Okręty zbłąkane/Rozdział XIV

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Ferdynand Ossendowski
Tytuł Okręty zbłąkane
Wydawca Udziałowa Spółka Wydawnicza
Data wydania 1932
Druk Drukarnia Narodowa
Miejsce wyd. Kraków
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tekst jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tekst jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Indeks stron


Rozdział XIV.
SZLAKIEM WIKINGÓW.

Ocean oddychał cicho; na szerokich, płaskich jego falach szybko płynęła ku północy flotyla kapitana Pitta Hardfula. Płynęła zaś szlakiem, wytkniętym tysiąc lat temu przez bohaterskiego Elfa Setera, ujarzmiciela oceanu Hyperborejów, poprzednika zuchwałych wikingów-zdobywców i wikingów-skaldów.
„Witeź“ parł naprzód całą siłą, a za nim w kilwaterze biegły nowe niemieckie parowce, odbywające pierwszą swoją pływankę.
Pasażerowie nie posiadali się z radości. Tak pięknej odświeżającej pogody i tak idealnie spokojnego morza nikt się nie spodziewał, bo nawet obznajmieni z pływankami w północnych szerokościach marynarze z Bremy, dziwili się i, kiwając głowami, mówili do siebie:
— Szalone szczęście ma ten kapitan Hardful! Żeby Atlantyk tak się pieścił z nami o tej porze roku, no-no! Jak to dalej pójdzie? Co nam zaśpiewa Lodowaty?
Stojący wpobliżu pasażer o twarzy zawadjackiej i piegowatej potrząsnął rudą czupryną i wtrącił do rozmowy oficerów:
— Ocean Lodowaty otrzymał już rozkaz kapitana Hardfula! Cha-cha! Zobaczycie, panowie, że stanie się gorący na nasze powitanie, a lodu ani krzty, aż do Wajgacza nie spotkamy. Jakem Juljan Miguel!
— O, to widzę, pan pływał już w tamtych wodach?! — spytał kapitan Niemiec, ze zdziwieniem i mimowolnym szacunkiem patrząc na rudego pasażera.
— Do usług i to już nie jeden raz!... Hej, pamiętam, jak złamaliśmy sobie ster koło Jamału!... — odparł z przechwałką Miguel i, zapalając się coraz bardziej, jął opowiadać o dawnych pływankach „Witezia“ pod dowództwem Olafa Nilsena i Pitta Hardfula. Oficerowie, majtkowie i spory tłum kolonistów otoczyli bywalca i wszyscy słuchali z zapartym oddechem.
Flotyla mijała właśnie latarnię morską na wyspie Ulfoe. Wznosiła się na prawie czarnej skale, niby strzelista, biała kolumna, otulona do połowy siwą pianą bałwanów, rozpryskujących się o rafy.
— Migu! — rozbrzmiał nagle dźwięczny głos kobiecy.
Rozgadany Miguel natychmiast przerwał opowiadanie i podbiegł do pasażerki, stojącej na spardeku. Była to młoda kobieta o włosach złocisto-popielatych, jak metal starych sprzętów kościelnych, i oczach szafirowych a bardzo smętnych.
— Migu... — powtórzyła prawie ze łzami w głosie, poprawiając czarną siatkę, okrywającą głowę. — Widzisz kamienie Ulfoe? Gdzieś tu, może, właśnie pod kilem naszego parowca, opuściliśmy... wtedy ciało Olafa Nilsena...
Westchnęła ciężko, a po przybladłej nagle twarzy przemknął skurcz bólu.
— Ot, tam, wprost przed nami wznosi się czarny cypel... — szepnęła. — To południowy przylądek Hadsefjordu... Moja wyspa Lango... A to — Lofoty — stare, smętne, tragiczne Lofoty... Kawał życia przeminęło bezpowrotnie i kto wie — może, niepotrzebnie...
Nagle na płynącym w oddali „Witeziu“ wykwitła girlanda flag sygnałowych, po niej — druga, a raptowny ryk syreny kutra targnął powietrzem.
— Sygnał zahamować maszyny! — krzyknął z mostka dyżurny oficer. — Mechanik, mały bieg!
— Co się stało?! — rozległy się niespokojne pytania.
Tymczasem na wszystkich trzech niemieckich parowcach rozległa się już komenda:
— Maszyny stop! Ster na N! Halza bez zmiany!
„Witeź“ tymczasem zakreślił szerokie koło i ostrożnie sunął ku parowcom, idącym już tylko własnym rozpędem. Stanęły wreszcie, zlekka podnoszone na długiej fali.
Kuter przepływał wzdłuż burt. Można było bez trudu dojrzeć ołtarz urządzony na pokładzie „Witezia“, zgromadzonych dokoła pasażerów, a na dziobie ustawioną osobno załogę z bosmanem przed szeregiem. Na mostku obok olbrzymiego szypra „Witezia“ stał kapitan Pitt Hardful z tubą w ręku.
Kuter, dymiąc, stanął. Wtedy rozległ się głos Pitta:
— W tem miejscu zostały opuszczone na dno oceanu zwłoki naszego przyjaciela. Był nim dzielny, szlachetny, o duszy czystej szyper norweski, Olaf Nilsen, właściciel i dowódca „Witezia“. Za chwilę rozpocznie się nabożeństwo za duszę zmarłego. Wystawić na pokładzie wszystkie warugi! Podnieść banderę Norwegji! Niech towarzysze nasi wespół z przyjaciółmi Olafa Nilsena westchną za spokój jego duszy!
Ksiądz Seweryn Leduc rozpoczął modły. Rozwijały się jedna po drugiej wielkie bandery norweskie i powiewały cicho nad ukrytym w otchłani grobem twardego, jak skała, a czystego, jak woda fjordów, szypra z Lofotów. Na masztach „Witezia“ trzepotały chorągiewki sygnałów, a mówiły o dalekiej, nieznanej wyprawie w krainę nieśmiertelności.
Po krótkiem nabożeństwie katolickiem, pastor Boese odmówił na głos improwizowaną, okolicznościową modlitwę, poczem obaj kapłani nakreślili znak krzyża świętego nad mogiłą marynarza.
Na „Robercie“ tuż przy burcie klęczała młoda kobieta w czarnej siatce na złocistych włosach i ze łzami w oczach modliła się gorąco.
Miguel z troską i niepokojem patrzał na nią, a gdy podniosła się z kolan, szepnął do niej:
— O, fru Tornwalsen! Nasz sztorman pamięta o wszystkiem! Nie zapominał o Olafie Nilsenie, niech Santa Madonna ma duszę jego w opiece!
— Tak, Migu! — odparła smutnym głosem. — Bóg stokrotnie wynagrodzi za to kapitana...
W głosie jej zadrżały nuty wzruszenia i serdecznej wdzięczności.
Ktoś, bezceremonjalnie dotykając ramienia kobiety, spytał ze śmiechem:
— Belleza... Belleza sublima!... nie warto łzami psuć oczek!... Czy nieboszczyk był kochankiem pięknej senory! Cha-cha-cha!
I nagle stało się coś zgoła nieoczekiwanego.
Oto wiotka, zgrabna postać młodej kobiety wyprężyła się, jak łuk naciągnięty, odrzuciła się wtył, niby zgięta sprężyna, i wnet pochyliła się wprzód rzutem krótkim i silnym.
Trafiony pięścią w oko, Esuperanzo Gradaz zachwiał się na grubych nogach i, przebiegłszy kilka kroków, runął na skrzynię z pasami ratunkowemi, rycząc, jak zarzynany wół.
— Perra, mas que perra! — rzęził Esuperanzo. — Co to było?!
Majtek zwrócił ku Hiszpanowi roześmianą twarz i odparł prawie bezczelnie:
— Amor zamiast serca, ugodził senora w oko...
— El nombre del amor! — wykrztusił senor Gradaz.
— Właśnie już wspomniałem o Amorze — zaśmiał się majtek.
— Que se pudre! — ryknął Hiszpan i chwiejnym krokiem powlókł się w stronę jutu, krzycząc:
— Lekarza! Lekarza! Tu wybijają oczy!
Z mostku wychylił się przez reląg dyżurny oficer i zawołał:
— Cicho, wieprzu jeden! Pamiętaj, co powiedział kapitan Hardful. Pójdziesz rybom na strawę, stary ohydniku!
— Ten piedad, Senor Dios mio! — jęknął Esuperanzo, lecz przestał już krzyczeć i przeklinać, bo przed zdrowem okiem jego stanęła, jak żywa, surowa, groźna postać „Złotego Kapitana“.
Zawzięty Hiszpan postanowił się zemścić. Z uprzejmym wyrazem twarzy, jeszcze wstrętniejszej niż zwykle i bardziej odstraszającej, bo małe, czerwone oko wyglądało okropnie wśród napuchniętych, ciemno-sinych fałd, zwiędłej skóry, podszedł w dwa dni później do przechadzającej się po pokładzie młodej kobiety i zaczął rozmowę:
— Hę? Taka belleza esplendorosa, wiotka, jak syrena... hę? A pięścią wali, jak tęgi marynarz-zabijaka! Skądże to taka wprawa — senora?
Elza Tornwalsen nic nie odpowiedziała, nie patrząc na bezczelnego starca.
Niezmieszany tem bynajmniej Esuperanzo Gradaz prawił dalej:
— Ja nie chciałem obrazić... Gdzieżby tam? Takie cacuszko, takie pieścidełko!... Widać coś ważnego zmusiło senorę do opuszczenia Europy... Może gdzieś, kiedyś na Rivierze, albo w Biarritz te śliczne rączki wślizgnęły się niebacznie do kieszeni kochanka... Uciekamy — co? Aż na Tajmyr?... Hę? Taka laleczka i — na Tajmyr! Eso es montruozo!
Elza wciąż milczała, tylko nozdrza jej się rozdymały, a oczy rzucały z pod opuszczonych powiek zaczajone, baczne spojrzenia w stronę zbliżającego się Hiszpana.
W głowie mignęła jej szalona myśl.
— Uderzyć go pomiędzy oczy i zrzucić za burtę...
Przypuszczając, że młoda kobieta milczy, nastraszona jego „domyślnością“, mówił już śmielej. Nie spostrzegł inżyniera Géroma i Juljana Miguela, którzy właśnie rozmawiali o Olafie Nilsenie i bacznie przyglądali się Hiszpanowi. Nie słyszeli oni słów Gradaza, lecz Rudy Szczur dojrzał, że ręce Elzy chwilami drżały i zaciskały się w pięść.
— Ta łojówka barcelońska coś ohydnego gada do fru Tornwalsen — pomyślał Miguel i podszedł bliżej.
— Senora belleza... — mruczał przez zęby Gradaz. — Ja o tem nikomu słówkiem nie pisnę... Takie cacko... świecidełko prawdziwe!... Nudno nam obojgu będzie na tym Tajmyrze, bo ani ja, ani piękna senora nie jesteśmy stworzeni do pracy! Cha-cha! Tam podobno noce są długie... Moglibyśmy je skrócić, hę! A za to do pięknej torebki mojej belleza z cichym brzękiem toczyłyby się monety, duże złote monety! Trzeba tylko, abyś, kochaneczko, koteczko drapieżna...
Nie dokończył, bo w tej chwili zakotłowało się na pokładzie „Roberty“. Esuperanzo Gradaz został natychmiast zbity z nóg i przyciśnięty ciężarem dwóch ciał, miotających się i szamocących się z nim. Ciężkie razy czterech tęgich pięści spadały na opasły kadłub Hiszpana; pięści te grzmociły z prawdziwym zapałem, a czyjeś gardziele wydawały ryki i przekleństwa.
Majtkowie z trudem zwolnili pobitego dotkliwie i jęczącego Esuperanzo, odrywali od niego, wczepionego weń, jak brytan w niedźwiedzia, wściekłego Miguela, wyrzucającego potoki takich hiszpańskich wyzwisk, jakich używali chyba tylko konkwistadorowie Korteza; trzymali za ręce bladego i oburzonego Géroma, który powtarzał w kółko:
— Za burtę! Za burtę!
Kapitan „Roberty“, zbadawszy zajście, kazał zamknąć starego awanturnika do najgłębszego rumu.
— Posiedzisz tam do Wardo!
Dla pasażerów widowisko to było jedyną rozrywką, bo morze żadnych wrażeń nie dawało. Ocean jakgdyby spał i, w rozmarzeniu rozkosznem pieszczotliwie kołysał statki, brużdżące jego pierś. Zrzadka tylko zjawiały się na horyzoncie grindy,[1] lub przepływały ławice śledzi, gonione przez foki i delfiny.
Flotyła minęła dawno archipelag Vesterwaalen, pożegnała sygnałami „ostatnią latarnię europejską“, migającą z wyspy Kwaloe, i dążyła na NNE, mając kurs wytknięty na przylądek Nordkap.
Ocean Lodowaty powitał podróżników dość silną bryzą, lecz i ona nie podniosła fal, więc pływanka odbywała się po dawnemu w warunkach nader pomyślnych.
Zaczynając od latarni Garghioelm, morze dostarczało codzień nowych wrażeń.
Przedewszystkiem spotykano coraz częściej ławice śledzi i sztokfiszów, ściganych przez stada delfinów, grindów i fok, a pewnego razu majtek, pracujący na fok-maszcie, krzyknął:
— Patrzcie tam, na północ!
Istotnie, na morzu działy się dziwne rzeczy.
Pasażerowie długo nie mogli nic rozejrzeć w skotłowanej, wzburzonej wodzie, gdzie miotały się jakieś potwory.
— To gromada „zbójów“ napadła na wieloryba!... — zawołał oficer, śledzący zjawisko przez silną lornetkę morską.
Wieloryb w największem przerażeniu pędził wprost na płynącą flotylę. Zwykle płochliwy i ostrożny, nie zwracał teraz żadnej uwagi na przecinające mu drogę huczące maszynami parowce. Znikające na kilka chwil pod powierzchnią, wynurzał olbrzymie cielsko, wyrzucał z sykiem i jękiem słup wody i na nowo pogrążał się. Nie było wątpliwości, że jest ścigany, lecz napastników nikt jeszcze nie dostrzegł.
Dopiero, gdy wieloryb, zmęczony i wyczerpany, z trudem już płynął pomiędzy „Witeziem“ a „Robertą“ i prawie już nie nurkował, spostrzeżono kilkanaście ryb o ciemnych grzbietach i białych brzuchach. Co chwila wyskakiwały teraz z wody i ciskały się na znużonego olbrzyma. Niektóre z nich wczepiały mu się w wargi i chwytały za potężne płetwy.
— Patrzcie! Patrzcie! — wołał oficer — To są „ryby-miecze“, mają po pięć metrów długości, a należą do rodziny wielorybów. Marynarze nazywają je „zbójami“, i w samej rzeczy są to najstraszliwsze, gorsze nawet od rekinów, drapieżniki! „Zbóje“ — to plaga morza, tępiciele wszelkich żywych istot, a szczególnie wielorybów, ściganych bez litości. O, widzicie?! Już cztery sztuki wżarły się w grube wargi biedaka! Usiłują zaciągnąć go na głębinę i trzymać tak długo, aż udusi się z braku powietrza...
Wieloryb, otoczony stadem żarłocznych wrogów, odpływał coraz dalej, pędząc na południe, ku brzegom lądu.
W dwa dni później statki Pitta stały już na kotwicach przy cuchnących rybami, tranem, gnijącemi skórami i odpadkami garbarni przystaniach Wardo.
Pitt Hardful z Mikołajem Skalnym spędzili cały dzień w mieście, załatwiając formalności portowe i robiąc zakupy. Statki przyjmowały węgiel, słodką wodę i beczki z solonemi sztokfiszami, których miało starczyć aż do Tajmyru.
— Tam zato będziemy się raczyli świeżemi a tak wybornemi rybami, jak jesiotr, łosoś, nelma, tajmień, moksun, a zrzadka nawet — omul! — pocieszał towarzyszy podróży Miguel. — Z pewnością nigdy nie słyszeliście o takich rybach, a tymczasem lepszych nigdzie już jeść nie będziecie! No, a teraz, aż do Pyasiny żujmy łykowate sztokfisze, — trudno!
Wieczorem, powróciwszy na pokład Pitt zastał w swojej kabinie Pawła Gérome.
Inżynier z tajemniczą miną starannie zamknął drzwi i szepnął:
— Mam bardzo ważne nowiny, kapitanie!
Pitt w milczeniu patrzał na niego.
— Od Bergenu aż do Wardo nie spuszczam z oka dwóch grup pasażerów „Roberty“ — ciągnął inżynier. — Głównemi hersztami są — w jednej — elektrotechnik Barbier, w drugiej — niejaki Henryk Bluehm. Otóż te grupy zbierają się osobno i wciąż się naradzają. Jedni i drudzy z tych drabów szeptem opowiadają sobie, że płynie w ślad za nami...
— ...statek holenderski „Haarlem“ z alkoholem i jakiemiś maszynami! — dopowiedział Pitt.
— To już kapitan wie o tem?! — zawołał zdumiony Gérome.
— Ja muszę o wszystkiem wiedzieć, bo inaczej cały mój plan runie... — wzruszając ramionami, odparł kapitan. — Zaciekawiają mnie tylko te maszyny...
— Właśnie! Dwa dni temu przez ścianę kabiny słyszałem rozmowę o tem — opowiadał inżynier. — Miałem otwarty iluminator, więc głos dochodził mnie wyraźnie. „Haarlem“, oprócz alkoholu i tabaki, wiezie... karabiny, a wszystko ma być wyładowane gdzieś na Tajmyrskim jeziorze...
— Dziwi mię tylko, że, jak pan powiada, są to różne grupy, a tymczasem ten sam statek dostarcza im jednakowego towaru? Nie rozumiem tego. Jak to objaśnić?
— Dwaj drapieżnicy łączą się często, aby zaatakować wspólnego nieprzyjaciela... — zauważył Gérome.
— Nieprzyjaciel — to ja naturalnie, a cóż to za drapieżnicy? — pytał Pitt.
— Socjaliści, którym przewodzi Barbier, i wysłańcy kapitalistów pod wodzą Bluehma, — objaśnił inżynier. — Pierwsi mają otrzymać broń, drudzy — alkohol i tytoń. Kapitał lubi przyglądać się, gdy inni puszczają sobie krew, sam zaś woli — kusić złotem lub inną trucizną...
— Ta-ak! — odparł w zamyśleniu Pitt. — To bardzo prawdopodobne i... smutne.
— Pan się obawia? — spytał Gerome.
— Obawiam się, że „Północne Złoto“ rozpocznie działalność od surowych rządów... — mruknął kapitan i zacisnął zęby. — Dziękuję panu! — rzekł po chwili, podając rękę inżynierowi. — W każdym razie liczę na pańską pomoc?
— Spodziewam się, że nie zawiodę nadziei kapitana — odparł Gérome, śmiało patrząc w oczy Pitta.
Na trzeci dzień pobytu w Wardo flotylla wypłynęła na wschód.
Statki posuwały się teraz znacznie wolniej, ponieważ Mikołaj Skalny zaopatrzył wszystkie w grube i mocne opancerzenie z belek i w wiszące fendery, które osłabiały parcie lodów na kadłuby parowców, lecz hamowały też szybki bieg okrętów.
Pływanka odbywała się przy cichej pogodzie aż do cieśniny Karskiej.
Przesunęły się smętne, jednostajne brzegi wysp Suchanina z nagiemi skałami, gdzie gnieździły się niezliczone stada ptactwa morskiego, a fale wyrzucały na zdziary cienkie tafle kry, skrzącej się na słońcu, jak kryształy.
Mikołaj Skalny i kapitan nie schodzili z mostku.
Statki zbliżały się do Karskiej cieśniny, gdzie obawiano się pierwszego spotkania z lodowemi polami. Na szczęście jednak upalne lato, panujące w Europie, miało swój wpływ i na ten ponury, niegościnny kraj.
Flotyla minęła pustynne, nizinne brzegi Nowej Ziemi i wysunięte daleko łachy piasczyste, na które z pluskiem wbiegały fale morza Karskiego. Termometr nie wskazywał gwałtownego spadku temperatury, barometr stał niezmiennie na suszy. Wszystko dowodziło, że żeglarze nie napotkają przeszkody w postaci wielkich zbiorowisk pływającego lodu.
Na morzu tu i ówdzie zjawiały się nieduże kawały kry kruchej, z brzękiem i szelestem rozpadającej się na długie igły lodowe. Morze było wolne, gdyż północno-wschodnie wiatry przygnały pola i góry lodowe ku brzegom syberyjskim.
I jeszcze jedna wskazówka, niemal nieomylna, przemawiała za tem, że statki nie spotkają na drodze niebezpiecznych mas lodowych. Świadczyły o tem ogromne stada „beług“ — należących do rodziny wielorybów. Potężne, dochodzące do siedmiu metrów zwierzęta, niemal zupełnie białe, wynurzając się prawie do połowy kadłuba, płynęły na wschód.
Patrząc na stada beług, Mikołaj Skalny mówił do kapitana:
— Przespały norweskie kutry rybackie taką gratkę! Teraz chyba zwęszą zdobycz tylko Ostiaki z Jamału.
Północni rybacy, widocznie, oczekiwali przejścia beług, bo na wysokości ujścia Obi, o której świadczyła szeroka smuga mętnej, żółtej wody, wnoszonej do oceanu przez tę olbrzymią rzekę syberyjską, flotyla spotkała setki kajaków.
Natychmiast rozpoczął się szalony pościg; śmigały w powietrzu harpuny, tu i ówdzie huknął nawet strzał karabinowy. Polowanie tak pochłonęło dzikich rybaków, że zwykle nadmiernie ciekawi, teraz nie zbliżali się do płynących parowców i odpływali nawet coraz dalej, ścigając cenną zdobycz.
— Dobry znak! — mruknął szyper „Witezia“. — Ostiaki nigdy nie zapuszczają się daleko, gdy nie są pewni pogody lub gdy obawiają się pływających pól lodowych. Dobra nasza, sztormanie! Bóg da, że dopłyniemy bez przeszkody!
Zacierał ręce radośnie i pykał fajkę z rozkoszą.
Na czterdziesty siódmy dzień pływanki „Witeź“, prowadząc za sobą parowce niemieckie, omijał ostrożnie wyspę Fomina i wchodził już do ujścia głębokiej rzeki Tajmyr, gdzie rzucono kotwicę.
Nazajutrz o świcie, statki posuwały się dalej, lawirując za „Witeziem“, prowadzonym pewną ręką Mikołaja Skalnego, stojącego przy sztorwałowem kole.
— Znasz, widzę, dobrze wart tajmyrski! — pochwalił go Pitt Hardful.
— Ba! — odezwał się szyper. — Toż już dwunasty raz żegluję tu, kapitanie!
Wkrótce wyłoniło się z poza zakrętu rzeki olbrzymie jezioro i czerwona skała wyspy Czoa, usianej tłumem ludzi i rozkwieconej barwnemi flagami. Góry stromemi zboczami coraz bardziej zaciskały prąd potężnej rzeki.
Na „Robercie“ panował Miguel. Co chwila wykrzykiwał:
— Ten nagi grzbiet — to góry Byrranga, a tam — z zachodu — to Mgoa-Moa, a wszystko razem przezwaliśmy „Złotą Studnią“!...
„Witeź“ ryknął syreną trzykrotnie. Z warkotem pobiegł łańcuch kotwiczny, rozległy się sygnały bosmańskie.
Kilka łodzi odbiło od brzegu, a duża motorówka mknęła ku „Witeziowi“.
Siedzący w łodziach wymachiwali czapkami i wołali:
— Niech żyje „Biały Kapitan!“ Niech żyje „nowy człowiek“! Niech żyją przybywający towarzysze i przyjaciele! Hurra!
Pitt Hardful, stojąc przy burcie, witał radośnie dawnych kolonistów:
— Witajcie, przyjacielu Bezimienny! Jak się macie, stary Puhaczu! Urosłeś, zmężniałeś, mały Jacky Lark! A to kto? Mój Boże, nie poznałem poczciwego Borsuka!... Jakże się cieszę, że widzę was, mój miły Falkonecie! No matter, czerwony Crew, posiwiałeś druhu! A Cep wciąż o Arkolskim moście marzy?! Bywajcie, Szubercie! Jakżeż się cieszę, że znów przybyłem do was! Teraz nic mi do szczęścia nie brakuje, wierzę w zwycięstwo nasze, bracia, przyjaciele!
Ledwie wyrzekł te słowa, a już zapytywał siebie i badał, dlaczego powiedział, że nic mu teraz do szczęścia nie brakuje? A więc brakowało? Brakowało coś i dręczyło go nigdy nieustającą tęsknotą... Westchnął.
— Niech żyje „Biały Kapitan“! — rozległy się potężne okrzyki. To witali go nowi koloniści z „Jenny“, „Augusty“ i „Roberty“.
Zaczęło się lądowanie pasażerów, stęsknionych do twardej ziemi.
A wiwaty wciąż jeszcze grzmiały:
— Niech żyje wolny, śmiały, potężnie dążący do celu człowiek-zwycięzca!
— Zwycięzca nad samym sobą! — odkrzyknął Pitt Hardful i ból nagle ścisnął serce jego tak dotkliwie, że aż zbladł.
Zamknął oczy i wnet stanęły przed nim postacie dawnych towarzyszy i przyjaciół, chociaż nikt z nich nie wyrzekł nigdy słowa o wierności i zaufaniu bez granic.
Olaf Nilsen, wyruszający w ostatnią swoją pływankę... rozważny Rynka, wesoły Walicki i inni Polacy z załogi „Witezia“... zabawny „Kula Bilardowa“, dawny clown cyrkowy i... Elza Tornwalsen...
— Eh! — syknął kapitan i zęby zacisnął. — Elza... wielka lady... znalazła cichą przystań przy boku lorda Seebolda Warwicka... Ciężkie przeżycia, gorzkie myśli, zawsze smętne oczy... a przedtem — wyznania miłości i wiernego czekania na mnie... — wszystko furda, puste mrzonki, fałszywe słowa, obłuda, ogniki błędne! Rozpierzchło się to, rozwiało, zagasło pod tchnieniem nagłej dmy... skończyło się wszystko... pod ołtarzem... w Westminsterze, zapewne, jak na lordów przystało! A ja? Ja jeszcze raz musiałem zwalczać samego siebie... szamotać się w samotności, skrycie przed ludźmi, zmagać się z uczuciem... które stało się karą dla mnie i męką palącą, zniweczyć w duszy ostatnią iskrę nadziei!...
Pitt Hardful stał wciąż z zamkniętemi oczyma, z twarzą bladą i znużoną, jakgdyby uczynił był nagle wysiłek nieludzki, a ten ni to zabrał mu resztki krwi ni to brzemieniem nieznośnem ugiął do ziemi samej.
Trwało to jednak krótką chwilę.
Kapitan podniósł głowę, ogarnął wzrokiem wszystko, tupnął nogą i krzyknął z nagle zrywającą się w nim rozpaczą:
— Niech żyje praca nad sobą, bo ona jedynie przyniesie zapomnienie grzechów i bólów naszych! Niech żyje kraina ukojenia i oczyszczenia od zbrodni cywilizacji!
W zgiełku, panującym na pokładach statków i na jeziorze, gdzie już odbijały od burt spuszczone szalupy, nikt prawie nie słyszał tego okrzyku Pitta Hardfula.
Tylko ojciec Seweryn Leduc, stojący w pobliżu, posłyszał go i wyczuł cierpienie i rozpacz tęsknoty gryzącej, szarpiącej serce kapitana.
Zbliżył się do niego i rzekł poważnym głosem, jak kapłan rozgrzeszający:
— Niech Chrystus-Zbawiciel, który zgłębił mękę ludzkiego istnienia, rychło pocieszy cię, synu, i uśmierzy boleść i miotanie się duszy twojej!
Pitt Hardful spojrzał na księdza zdumionym wzrokiem, lecz natychmiast oczy spuścił, kryjąc ogarniające go wzruszenie.
— Oby... oby, ojcze!... — szepnął z jakąś skargą namiętną.
Biegli do niego z okrzykami radosnemi starzy przyjaciele — ci wszyscy, których wyrwał był przed laty z dna nędzy ostatecznej. Wyciągnął do nich ramiona, a usta, miast słów powitalnych, szepnęły raz jeszcze, tak cicho, jak westchnienie:
— Oby... oby!...


Przypisy

  1. Gatunek drobnych wielorybów.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Ferdynand Ossendowski.