Okręty zbłąkane/Rozdział V

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Ferdynand Ossendowski
Tytuł Okręty zbłąkane
Wydawca Udziałowa Spółka Wydawnicza
Data wydania 1932
Druk Drukarnia Narodowa
Miejsce wyd. Kraków
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron


Rozdział V.
ECHO PRZESZŁOŚCI.

Biuro „Towarzystwa eksploatacji złota na dalekiej północy“, prawnie zarejestrowane, funkcjonowało już od kilku tygodni w zamiejskiej willi Pitta Hardfula.
Piętnastu urzędników z trudem mogło nadążyć z zapisami zgłaszających się udziałowców i z wydawaniem kwitów na składane mniejsze i większe sumy. Kapitały, deponowane przez osoby, przystępujące do Towarzystwa, przechowywano na rachunku jego w banku państwowym, a do komisji nadzorczej projektodawca i założyciel wprowadził przedstawicieli banku i prokuratury.
Tymczasem kapitały te, które dosięgły już znacznej sumy, leżały bezczynnie, ponieważ kapitan czekał na raport komisji rzeczoznawców, którzy odjechali na „Witeziu“ w towarzystwie Bezimiennego i Puhacza na Tajmyr.
Szyper Mikołaj Skalny otrzymał przed odpłynięciem kutra z Hawru stanowczy nakaz Pitta Hardfula, aby jaknajkrótszą i najszybszą ryzą odstawił rządowych i prywatnych geologów, inżynierów górniczych oraz dwóch urzędników ministerstwa spraw zagranicznych na północ i zdążył na czas, przed zatłoczeniem przez pole lodowe morza Karskiego, wysadzić wszystkich w drodze powrotnej w porcie, posiadającym połączenie kolejowe ze światem.
Mikołaj Skalny przysięgał, że dostarczy swój kłopotliwy, żywy ładunek do Bergenu.
Kapitan Pitt Hardful, dobrze znając doświadczenie dzielnego szypra, spokojny był o los wyprawy i nie wątpił, że naturalne bogactwa gór Mgoa-Moa, tak imponujące i łatwo poddające się zbadaniu i obliczeniu, nie będą wymagały zbyt długiego pobytu delegowanej komisji na północy. Spodziewał się więc powrotu rzeczoznawców w drugiej połowie jesieni, tymczasem obmyślał właśnie metodę, podług której będzie mógł uczynić wybór z pośród kandydatów na uczestników przedsiębiorstwa i prawie nie wychodził z domu, do czego skłoniły go też panujące w czerwcu upały.
Jedynym gościem jego bywał stary Louis Bertrand.
Staruszek ze zwichrzoną, nastroszoną grzywą siwych włosów, z połyskującemi z poza okularów ironicznemi oczkami zasiadał w fotelu i rozpoczynał powtarzać plotki, znoszone do redakcji jego pisma, a dotyczące „Polarnego Złota“, jak powszechnie nazywano przedsiębiorstwo kapitana.
Śmiał się przy tem, klął, kipiał pogardą i gniewem, lecz opowiadał bez końca.
Pitt Hardful z łatwością odróżniał w tym steku zmyślonych, sensacyjnych wiadomości, pomieszanych ze szczegółami dużego znaczenia, prawdę od fałszu, dobrą wolę od podstępu, prawdziwie przychylny stosunek od zawiści i wrogości, ważył to wszystko skrupulatnie i szybko wyciągał wnioski, znakomicie oświetlające całą sprawę.
Bertrand szczerze podziwiał zimną i ścisłą logikę kapitana i z zachwytem w głosie wykrzykiwał:
— Nie łatwo będzie tym rekinom zębatym omamić, zwieść i nabrać pana!
Pitt Hardful wzruszał ramionami spokojnie i pytał:
— A czyż mają oni ten niecny zamiar?
— Ho, ho, mój panie! — odpowiadał dziennikarz. — Niech pan tylko ze mną nie gra komedji! Nie wczoraj się pan urodził, żeby nie wiedzieć, że ci wszyscy bankierzy, nowobogaccy i pieniężna arystokracja, której łapy świerzbią do wysokiego oprocentowania kapitałów, nie zaniechali bynajmniej zamiaru pozbyć się pana, kiepskiego warjata z jego cudacznemi pomysłami, i na dudka go wystrychnąć, zagarnąwszy „Polarne złoto“ do ostatniej kruszyny, a razem z niem i kapitały łatwowiernych chciwców i aferzystów?! Nie, mój naiwny, lub zbytnio przebiegły panie, oni już obmyślili na pana sposoby niezawodne!
— Ciekaw jestem — jakie, bo żywię nadzieję, że każdy z nich skazany jest na kompletne niepowodzenie? — spytał Pitt, śmiejąc się wesoło.
— Pan jest tak bardzo tego pewny? Dlaczegóż to, jeśli łaska? — pytaniem na pytanie odpowiedział Bertrand.
— Och! Jest to rzecz bardzo prosta, mój redaktorze! — zawołał kapitan. — Zgodzi się pan, że najtrudniej jest knuć podstęp i zdradę przeciwko sprawie, zupełnie wyraźnej i jasnej, jak dzień. Sprawa mego przedsiębiorstwa należy właśnie do szeregu takich. Stąd wypływa moje przeświadczenie o niepowodzeniu intryg.
— Hm — hm... — mruczał starowina. — Zdawałoby się, że tak jest, a tymczasem coś-niecoś słyszałem już o naradach tych bandytów finansowych.
— Cóż pan słyszał, jeżeli to nie jest tajemnicą, której zdradzić pan redaktor nie może? — rzucił od niechcenia pytanie Hardful.
— No, przecież nie oni powierzyli mi swoją tajemnicę! — zaśmiał się Bertrand. — Mam jakie takie wiadomości, z ich kół pochodzące. Zamierzają oni wprowadzić do przedsiębiorstwa swoich ludzi, którzy zaczną bruździć i rozbijać panujący u pana lad...
— Dobrze, że pan mię o tem uprzedził! — zawołał kapitan. — Bardzo dziękuję! Teraz ostatecznie powziąłem decyzję, co do której wahałem się dotąd!
— No?
— Sam pojadę na północ i zaprowadzę nowy ład! — odparł twardym głosem Pitt Hardful, a oczy mu błysnęły złowrogo. — Niech spróbują walczyć ze mną!
Bertrand, przyzwyczajony do zawsze spokojnego zachowania kapitana i do obojętnego tonu głosu jego, zdumiał się, lecz po chwili zaczął klaskać w dłonie z wielkiej uciechy i powtarzać, jak małe, rozbawione dziecko:
— A to ci chryja! Trafiła kosa na kamień! A to ci chryja!!
Długo się śmiał, biegając po gabinecie, aż wkońcu się uspokoił i jął wykrzykiwać:
— Widzę teraz, żeś pan warjat, lecz ten warjat wie, czego chce! Pobiegnę do redakcji i przyślę panu nowiny o tem, jakie pomysły co do „Polarnego Złota“ mają socjaliści, bo oni też tej gratki z łap swoich wypuścić nie chcą! Obiecał mi jeden reporter, drab z pod ciemnej gwiazdy, dostarczyć wiązanki nowin ze spelunki centrali socjalistycznej. Wnet je panu sam przyniosę! Ale z kapitana to sztuka twarda! Ho, ho! ucieszył mię pan i uspokoił! Takich warjatów to nawet Bertrand lubi!...
Tego dnia jednak stary dziennikarz nie stawił się u Hardfula, a gdy nazajutrz zadzwonił do drzwi willi, lokaj — Francuz otworzył mu i nie pytany wysypał cały wór nieoczekiwanych nowin.
— Ach, to monsieur Bertrand? Jaka szkoda, że kapitana niema w domu! Kapitan niezawodnie bardzoby się ucieszył z wizyty pana redaktora! Lecz jak już rzekłem, pan Pitt Hardful jest nieobecny... Pan, z pewnością chciałby wiedzieć, gdzie jest pan kapitan? Z przyjemnością zaspokoją ciekawość tak czcigodnego gościa! Stało się coś dziwnego! Wczoraj pan kapitan po obiedzie przeglądał, jak zwykle, dzienniki, gdy nagle wskoczył i krzyknął na mnie, wprost strasznym głosem, chociaż byłem tuż w pokoju: „George, leć na dworzec, kup mi bilet do Saint-Jean-de-Luz i telefonuj, o której odchodzi pociąg!“ Na dworcu poinformowano mnie, że Sud-Express wyrusza za kwadrans. Pan kapitan zdążył wpaść do pociągu, a pan Juljan Miguel wyjechał tamże w nocy. Coś się musiało stać ważnego, bo kapitan śpieszył się straszliwie i ciągle coś mruczał do siebie... Pojechał bez bagaży, które zabrał ze sobą później pan Miguel. Zapytałem go o przyczynę tak nagłego wyjazdu kapitana, lecz pan Juljan z właściwym sobie dowcipem poradził mi, abym rozpruł starą poduszkę i pierzem zatkał sobie grdykę... Oczywiście nie uczyniłem tego... — trajkotał Francuz.
— Stój! — krzyczał Bertrand, przerywając upusty gadatliwości George’a, — stój! Szkoda, mój drogi, żeś nie usłuchał rady Miguela, bo dziurę w głowie mi wywiercisz! Nie powiedziałeś mi najważniejszego, czy nie mówił kapitan, kiedy zamierza powrócić?
— Nie! Pan kapitan tak był podniecony, tak się śpieszył, że... — zaczął znowu lokaj.
— Stój! — wrzasnął dziennikarz. — Nie otrzymałeś telegramu od pana Hardfula ze wskazaniem jego adresu?
— Ani słówka, bo, powtarzam, stało się to tak nagle, pan wydawał mi rozkazy tak dziwnym głosem, chociaż ja właśnie w tymże pokoju stawiałem do szafki pudełko z cygarami, z temi, co to przed miesiącem...
— Słuchaj, George, rozpruj starą poduszkę, albo nawet dwie i wypchaj się pierzem po same gardło, może wtedy przestaniesz wymachiwać ozorem, jak wiatrak! — krzyknął Bertrand z furją.
— Ach, to i pan, panie redaktorze... — jęknął lokaj z przerażeniem.
Dziennikarz trzasnął drzwiami i wybiegł na ganek. Łamał sobie głowę nad tem, co mogło się przydarzyć kapitanowi i co spowodowało jego nagły wyjazd do takiej miejscowości, jak jest Saint-Jean-de-Luz, — mała mieścina wypoczynkowa nad Atlantykiem, tuż nad granicą hiszpańską.
Nietylko sędziwy Bertrand, który naogół prawie nie znał życia Pitta Hardfula, lecz nikt na całym świecie nie zgadłby przyczyny wyjazdu kapitana. Długo nie wiedział o niej nawet Juljan Miguel i, chodząc po plaży, mruczał:
— Po co my tu przyjechaliśmy! Gdyby nie to, że sam sztorman nazywał tę sadzawkę Atlantykiem, nigdybym nie uwierzył! Żadnej porządnej fali, żadnej dmy. Cha! Tu nawet sam Puhacz nie zapadłby na morską chorobę. Co tu mamy do roboty?
Tymczasem stała się rzecz, jedna z tych, których nikt przewidzieć nie może, a które nieraz zmieniają bieg wypadków.
Pitt Hardful, przeglądając dzienniki, rzucił okiem na dział sportowy jakiejś gazety, wychodzącej na południu Francji i automatycznie przeczytał tytuł notatki:
— Elza Tornwalsen w handicapie zdobyła w Saint-Jean-de-Luz puhar za najlepsze pływanie...
Odłożył pismo bez żadnego wrażenia i dopiero po chwili do świadomości jego doszło znajome brzmienie dwóch słów... Elza Tornwalsen.
Porwał dziennik i zaczął znowu czytać. Reporter sportowy w tonach niebywałego zachwytu opisywał piękność i bogactwo „północnej syreny“, która pobiła nie tylko swoje współzawodniczki — słynną amerykańską pływaczkę, Dolly Cook, i Angielkę — Johnny Grapton, lecz i mężczyzn, wśród których startował znakomity, niezwalczony Kubańczyk, Diego Passaja.
— Wspaniały hotel „Edward VII“, gdzie zajmuje wykwintny apartament urocza Elza Tornwalsen ze swoją „dame do compagnie“ lady Rozalją Steward-Foldew, jest w istnem oblężeniu przez wielbicieli północnej piękności i mistrzyni sportu pływackiego — entuzjazmował się reporter, usiłujący nadrobić jaknajwięcej wierszowego i zamykający swój artykulik patetycznym okrzykiem: „Niech żyje mglista, tajemnicza Skandynawja! Dała ona ludzkości wikingów, Selfa Otera, odkrywcę Nord Capu i Karskiej cieśniny, Nordenskioelda, zdobywcę Oceanu Lodowatego, bohaterskiego Fridtjofa Nansena, Amundsena, Nurmiego, a teraz — najdrogocenniejszą perłę swoich ponurych fjordów, uśpionych w majaczeniu sag — Elzę Tornwalsen!
— Elza Tornwalsen... Elza Tornwalsen!... — powtarzał Pitt Hardful i nagle porwała go nieprzeparta chęć zobaczenia tej, która była najbliższą istotą dla Olafa Nilsena, prostego, niemal zupełnie ciemnego, półdzikiego szypra, barbarzyńcy północnego, zbłąkanego na drogach życiowych, powikłanych w zwodniczą sieć, jednostajną na pozór, chociaż każda ze ścieżek, każden ze skrętów i załamań — małych lub dużych — do innego doprowadzały celu. Norweg Olaf Nilsen nosił w swej ponurej, przyczajonej duszy pragnienie prawdy, szukał jej świadomie, trzymał się na powierzchni życia, kierowanego zasadami szlachetności dawnych „orłów morskich“, gdy pod znakami swych wikingów zuchwałych roznosili ją od Grenlandji i Irlandji aż po brzegi morza Śródziemnego i południowego Atlantyku.
O, milczący, smutny, tragiczny szyper norweski czuł prawdę każdą kroplą krwi, każdym odruchem duszy! Prawda ta była pierwotna, jak zakon, którym w karby ujmowali lud swój wielcy prorocy i wtajemniczeni wodzowie: Mojżesz, co słyszał głos nieznanego Boga, przemawiającego z chmurnego szczytu Synai; Zoroaster, pogrążony myślą w zjawiska przyrody straszliwej i wszechpotężnej, a kryjącej w sobie oblicze i dłoń bóstwa; Budda, rozumiejący słabość i chwiejność duszy i ciała pyszałka tej ziemi-człowieka; Chrystus w miłości znajdujący treść i prawdę bytu, i inni, którzy rzucili ziarna prawa w mrowisko ludzkie. Prawda Olafa Nilsena!
Wznosiła się ona niewzruszona, twarda, jak skała granitowa, zbiegająca urwiskami stromemi nad kipiel morską, a jasna, niby ognisko, płonące na szczycie tego spychu groźnego, wyłaniającego się ni to widmo straszliwe z mroku nocy.
— Elza Tornwalsen...
Te dwa słowa, w których się niegdyś skupiła cała tragedia, miotająca życiem małej łupiny, jaką był kuter „Witeź“, należący do norweskiego szypra, obudziły wichurę wspomnień w duszy Pitta Hardfula; wspomnień niepokojących lub rzewnych, lecz wszystko to nagle przeszło w uczucie nieznanej mu dotąd tęsknoty żrącej, jakgdyby odkryła się stara, dawno zabliźniona rana, co boli i piecze ogniem nieznośnym, zmuszającym do zgrzytu zębów, do syku cierpienia, do skowytu dzikiego, obłędnego.
Elza Tornwalsen pierwsza niegdyś wyczuła mękę i miotanie się duszy jego, gdy rozpoczynał nowe życie na pokładzie „Witezia“ z niezłomnem postanowieniem dążenia szlakiem surowej prawdy, nie znającej wahań i odchyleń od jedynego kierunku, istniejącego dla niej. Elza popchnęła chmurnego Norwega na drogę prawdy Pitta Hardfula i od tej chwili drogi tych trojga ludzi w sposób dziwny połączyły się i biegły długo razem. Był to najcudowniejszy czas w życiu kapitana. Widział wyraźnie cel swój, rozumiał, że stał się on wspólnym dla jego przyjaciół, wpatrzonych w niego, jak w migający we mgle kierowniczy ogień nieznanej dotąd latarni morskiej.
Życie w tym czasie wydawało się kapitanowi prostem, należącem do niego i stworzonem przez własny rozum i wolę osobistą.
Przeszkody, które nagle zaczynały się piętrzyć przed nim, w imię prawdy należało zwalczać z całą stanowczością.
Jakżeż odmienne było to życie od tego, które poznał w świecie cywilizowanym. Świat ten wyrzucił go na bezdroża, jako bezprawnego nędzarza; gdy zaś wypłynął i powrócił do niego, jako bogaty, spokojny, niczego nie żądający człowiek, — ten świat usiłował zgnieść go ponownie, zetrzeć na proch, a gdy połamał na tem zęby, jął otaczać go zasadzkami, sieciami i sidłami.
Pitt Hardful powrócił do społeczeństwa z zamiarem zemsty za poniewierkę swoją, lecz rozejrzawszy się uważnie i zważywszy wszystko, powziął całkiem inne zamiary.
Poznał były mieszkaniec więzienia całą głębię życia, wszystkie jego zakamarki, kloaki i szczeliny, gdzie się sączyły i zlewały krew i pot, nędza i cierpienie, rozpacz i nienawiść społeczeństwa. Nic nie uszło jego uwagi, bo zajrzał wszędzie — od gmachów parlamentów, gdzie rej wodzili najsilniejsi, najsprytniejsi lub najbezczelniejsi, od gabinetów ministrów, zależnych od tych, którzy gardłowali najgłośniej w parlamentach, od banków, giełd i wielkiego przemysłu — do zakopconych dymem fabryk, osad robotniczych, niebezpiecznych szybów, przytułków nocnych, bulwarów i arkad wspaniałych marmurowych mostów, pod któremi gnieździła się najstraszliwsza nędza, niezdolna już do uśmiechu na widok świtającej nadziei, nie znajdująca w sobie słów modlitwy o wybawienie i zmiłowanie, bo wszystko, wszystko wyżarła z niej rozpacz, wypaliła nienawiść i zgniotło na miazgę nieprzerwane zmaganie się ze śmiercią, czyhającą na każdym kroku, o każdej godzinie dnia i nocy.
Nagły lęk ogarnął wtedy Pitta Hardfula, zwątpienie zimnym dreszczem zakradło mu się do duszy. Cóż mógł on, slaby, samotny człowiek, przeciwko któremu sprzysięgły się potężne siły społeczeństwa, wobec tego wielkiego chaosu, nazywanego „porządkiem świata“, a straszniejszego od zbrodni?
Obco się czuł w tem środowisku cywilizowanem, gdzie nie wolno było zabijać nożem, lecz nikt nie bronił zgładzić przeciwnika oszczerstwem lub pozbawieniem możności walki o byt.
Czuł to coraz częściej i wyraźniej i — dlatego, gdy do świadomości jego przypadkowo doszło brzmienie niemal zapomnianego imienia norweskiej rybaczki, przeistoczyło się ono natychmiast w cały świat, niezmiernie drogi, spokojny i promienny.
Nie namyślając się długo, Pitt Hardful pojechał do Saint-Jean-de-Luz.
W drodze jednak opanowały go ciężkie myśli.
Skromna, cicha i chmurna rybaczka, wdowa po garbusie Waage Tornwalsenie, w modnem, wystawnem kąpielisku? Bierze udział w zawodach pływackich, zdobywa jakąś nagrodę, pociąga ku sobie tłumy wielbicieli swoją pięknością, bogactwem i opromieniającą ją chwilową sławą i rozgłosem?
Znal przecież tę kobietę i w pamięci swej przechował raczej nie Elzę Tornwalsen, lecz ogorzałego, wiotkiego, szybko przemykającego się po pokładzie „Witezia“ młodego majtka, Otto Lowego, który narówni z innymi stał przy sztorwale, ryngował cumy, obciągał olinowanie, moknął i szczękał zębami podczas „psiej warugi“, albo też machał tęgiemi pięściami, gdy dochodziło do bójki w tawernie portowej.
Skądże Elzie przyszło do głowy jechać do Saint-Jean-de-Luz, w towarzystwie jakiejś lady Rozalji Steward-Foldew, zajmować kosztowne apartamenty „Edwardzie VII“ i współzawodniczyć o jakiś puhar za pływanie?
Elza Tornwalsen kochała go niegdyś i przysięgała, że będzie czekać na niego, bo wierzyła, że „biały kapitan“ powróci do dawnego życia. Ha! Może więc właśnie jego szuka, szuka po świecie, i tu i tam?
Nie! Przyrzekł jej wprawdzie, że będzie czuwał nad jej losem, jednak potem, gdy Olaf Nilsen spoczął na wieki na dnie oceanu, nigdy nie starał się dowiadywać o nią. Czem mogła być dla niego ta rybaczka, chmurna, smętna prostaczka z Lango?
Od rozłąki w Hadsefjordzie minęły lata i prawie że zapomniał o wszystkiem, powracając do niej myślą przypadkowo tylko, gdy dla wypoczynku i ukojenia ożywiał we wspomnieniach potężną postać Olafa Nilsena i życie na „Witeziu“, lub, gdy z dalekiej północy przesyłano mu regularnie dwa razy do roku należne mu złoto, przekazywane przez jeden z banków londyńskich.
Poco więc miałaby go Elza szukać? Czyż nie czuła, że są istotami, żyjącemi niemal na różnych biegunach?
Zagadka ta drażniła go i podniecała.
Elza Tornwalsen, były majtek Otto Lowe, i nagle — wystawny hotel i „dame de compagnie“! Stać ją na to wszystko, bo posiada ogromny majątek, jednak Pitt nigdy nie myślał, że potrafi ona korzystać ze swoich kapitałów. Nie mógł wyjść ze zdumienia. Zawsze, ilekroć przychodziła mu na pamięć ta dziwna kobieta północna, myślał, że stanie się z czasem taką samą Eddą-prababką, o której jemu i Olafowi Nilsenowi lubiła opowiadać. Wyobrażał więc sobie Elzę w przyszłości jako wiekową, siwowłosą niewiastę, mieszkającą w małej, schludnej chatce tuż ponad spychem, zbiegającym na zdziar Hadsefjordu. Tłum młodych dziewcząt i chłopaków w koszulkach rybackich i w skórzanych kapeluszach otacza staruszkę. Z ciekawością ogląda ta młoda czereda ciężkie, ze zczerniałego drzewa zrobione szafy i skrzynie, zamykane na srebrne klamry i przemyślne zamki wiszące, a sędziwa Elza cichym głosem opowiada stare sagi o wikingach, o królu Eryku Zdobywcy, pokazuje dłonią zgrzybiałą przepastne głębie, ukryte wśród raf, i leżące na ich dnie skamieniałe korabie, miecze, tarcze i wojowników w zbroicach i hełmach. Obdarza starucha swoich gości młodych i wesołych, zapatrzonych w nią i zasłuchanych, a oni pytają zdumieni, skąd wzięła tyle złota? Wtedy nową opowieść snuje sędziwa Elza. Mówi o mocarnym Olafie Nilsenie, którego najstarsi rybacy z Lango pamiętają jeszcze, o kutrze „Witeź“, pływającym po gorącem morzu, a potem prującym fale i ryjącym zwarę siwą na Oceanie Lodowatym, gdzie biegł szlakiem Selfa Otera aż kotew rzucił przy brzegu pustynnym. Inny już człowiek, którego załoga nazywała „białym kapitanem“, nauczył żeglarzy szukać i wyrywać ziemi dziwaczne kawały złota i żółty ciężki piach, połyskujący przy ogniu.
— Gdzież jest ten „Biały Kapitan“? — pytają chłopaki, dotykając dłoni staruchy.
— Czy był piękny i dobry? Jak miał na imię? — szepcą dziewczyny, zaglądając w oczy Elzy sędziwej.
Długo milczy, aż wraz z westchnieniem wyrywa się jej cichy, rozpaczliwy jęk:
— Nie wiem... nie wiem!... Czekałam na niego całe życie, lecz „Biały Kapitan“ nie przybył do Hadsefjordu. Przepadł, jak Eryk Zdobywca, szukający na północy ognistej góry — siedziby duchów promiennych... Miał na imię Eryk... Sztorman Nilsen nazywał go „Siwir“, co znaczy „surowy“, inni woleli nazywać go „Białym Kapitanem“...
Pitt Hardful, pogrążony w takich myślach, ocknął się, bo pociąg, hucząc, zaczął hamować bieg.
— Saint-Jean-de-Luz! — zawołał przechodzący konduktor. — Proszę się śpieszyć z wysiadaniem, bo „Sud-Express“ stoi tu zaledwie jedną minutę!
Kapitan uśmiechnął się pogardliwie, odpowiadając na swoje myśli o Elzie... prababce.
— Pięknie sobie wykombinowałem wszystko, niema co! — mruknął. — Rybaczka z Lango wcale nie zamierza pędzić bogobojnego życia legendarnej prababki Eddy-Lilit! Wcale nie! Rozjeżdża sobie po kąpieliskach najmodniejszych, uprawia sport i zawraca głowy wielbicielom! No — no! To dopiero metamorfoza! Był sobie milczący, aczkolwiek zwinny i wcale bitny marynarz, Otto Lowe, a teraz ujrzę „północną syrenę“ w towarzystwie autentycznej lady Rozalji Steward-Foldew! Bajka z tysiąca i jednej nocy...
Pociąg w tej chwili stanął.
Pitt Hardful wyskoczył z wagonu, a na peronie opadli go portjerzy hotelowi, rozszarpujący przybywających turystów na szmaty.
Ujrzał wspaniałego draba z mosiężną tabliczką na wygalonowanej czapce.
— Hotel Edward VII — przeczytał napis.
Kapitan skinął na draba i, odprowadziwszy go na stronę, wsunął do spoconej łapy portjera pięćdziesięciofrankowy banknot.
— Czego pan sobie życzy? — zapytał portjer, służalczo pochylając głowę ku hojnemu pasażerowi.
— To u was w hotelu mieszka ta... ta sławna pływaczka norweska?... — spytał kapitan.
— Madame Elza Tornwalsen! — krzyknął portjer. — Piękna i bogata pani! Ach, rozumiem! To pan jest mr. John Cornyle?
— Co znów za Cornyle? — zdumiał się kapitan.
— Miljoner amerykański, który wiezie ze sobą rekordsmana pływackiego, bo zaproponował pani Tornwalsen zakład o 50 tysięcy dolarów, że jego zawodnik zwycięży! Właśnie mamy dla szanownego pana zarezerwowany apartament!... Proszę do samochodu!
— Czekaj-no pan! — przerwał mu Pitt Hardful. — Nie nazywam się Cornyle, lecz chcę wiedzieć o szczegółach zakładu. Jakie warunki wyścigu? Czy przyjęła je pani Tornwalsen.
— Pani Tornwalsen odtelegrafowała panu Cornyle, że przyjmuje pojedynek bez zastrzeżeń. Dopiero w sześć godzin potem przyszedł telegram z Floridy, że ma to być pływanie na szybkość i odległość, która nie jest określona. Amerykanin pływa podobno jak ryba lub foka...
— A pani Tornwalsen? — spytał Pitt.
— Ach, madame, madame Tornwalsen wygląda w wodzie jak bogini Diana! — westchnął portjer.
— Diana? — powtórzył kapitan. — O ile wiem, ta bogini biegała raczej doskonale, doganiając sarny i jelenie; co zaś do jej pływackiego talentu, to nic o tem nie słyszałem, mój drogi!
Kapitan zaśmiał się złośliwie, bo przyszła mu do głowy myśl, że ma już przed sobą pierwszego wielbiciela Elzy Tornwalsen.
— Bardzo odpowiedni adorator! — mruknął do siebie i zapytał portjera:
— Czy macie wolne pokoje w hotelu?
Ten z wyrazem szczerego ubolewania zawołał:
— Wszystkie pokoje zamówione są przez Amerykanów i Anglików, którzy przyjeżdżają na ten wyścig, monsieur!
— Dobrze! — odpowiedział Pitt Hardful i kazał szoferowi wieść się do miasteczka. W drodze obiecał mu ofiarować sto franków, jeżeli ten znajdzie dla niego pokój w pobliżu hotelu „Edward VII“.
W kwadrans później kapitan był już ulokowany w willi, stojącej nawprost hotelu, gdzie mieszkała Elza Tornwalsen, a okna pokoju wychodziły na główną fasadę ogromnego gmachu „Edwarda VII“.
W oczekiwaniu przybycia Miguela z bagażami, Pitt Hardful wyszedł na kamienne nadbrzeże, ciągnące się wzdłuż plaży — od hotelu „Les flots bleus“ aż do kanału, prowadzącego do portu.
Szedł w stronę kasyna „La Pergola“, i przyglądał się publiczności. Hiszpanie, Amerykanie, Anglicy, Holendrzy, Brazylijczycy i zaledwie zrzadka spotykane grupki trzymających się na uboczu Francuzów, tłoczyli się na szerokim chodniku. Panowie w płaszczach kąpielowych i płóciennych „espandriljach“ lub smokingach, gdyż zbliżała się godzina kolacji, panie w fantastycznych pyjamach, o rozszerzonych u dołu na modłę meksykańską pantalonach, w dziwacznych „sombreros“ lub w balowych tualetach, służba kąpielowa, handlarze fałszywych wschodnich kobierców i łakoci, szoferzy, oczekujący na swoich panów, stanowili barwny tłum. Różnojęzyczna mowa, śmiech, okrzyki, dowcipy rozlegały się ze wszystkich stron. Ta i owa wystrojona lub obnażona dama zatrzymała swój wzrok na nieznanej postaci barczystego Pitta Hardfula o śmiałej i ogorzałej twarzy i przypatrywała mu się bacznie i prawie natarczywie.
Tłum zaczynał rozpraszać się powoli. W kawiarniach goście dopijali swój „aperitif“ przedobiedni i spieszyli do hoteli na posiłek wieczorny, po którym oczekiwały ich przejażdżka w stronę Biarritz lub Hendaye, hazard w kasynie, lub bal w salonach hotelu „Atlantic“.
Pitt Hardful stał właśnie przed tym dziwacznym gmachem, przypominającym jakiś zwarjowany statek, i przyglądał się zajeżdżającym maszynom, połyskującym kryształowemi szybami, lakierem, niklem i latarniami.
Nagle z hotelu wybiegł portjer i przykładając megafon do ust, wrzasnął:
— Szofer lady Elzy Tornwalsen!
Ogromna, świecąca się Hispano-Suiza natychmiast bez szmeru ślizgnęła się ku tarasowi hotelu i stanęła.
Kapitan drgnął i wyprostowany czekał.
Z holu szybkim krokiem wyszła młoda, wiotka, średniego wzrostu kobieta w sportowym piaskowego koloru kostjumie i, obejrzawszy się, zawołała po angielsku:
— Moja droga pani Steward, niechże się pani spieszy!
Na taras wypłynęła wysoka, majestatyczna postać starej Angielki.
— Jestem! — rzekła lady Rozalja. — Cóż to za pośpiech, my dear Elza?!
— Mój Boże! — odparła młoda kobieta. — Przecież wiesz, że mam sporo roboty? Pojutrze mój wyścig z Baldwinem. A Baldwin to nie te dychawiczne współzawodniczki, które pobiłam przedwczoraj!
Majestatyczna lady wzdrygnęła się cała i z wyrzutem w głosie upomniała swoją towarzyszkę:
— Elzo! Nie wolno mówić — dychawiczne! Te panie wszak nie są końmi!
— Ech! — machnąwszy ręką, odparła Elza. — Sapały, jak stare klacze, albo zgoła mocno używany kuter parowy!
— Ah, God! — wykrzyknęła Angielka, lecz po chwili, zasłaniając usta szalem, zaczęła się trząść ze śmiechu.
Obie panie wsiadły do auta i odjechały.
Pitt Hardful dojrzał kilka pasemek jasno płowych, prawie złocistych włosów, wybijających się z pod wiśniowej czapeczki Elzy i duże, smętne oczy niebieskie, w których nie spostrzegł ani wesołości, ani podniecenia.
— Otto Lowe... — szepnął kapitan i szybko poszedł do domu.
Podobał mu się wygląd Elzy Tornwalsen.
Silna, zwinna, niewymownie zgrabna, pełna spokoju i pewności siebie figura pięknej damy niczem nie przypominała dawnej rybaczki z Lango. Znikły bez śladu zbyt szybkie lub chwilami ociężałe ruchy, nieco rozkołysany chód i to zwykłe marynarskie, mocne wpieranie w ziemię stóp, jak gdyby chwytających umykające co chwila deski śliskiego pokładu.
Wyprostowały się plecy nieco przygarbione dawniej i podniosła się dumnie kształtna głowa, oparta na cienkiej, lecz silnej szyi.
Coś — niecoś pozostało jednak z dawnej Elzy. Dość szerokie, lecz miękkie w ruchu ramiona były zlekka pochylone naprzód, a oczy głębokie i jakgdyby pochmurne patrzyły śmiało i twardo.
Pitt Hardful wpadł do holu swej willi i natychmiast zatelefonował do hotelu „Edward VII“.
— Czy pan Cornyle przyjechał? — spytał portjera.
— Właśnie przed chwilą zajechał samochód pana Cornyle, który wylądował w Bordeaux — posłyszał odpowiedź.
— Proszę o telefoniczne połączenie mnie z panem Cornyle! — zażądał Pitt Hardful.
Po chwili zdumione towarzystwo, siedzące w holu willi posłyszało następującą rozmowę:
— Pan John Cornyle? Bardzo mi miło słyszeć pana! Nazywam się Eryk Siwir... Chcę zaproponować panu zakład. Bardzo mnie cieszy, że pan, mr. Cornyle, zgadza się na moją propozycję! A więc stawiam na Elzę Tornwalsen pięć tysięcy dolarów. Uważa mnie pan za warjata? Istotnie, nie znam sportowych walorów pana Stantona Baldwina, lecz ze swej strony i ja uważam pana, mr. Cornyle, za warjata, bo zbyt jestem pewny pani Tornwalsen... A więc zakład stoi? Doskonale! Proszę mi przysłać list, potwierdzający zgodę pana, ja zaś wręczę posłańcowi swoje zobowiązanie. Dobranoc, mr. Cornyle! Spotkamy się po wyścigu w Ciboure. Pieniądze złożę w Societé Générale. I pan tamże? Świetnie! Good-bye!
Pitt Hardful wszedł do windy i ruszył na trzecie piętro.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Ferdynand Ossendowski.