wolno mi o tem mówić?
— Nikomu, nikomu, z wyjątkiem mego wawa Derrik; on musi wiedzieć. Daj mi na to twoją rękę!
— Masz ją.
Podałe, jej rękę a ona ją uścisnęła. Potem zeszła z góry, lecz schodząc, odwróciła się jeszcze, położyła palec na ustach na znak milczenia i powtórzyła:
— Nikomu, ani jednemu! A nie zgub mego myrtle wreath!
Następnie zniknęła w zaroślach. Stałem jeszcze przez chwilę na tem samem miejscu, poczem zwolna odszedłem. Co za spotkanie! Było mi bardzo dziwnie. Kto była ta kobieta? Czy rzeczywiście Indyanka? Ale czy mogła być białą? Aby odpowiedzieć na te pytania, musiałbym ją więcej razy widzieć i mówić z nią. Była obłąkana; lecz mimo to wywarła na mnie głębokie duchowe wrażenie. Była zagadką, niezgłębioną, tragiczną zagadką; niezgłębioną, gdyż nie miałem czasu jej rozwiązać. Wawa Derrik istniał zapewne nietylko w jej wyobraźni, lecz w rzeczywistości; ale gdzie? i kto to był? Czy Indyanin? Prawdopodobnie, gdyż wyraz wawa na to wskazywał. A myrtle wreath; co to znowu? Czyżby był przyczyną jej szaleństwa? A może w chwili, kiedy oszalała, miała na głowie wianek mirtowy? Okropna myśl! Jeśli tak, to była białą a nie Indyanką. Może i było jakie rozwiązanie. Prawdopodobnie musiałem zetknąć się podczas walki z guślarzem; wtedy miał mi odpowiedzieć.
Wracając z temi myślami, nie zaniedbałem jednak ostrożności, jaka była potrzebna. Co miałem powiedzieć towarzyszom? Czy wolno mi było mówić o tej tajemniczej Tibo-wete-elen? Dałem jej słowo, że będę milczał, dałem je obłąkanej — więc czy mogłem je złamać? Nie byłoby to grzechem, ale po pierwsze byłoby to rzeczą brzydką i niemoralną, a powtóre zbyt długo przebywałem wśród ludów dzikich, dla których obłąkanie jest świętością, ażeby nie przychylić się nieco do tego zdania. Ta kobieta wydawała mi się czemś wyszczególnionem, a w mojem wnętrzu wytwarzało się dokoła jej zjawiska coś w rodzaju aureoli. Obłąkanie podnosiło moje przyrzeczenie, zamiast je obniżać; więc musiałem go dotrzymać.
Z tem postanowieniem wróciłem do naszej kryjówki, do której dostałem się szczęśliwie i niepostrzeżenie w chwili, kiedy się zciemniało. Tak długo mnie nie było.
— Nareszcie, nareszcie! — przyjął mnie Old Wabble, kiedy tymczasem Old Surehand milczał. — Zacząłem się już prawie o was niepokoić.
— Niema najmniejszego powodu do obawy — odpowiedziałem.
— Nie? Więc wszystko dobrze?
— Wszystko.
— Czy nigger jest?
— Negr, chcieliście powiedzieć! Tak.
— Ale pilnie strzeżony?
— W obozie są dzisiaj tylko dwaj wojownicy, pilnujący go dniem i nocą; reszta na polowaniu. Taka ciągła uwaga nuży i spodziewam się, że nie będziemy mieli wielkich trudności.
— Jak zabierzemy się do tego?
— Pozwólcie mi się namyślić.
Nie powiedziałem tego dla istotnej potrzeby namysłu, gdyż plan mój był gotowy, lecz dlatego, że nie miałem ochoty do rozmowy. Indyanka zaprzątała mnie jeszcze zbyt mocno. W tej chwili padł mój wzrok na Old Surehanda, którego męsko piękna twarz w oświetleniu ostatnich promieni światła dziennego nabrała wzruszająco rzewnego wyrazu. Czy tak było w istocie, czy też się omyliłem? Oto podobieństwo, które odczułem był przedtem na widok owej kobiety, a którego nie mogłem sobie bliżej określić. Tak, to była ta sama twarz, to samo czoło, te same usta, tylko pełniejsze, młodsze i męskie, oraz bez owego wstrząsającego tragizmu, tylko elegijnie poważne i rzewne. Była to dla mnie niespodzianka, prawdziwa niespodzianka, ale już w następnej chwili wydało mi się, że musiałem się pomylić. Byłem jeszcze pod świeżem wrażeniem spotkania się na wzgórzu Kaam-kulano i widziałem rzeczy nieistniejące!
Zmrok zapadał szybko i wkrótce nie mogłem już rozpoznać twarzy Old Surehanda. Co byłoby, gdybym nie uważał tego za złudzenie i opowiedział mu o Indyance? To byłoby ją o wiele prędzej z nocy obłąkania wyzwoliło. Nie czynię sobie jednak wyrzutów, gdyż chciałem względem niej być rzetelnym, sprawiedliwym i dotrzymać przyrzeczenia. Jemu zaś można było także zdjąć daleko prędzej z serca przygniatający go tak bardzo ciężar.
Siedzieliśmy długo, nie przerywając milczenia, aż Old Wabble stracił cierpliwość i zapytał mnie:
— No, sir, jak długo będziecie właściwie myśleli? Czy pozwolicie mi dopomódz w tem sobie?
Na to przerwał Old Surehand swoje milczenie i upomniał go.
— Old Shatterhandowi nie potrzeba waszej pomocy, stary Wabble’u; on sobie bez was da radę.
— Ale kiedy? Wieczór mija, a tu niema czasu do stracenia.
— Cierpliwości! — prosiłem go. — Nie możemy nic począć, dopóki czerwonoskórcy nie zasną.
— Ale potem? Jak zabierzemy się do tego?
— Wiem, gdzie stoi namiot, w którym Bob siedzi. Zakradniemy się tam, powalimy strażników...
— Zabijemy ich? — przerwał mi.
— Nie. Wystarczy ich ogłuszyć.
— Weźmiecie to chyba sami na siebie, bo ja tego nie dokażę. Ale mówicie tak, jak gdyby to było takie łatwe: zakradniemy się, powalimy...
— I wydobędziemy go... koniec!
— Koniec! I nic więcej?
— O, i owszem.
— Co?
— Potem udamy się do namiotu wodza i zabierzemy stamtąd worki z gusłami, wiszące tam na tykach.
— Worki z gusłami?
— Tak, przodków.
— Thunder-storm. On zwaryuje, kiedy się o tem dowie. Przecież utraci cześć a z nią wszystko, co tylko ma i czem jest.
— Nie.
— Nie? Zdaje mi się, że także znam trochę zwyczaje i obyczaje czerwonych. Kto takie worki utraci, ten umiera moralnie.
— Zapewne, ale on ich nie utraci.
— Co? Nie?
— Przynajmniej nie na długo.
— Chcecie mu je zwrócić?
— Tak.
— To dziwactwo!
— Nie.
— Owszem! Jeśli mu je macie oddawać, to raczej je zostawić na miejscu!
— Mam w tem interes.
— Jaki? Chciałbym rzeczywiście usłyszeć.
— Chcę uniknąć rozlewu krwi.
— Zapomocą tych worków?
— Tak.
— Osobliwy z was człowiek. Nie pojmę tej sprawy, jeśli mi jej nie wytłómaczycie.
— Co się stanie, gdy wódz dowie się, że mam jego gusła?
— Przerazi się okropnie; th’ is clear!
— I wprawi w ruch wszystkie sprężyny, by te worki odzyskać. Nieprawdaż?
— To rozumie się samo przez się. Nie będzie dla niego zbyt wielkiej ofiary w tym celu.
— Ofiara, której zażądam od niego, nie będzie wcale zbyt wielką. Będzie musiał zawrzeć pokój z Apaczami i nie napastować Bloody-Foxa.
— Mr. Shatterhandzie, wy nie jesteście dziwak lecz zuch, wielki zuch; muszę to przyznać! On zgodzi się na to.
— Ja także tak przypuszczam.
— Tak, on to zrobi, niestety; niestety, zrobi.
— Czemu: niestety?
— Tak, bo to pozbawi mnie przyjemności, całej wielkiej i pięknej przyjemności. Tak się już naprzód cieszyłem.
— Czem?
— Nauczką, jaką mieli otrzymać czerwoni. Zapatrujecie się na to inaczej, ale ja wam powtarzam i zawsze będę powtarzał, że nie można za mało Indyan zabijać. To plugawstwo musi zniknąć ze świata.
— Teraz znowu przemawia przez was cowboy i to w sposób, który mnie może rozgniewać.
— Gniew wam daruję. Gdybyście byli cowboyem tak, jak ja, to wiedzielibyście, że każdy czerwony jest urodzonym koniokradem. Miałem z tymi łotrami niemało do czynienia.
— Ale zdaje się, że wam to nie zaszkodziło. Byliście przytem zdrowi i dożyliście późnego wieku.
— Tak, gniew służył mi nadzwyczajnie, przyznaję. Mimo to jednak nienawidzę ich i cieszyłem się z góry, że zmiotę wielu z nich, chociaż jestem na tyle sprawiedliwy, że uważam myśl waszą za wspaniałą. Jeśli się to powiedzie, to przepadnie mi cała uciecha. Mam jednak pewną małą nadzieję.
— Jaką?
— Że drudzy wodzowie na to nie przystaną.
— To istotnie być może, że drudzy się będą opierali; zwłaszcza Nale-Masiuv.
— Być może, że i on, ale miałem na myśli młodego wodza, Sziba-bigh.
— Dlaczego?
— Właśnie dlatego, że młody i rywalizacya będzie większa. Jego ojciec był najpierwszym wodzem Komanczów, a on chciałby także nim zostać. Wupa Umugi trzeba będzie usunąć, a najlepszym pretekstem będzie to, że stracił wszystkie worki z gusłami.
— Układacie to sobie ładnie, ale zawiedziecie się prawdopodobnie. Powiedziałem wam już, że Sziba-bigh winien mi wdzięczność. Gdy z nim poważnie pomówię, zgodzi się pewnie na moje życzenie.
— Poważnie pomówicie? Czy chcecie grozić?
— To zależy od okoliczności; może i tak.
— Czem?
— Najpierw naszymi Apaczami.
— To niedostateczne, bo odpowie wam swoimi Komanczami.
— W takim razie wyślę w pole inne wojska. t. j. moralne.
— Moralne? Mr. Shatterhandzie, czy sądzicie naprawdę, że czerwonym zależy coś na moralności?
— Tak.
— To łudzicie się bardzo.
— Pshaw! Ocaliłem mu życie i wypaliłem z nim nietylko fajkę pokoju, lecz kalumet przyjaźni.
— Kalumet przyjaźni? To wiele, nawet bardzo wiele. Na palenie pokojowe nie można liczyć, bo to wszystko tylko dym, ale skoro dwaj palili razem na przyjaźń, to nie śmią występować przeciw sobie z bronią w ręku. Th’ is clear.
— A zatem! Jeśli Sziba-bigh nie zechce zgodzić się na moją propozycyę, to stać mnie na to, żeby tak rozpuścić wiadomość o tem, że w każdym namiocie indyańskim, przy każdem ognisku obozowem będą o tem mówili. Możecie sobie skutki tego wyobrazić.
— Hm, tak. On nie dochowałby przyjaźni i wierności Old Shatterhandowi, on, młody Indsman doświadczonemu i słynnemu westmanowi, który mu życie ocalił i ufał.
— Co dalej.
— Nikt z białych ani czerwonych nie paliłby z nim kalumetu.
— To pewne. Dlatego też, jeśli nie z przyjaźni i wierności, to z rozsądku wyrzeknie się walki z nami. Jestem tego całkiem pewien. A wy nie, mr. Cutterze?
— Well, muszę to przyznać. Moja nadzieja idzie zatem całkiem na psy. Ale nie, sir; zostaje mi jeszcze jedna.
— Jaka?
— Ta, że nam się nie uda dostać jego guseł.
— I w tem muszę was rozczarować.
— Nie ufajcie tak sobie. Nie można nigdy przewidzieć tego, co nastąpi i jakie mogą zajść trudności.
— Tu niema żadnych trudności. Znam sytuacyę. Jest tylko jeden wypadek, w którym musiałbym się wyrzec tych worków, mój bardzo czcigodny mr. Cutterze.
— Dlaczego wymawiacie moje imię z takim naciskiem?
— Bo tu właśnie o was idzie.
— Jakto?
— Musielibyście dopuścić się znów takiej samowoli, jak wczoraj. W takim razie mogłoby się nie udać; inaczej nie.
— Pod tym względem mogę was uspokoić. Zachowam się zupełnie tak, jak wy mi przepiszecie.
— Rzeczywiście? Jeszcze raz pytam: rzeczywiście?
— Tak. Ani myślę takiego kazania dać sobie powiedzieć wobec wszystkich towarzyszy; th’ is clear!
— W takim razie jestem zadowolony i pewien siebie.
— Well. Ale wiecie co? Jesteście taki rozważny i przebiegły westman a przecież nie pomyśleliście nad jednym punktem, niesłychanie ważnym.
— Wy także nie, bo pewnie mówilibyście już o nim.
— Przyszedł mi rzeczywiście na myśl dopiero w ostatniej chwili.
— Co takiego?
— Koń.
— Jaki koń?
— Na którym ma jechać wasz nigger, Negr, chciałem powiedzieć.
— I wam się zdaje, że ja o tem zapomniałem.
— Yes.
— Hm! W takim razie nie byłbym rzeczywiście godnym nazwy westmana.
— A więc tak?
— Tak.
— Powinniśmy byli zabrać z sobą jednego.
— Nie. Nie mieliśmy takiego, który wytrzymałby szybką jazdę tu i z powrotem. Weźmiemy stąd jednego.
— Od czerwonych?
— Oczywiście. Czy może jest tu tattersal, gdzie moglibyśmy konia wypożyczyć?
— Zaczynacie być uszczypliwy, mr. Shatterhandzie. A więc ukradniemy konia? Hm! Ciemno jest. A jeżeli pochwycimy takiego, który nic nie warta i nie nadąży naszym koniom?
— Niema obawy! Już wybrałem jednego.
— Aha, na prawdę?
— Tak. Jeden był przywiązany osobno obok namiotu wodza a więc należący prawdopodobnie do Wupa Umugi. Zwierzę to bardzo piękne i cenne, a nie wziął go, żeby go w walce nie narazić na śmierć lub kalectwo. Tego sobie weźmiemy.
— Czy Murzyn potrafi na nim jechać?
— Ja na nim pojadę, a on na moim.
— Well. W takim razie tylko jedna jeszcze wątpliwość.
— Jeszcze jedna?
— Tak, ostatnia. W takich okolicznościach nie można być nigdy dość ostrożnym i należy wszystko rozważyć. Dajmy na to, że powalicie dozorców, a my zabierzemy Boba, dostaniemy gusła — a to wszystko tak, że tego nikt nie zauważy. Ale koń narobi łomotu; ja to znam dobrze.
— Ja także.
— Nie nosił jeszcze nigdy białego nie da wam wsiąść na siebie.
— Musi.
— A gdy go nawet dosiędziecie, to nie zechce was słuchać.
— Musi.
— Oho! Czy jesteście tego rzeczywiście tak pewnym?
— Tak.
— W takim razie z was jeździec, z którym tylko jeszcze jeden może się porównać.
— Kto taki?
— To jest... jest... hm. Nie weźcie mi tego za złe, ale to stary Wabble.
— A, wy! — roześmiałem się.
— Tak, ja. Nieprawdaż, że to brzmi zuchwale? Ale tak jest. Wiecie, jak mnie nazywają?
— Król cowboyów.
— Czy wiecie także, co to ma znaczyć? Oto, że niema konia, który nie musiałby tego czynić, co ja chcę. Czy możecie to także powiedzieć o sobie?
— Naco się przydadzą słowa i przechwałki?
— Well, macie słuszność. Mężczyzna, to czyn. Słyszałem o tem i sam już widziałem, że dobry z was jeździec. Ale do tego potrzeba...
— Widzieliście? — wpadłem mu w słowo. — Nie widzieliście nic jeszcze.
— Nic? Zdawało mi się, że w ostatnich dniach miałem do tego dość sposobności.
— Jechałem na własnym koniu, a dzisiaj będzie inaczej.
— Tak, tak! Spodziewam się jednak, że nas nie roztratujecie w niwecz!
— Nie bójcie się. Kiedy nań wsiądę, was już tam nie będzie.
— Nie? A gdzież?
— W obozie są tylko dwaj dorośli wojownicy, a ja ich ogłuszę, ale tymczasem mogą przyjść do siebie, a ponieważ przeprawa z koniem nie odbędzie się bez hałasu, zaalarmuje się cały obóz. Także młodzi chłopcy wsiądą na koń, ażeby nas ścigać, a chociaż nie będziemy się bali takich prześladowców, może jednak najgłupsza kula trafić najmędrszego człowieka. Toteż uważam za właściwe nie zatrzymywać się tutaj, lecz natychmiast odjechać.
— Ja jestem także tego zdania.
— Zrobimy to więc w następujący sposób: Gdy będziemy już mieli Murzyna i gusła, zabierzecie się czemprędzej z doliny. Wy, mr. Cutterze, poprowadzicie Boba, a mr. Surehand poniesie worki. Przybywszy tutaj, wsiądziecie na konie i pojedziecie dalej.
— Bob na waszym koniu?
— Tak.
— A czy go puści na siebie? Wiem, że kary nie zniesie nikogo, jeśli wy nie zechcecie.
— Bob i kary znają się z czasów dawniejszych.
— Pięknie! A wy?
— Ja zaczekam, dopóki nie wyda mi się, że już jesteście bezpieczni; potem wsiądę na konia i pośpieszę za wami.
— Heavens! Ostrzegam was jeszcze. Wmyślcie się tylko w sytuacyę! Jesteście w samym środku obozu indyańskiego. Chcecie dosiąść konia, nie chcącego was dopuścić, a gdy wydostaniecie się nań z niebezpieczeństwem dla życia, zacznie podskakiwać i rozbijać się, żeby was zrzucić. Ile to czasu będzie kosztowało, i jaki zgiełk to wywoła! Czerwoni się przebudzą, nadbiegną chmurą; młodzi wprawdzie, lecz uzbrojeni! Zestrzelą was z konia, ponieważ nie zechce ruszyć z miejsca.
— A ja wam powtarzam, że musi.
— Well, a więc musi i posłucha, ale, jak będzie skakał na prawo i na lewo, dostanie się pomiędzy inne konie, które narobią piekielnego hałasu, zaczną się kopać i kąsać; popędzi na namioty, pobiegnie pod górę nie przodem lecz bokiem, potem stoczy się i złamie kark wam i sobie; on...
— Skończcie już, skończcie, sir! — przerwałem mu te biadania. — Daję wam słowo, że nie stanie się nic z tego wszystkiego, co przedstawiliście tu tak czarująco.
— To pięknie. Wprawdzie chcecie tego koniecznie, ale przewiduję nieszczęście. Na szczęście nie mam szyi pod waszą głową, a jeśli wam się uda wyjść z tego z kilku złamaniami żeber, nóg i z kilku zwichnięciami, to będzie bardzo chwalebne. Komu radzić nie można, temu nie należy pomagać, bo mu pomódz nie można; th’ is clear.
— Nie potrzebuję pomocy i proszę tylko o jedno, skoro będziecie gotowi. Oto jedźcie dokładnie tą samą drogą, którą przybyliśmy tutaj, ażebym was nie minął.
Na to rzekł Old Surehand spokojnym lecz pewnym głosem:
— O ile Old Wabble niepokoi się o was, o tyle ja jestem spokojny, mr. Shatterhandzie. Sprawa jest niebezpieczna, wysoce niebezpieczna — ale wiem, że nie zabieracie się do niczego, czego wykonania nie jesteście pewnym. Wszystko więc pójdzie składnie. Ale jeśli nie macie nic przeciwko temu, to zaproponowałbym wam coś.
— Nietylko nie mam nic przeciwko temu, ale będę wam za to wdzięczny.
— Ile wynosi długość doliny od jednego końca do drugiego?
— Pół godziny drogi.
— A jak daleko stąd do jej początku?
— Mały kwadrans.
— Konie znajdują się prawdopodobnie w tyle.
— Tak.
— To wyniesie razem trzy kwadranse. Czy to nie za daleko?
— Hm! Moglibyśmy skrócić sobie drogę, gdybyśmy zabrali konie do wylotu doliny.
— To chciałem wam właśnie zaproponować.
— Dziękuję, sir, i zgadzam się. Będzie już dziesiąta. Czerwoni chodzą wcześnie spać, zwłaszcza, kiedy niema mężczyzn dorosłych. Czy sądzicie, że możemy wyruszyć?
— Będzie już czas, gdyż nie możemy czekać, aż północ minie.
— To ruszajmy!
Zarzuciliśmy strzelby, wzięliśmy konie za cugle i poszliśmy. Doszedłszy do doliny, zakradłem się nieco do środka, by się przekonać, czy możemy tu konie same zostawić. Nie było nikogo, a dalej nie było widać ogniska. Czerwoni spali. Przywiązaliśmy więc konie i zaczęliśmy wykonanie planu, którego koniec przedstawiał mi Old Wabble tak tragicznie.
Gwiazdy dawały nam tyle światła, ile nam było potrzeba — ani mniej ani więcej. Trzymaliśmy się lewego brzegu doliny, którą, będąc na zwiadach, widziałem z prawej krawędzi. Znałem go zatem lepiej od przeciwległego. Szliśmy tak daleko od namiotów, że gdyby tam jeszcze kto czuwał i był na drodze, nie mógłby nas zobaczyć. Minąwszy je, położyliśmy się na ziemi, aby przeczołgać się na prawo, do namiotu, w którym Bob siedział. Czołganie się utrudniały nam strzelby, które mieliśmy ze sobą. Zostawienie ich przy koniach byłoby zbyt ryzykownem, gdyż łatwo mogliśmy ich potrzebować do obrony.
Old Surehand lazł na przedzie. Pokazałem mu namiot i pozwoliłem mu na to. On uważał to za punkt honoru, żeby być pierwszym, a błędu z jego strony nie było się co obawiać. Przybywszy blizko namiotu, zaczekał, dopóki się nie zbliżyłem i szepnął do mnie:
— Widzicie tam obydwu dozorców? Leżą przed wejściem i śpią. Czy mam wam pomódz? Sądzę jednak, że macie rękę wprawniejszą.
— Zostawcie ich mnie! Usłyszycie dwa głuche uderzenia i przyjdziecie do mnie.
Posunąłem się dalej całkiem cicho. Nie ruszyli się; spali istotnie. Między obydwoma był taki odstęp, że z tego skorzystałem. Gdy się potem podniosłem, leżeli, jakby się dla mnie pokładli: jeden z prawej, drugi z lewej strony. Wziąłem pierwszego za gardło i uderzyłem go w skroń. Krótkie drżenie przebiegło jego ciało, potem wyprężył się i leżał, nie wydawszy głosu ze siebie. Ten był już gotów — a tak samo poszło i z drugim.
Wtem zbliżył się Old Surehand, a za nim Cutter.
— Usiądźcie przy nich, każdy przy jednym! — szepnąłem. — Starajcie się, żeby nam nie przeszkodzili, dopóki nie wrócę.
— Wszak ogłuszeni — rzekł Old Wabble.
— Lecz na jak długo? Nie znam ich czaszek i mogłem uderzyć za słabo. Gdyby który się zbudził, zagrozicie mu nożem.
Podniosłem zasłonę we drzwiach i wszedłem do namiotu. Słychać było głośny spokojny oddech śpiącego.
— Bob! — próbowałem zawalać.
Nie usłyszał. Wziąłem go za jedną nogę i pociągnąłem za nią.
— Bob!
Na to się ruszył.
— Bobie, to ty?
— Co... kto... gdzie? — odpowiedział zaspany.
— Zbudź się, bądź rozsądny i słuchaj, co ci powiem! Czy tu sam jesteś?
— Tak, Bob być tutaj sam. Kto przyjść teraz do masser Bob? Kto z nim mówić?
Poczciwy Murzyn miał tę właściwość, że siebie nazywał masser, a kogo uważał za wyższego od siebie, do tego mówił — massa.
— Powiem ci, jeżeli będziesz mówił cicho, całkiem cicho. Przychodzę ciebie uwolnić.
— Oh, oh, oh! Bob uwolnić! Masser Bob ma być wolny, całkiem znów wolny?
— Tak, całkiem wolny.
— Kto być, co masser Bob uwolnić?
— Ucieszysz się, bardzo ucieszysz, kiedy usłyszysz, kto jestem. Ale nie krzyknij z radości.
— Bob cicho mówić, całkiem cicho, tak cicho, że nikt nie usłyszeć.
— Dobrze, to zgadnij!
— Bob nie usłyszeć głosu. Czy to być massa Bloody-Fox?
— Nie.
— To może być tylko massa Shatterhand.
— Tak, to ja.
— Oh... oh... oh... ooooooh! — stęknął z zachwytu, przyczem usłyszałem zgrzytanie zębów. Zagryzł je, aby nie krzyknąć, przyczerń jednak tak zaczął wyrzucać skrępowanemi nogami, że musiałem się ustąpić, aby mnie nie kopnął tak, że wółby się nie powstydził. Był to bowiem człowiek bardzo silny, którego potrąceń i uderzeń należało unikać.
— A więc cicho! Możesz okazać swoją radość, gdy szczęśliwie stąd się wydostaniemy. Nogi masz związane; gdzie jeszcze jesteś skrępowany?
— Ręce z tej i z tamtej strony przywiązane do pala, a ciało owinięte rzemieniem i także przywiązane do pala.
— Jak obchodzono się z tobą?
— Z bardzo wielką siłą. Dużo cięgów dostał.
— A jak było z jedzeniem?
— Bob ciągle być głodny.
— To się odmieni. Bądź cicho! Odwiążę ciebie. Rzemienie przydadzą nam się na drodze.
— Tu być jeszcze więcej rzemieni; wiszą tam na słupie.
— Dobrze, poczują je twoi dozorcy. Mam ze sobą karego, a ty na nim pojedziesz. Chyba dasz sobie z nim radę.
— Kary Hatatilla? O, Bob i kary być dobrzy przyjaciele, jechać dobrze na sobie i nie rozejść się nigdy.
— To pięknie! Teraz śpieszmy się i nie gadajmy! Później opowiesz mi, jak dostałeś się do niewoli.
Gdy go rozkrępowałem, powstał, naciągnął się kilka razy a stękał z radości.
— Gdzie rzemienie, o których mówiłeś? Podaj mi je prędzej.
— Zdjął je i opuściliśmy namiot. W towarzyszach poznał od razu białych, którzy musieli należeć do mnie. Ujrzawszy obu dozorców, leżących na ziemi, rzekł:
— To czerwone psy Indyanie, którzy Bob ciągle bić i kopać. Massa Shatterhand uderzyć ich pięścią w głowę?
— Tak, teraz ich zwiążemy.
— Oh... oh...! Massa pozwolić, że Bob ich związać. Rzemienie musieć przejść przez mięso aż do kości.
Skrępował ich tak, że zbudzili się z bolu. Oderwaliśmy z koszul indyańskich kilka szmat i wpakowaliśmy je im w usta, jako knebel, ażeby się nie odzywali. Potem zawlekliśmy ich do namiotu i przywiązaliśmy ich tam tak mocno, że napewno nie mogli się uwolnić.
Ta część zadania poszła szczęśliwie. Teraz chodziło o worki z gusłami. Bob i Old Wabble musieli zaczekać, a ja z Old Surehandem zakradliśmy się do namiotu wodza. Nic się tam nie poruszyło, nic nie drgnęło, i z łatwością wyciągnęliśmy tyki z ziemi. Wróciwszy na dawne miejsce, odczepiliśmy od tyk worki i związaliśmy je rzemieniem.
— Już; my przynajmniej! — rzekł Old Wabble. — Ale teraz przychodzi najtrudniejsza rzecz dla was. Lękam się naprawdę. Czy daleko wam stąd do konia?
— Nie. Widziałem, że leży w trawie za namiotem wodza.
— Chodźmy tam.
— Chcielibyście spróbować, jak tam?
— Yes.
— To chodźcie. Niech się stanie wedle waszej woli, bo teraz chyba nie może nam się zdarzyć nic złego. Ale nie za blizko, bo narobi hałasu.
Poczołgaliśmy się tam bez szmeru a kiedy byliśmy w odległości jakich dwudziestu kroków, koń podniósł głowę i parsknął. Gdy podeszliśmy jeszcze o trzy kroki, zerwał się zaczął targać lassem i przebierać nogami.
— Odejdźcie już! — powiedziałem. — Zacznie jeszcze rżeć. To zwierzę ma dobrą szkołę.
— Niech dyabli porwą szkołę, jeśli przy tem, będąc białym, łamie się ręce i nogi. Czy rzeczywiście będziecie jeszcze próbowali z tą bestyą?
— Tak.
— W tych ciemnościach?
— A może mam czekać, aż dzień nadejdzie?
— Nie dowcipkujcie; sprawa poważna. Lękam się naprawdę ogromnie o was. Dam wam dobrą radę; wolicie...
Byłby mi rzeczywiście dał całkiem niepotrzebną radę, gdyby mu nie przerwał Old Surehand.
— Bez frazesów, sir! Musimy się już zabierać. Weźcie Boba za rękę i poprowadźcie go, a ja poniosę te worki. Naprzód!
— Nie mam nic przeciwko temu; odchodzę już i poprowadzę Boba, ale ciekawy jestem, jak się to skończy. Umywam ręce w niewinności, ponieważ nie można ich tu wymyć w niczem innem; th’ is clear.
Zniknęli w ciemnościach nocy, a ja mogłem się zabrać do głównej części mojego zadania, gdyż uprowadzenie konia byto rzeczą o wiele trudniejszą od uwolnienia Murzyna i, tak łatwo udałego, zabrania guseł wodza. Ani mi przez myśl nie przeszło zdobywać konia tak, jak to sobie myślał Old Wabble. W obecnych warunkach, a zwłaszcza w nocy, byłoby to połączone z niebezpieczeństwem dla życia. Szlachetny koń miał szkołę indyjską, bał się każdego białego, a chociaż nie wątpiłem bynajmniej, że śmiałym skokiem uda mi się dostać mu na grzbiet, to przecież nastąpiłoby to dopiero po energicznym oporze zwierzęcia, połączonym z tętentem, parskaniem, rżeniem i biciem kopytami, co spowodowałoby ogromny hałas. A gdybym był nawet tego dokazał, nie było: ani siodła, ani uzdy, ani zwykłego rzemienia na głowę, gdyż konia przywiązano lassem do kołka w ziemi v ten sposób, że drugi koniec rzemienia obwiązano mu poprostu dokoła szyi. Musiałbym się ograniczyć na ucisk kolanami, koń zacząłby z początku ze mną uciekać i opanowałbym go dopiero po dłuższym czasie. Przytem musiałoby się rzeczywiście stać to, co przewidywał Old Wabble. Popędziłby ze mną do innych koni i na namioty, rzucałby się nieregularnie tu i tam, upadłby, a ja mógłbym przytem skręcić kark i nogi połamać.
Nie. Trzeba było zabrać się inaczej do rzeczy. Na szczęście, wiedziałem dobrze, jak należy się z takim koniem obchodzić. Nauczyłem się tego od Winnetou. Nie śmiał on mnie uważać za białego, lecz za Indyanina, poczem miałem mu zawiązać oczy.
Rozmawiając na wzgórzu z obłąkaną, zobaczyłem, że ten brzeg doliny porosły jest mnóstwem pewnego gatunku rośliny, i przyszło mi odrazu na myśl użyć woni tych ziół do złudzenia konia. Bystry westman musi ze wszystkiego korzystać, a życie jego zawisło często od istnienia takiej roślinki. Oprócz tego zauważyłem przed namiotem wodza kilka opończ, rozłożonych na trawie przez żonę wodza, prawdopodobnie w celach oczyszczenia ich. Są to szerokie białe koce, w które podczas deszczu lub zimna owija się całe ciało. To mi się także przydało; więcej nie było mi potrzeba.
Poszedłem najpierw do ziół, położyłem się w nich i zacząłem się tarzać, poczem końcami liści, mającymi woń szczególnie silną, natarłem sobie twarz i ręce. Teraz koń nie mógł już węchem poznać, że jestem białym. Następnie zakradłem się do koców i odciąłem od jednego z nich pas, ażeby koniowi zawiązać oczy. Drugim owinąłem się zupełnie, tak, jak to czynią Indyanie, ale przedtem zdjąłem kapelusz i przypiąłem go pod bluzą myśliwską, gdyż mógł wzbudzić podejrzenie u konia. Następnie zacząłem się do niego powoli zbliżać. Leżał znowu, zwrócił ku mnie z zaciekawieniem głowę, wciągnął badawczo w nozdrza powietrze i... leżał dalej. Uważał mnie za czerwonoskórca; w ten sposób wygrałem sprawę.
— Omi enokh, omi enokh; bądź dobry, bądź dobry — rzekłem w narzeczu Komanczów cicho i pieszczotliwie, pochylając się nad nim i głaszcząc go po szyi. Pozwolił na tę pieszczotę, ja zaś zachowywałem się tak samo, dopóki nie mogłem przypuścić, że towarzysze dostali się już do koni. Wtedy zdjąłem lasso z kołka, pokrajałem je na kilka kawałków i związałem je w rodzaj uzdy, którą koń pozwolił sobie spokojnie nałożyć. Dwa dłuższe kawałki przywiązałem do rzemienia nosowego, jako cugle z prawej i z lewej strony, i byłem gotów z przygotowaniami. Następnie stanąłem z rozstawionemi szeroko nogami nad ciałem konia i powiedziałem:
— Naba, naba — wstań, wstań.
Posłuchał mnie natychmiast. Siedząc na nim, spróbowałem nim kierować. — Pozwolił na to dobrowolnie — nie potrzebowałem go cisnąć nogami. Wygrałem, na razie przynajmniej, gdyż później, gdy miał mnie poznać, jako białego, należało się spodziewać walki. Aby się wydostać z pomiędzy namiotów, przejechałem na drugi brzeg doliny a potem ruszyłem wzdłuż niego, dopóki nie wyjechałem z obozu. Stąd puściłem konia kłusem aż do miejsca, gdzie przedtem stały nasze konie; nie było ich. Wydałem przeraźliwy okrzyk, którym czerwoni napędzają konie do cwału, a koń usłuchał także tym razem. Pędziliśmy przez pewien czas wzdłuż potoku a potem zboczyliśmy w prawo, na wolną preryę.
Koń był znakomity. Po półgodzinnym cwale nie zauważyłem żadnych oznak zmęczenia; oddech miał niedosłyszalny. Wtem usłyszałem przed sobą okrzyk przeciągły. Był to jeden z moich towarzyszy, którzy chcieli wiedzieć, czy nadjeżdżam, bo niepokoili się o mnie. Odpowiedziałem takim samym okrzykiem, a że po nim zatrzymali się, żeby na mnie zaczekać, doścignąłem ich rychło.
— All devils, to czerwony! — zawołał Old Wabble.na mój widok. — On ściga Old Shatterhanda i stracił go z oczu. Uciszmy go!
— Widziałem, że zerwał strzelbę z ramienia, więc przestrzegłem go:
— Nie strzelać, sir! Chciałbym pożyć jeszcze czas jakiś.
— Zounds! To głos Old Shatterhanda.
— Oczywiście, mój własny; nie mam innego.
— To on, to on, naprawdę on! Ależ, sir, widzicie, że zesztywniałem zupełnie?
— Czy wam tak zimno?
— Nonsens! Zesztywniałem z podziwu!
— Nad czem?
— Że nadjeżdżacie sobie tak ładnie, w takiej zgodzie z koniem, jak gdybyście zjedli razem tysiąc korcy owsa. To nie tego konia chcieliście ukraść, sir!
— Ten sam, popatrzcie!
— Hm, tak, na szyję, że ten sam. Więc stał się chyba cud, bo nie pokonalibyście go tak łatwo.
— Nie było pokonywania.
— Co? Nie? Wcale nie?
— Nie. Przyniósł mnie tu bez wszelkiego oporu.
— Nie może być! Jestem zbyt dobrym znawcą, ażebyście mogli mi bajać coś takiego.
— Ja zupełnie nie bajam. Gdybym go był musiał pokonywać, zachowywałby się teraz całkiem inaczej, miałby inny chód i wyglądałby całkiem inaczej.
— Za ciemno, by dobrze widzieć. Nie poci się ani nie pieni?
— Ani trochę.
— To nieprawdopodobne. Może umiecie czarować? Muszę się przecież przekonać.
Zwrócił konia ku mnie i wyciągnął rękę, ażeby pomacać mego. Koń parsknął z trwogą i stanął dęba.
— Zostawcie to, sir! — poprosiłem. — On nie znosi białych.
— Przecież wy także biały.
— Tak, lecz on uważa mnie za czerwonego.
— Aha! Więc na to ta maskarada z opończą!
— Tak.
— A to sprytne! Rzeczywiście, od was można się jeszcze wiele, bardzo wiele nauczyć. Ale ta woń, ta woń! Indyanina czuć czem... czem... hm, jakby to powiedzieć? Czuć go brudem, gospodą... jednem słowem, czuć go, dzikim! Biały nie wydziela tej osobliwej woni.
— Czuć go cywilizowanym, nie dzikim? — zapytałem, śmiejąc się.
— Tak, człowiekiem cywilizowanym. Jeśli zamaskowaliście się nawet, to koń musiał poznać po woni, że nie jesteście Indsman.
— Zmieniłem właśnie tę woń.
— Nonsens.
— Tak. Jest wypróbowany środek, którym nawet można oszukać.
— Co takiego?
— To moja tajemnica..
— Nie chcecie jej powiedzieć?
— Nie, przynajmniej teraz. Powiem wam to może kiedyś później. Kto odrobinę pomyśli, znajdzie to bez mówienia.
— Tak? Macie to tylko dzięki pomyśleniu?
— Nikt mi tego nie powiedział; sam na to wpadłem. To mój własny wynalazek.
— Wynaleźliście to dopiero teraz?
— Nie, już dawno. Nie pierwszy to raz dzisiaj oszukałem konia indyańskiego. Za kilka godzin ulotni się ten zapach, a gdy potem zdejmę koc i włożę kapelusz, koń pozna się na oszustwie i będzie się bronił. Potem nastąpi w biały dzień i na otwartej preryi walka, której teraz uniknąłem, gdyż wystawiłbym był na szwank życie.
— Well, muszę wierzyć, ale pragnę rzeczywiście widzieć, jak pokonacie tego konia.
— Bardzo łatwo. Potrzeba mi tylko przestrzeni, a tej będę potem miał pod ostatkiem. Ale teraz nie gadajmy, tylko jedźmy, ażebyśmy jak najdalej znaleźli się od okolic Kaam-kulano. Puśćcie mnie naprzód, żebyście mi konia nie płoszyli!
Chcąc się dostać na czoło, musiałem koło nich przejechać, a Bob rzekł do mnie przy tem:
— Czemuż massa Shatterhand nie mówić ze swoim masser Bob? Masser Bob chcieć podziękować!
— To niepotrzebne, kochany Bobie.
— I chcieć opowiedzieć, jak czerwoni Indsman wziąć Bob do niewoli.
— Później! Teraz nie mamy na to czasu. Główna rzecz w tem, żebyś wyszedł dobrze z moim karym.
— Oh.., oh... oh... kary być bardzo dobry koń, a Bob znakomity jeździec. Obaj znać się dobrze i jechać, jak błyskawica, przez preryę.
Tak, Bob jechał teraz znacznie lepiej, aniżeli wtedy, kiedy po raz pierwszy siedział na siodle. Wtedy trzymał się rękoma kurczowo szyi i grzywy, ale zesuwał się zawsze coraz to dalej w tył i zjeżdżał w końcu po ogonie. To przysporzyło mu miano Sliding Bob, czyli „sunący się Bob“. Potem nauczył się siedzieć, a u Bloody Foxa był w dobrej szkole. Teraz jechał tak, że nie zostawał za nami, co jednak należało raczej przypisać koniowi, aniżeli jeźdźcowi.
Od chwili opuszczenia Doliny Zajęczej nie mieliśmy powodu do obaw, gdyż wobec dzielności naszych koni niepodobna nas było doścignąć, ewentualny zaś pościg mógł się składać z młodych chłopców, z których nie robilibyśmy sobie zbyt wiele. Mimo to jechaliśmy kilka godzin bez przerwy i zatrzymaliśmy się potem, gdyż czekała nas daleka droga. Stamtąd, gdzieśmy się zatrzymali, mieliśmy do Nargoleteh-tsil jeszcze cały dzień drogi a potem mieliśmy się spotkać z Apaczami.
Przywiązaliśmy konie do palików, ale na tak długich lassach, że paść się mogły. Mego musiałem przywiązać obok, bo nie chciał stać z drugimi końmi; kopał je i chciał kąsać.
Kiedy usiedliśmy razem, zapytał Bob:
— Teraz mieć czas i masser Bob módz opowiedzieć, jak Indsman go złapać.
— Tak, opowiedz! — odrzekłem, gdyż nie byłby nam dał spokoju. — Dziwiłem się temu bardzo, że Bloody Fox cię opuścił.
— Czy Fox mnie opuścić?
— Naturalnie.
— I massa Shatterhand dziwić się temu?
— Nawet bardzo.
— Masser Bob się nie dziwić.
— Tego nie rozumiesz. Wyjechaliście na polowanie?
— Tak, na polowanie.
— A więc byliście razem?
— Razem.
— Ciebie pojmano, a on uszedł?
— Tak.
— To powinien był pójść za czerwonymi, by cię ocalić. Czy próbował?
— Nie.
— W tem dowód, że nie poszedł za wami. Ilu czerwonych was napadło?
— Dziesięć, potem dziesięć i jeszcze raz dziesięć a może więcej. Bob nie dobrze liczyć.
— A więc mniej więcej trzydziestu. O ile znam Bloody Foxa, nie bałby się jechać za trzydziestu czerwonymi. Musiał bezwarunkowo starać się dowiedzieć, co z tobą poczęli lub mieli zamiar uczynić.
— A może massa Fox to przecież uczynić?
— Nie. On umie się zakradać, a jeśliby mógł cię uwolnić, potrafiłby już tego dokazać, żeby ci dać znak jakiś. Czy widziałeś albo słyszałeś coś takiego?
— Masser Bob nic nie słyszeć, nic nie widzieć.
— A więc opuścił ciebie, i to właśnie mnie dziwi, jeśli wogóle wiedział, że dostałeś się do niewoli.
— Massa Fax tego może nie wiedzieć.
— Nie? Czy tego nie widział?
— Nie.
— Ależ byliście razem!
— Ale nie masser Bob i nie massa Fox, kiedy nadejść Indsman.
— Aha! To całkiem coś innego. Rozłączyliście się zatem?
— Tak. My z domu odejść, bo mieć mało mięsa. Matka Sanna zostać sama w domu, a my wyjść na Llano Estacado i polować na mięso. Długo nie znaleźć zwierzyna, aż dopiero daleko, pod Deszczową Górą.
— Aha, pod Nargoleteh-tsil byliście wtenczas. My tam dzisiaj dążymy.
— Nargoleteh-tsil, to być dobre.
— I tam to polowaliście?
— Tak. My zastrzelić dwa wielkie bizony; one dać dużo mięsa. Pokrajać mięso w kawałki i powiesić na przyniesione rzemienie. Sprowadzić także konie juczne, aby mięso zabrać do domu. Kiedy być gotowi z wieszaniem, pójść znowu szukać ślady bawołów: massa Fox w lewo, a masser Bob w prawo.
— To nie było roztropne. Albo nie powinniście byli rozłączać się, albo jeden z was, a więc ty, powinien był zostać przy koniach i przy upolowanem już mięsie.
— Może to być słuszne. Massa Shatterhand rozumieć do dobrze, może lepiej, niż Bloody Fox, a o wiele lepiej, niż masser Bob. Bob jechać daleko, bardzo daleko, i nie znaleźć śladu bawołów: nareszcie wrócić, bo deszcz padać. Wtem nadejść Komancze i otoczyć go. On bronić się, ale oni przecież go pojmać. Oni go pytać, co tu robić, ale on nic nie powiedzieć. Oni bić masser Bob, ale on nic nie zdradzić. Ponieważ jechać jego śladem do Deszczowej Góry, wysłać ludzi na zwiady. Oni wrócić i opowiadać po cichu, co widzieć pod Deszczową Górą. Potem odjechać prędko, a trzej powoli z tyłu z masser Bob. Wkrótce być pod Deszczową Górą i słyszeć strzały. Komancze być w obozie i przy mięsie Bloody Foxa, ale jego nie być. Na ziemi leżeć nieżywi Indsman; zastrzelił ich Fox i odszedł.
— A więc to tak było, tak! On powrócił przed tobą i oni napadli na niego. Zabił kilku z nich a sam umknął.
— Tak, on nie być, całkiem nie być. Kilku ruszyć za nim, ale potem powrócić i jego nie znaleźć.
— Co czerwoni potem zrobili?
— Przywiązać masser Bob do konia, zabrać mięso odjechać.
— Dokąd?
— Jechać dwa dni, aż Bob zamknąć potem w namiocie. Powiedzieć mu, że sprowadzić także Bloody Foxa, a kiedy go sprowadzić, massa Fax umrzeć z masser Bob przy słupie męczeńskim.
— Hm. Czy deszcz bardzo padał?
— Bardzo. Deszcz zmoczyć Bob do skóry.
— W takim razie wszystko rozumiem. W jakiej porze to było?
— Kiedy masser Bob wrócić, być wkrótce wieczór, a kiedy z Indsman dojść do Góry Deszczowej, zacząć być bardzo ciemno.
— Fox musiał wrócić, lecz nie zapuszczał się całkiem aż na to miejsce. A jeśli się odważył i zobaczył, że odeszli, nie mógł zaraz iść za nimi, bo nie widział śladów w ciemności. Rano zaś ślady zniknęły, bo trawa podniosła się z powodu deszczu. On nie wiedział nic o tem, że czerwoni ciebie spotkali i pojmali. Myślał, że zabłądziłeś i musiał ciebie szukać. Nie znalazłszy cię, czekał może z dzień na twój powrót. Gdy nie wracałeś, przypuścił może, że widziałeś czerwonych.
— Tak, on to myśleć.
— Przecież mogłeś już był powrócić, kiedy oni napadli na niego. Mogli ciebie nie zobaczyć, a ty, widząc, że go nie było, mogłeś także, odjechać.
— Tak, do domu, do matki Sanny!
— Tak, mógł się tego po tobie spodziewać, a że nie mógł pójść za czerwonymi, bo nie wiedział, gdzie poszli, nie pozostało mu nic innego, jak wrócić do domu i zobaczyć, czyś już tam jest.
— Ale gdy Bloody Fox zobaczyć, że masser Bob nie być u matki Sanny?
— To musiał znów wyjść, by ciebie szukać. Kto wie, gdzie i jak długo włóczył się, nie mogąc ciebie znaleźć.
— Tak, ale teraz mnie znowu zobaczyć, oh... oh... oh. Massa Shatterhand zaprowadzić teraz masser Bob do matki Sanny i massa Foxa.
— Tak, zaprowadzimy tam ciebie. Czerwoni wyruszyli, ażeby napaść na dom wasz a Bloody Foxa złapać i zabić.
— Na to się nie ważyć. Masser Bob zabić i zastrzelić wszystkich, wszystkich. Nikt z nich nie żyć, ani jeden.
Zgrzytnął zębami, a to coś znaczyło, gdyż uzębienie jego przyniosłoby zaszczyt panterze. Potem mówił dalej:
— Tak, oni zginąć wszyscy, wszyscy, bo oni bić masser Bob i nie dać mu nic jeść. On mieć bardzo głód, a oni nic nie robić, tylko śmiać się z tego.
— No, mamy teraz czas to naprawić. W moich torbach przy siodle jest dla ciebie dość mięsa. Idź i weź sobie, co zjesz!
— Tak, masser Bob wziąć sobie. Mieć właśnie wielki głód, kiedy massa Shatterhand wejść do namiotu i uwolnić go.
— No, tego całkiem nie zauważyłem, gdyż musiałem cię budzić; spałeś bardzo twardo.
— Oh... oh... oh! Masser Bob mieć wielki głód nawet we śnie; jemu śnić się nawet głód!
Wydobył sobie kawał mięsa i zjadł go, potem wydobył drugi i jadł dalej, wydobył po raz trzeci i jadł, jadł, dopóki wogóle było coś do wydobycia. Wiedziałem, czego umiał dokazać w jedzeniu — ale takiej porcyi nie pochłonął jeszcze nigdy dotychczas.
Podczas tego opowiadał mi szczegóły swojej niewoli w Dolinie Zajęczej, w czem jednak nic ważnego dla nas nie było. Pytaliśmy go o obserwacye, jakie miał sposobność poczynić, ale nie usłyszeliśmy nic, co mogłoby się nam przydać. Był to człowiek prawy i wierny, odważny i sprytny na swój sposób, ale obserwacye takie, jak u westmana, były wobec jego duchowej skromności czemś dla niego niemożliwem.
Gdy dzień zaszarzał, wstaliśmy, by dosiąść koni i wyruszyć.
— Teraz jestem ciekawy, co wasz koń powie — rzekł Old Wabble. — Bo maskarada teraz chyba ustanie.
— Tak. Czy weźmiecie mój koc indyański do siebie na konia, mr. Cutterze?
— Tak, dajcie mi go!
— Jeszcze nie teraz; dopiero, kiedy będę na siodle.
— Well, bo nie dopuściłby was!
— Musiałby, ale straciłbym na to za dużo czasu, a to zbyteczne. Rzucę go wam.
Poszedłem do konia, by go popieścić. Okazał się nieufnym i niespokojnym; zjeżył grzywę, parskał i szarpał lasso. Owa woń rośliny już uleciała, a tylko koc indyański łudził jeszcze konia. Wyjąłem kołek z ziemi, włożyłem go do torby przy siodle, wskoczyłem na konia, rozwiązałem mu lasso na szyi i zwinąłem je w pętlicę. Towarzysze stali zaciekawieni, lecz trzymali się zdala, ażeby ich koń nie przewrócił, gdyby zerwał się nagle. Osobliwe drżenie przebiegło mu przez całe ciało. Znałem je; była to oznaka blizkiej walki. W jednej chwili spadł ze mnie koc i poleciał na Old Wabble’a; równie szybko zarzuciłem sobie lasso na plecy, a uchwyciwszy jedną ręką improwizowane cugle, wyjąłem drugą kapelusz, włożyłem go na głowę i wcisnąłem mocno. Wtem koń rzucił głowę w tył, popatrzył na mnie tylko przez krótką chwilę, zarżał głośno z gniewu i wzniósł się w górę przedniemi nogami. Trzymając mocno cugle rękami, ścisnąłem go silniej kolanami. Był blizki przewrócenia się, więc przygniotłem go ku przodowi i szarpnąłem w bok z takim naciskiem, że się okręcił raz jak dokoła osi. Następnie schylił się naprzód i jął wyrzucać tylnemi nogami, ale napróżno. Podskakiwał, zgiąwszy plecy w kabłąk, wszystkiemi czterema nogami naraz, stawał na chwilę cicho, żeby mnie zwieść i z całkiem sztywnemi nogami rzucał się potem w bok na to, żebym spadł w przeciwną stronę — i tak samo daremnie. Uciekał się do wszystkich sztuczek, należących do tzw. Bucbing-horse — ale nie spadłem.
— Brawo, brawo, sir! — zawołał Old Wabble.
— Siedzicie sławnie, muszę to przyznać, a ten hycel wam to utrudnia; ma dyabła w sobie.
— O, dotąd to jeszcze nic — odrzekłem. — Pójdzie jeszcze lepiej. Czekajcie tylko.
Wtem koń, jakby zrozumiał moje słowa, rzucił się na ziemię i zaczął się tarzać, machając przytem nogami i kopiąc na wszystkie strony. Stanąłem nogami na ziemi — a to przy tem rzecz główna, bo inaczej byłoby się zgubionym — i skakałem z jednej strony na drugą tak, że zwierzę znajdowało się zawsze między mojemi rozstawionemi nogami. Jest to nadzwyczajnie męczące i wymaga bystrego oka, musi się bowiem zawsze wiedzieć, w którą stronę zwierzę zamierza się w następnej chwili przewrócić. Równocześnie należy się mieć na baczności, żeby nie dostać kopytami. Jeszcze dokładniej musi się odgadnąć, kiedy znowu się zerwie, gdyż w przeciwnym razie koń odrzuci człowieka na bok a sam ucieknie.
Właśnie zerwał się z ziemi i podniósł mnie na sobie wedle wszelkich reguł w górę tak, że znów pochwyciłem w ręce cugle, które puściłem był podczas tarzania się.
— Brawo, brawo! — zawołał stary. — Thunderstorm, a to bydlę! Tak elegancko, jak wy, nie potrafi tego nikt prócz Old Wabble’a.
— Zaraz będzie jeszcze gorzej, sir! — odpowiedziałem. — Najpierw zmęczę go tutaj a potem pozwolę mu uciekać. Wsiądźcie na konie, żebyście mogli za mną!
Gdy to mówiłem, powtarzał koń opisane już próby, poczem przewrócił się znowu, zaczął się tarzać i znów się zerwał. Aż dotychczas walczyła ludzka inteligencya z wolą zwierzęcą — teraz miała brutalna siła stanąć przeciw brutalnej sile. Zawsze mi się to udawało, a nikt nie zdołał tego naśladować. Wziąłem więc konia silniej w cuglach, posunąłem się nieco naprzód i ścisnąłem go kolanami z całej siły. Stanął, zesztywniały, a ja jąłem nadsłuchiwać, czy odezwie się ten głos, którego się spodziewałem, czy nie. Odezwał się. Było to długie, głębokie, bolesne stęknięcie ze ściśniętej piersi; pewny znak, że zwyciężę, jeśli mi siły dopiszą. Zwierzę chciało znowu podnieść się przodem, tyłem i wszystkiemi czterema nogami, lecz nie mogło, bo gniotłem je coraz mocniej. Trwało to z pięć minut a może i dłużej; pot zaczął się wydobywać wszystkiemi porami, koń się zapienił i rzucał wielkie płaty piany na wszystkie strony.
— Świetnie, świetnie! — krzyczał Old Wabble w zachwycie. — Nie widziałem jeszcze czegoś podobnego!
— Tak, świetnie! Łatwo mu to było mówić, ale niechnoby tak siedział na mojem miejscu! Co za wysiłek! Płuca groziły mi pęknięciem, pot ze mnie ściekał — ale nie zwolniłem uścisku. Wtem koń chciał się znowu rzucić na ziemię, żeby się tarzać, lecz nie zdołał. Nastąpił ostatni, długi uścisk kolanami z całych sił — i ludzkie mięśnie zwyciężyły: koń padł na ziemię.
— Grandios, grandios! — ryczał stary. — Tego nie dokazałbym. To, prawda, sir, jesteście o wiele lepszym jeźdźcem ode mnie.
Old Surehand stał cicho i nic nie mówił, ale oczy jego gorzały.
— Pięknie, pięknie, oh, pięknie! — krzyczał Bob. — Massa Shatterhand już często tak zrobić z obcy i dziki koń. Masser Bob być przy tem i widzieć.
— O, ja jeszcze wcale nie jestem gotów — odrzekłem. — Uważajcie, teraz dalej!
Stałem w rozkroku nad koniem z pochylonym korpusem i z cuglami w ręku. Przyszedł do siebie, wstał i podniósł mnie na sobie. Przez kilka chwil stał bez ruchu, aż naraz rozpędził się, jakby pchnięty potężną sprężyną. Siedziałem mocno na siodle i pozwoliłem mu pędzić, starając się tylko o to, żeby zachować kierunek, jaki nam był potrzebny. Tamci trzej pędzili za mną. Po chwili zatrzymał się i zaczął znowu podskakiwać i tarzać się po ziemi. Zerwał się, popędził i znowu stanął, czyniąc wszystko, ażeby się mnie pozbyć. Pozwoliłem mu na to, dopóki nie nadeszła odpowiednia chwila. Wziąłem go znów między kolana i stanęliśmy nieruchomo. Ja zacząłem się pocić, a on stękał, pocił się i pienił, dopóki po raz drugi nie runął. Teraz wiedziałem już, że dłużej nie będzie próbował stawiać oporu; w chwili, kiedy towarzysze mnie doścignęli, stanąłem na boku. Osadzili konie na miejscu a Old Wabble zapytał:
— Wypuszczacie cugle z ręki i pozwalacie mu leżeć wolno? A jeśli wam ucieknie, sir?
— On już zostanie, już zwyciężony i mój! — odpowiedziałem.
— Nie dowierzajcie tej bestyi! Byłaby wierutna szkoda, gdyby wam uciekł po tym wielkim, olbrzymim wysiłku!
— Nie ucieknie już.
— Oho!
— Uważajcie! Ja znam tę tresurę.
Położyłem koniowi rękę na głowie i rzekłem:.
— Naba, naba — wstań, wstań!
Zerwał się. Odszedłem powoli i rozkazałem:
— Eta, eta — chodź, chodź!
Poszedł za mną na prawo i na lewo, tam i napowrót, a gdy stanąłem, stanął także.
— Wspaniałe, rzeczywiście wspaniałe! — zawołał Old Wabble. — Gdyby się tego nie widziało, nie chciałoby się uwierzyć.
— Przyznacie zatem, że go poskromiłem?
— Yes, yes, yes!
— I nie skręciłem przytem karku, nie połamałem sobie rąk ani nóg?
— Nie mówcie o tem, sir! Ja nie wiedziałem, że w jeździe konnej przewyższacie nawet Old Wabble’a.
— Nawet? Uważacie się widocznie za najlepszego jeźdźca na kuli ziemskiej. Ja was przewyższam i przyznaję to, ale nie z pychy, lub dla przechwałki, gdyż dodaję zaraz: spotykałem jeźdźców, którzy mnie przewyższali o wiele, o bardzo wiele.
— All devils! Chciałbym zobaczyć takiego.
— Siedziałem już na koniach, które kosztowałyby pięćdziesiąt tysięcy dolarów i więcej, gdyby je wogóle można było kupić. Co pomyślicie sobie o jeźdźcu na takim koniu? Spróbujcie-no dosiąść kiedy ujeżdżonego konia kirgizkiego, kurdyjskiego wojennego ogiera, albo klacz, wytresowaną w staropartyjskiej szkole! Jesteście znakomitym jeźdźcem wedle pojęć tutejszych, ale tam wyśmianoby się z was.
— Kirgizko-kurdyjsko-staropartyjski? Niech mnie powieszą, jeśli wiem, co to znaczy. Czyż wy siedzieliście już na takich koniach?
— Tak, a nasz Bob powiedziałby, że jeździliśmy dobrze na sobie.
— Oh... oh... oh...! — sprzeciwił się murzyn z zakłopotaniem. — Bob tak nie powiedzieć, bo nie być przy tem!
— Hm, hm, hm! — mruczał stary. — Człowiek się uważał za zucha a nie jest nim wcale.
— Proszę, tego nie miałem na myśli, mr. Cutterze. Jesteście tęgim bardzo jeźdźcem, mianowicie na sposób cowboyów. Czerwoni jeżdżą inaczej; czy to przyznacie?
— Yes.
— Ponieważ znam dokładnie tę szkołę indyańską, zdołałem konia poskromić, bez tego nie dałbym mu rady. Nie przypuszczam też, żeby się to i wam także udało.
— Nie, ja nie dokazałbym tego, ale też to przyznałem.
— To słuszne! Ale pomyślcie sobie, że istnieje dużo innych narodów, jeżdżących konno: Arabowie, Beduini, Tuaregowie, Imoszarowie, Persowie, Turkosi, Kirgizi, Mongoły, etc. — a każdy z tych ludów ma inny sposób jeżdżenia. Czy ktoś, jeżdżący doskonale jedną tylko szkołą, może się uważać za najlepszego jeźdźca, a potem mówić ze zdumieniem o drugim: Ten mnie jeszcze przewyższa?
— Nie, sir! Widzę, że znowu zaczynacie być kaznodzieją, gdyż wszystko, co tu mówicie, jest wprawdzie bardzo słuszne, ale zwraca się wyłącznie przeciwko mnie. Ma to poprostu znaczyć: Nie chwal się, stary Wabble’u.
— Cieszę się, że odczuliście to ukłucie!
— A więc istotnie ukłucie! A więc dlaczego mnie kłujecie?
— Nie dlatego, że sądzę, jakobym był czemś więcej lub potrafił coś więcej, tylko, ażeby was zrobić trochę zdolniejszym do przystosowywania się. Pamiętacie to z „zostawieniem na miejscu“. Chcieliście mi tam w Kaam-kulano znowu udzielać dobrych nauk, a to w czasie i położeniu, kiedy takie nauki są nietylko zbyteczne, lecz mogą nawet popsuć wszystko. Przyjąłem je, nie mogąc wam chwilowo dowieść, że były na nic. Teraz dałem dowód na to. Skoro już raz jesteśmy ze sobą, cieszyłbym się, gdybyście mi nieco więcej ufali. Brak zaufania może w tem, co zamierzamy, sprowadzić fatalne skutki.
— Egad, macie słuszność, mr. Shatterhandzie! — przyznał. — Jestem stary uparciuch, ponieważ nigdy nie spotkałem się z człowiekiem, któryby mógł być mistrzem dla mnie. Udzieliliście mi nagany w słowach a jeszcze bardziej w czynie, i wezmę ją sobie ad notam. Róbcie, co chcecie, ja nie będę już na to gderał. Jeśli postanowicie dać księżycowi w pysk, to ode mnie dostanie drugi raz. Albowiem, co wy uważacie za możliwe, to jest także możliwe; th’ is clear!
— Dobrzeście to powiedzieli! — przyznał mu Old Surehand. Nie zwykłem wielu słów tracić, ale, czego żąda ode mnie Old Shatterhand, to czynię, żeby mi się to nawet nierozumne wydało. Sztuka, jaką konia pokonał, była godną podziwu — sądzę jednak, że jest jeszcze ktoś, kto dokazałby tego; ale siła, nacisk nóg, żeby koń, stękając i pieniąc się, upadł! Tego nikt nie zrobi tak, jak on; nikt. Jestem wyższy i szerzej zbudowany od niego — gdybym jednak twierdził, że położę konia w ten sposób, popełniłbym kłamstwo, kolosalne kłamstwo. A jak teraz ten koń za nim chodzi! Jak gdyby całemi latami był jego panem!
— Tak, zobaczycie, że będzie teraz dla mnie, jak wierny i posłuszny pies — powiedziałem. — Nie należy mówić o mnie w ten sposób, Old Surehandzie. Każdy czyni, co może; jeden umie lepiej to, drugi tamto — a gdy każdy zrobi swoje, wynik musi być dobry. Teraz jedźmy dalej!
— Ale najpierw do Alczeze-czi, skąd odjechaliśmy wczoraj rano? — spytał Old Wabble.
— Nie. Do Małego Lasu teraz nie pojedziemy.
— Czemu? Jeśli chcemy się dostać do Góry Deszczowej, to będziemy mieli lasek po drodze.
— Pomyślcie o wywiadowcach, zabitych w lasku! Oni nie wrócą, a to wzbudzi podejrzenie Komanczów. Jestem pewien, że Wupa Umugi wyśle za nimi kilku wojowników. Czy wolno im natknąć się na nasze ślady?
— Nie, bo poszliby za nami pod Górę Deszczową i byłoby wszystko zdradzone. Ale Parker, Hawley i Długi Nóż zostawili także ślady, wiodące w to samo miejsce.
— To było wczoraj, więc dzisiaj już ich nie widać.
— To musimy okrążyć, ale kędy?
— To łatwo zgadnąć.
— Hm! Chyba pomiędzy Małym Lasem a Błękitną Wodą. To niemożliwe, bo tam dostrzeżonoby nasz trop jeszcze rychlej i łatwiej.
— Musimy zboczyć jeszcze więcej na prawo.
— A zatem przez Rio Pecos?
— Tak.
— To okrążenie i to jeszcze jakie! Czy nie będzie za wielkie, sir?
Na to rzekł Old Surehand, potrząsając głową.
— Jesteście przecież niepoprawny, stary Wabble’u. Dopiero mówiliście, że dacie w twarz księżycowi, jeśli Old Shatterhand będzie to uważał za możliwe, a teraz znowu wam nie na rękę to, czego żąda.
— Well, nie powiem już słowa, ani jednego.
— Zgadzam się zupełnie z Old Shatterhandem. Czy to okrążenie wielkie, czy nie, my musimy je zrobić. Czy nie widzicie, że Old Shatterhand chce jednem uderzeniem ugodzić dwie muchy?
— Dwie muchy? Jaka pierwsza?
— Ażeby nie widziano naszych śladów.
— Well, a druga?
— Nale Masiuw.
— Nale Masiuw? To ma być mucha? Jakto?
— Dzisiaj jest trzeci dzień.
— Ach, prawda! Od wieczoru nad Błękitną Wodą upływa trzeci dzień, w którym ma przybyć Nale Masiuw ze swoimi stu wojownikami! Czy będziemy go śledzili?
— Tak — odpowiedziałem. — Przyda nam się wiadomość, czy on już jest, czy jeszcze nie.
— Jakto, sir?
— Ponieważ należy przypuścić, że czerwoni wyruszą na Llano Estacado wkrótce po jego przybyciu, i możemy się zastosować do tego. Musimy więc od teraz trzymać się bardziej prawej strony. Chodźcie, jedźmy panowie!
— Panowie! — powtórzył Murzyn. — Czy massa Shatterhand mieć na myśli i masser Bob?
— Oczywiście, że tak.
— To masser Bob być także panowie?
— Rozumie się, kochany Bobie! — Oh... oh... oh! Bob także panowie! Czarny Bob być tak samo gentleman, jak biały gentleman! On cieszyć się i pokazać, że być tak samo odważny i waleczny, jak biali myśliwcy. Ale, niestety, nie mieć strzelby, aby zastrzelić czerwonych Indsman.
— Dostaniesz. W Małym Lesie zdobyliśmy kilka i jedną z nich wybiorę dla ciebie. Inne rzeczy, jak nóż, otrzymasz także.
Gdy teraz głaskałem konia, znosił to spokojnie i bez odrazy. Zbadałem mu kopyta i pozwolił na to tak spokojnie, jak chłopski koń, który zawsze stał w stajni i ze swoim panem żył na dobrej stopie. Gdy go dosiadałem, stał cicho zupełnie, jak koń, wyszkolony wojskowo. Uznał mnie za swego mistrza. Old Wabble potrząsał głową z podziwem, lecz nic nie mówił.
Ponieważ koń nie bał się już towarzyszy ani ich koni, nie musiałem go już od nich oddzielać. Jechaliśmy więc razem, przyczem to jeden z nas, to drugi opowiadał jakieś z przeżytych zdarzeń. Old Surehand opowiedział także kilka swoich przygód. Miał przy tem taki krótki i dobitny sposób, że usuwał zupełnie myśl, jakoby szukał naszych pochwał. To, co usłyszeliśmy z ust jego, to były raczej sprawozdania, niż opowiadania. Old Wabble miał przy tem kilka razy sposobność zapytać go w ten sposób, że opowiadający nie mógł właściwie w odpowiedziach uniknąć wzmianek o swojem pochodzeniu i stosunkach. To też było celem starego, lecz Old Surehand umiał te zasadzki mądrze wymijać, i widać było po nim, że nie miał zamiaru dać się skusić choćby do byle wzmianki. Mówił o swojem życiu i doświadczeniach na Dzikim Zachodzie, ale więcej nie mógł się stary dowiedzieć.
W ten sposób upłynęło południe i wielka część popołudnia a wieczór się już zbliżał, kiedy dotarliśmy do Rio Pecos w miejscu, położonem może o milę angielską powyżej ujścia Błękitnej Wody. Przepłynęliśmy na drugą stronę, gdyż okrążenie Błękitnej Wody mogło się odbyć tylko na prawym brzegu rzeki.
Przybywszy tam natrafiliśmy na trop, wiodący blizko rzeki z jej biegiem.
— Hallo! — rzekł Old Wabble. — Oto widać, że Nale-Masiuw przybył już ze swoimi czerwonymi!
Old Surehand spojrzał tylko przelotnie na trop i odrzekł:
— To nie był on.
— Nie? jakto?
— Ilu czerwonych miał sprowadzić?
— Stu.
— Czy to jest trop stu jeźdźców?
— Nie — przyznaję to, ale, skoro to nie był on, to chciałbym wiedzieć, kto taki... hm! Byłaby to może straż przednia jego oddziału?
— Być może.
— W takim razie nadejdą drudzy i odkryją nasze ślady. Co tu robić? Zdradzić się nam nie wolno.
— Niech mr. Shatterhand oznaczy, co czynić.
Pochyliłem się z konia, by się dobrze przypatrzyć odciskom i powiedziałem:
— Tu było około dwudziestu jeźdźców, bardzo pewnych siebie, bo nie jechali gęsiego. Trop ma najmniej cztery godziny, kto więc przyjdzie za nami a będzie miał dobre oczy, odróżni nasze ślady z łatwością. Ale wieczór się zbliża i uniemożliwi to odróżnienie. Możemy śmiało jechać dalej tym tropem, bo muszę poznać go lepiej.
Skręciliśmy za śladami i przybyliśmy wkrótce na miejsce, gdzie jeźdźcy zatrzymali się byli. Miejsce to zasłaniały zarośla od strony rzeki, a w nich znajdowała się wązka ulica.
— Tak, tu było około dwudziestu jeźdźców — powtórzyłem, — Więcej nic się nie da powiedzieć.
— A więc straż przednia? — spytał Old Wabble.
— Wątpię.
— Dlaczego?
— Naco miałby Nale Masiuw dzielić swój oddział i wysyłać straż przednią? To czyni się tylko przed walką albo w bardzo niebezpiecznych stronach. O walce mowy nie było, a niepewnymi nie czuli się ci ludzie, bo jechaliby inaczej. Nie mamy więc do czynienia z przednią strażą, lecz ze samotnym oddziałem. To nie byli ludzie Nale Masiuwa. Hm. Przychodzi mi na myśl mój znajomy młody wódz Sziba-bigh, który także musi przyjść nad Błękitną Wodę, jeśli się ma udać z Wupą Umugi na Llano Estacado. On ma być przewodnikiem. Może to on był.
— To bardzo być może, sir. Co teraz uczynimy? Podążymy tym tropem?
— To nie ma celu i naraziłoby nas na niebezpieczeństwo.
— Ależ my musimy iść w dół rzeki, aby się znowu dostać na drugi brzeg.
— Tak, lecz nie tak blizko wody, gdzie każdej chwili możemy się natknąć na czerwonych. Pojedziemy łukiem, tak, że dostaniemy się do brodu dopiero, kiedy się ciemno zrobi i nie będzie nas można zobaczyć.
— To rozumne i niebezpieczne zarazem.
— Jakto niebezpieczne?
— Jeśli jeszcze przed nastaniem ciemności przyjdą za nami Indyanie, to zobaczą miejsce, w którem ten trop opuścimy. Nasze ślady muszą zwrócić ich uwagę, pójdą za nimi i będziemy zdradzeni.
— Jeśli się do tego głupio zabierzemy, to tak. Musimy właśnie tam skręcić, gdzie to nie zwróci uwagi.
— Gdzież to?
— Tu.
— Tu? Aha!
— Tak, tu. Czy wam się nie zdaje, że ta ulica w zaroślach to najlepsza sposobność?
— Czy jest ulica czy nie, oni mimoto zauważą, że trop prowadzi w bok.
— Nie, jeśli to dobrze zrobimy. Nie pojedziemy tam powoli, lecz skokiem. Że nasze konie tu się przysadzą do skoku, tego nie spostrzegą, bo tu dużo śladów, i ziemia całkiem stratowana. Konie dotkną gruntu po drugiej stronie ulicy, co wprawdzie wytworzy odciski, ale stąd nie będzie można ich widzieć, bo otwór wązki, a gałęzie schodzą się dołem. Musimy skakać wysoko i unikać złamania gałęzi albo konarów.
— Well, to pójdzie, mr. Shatterhandzie! Kto skacze pierwszy?
— Ja. Wy za mną po jednemu i zróbcie to dokładnie tak samo, jak ja.
Poderwałem konia, pomogłem mu i przeleciałem wielkim łukiem między zaroślami, poczem oczywiście nie zatrzymałem się, lecz zrobiłem miejsce dla drugich. Oni przeskoczyli tak samo dobrze, jak ja, a następnie przejechaliśmy wązki tutaj pas lasu nad rzeką, aż wydostaliśmy się na teren otwarty. Stąd jechaliśmy pod kątem prostym od rzeki, dopóki nie oddaliliśmy się od niej tak, że nie można było zobaczyć nas stamtąd. Stąd wyruszyliśmy równolegle i, dojechawszy dość daleko wstecz, zwróciliśmy się znowu ku rzece Pecos. Przybywszy na brzeg, mogliśmy się znajdować o jakie pół mili angielskiej poniżej brodu, więc musieliśmy się wracać. Należało być przytem ostrożnym, gdyż tymczasem zapadła ciemność, a cała sytuacya była niebardzo bezpieczna. Z powodu posiłków, których oczekiwał Wupa Umugi, trzeba było właśnie nad brodem spodziewać się każdej chwili spotkania. Pozsiadaliśmy z koni i prowadziliśmy je za sobą, ażeby wywoływać jak najmniej szmeru.
Pokazało się wkrótce, że ta ostrożność nie była bynajmniej zbędną, gdyż zanim doszliśmy do brodu, poczuliśmy woń spalenizny. Gdzieś blizko było ognisko, więc zatrzymaliśmy się. Należało się oczywiście dowiedzieć, kto ogień rozniecił. Chciałem to zrobić z Old Surehandem. Oddaliśmy więc strzelby Old Wabble’owi i Bobowi a sami zaczęliśmy się skradać. Woń wzmagała się z każdym krokiem, a kiedy byliśmy już niedaleko od brodu, zobaczyliśmy ogień. Płonął nad wodą, ale kto tam był, tego nie mogliśmy zobaczyć z powodu zarośli.
Posuwaliśmy się dalej z całą ostrożnością, dopóki nie dostaliśmy się do nich. Rosły one o jakich dwanaście kroków od ogniska, przy którem siedzieli dwaj Indyanie naprzeciwko siebie, z twarzami, zwróconemi do siebie, tak, że widzieliśmy oba profile. Byli to Komancze; ale czego chcieli nad brodem i naco to ognisko? Te dwa pytania musieliśmy sobie przedłożyć. Odpowiedź nie mogła być wcale trudna.
Old Surehand miał te same myśli, co ja. Szepnął do mnie:
— Nale Masiuw jeszcze nie przybył. Mieliście słuszność w swoich domysłach.
— Tak. Czekają na niego i ustawili tutaj te straże, które mają się z nim spotkać.
— Do czego im to potrzebne?
— To bardzo proste. Nale Masiuw pochodzi z innego szczepu, niż Wupa Umugi, a jego pastwiska leżą dalej stąd. Dlatego nie zna brodu, a ci dwaj mają mu go pokazać, kiedy nadciągnie.
— Tak musi być. Jak to dobrze, że przybyliśmy tutaj dopiero wieczorem!
— Tak. Za dnia byliby nas spostrzegli, gdyż pewnie już tutaj byli. Teraz woń ochroniła nas od zdradzenia się.
— To byłoby źle, chociaż nie zdołaliby nas pewnie pochwycić. Wiedzieliby przecież, że wciąż jeszcze jesteśmy w tych stronach, gdy tymczasem przypuszczali przeciwnie.
— To ognisko jest w każdym razie dowodem, że przypuszczają, iż, Bóg wie, gdzie jesteśmy. Gdyby się nas w tych stronach spodziewali, nie odważyliby się rozniecać ognia. Głupcy; oni jednak nigdy nie zmądrzeją.
— Nie powinni się na to uskarżać, żebyśmy nie dali im sposobności do zmądrzenia. Daliście im dość dobrych nauk. Zostaniemy tutaj?
— Chciałbym.
— Ja także. Teraz siedzą wprawdzie niemi, jak bałwany, ale może zaczną mówić o czem do siebie.
— Gdy to uczynią, dowiemy się czegoś.
— Ważnego?
— Jeśli nie, to przynajmniej czegoś, co nas zajmie. Jeden z nich to wybitny wojownik.
— Czy wy go znacie?
— Tak. Kiedy podsłuchiwałem tam nad Błękitną Wodą, siedział obok wodza i obok starego brał udział w rozmowie. Jeśli zaczną rozmawiać, to prawdopodobnie o swych wojennych zamiarach. Słuchajcie!
Czerwony, o którym mówiliśmy właśnie, wymówił jakieś słowo, ale tak krótko i głosem tak przytłumionym, że nie podobna było go zrozumieć. Drugi odpowiedział mu, lecz także niezrozumiale. Tak padały przez pewien czas słowa luźne, a my nie wiedzieliśmy, do kogo i do czego się odnosiły. Przyłożyliśmy więc ucho do ziemi, żeby lepiej rozumieć.
Zaledwieśmy to zrobili, trącił mnie Old Surehand znacząco łokciem. Wiedziałem od razu, co miał na myśli, gdyż dosłyszałem także odgłos, na który chciał zwrócić moją uwagę. Znaliśmy go dobrze obydwaj. Był to tętent kopyt po miękkim gruncie, przyczem trącono o jakiś korzeń, lub coś stałego.
— Czy to może nasze konie? — spytał Old Surehand.
— Nie. Odgłos doszedł nas z przodu.
— A więc tu idzie o czerwonych, którzy nadchodzą.
— Zapewne.
— Także Komanczów, bo mieliby się bardziej na baczności i prowadziliby lepiej konie.
— To Komancze, ale oni nie wiedzą, że tu także siedzą czerwoni.
— Czyż nie dostrzegliby ogniska?
— Nie. Z odgłosu można sądzić o odległości jakich ośmdziesięciu kroków, a w górze stoją gęste zarośla, zasłaniające ognisko.
— Lecz powinni je poczuć.
— Nie, bo wiatr wieje stamtąd i zwiewa dym, oraz woń w stronę przeciwną.
— Ciekawym, kto to!
— Ja także. Skoro tylko ogień zauważą, zatrzymają konie i zsiędą, ażeby zakraść się tutaj. Wtedy dowiemy się pewnie czegoś.
Czekaliśmy, a głuchy odgłos powtórzył się jeszcze dwa razy. Komancze, siedzący przy ognisku, nie słyszeli go, bo nie mieli tak, jak my, uszu przy ziemi. Potem wszystko ucichło i tak upłynęła długa chwila. Nadchodzący musieli już coś zauważyć i zbliżali się po cichu. Wtem zaszeleściało w przeciwległych krzakach i zabrzmiało groźne „hiiiiiiih!“ Obaj strażnicy zerwali się z przestrachem. Zdawało się już, że ukryją się w zaroślach, za którymi myśmy siedzieli, więc zerwaliśmy sic także, ażeby jak najszybciej zrejterować, kiedy z drugiej strony rozległ się, pytający okrzyk:
— Wupa, Wupa?
Skutkiem tego zatrzymali się obydwaj strażnicy a jeden z nich odpowiedział:
— Umugi, Umugi!
Usiedli napowrót, uspokojeni, bo okrzyk ten znaczył, że nadchodzący nie byli nieprzyjaciółmi. Wupa Umugi to było umówione hasło i odzew. Widocznie nauczyli się tego czerwoni od białych i przyswoili to sobie.
Po upływie pewnego czasu zjechali z góry dwaj jeźdźcy. Sprowadzili pozostawione przedtem konie i pozsiadali z nich. My położyliśmy się oczywiście znowu, a przybysze usiedli obok strażników, nie mówiąc na razie ani słowa; taki jest zwyczaj u Indyan. Minęło około pięciu minut, i ten, którego skreśliłem, jako wybitnego wojownika, zaczął mówić, gdy tymczasem towarzysz jego milczał.
— Spodziewano się czerwonych braci. Wupa Umugi czeka z niecierpliwością.
— Czy wolno niecierpliwić się wojownikowi? — zapytał jeden z przybyłych.
— Nie wolno mu tego okazać, ale może. Czy powiedziałem, że to okazał?
— Tego mój brat nie powiedział.
— Czekaliśmy już po południu, a teraz przybywacie jako straż przednia. Kiedy nadciągnie Nale Masiuw?
— Dziś nie nadciągnie.
— Uff!
— Nie przybywamy jako przednia straż, lecz jako jego posłańcy. Gdzie jest Wupa Umugi, z którym mamy się rozmówić?
— Obozuje nad Błękitną Wodą.
— Zaprowadź nas do niego!
— Możemy jeszcze zaczekać. Moi bracia wiedzą, że posiadam ucho i zaufanie wodza. Jeśli nie chcą się spotkać z gniewnem przyjęciem, niechaj powiedzą mi swoją wiadomość, ażebym mógł wodza przygotować.
Obaj posłańcy spojrzeli na siebie pytająco, poczem odrzekł ten, który mówił przedtem:
— Tak, wiemy, że jesteś uchem i ustami Wupa Umugi, więc dowiesz się o tem, co chcesz usłyszeć, choć mamy rozkaz mówić tylko z samym wodzem. Nale Masiuw nie może dzisiaj przybyć, ze swymi stu wojownikami.
— Uff! Dlaczego?
— Gdyż zatrzymały go blade twarze i musiał z niemi walczyć.
— Czy znajdują się w pobliżu blade twarze?
— W pobliżu niema, ale z tamtej strony Mistake-canon natknęliśmy się nagle na żołnierzy bladych twarzy, którzy na nas napadli. Było ich tam tak wielu, że musieliśmy uciekać, przyczem sporo naszych wojowników zraniono i zabito. Blade twarze ścigały nas i poszliśmy w rozsypkę, a kiedy nadszedł wieczór, zgromadziło się przy wodzu tylko pięćdziesięciu wojowników.
— Uff, uff, uff! Co na to powie Wupa Umugi! Może odłoży wyprawę na Llano Estacado i pociągnie do Mistace-canon, żeby was pomścić.
— Niechaj tego nie czyni! Nasz wódz Nale Masiuw wysłał nas, ażebyśmy mu to powiedzieli. Te blade twarze, z któremi walczyliśmy, to nie westmani, lecz żołnierze. Jeśli ich zwyciężymy, a choćby jeden powrócił do fortu, to wyślą setki za setkami nowych żołnierzy, ażeby pomścić poległych. Musimy pomścić naszych zabitych, ale tak, żeby ani jeden żołnierz nie wrócił do domu, lecz żeby wszyscy wyginęli.
— Czy Nale Masiuw obmyślił plan, jak się to ma zrobić?
— Tak.
— Czy znasz go?
— Tak, mam o nim donieść Wupa Umugi.
— A czy ja mogę usłyszeć?
— Wszyscy musicie się o nim dowiedzieć, dlaczegóż nie miałbym ci go powiedzieć?
— Ucho moje otwarte z zaciekawieniem.
— Musimy żołnierzy bladych twarzy zwabić na Llano Estacado, żeby tam wyginęli z głodu iz pragnienia.
— Uff, uff, uff! Ta myśl uzyska zaraz uznanie naszego wodza. Te białe psy muszą wszystkie wyginąć i żaden nie śmie powrócić z wiadomością, co się właściwie stało.
— Czerwony brat ma słuszność. Dlatego nie należy odwlekać wyprawy na LlIano Estacado, lecz należy ją podjąć czemprędzej, gdyż jeśli mamy zwabić blade twarze w objęcia śmierci i sami przy tem nie zginąć z głodu i pragnienia, musimy mieć wodę, nad którą mieszka Bloody Fox. Musimy ją mieć, zanim zaprowadzimy żołnierzy na Llano Estacado.
— Jak ich się zwabi?
— Czy młody wódz Sziba-bigh przyłączył się już tu do czerwonych braci?
— Przybył po południu z dwudziestu wojownikami.
— On zna drogę do wody na pustyni i otrzyma od wodza Wupa Umugi tylu wojowników, ilu potrzeba do zajęcia wody i schwytania Krwawego Lisa. Tymczasem Wupa Umugi zaczeka tutaj, zanim nie nadciągnie Nale Masiuw.
— Kiedy się to stanie?
— Kiedy zebraliśmy się po walce, posłał natychmiast do domu dwu posłańców, aby sprowadzić jeszcze stu wojowników, którzy mają pozostać na tyłach białych żołnierzy i nie pokazywać im się, dopóki blade twarze nie będą w pustyni. Teraz zaczeka jeszcze jeden dzień, aby zebrać resztę rozprószonych wojowników, i zaatakuje żołnierzy, ale nie będzie z nimi walczył, tylko cofnie się aż tu, nad Błękitną Wodę, gdzie swoich ludzi połączy z waszymi wojownikami. Blade twarze ruszą za nim, a kiedy tu przybędą, już nas nie będzie. Będziemy się ciągle pokazywali, lecz zaatakowani, będziemy się cofali zawsze, dopóki tych białych psów nie będziemy mieli na pustyni. Tam będziemy przed nimi, a ci wojownicy, po których posłał Nale Masiuw, przyjdą za nimi — i w ten sposób będą otoczeni. Ale, gdyby nas wtenczas nawet zaatakowali, nie będziemy walczyli, lecz cofniemy się dalej na pustynię, bo będziemy mieli wodę, a oni nie. Wyginą więc do ostatniego człowieka, a my nie stracimy ani jednego z naszych.
— Uff, uff! To dobry plan, bardzo dobry!
— Czy mój czerwony brat sądzi, że nań Wupa Umugi przystanie?
— Zgodzi się; wiem to napewno, a gdyby był temu przeciwny, to go namówię. Rada starszych będzie pewnie po mojej stronie.
— A zatem ruszajmy nad Błękitną Wodę, ażebym mógł pomówić z wodzem, bo muszę się śpieszyć do Nale Masiuwa z odpowiedzią.
— Niech mój brat jeszcze chwilę zaczeka! Plan bardzo dobry, bo prowadzi do zupełnej zguby bladych twarzy, ale ma jedną lukę.
— Jaką?
— Sziba-bigh, znający pustynię, ma z jednym oddziałem pojechać naprzód, ażeby zająć wodę. Skoro my tam nadejdziemy, jak znajdziemy to miejsce z wodą?
— On zawróci i pokaże nam drogę.
— Czy będzie mógł? Czy będzie miał dość czasu? Czy mu nic nie przeszkodzi?
— I nad tem myślał już Nale Masiuw. Kiedy trzej wodzowie naradzali się nad wyprawą, na Llano, powiedział Sziba-bigh, że pod ostatniem wzgórzem, przed początkiem pustyni znajduje się woda, zwana Suks-ma-lestawi[16]. Wielu wojowników naszych było już na tem miejscu, zna je i odnajdzie z łatwością.
— Suks-ma-lestawi? Ja znam także to miejsce, bo byłem tam już kilka razy.
— To dobrze. Ponieważ miejsce to leży na drodze, którą ma się udać Sziba-bigh, przygotuje on tam wszystko, czego potrzeba, ażebyśmy na każdy wypadek znaleźć stamtąd drogę do wody. Jest tam sporo krzaków i młodych drzew: wytnie z nich dużo tyk i wytyczy niemi drogę przez piasek do wody.
— Uff. Tak, jak czynią blade twarze, kiedy jadą przez pustynię i nie chcą zgubić drogi.
— Tak, tak. Gdy przyjdziemy do Suks-ma-lestawi, a Sziba-bigh nie będzie nas tam mógł oczekiwać, to tyki wskażą nam drogę.
— A blade twarze pójdą za nami i znajdą także tę wodę.
— Nie! Czy mój brat słyszał kiedy o białych rozbójnikach, zwanych stakemanami?
— Tak.
— Czy brat wie także, co oni robią, aby podróżnych poprowadzić na zgubę?
— Wyciągają tyki i wbijają inaczej.
— Czy czerwoni wojownicy nie mogą uczynić tego samego, co blade twarze?
— Uff! To prawda.
— Powyciągamy za sobą tyki i powsadzamy je w kierunku, gdzie niema wody i gdzie żołnierze muszą wyginąć. Czy mój brat ma jeszcze jakie pytanie albo wątpliwość?
— Nie.
— Oto więc wszystko, co ma usłyszeć ode mnie Wupa Umugi. Jeśli na ten plan przystanie, będzie nietylko woda na pustyni należała raz na zawsze do Komanczów, lecz pochwycimy Krwawego Lisa i zgubimy białych żołnierzy.
— On uczyni z pewnością to, co mu przez ciebie każe powiedzieć Nale Masiuw. Tak powiedziałem; howgh!
— Więc jedźmy nad Błękitną Wodę, bo nie mamy czasu. Musimy wracać natychmiast, ponieważ Nale Masiuw na nas czeka.
— A my możemy tu zgasić ognisko, gdyż skoro wasi wojownicy nie przybędą, nie mamy powodu czekać. Przeprowadzimy was brodem.
Zadeptali ogień i poszli przez rzekę; obaj strażnicy pieszo, a obaj posłańcy na koniach.
Kiedy odeszli, wstaliśmy i spojrzeliśmy na siebie, chociaż w ciemności nie mogliśmy zobaczyć naszych twarzy. To, co usłyszeliśmy, właśnie było rzeczą nadzwyczajnej wagi.
— Chciałoby się także, jak Indyanin, zawołać „uff, uff, uff!“ — rzekł Old Surehand.
— A czy nie powiedziałem, że usłyszymy coś tutaj, sir?
— A co! Taki plan!
— Ja byłem tam, w obozie tego wojska. A więc to oni napadli na Nale Masiuwa! Dowódca nie podobał mi się wprawdzie; to arogant, zasługujący właściwie na upokorzenie — ale do tego, co zamierzają względem niego Indyanie, nie możemy dopuścić.
— Czy rozmawialiście z nim?
— Tak.
— Czy on was znał?
— Nie.
— A wy nie powiedzieliście mu także, kto wy jesteście?
— Ani mi się śniło.
— W takim razie pojmuję jego arogancyę, bo chciałbym widzieć człowieka, choćby wyższego oficera, któremu byłoby wolno zachować się zuchwale wobec Old Shatterhanda. Nawarzyłby sobie piwa! Ale co mówicie o tym planie, który Nale Masiuw wymyślił?
— Mistrzowski nie jest.
— Takie i moje zdanie, ale taki oficer konnicy, to nie westman, i sądzę, że może się dać zwabić na Llano.
— A ja jestem o tem przekonany. Nazywając plan nie mistrzowskim, nie twierdziłem bynajmniej, żeby nic nie wartał; o nie! Sądzę tylko, że na przykład my dwaj ułożylibyśmy go inaczej. Biali pójdą w pułapkę.
— Jeśli Wupa Umugi zgodzi się z Nale Masiuwem.
— To całkiem pewne.
— Właściwie powinni byśmy zakraść się nad Błękitną Wodę, aby zobaczyć lub usłyszeć, co postanowią. Czy nie?
— Myśl to najbliższa, lecz nie wykonamy jej dla dwu powodów, nie uwzględniając już niebezpieczeństwa, na jakie narazilibyśmy się przy tem.
— A te powody?
— Po pierwsze uważam to za pewne, że Wupa Umugi się zgodzi, więc nie potrzeba podsłuchiwać, a powtóre nie mamy na to czasu. Jestem o tem przekonany, że Sziba-bigh wyruszy jutro rano albo jeszcze dziś w nocy do Suks-ma-lestawi, a ponieważ musimy go uprzedzić, nie mamy czasu do stracenia. Musimy śpieszyć do Nargoleteh-tsil i zobaczyć, czy tam już są nasi Apacze. Jeśli tak, to damy koniom tylko krótki wypoczynek i pojedziemy na Llano o świcie.
— Czy znacie to miejsce, które Komancze nazwali Suks-ma-lestawi?
— Nawet bardzo dokładnie. Obozowałem tam zawsze, odwiedzając Bloody Foxa albo jadąc od niego. W języku Apaczów nazywa się to Gutes-nontin-khai, co znaczy także „sto drzew.“
— Odpowiednio do nazwy musi tam być las.
— Nie las we właściwem tego słowa znaczeniu; Tylko położenie na skraju pustyni usprawiedliwia tę nazwę. Prawdziwych drzew tam niewiele. Rosną tam rzadkie zarośla i długie, cienkie drzewa, nadające się rzeczywiście na tyki, które Sziba-bigh ma tam sobie wyciąć. Teraz wracajmy do towarzyszy. Musimy się przeprawić, przez rzekę, dopóki bród całkiem wolny i nikt go nie obserwuje. Chodźcie!
— To trwało całą wieczność — przyjął nas Old Wabble, gdy przybyliśmy do nich. — Gdyby nieobecność wasza była się przedłużyła, byłbym poszedł za wami.
— Aby narazić nas na niebezpieczeństwo! — odparłem. — Oto, czego chciałbym was oduczyć. Jestem pewien, że ten błąd, którego nie możecie się wyzbyć, przyprawi was jeszcze kiedy o zgubę.
— Old Wabble i zguba? Ani mi się śni!
Nie wierzył w to i mimo swojego wieku był ciągle jeszcze lekkim, beztroskliwym cowboyem z dawnych czasów. Gdybyż był chciał mi wierzyć! Słowa, które mu powiedziałem, były proroctwem, niestety, spełnionem później zbyt dosłownie.
Przeprawiliśmy się brodem, przejechaliśmy powoli wązki pas lasu na brzegu rzeki, poczem mogliśmy konie rozpuścić, bo gwiazdy użyczały dość światła. Ta okoliczność pozwoliła mi też zachować taki prosty kierunek, że kiedy dotarliśmy do Deszczowej Góry, nie okrążaliśmy ani przez pięć minut. Około północy dostrzegliśmy dwie nieznaczne wyniosłości wynurzającej się przed nami góry.
Stopy jej okalały zarośla. Przejeżdżając przez nie, usłyszeliśmy okrzyk Apacza:
— Ti arku — kto tam?
— Old Shatterhand — odpowiedziałem.
— Owan uslah arhonda — chodźcie tu!
Skręciliśmy, a do nas przystąpił czerwony, który stanął tuż przy mnie, ażeby mi się przypatrzyć.
— Tak, to Old Shatterhand, wielki wódz Apaczów — rzekł. — Z rozmaitych stron porozstawialiśmy straże, by na was czekać.
— Czy wojownicy Apaczów już przybyli?
— Tak, w liczbie trzystu.
— Z zapasami żywności?
— Mięsa i mąki na kilka tygodni.
— Kto jest dowódcą?
— Enczar Ko[17], ulubieniec Winnetou, jak wie mój wielki brat Old Shatterhand.
— Czy Długi Nóż przyszedł także z dwoma blademi twarzami?
— Tak, przybyli tu i opowiadali o czynach Old Shatterhanda. Niech moi bracia pójdą teraz za mną.
Poprowadził nas kawałek drogi w dolinę, ciągnącą się w górę między obydwoma wzniesieniami, i niebawem dostaliśmy się do obozu Apaczów.
Enczar Ko był nietylko ulubieńcem Winnetou, lecz moim także. Przywitaliśmy się z wielką i szczerą serdecznością, a on oświadczył, że oddaje swój oddział pod moje rozkazy. Parker i Hawley przyszli oczywiście także, aby nam rękę uścisnąć. Opowiedzieliśmy im w krótkich słowach, jak się nam udało uwolnić Boba. Niepokoili się o nas, więc radość ich była teraz tem większa.
Narada była zbyteczna, bo zdążałem na Llano, i to wystarczało. Zawiadomiłem Enczar Ko o tem, jak rzeczy stały, a że my chcieliśmy się trochę przespać, wziął on na siebie przygotowania tak, żebyśmy zaraz po przebudzeniu się mogli wyruszyć.
Nazajutrz o wschodzie słońca byliśmy już daleko od Deszczowej Góry, a orszak nasz poruszał się z dostateczną szybkością po równinie, sięgającej do pasma wzgórz, z których schodzi się na Llano. Między jego wschodniemi odnóżami znajdują się owe źródliska, których wody wsiąkają w piasek a potem gromadzą się w jeziorku, nad którem Bloody Fox założył swą tajemniczą siedzibę.
Old Surehanda cieszył widok Apaczów, bo zauważył, że mieli szkołę niemal wojskową. Takim systemem zaprowiantowania, jak oni, nie mógł się pochlubić żaden inny szczep indyański. Po drodze opowiedziałem mu, ile trudu zadał sobie Winnetou i z jaką rozwagą zrobił ze swoich Meskalerów wyborowe oddziały, co jeszcze bardziej podniosło poważanie jego dla tego wodza. Mieli ze sobą nawet worki, uszyte ze skór gazelich, ażeby wojownicy nie musieli znosić pragnienia.
Po południu przeszliśmy przez wspomniane wzgórza. Poprowadziłem oddział na znaną mi dolinę, gdzie spoczęliśmy trochę. Znajdowała się tutaj rzeczka, wprawdzie bardzo cienko płynąca, ale wystarczająca do napełnienia worków. Potem zeszliśmy na Llano Estacado i po jego lekkim żółtawym piasku pojechaliśmy ku północy. Dolina ta leżała o jakie ćwierć dnia drogi od Stu Drzew, gdzie mieli przybyć Komancze.
Kiedy słońce zapadło, zatrzymaliśmy się w środku pustyni. Leżąca dokoła nas, jako niczem nie przerwana równina, której horyzont był jakby cyrklem nakreśloną linią, tworzyła olbrzymią okrągłą patelnię, posypaną kaszką i cukrem. Porównanie to śmiałe, o ile weźmie się na uwagę puste, wyschłe i nieurodzajne Estacado.
Chociaż nie obawialiśmy się niczego, rozstawiliśmy straże i położyliśmy się spać, dawszy wprzód koniom wody i kukurydzy, której sprowadzono wielkie mnóstwo. Sen podczas chłodnej nocy pustynnej posłużył nam bardzo, i kiedy zbudziliśmy się nazajutrz, czuliśmy w sobie siły do dalszej drogi.
Dzisiaj wiodła nas droga obok wyschłych pól kaktusowych, przed któremi musieliśmy chronić konie, ażeby sobie nóg nie kaleczyły. Te pola zbliżają się tu często do siebie i tak się łączą ze sobą, że trzeba skręcać i znacznie nieraz okrążać, bo przez nie tylko gdzie niegdzie i to z trudem można się przedostać. Kto nie zna ich rozmiarów i właściwości, ten może się tak zabłąkać, że nie wydostanie się rychło i ginie, jeśli nie ma żywności i wody.
Po południu upał był straszny. Słońce formalnie piekło, a w dodatku wiał wiatr, gorący, jak z pieca, i napełniał powietrze gęstym pyłem. Stanowisko moje było trudne, gdyż ja jeden znałem drogę i odpowiadałem za naszą całość. Wzrok nie mógł prawie przebić atmosfery, a chociaż byłem pewien, że kierunek jest dobry, było przecież wiele takich rzeczy, które mogły mnie zmylić. Miałem wprawdzie przy sobie Murzyna, ale nie licząc już wogóle jego umysłowych słabości, jeździł on zawsze przez pustynię z Bloody Foxem, zdawał się na niego, więc nie mógł mi teraz dać żadnych wskazówek. Dawniej były pola kaktusowe, które teraz zniknęły, a tam, gdzie ich nie było, powstały nowe, Na kompas nie patrzyłem. Zmysł lokalny westmana jest pewniejszy od zwodniczej igły magnetycznej.
Musiałem bezwarunkowo znaleść się na miejscu, gdzie między dwiema przestrzeniami kaktusów wiodła wolna droga do pustynnej oazy — lecz nie znalazłem tej drogi. Prawdopodobnie byłbym stamtąd, gdzieśmy stali, zobaczył przez lunetę kępę drzew, wyrosłą dokoła stawu, lecz powietrze było zanadto przepełnione piaskiem. Zwróciłem się jeszcze raz do Boba i po długiem pytaniu dowiedziałem się ostatecznie tego, co już dawno mógł mi powiedzieć.
Oto Bloody Fox chciał się jeszcze bardziej odgraniczyć i zasadził roślinami drogę, której szukałem. Z wielkim trudem i z pomocą wody, jaką rozporządzał, otoczył się tak szerokim pasem kaktusów, że z tej strony nie podobna było dojrzeć jego home’u wolnem okiem. To byłoby oczywiście niemożliwe, gdyby już przedtem nie było pól kaktusowych, ciągnących się milami. Miał tylko wypełnić przerwy, nad czem z Bobem i Sanną pracował przez całe miesiące. Dawniej mogliśmy do niego dojechać od wschodu lub od północy; teraz zatkał te otwory, a natomiast utworzył nowy, na wschodzie. Był on bardzo wązki, a droga wiodła takim zygzakiem, że obcy nie poszedłby nią pewnie. To, że mógł swoją siedzibę otoczyć takim lasem kaktusowym, zawdzięczał tylko wodzie. Zresztą już raz opisałem był takie pola kaktusowe na Llano Estacado[18]. Takiemu polu zawdzięczaliśmy wówczas ocalenie od śmierci, a przypadkowo znajdował się wtenczas z nami Murzyn, który także Bob się nazywał, ale z tym nie miał nic wspólnego.
Nareszcie wiedziałem, o co mi chodziło i jak mogłem się dostać do Bloody Foxa. Apaczów nie mogłem brać ze sobą, bo jego home było tajemnicą i miało nią prawdopodobnie pozostać. Musieli więc rozbić obóz; zostawiłem w nim także wszystkich białych i wziąłem z sobą tylko Murzyna, by mu dać jak najrychlej sposobność zobaczenia się z matką i z Bloody Foxem.
Popędziliśmy cwałem dokoła potężnego pola kaktusów, dopóki nie przybyliśmy na stronę wschodnią, a ponieważ znajdowaliśmy się przedtem na zachodniej, trwała jazda prawie godzinę. Znaleźliśmy przerwę i musieliśmy przez nią jechać wolniej, to w prawo, to znowu w lewo, jak do tego zmuszał nas zygzak. Wkońcu zobaczyłem zielone, ale pokryte szarym piaskiem korony drzew, a wkrótce potem dom, położony w ich cieniu. Przed nim poruszała się przy pracy postać kobieca. Ujrzawszy ją Bob, podpędził konia i krzyknął:
— To być matka Sanna, matka Sanna masser Boba! Oh... oh... matka, matka! Sanno, Sanno! Twój boy przyjść, twój Bob znowu tu być!
Odwróciła się i rozłożyła ręce. Stała tak, zesztywniała z radości, nie mogąc przemówić słowa, a on zatrzymał przed nią konia, zeskoczył i zarzucił jej długie swoje ręce na szyję i krzyczał dalej z radości.
Te krzyki usłyszał jeszcze ktoś. Drzwi się otwarły i z domu wyszedł człowiek, dla którego powrót Murzyna był zapewne zagadką, który jednak nie zmienił wyrazu twarzy, nie zdradzającej najmniejszej niespodzianki.
Stał przed drzwiami cicho i nieruchomo, z błyszczącem okiem, zwróconem na matkę i na syna. Jego długie, gęste, błękitno-czarne włosy zwinięte były w węzeł, podobny do hełmu, i spadały potem daleko, na plecy. Ani orle pióro ani żadna inna oznaka nie zdobiła tej indyańskiej fryzury. Ale poznać można było także i bez tego, że to nie był prosty wojownik, zwykły Indyanin. Kto nań spojrzał, był zaraz pewien, że ma przed sobą znacznego człowieka. Był tak samo w skórę odziany, jak ja. Na szyi miał kosztownie wyszyty worek z gusłami, artystycznie wyrzeźbioną fajkę pokoju i potrójny łańcuch z pazurów i zębów szarych niedźwiedzi, które położył trupem. Rysy jego poważnej, męsko pięknej twarzy możnaby nazwać rzymskimi, gdyby nie lekko wystające kości policzkowe. Barwa jego twarzy była jasno-brunatna z lekkim odcieniem spiżu.
Był to Winnetou, wódz Apaczów i najwspanialszy z Indyan. Imię jego żyło w każdym namiocie, każdym domku strażniczym, przy każdem ognisku obozowem. Sprawiedliwy, wierny i rozumny, waleczny aż do zuchwalstwa, szczery i bez fałszu, przyjaciel i obrońca wszystkich, potrzebujących pomocy, czy byli barwy czerwonej czy białej — ale taki sam surowy i nieubłagany wróg wszystkich niesprawiedliwych, znany był jako taki wszystkim, którzy o nim słyszeli albo go kiedy widzieli. Co za szczęście być przyjacielem takiego człowieka!
Bob ciągle jeszcze krzyczał do matki, a zachwyt jego zwiększał się zamiast się zmniejszać. Tymczasem przybliżyłem się zwolna, a Winnetou posłyszał kroki mojego konia. Odwrócił się i spostrzegł mnie, ale spiżowa twarz jego pozostała w poprzedniej nieruchomości; nie zadrgał nawet powieką. Tylko oko rozwarło się szerzej, a jasny blask serdecznej miłości zabłysnął w jego spojrzeniu. Zsiadłem z konia, objęliśmy się w ramiona i ucałowaliśmy się, jak bracia, którzy się dawno nie widzieli. Potem, trzymając mnie za obie ręce, odstąpił o pół kroku, powiódł po mnie wzrokim i powiedział:
— Mój brat, Old Shatterhand, przychodzi, jak rosa do kielicha spragnionego kwiatu i jako orzeł, który potężnemi szponami broni gniazda swych piskląt. Czy znalazłeś tam w górach Sierra Madre moją kartkę?
Odpowiedziałem mu na to:
— Serce moje tęskni za bratem Winnetou, jak chory za promieniem słońca, a dla duszy mojej jest on tak drogim, jak dziecko dla matki. Przeszło wiele słońc i miesięcy od czasu, kiedy oko moje widziało cię po raz ostatni. Byłem na Sierra Madre pod odwiecznym dębem i znalazłem twoją kartkę. Teraz przybywam z trzystu Apaczami pod dowództwem dzielnego Enczar Ko, ażeby oddać ich pod twoje rozkazy. Czy Bloody Foxa nie ma w domu?
— Objeżdża kilka razy dziennie kaktusy, aby zobaczyć, czy nie przybywasz. Teraz także go niema i... popatrz!
Nie dokończył zdania i po ostatniem słowie wskazał tam, skąd przybyłem. Stamtąd nadjeżdżało kilku jeźdźców: Old Surehand, Old Wabble, Parker, Hawley i Enczar Ko. Na czele ich jechał Bloody Fox, ubrany zupełnie tak, jak meksykańscy wakerowie, w skórę bawolą, w ten sposób, że wszystkie szwy ozdobione były frendzlami. Szeroka czerwona szarfa otaczała jego kibić zamiast pasa i zwisała obu końcami po lewym boku. Za nim tkwił długi nóż i dwa srebrem wykładane pistolety. Na głowie miał sombrero[19], na poprzek kolan trzymał kentucką dwururkę, a z przodu, po obu stronach siodła, umieszczone były przeciwko pchnięciom włóczni i ukłuciom strzał skórzane ochraniacze nóg, sięgające do stóp.
Miał on teraz dwadzieścia pięć lat, a pełny, długi wąs ocieniał mu usta. Dolna część twarzy z silnie rozwiniętemi szczękami wskazywała na silną, nieugiętą wolę, oczy jednak patrzyły — może tylko teraz, dlatego, że się cieszył — wesoło i łagodnie w świat, jak oczy dziecka, które nie dotknęłoby robaka ani motyla, by mu nie sprawić bolu, A przecież ten młodzieniec był owym strasznym awenging-ghost’em, którego niechybne kule trafiały każdego „sępa“ z Estacada w sam środek czoła.
W kłusie zeskoczył z konia i podał mi rękę. Przywitawszy mnie kilku szczerze serdecznemi słowami, zwrócił się do Winnetou:
— Tym razem znalazłem tych, których szukałem. Ale to nie tylko wojownicy Apaczów. Czy Winnetou domyśla się, jakich to sławnych mężów przyprowadził mu jego przyjaciel i brat Old Shatterhand?
Wódz odpowiedział lekkiem potrząśnieniem głowy, a Fox przedstawił mu przybyszów:
— Oto stoi Old Surehand, jeden z najsłynniejszych białych myśliwców. Udał się na południe, by poznać wodza Apaczów, i spotkał się przytem z Old Shatterhandem.
Przez chwile stali ci dwaj ludzie naprzeciw siebie i badali się nawzajem oczyma; potem podał Winnetou rękę myśliwcowi i rzekł:
— Kogo przyprowadza Old Shatterhand, tego wódz Apaczów wita z radością. Słyszałem wiele o tobie, a teraz niechaj czyn stanie na miejscu słowa, jako dzisiaj osoba na miejscu opowiadania.
Old Surehand odpowiedział kilka słów, przyczem poznałem, że Winnetou wywarł na nim bardzo wielkie wrażenie.
— A tu — mówił Bloody Fox dalej — jest Old Wabble, zwany królem cowboyów. On pomagał Old Shatterhandowi i Old Surehandowi w uwolnieniu Boba.
Po twarzy Winnetou przemknęło szczególne, rzekłbym, pogodne drgnienie, kiedy starcowi podał dłoń i powiedział:
— Old Wabble jest znany wodzowi Apaczów; on chytry, jak lis, jeździ, jak dyabeł, i lubi palić papierosy.
Oblicze starego rozpromieniło się na początku tego powitania — zaledwie jednak usłyszał słowa ostatnie, zasępiły się jego rysy natychmiast, i zawołał:
— Thunder-storm, to prawda, ale od kilku miesięcy nie miałem w zębach ani jednego. Skąd je wziąć w tej dyabelskiej okolicy? Jeśli to się wkrótce nie zmieni, to wyskoczę ze skóry i skręcę sobie z tego papierosa; th’ is clear.
Był to taki namiętny palacz, że nie czuł się dobrze bez papierosa; stąd ten wybuch uczucia.
Bloody Fox przedstawił jeszcze Parkera i Hawleya, którzy także usłyszeli kilka uprzejmych słów. Przejeżdżał on właśnie dokoła, ażeby popatrzeć, czy przybyłem z Apaczami i, jadąc od północy, właśnie kiedy ja z Bobem odjechałem na południe, natknął się na nich. Biali powiedzieli mu natychmiast, kim są, on zaś poprosił ich, żeby za nim pojechali czemprędzej.
Winnetou, Fox i ja mieliśmy sporo do pytania i opowiadania, lecz brakło nam na to czasu, bo Komancze zabrali go nam w całości. Bob i Sanna musieli zabrać nasze konie do pojenia, a my zebraliśmy się wszyscy przed domem na naradę. Stał tam z desek zbity stół z dwiema ławami, na których mogliśmy usiąść.
Fox wszedł do wnętrza domu, by nas ugościć. Chociaż jednak to, co nam podał, godne było uwagi, zwrócili ją wszyscy, którzy dawniej tutaj nie byli, w całkiem innym kierunku. Rozglądali się ze zdumieniem dokoła. Cóż to za raj w samym środku skwarnej pustyni! Było tam przez naturę utworzone wgłębienie o średnicy około ośmdziesięciu kroków, napełnione po brzegi przeźroczystą, doskonałą wodą, a na jej powierzchnię rzucało słońce brylantowe połyski. Nad tem drgały migotliwe jętki, uganiając się za muchami, komarami i innymi owadami. Nad brzegiem skubały konie, jak smakosze, soczyste źdźbła bujnej trawy. Nizkie palmy odbiły się w wodzie, zmarszczonej wiatrem. Nad ich piuropuszami tworzyły wysokie cedry i sykomory dach z koron. Za domkiem leżało duże pole kukurudzy, na którem gromada małych papużek kłóciła się o złote ziarna.

Sam domek nie był wielki, lecz wystarczał na potrzeby Bloody Foxa. Z jakiego materyału był zbudowany, tego nie podobna było rozpoznać, gdyż ściany, a nawet dach, okryte były gałęźmi, liśćmi i kwieciem białej, czerwono żyłkowanej passiflory. W kilku bardziej rozwiniętych miejscach przeświecały już wśród gąszczu płatków listowia żółte, słodkie, podobne do kurzego jaja owoce. Gdzieindziej, gdzie kwiaty jeszcze nie zwiędły, śmigały od kielicha do kielicha malutkie kolibry. Te liliputy pierzastego świata, podobne do latających drogich kamieni, znalazły przez Llano drogę do tej wspaniałej wyspy.
Sykomory, cedry i cyprysy nad wodą były to stare drzewa, których nasiona przyniosły ptaki na tę oazę jeszcze wówczas, kiedy nikt nie miał pojęcia o jej istnieniu. Dalej były plantacye kasztanów, migdałów, pomarańcz i laurów. Posadził je tu już Bloody Fox przed laty, tak samo, jak pas rozciągających się dokoła wody, szybkorosnących krzaków i krzewów, których przeznaczeniem było zasłaniać oazę przed nawianiem z pustyni piasku. Fox powykopywał rowy, ciągnące się daleko od jeziora, ażeby zaopatrzyć w wodę te sadzonki. Tam, gdzie kończyła się ta roślinność, zaczynały się pełznące po ziemi gatunki kaktusów, tworzące wielki ochronny pierścień dokoła tej posiadłości.
To piękne, odcięte od świata miejsce sprawiało wrażenie okolic podzwrotnikowych. Można tu było myśleć, że się jest w południowym Meksyku, w środkowej Boliwii albo na skrajach puszcz brazylijskich. Stąd pochodziło owo zdumienie, z jakiem oglądano ten mały raj, położony w samym środku pustyni. Mówiłem o tem z Old Surehandem, Old Wabblem, z Parkerem i Hawleyem, ale nie przypuszczali, żeby tu było aż tak uroczo.
Gdy zaczęli swój zachwyt wyrażać słowami, pochlebiło to Bloody Foxowi i poprosił ich ze sobą do domu, by go im pokazać.
Wszedłszy przez obramione pas passiflorami drzwi, widziało się, że wnętrze składało się z jednej komnaty. Wszystkie cztery ściany zrobione były z sitowia, a jako środek łączący służył delikatny ił z jeziora. Powała składała się z długiej, plecionej trzciny. W trzech ścianach było po jednem małem oknie, a otwór każdego był wolny od firanki pnączów. Przy czwartej ścianie stał, daleko od znajdujących się tu także drzwi, komin, zbudowany z ziemi, a nad paleniskiem wznosił się zrobiony także z szuwarów pułap. Pod nim wisiał żelazny kocioł.
Podłogę pokrywały skóry, obrane z sierci. Stały tu także trzy łoża ze skór niedźwiedzich, położonych na rzemieniach, przybitych do pali. Pod powałą wisiało kilka kawałków wędzonego mięsa, a na ścianach najrozmaitsza broń, jaką tylko można mieć i widzieć na dalekim Zachodzie. Kilka skrzyń służyło za szafy i komody, a pozatem stół i kilka ław, wyciosanych przez Foxa.
Największą jednak ozdobę komnaty tworzyła kudłata skóra białego bawoła, przy której zostawiono skórę z głowy. Był to „uniform“ avenging-ghosta. Bloody Fox wdziewał go zawsze, ilekroć wyjeżdżał ukarać stakemana. Stąd opowiadania o straszliwej postaci „ducha Llana Estacada“. Po obu stronach tej skóry tkwiło w ścianie mnóstwo nożów, jako okropnych pamiątek, gdyż mściciel zabierał je stakemanom po wpakowaniu im kuli w sam środek czoła. Pod łożem Bloody Foxa znajdowało się nakryte skórami wgłębienie, a w niem puszki blaszane z amunicyą.
Na północnej ścianie domu, gdzie słońce nie dochodziło, wisiała pewna ilość worków skórzanych, przeznaczonych na wodę. Z pomocą ich zawartości ocalił już Bloody Fox życie niejednemu podróżnemu, zbłąkanemu na Llanie.
Tak wyglądała „wyspa na pustyni“ i tak dom na tej wyspie.
Usiedliśmy na dworze i jedliśmy z apetytem wprawdzie, lecz prędko, aby przystąpić do narady. Zanim się rozpoczęła, poszedł Bloody Fox do domu i wróciwszy z małem tekturowem pudełkiem, podał je staremu Wabble’owi i rzekł:
— Oto dla was, mr. Cutterze, ponieważ sobie życzę, żeby moi goście czuli się dobrze w moim domu.
Old Wabble wziął pudełko, zważył je w ręce i rzekł tonem powątpiewania:
— Czuć się dobrze? Czy sądzicie, że to tutaj wzmocni moje zadowolenie?
— Jestem tego pewien.
— A cóż tam jest?
— Otwórzcie i zobaczcie sami!
— Hm! Skoro nie chcecie powiedzieć, to muszę otworzyć, bo inaczej nie dowiem się; th’ is clear!
Zdjął papierową opaskę, otworzył nakrywkę i... krzyknął głośno z radości.
— Nieba! Papierosy! Papierosy! To papierosy! I to pięćdziesiąt sztuk! Pełnych pięćdziesiąt! A do kogo mają należeć, mr. Foxie? Czy do mnie?
— Naturalnie.
— Wszystkie? Pięćdziesiąt?
— Wszystkie.
— Thunder-storm! Szlachetny z was młodzieniec i znakomity człowiek! Chodźcie do mego serca; muszę wam dać smack[20], potężny smack!
Przyciągnął Bloody Foxa do siebie i cmoknął, aż echo poszło. Następnie zapalił sobie jednego papierosa i wydmuchiwał dym z rozkoszą, wyzierającą mu z każdej zmarszczki na twarzy. Towarzyskość nakazywałaby mu wprawdzie każdemu z obecnych dać po jednym takim przedmiociku, lecz tego nie uczynił. Był zbyt namiętnym palaczem, żeby mógł ponieść taką ofiarę.
Po twarzy Winnetou przemknął lekki, mnie tylko zrozumiały uśmiech. On nie miał żadnego nałogu ani przyzwyczajenia, wiec nie mógł pojąć tego, że westman tej miary, którego nawet zwano królem cowboyów, wpadał w taki zapał pod wpływem papierosa.



Przypisy

  1. Po arabsku: góra.
  2. Dolina, łożysko deszczowe.
  3. Studnia.
  4. Poszukiwacz złota.
  5. Tom IX. „Winnetou“.
  6. Palikowiec.
  7. Duch mściciel.
  8. Nożyce.
  9. Długi nóż.
  10. Zielona wyspa.
  11. Czarny mąż — murzyn.
  12. Czarna kobieta — murzynka.
  13. Góra deszczowa.
  14. Gwiazda ognista.
  15. Dolina Zajęcza.
  16. Sto drzew.
  17. Wielki ogień.
  18. Patrz „Winnetou“ tom III.
  19. Z hiszpańskiego „sombra“ — cień; użyczający cienia.
  20. Mlask, w przeciwieństwie do kies lub buss — pocałunek.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Karol May.