Przejdź do zawartości

Ojcze nasz, który jesteś w niebie!

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
<<< Dane tekstu >>>
Autor Gabriela Zapolska
Tytuł Ojcze nasz, który jesteś w niebie!
Pochodzenie Modlitwa Pańska
Wydawca Polskie Towarzystwo Nakładowe
Data wyd. 1905
Druk Drukarnia Narodowa w Krakowie
Miejsce wyd. Lwów
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Cały zbiór
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron


OJCZE NASZ, KTÓRY
JESTEŚ W NIEBIE!


 Siostra Hieronima wyszła do ogrodu i długo chodziła tam i z powrotem po ścieżkach, na które opadły gęstą falą pożółkłe liście.
 Tak, nadchodziła już jesień, choć słońce jeszcze świeciło.
 Po powietrzu sunęły się białe nici przędzy Panny Maryi.
 Niektóre drzewa w ogródku były całe purpurowe. Gorzały jak pochodnie.
 Inne całe złote, a liście ich co chwila odrywały się, wirowały w powietrzu i opadały na habit siostry Hieronimy, na jej welon czarny, na jej schyloną kornie głowę.
 Siostra Hieronima chodzi po ścieżynie, prowadzącej od bramki do sieni domku, co to aż w ziemię od starości zapada; chodzi, i tylko słychać szelest liści, wlokących się za jej długą, czarną szatą.
 Siostra Hieronima wzdycha, kręci głową, gryzie blade wargi.
 Wielki kłopot ten mały domek podrzutków sprawia biednej siostrze.
 Taki mały, biały domek, prawie chatka, choć na pozór aż śmieje się w słońcu, takie to jasne i czyste, ale wewnątrz... Boże drogi! wilgoci tyle, że aż się leje ze ścian. Choć postawiono piecyki żelazne, choć pali się, ile można, ale gdy przyjdzie zima, siostra Hieronima aż drży o swoje niebożątka.
 Leżą tam w tych kołyseczkach z trzciny, poowijane w pieluszki, takie cichutkie, grzeczne, jakby wiedziały, że im hałasować nie wolno.
 Niektóre siedzą już o własnych siłach. Siedzą i patrzą przed siebie wielkiemi oczyma, jakby się dziwiły, pytały: po co one właściwie na świat przyszły?
 Bo rzeczywiście, po co? Ni to ojca, ni to matki, ot zwyczajnie podrzutki. Pozbierane po rozmaitych zaułkach, w szpitalach, gdy matka skona, tu ot... pod tą bramką, przez której szczeble widać miasto, widać ulice.
 Ta biała chata, ocieniona drzewami, przyj mujeprzyjmuje te smutne dzieci, przyjmuje, nie pyta jącpytając o legitymacye. W sieni wielki obraz Boga Rodzicy z otwartemi ramiony zda się oczekiwać na takie maleństwo, które siostra Hieronima pod ten ubogi dach wnosi. Matka Boża ma uśmiech na twarzy, obramowanej splotami złotych włosów, ma uśmiech wielkiej, bezgranicznej miłości, i uśmiech ten, słodyczy i przebaczenia pełen, wita często i matkę dziecka, która trwożna, głodna, nędzna do bramy tego domu przypadła, chcąc porzucić tylko dziecko i uciec w przepaść miasta.
 Ale z poza bramy wyciągnęła się ku takiej kobiecie, ku takiej strasznej, rozżalonej, rozszlochanej nędzarce, ręka siostry Hieronimy, i głos łagodny wyrzekł:
 — I ty chodź razem z dzieckiem swojem!
 Jest ich tam w tem przytulisku kilka takich matek, a gdy tak chylą się nad kołyskami swych dzieci, mają w sobie majestat macierzyństwa, który zaciera w nich dawne piętna i jasność i spokój na ich czoła kładzie. Siostra Hieronima przesuwa się wśród nich, łagodna i dobroci pełna. Gdy mówi do nich cichym głosem, te kobiety mają często łzy w oczach. Tak do nich nikt nie mówił.
 Ale dzieci z matkami jest zaledwie kilka, reszta to bezimienne ptaszyny, to zbierane po ścieżce świata okruchy, na które śmierć czatuje, to takie nic, takie nic, a tak wiele, boć to istota, bo to jedna dusza, to jedno serce żywe, które cierpieć już się uczy, cierpieć i kurczyć się w trwodze i dławionym krzyku.
 Siostra Hieronima chodzi wciąż po ścieżynce i kręci głową. Dziś właśnie zrobiła miesięczny obrachunek. Bieda, wielka bieda! O drzewie na zimę myśleć trzeba. Po wsiach porozdawane dzieci, za które na pierwszego nadesłać się pieniądze musi. Skąd wziąć? skąd wziąć?...

················

 Powoli ściemnia się. Zapada noc, ale jakoś leniwo. Niebo z błękitu roztapia się w szarą, brzydką, błotną barwę. Po drzewach przebiega wiatr: strącił jeszcze cały grad liści. Siostra podchodzi do bramki. Oparła się o sztachety i patrzy, patrzy.
 Szeroko, pochyło zbiega ulica ku miastu. I przez tę ulicę, jak przez gardziel, nagle otwartą, wpada hałas, wpada szum jakiś dziwny, niepokojący, niewyraźny. Tysiąc głosów, jakby jęków, skarg, chichotów, dzwonków i niewyraźnych tonów muzyki jest w tym szumie, który leci, płynie od miasta i tu, u tej furty, poza którą milkną wszystkie zbrodnie, namiętności, pokusy i szaleństwa ludzkie, ginie i pada jakby zdławiony jasnością bijącą od ścian małego domku.
 Na straży, jak anioł nieruchomy, z twarzą białą i delikatną w fałdach czarnego welonu, z rękoma złożonemi na zapadłej piersi, stoi siostra Hieronima i słucha, słucha, ze zgrozą, z oddechem zapartym tego huku, tego szumu, którym jęczy miasto, jęczy, śmieje się, żali, skarży, szydzi.
 I nagle, szybko, jakby tajemniczo, zapada noc, jesienna, brzydka, zimna noc.
 W oddali, w uliczce zapalono już latarnie, i płoną one żółto, niewyraźnie, okolone białym kręgiem mgły.
 Siostra Hieronima stoi tak i czeka.
 Czeka, czy od strony miasta, z tej ciemności, z tej mgły, z tego wiru, huku i jęku nie wyłoni się znów jaka nędzna, rozszlochana postać z dzieckiem na ręku, i czy chyłkiem, ukradkiem, ku bramie skradać się nie zacznie.
 Ona wie, siostra Hieronima, że miasto o zmroku wysyła takie posły tragiczne, takie kwiaty uwiędłe od żaru nędzy i łez, wykwitłe wśród bagna i kłamstw, zdrad i oszukańczej miłości.
 Ona przeszła przez życie nieskalana, ale od Chrystusa nauczyła się słów przebaczania, od Boga Rodzicy — łagodności uśmiechu.
 I gdy się zjawi taka »zbłąkana«, ta, która nigdy nie zbłądziła, ręce ku niej wyciągnie, po dziecko, po nią, po jej niedolę, po jej nędzę, która dla innych, grzesznych — grzechem się nazywa.

 Na miejskich zegarach wybiła siódma, jękliwie, smutno, przeciągle.
 Uliczka tonęła we mgle i pusta była zupełnie.
 Siostra Hieronima oparła czoło o sztachety i stała ciągle nieruchoma, spokojna.
 Nagle, od strony muru, który graniczył z polem, rozległ się płacz dziecka.
 Zakonnica drgnęła.
 Ona taki płacz dobrze znała. Gdy zadźwięczał, biegła, bo wiedziała, że to ciche, nieśmiałe wezwanie o ratunek, o pomoc.
 Ale koło muru? Czy ktokolwiek ośmielił się dziecko przez mur przerzucić?
 Biegnie, potykając się wśród ciemności. Kieruje się głosem dziecka. Wreszcie dopada do muru. Szuka na ziemi, ale nagle podnosi głowę. Dziecko płacze u góry. Spogląda i rozróżnia na białej ścianie muru jakieś ciemne zawiniątko. Zbliża się. Wyciąga ręce. Nie może dostać. To dziecko, nawet dość duże, zawinięte w jakieś czarne szmaty, wisi zawieszone na grubym sznurze. Jakaś niewidzialna ręka z drugiej strony muru trzyma dziecko zawieszone, i widocznie matka oczekuje, aby ktoś, zwabiony płaczem, wziął dziecko wewnątrz ogrodu.
 Siostra Hieronima stoi chwilkę zdumiona.
 Zwykle podrzucano dziecko przed bramę.
 Czasem nawet taka matka przyniosła dziecko i położyła w sieni, ale zawiesić dziecko na murze i samej pozostać niewidzialną!
 Dziecko znów płakać zaczyna.
 Zakonnica widzi tylko, że dziecko nie może dłużej pozostać w takiej pozycyi i odzywa się podniesionym głosem:
 — Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus...
 Za murem milczenie.
 Siostra Hieronima z tego braku odpowiedzi zgaduje, iż ta, która dziecko przyniosła, ma twardą duszę, i że ciężka będzie z nią sprawa.
 — Czy ta osoba, która jest poza murem, to matka? — pyta zakonnica.
 Jakiś głos ochrypły, kobiecy, odpowiada wreszcie.
 — Nie pytać, tylko wziąć dziecko, bo mi już sznur rękę przerznął.
 — Przyjdźcie do bramy — prosi łagodnie zakonnica: — ja dziecko wezmę i was z niem razem.
 — Nie głupiam — brzmi głos z za muru: — każecie mi pacierze klepać, jeszcze mnie do klasztoru zamkniecie.
 — Zapewniam was, że nic podobnego was nie spotka; będziecie mogli karmić wasze dziecko, dostaniecie trzy guldeny miesięcznie.
 — E!... pani cygani.
 — Mówię prawdę. Za to jednak będziecie karmili drugie dziecko, które niema matki.
 Za murem wybucha wrzaskliwy śmiech:
 — A jakże!... a widzicie!... karmić jakiego podrzutka!... I zaraz... wolę pójść na mamki. No! proszę brać dziecko, bo puszczę sznur, i będzie źle!
 — Kobieto! miejcie serce!
 Nowy wybuch śmiechu, tym razem przeciągły, trochę z tego śmiechu, jaki z huku i wiru świata jęczy o zmroku.
 — Kobieto, bójcie się Boga!
 Nagle za murem nastaje cisza.
 Siostra Hieronima powtarza raz jeszcze:
 — Kobieto, bójcie się Boga!
 Jeszcze chwila milczenia, i z wilgotnej ciemni słychać jakby łzami nabrzmiały głos:
 — A toć dlatego, że się Boga boję... przyniosłam moje dziecko do was zamiast je utopić jak szczenię.
 I równocześnie dziecko opuszcza się na sznurze prawie na ręce zakonnicy.
 Siostra Hieronima bierze je, odwiązuje ze sznura i tuli.
 Po drugiej stronie muru słychać coś, jakby łkanie.
 Zakonnica jeszcze nie traci nadziei.
 — Kobieto! przyjdźcie do furty... ja wam otworzę!...
 — Nie przyjdę! nie przyjdę!...
 — Będziecie razem z dzieckiem.
 — Nie przyjdę! nie przyjdę!...
 I zaraz potem łopot szybkich kroków i już z oddali rzucone słowa:
 — A nazywa się Janek, chrzczony, ojca łotra niema, bo nas rzucił... i ma już przeszło rok.
 Głos się oddala, kroki cichną, siostra Hieronima zostaje sama z dzieckiem.
 Dopiero teraz spostrzega, że dziecko jest duże, że ma więcej niż rok.
 Siostra Hieronima zafrasowała się nie żartem. Ile to mleka, ile to kaszy więcej trzeba przygotować na jutro!
 Z westchnieniem kieruje się ku domkowi.
 Dziecko znużone, przerażone, zziębłe, przytuliło się do niej, jak małe kocię. Oddycha leciutko, tak leciutko, iż zdaje się, że to biedne serduszko ze strachu bić przestało.
 Zakonnica niesie je powoli i ostrożnie, już zdjęta wielką litością i serdecznem uczuciem dla tej nędzy, która jej przylgnęła do piersi z taką ufnością i pokorą.
 Chodź, biedasiu! — mówi szeptem, gładząc dziecko po głowie.
 Coś ślizkiego i mokrego przylega jej do ręki.
 Dochodzą właśnie do domku, przed którym płonie latarka.
 Zakonnica wyciąga rękę.
 Ręka jest cała czerwona.
 — Co to? krew?
 Na głowie dziecka głęboka rana jakby od uderzenia tępem narzędziem.
 — Och!
 Po twarzy zakonnicy przebiega płomień. Chwilę gniew migoce w jej źrenicach.
 Ale prędko opanowuje to uczucie. Spogląda w stronę muru i szepcze.
 — Niech im Bóg przebaczy!
 Otwiera drzwi od sieni i od progu już w świetle małej lampki dostrzega łagodny uśmiech Bożej Matki, która z wyciągniętemi ramiony zda się witać nowego podrzutka, nową nędzę, nowe bezimienne dziecko, z którego pokornie schylonej głowy krew ściekaścieka.

 Wieczór.
 W czystych, wybielonych izdebkach, ubogie kołyski, plecione z łoziny, a w nich do snu ułożone leżą dzieci.
 Cicho tu, dziwnie cicho.
 Dzieci te zdają się wiedzieć, że przyjęto je tu z łaski, i że choć im dobrze, zacisznie i spokojnie, przecież ta przystań tylko chwilowa, i że tam poza ścianami tego domu jest świat cały, który kiedyś okaże się dla nich bezlitosnym, mściwym i nieubłaganym.
 Pomiędzy kołyskami kręcą się kobiety posługaczki i trzy matki, które zdecydowały się pozostać ze swemi dziećmi.
 Dwie mają znudzone twarze, znudzone tą ciszą klasztorną; jedna tylko, pokorna i zmęczona, krząta się chętnie i dopomaga do ułożenia dzieci na spoczynek.
 Na ścianie wielki obraz, na którym Dzieciątko Jezus, jakieś poważne i smutne, spogląda wielkiemi oczyma na ten cały światek, jakby przeznaczony przez ludzi na zagładę, a siłą serc ofiarnych wyrywany szponom śmierci moralnej i fizycznej.
 Purpurowa lampka pali się przed obrazem i oświetla izdebkę.
 W jednej z kołysek, pod oknem, siedzi nowy przybysz, ów Janek, z główką owiązaną białą chustką.
 Siedzi w kołysce prosto, trzymając się obiema rączkami krawędzi.
 Umyty, uczesany, jest bardzo pięknem dzieckiem, delikatnem, o ślicznych ciemno-szafirowych oczach.
 Tylko jest tak blady, jakby w nim kropli krwi nie było.
 Biały, barchanowy kaftaniczek okrywa wychudłe ramionka. Koło niego, pochylona, stoi siostra Hieronima.
 Patrzy na to milczące dziecko, które ma w oczach dziwny wyraz. Dziecko to bada, patrzy rozumnie, jakby lękliwie, ale zarazem z wyrzutem i niepokojem.
 Żadne z dzieci w zakładzie niema takich oczu, które mówią, które badać się zdają.
 Naprzeciwko, z drugiej kołyski podnosi się także mała głowina i dźwiga się jakiś korpusik, odziany w białą barchankę. I tam, w czerwonem świetle lampki zjawia się para oczu, ale rozmarzonych, smutnych, pełnych niewysłowionej tęsknoty.
 Siostra Hieronima stara się uspokoić podnoszące się dziecko.
 — Śpij, Regińciu!... śpij!...
 Ale Regińcia uparcie siada w kołysce i patrzy.
 Posługaczka podchodzi ku niej.
 — Powiedziała dziś znów: mama — mówi, śmiejąc się do siostry Hieronimy.
 Wyraz ten pada dziwnie koło tej kołyski opuszczonego podrzutka.
 Siostra Hieronima patrzy na Reginkę ze smutkiem.
 — Biedna mała!... — szepcze wzdychając — lepiej nie uczyć jej tego słowa.
 — Ona tak sama z siebie! — tłómaczy posługaczka. — Dziś rano przychodzę a ona siedzi w kołysce i powtarza: »mama! mama!« E! może się jeszcze jej matka znajdzie. Przecież często się jakaś przypyta po roku, po dwóch... Wielebna matka przecież wie!... no, Regińciu, powiedz: mama!...
 Nagle Janek, który do tej chwili milczał i wzrok wlepiał w przestrzeń z jakąś siłą i uporem, jakby chciał koniecznie coś sobie przypomnieć, zaniósł się wielkiem westchnieniem i silnym, nie dziecięcym głosem zawołał:
 — Tata!...
 Nastało milczenie.
 Po raz to pierwszy wśród ścian tego domu padło to słowo, to wezwanie »ojca«, który nawet nie tak, jak matka, krył się w cieniu, ale który ginął w tak wielkiej pomroce egoizmu, zdrady, okrucieństwa, iż stawał się mitem, legendą osłonioną tajemniczością wielkiej, bezbrzeżnej podłości.
 — Tata!...
 Tak, ten »tata« jeden mógł dać takiemu Jankowi nazwisko, mógł porwać to wątłe, wynędzniałe ciałko na swe silne ramię i ponieść w świat, przez życie, chroniąc ode złego.
 Ale ten »tata« nawet tyle »Boga się nie bał«, że nie przyniósł swego dziecka pod mur, w ręce takiej siostry Hieronimy, aby nie zmarniało, i zostawił nawet tę troskę, tę ostatnią posługę, tę ostatnią tragiczną posługę staraniom — matki!...
 Nic, nic.
 Dał życie, i odszedł wspaniały i obojętny. A to życie teraz kołacze się w wynędzniałem i pobladłem ciele, bez nazwiska, bez etykiety, którą społeczeństwo »porządnych ludzi« w swe szeregi przyjmuje.
 Tata!...
 Nigdy siostrze Hieronimie nie przeszło przez myśl winić takich »dwoje«. Ona zawsze miała tylko myśl zwróconą ku matce dziecka. Nie pomyślała o ojcu. Ten głos podrzutka zabrzmiał dla niej jak rewelacya. Dwoje wszakże było winnych; dlaczego mówiono zawsze: »występna matka«?
 Spojrzała na dziecko, siedzące w kołysce, które z takim uporem rzucało w przestrzeń wezwanie ojca. W izdebce panowała cisza. Obie kobiety-matki, z których jedna już leżała na łóżku, druga, klęcząc, odmawiała pacierze wieczorne, podniosły igłowy i także patrzały na dziecko. Co one myślały, te dwie opuszczone, zdradzone, pozostawione w nędzy upadku i chorobie? Jakie wspomnienia, jakie straszne chwile przesuwały się przed ich oczyma, przez ich ledwo uspokojone serce!
 Siostra Hieronima doznała wielkiej trwogi.
 Widmo nieszczęścia zdawało się przesuwać wśród tych cichych izdebek.
 Nie, te dzieci nie miały ojców! Miały tylko matki, bo każda z nich przeszła całe morze cierpienia, bólu i męczarni.
 Więc one istniały, więc one żyły dla tych dzieci, choć były napozór »występne«, bo pozostawiły je obcym rękom. Ale żaden z ojców nie opłacił niczem swojego występku.
 — Tata!
 Znów ten głos uparty, znów to słowo pada w ciszę nocną.
 Siostra Hieronima czuje, iż odpowiedzieć coś powinna, coś musi, że dziecku temu, od którego ojciec odszedł należy dać jakiegoś ojca, do którego mogłoby się później w życiu zwrócić z zaufaniem i miłością.
 I siostra Hieronima klęka przy kołysce Janka, a biorąc jego rączki w swoje ręce, składa je, jak do modlitwy, mówiąc:
 — Ojcze nasz, któryś jest w niebie!



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Gabriela Zapolska.