Ojcobójca (zbiór, 1927)/całość
| <<< Dane tekstu | ||
| Autor | ||
| Tytuł | Ojcobójca | |
| Pochodzenie | Ojcobójca | |
| Wydawca | Wydawnictwo "Taniej Książki" | |
| Data wyd. | 1927 | |
| Druk | Warszawa : I. Haendler | |
| Miejsce wyd. | Warszawa | |
| Tłumacz | anonimowy | |
| Źródło | Skany na Commons | |
| Inne | Pobierz jako: EPUB | |
|
| ||
| Indeks stron | ||
|
GUY DE MAUPASSANT
OJCOBÓJCA
WARSZAWA
WYDAWNICTWO „TANIEJ KSIĄŻKI"
1927 Druk. I. Haendlera Warszawa, Długa 26. Tel. 260-19.
|
Obrońca obwinionego tłumaczył go pomieszaniem zmysłów. Bo jakżeż usprawiedliwić inaczej tę dziwną zbrodnię?
Pewnego ranka znaleziono, niedaleko Chatou, w krzakach dwa trupy, związane razem, kobietę i mężczyznę, znanych w towarzystwie — ludzi bogatych, młodych. Mężczyzna dopiero przed rokiem ożenił się z tą kobietą, będącą wdową od lat trzech.
Nie mieli nieprzyjaciół, nie okradziono ich. Zdawało się, że ktoś, pobiwszy ich prętem żelaznym, rzucił z brzegu do rzeki.
Śledztwo nic najaw nie wydobyło. Zapytywani flisacy także nic nie mogli powiedzieć; postanowiono już zaniechać tej sprawy, gdy pewien młody stolarz z sąsiedniej wsi, imieniem Jerzy Ludwik, przezwany „mieszczaninem“, zgłosił się jako winowajca.
Na wszystkie pytania odpowiadał tylko: Mężczyznę znałem od dwóch lat, kobietę od pół roku; kazali mi często naprawiać staroświeckie meble, gdyż jestem biegły w swem rzemiośle.
A na pytanie:
— Dlaczego ich zabiłeś? — odpowiadał uparcie:
— Zabiłem, ponieważ chciałem ich zabić.
Ponad to nie można było wydobyć z niego ani słowa. Ten człowiek był zapewne dzieckiem naturalnem, oddanem mamce na wieś, a później zapomnianem. Nazwiska nie miał, tylko imiona: Jerzy Ludwik, ale ponieważ, dorastając, stał się wyjątkowo inteligentnym i okazywał upodobania subtelniejsze niż jego towarzysze, przezwano go „mieszczaninem“, i odtąd było to jego stałem imieniem. Uchodził za bardzo zdolnego w rzemiośle, które sobie obrał, rzeźbił nawet nieźle w drzewie. Uważano go też za popędliwego, za wyznawcę zasad komunistycznych, a nawet nihilistycznych, za zapalonego czytelnika awanturniczych, krwawo-dramatycznych romansów, nadto był wyborcą wpływowym i biegłym mówcą na zebraniach publicznych robotników i wieśniaków.
Obrońca nie przestawał utrzymywać, że obwiniony ma pomieszanie zmysłów, W istocie trudno było przypuścić, aby ten robotnik zabił najlepszych swoich klientów, bogatych i szlachetnych, (przyznał to sam], od których w ciągu dwóch lat wziął za robotę około trzech tysięcy franków (świadczyły o tem jego książki). Jedynem wytłumaczeniem zbrodni mógł być szał, idée fixe wykolejonego, który się mści na dwojgu obywatelach za wszystkich, przyczem adwokat lekko napomknął o przydomku „mieszczanin“, nadanym temu opuszczonemu, i zawołał:
— Czyż to nie ironja i to ironja, mogąca do szału doprowadzić nieszczęśliwego chłopca, nie mającego ani ojca, ani matki? Jest gorącym republikaninem. Co więcej, należy on do tej partji politycznej, którą Rzeczpospolita karała niegdyś śmiercią i wygnaniem, a którą dziś przyjmuje z otwartemi rękami; do partji, dla której zbrodnia jest zasadą, a podpalenie najprostszym środkiem walki. Te smutne nauki, zgodnie potwierdzane zebraniach publicznych, zgubiły go. Słyszał republikanów, kobiety nawet — tak, kobiety! — żądające krwi Gambetty, krwi Grevego; jego słaby umysł uległ pomieszaniu; pożądał krwi, krwi obywateli. Nie jego zatem, panowie, należy potępiać, lecz komunę.
Dały się słyszeć głosy, przyznające mu słuszność. Widać było, że adwokat wygrał sprawę. Prokuratorowie odpowiedzieli milczeniem. Wówczas prezydent zadał oskarżonemu zwykłe pytanie:
— Czy masz dodać coś na swą obronę?
Podsądny wstał. Był małego, wzrostu, włosy miał jasne, barwy lnu, oczy szare, przenikliwe, pogodne. Głos silny, szczery i dźwięczny wychodził z piersi tego szczupłego chłopca i za pierwszem odezwaniem się zmienił opinję, jaką sobie o nim wyrobiliśmy.
Mówił śmiało, tonem deklamacyjnym i tak czysto, że każdy wyraz zosobna słychać było w głębi wielkiej sali:
— Prezydencie, ponieważ nie chcę dostać się do domu warjatów i wolę nawet iść pod gilotynę, więc powiem prawdę:
Zabiłem tego mężczyznę i tę kobietę, ponieważ — byli oni moimi rodzicami...Teraz słuchajcie mię i sądźcie, Kobieta, wydawszy na świat syna, oddała go na wieś do mamki. Czyż wiedziała, gdzie wspólniczka jej zaniosła małą, niewinną istotę, skazaną na wieczną nędzę, na wstyd nieprawego urodzenia i co więcej na śmierć. Opuściła ją bowiem po pewnym czasie, a mamka, nie otrzymując pensji miesięcznej, mogła, jak to się często dzieje, pozwolić jej zginąć, cierpieć głód, umierać z nędzy. Kobieta, która mię karmiła, była uczciwszą, bardziej kobiecą, szlachetniejszą, więcej matką, niż własna matka. Wychowała mię. Zbłądziła może, spełniając swój obowiązek, Lepiej jest pozwolić ginąć tym nieszczęśliwym istotom, tułającym się po wsiach przedmiejskich, wyrzuconym jak niepotrzebne śmiecie. Wzrosłem z tem uczuciem nieokreślonem, że ciąży na mnie hańba. Inne dzieci nazywały mię kiedyś „bękartem”. Nie wiedziały, co znaczy ten wyraz, usłyszany przez jedno z nich od rodziców. I ja nie znałem jego znaczenia, lecz przeczuwałem je. Byłem, mogę powiedzieć, jednym z najzdolniejszych w szkole. Byłbym człowiekiem, panie prezydencie, człowiekiem wyższym od innych, gdyby rodzice moi nie byli popełnili zbrodni, opuszczając mnie. Tę zbrodnię popełnili oni. Byłem ofiarą — oni winowajcami. Byłem bezbronnym — oni nie mieli nade mną litości. Obowiązkiem ich było kochać mię, nie odrzucać.
Byłem im winien życie — ale czyż życie jest darem? Moje, w każdym razie, było; tylko nieszczęściem, Po ich haniebnem opuszczeniu, winien im byłem tylko zemstę. Dopuścili się oni względem mnie czynu najwięcej nieludzkiego, najohydniejszego, najpotworniejszego, jaki można popełnić względem istoty żyjącej, Człowiek znieważony uderza, człowiek okradziony odbiera swe dobro przemocą. Człowiek oszukany, wyszydzony, umęczony — zabija; człowiek spoliczkowany — zabija. Ja zostałem więcej okradziony, oszukany, umęczony, spoliczkowany moralnie, shańbiony, niż wszyscy ci, których złość rozgrzeszacie. Zemściłem się, zabiłem. Prawo to słusznie mi przysługiwało. Zabrałem ich życie szczęśliwe wzamian za moje straszne, które mi narzucili. Powiecie, że to zbrodnia — ojcobójstwo, Byliż oni moimi rodzicami, oni, dla których byłem wstrętnym ciężarem, postrachem, plamą sromotną; dla których moje urodzenie było klęską, a moje życie groźbą wstydu? Szukali samolubnej przyjemności — przeznaczenie dało im niespodziewanie dziecko — usunęli je więc ze swej drogi. Przyszła na mnie kolej odwetu. Mimo wszystko byłem ostatecznie jeszcze zdolnym ich ukochać. Dwa lata temu, jak to1 już mówiłem, ten człowiek, mój ojciec, wszedł do mnie po raz pierwszy, Nie miałem wówczas żadnych podejrzeń. Zamówił u mnie dwa jakieś sprzęty. Dowiedziałem się później, że wypytywał o mnie proboszcza, naturalnie, w największej tajemnicy. Zachodził do mnie często, dawał mi robotę i płacił dobrze. Czasami nawet rozmawiał o tem lub owem. Ja także czułem do niego sympatję. Na początku tego roku przyprowadził swą żonę, a moją matkę, Kiedy weszła, drżała tak silnie, że zdawało mi się, iż cierpi na jakąś chorobę nerwową. Poprosiła o krzesło i szklankę wody, Nie mówiła nic; patrzyła na meble wzrokiem obłąkanym i odpowiadała tylko: tak i nie, często niewłaściwie, na wszystkie pytania, jakie jej zadawałem. Następnego miesiąca znowu przyszła do mnie. Była spokojna, panią siebie. Tym razem bawili dosyć długo, rozmawiali i zrobili duże zamówienie. Widziałem ją jeszcze trzy razy, niczego się nie domyślając. Ale oto jednego dnia zaczęła mi mówić o mojem życiu, dzieciństwie, rodzicach. Odpowiedziałem jej; moi rodzice byli nikczemni, gdyż mnie opuścili. Wtedy ręką przycisnęła serce i padła bez zmysłów. Pomyślałem zaraz; to moja matka, ale starałem się nie dać tego po sobie poznać. Chciałem, żeby tu jeszcze raz przyszła. I ja się także trochę poinformowałem. Dowiedziałem się, że się pobrali dopiero zeszłego lipca, i że moja matka była poprzednio wdową od trzech lat. Szeptano też, że się kochali za życia pierwszego męża, ale nie było na to żadnego dowodu. Ja to byłem owym dowodem, dowodem, który ukrywano z początku, mając nadzieję zniszczyć go w przyszłości. Czekałem. Zjawiła się pewnego wieczoru w towarzystwie mego ojca. Tego dnia wydawała się bardzo wzruszona, nie wiem dlaczego. Odchodząc powiedziała mi: Życzę ci dobrze, bo wyglądasz na uczciwego chłopca i robotnika; niedługo zapewne pomyślisz o ożenieniu się; pomogę ci w wyborze żony, któraby ci się podobała. Ja raz wyszłam zamąż, niezgodnie z mojem sercem, i wiem, ile to sprowadza cierpień. Teraz jestem bogatą, bezdzietną, swobodną, panią swego majątku. Oto masz na założenie gospodarstwa. I dała mi dużą kopertę zapieczętowaną.
Spojrzałem na nią uważnie i rzekłem: — Jesteś moją matką?
Cofnęła się o trzy kroki i zakryła oczy ręką, aby mnie nie widzieć. On, ojciec mój, podtrzymywał ją, wołając: — Oszalałeś chyba!
Odpowiedziałem mu: — Wcale nie. Wiem dobrze, że jesteście moimi rodzicami. Nie tak łatwo mię oszukać. Przyznajcie to, a zachowam tajemnicę, nie będę miał do was żalu; pozostanę, czem jestem, to jest stolarzem.
Cofał się ku wyjściu, podtrzymując ciągle żonę, która zaczęła łkać. Pobiegłem zamknąć drzwi, włożyłem klucz do kieszeni i znów zacząłem: — Popatrz-że na nią i powtórz jeszcze, że ona nie jest moją matką!
Wtedy uniósł się, zbladł, przerażony myślą, że skandal, którego zdołali uniknąć dotąd, mógł nagle wyjść najaw, że ich pozycja towarzyska, honor upadłby odrazu. Zaczął jąkać: Jesteś łajdakiem, chcesz od nas wyłudzić pieniądze. Tak to warto pomagać motłochowi, tym gburom, popierać ich i ratować.
Moja matka zrozpaczona powtarzała ciągle; Chodźmy, chodźmy.
Ponieważ drzwi były zamknięte, zawołał; Jeżeli mi nie otworżysz w tej chwili, każę cię wpakować do więzienia za zbrodnię gwałtu.
Zachowałem zupełną równowagę, otworzyłem drzwi, a oni zniknęli w ciemności. Wtedy doznałem uczucia, jakbym nagle został sierotą opuszczonym, strąconym w przepaść. Ogarnął mię straszny smutek, połączony ze złością, nienawiścią, zniechęceniem; cała moja istota buntowała się, oburzała przeciw sprawiedliwości, honorowi, odepchniętemu uczuciu. Zacząłem gonić ich brzegiem Sekwany, drogą, którą musieli iść, chcąc się dostać na dworzec kolei w Chatou. Wkrótce ich dopędziłem. Zapadła noc czarna. Szedłem cicho po trawie, tak, że mnie nie słyszeli. Matka moja płakała ciągle. Ojciec zaś mówił; To twoja wina. Co ci na tem zależało, aby go koniecznie zobaczyć. Było to szaleństwem w naszej sytuacji. Można było wspomagać go zdalekia, nie zbliżając się osobiście. Nie możemy go przecież uznać, nacóż więc zdały się te niebezpieczne odwiedziny?
Usłyszawszy to, rzuciłem się ku nim, błagając: Widzicie więc, że jesteście moimi rodzicami! Porzuciliście mnie już raz, odepchniecież i teraz?
Wtedy, panie prezydencie, on podniósł rękę na mnie, przysięgam to na honor, na prawo, na Rzeczpospolitą. Uderzył mię, a kiedy ja chwyciłem go za kołnierz, wyciągnął z kieszeni rewolwer. Czerwono mi się zrobiło przed oczami, nie wiedziałem co się ze mną dzieje, miałem w kieszeni cyrkiel, uderzyłem go nim z całej siły.
Ona zaczęła krzyczeć: Na pomoc! zbrodniarz! wyrywając mi brodę. Zdaje się, że i ją zabiłem także. Czyż ja wiem, co wtedy zrobiłem?
Następnie, widząc oboje leżących na ziemi, wrzuciłem ich do Sekwany, nie zastanawiając się nad tem, co robię. Otóż i wszystko, A teraz! sądźcie mnie.
Obwiniony usiadł. Wskutek tego wyznania sprawa odłożoną została do następnego posiedzenia. Odbędzie się ono niezadługo, Gdybyśmy my byli sędziami, jak postąpilibyśmy z tym ojcobójcą?
— Może pójdziemy na dach wypić kawę? — spytał kapitan.
Bardzo chętnie — odpowiedziałem.
W sali mrok już zapadał. Poza wysokiemi, ostrołukowemi oknami zwieszały się rośliny z ogromnego tarasu, na którym zwykle spędzano gorące letnie wieczory. Na stole nic już nie pozostało, prócz olbrzymich afrykańskich owoców i winogron wielkich jak gruszki, miękkich fig fioletowych, żółtych gruszek, podłużnych bananów i daktyli w łyczkowym koszyku.
Maurytańczyk, który nam usługiwał do stołu, otworzył drzwi i weszliśmy na schody, słabo oświetlone z góry ostatniemi promieniami zachodzącego słońca.
Głęboko i z uczuciem błogości odetchnąłem, wszedłszy na taras, skąd się roztaczał uroczy widok na Alger, przystań i dalekie wzgórza.
Dom, kupiony przez kapitana, był dawną siedzibą arabską, położoną w środku starego miasta, pomiędzy labiryntem uliczek i zaułków, gdzie się roiło od różnorodnej ludności afrykańskiej.
Pod nami płaskie i czworogranne dachy obniżały się, jak olbrzymie schody, aż ku dachom pochyłym europejskiej części miasta. Poza niemi ukazywały się maszty okrętów, o zarzuconych kotwicach, a dalej — błękitne i spokojne morze, mające nad sobą sklepienie nieba, także spokojne i błękitne.
Wyciągnęliśmy się na matach, głowy oparliśmy na poduszkach i, zwolna popijając doskonałą kawę, patrzyliśmy na ciemne sklepienie, zasiane niewielką jeszcze ilością gwiazd.
Lekki, ciepły, rozkoszny wietrzyk przejmował mile cały nasz organizm i tylko czasem, duszący, ciężki, prawdziwie afrykański powiew przypominał nam bliskie sąsiedztwo pustyni. Kapitan, leżąc nawznak, mówił rozmarzony:
— Co za kraj! Jak słodko płynie w nim życie! Wszak nawet spoczynek ma tutaj coś odrębnego i zachwycającego. A noce, jak usposabiają do marzeń!
Ja, zapatrzony ciągle w świeżo ukazujące się gwiazdy i doznając uczucia jakiejś dziwnej szczęśliwości, szepnąłem:
— Mógłbyś mi opowiedzieć jakiś okres swojego życia w tej części świata.
Kapitan Manet był jednym z najdawniejszych żołnierzy armji afrykańskiej, dawniejszym spahem, który dobił stopnia dzielnością swego oręża. Dzięki jemu, jego przyjaźni, jego stosunkom, mogłem odbyć pyszną podróż po pustyni i dziś właśnie przyszedłem, by mu przed powrotem do Francji wyrazić swoją wdzięczność.
— Jakiego rodzaju opowieści chcesz ode mnie? — spytał. — Podczas dwunastoletniej mojej bytności na gorących piaskach Afryki spotkało mnie tyle niezwykłych wydarzeń, że już o wszystkich zapomniałem.
— Powiedz mi co o kobietach arabskich — odparłem.
Nic nie odrzekł. Leżał wyciągnięty z rękami pod głową; chwilami czułem woń jego cygara, którego dym wśród tej cichej nocy unosił się prosto w górę.
Nagle zaczął się śmiać.
— Ach! tak, opowiem ci zabawne zdarzenie z pierwszych czasów mego pobytu w Algerze, Mieliśmy w naszej armji typy niezwykłe, jakich się dziś już nie widzi i jakich już niema, typy, któreby cię zajęły do tego stopnia, że, patrząc na nie, pragnąłbyś spędzić całe życie w tym kraju.
Byłem prostym spahem, dwudziestoletnim blondynem, zwinnym, silnym, zawadjackim, jak przystało na algerskiego żołnierza. Przyłączono mnie do wojennego oddziału w Bogharze, Znasz Boghar, zwany Gangiem południa, widziałeś z wierzchołka portu początek tej krainy nagiej, kamienistej, popękanej i czerwonej. Jest to przedsionek pustyni, Wspaniała i paląca granica niezmierzonych przestrzeni żółtych piasków.
Było nas w Bogharze czterdziestu spahów i stanowiliśmy tak zwaną kompanję wesołych, oprócz tego znajdował się szwadron strzelców afrykańskich. Jednego dnia doniesiono nam, że pokolenie Uled-Berghi zamordowało podróżującego anglika, który, licho wie, jakim sposobem tam się dostał. Trzeba było wymierzyć sprawiedliwość za tę zbrodnię, popełnioną na Europejczyku, ale naczelny dowódca wahał się z wysłaniem całego oddziału, będąc zdania — i słusznie — że jeden anglik nie wart tyle zachodu.
Otóż kiedy o tem rozmawiał z kapitanem i porucznikiem, wachmistrz spahów, czekający z raportem, odezwał się, że jeśli mu dadzą sześciu ludzi, to on ukarze całe pokolenie.
W pustyni, jak wiesz, panuje nierównie większa swoboda, niż w granicznych miastach, i pomiędzy oficerem, a żołnierzem wywiązuje nieznane gdzie indziej koleżeństwo.
— Kapitan począł się śmiać.
— Ty, mój zuchu?
— Tak, kapitanie, a jeśli pan sobie życzysz, zabiorę do niewoli całe pokolenie.
Kapitan, człowiek żywej wyobraźni, wziął go za słowo i rzekł:
— Jutro rano wybierzesz sobie sześciu ludzi, z którymi udasz się na pustynię, ale biada ci, jeśli nie dotrzymasz obietnicy!
Wachmistrz uśmiechnął się pod wąsem.
— Bądź spokojny, komendancie, moi niewolnicy będą tutaj najpóźniej we środę w południe.
Ten wachmistrz Mohammed Fripouille, jak go nazywano, był człowiekiem istotnie zadziwiającym, Turek, prawdziwy Turek, po życiu bardzo burzliwem, a prawdopodobnie niezbyt czystem, wszedł do służby francuskiej. Przebywał w Grecji, w Azji Mniejszej, w Egipcie, W Palestynie i zapewne niejedną zbrodnię zostawił poza sobą. Zuchwały, hulaka, dziki i wesoły, do tego, otyły, niezmiernie nawet otyły, ale zwinny jak małpa. Jeździł na koniu zachwycająco. Jego wąsy, nieprawdopodobnie gęste i długie, przypominały mi zawsze półksiężyc, lub zakrzywioną szablę. Arabów strasznie nienawidził i obchodził się z nimi z nieopisanem okrucieństwem, wynajdując coraz to nowe podstępy i zasadzki, jedne straszniejsze od drugich.
Przy tem wszystkiem posiadał nadzwyczajną siłę i nieprawdopodobną odwagę.
— Wybierz sobie swoich ludzi, zuchu — rzekł doń kapitan.
Do wybranych należałem i ja. Widocznie miał doi mnie zaufanie, a za ten wybór, który mi zrobił więcej przyjemności, niż później krzyż legji honorowej, byłem mu nieskończenie wdzięczny.
Wyjechaliśmy więc nazajutrz o świcie w siedmiu. Tylko w siedmiu. Moi towarzysze, z powołania rabusie i rozbójnicy, włócząc się i awanturując po całym świecie, wkońcu zaciągnęli się do wojska. Nasza armja afrykańska była pełna podobnych wyrzutków, będących poza tem doskonałymi żołnierzami.
Mohammed dał każdemu z nas po dwanaście sznurków, mających około metra długości. Mnie zaś, jako najmłodszemu i najlżejszemu, został się jeszcze sznur sto metrów długi. Kiedyśmy pytali naszego dowódcę, co będzie robił z tak znacznym zapasem konopi, odpowiedział spokojnie:
— Będę łowił arabów.
I mrugał okiem złośliwie, czego się nauczył od jednego strzelca afrykańskiego, paryżanina.
Jechał na czele naszej gromadki w czerwonym turbanie i od czasu do czasu uśmiechał się do siebie z zadowoleniem.
Ten ogromny Turek był istotnie piękny ze swoim potężnym brzuchem, olbrzymiemi ramionami i spokojem w twarzy. Siedział na białym, średniej wielkości, ale silnym koniu, który zdawał się dziesięćkroć przynajmniej za małym dla swego jeźdźca.
Wyjechaliśmy na niewielką płaszczyznę kamienistą, żółtą, nagą, prowadzącą do doliny Szelif i rozmawialiśmy o naszej wyprawie. Było tu słychać różnorodne akcenty, gdyż mieliśmy między sobą: jednego1 Hiszpana, dwóch Greków, jednego Amerykanina i trzech Francuzów. Co zaś do Mohammeda Fripouilla, ten szeplenił w sposób nieznośny.
Słońce, straszne słońce południa, jakiego nie znają po drugiej stronie morza Śródziemnego, paliło nas w plecy i Jechaliśmy stępa według miejscowego zwyczaju.
Przez cały dzień nie widzieliśmy ani drzewa ani Araba.
Około pierwszej w południe, przy źródle, wytryskającem z pod kamieni, zjedliśmy chleb z baraniną i po dwudziestu minutach wypoczynku w dalszą ruszyliśmy drogę.
Nareszcie około szóstej wieczorem po ogromnem, z rozkazu dowódcy, zboczeniu z drogi, ujrzeliśmy za wzgórkiem całe pokolenie obozujące. Niskie, brunatne namioty wyglądały jak wielkie grzyby pustyni, rosnące u stóp wzgórza przepalonego słońcem.
Znaleźliśmy to, czegośmy szukali. Cokolwiek dalej na skraju doliny pasły się pomiędzy ciemno zieloną trzciną przywiązane konie.
Mohammed krzyknął: „Galop!“ i wpadliśmy w środek obozu jak huragan. Przerażone kobiety, okryte białemi szmatami, chowały się pod płócienne namioty, schylając się, czołgając i wyjąć, jak dzikie zwierzęta, ścigane przez myśliwych. Mężczyźni przeciwnie, wychodzili ze wszystkich stron, gotowi do walki.
Jechaliśmy ku największemu namiotowi agi.
Mieliśmy szable w pochwach za przykładem Mohammeda, który w szczególny sposób galopował. Siedział zupełnie nieruchomo1, prosto, na swoim małym koniu, wijącym się wściekle pod tą ogromną masą. Spokój jeźdźca o długich wąsach dziwnie odbijał od żywości zwierzęcia.
Aga wyszedł, skorośmy tylko zbliżyli się do namiotu. Był to mężczyzna chudy, czarny, o lśniącem oku, wypukłem czole i brwiach w łuk zagiętych. Krzyknął po arabsku:
— Czego chcecie?
Mohammed osadziwszy konia na miejscu zapytał:
— Czy to ty zabiłeś podróżnika angielskiego?
— Nie potrzebuję się przed tobą tłumaczyć — odpowiedział aga głosem donośnym.
Koło nas wzbierała groźna burza. Arabowie przybiegali ze wszystkich stron, naciskali nas, otaczali, złorzeczyli.
Podobni byli do ptaków drapieżnych — każdy z zagiętym nosem, chudą twarzą, wystającemi kośćmi i rozwianem odzieniem.
Mohammed w turbanie nabakier uśmiechnął się, a po jego mięsistych, zwisłych i pomarszczonych policzkach przemykał dreszcz rozkoszy.
— Śmierć zabójcy! — ryknął grzmiącym, zagłuszającym krzyki głosem.
Skierował rewolwer ku brunatnej twarzy agi. Zobaczyłem cokolwiek dymu, wychodzącego z lufy, potem krew broczącą z jego czoła. Padł nawznak, jakby rażony piorunem, rozpościerając ramiona, z których, na podobieństwo skrzydeł, spadały lekkie fałdy burnusa.
Powstał hałas nieopisany. Byłem pewny, że już ostatni dzień mój nadszedł.
Mohammed wyjął szablę; zrobiliśmy to samo. Usuwając młynkiem zbytecznie go naciskających Arabów, wołał:
— Życie tym, co się poddadzą, reszcie śmierć!
I chwytając swoją herkulesową dłonią najbliżej stojącego, posadził go na siodle, skrępował mu ręce i rzekł do nas:
— Róbcie, jak ja, a opierających się rżnijcie!
W pięć minut pochwyciliśmy dwudziestu Arabów, których silnie związaliśmy za ręce. Następnie ścigaliśmy uciekających, gdyż na widok gołych szabel wszystko pierzchało w popłochu, Schwytaliśmy jeszcze trzydziestu. Kobiety, jak białe widma, biegały po całej dolinie, trzymając dzieci za ręce i wydając bolesne jęki. Psy żółte, podobne do szakali, kręciły się wkoło nas, szczekając i wyjąć przeraźliwie.
Mohammed uszczęśliwiony zeskoczył z konia, pochwycił sznur mnie powierzony i rzekł:
— Baczność, dzieci, dwóch z koni!
Wtedy zrobił coś okropnego i śmiesznego zarazem: ułożył różaniec z więźniów, czyli raczej z wisielców, Przywiązał mocno obie ręce pierwszego niewolnika, potem otoczył jego szyję, tym samym sznurem, którym w ten sam sposób krępował ręce i szyję drugiego. Wkrótce naszych pięćdziesięciu niewolników było związanych tak, że najmniejsze usiłowanie ucieczki jednego, byłoby wraz z nim zadusiło i jego dwóch, co najmniej, sąsiadów. Musieli więc iść spokojnie jeden koło drugiego, w przeciwnym bowiem razie sznur zaciągał się, i padali jak martwi.
Kiedy ta szczególna robota była już skończona, Mohammed zaczął się śmiać swoim bezgłośnym śmiechem, który mu wstrząsał brzuch, gdy tymczasem z piersi żaden dźwięk nie wychodził.
— To się nazywa łańcuch arabski — rzekł.
My sami nie mogliśmy się wstrzymać od śmiechu, patrząc na przerażone i płaczliwe twarze więźniów.
— Teraz, dzieci — zawołał dowodca — przytwierdzić oba końce do pali.
Istotnie, przywiązano do pali oba końce tego sznura białych postaci, podobnych do widm, a stojących nieruchomo jak słupy.
— I jedzmy obiad! — dodał Turek.
Rozpaliliśmy ogień, i ugotowaliśmy barana, zabitego własnemi naszemi rękami. Następnie piliśmy mleko i jedli daktyle, znalezione w namiotach, zbierając srebrne klejnoty, porzucone przez uciekających.
Właśnie kończyliśmy naszą ucztę, kiedy spostrzegłem na jednym wzgórku szczególniejszą gromadę. Były to kobiety, same tylko kobiety. Zbliżały się ku nam, biegnąc. Pokazałem je Mohammedowi.
— To nasze wety — rzekł z uśmiechem.
Ach! tak, piękne wety!
Biegły jak opętane i wkrótce zarzuciły nas kamieniami, które ciskały, nie zatrzymując się w biegu, prócz tego uzbrojone w noże, w pale, wyciągnięte z namiotów i stare kuchenne naczynia.
Mohammed krzyknął: Na koń! W samą porę wydał ten rozkaz, gdyż atak był wściekły. Kobiety napadły na nas w celu oswobodzenia więźniów i chciały przeciąć sznur. Turek zrozumiał niebezpieczeństwo, białka zaszły mu krwią i ryknął: — Rąbcie! A kiedyśmy stali, nie wiedząc sami, co robić wobec tego rodzaju walki i nie chcąc zabijać kobiet, rzucił się na nacierającą gromadę.
Sam uderzył na ten bataljon kobiet w łachmanach i łotr rąbał — rąbał, jak opętany z taką zaciętością i zaciekłością, że za każdem podniesieniem szabli padała jedna biała postać.
Był taki straszny, że kobiety, przerażone uciekły równie szybko, jak przybiegły, zostawiwszy na placu dwanaście zabitych i rannych.
Mohammed z twarzą wzburzoną zwrócił się ku nam, powtarzając:
— Wynośmy się chłopcy, wynośmy, bo zaraz wrócą.
I zabraliśmy się do odwrotu, prowadząc naszych więźniów powoli, by ich nie podusić.
Nazajutrz biła właśnie dwunasta w południe, kiedyśmy wjeżdżali do Bogharu z naszym łańcuchem arabów. Tylko sześciu umarło w drodze. Ale trzeba było co chwila rozluźniać sznur od jednego końca do drugiego, gdyż każde pociągnięcie dusiło dwunastu naraz.
Kapitan umilkł. Ja nie rzekłem ani słowa, tylko sobie myślałem, że to jednak dziwny kraj, w którym mogą się dziać podobne rzeczy — i dalej patrzyłem na niebo wyiskrzone gwiazdami.
Był urzędnikiem w ministerstwie oświaty, a że mieszkał w Batignolles, więc codziennie rano jeździł do biura omnibusem. I codzień podróż tę odbywał do samego Paryża w towarzystwie nieznanego mu młodego dziewczęcia, w którem się zakochał.
Ona także o jednej i tej samej godzinie spieszyła do magazynu. Była brunetką w rodzaju tych, których oczy wyglądają jak duże czarne plamy wśród twarzy o połysku kości słoniowej. Spostrzegał ją zawsze na zakręcie ulicy, biegnącą szybko i doganiającą ciężki powóz; zręcznie, zwinnie i lekko wskakiwała na stopień, zanim jeszcze konie przystanęły. Potem cokolwiek zmęczona siadała, rzucając wkoło siebie jedno ciekawe spojrzenie.
Kiedy ją Franciszek Tessier po raz pierwszy zobaczył, spodobała mu się niezmiernie. Czasem spotykamy kobiety, które chcielibyśmy za pierwszym rzutem oka, nie znając, przycisnąć z całej siły do serca. To dziewczątko odpowiadało najgorętszym jego pragnieniom, marzeniom, słowem — ideałowi miłości, jaki każdy człowiek bezwiednie nosi w głębi swego serca.
Mimowoli wpatrywał się w nią uporczywie. Zmieszana, zarumieniła się. On to spostrzegł i chciał ją uwolnić od swego natarczywego wzroku, ale napróżno usiłował skierować oczy w inną stronę — zwracały się ku niej bezustannie, Po kilku dniach znali się, chociaż z sobą nie mówili. Jeśli omnibus był pełny, Franciszek ustępował jej miejsca i wchodził na wierzch, chociaż go to do rozpaczy doprowadzało. Teraz witała go już uśmiechem, a chociaż spuszczała zawsze oczy pod jego palącym wzrokiem, widocznie wszakże nie gniewało ją to wpatrywanie się natarczywe.
Wkońcu zaczęli z sobą rozmawiać i odraza powstała między nimi Zażyłość, trwająca codzień pół godziny. Dla niego te pół godziny było najcudniejszem w życiu spędzeniem czasu. Przez resztę dnia, wśród zajęć biurowych, myślał tylko o niej, jej obraz ścigał go bezustanku, prześladował, pochłaniał najzupełniej, jak obraz gorąco ukochanej kobiety. Zdawało mu się, że posiadanie tej małej osóbki byłoby dla niego szczęściem nieopisanem, przechodzącem możliwość rzeczywistości.
Teraz już podawała mu rękę na dzień dobry, a on do wieczora był pod wrażeniem dotknięcia jej drobnych paluszków; wrażenie to było tak silne, że czuł jakby dreszcze, jakby prądy elektryczne, przebiegające po jego ciele.
Całe jego życie skupiało się w owem półgodzinnem z nią obcowaniu. Niedziele wydawały mu się straszne.
Prawdopodobnie i ona go kochała, bo jednej soboty, na wiosnę, zgodziła się pojechać z nim nazajutrz, na śniadanie do Maison Latfitte.
∗
∗ ∗ |
Pierwsza przybyła na dworzec, Zdziwił się, ujrzawszy ją tak wcześnie, ale ona rzekła:
— Przed wyjazdem pragnęłabym, z panem, pomówić. Mamy jeszcze dwadzieścia minut — więcej niż potrzeba.
Drżała, wsparta na jego ramieniu, oczy miała spuszczone, a policzki blade.
— Nie chciałabym, żebyś się pan co do mnie pomylił. Jestem uczciwą dziewczyną, i pod takim tylko warunkiem pojadę, jeśli mi pan przyrzekniesz, jeśli mi przysięgniesz, że nic... że nic nie zrobisz... coby było... coby nie było... przyzwoitem...
Nagle zarumieniła się, jak mak polny, Zamilkła, Szczęśliwy, ale i zawiedziony cokolwiek, nie wiedział co odpowiedzieć, W głębi duszy może i wołał, żeby tak było, a jednakże... jednakże tej jeszcze nocy łudził się marzeniami, które mu rozpalały krew w żyłach, Z pewnością mniejby ją kochał, gdyby wiedział, że żyje lekkomyślnie, ale z drugiej strony: jakby to było cudnie i rozkosznie! Całe męskie samolubstwo w sprawie miłości staczało w nim walkę z lepszemi instynktami.
Ponieważ nic nie odpowiadał, odezwała się głosem wzruszonym, ze łzami w oczach:
— Jeśli pan nie przyrzekniesz szanować mię w zupełności, wracam do domu.
Przycisnął jej rękę czule i rzekł:
— Przyrzekam ci to; będziesz robiła, co sama zechcesz.
Odetchnęła swobodniej i spytała z uśmiechem:
— Czy naprawdę?...
Spojrzał jej w oczy głęboko.
— Przysięgam!...
— Weźmy bilety — rzekła.
W drodze nie mogli rozmawiać, gdyż wagony były przepełnione.
Przybywszy do Maisson Laffitte, skierowali kroki ku Sekwanie.
Ciepłe powietrze dziwnie miękko i obezwładniająco działało zarówno na ciało jak i duszę. Promienie słońca, padając w całej pełni na rzekę, liście i trawniki, napełniały serce niewypowiedzianą błogością. Szli brzegiem, jak dwoje dzieci, trzymając się za ręce i przypatrując rybkom, gromadnie igrającym w wodzie. Szli upojeni szczęściem, jakgdyby uniesieni w nadziemskie przestwory. Wkońcu ona rzekła:
— Bierzesz mnie pan za szaloną?
— Dlaczego?... — spytał.
— Czyż to nie szaleństwo — przyjechać tu z panem?...
— Ależ bynajmniej, to bardzo naturalne.
— Nie! nie!... to — wcale nie naturalne... dla mnie przynajmniej, bo ja nie chcę nic złego zrobić, a w taki właśnie sposób się błądzi. Ale gdyby pan wiedział, jak to smutno żyć, kiedy wszystkie dni miesiąca i wszystkie miesiące w roku są do siebie podobne! Mieszkamy same tylko we dwie z mamą, Mama doznała w życiu bardzo wiele zmartwień, to też nie jest wesoła. Ja radzę sobie, jak mogę. Staram się śmiać, śpiewać, lecz nie zawsze mi się to udaje. Mimo wszystko nie powinnam była tu przyjechać. Przynajmniej mi pan tego nie weźmiesz za złe...
Za całą odpowiedź pocałował ją w ucho. Odskoczyła od niego żywo — i nagle zagniewana zawołała:
— Och! panie Franciszku! po przysiędze, jakąś pan uczynił...
Wrócili do Maisson Laffitte. Jedli śniadanie w Małym Porcie nad brzegiem wody, w niskim domku, osłoniętym czterema olbrzymiemi topolami.
Świeże powietrze, upał, białe wino i bliskie wzajemne sąsiedztwo, wszystko to wywołało rumieńce na ich twarze, mieszało ich i usposabiało do milczenia.
Ale nagle po kawie ogarnęła ich wesołość, i, przeszedłszy przez most, udali się brzegiem rzeki ku wiosce La Frette.
On ją zapytał:
— Jak pani na imię?
— Ludwika.
Powtórzył; Ludwika, i zamilkł.
Rzeka, zaginając się w tem miejscu, odbijała w swej toni cały szereg białych domków, przeglądających się wdzięcznie w srebrzystej wodzie. Dziewczę zbierało stokrotki i układało wielką, polną wiązankę, on zaś, wesoły i swobodny, jak źrebak, puszczony na trawę, śpiewał na całe gardło.
Z lewej strony ciągnęło się wzgórze, pokryte winnicami. Nagle Franciszek stanął zdumiony i jakby przykuty do miejsca i zawołał:
— Och, patrz!
Winnice znikły, a ich oczom ukazała się przestrzeń dwu lub trzy wiorstowa, zarosła bzem kwitnącym. Istny las fioletowy ciągnący się, jak olbrzymi dywan, aż do samej wioski.
Ona także stanęła zachwycona, wzruszona, szepcząc:
— Och, jakież to cudne!
Przeszedłszy pole, pobiegli ku temu niezwykle pięknemu wzgórkowi, który corocznie zaopatruje Paryż w bez, sprowadzany do miasta każdodziennie w małych wózkach przekupniów. Wąska ścieżka wiła się wśród krzewów; szli nią czas jakiś, a spostrzegłszy małą polankę usiedli.
Roje much różnorodnych otaczały ich, napełniając powietrze łagodnym i jednostajnym brzękiem, a słońce, wspaniałe słońce, na niebie bez chmurki, rzucając snopy światła na ten jedyny w swoim rodzaju bukiet, wydobywało z niego woń potężną, rozkoszną, upajającą. Wdali słychać było odgłos dzwonu kościelnego. I mimowoli prawie pocałowali się, potem uścisnęli, zapominając o świecie całym. Ona z przymkniętemi oczami, bez myśli, bez pamięci, nieprzytomna, w bezwiednym uścisku i namiętnem oczekiwaniu zarzuciła mu ręce na szyję, nie wiedząc, co robi, nie rozumiejąc nawet, że należy do niego.
Ocknęła się w poczuciu straszliwego nieszczęścia; zaczęła płakać, jęczeć boleśnie, ukrywszy twarz w dłoniach.
Starał się ją pocieszyć, ale ona chciała natychmiast jechać, wrócić do domu, Powtarzała ciągle, chodząc wielkiemi krokami.
— Mój Boże! mój Boże!
On ją prosił:
— Ludwiko! Ludwiko! zostańmy, błagam cię!...
Nie dała się jednak uprosić, biegnąc na dworzec z wypiekami na twarzy i zapadniętemi oczami. Skoro tylko stanęli w Paryżu, wyskoczyła z wagonu, nie pożegnawszy się z nim nawet.
Gdy ją nazajutrz zobaczył w omnibusie, wydała mu się bardzo mizerna i zmieniona.
Byli sami na chodniku, więc odezwała się:
— Musimy się pożegnać. Po tem co zaszło, nie mogę pana widywać.
— Ależ dlaczego?
— Dlatego, że nie mogę... Popełniłam błąd, więcej go popełniać nie chcę.
Wtedy on, trawiony pragnieniem posiadania jej, prosił, błagał, zaklinał, wszystko napróżno.
Odpowiadała uparcie:
— Nie, nie mogę. Nie, nie mogę.
On coraz więcej się zapalał, wkońcu obiecał się z nią ożenić. I na to odpowiedziała:
— Nie... — i odeszła.
Nie widział jej przez całe dni osiem. Nigdzie jej nie mógł spotkać, a ponieważ nie wiedział, gdzie mieszka, sądził, że ją stracił na zawsze.
Dnia dziewiątego wieczorem zadzwoniono do drzwi; poszedł otworzyć, była to ona. Rzuciła mu się na szyję i nie opierała się wcale.
Przez trzy miesiące była jego kochanką. Zaczynał się nią już nudzić. Kiedy mu oznajmiła, że zostanie matką — myślał jedynie o pozbyciu się jej za jaką bądź cenę i zerwaniu dalszego z nią stosunku.
Ponieważ nie wiedział, jak się wziąć do tego, co powiedzieć, co zrobić, a śmiertelnie się lękał widocznych już następstw, wyprowadził się jednej nocy i znikł bez śladu.
Cios był tak straszny i brutalny zarazem, że Ludwika nie starała się nawet szukać uwodziciela, który ją w tak ohydny sposób opuścił. Rzuciła się matce do nóg, opowiedziała o swem nieszczęściu, a w kilka miesięcy później wydała na świat syna.
Upłynęły lata, Franciszek Tessier starzał się, a żadna zmiana nie zachodziła w jego życiu. Pędził życie właściwe urzędnikom, smutne, jednostajne, beznadziejne.
Codziennie wstawał o jednej i tej samej godzinie, przechodził jedne i te same ulice, stawał przed temi samemi drzwiami, przed tym samym odźwiernym, wchodził do tego samego biura, siadał na tym samym stołku i załatwiał jedną i tęż samą robotę. Był sam na świecie, sam wśród dnia, pomiędzy obojętnymi współtowarzyszami, sam w nocy w swojem kawalerskiem mieszkaniu. Oszczędzał miesięcznie po sto franków — na starość.
Co niedziela szedł spacerem na Pola Elizejskie, aby popatrzeć na świat wykwintny, na strojne kobiety i piękne powozy.
Nazajutrz do swego towarzysza biurowej niedoli mawiał:
— Wczorajszy powrót z lasku był świetny.
Otóż jednej niedzieli, przypadkiem, idąc przez nowe ulice, wszedł do parku Monceau. Ranek letni był prześliczny.
Bony i matki, siedząc na ławkach wzdłuż szerokich alej, przypatrywały się dzieciom, bawiącym się przed niemi.
Nagle Franciszek Tessier zadrżał. Jakaś kobieta przechodziła, trzymając za rękę dwoje dzieci: chłopczyka dziesięcioletniego może i dziewczynkę czteroletnią. To była ona.
Oddalił się o jakie sto kroków i padł na krzesło, nie mogąc oddychać ze wzruszenia.
Nie poznała go. Wrócił, chcąc ją jeszcze zobaczyć. Siedziała na ławce, obok niej chłopczyk, a dziewczynka bawiła się w piasku.
Tak, to była ona, ona niezawodnie. Ubrana skromnie, wyglądała bardzo przyzwoicie, poważnie i szlachetnie.
Patrzył na nią zdaleka, nie śmiejąc się zbliżyć.
Chłopczyk podniósł głowę, Franciszek Tessier poczuł dreszcz, przejmujący go od stóp do głowy. To jego syn niezawodnie, W rysach chłpczyka dopatrzył się zupełnego podobieństwa do siebie, jakim się widział na fotografji ze swoich lat dziecięcych.
Stał ukryty za drzewem, czekając na jej odejście, aby pójść za nią.
Nie spał noc całą: przedewszystkiem dręczyła go myśl o dziecku. Jego syn! Och! gdyby był wiedział, gdyby był pewny? Ale i cóżby był zrobił?
Starał się zasięgnąć o niej wiadomości. Dowiedział się, że zaślubiła swego sąsiada, zacnego i porządnego człowieka, który wzruszony jej niedolą, nietylko że jej przebaczył błąd popełniony, ale jeszcze przyjął za swoje, dziecię... jego, Franciszka Tessier dziecię.
Co niedziela wracał do parku Monceau, co niedziela ją widywał i co niedziela ogarniała go szalona, niepowstrzymana ochota chwycenia swego syna w ramiona, uściskania go, ucałowania, porwania, ukradzenia.
Cierpiał bardzo, skazany na życie starokawalerskie, samotne, bez cieplejszego uczucia; teraz zaś cierpiał strasznie, owładnięty miłością ojcowską, na którą się składały: wyrzuty sumienia, zazdrość, zawiść i potrzeba ukochania tych drobnych istot, będących ciałem naszego ciała i kością, naszej kości.
Wkońcu odważył się na krok zuchwały. Gdy jednego dnia wchodziła do parku, stanął przed nią blady, jak śmierć, i ustami trzęsącemi się, jak w febrze, wyrzekł:
— Czy mnie pani nie poznaje?
Podniosła oczy, popatrzyła na niego, wydała okrzyk przerażenia i odrazy, a chwyciwszy dzieci za ręce, uciekła, ciągnąc je za sobą.
Wrócił do domu, aby się wypłakać.
Znów mijały miesiące, a on jej nie widział, ale cierpiał dzień i noc, gryziony i trawiony ojcowską miłością.
Dla jednego uścisku swego syna byłby chętnie poniósł śmierć, popełnił zbrodnię, najcięższe wykonał roboty, stawił czoło największym niebezpieczeństwom, na najzuchwalsze odważył się przedsięwzięcia.
Napisał do niej, nie otrzymał jednak odoowiedzi. Po wysłaniu napróżno dwudziestu listów zrozumiał, że nie może się łudzić nadzieją przebłagania jej. Wtedy zrobił rozpaczliwe postanowienie, przygotowany nawet na kulę rewolwerową, jeśli tego będzie potrzeba. Napisał do jej męża te kilka wyrazów:
Nazwisko moje zapewne pana przejmuje wstrętem. Ale jestem tak nieszczęśliwy, tak bardzo cierpię, że w panu jedynie całą nadzieję pokładam.
Proszę pana tylko o dziesięć minut rozmowy.
Mam zaszczyt i t. d.“
Nazajutrz odebrał odpowiedź:
Czekam pana we środę o godzinie piątej.
Wchodząc na schody, Franciszek Tessier zatrzymywał się na każdym stopniu, tak mocno mu biło serce, Czuł w piersi gwałtowne, głuche uderzenia, oddychał z wysiłkiem i musiał się trzymać poręczy, żeby nie spaść.
Na trzeciem piętrze zadzwonił. Służąca otworzyła drzwi.
Czy tutaj mieszka pan Flamel? — zapytał.
— Tutaj, proszę wejść.
Wszedł do mieszczańskiego saloniku. Był sam; stał nieprzytomny prawie, jakby w, oczekiwaniu nadzwyczajnego nieszczęścia, Drzwi się otworzyły; ukazał się mężczyzna w czarnym surducie, wysoki, poważny, cokolwiek otyły i wskazał ręką krzesło.
Franciszek Tessier usiadł i głosem przerywanym począł:
— Panie... panie... nie wiem, czy pan wiesz, kto ja jestem, czy pan wiesz...
Pan Flamel przerwał:
— To zbyteczne, panie, wiem, Moja żona wspominała mi o panu.
Powiedział to z mieszczańską powagą i godnością uczciwego człowieka, który chce się okazać surowym. Franciszek Tessier mówił dalej:
— Otóż, panie, przyszedłem tu, bo umieram ze smutku, z wyrzutów sumienia, ze wstydu i chciałbym raz, raz tylko jeden uściskać... dziecko.
Pan Flamel wstał, podszedł do kominka i zadzwonił. Weszła służąca.
— Zawołaj Ludwisia — rzekł.
Po wyjściu służącej czekali w milczeniu, nie mając sobie nic do powiedzenia.
Po chwili wbiegł do saloniku dziesięcioletni chłopczyna i w podskokach zbliżał się do tego, którego uważał za swego ojca, ale spostrzegłszy nieznajomego, zatrzymał się zmieszany.
Pan Flamel pocałował go w czoło, potem rzekł:
— Teraz, kochanie, uściskaj tego pana.
Dziecko grzecznie, z wdziękiem, szło ku nieznajomemu, patrząc nań ciekawie.
Franciszek Tessier wstał, a wpatrując się w swego syna, upuścił kapelusz i o mało sam nie upadł.
Pan Flamel przez delikatność odwrócił się, udając, że wygląda oknem na ulicę.
Chłopczyna zdziwiony czekał. Podniósł kapelusz i oddał go nieznajomemu. Wtedy Franciszek, chwytając malca w objęcia, zaczął go gorączkowo okrywać pocałunkami po twarzy, oczach, policzkach, ustach, włosach.
Dzieciak, przestraszony takim gradem pocałunków, starał się ich uniknąć, odwracając główkę i odpychając rączynami natarczywe usta tego człowieka.
Ale Franciszek Tessier nagle postawił go na podłodze i zawołał:
— Bądź zdrów! bądź zdrów.
I uciekł jak złodziej.
Od piętnastu lat nie odwiedziłem ani razu Wirlonji. Przyjechałem tam jesienią na polowanie do przyjaciela mego Serwala, który kazał nareszcie odbudować swój zamek, zniszczony przez prusaków.
Lubiłem ten kraj niewymownie. Są na ziemi zakątki prześliczne, które mają dla oka powab iście zmysłowy. Kochamy je miłością fizyczną. My, których nęci ziemia, zachowujemy wspomnienia czułe o pewnych zdrojach, gajach, pewnych strumieniach lub pagórkach, któreśmy często widzieli i które nas przejmowały rozrzewnieniem jak wydarzenia szczęśliwe. Często powracamy myślą do kącika lasu, skraju wybrzeża lub ogrodu, okrytego kwiatami, widzianego raz jeden w wesołej chwili i zachowanego w sercu, jak obrazy kobiet, o któreśmy się otarli na ulicy w piękny dzień wiosenny, gdy w stroju jasnym 1 przejrzystym, przesunęły się obok nas, pozostawiając w zmysłach i duszy pragnienie niezaspokojone, niezapomniane, uczucie szczęścia.
W Wirlonji lubiłem całą wieś, umajoną małemi gajami, poprzerzynaną rzeczkami, które płynęły po gruncie, niby arterje, roznoszące krew po ziemi. Łowiło się tam raki, pstrągi i węgorze! Boskie, szczęście! Miejscami można się było kąpać, niekiedy spotykać słomki, ukryte w wysokich trawach, wyrosłych nad brzegiem tych wąskich strumyków.
Szedłem lekki jak jeleń, patrząc jak moje dwa psy harcowały przede mną. Serwal o sto kroków na prawo ode mnie deptał niwę lucerny. Mijając krzaki, które tworzą granicę lasu, ujrzałem chałupę w gruzach.
W tej chwili przypomniałem ją sobie taką, jaką widziałem po raz ostatni w r. 1869 czystą, osłoniętą winnemi latoroślami, z kurami wokół domu. Czy może być coś smutniejszego, nad szkielet martwego domu, zniszczony, złowrogi?
Przypomniałem sobie także, że w domu tym jakaś dobra kobieta koiła moje zmęczenie szklanką wina i że Serwal opowiedział mi wówczas dzieje jego mieszkańców. Ojciec, stary kłusownik, został zabity przez żandarmów. Syn, którego niegdyś widziałem, wysoki, chudy chłopak, uchodził również za okrutnego trzebiciela zwierzyny. Zwano ich Dzikimi.
Byłoż to nazwisko czy przezwisko?
Huknąłem na Serwala. Zbliżył się swoim długim, czaplowatym krokiem.
Zapytałem go.
— Co się stało z tymi ludźmi?
Opowiedział mi historję następującą:
Kiedy wybuchła wojna, syn Dzikich, mający wówczas lat trzydzieści trzy, zaciągnął się do wojska, pozostawiając matkę samą. Nie żałowano zbytnio starej, gdyż wiedziano dobrze, że ma pieniądze.
Została tedy sama w tym domu odosobnionym, daleko od wsi, na skraju lasu. Nie znała ona zresztą strachu, należąc do tej samej rasy, co mąż i syn. Tęga stara baba, wysoka i chuda, nie skora do śmiechu, ni do żartów. Zresztą kobiety wiejskie nie śmieją się wcale. To należy do mężczyzn.
Mają one duszę smutną i ograniczoną, wiodąc żywot ponury i bez promieni. Wieśniak nabiera nieco hałaśliwej wesołości w karczmie, ale towarzyszka jego pozostaje poważną, o fizjonomji niezmiennie surowej. Mięśnie jej twarzy na znają wcale skurczów śmiechu, Matka Dzika prowadziła dalej zwykły swój żywot w chałupie, którą niebawem pokryły śniegi.
Raz na tydzień szła na wieś po chleb i mięso, poczem wracała do swojej szopy. Ponieważ mówiono o pojawieniu się wilków, więc wychodząc brała z sobą starą zardzewiałą strzelbę syna i zarzucała ją na plecy. Ciekawie wyglądała ta wielka kobieta, nieco zgarbiona, sunąca szerokiemi krokami po śniegu. Z za czarnego czepca, wiążącego jej ukryte blond włosy, wystawała lufa strzelby.
Pewnego dnia przybyli prusacy, Rozkwaterowano ich u mieszkańców, stosownie do majątku i środków każdego. Starej, którą uważano za bogatą, dostało się w udziale czterech.
Byli to tędzy chłopcy o jasnej cerze, jasnych brodach i niebieskich oczach: wszyscy zachowywali się dobrodusznie, pomimo że byli w kraju podbitym.
Mieszkając u starej kobiety, okazywali jej niezmiernie wiele uprzejmości, oszczędzając jej o ile się dało wydatków i trudu. Można było widzieć, jak rano w ostry dzień zimowy, stojąc w śniegu, myli się przy studni, oblewając pełnemi strumieniami swoje różowe białe ciało ludzi północy, gdy gospodyni przyrządzała im zupę. Następnie widziano ich, jak sprzątali kuchnię, szorowali podłogę, rąbali drzewo, obierali kartofle, prali bieliznę i wykonywali wszystkie czynności domowe, niby czterej dobrzy synowie około swojej matki. Ale ona myślała ustawicznie o swoim wysokim chuderlaku z zakrzywionym nosem, piwnemi oczami i gęstym, szczeciniastym wąsem, Pytała codziennie każdego z żołnierzy:
— Nie wiecie, gdzie stoi 23 pułk piechoty francuskiej? Mój syn tam się znajduje.
Odpowiadali:
— Nie, nie wiemy.
A rozumiejąc jej troskę i niepokój, wyświadczali jej tysiąc drobnych usług. Ona zresztą lubiła bardzo swoich czterech nieprzyjaciół, gdyż wieśniacy nie znają wcale nienawiści patrjotycznych; to należy tylko do klas wyższych.
Maluczcy, ci co płacą najwięcej, ponieważ są biedni i których obarcza się każdym nowym podatkiem, ci których się zabija masami, którzy są prawdziwym żerem dla kul, ponieważ są ogromem liczebnym, ci wreszcie, których najsrożej ścigają okrutne niedole wojny, ponieważ są najsłabsi i najmniej oporni, nie rozumieją wcale tej zaciekłości wojowniczej, tego pobudliwego punktu honoru i tych rzekomych kombinacyj politycznych, które w przeciągu sześciu miesięcy wyczerpują dwa narody: zwycięski i zwyciężony.
W okolicy, mówiąc o Niemcach, wieśniaczki powiadały ;
— Oto ci czterej znaleźli sobie legowisko!
Pewnego poranku, kiedy starucha siedziała sama w mieszkaniu, ujrzała na drodze zbliżającego się ku jej chałupie człowieka. Niebawem poznała, że był to szeregowiec, roznoszący listy. Przyniósł jej jakiś zwinięty papier. Wyjęła z futerału okulary, któremi się posługiwała przy szyciu, i zaczęła czytać.
„Łaskawa Pani, Muszę ci donieść smutną nowinę. Syn Pani, Wiktor, zginął wczoraj od kartacza, który go przeciął na dwoje. Byłem tuż obok, gdyż służyliśmy w jednym szeregu. Prosił mnie, ażebym panią zawiadomił, na wypadek nieszczęścia.
Wziąłem do kieszeni jego zegarek, ażeby pani odnieść po ukończeniu wojny.
List był datowany z przed trzech tygodni. Stara nie płakała. Była jakby rażona gromem, tak zmartwiała, że nawet jeszcze cierpieć nie mogła. Mamrotała do siebie: to Wiktora zabiło? Powoli jednak łzy napłynęły do oczów i serce ogarnęła boleść. Do głowy przychodziły jej straszne, męczące myśli. Nie ucałuje go już nigdy, tego swojego chłopaka, swoje dziecko, nigdy już! Żandarmi zabili jej męża, prusacy zabili jej syna. Kartacz przeciął go na dwoje. Zdawało się jej, że widzi to straszne zjawisko: głowę spadającą, oczy rozwarte i usta jego gryzące końce grubych wąsów, jak to czynił w chwilach gniewu.
Cóż stało się później z jego trupem? Gdyby przynajmniej oddano jej dziecko tak, jak niegdyś oddano jej męża z kulą w środku czoła!
Wtem dały się słyszeć głosy ludzkie. Prusacy wracali ze wsi. Stara schowała szybko list do kieszeni i, otarłszy łzy, powitała ich spokojnie, ze zwykłą miną. Wracali uśmiechnięci, w pysznych humorach, gdyż przynieśli ładnego królika, skradzionego zapewne, i dawali starej znaki, że będą jedli coś dobrego.
Zabrała się też zaraz do roboty, by przyrządzić śniadanie, ale do zarżnięcia królika brakło jej odwagi. Wszakże nie był to pierwszy! Jeden z żołnierzy zabił go uderzeniem pięści.
Kiedy króliki był już zabity, odarła go ze skóry, ale widok krwi, której dotykała i która pokrywała jej ręce, krwi ciepłej, która w palcach jej stygła i krzepła, wstrząsnął ją dreszczem od stóp do głowy. Widziała wciąż swojego syna, rozciętego na dwoje, całego czerwonego, jak to zwierzę jeszcze dyszące.
Siadła z prusakami do stołu, ale nie mogła jeść, ani jednego kęsa przełknąć nie zdołała. Oni pochłaniali królika, nie zważając na nią. Stara spoglądała na nich zboku, nie mówiąc słowa.
W głowie jej dojrzewała jakaś myśl, ale twarz miała tak obojętną, że oni nic nie zauważyli.
Wtem ozwała się:
— Patrzcie, nie wiem nawet, jak się nazywacie, a już miesiąc mieszkamy razem.
Nie bez trudu zrozumieli, o co jej chodzi, i wymienili swe nazwiska.
To jej nie wystarczało; kazała je sobie napisać z adresem rodziców każdego z żołnierzy i, włożywszy okulary na swój duży nos, oglądała to pismo obce, poczem zwinęła kartkę i włożyła do kieszeni obok listu, który oznajmił jej śmierć syna.
Po jedzeniu rzekła do nich:
— Idę teraz przyrządzić wam posłanie.
I jęła znosić siano do stodoły, gdzie sypiali. Dziwili się temu zajęciu, ale ona wytłumaczyła, że nie będzie im w nocy tak zimno. Sami więc jej pomagali. Naznosili snopów aż pod dach słomiany i w ten sposób utworzyli sobie rodzaj dużego pokoju, ciepłego i wonnego, w którym będzie się im spać cudownie.
Przy obiedzie jeden z nich zaniepokoił się, widząc, że gospodyni ich nic nie je. Utrzymywała, że ma kurcze żołądka. Potem napaliła mocno W piecu, żeby się ogrzać. Niemcy weszli na górę do swojego pokoju, posługując się drabinką, jak każdego wieczora.
Zaledwie zamknęli drzwiczki, stara usunęła drabinkę, otworzyła cichaczem drzwi, wychodzące na podwórze i poszła po snopy słomy, któremi zapchała swoją kuchnię. Szła bosa po śniegu, tak cicho, że nie było wcale słychać jej kroków. Od czasu do czasu przysłuchiwała się głośnemu i niejednostajnemu chrapaniu czterech śpiących żołnierzy.
Uważając przygotowania za dostateczne, rzuciła jeden ze snopów do ogniska, a kiedy zapalił się, rozsypała płonącą słomę po innych snopach, poczem wyszła i patrzyła.
Straszna jasność oświetliła w kilka sekund całe wnętrze chałupy; był to niby olbrzymi stos płonący, którego blask bił z wąskich okien, rzucając na śnieg błyszczące smugi światła.
Nagle ze szczytu chałupy dał się słyszeć krzyk okropny, potem jęki ludzkie, wołające, rozdzierające, pełne przerażania i trwogi, Drzwiczki runęły do wnętrza, fala ognia wpadła do spichrza, objęła dach słomiany i strzeliła w niebo, jak płomień olbrzymiej pochodni. Cała chałupa zgorzała.
Nie było nic słychać prócz syku ognia, trzaskania ścian i walenia się belek. Nagle dach runął i płonący kadłub domu rozsiał w zadymionem powietrzu całą rakietę iskier.
Biała od śniegów wieś, oświetlona ogniem, błyszczała jak obrus srebrny, pokryty czerwoną gazą, Zdała ozwały się dzwony.
Stara Dzika stała przed swojem zniszczonym domostwem, uzbrojona w strzelbę syna, z obawy, ażeby który z ludzi nie umknął.
Widząc, że już wszystko skończone, rzuciła strzelbę w płomienie. Rozległ się wystrzał.
Nadchodzili ludzie, wieśniacy, prusacy.
Zastali kobietę siedzącą na pniu drzewa, spokojną i zadowoloną. Oficer niemiecki, który mówił po francusku, jak rodowity francuz, spytał:
— Gdzie żołnierze pani?
Wyciągnęła swoją chudą rękę, i wskazując czerwone zgliszcza gasnącego pożaru, odpowiedziała silnym głosem:
— Tam!
Ciśniono się koło niej. Prusak zapytał:
— Jak powstał ogień?
Odrzekła:
— Ja go podłożyłam.
Nie wierzono jej. Myślano, że ruina majątku pozbawiła ją nagle zmysłów. Wówczas widząc, że ją otacza tłum ludzi, opowiedziała całą rzecz od początku do końca, od nadejścia listu do ostatniego krzyku spalonych wraz z chałupą ludzi.
Wszystkie uczucia, które nią miotały, i wszystko, co zrobiła, opowiedziała z największą dokładnością, nie pomijając żadnego szczegółu.
Skończywszy, wyjęła z kieszeni dwie kartki papieru, i ażeby rozróżnić je przy ostatnich błyskach ognia, poprawiła jeszcze swoje okulary i rzekła: To, to jest śmierć Wiktora. — Wyjąwszy drugą dodała, wskazując głową na czerwone gruzy: — To są ich nazwiska, abyśmy napisali do ich rodzin. — Podała spokojnie białą kartkę oficerowi, który trzymał ją za ramiona.
— Napisz im pan, jak się to stało i powiedz rodzicom, że to ja zrobiłam, ja Wiktorja Simon Dzika! Nie zapomnij pan.
Oficer wydał rozkaz po niemiecku. Schwycono ją i rzucono o ciepłe jeszcze ściany jej mieszkania. Potem dwunastu ludzi uszykowało się twarzą do niej, na dwadzieścia metrów odległości. Stała nieporuszona. Zrozumiała i czekała.
Rozległ się rozkaz, a po nim natychmiast przeciągły wystrzał. Jeden strzał spóźniony nastąpił po innych.
Stara nie padła. Schyliła się, jakby jej podcięto nogi.
Oficer pruski zbliżył się. Była prawie przecięta na dwoje, a w skurczonej ręce trzymała list skrwawiony.
Przyjaciel mój Serwal dodał:
— To przez zemstę Niemcy zniszczyli zamek1, który do mnie należał. — Ja zaś myślałem o matkach czterech, dobrych chłopców, którzy tam spłonęli, i o heroizmie tej drugiej matki, rozstrzelanej pod murem.
I podnosiłem czerwony kamień jeszcze zczerniały od ognia.
Było to po bardzo wesołym, męskim obiedzie. Jeden z pośród zebranych towarzyszy, mój dawny przyjaciel, rzekł do mnie:
— Czy chcesz się przejść ku Polom Elizejskim?
I poszliśmy, idąc zwolna popod drzewami, zaledwie okrytemi liściem. Oprócz przytłumionych a nieustannych odgłosów, dochodzących z wielkiego miasta, panowała cisza zupełna. Chłodny powiew wiatru muskał nas po twarzy, a miljony rozsianych gwiazd migotały na ciemnem sklepieniu niebios.
— Nie wiem dlaczego — ozwał się mój towarzysz — tutaj w nocy oddycham nierównie lżej, niż gdzie indziej. Zdaje mi się, że moja myśl rozszerza się i nabiera polotu. Chwilami jakaś błyskawiczna jasność przenika mój umysł i przez jedno mgnienie oka wydaje mi się, iż mógłbym odkryć cudowną tajemnicę porządku rzeczy. Po chwili okienko się zamyka i na tem koniec.
Tak rozmawiając, widzieliśmy od czasu do czasu przesuwające się wzdłuż alei dwa cienie, a mijając jedną ławkę, dostrzegliśmy dwoje ludzi, siedzących tak blisko siebie, że ich postacie połączone, tworzyły jakby jedną wielką czarną plamę.
Mój towarzysz, patrząc na nich, rzekł:
— Biedni ludzie! Budzą we mnie nie niesmak, ale bezmierną litość. Z pomiędzy wszystkich tajemnic życia ludzkiego, jedną zdołałem przeniknąć: największe udręczenia nasze pochodzą stąd, że jesteśmy wszyscy sami, i wszystkie nasze usiłowania, wszystkie nasze czyny zmierzają jedynie ku temu, ażeby uniknąć owej samotności. Tamci naprzykład, zakochani, siedząc na ławce, na świeżem powietrzu, usiłują, jak my, jak wszyscy na świecie, wyrwać się choćby przez chwilę osamotnieniu; niemniej wszakże, podobnie jak my, są i pozostaną sami. Cała różnica polega na tem, że jedni odczuwają to mniej, a drudzy więcej.
Od pewnego czasu, to jest od chwili, kiedy zrozumiałem i odkryłem straszną samotność, na jaką jestem skazany, znoszę męki piekielne, bo wiem, że jej niczem, ale to niczem, czy słyszysz, niczem usunąć nie można! Cokolwiekbyśmy przedsięwzięli, cokolwiekbyśmy czynili, jakiekolwiek byłyby porywy naszych serc, upojenia płomiennych pocałunków naszych ust, uściski naszych objęć, jesteśmy i pozostaniemy zawsze samotni!
Wyciągnąłem cię dziś wieczorem na ten spacer, ażebym nie wracał sam, bo strasznie mi teraz cięży samotność mego mieszkania. I nacóż się to przydało? Mówię do ciebie, ty mnie słuchasz, jesteśmy tuż przy sobie, a jednak każdy z nas jest sam. Czy mnie rozumiesz?
Szczęśliwi ubodzy duchem, powiada Pismo. Mają przynajmniej złudzenie szczęścia. Oni jedni nie czują naszej opłakanej samotności, nie błądzą tak, jak ja, poprzez życie, bez innego zetknięcia z drugimi, prócz starcia się łokci, bez jakiejkolwiek innej radości, prócz smutnego zadowolenia, że rozumiem, widzę, odgaduję i nieskończenie cierpię przez świadomość wiecznej naszej samotności.
Wydaję ci się cokolwiek szalonym, nieprawdaż?
Posłuchaj mię. Od chwili, kiedy uświadomiłem sobie osamotnienie całej mojej istoty, zdaje mi się, że zapadam w jakieś ciemne podziemie, którego nie widzę brzegów, nie znam końca, a które może, może nie ma kresu! Zanurzam się w nie, nie mając nikogo z sobą, nikogo wokoło siebie, nikogo z żywych istot, idących tą samą ponurą drogą. Owo podziemie — to życie. Czasami słyszę hałas, głosy, krzyki... zbliżam się ku nim poomacku. Ale nie wiem nigdy naprawdę, skąd one pochodzą; nie spotykam nigdy nikogo, nigdy drugiej ręki, wśród otaczających mię ciemności, Czy mię rozumiesz?
Niektórzy ludzie odgadywali czasem to straszne cierpienie.
Musset wołał:
„Nikit!“ — zegar się odzywa.
Ale u niego było to tylko chwilowem zwiątpieniem, a nie taką jak u mnie zabójczą pewnością. Był poetą; wypełniał życie wizjami, marzeniami, nie był więc nigdy zupełnie sam. Ja jestem sam!
Gustaw Flaubert, jeden z najnieszczęśliwszych tego świata, bo jeden z najjaśniejszych umysłów, czyż nie napisał do swej przyjaciółki rozpaczliwych słów: „Wszyscy żyjemy, jak na pustyni. Nikt nie rozumie drugiego“.
Nie, nikt nie rozumie drugiego, cokolwiekby się o tem myślało, mówiło, robiło. Czy ziemia wie, co się dzieje wśród tych gwiazd, jak ziarnka ognisk, rzuconych w przestrzeń tak daleko, że dostrzegamy zaledwie blask niektórych, gdy niezliczone szeregi innych giną w nieskończoności, będąc może tak blisko siebie, że tworzą całość, jak atomy, co łącząc się, tworzą ciało?
Otóż tak samo człowiek, nie wie, co się dzieje w innym człowieku. My jesteśmy bardziej oddaleni od siebie, niż te gwiazdy, a przedewszystkiem bardziej odosobnieni, bo myśl jest niezgłębiona.
Czy znasz coś straszniejszego nad to ciągłe obcowanie z istotami, których nie możesz przeniknąć! Kochamy się wzajem, jakbyśmy byli przykuci tuż przy sobie, z wyciągniętemi ramionami, a nie mogli się zbliżyć. Pragnienie połączenia się dręczy nas, lecz wszystkie nasze usiłowania są bezowocne, nasze uczucia bezużyteczne, nasze zwierzania bezskuteczne, nasze uściski bezsilne, nasze pieszczoty płonne. Pragnąc się zlać w jedność, zaledwie się wzajem potrącamy.
Nigdy nie czuję tak bardzo swej samotnosci, jak w chwili, gdy otwieram serce przyjacielowi, bo wtedy najlepiej rozumiem nieprzebytą zaporę, jaka nas rozdziela. Ten człowiek stoi przede mną, ale co się dzieje poza temi oczami, w jego duszy, tego ja me wiem. Słucha mię, ale co myśli? Tak, co myśli. Czy ty rozumiesz to udręczenie? Może mnie nienawidzi? Może mną gardzi, lub może drwi ze mnie? Analizuje to, co mówię, sądzi mię, wyśmiewa, potępia, uważa za miernotę lub głupca. Jakżeż mogę wiedzieć, co myśli? Jak wiedzieć, czy mnie kocha, tak jak ja jego? Jak wiedzieć, co się tam, dzieje w tej małej okrągłej głowie? Jakąż, tajemnicą jest myśl w żywej istocie, myśl ukryta i wolna, której nie możemy ani zbadać, ani nią kierować, ani ujarzmić, ani zwyciężyć!
Tak samo ja, chociażbym me wiem jaki, chciał się zwierzyć w zupełności, odsłonić wszystkie kryjówki swego ducha, nigdy tego nie zdołam uczynić. Zachowuję w głębi, w najgłębszej głębi tajemniczy kącik swego ja, którego nikt odkryć, ani się doń dostać nie może, bo nikt nie jest do mnie podobny, bo nikt nie rozumie nikogo.
Czy przynajmniej ty w tej chwili mnie rozumiesz? Nie, uważasz mnie za szaleńca, badasz, nawet się cokolwiek lękasz. Pytasz: siebie: „co mu się dziś stało?“ Jeśli wszakże kiedykolwiek zdołasz pochwycić i odgadnąć to subtelne, a tak dotkliwe cierpienie, jakie znoszę, przyjdź i powiedz mi tylko: Zrozumiałem cię! a może choć na sekundę uczynisz mnie szczęśliwym.
Najdotkliwiej jednak dają mi uczuć samotność kobiety. Niestety! jakże bardzo przez nie cierpiałem; one bowiem, częściej niż mężczyźni, dawały mi złudzenie, że nie jestem sam!
Kiedy miłość zaczyna się budzić w sercu, zdaje nam się, że świat cały do nas należy! A czy wiesz, dlaczego? Czy wiesz, skąd pochodzi to uczucie bezgranicznego szczęścia? Jedynie stąd, że nam się wydaje, iż nie jesteśmy sami, że nasze osamotnienie, odosobnienie znikło. Co za pomyłka!
Silniej jeszcze dręczona tą wieczną potrzebą miłości, szarpiącej nasze samotne serce, kobieta jest wielkiem kłamstwem ułudy.
Znasz te rozkoszne godziny, spędzane z istotą o długich włosach, o powabnych rysach, o spojrzeniu, doprowadzającem nas do obłędu? Co za upojenie ogarnia nasz umysł! Jakiemuż ulegamy złudzeniu!
Ona i ja, za chwilę będziemy stanowić jedność. Lecz ta chwila nigdy nie nadchodzi i po całych tygodniach oczekiwania, nadziei i zwodnej radości, nagle pewnego dnia uczuwasz się bardziej niż dotąd — samotnym!
Po każdym pocałunku, po każdym uścisku, osamotnienie się zwiększa, A jakie okropne! Czyż jeden z poetów, M, Sully Prudhomme, nie napisał:
To miłości biednej bezowocnej próby,
A później kończy się wszystko, zaledwie możemy rozpoznać kobietę, która przez chwilę była wszystkiem w naszem życiu, lecz której myśli, banalnych prawdopodobnie, nie znaliśmy nigdy!
Nawet w chwilach, kiedy się zdawało, że w tajemniczym akordzie dwóch istot, w najzupełniejszem zjednoczeniu pragnień i porywów, wniknęliśmy w głębię jej duszy, jeden często wyraz, jeden, jedyny wyraz wykazał nam naszą pomyłkę i jako błyskawica wśród nocy oświetlił dzielącą nas czarną przepaść.
A przecież najlepszym jeszcze w życiu jest wieczór, spędzony u boku ukochanej kobiety, w milczeniu; w błogiem tylko upojeniu samą jej obecnością. Więcej nie żądajmy, gdyż nigdy dwie istoty nie mogą się zjednoczyć w zupełności.
Co do mnie, zamknąłem już swą duszę. Nikomu teraz nie mówię, w co wierzę, co myślę, co kocham. Wiedząc, że jestem skazany na straszną samotność, patrzę na rzeczy, nie wyjawiając swego zdania. Cóż mnie mogą obchodzić różnorodne sądy, spory, przyjemności, przekonania! Nie mogąc się z nikim podzielić, zobojętniałem dla wszystkiego. Myśl moją pozostawiam w ukryciu, a na pytania, jakiemi mię codzień obrzucają, mam pewną ilość odpowiedzi zdawkowych i uśmiech znaczący: „tak“, gdy mi się i mówić nie chce.
Czy mnie rozumiesz?
Przebyliśmy całą długość alei, aż do Łuku Triumfalnego, następnie doszliśmy do Placu Zgody, gdyż mówił to wszystko zwolna, dodając jeszcze wiele rzeczy, których nie pamiętam.
Nagle stanął i wyciągnął rękę ku stojącemu na bruku paryskim wysokiemu obeliskowi z granitu, którego kształty egipskie zacierały się w mrokach nocy, a na powierzchni widniała nieczytelnemi znakami historja jego kraju, zawołał:
— Patrz, wszyscy podobni jesteśmy do tego kamienia.
I odszedł, nie rzekłszy więcej słowa.
Czy był pijany? Czy mówił jak mędrzec, czy też jak; szaleniec?
Nie wiem dotąd. Czasem mi się wydaje, że miał słuszność, a czasem, że zwarjował.
Umarł jako prezes trybunału, urzędnik nieposzlakowany, którego nieskazitelne życie stawiano za przykład wszystkim sądownikom. Adwokaci, mecenasi, jak również młodzi prawnicy chylili nisko głowy na znak głębokiego szacunku przed tym bladym i szczupłym mężczyzną o błyszczących i przenikliwych oczach.
Strawił życie na ściganiu występku i zbrodni, a na otaczaniu opieką słabych i pokrzywdzonych. Oszuści i mordercy nie mieli groźniejszego nadeń prześladowcy, gdyż zdawało się, że czyta najtajniejsze myśli w głębi ich duszy i jednym rzutem oka odkrywa najskrytsze zamiary.
Umarł więc w osiemdziesiątym drugim roku życia, otoczony czcią i żałowany przez całe miasto, Żołnierze w czerwonych spodniach odprowadzili jego zwłoki do grobu, a cały szereg mężów w białych krawatach wylewał nad trumną potoki słów rozpaczliwych i łez gorących, które robiły nawet wrażenie prawdy.
20 czerwca 1851 r, wychodzę z posiedzenia, Skazałem Blondela na śmierć. Dlaczego ten człowiek zabił pięcioro swoich dzieci? Dlaczego? Często spotyka się ludzi, doznających najwyższej rozkoszy w odbieraniu życia innym. Tak, tak, to musi być rozkosz, kto wie, czy nie największa, bo czyż zabijanie nie jest najpodobniejszem do tworzenia? Tworzyć i niszczyć. Te dwa wyrazy zawierają w sobie dzieje wszechświata, dzieje całej ziemi, wszystkiego co jest, tak, wszystkiego! Dlaczego zabijanie jest rzeczą tak upajającą?...
25 czerwca, Pomyśleć, że tam przede mną jest istota, która żyje, chodzi, biega... Istota? Co to jest istota? Rzecz żyjąca, mająca w sobie źródło ruchu i wolę kierującą tym ruchem! Rzecz ta nie ma związku z niczem. Nogi jej nie są przytwierdzone do ziemi. Jest to ziarnko życia, poruszające się po powierzchni i to ziarnko życia, które się nie wiedzieć skąd wzięło, można, jeżeli się chce, zniszczyć. Nastąpi rozkład, zgnilizna i na tem koniec
26 czerwca. Dlaczego zabójstwo ma być występkiem? Tak, dlaczego? Przeciwnie, jest ono prawem natury. Posłannictwem każdego stworzenia jest — zabijać. Zabija, by żyć, zabija dla samego zabijania. To już leży w jego temperamencie; trzeba zabijać! Zwierzę zabija ciągle, codziennie, w każdej chwili swego istnienia. Człowiek przedewszystkiem zabija dla wyżywienia się, dla dogodzenia zaś uczuciu przyjemności, jakie mu sprawia zabijanie, wynalazł myślistwo! Dlaczego zabija owady, ptaszki, każde zwierzątko, jakie mu wpadnie w rękę? Ale to wszystko nie wystarcza jeszcze tkwiącej w nas nieprzezwyciężonej potrzebie mordowania, Niedosyć zabijać zwierzę, potrzebujemy także zabijać człowieka. Niegdyś zaspakajano tę potrzebę ofiarami z ludzi. Dziś konieczne warunki życia społecznego uczyniły z morderstwa zbrodnię. Skazują i karzą zabójcę! Ponieważ jednak nie mogliśmy wyżyć bez zaspokojenia instynktu zadawania śmierci, przynosimy sobie od czasu do czasu ulgę wojnami, w których jeden naród wyrzyna drugi. Dopieroż to z całem rozkiełznaniem rozkoszują się wojska, a następnie upajają mieszczanie, kobiety i dzieci, czytając wieczorem, przy świetle lampy, dosadne opisy rzezi.
Zdawałoby się, że ludzie przeznaczeni na sprawców tych jatek ludzkich żyją w pogardzie społeczeństwa. Bynajmniej. Obsypują ich zaszczytami! Ubierają w złoto i jaskrawe sukna; stroją ich głowy w pióra, na piersiach przypinają ozdoby, dają im krzyże, nagrody, najrozmaitsze tytuły. Są dumni, szanowani, kochani przez kobiety, oklaskiwani przez tłum, dlatego tylko, że mają za zadanie przelewać krew ludzką! Ciągną za sobą po ulicach narzędzie śmierci, któremu przechodnie czarno ubrani przyglądają się z zazdrością. Bo zabijanie jest potężnem prawem, przez naturę narzuconem sercu żywej istoty! Niema nic piękniejszego i zaszczytniejszego nad zabijanie!
30 czerwca. Zabijanie jest prawem, bo natura lubuje się w wiecznej młodości, Zdaje się, jakby każdym swoim bezwiednym czynem wołała:
— Prędzej! prędzej! prędzej!
Im szybciej się niszczy, tem się szybciej odnawia.
2 lipca. Człowiek — co> to jest człowiek? Wszystko i nic. Myślą — jest odbiciem wszystkiego. Pamięcią i nauką — jest odłamkiem świata, którego dzieje nosi w sobie, Jako zwierciadło rzeczy i zwierciadło czynów. Każdy człowiek jest małym światem wśród wszechświata.
Ale podróżujcie; przypatrzcie się natłoczonym jedna na drugiej, kłębiącym się rasom, a człowiek wyda się wam niczem, niczem, niczem! Wsiądźcie w łódkę, odpłyńcie od brzegu zasianego tłumem, a wkrótce nie ujrzycie nic prócz wybrzeża. Człowiek znika, tak jest małym, nic nie znaczącym. Przebiegajcie Europę pociągiem pośpiesznym i wyglądajcie przez okna wagonu. Ludzie, ludzie, ludzie bez końca, niezliczeni, nieznani, rojący się na polach i ulicach; wieśniacy ograniczeni, nie mający o niczem wyobrażenia, poza przewracaniem roli pługiem; kobiety brzydkie, umiejące tylko rodzić i przyrządzać strawę dla mężczyzny. Udajcie się do Indyj, do Chin, a zobaczycie miljardy istot, które się rodzą, żyją i umierają, pozostawiwszy po sobie zaledwie tyle śladu, co mrówka zdeptana na drodze. Idźcie do kraju murzynów, gnieżdżących się w lepiankach z błota, do kraju arabów, żyjących pod płóciennemi namiotami, a zrozumiecie, że człowiek sam, oderwany, pojedyńczy jest niczem. Cóż może znaczyć jednostka jakiegoś naprzykład koczującego na pustyni plemienia? I ci ludzie, prawdziwi mędrcy, za nic sobie ważą śmierć! Człowiek nie wchodzi u nich w rachunek. Zabija się swego nieprzyjaciela — od tego jest wojna. Niegdyś robiło się tak wszędzie, od krańca do krańca każdej prowincji. Tak, przebiegnijcie świat i przypatrzcie się niezliczonej ilości ludzi nieznanych.
Nieznanych?... Ach? otóż słowo zagadki! Zabić — jest zbrodnią, bośmy ponumerowali ludzkie istoty! Gdy się rodzą, zapisujemy je, nadajemy im imiona, nazwiska. Prawo bierze je pod swą opiekę! Na tem rzecz cała polega! Człowiek nie wciągnięty na listę, nie liczy się: zabij go wśród pustyń lub gór, na stepie lub w wąwozie, a nic za to nie grozi! Natura, lubująca się w śmierci, nie wymierza za nią kary!
Co jest naprzykład świętem — to stan cywilny! On to opiekuje się ludźmi! Człowiek jest nietykalny, bo wpisany do stanu cywilnego! Chylmy czoło przed stanem cywilnym, równym Bogu. Na klęczki przed nim!
Państwo może zabić, bo ono ma prawo zaprowadzić zmiany w stanie cywilnym, Gdy każę wyrżnąć dwieście tysięcy ludzi na wojnie, wykreśla ich z listy cywilnej i rzecz skończona. Ale my, my, co nie możemy rozporządzać aktami urzędowemi, my musimy szanować życie. Stanie cywilny, wszechpotężne bóstwo, panujące w świątyniach urzędów municypalnych, składam ci hołd. Jesteś silniejszy od natury. Ach! ach!
3 lipca. Zabić — to musi być ogromna i niezwykła przyjemność. Mieć przed sobą istotę żywą, myślącą, naraz zrobić w niej mały, maleńki otwór, z którego będzie wypływało to coś, co się krwią nazywa, a co stanowi życie i po chwili widzieć już tylko masę zimną, sztywną, pozbawioną myśli!
5 sierpnia. Gdybym też ja, co sądziłem, skazywałem, zabijałem jednem wyrzuconem słowem, zabijałem z pomocą gilotyny tych, co zabijali nożem, gdybym też ja! ja! zrobił to, co robią wszyscy zabójcy, któżby się o tem dowiedział?...
10 sierpnia. Któżby mógł o tem wiedzieć? Czyżby posądzonoi mnie, mnie, tem bardziej, gdybym wybrał istotę, w której usunięciu nie miałbym żadnego widocznego celu?
15 sierpnia. Pokusa! Pokusa ogarnęła całą mą istotę i toczy ją, jak robak. Pełza po całem ciele, wciska się do mego mózgu tak, że o niczem prócz zabójstwa myśleć nie mogę, — do moich oczu, które pragną patrzeć tylko na krew, widzieć tylko śmierć, do moich uszu, gdzie bezustanku słyszę coś nieznanego mi dotąd, strasznego, rozdzierającego, rozpaczliwego, jak ostatni krzyk ludzkiej istoty; do moich nóg, któreby chciały iść naprzód, by jak najprędzej dojść na miejsce zbrodni; do moich rąk, drżących z pragnienia zabójstwa. Jakież to musi być uczucie rozkoszne, niezwykłe, godne człowieka wolnego, wyższego nad innych, umiejącego panować nad własnem sercem, goniącem za wyszukanemi wzruszeniami.
22 sierpnia. Nie mogłem już dłużej oprzeć się pokusie, Na próbę, na początek, zabiłem ptaszka. Mój służący, Jan, miał szczygła w klatce, wiszącej w oknie stołowego pokoju. Wysłałem go do miasta, a sam wyjąłem ptaka z klatki. Czułem bicie jego serca. Wszedłem do mego pokoju — ściskałem go coraz mocniej, serce biło mu coraz szybciej; było w tem coś strasznego i rozkosznego zarazem. Omal go nie zadusiłem, ale w takim razie nie byłbym widział krwi. Wziąłem więc nożyczki od paznokci i powoli przeciąłem mu trzykrotnie gardło. Otworzył dzióbek, usiłował mi się wyrwać z rąk, ale go trzymałem, och! trzymałem całą siłą; byłbym utrzymał wściekłego brytana, by tylko, krew zobaczyć. Jaki to płyn piękny, czerwony, świecący i przezroczysty! Byłbym się go chętnie napił. Umaczałem nawet koniec języka. Doskonały. Ale biedny ptaszek miał go tak mało, że nie mogłem dowoli nasycić się tym widokiem. Patrzeć naprzykład na płynącą krew z byka, jakież to musi być, wspaniałe!
Następnie zrobiłem tak, jak robią prawdziwi zabójcy. Umyłem nożyczki, umyłem ręce, wylałem wodę, a trupa zaniosłem do ogrodu, by go pogrzebać. Zakopałem go pod krzakiem poziomek. Nie znajdą do nigdy. Zjem codziennie jedną poziomkę z tego krzaka. Jak jednak można używać życia, jeśli się tylko umie używać! Mój służący płakał; jest przekonany, że ptak uciekł. Bo czyż mógł posądzić mnie? Ach! ach.
25 sierpnia. Muszę zabić człowieka. Muszę koniecznie.
30 sierpnia. Zabiłem. Jakaż to drobnostka! Poszedłem na spacer do Vernes. Idąc przez las, nie myślałem o niczem, ale to o niczem. Wtem na drodze spotykam chłopczynę, zajadającego z apetytem trzymaną w ręku kromkę chleba z masłem. Stanął, by mi się przypatrzeć, i rzekł:
— Dzień dobry, panu prezydentowi.
W tej chwili strzeliła mi myśl:
— Gdybym go też zabił!
I odpowiedziałem:
— Jesteś sam, mój chłopcze?
— Tak, panie.
— Zupełnie sam w lesie?
— Tak, panie.
Żądza zabicia go upajała mnie, jak wódka. Zbliżyłem się powoli, będąc pewnym, że zechce uciec. Chwyciłem go za gardło... ściskałem, ściskałem z całej siły! Patrzał na mnie przerażonemi oczyma! Co za oczy! Okrągłe, głębokie, przezroczyste, straszne! Nigdy jeszcze nie doznałem wzruszenia tak brutalnego... ale zarazem tak krótkotrwałego! Chwycił mnie za ręce swemi małemi rączkami, a ciało jego wiło się jak pióro na ogniu. Po chwili już nie żył.
Serce mi biło, jak serce owego ptaka! Rzuciłem ciało w rów i przykryłem trawą.
Wróciłem do domu; obiad jadłem ze smakiem. Jakaż to drobnostka! Wieczór spędziłem u prefekta. Byłem wesoły, swobodny, odmłodzony, a nawet dowcipny, jak utrzymywano.
Jestem zupełnie spokojny, ale cóż, kiedy nie widziałem krwi.
30 sierpnia. Znaleziono zwłoki, Poszukują zabójcy, Ach! ach!
1 września. Uwięziono dwóch włóczęgów, których jednak wypuszczono, dla braku dowodów.
2 września. Rodzice dziecka przyszli do mnie. Jak płakali! Ach! ach!
6 października. Nic nie odkryto. Przypuszczają, że zabił jakiś wałęsający się nicpoń. Ach! ach! Gdybym był widział krew płynącą, zdaje mi się, że teraz byłbym już zupełnie spokojny!
10 października. Znowu mnie opanowywa pragnienie zabójstwa. Zupełnie podobnego doznawałem uczucia w dwudziestym roku życia, kiedy mnie dręczyła żądza miłości.
20 października. Jeszcze jeden. Szedłem po śniadaniu brzegiem rzeki i spostrzegłem pod wierzbą śpiącego rybaka. Było właśnie południe. Jakby umyślnie tuż przy nim, na polu z ziemniakami stała zatknięta w ziemię motyka. Wziąłem ją, podniosłem jak pałkę i jednem uderzeniem rozciąłem głowę. Och! z tego to się dopiero lała krew! Różowa, i pomięszana z mózgiem! Spływała prosto do wody, a ja szedłem dalej krokiem poważnym, miarowym! Ach! ach! Jakimże mógłym być doskonałym zbrodniarzem!
25 października. Sprawa rybaka narobiła wiele hałasu. Podejrzenie pada na jego siostrzeńca, który z nim razem łowił ryby.
26 października. Sędzia śledczy utrzymuje, że ów siostrzeniec popełnił zbrodnię, całe miasto podziela to zdanie, Ach! ach!
27 października. Siostrzeniec broni się bardzo niedołężnie. Poszedł, jak utrzymuje, kupić chleba i sera na wsi. Przysięga, że zabito wuja podczas jego nieobecności. Któżby temu uwierzył?
28 października. Obwiniony tak stracił głowę, że o mało nie przyznał się do zbrodni. Ach! ach! Sprawiedliwość!
15 listopada. Znaleziono bardzo — poważne dowody przeciw obwinionemu, który miał po stryju dziedziczyć. Będę prezydentowa! na posiedzeniu.
25 stycznia. Na śmierć! na śmierć! na śmierć! Skazałem go na śmierć! Ach! ach! Jeszcze jeden. Zobaczę, jak go będą tracić!
I już po wszystkiem. Dziś rano go gilotynowali. Zachowywał się do ostatniej chwili bardzo, bardzo dobrze! Zrobiło mi to istotną przyjemność. Jaki to piękny widok, kiedy ścinają głowę ludzką! Krew wytrysnęła jak strumień! Och! gdybym był mógł, z jakąż rozkoszą, byłbym się w niej kąpał, zanurzał w niej twarz swoją, włosy i stanął cały czerwony, krwawy! Ach! gdyby wiedziano!
Teraz zaczekam, mogę czekać. Tak mało potrzeba, żeby mnie odkryto.
| . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . |
Rękopis składał się jeszcze z kilkunastu kartek, na których już nie było wzmianki o nowej zbrodni.
Psychjatrzy, którym ten rękopis pokazano, utrzymują, że na świecie jest wielu warjatów, równie zręcznych i niebezpiecznych, jak wyżej opisany potwór.
Od chwili, gdy stanął na ziemi francuskiej wraz z całą armją najeźdźców, Walter Schnaffs uważał się za najnieszczęśliwszego z ludzi. Był to tęgi dryblas, ciężki w chodzie i zawsze zziajany, cierpiący przytem na nogi, nader płaskie i nader grube. Zresztą był z usposobienia człowiekiem spokojnym i flegmatycznym, wolnym od wszelkich porywów górnych lub zawadjackich; nadto był ojcem czworga dzieci, które ubóstwiał, i mężem młodej blondynki, za której pieszczotami, pocałunkami i opieką tęsknił co1 wieczora. Lubił wstawać późno a kłaść się wcześnie, jeść powoli rozmaite smakołyki i zapijać się piwem w knajpkach. Ponadto był święcie przekonanym, że wszystko, co jest w życiu przyjemnem, kończy się z chwilą śmierci i dlatego żywił w sercu nienawiść straszną, instynktowną i wyrozumowaną zarazem dla dział, fuzyj, rewolwerów i szabel, przedewszystkiem zaś dla bagnetów, gdyż czuł się zupełnie niezdolnym do władania tą bronią w sposób dość zręczny, by zasłonić swój potężnie rozwinięty brzuch.
Gdy noc zapadała, a on obwinięty w płaszcz, kładł się na ziemi obok chrapiących towarzyszów, ugo1 rozmyślać musiał o swoich, których zostawił w domu, i o niebezpieczeństwach jakiemi najeżoną była jego droga. Jeśli go zabiją, co stanie się z jego drobiazgiem? Kto dziatwę tę wykarmi i wychowa? A i teraz położenie jego rodziny nie było świetnem, pomimo iż na wyjezdnem pozaciągał trochę długów, ażeby zostawić w domu nieco pieniędzy. Nic więc dziwnego, że Walter Schnaffs nieraz się rozpłakał, rozmyślając o tem wszystkiem.
Ilekroć wyruszano w pole z prawdopodobieństwem spotkania nieprzyjaciela, uczuwał w nogach taką niemoc, że z największą ochotą padłby na drodze!
Miesiące mijały, a on żył tak w lęku ustawicznym i niepokoju. Pułk, do którego został przydzielony, posuwał się ku Normandji. Pewnego razu Schnaffs wysłany został na zwiady z niewielkim oddziałem, który miał poprostu zbadać okolicę, a następnie cofnąć się do pułku. Wszystko wydawało się napozór spokojne i nic nie wskazywało, by francuzi przygotowywali się do oporu.
Zaledwie jednak prusacy zaczęli ostrożnie spuszczać się w maleńką dolinę, poprzerzynaną głębokiemi wyrwami, gdy nagła strzelanina zatrzymała ich w miejscu, kładąc trupem dwudziestu ludzi. Z przyległego, małego jak dłoń lasku, wypadła gromada wolnych strzelców i rzuciła się naprzód, nacierając bagnetami. W pierwszej chwili Walter Schnaffs jakby wrósł w ziemię, osłupiały i tak zmieszany, że nie myślał nawet o ucieczce. Nagle, jednak opanowała go nieposkromiona chęć drapnięcia z pola bitwy. Prędko jednak zauważył, że poruszałby się jak żółw w porównaniu z ruchliwymi francuzami, którzy nacierali ze wszech stron, skacząc jak stado kóz. Wówczas to spostrzegł na jakie sześć kroków, przed sobą szeroki rów, porosły wewnątrz krzakami, a zwierzchu pokryty chrustem; więc nie namyślając się wiele, skoczył równemi nogami tak samo, jak z mostu skacze się w rzekę. Niby strzała, przebiwszy grubą warstwę pnących się roślin i ostrych cierni, które mu kaleczyły twarz i ręce, padł całym ciężarem na łożysko kamieni.
Po chwili podniósł oczy i przez otwór, który ciałem swem wydrążył wśród gałęzi, ujrzał nad sobą niebo. Ta niebezpieczna dziura łatwo mogła go zdradzić; pełzając więc na czworakach, z zachowaniem największych ostrożności, po dnie parowu, pod dachem ze splecionych gałęzi, oddalał się jak najszybciej od pola walki. Poza tem zatrzymał się i usiadł znowu, skulony jak zając pośród zeschłych chwastów.
Przez jakiś czas słyszał jeszcze huk, krzyki i jęki. Dalej już odgłosy utarczki słabły, aż ucichły zupełnie, i wokół zapanowało milczenie i spokój.
Nagle coś przemknęło koło niego. Zerwał się przerażony. Był to ptaszek, który, usiadłszy na gałązce, poruszył zeschłe liście. Przez całą godzinę następną serce Waltera Schnaffsa uderzało silnem, przyspieszonem tętnem.
Nadeszła noc, zapełniając rów coraz gęstszym mrokiem. Żołnierz zaczął dumać. Co robić? Co się z nim stanie? Wrócić do armji? Ale jak, którędy? Jeśli to uczyni, rozpocznie się dlań znów to okropne życie, pełne strachu, grozy, trudów i cierpień, jakie wiódł od początku wojny! Nie! nie! Do tego nie miał już odwagi! Nie starczyłoby mu energji, potrzebnej do marszów i stawiania czoła coraz to nowym niebezpieczeństwom.
Co jednak pocznie? Wszak niepodobna pozostać w tym rowie i kryć się w nim aż do końca wojny. Rozumie się, że nie, gdyby nie trzeba było jeść, perspektywa taka nie odbierałaby mu otuchy; ale cóż, kiedy jeść trzeba i to codziennie.
A tymczasem był sam jeden, uzbrojony, w pruskim mundurze, zdała od tych, coby go mogli obronić. Dreszcze go przebiegały.
Nagle strzeliła mu do głowy myśl; „Gdybym tak został jeńcem!“
I serce zadrżało z żądzy, żądzy gwałtownej, z niepohamowanej chęci zostania jeńcem francuskim. Być wziętym do niewoli! Znaczyło to być zbawionym, karmionym, mieć przytułek, a przedewszystkiem być zdała od kul i szabel, i wszystkiego, co przejmuje trwogą, być w wygodnem, dobrze strzeżonem więzieniu. Jeńcem! Co za marzenie!
I bezzwłocznie powziął postanowienie:
— Pójdę i oddam się w niewolę.
Podniósł się, zdecydowany zupełnie wykonać ten zamiar bezzwłocznie, nie odkładając go ani na chwilę. Nagle wstrzymał się, zaskoczony przez niemiłe refleksje i obawy.
Bo dokądże ma pójść, oddać się w niewolę? W jaki sposób? W którą stronę? I straszne obrazy, obrazy śmierci gromadnie opadły jego duszę.
Tłukąc się samotnie po wsiach, w swym kasku śpiczastym, naraziłby się przecież na nowe okropne przejścia.
Gdyby tak spotkał chłopów? Chłopi ci, ujrzawszy zabłąkanego prusaka, bezbronnego, zabiliby go, jak psa, włóczącego się samopas! Zakłuliby go widłami, motykami, posiekali kosami i rydlami. Potłukliby go na miazgę i podrobili na gałki dla drobiu, z rozpaczliwą zajadłością zwyciężonych.
A jeśli spotka wolnych strzelców? Szaleńcy ci, nie znający ani prawa, ani karności, dla samej zabawki wzięliby go na cel. I widział się już opartym o mur, z twarzą zwróconą ku dwunastu strzelbom, których małe, czarne lufy zdawały mu się przyglądać.
A jeśli spotka całą armję francuską?
Przednie straże wzięłyby go za forpocztę pruską, za śmiałego i przebiegłego wojaka, który sam wyjechał na zwiady, i byłby straconym. I słyszał już bezładną strzelaninę żołnierzy, ukrytych w zaroślach, gdy on, widoczny dla wszystkich, stojąc na gołem polu, słaniał się, przedziurawiony kulami jak rzeszoto. I czuł już, jak kule wbijają się w jego ciało. Usiadł więc znowu, zgnębiony. Położenie jego wydało mu się bez wyjścia.
Noc już zapadła czarna i głucha. Walter siedział nieruchomy, drżąc za każdym nieznanym, choćby najlżejszym szelestem, jaki go dochodził z mroku. Zając, wysuwający się ze swej jamy, omal go nie zmusił do ucieczki. Hukanie puszczyka rozdzierało mu duszę, przejmując ją lękiem bolesnym jak rana. Wytrzeszczył oczy, próbując przebić wzrokiem ciemności; co chwila zdawało mu się, że ktoś koło niego przechodzi.
Niezliczoną ilość godzin przebył tak w mękach skazańca, nareszcie poprzez sklepienie z gałęzi dojrzał jaśniejące niebo. Uczuł niesłychaną ulgę; rozprostował członki, serce przestało się tłuc w piersi, oczy skleiły. Zasnął.
Gdy się obudził, słońce było już w połowie swej drogi na niebie; musiało być blisko południa. Żaden szmer nie zakłócał ponurej ciszy pól; Walter Schnaffs uczuł silny głód, skręcający mu wnętrzności.
Ziewnął, ślinka mu nabiegła na wspomnienie kiełbasy, owej smacznej kiełbasy żołnierskiej, a w żołądku uczuł skurcz bolesny.
Podniósł się, postąpił parę kroków, ale nogi były osłabione; więc znowu usiadł i począł rozmyślać. Spędził jeszcze ze dwie lub trzy godziny na rozważaniu wszystkich „za“ i „przeciw“, zmieniając co chwila postanowienie, zgnębiony, nieszczęśliwy, szarpany przez najsprzeczniejsze pomysły.
Jedną myśl uznał wreszcie za rozsądną i praktyczną: oto wypatrzeć na drodze jakiegoś samotnego wieśniaka, idącego bez broni i bez niebezpiecznych narzędzi do pracy, wybiec mu naprzeciw i oddać się w jego ręce, dając dokładnie do zrozumienia, że to prośba o wzięcie do niewoli.. Wtedy zdjął swój kask, którego śpiczasty kształt mógłby go zdradzić, i wysunął głowę ponad brzegi swej nory, zachowując przy tem niezmierną przezorność.
Ani żywej duszy na całym widnokręgu. Tam zaś na lewo, gdzie się kończyła wysadzona drzewami aleja, stał duży zamek o sterczących wieżyczkach.
W ten sposób doczekał wieczora, cierpiąc niewypowiedziane katusze, nie widząc nic prócz przelatujących wysoko kruków, nie słysząc nic prócz tłumionych skarg własnych wnętrzności.
I znów noc zapadła nad jego głową.
Wyciągnął się w głębi swego schronienia i usnął snem gorączkowym, pełnym męczących widziadeł, snem człowieka wygłodzonego.
I znowu jutrzenka zajaśniała nad jego głową, a Walter powrócił do swoich obserwacyj. Ale ulica była pusta jak i wczoraj; i nowa trwoga zakradła się do umysłu Waltera Schnaffsa, obawa śmierci głodowej. Widział się na dnie swej nory, leżącym nawznak z oczyma zamkniętemi, martwemi. Zwierzęta i małe żyjątka ziemne wszelkiego gatunku podchodzą do jego trupa i zaczynają go jeść, napadając nań ze wszystkich stron odrazu, wślizgując się pod odzież, by kąsać zimne ciało. A wielki kruk ostrym dziobem wykłuwa mu oczy.
To znowu wpadał w szał, wyobrażając sobie, że omdleje z osłabienia i nie będzie mógł się stąd ruszyć. I już, już gotów był rzucić się ku wiosce, zdecydowany na wszystko, zdolny wszystkiemu stawić opór, gdy wtem ujrzał trzech chłopów, idących przez pole z widłami na ramieniu, i znowu ukrył się w swym rowie.
Gdy jednak wieczór mrokiem swym otulił równinę, Walter wylazł pomału z rowu i puścił się zgięty we dwoje, bojaźliwy, z bijącem sercem ku niezbyt odległemu zamkowi, gdyż wołał dotrzeć tam, niż do sioła, które go przejmowało zgrozą, niby ostęp pełen tygrysów.
W oknach dolnych było jasno. Jedno z nich było otwarte, i silna woń pieczonego mięsa wydobywała się nazewnątrz, łaskotając gwałtownie nozdrza i wdzierając się aż do jamy brzusznej Waltera Schnaffsa, wywołując skurcz, przyśpieszając oddech, nęcąc nieprzezwyciężenie i wlewając odwagę rozpaczliwą.
I nagle, nie zastanowiwszy się, z kaskiem na głowie stanął w oknie.
Ośmioro służby obiadowało, siedząc dokoła wielkiego stołu. Nagle jedna z dziewcząt roztworzyła usta, szklankę z rąk wypuściła i oczy stanęły jej słupem. Wszystkie spojrzenia poszły za jej wzrokiem! Spostrzeżono nieprzyjaciela!
Boże wielki! Prusacy atakują zamek!...
Był to najpierw krzyk, jeden jedyny krzyk złożony z krzyków ośmiu, każdy w innej tonacji, krzyk okropnego przestrachu; poczem wszyscy podnieśli się z miejsc w zamieszaniu, wszczął się rwetes, tłok i bezładna ucieczka ku drzwiom w głębi. Krzesła padały, mężczyźni przewracali kobiety i przechodzili po nich. W dwie sekundy pokój opróżnił się zupełnie, a przed Walterem Schnaffsem, oszołomionym, wciąż stojącym w swojem oknie, widniał tylko stół, zastawiony wszelakiem jadłem.
Po kilku minutach wahania wgramolił się na parapet i rzucił się ku talerzom. Z głodu straszliwego drżał jak w febrze; ale jedna jeszcze obawa powstrzymywała go i paraliżowała. Słucha. Cały dom zdawał się drżeć; trzaskano drzwiami, szybkie kroki rozlegały się nad głową. Zaniepokojony prusak uchem wytężonem chwytał odgłosy tej pomieszanej wrzawy; później rozpoznawał głuche uderzenia jakby ciał spadających na miękką ziemię tuż pod murem, ciał ludzkich, zeskakujących z pierwszego piętra.
Poczem wszelki ruch i krzątanina ucichły, a wielki zamek zaległo milczenie grobowe.
Walter Schnaffs usiadł przed jednym z talerzy, który stał nietknięty i zabrał się do jedzenia. Jadł wielkiemi kęsami, jakgdyby się obawiał, że mu lada chwila przerwą i nie pozwolą pochłonąć dostatecznej ilości. Oburącz rzucał kawały w swoją gębę otwartą, jak w otchłań. Całe zapasy żywności ogromnymi kawałami szły do jego żołądka, rozdymając po drodze gardziel. Niekiedy przerywał sobie, dławiąc się omal. Wówczas brał dzban z jabłecznikiem i przepłukiwał swój kanał pokarmowy, jak się przepycha zatkaną rurę.
W ten sposób opróżnił wszystkie talerze, wszystkie półmiski i wszystkie butelki. Obżarłszy się i opiwszy dosyta, do zbydlęcenia, czerwony, wstrząsany czkawką, z umysłem zamglonym i napęczniałą gębą, rozpiął mundur, ażeby odsapnąć swobodniej, niezdolny zresztą do poruszenia się z miejsca. Powieki zaczęły się zwierać, myśli — plątać, czoło ociężałe położył na rękach, skrzyżowanych na stole i w słodkiem upojeniu stracił świadomość rzeczy i zdarzeń.
∗
∗ ∗ |
Po gęstwinie snuły się jakieś cienie, liczne a nieme; niekiedy w promieniu światła księżycowego połyskiwało ostrze stalowe. Cichy zamek czernił się wielką sylwetką. Dwa tylko okna na parterze były oświetlone.
Wtem jakiś grzmiący głos zawył:
— Naprzód! Chłopcy, do szturmu!
I w okamgnieniu drzwi, okiennice i okna runęły pod falą ludzi, która, piętrząc się, łamiąc i roztrzaskując wszystko, wdarła się do domu. W jednej chwili pięćdziesięciu żołnierzy, uzbrojonych aż doi głowy, wskoczyło do kuchni, gdzie spoczywał bez żadnych wrogich zamiarów Walter Schnaffs, i przyłożywszy mu do piersi pięćdziesiąt nabitych fuzyj, powaliło na ziemię i skrępowało od stóp do głowy.
On zaś, zanadto ogłupiony, by móc zrozumieć, co się dokoła dzieje, okładany kolbami i błędny ze strachu, sapał ogłuszony.
Nagle jakiś gruby wojak w mundurze, ze złotem lamowaniem postawił swą nogę na jego brzuchu, wołając:
— Jesteś moim jeńcem, poddaj się!
Prusak zrozumiał tylko to jedno słowo „jeniec“ i wystękał:
— Ja, ja, ja! — Podniesiono go, przymocowano do krzesła, a zwycięzcy, sapiąc jak wieloryby, poczęli go badać z żywą ciekawością. Kilku też, zmęczonych wzruszeniem i trudem, usiadło.
On zaś uśmiechał się swą tłustą gębą, uśmiechał się ze szczęścia, że został nareszcie jeńcem.
Wszedł inny oficer i zameldował:
— Panie pułkowniku, nieprzyjaciel cofnął się z pola walki, Zdaje się, że musi być wielu ranionych. Jesteśmy panami placu.
Gruby wojak, który ocierał pot z czoła, zagrzmiał:
— Zwycięstwo!
Poczem wyciągnął z kieszeni mały notatnik i zapisał w nim; „Po zaciekłej walce prusacy zmuszeni zostali do ucieczki, unosząc zabitych i ranionych, których liczą do pięćdziesięciu. Wielu też zostało w naszych rękach”.
Młody oficer zapytał:
— Jakież rozkazy otrzymam, panie pułkowniku?
Pułkownik odrzekł:
— Cofniemy się, ażeby uniknąć najścia sił przeważających i artylerji.
I dał rozkaz do odejścia.
Kolumna uszykowała się w mroku pod murami zamku i pomaszerowała, otoczywszy ze wszech stron Waltera Schnaffsa, związanego, trzymanego przez dziesięciu wojowników, z rewolwerami w ręce.
Posłano rekonesanse dla zbadania drogi. Posuwano się z całą ostrożnością, zatrzymując się od czasu do czasu.
O świcie oddział przybył do podprefektury w La Roche-Oysel, której gwardja narodowa dokonała tego bohaterskiego czynu.
Ludność miejscowa, zaniepokojona i podniecona, pałała niecierpliwością. Gdy ujrzano kask jeńca, rozległy się straszliwe krzyki. Kobiety podnosiły pięści, stare płakały, jakiś dziad cisnął swoją kulę w prusaka i zranił w nos jednego z konwoju.
Pułkownik ryknął:
— Czuwać nad całością więźnia!
Wreszcie dotarli do ratusza, Otworzono więzienie i Waltera Schnaffsa, uwolnionego z więzów, wtrącono do kaźni.
Dwieście ludzi uzbrojonych trzymało straż dokoła budynku.
Wówczas, pomimo wszystkich objawów niestrawności, coraz silniej dającej mu się we znaki, prusak, nieprzytomny z radości, zaczął tańczyć, tańczyć nazabój, potrząsając rękami i nogami, wydając okrzyki frenetyczne, aż zziajany padł pod ścianę.
Dostał się do niewoli! Był ocalony!
Oto w jaki sposób zamek Champigny został odebrany nieprzyjacielowi, po sześciogodzinnem zaledwie oblężeniu.
Pułkownik Ratier, kupiec sukna, który spełnił to dzieło na czele gwardji narodowej z La Roche-Oysel, otrzymał order za swą waleczność.
Przez kilka dni z rzędu gromady rozpraszających się wojsk przebiegały miasto. Nie były to już oddziały żołnierzy, lecz zdezorganizowane bandy. Ludzie o długich, brudnych brodach, w poniszczonych mundurach, bez sztandaru, bez regimentu, włóczyli się samopas we wszystkich kierunkach. Wszyscy wyglądali wyczerpani, zmęczeni, niezdolni do> powzięcia jakiejkolwiek myśli lub postanowienia; maszerując jedynie z przyzwyczajenia, padali z wyczerpania, skoro tylko przystanęli. Zwłaszcza landwerzyści, ludzie usposobieni pokojowo, spokojni rentjerzy, padali niemal pod ciężarem broni; małe zuchy, równie szybko poddający się trwodze, jak gorącym zapałom, w okamgnieniu gotowi do ataku i do ucieczki; a pośród nich kilku uniformowanych żołnierzy — resztki któregoś oddziału, rozbitego w walnej jakiejś bitwie. Ciemno ubrani kawalerzyści figurowali również w tej mieszaninie, a tu i owdzie wyłaniał się hełm błyszczący dragona, z trudem zdążającego za szybszymi w marszu piechurami.
Za nimi kolejno ciągnęły legjony wolnych strzelców, zwane heroicznie: „Mściciele klęski“, „Obywatele grobu“, „Towarzysze śmierci“. Wyglądali jak bandyci.
Przywódcy ich, ongi fabrykanci sukna lub handlarze zboża, łoju lub mydła, powołani pod broń przez przypadek, a tytuł oficerski zawdzięczający złotu lub długości swych wąsów, okryci bronią i galonami, grzmiącym głosem dyskutowali o kampanii, przeświadczeni, że oni jedynie na swych barkach fanfaronów podtrzymują jeszcze umierającą Francję. Niemniej uczuwali często strach przed własnymi żołnierzami, ludźmi prostymi, a odważnymi do szaleństwa, którzy jednak nie cofali się przed mordem i grabieżą.
Powiadano, że prusacy wkroczą do Rouen.
Gwardja narodowa, która od dwóch miesięcy bardzo gorliwie czuwała w sąsiednich lasach, postrzeliwując od czasu do czasu własne straże i gotując się do walki na szelest zajączka wśród zarośli, wróciła do swych ognisk domowych. Broń, mundury, wszystkie narzędzia mordercze, któremi gwardziści do niedawna jeszcze szerzyli strach na wszystkich drogach trzy mile wokoło, nagle zniknęły z horyzontu.
Ostatni żołnierze francuscy przeprawiali się właśnie przez Sekwanę, by przez Saint-Sever i Bourg-Achard dostać się do Point-Audemer, Za nimi pieszo, w otoczeniu dwóch oficerów dyżurnych, szedł zrozpaczony jenerał, nie mogąc podjąć niczego z tymi szczątkami regimentu, sam zdruzgotany tą olbrzymią klęską narodu, przyzwyczajonego do zwycięstw, a fatalnie teraz pobitego, mimo przysłowiowej odwagi i męstwa.
Później cisza głęboka, trwożne, milczące wyczekiwanie zaległo całe miasto, Wielka liczba obywateli, zniewieściałych pokojowym trybem życia przemysłowego, z lękiem czekała wkroczenia zwycięzców, drżąc, by ich rożnów lub wielkich noży kuchennych nie wzięto przypadkiem za broń.
Całe życie zdawało się sparaliżowane, wstrzymane w biegu; sklepy były zamknięte, ulica milcząca. Od czasu do czasu, któryś z mieszkańców strwożony tą ciszą, szybko przemykał się wzdłuż murów.
Trwoga wyczekiwania kazała pragnąć przybycia nieprzyjaciela.
Nazajutrz po wymarszu wojsk francuskich, w godzinach popołudniowych, kilku ułanów, przybyłych niewiadomo skąd, kroczyło po mieście. Niecoś później czarna masa poczęła schodzić od św, Katarzyny, a równocześnie dwie inne skłębione fale ukazały się na drogach z Daretal i Boisguillaume, Przednie straże trzech oddziałów połączyły się w tejże samej chwili na placu koło ratusza, a wszystkiemi sąsiedniemi ulicami napływała armja niemiecka, rozwijając swe bataljony, których ciężkie i rytmiczne kroki dzwoniły po bruku.
Rozkazy, wydawane głosem nieznanym i chrapliwym, biegły wzdłuż domów, które czyniły wrażenie wymarłych i opuszczonych; z poza zamkniętych okiennic, niezliczone spojrzenia śledziły tych zwycięzców, będących „prawem wojny” panami miasta, mienia i życia ludzkiego. Ludność, w swych przyćmionych mieszkaniach, uległa ogłupieniu, towarzyszącemu zwykle kataklizmom, wielkim męczeńskim przewrotom w świecie, wobec których wszelka mądrość i siła są bezużyteczne. To samo bowiem zjawisko pojawia się za każdym razem, ilekroć zostaje obalony istniejący porządek rzeczy i bezpieczeństwo publiczne, a wszystkie czynniki, strzegące praw ludzi i natury, zdane są na łaskę i niełaskę brutalności bezwiednej i dzikiej. Trzęsienie ziemi, miażdżące całą ludność pod gruzami domów; rzeka rozszalała wylewem, pędząca na swych falach tonących wieśniaków wraz z potopionem bydłem i belkami zerwanych dachów; armja zwycięska, mordująca tych, co się bronią, a innych uprowadzająca doi niewoli, łupiąca w imię szabli i chwaląca Boga przy huku armat wszystkie te plagi straszliwe zakłócają wiarę w istnienie wyższej sprawiedliwości, rozwiewając ufność w opatrzność nieba i rozum człowieczy, jaką w nas wpajano od dzieciństwa.
Przed każdą bramą domu małe grupy żołnierzy przystawały, pukały, poczem znikały we wnętrzach domostw. Dokonywało się zajęcie miasta po inwazji. Teraz zwyciężeni mieli obowiązek świadczenia grzeczności zwycięzcom.
Po pewnym czasie, gdy minęło pierwsze przerażenie, nowy stopniowo nastawał spokój. U wielu rodzin oficer pruski zasiadał do wspólnego stołu. Niekiedy był nawet dobrze wychowanym i przez grzeczność wyrażał swe współczucie Francji, zapewniając, że z najwyższą niechęcią bierze udział w tej wojnie. Okazywano mu wdzięczność za to uczucie, tem więcej, że dziś czy jutro opieka jego mogła być potrzebną. Zresztą, świadcząc mu grzeczność, dostaną może mniej żołnierzy na kwaterę. Przytem poco drażnić człowieka, od którego są w zupełności zależni? Postępowanie takie byłoby raczej zuchwałością niż odwagą. A zuchwałość nie jest już wadą obywateli Rouen, jak to bywało za czasów bohaterskiej obrony, kiedy miasto ich okryło się taką sławą, wreszcie uspakajano się wnioskiem ostatecznym, dyktowanym przez francuską uprzejmość, że wolno przecież być grzecznym wśród ścian swego domostwa, o ile tylko publicznie powstrzymywać się będą od zażyłości z żołnierzami cudzoziemskimi. Publicznie wcale ich nie znano, lecz w domu prowadzono chętnie pogawędki, a Niemiec co wieczora pozostawał dłużej, by się wygrzewać przy wspólnem ognisku.
Miasto stopniowo odzyskiwało swój wygląd zwyczajny. Francuzi wcale jeszcze nie wychodzili ze swych domostw, natomiast mrowiło się w ulicach od żołnierzy pruskich. Zresztą oficerzy błękitnej huzarji, z arogancją wlokący po bruku swe wielkie narzędzie śmierci, nie zdawali się dla zwykłych obywateli żywić większej wzgardy, niźli oficerzy od strzelców, którzy rok przedtem w tych samych wysiadywali, kawiarniach.
A jednak było w powietrzu coś dziwnie nieokreślonego i nieuchwytnego, jakaś atmosfera obca a nieznośna, niby woń wnikliwa, rozpościerająca się wokół: obecność wroga. Napełniała ona domy i place publiczne, zmieniała smak żywności, wywołując u mieszkańców wrażenie, że znajdują się gdzieś w podróży, bardzo daleko, wśród szczepów barbarzyńskich a groźnych.
Zwycięzcy żądali pieniędzy, dużo pieniędzy. Mieszkańcy płacili ciągle, będąc zresztą bogatymi. Jednakowoż kupiec normandzki im bogatszy, tem boleśniej odczuwa każdą ofiarę, każdy uszczerbek mienia, przechodzącego w ręce drugich.
Zaś o dwie lub trzy mile od miasta, idąc za biegiem rzeki, w okolicy Croisset, Dieppedalle lub Biessart, żeglarze i rybacy często wydobywali z wody jakiegoś trupa niemieckiego, w mundurze, zakłutego nożem lub uśmierconego, z głową zmiażdżoną kamieniem, lub też gwałtem wrzuconego do wody z wysokości mostu. Głębie wody pochłaniały te zemsty tajemnicze, dzikie, a uprawnione, bohaterstwa, nieznane, ataki nieme, niebezpieczniejsze od walk w jasny dzień i pozbawione rozgłosu sławy.
Bo nienawiść do wroga zawsze uzbroi kilku nieustraszeńców, gotowych umrzeć dla idei.
Gdy wreszcie najeźdźcy, poza narzuceniem miastu niezłomnej swej dyscypliny, nie dopuszczali się prócz, tego żadnych potworności, jakie mieli podobno popełniać w ciągu długiego pochodu triumfalnego, zawojowane miasto nabierało powoli odwagi, a potrzeba handlu ponownie rozniecała serca przemysłowców. Wielu z nich miało ogromne przedsiębiorstwa w Hawrze, zajętym przez armję francuską; zamierzali więc podjąć próbę przedostania się do tego portu, udając się lądem do Dieppe, skąd mogliby ruszyć dalej statkiem.
Użyli oczywiście wpływu oficerów niemieckich, z którymi się zaznajomili, a jenerał główno-dowodzący podpisał pozwolenie na wyjazd z miasta.
Wynajęto więc wielki dyliżans czterokonny, a gdy dziesięć osób zamówiło miejsce u woźnicy, podróżni postanowili ruszyć w drogę we wtorek o świcie, by zapobiec wszelkiemu zbiegowisku..
Od pewnego już czasu mróz ściął powierzchnię ziemi, a w poniedziałek około godziny trzeciej, wielkie czarne chmury, nadciągnąwszy od północy, przyniosły śnieg, który bezustannie prószył przez cały wieczór i całą noc.
O pół do piątej z rana podróżni zgromadzili się w podwórzu l’Hôtel de Normandie, gdzie mieli wsiąść do wynajętej bryki.
Byli jeszcze zaspani i drżeli z zimna pod swemi okryciami. Nie można się było widzieć dokładnie w mroku, a ciężkie ubrania zimowe nadawały wszystkim wygląd opasłych księży w długich sutannach. Dwóch mężczyzn poznało się jednak, trzeci również się zbliżył i nawiązała się rozmowa.
— Wywożę żonę — rzekł jeden. — Ja tak samo. A ja również.
Pierwszy dodał:
— Nie wrócimy już do Rouen, a jeśli prusacy zbliżą się do Hawru, to umkniemy do Anglji.
Wszyscy mieli ten sam plan, będąc też podobni z wyglądu...
Tymczasem nie przyprzęgano koni. Mała latarenka, w ręku chłopca stajennego, od czasu do czasu zamigotała w ciemnych drzwiach, by natychmiast zniknąć w drugich. Tupot kopyt końskich, tłumiony warstwą nawozu, głos człowieka, przemawiającego do koni, to znów przeklinającego, dolatywały z głębi budynku. Lekki szmer dzwonków oznajmił, że zakładano uprząż; szmer ten zmienił się niebawem w brzęk wyraźny i trwały, regulowany ruchem zwierząt, niekiedy ustając, to znów wywołany silniejszem wstrząśnieniem, któremu towarzyszył głuchy odgłos podkutego kopyta, uderzającego o ziemię.
Nagle drzwi się zamknęły. Ustał wszelki hałas. Przemarznięci obywatele zamilkli; stali nieruchomi i sztywni.
Nieprzerwana zasłona białych płatków lśniła ustawicznie, spływając ku ziemi; zacierała ona wszystkie kształty, osypując je mchem lodowym, a w wielkiem milczeniu miasta cichego i pogrążonego pod osłoną zimy, nie słychać było nic, prócz tego nieokreślonego drżenia, nieujętego i falującego, wywołanego prószeniem śniegu, drżenia będącego raczej wyrażeniem szelestu, niż szelestem, zlewaniem się atomów leciuchnych, które zdawały się wypełniać przestrzeń, pokrywać świat cały.
Znów się ukazał człowiek z latarką, prowadząc za uzdeczkę konia smutnego, który wcale nie szedł chętnie. Ustawił zwierzę przy dyszlu, przymocował popręgi, długo manipulując koło założenia uprzęży, posługując się jedną tylko ręką, gdyż w drugiej trzymał latarnię. Idąc po drugiego konia, zobaczył wszystkich podróżnych, stojących nieruchomo, i rzekł:
— Czemu nie wsiadacie państwo do powozu? Bylibyście przynajmniej osłonięci.
Widocznie nie przyszło im to na myśl, bo teraz co spieszniej poszli za radą furmana. Trzech mężczyzn usadowiło swe żony w głębi budy, poczem umieścili się sami; następnie inne figury zasłonięte, o kształtach niewyraźnych, zajęły kolejno ostatnie miejsca, nie zamieniając słowa.
Podłoga wozu wysłana była słomą, w którą powsuwano nogi. Niewiasty w głębi, zabrawszy z sobą małe mosiężne fajerki z chemicznym węglem, zapaliły je zaraz, wyliczając głosem przyciszonym korzyści tych przyrządów i powtarzając sobie wzajem rzeczy, znane oddawna.
Nareszcie przyprzężono sześć koni zamiast czterech, z powodu ciężkiej drogi, a głos z zewnątrz budy zapytał:
— Czy wszyscy wsiedli?
Głos z wnętrza odpowiedział: — Tak.
Ruszono z miejsca.
Powóz posuwał się powoli, powoli, krok za krokiem. Koła zagłębiały się w śniegu; całe pudło dyliżansu skrzypiało, wydając głuchawe trzaski; zwierzęta ślizgały się, parskały i buchały parą, a ogromny bat furmana strzelał bezustannie, wirował we wszystkich kierunkach, zwijając się i rozplatając, niby cienki wąż, by od czasu do czasu spaść na krągły tułów którego z koni, który w tejże chwili prężył się do szybszego biegu.
Powoli zaczynało jednak dnieć. Lekkie płateczki, które jeden z podróżnych, Rueńczyk czystej krwi, porównał do bawełnianego deszczu, przestały prószyć. Mętne światło sączyło się poprzez grube chmury, ciężkie i ciemne, potęgując jeszcze olśniewającą białość krajobrazu, z którego wyłaniał się tu i owdzie szereg wielkich drzew, okrytych szronem, lub też chałupa w śnieżnym kapiszonie.
Podróżni w powozie z ciekawością przyglądali się wzajem w smutnej jasności tej zorzy porannej.
Całkiem w głębi na najlepszych miejscach drzemali, siedząc naprzeciw siebie, państwo Loiseau, właściciele wielkiego składu win z ulicy Grand-Pont.
Dawniej subjekt bankrutującej firmy, Loiseau odkupił od swego zrujnowanego szefa przedsiębiorstwo i zrobił na niem majątek. Po cenach bardzo niskich sprzedawał drobnym frycom prowincjonalnym wina bardzo liche, uchodząc wśród znajomych swych i przyjaciół za szczwanego lisa, prawdziwego Normandczyka, pełnego podstępu i jowialności.
Jego sława chytrego wygi była tak ustalona, że gdy pewnego wieczora w prefekturze, pan Tournel, twórca bajek i piosenek, umysł zjadliwy i dowcipny, lokalna sława miasta, zaproponował paniom, które wydały mu się nieco znudzone, partję „Loiseau vole“, dowcip ten obleciał w jednej chwili salony prefekta, następnie całe miasto, przez cały miesiąc wywołując śmiech we wszystkich zakątkach prowincji.
Loiseau był prócz tego sławnym ze swych fars natury wszelakiej, z żartów dobrych i kiepskich; nikt też nie mógł o nim mówić, by nie dorzucić bezpośrednio:
— Nieoceniony jest ten Loiseau.
Był drobnego wzrostu, a nad brzuchem wzdętym, niby balon, widniała czerwona twarz w okoleniu siwiejących bokobrodów.
Żona jego, wysoka, silna, rezolutna, o wysokim głosie i szybkiej decyzji, uosabiała porządek i rachunkowość domu handlowego, który mąż ożywiał swą żywą ruchliwością.
Obok tych dwojga zajął miejsce, godniej się prezentujący, bo należący do klasy wyższej, pan Carré-Lamadon, osobistość ważna, handlarz wełny, właściciel trzech przędzalń, oficer Legji honorowej i członek Rady generalnej. Przez cały okres cesarstwa był przywódcą opozycji łagodnej, jedynie w tym celu, by sobie kazać lepiej płacić za swe zbliżenie się do sprawy, którą zwalczał środkami przyzwoitemi, jak sam zwykł mawiać. Pani Carré-Lamadon, znacznie młodsza od męża, była pociechą oficerów z dobrych rodzin, przebywających w garnizonie w Rouen.
Siedziała ona naprzeciw męża, malutka, szczuplutka, ładniutka, cała zatulona we futra i łzawem okiem rozglądała się po opłakanem wnętrzu bryki.
Sąsiedzi jej, hrabiostwo Hubertowie de Bréville, nosili jedno z najstarożytniejszych i najszlachetniejszych nazwisk Normandji. Hrabia, starszy szlachcic o bardzo arystokratycznym wyglądzie, usiłował za pomocą sztuczek toaletowych podkreślać swe podobieństwo z królem Henrykiem IV, który, jak głosiła zaszczytna dla familji legenda, pozostawał kiedyś w bardzo bliskim stosunku z jedną damą z rodu Bréville, za co małżonek jej został hrabią i gubernatorem prowincji.
Kolega pana Carré-Lamadon w Radzie generalnej, hrabia Hubert reprezentował w departamencie partję orleanistów. Historja jego małżeństwa z córką drobnego armatora z Nantes pozostała na zawsze tajemnicą. Że jednak hrabina miała wygląd szlachetny, czyniła niezrównanie honory domu, a nawet miała kiedyś być kochaną przez jednego z synów Ludwika Filipa, więc cała szlachta oddawała jej hołdy, a salon jej pozostał pierwszym w kraju, jedynym, gdzie zachowała się stara galanterja i do którego wstęp był utrudniony.
Majątek Bréville‘ów, cały w nieruchomościach, dawał, jak mówiono, pięćkroć sto tysięcy franków renty.
Te sześć osób zajmowały wnętrze powozu; przedstawiciele klasy społecznej przyzwoitej, silnej, ludzie uczciwi, na stanowiskach, wyznający religję i zasady.
Dziwnym przypadkiem wszystkie kobiety umieściły się na tej samej ławie, a hrabina miała jeszcze za sąsiadki dwie Siostry Miłosierdzia, które przesuwając różańce, mamrotały Ojczenasz i Zdrowaśki. Jedna z nich była stara i tak oszpecona ospą, jak gdyby cały ładunek śrutu ugodził ją prosto w twarz. Druga, bardzo źle wyglądająca, miała głowę piękną, chorowitą, a suchotniczą jej pierś paliła ta wiara namiętna, stwarzająca męczenników i jasnowidzących.
Naprzeciw dwóch zakonnic siedzieli mężczyzna i kobieta, zwracający na siebie oczy wszystkich współtowarzyszy podróży.
Mężczyzna, znany ogólnie, demokrata Cordunet, był postrachem wszystkich szanujących się ludzi. Od lat dwudziestu obnosił swą ryżą brodę po wszystkich szynkach i kawiarniach demokratycznych. Z braćmi i przyjaciółmi przejadł dość piękną fortunę, odziedziczoną po ojcu, dawnym cukierniku, i niecierpliwie oczekiwał teraz republiki, by nareszcie otrzymać miejsce dobrze zasłużone spożyciem tylu rewolucyjnych zakąsków. Czwartego września, padłszy zapewne ofiarą żartu, sądził, że został wybrany prefektem, lecz gdy chciał objąć urzędowanie, pachołcy biura, którzy jedyni pozostali na swem stanowisku, nie chcieli go uznać, co zmusiło go do cofnięcia się. Poza tem dobry chłop, nieobraźliwy i usłużny, z zapałem niezrównanym zajmował się teraz zorganizowaniem obrony. Kazał kopać doły w całej okolicy Rouen, wyciąć wszystkie drzewka w lasach sąsiednich, nastawiać pułapki po wszystkich drogach, by za bliżeniem się nieprzyjaciela, zadowolony z tych przygotowań, co szybciej cofnąć się do miasta. Teraz sądził, że będzie użyteczniejszym w Hawrze, gdzie podobne przygotowania wydawały mu się koniecznością.
Siedząca obok niego kobieta, jedna z tak zwanego półświatka, była znaną ze swej tuszy przedwczesnej, która zjednała jej przydomek Kulki łojowej. Mała, krągła ze wszystkich stron, tłusta, jakby utuczona, o palcach pulchnych, z dołeczkami przy wszystkich zgięciach, wyglądających jak buncik krótkich kiełbasek; skórę miała świecącą i jędrną, a pierś ogromną, falującą pod suknią. Mimo to była ponętna i pociągająca swą zdrową, bujną świeżością. Twarz niby czerwone jabłko, pączek piwonji, mający się rozwinąć, a wspaniałe oczy czarne, osłonione były długiemi, gęstemi rzęsami, które rzucały cień na pulchne policzki. Śliczne usta, drobne, wilgotne, jakby do pocałunków stworzone, ozdobione maleńkiemi, błyszczącemi ząbkami, dopełniały całości.
Prócz tego przypisywano jej mnóstwo zalet niezrównanych.
Zaledwie ją poznano, wszczęły się wśród uczciwych kobiet szepty, a słowa „prostytutka“ i „publiczna hańba“ szeptano tak głośno, że Kulka łojowa podniosła głowę. Powiodła po swych sąsiadach, spojrzeniem tak wyzywającem i dumnem, że w jednej chwili zapanowało głębokie milczenie, i wszyscy spuścili oczy, z wyjątkiem Loiseau, który ukradkiem śledził ją swemi chytremi oczkami.
Wkrótce jednak, trzy kobiety, które obecność tej dziewczyny nagle uczyniła przyjaciółkami niemal serdecznemi, znów poczęły rozmawiać. Zdawało im się, że w obecności tej sprzedającej się dziewczyny są zobowiązane zawiązać niejako związek godności kobiecej, jako że miłość legalna zawsze spogląda z góry na swą wolną siostrzycę.
Także trzej mężczyźni na widok Corduneta zbliżyli się do siebie instynktem konserwatystów i z pewnem lekceważeniem dla hołyszów poczęli mówić o sprawach pieniężnych. Hrabia Hubert wyliczał szkody, wyrządzone mu przez prusaków straty, spowodowane grabieżą bydła i żniw zmarnowanych, zapewniając przytem z gestem wielkiego pana o dziesięciomiljonowej fortunie, że spustoszenia te dadzą się odczuwać zaledwie przez jeden rok, Pan CarreŁamadon, posiadający ogromne doświadczenie w przemyśle bawełnianym, postarał się o ulokowanie sześciukroć tysięcy franków w Anglji, sumka, na wszelki przypadek nie do pogardzenia. Zaś Loiseau urządził się w ten sposób, że intendanturze francuskiej zdołał sprzedać wszystkie wina, jakie mu pozostały w piwnicach, wobec czego rząd był mu dłużnym pokaźną sumę, którą spodziewał się podjąć w Hawrze.
Wśród tej rozmowy wszyscy trzej rzucali sobie wzajem spojrzenia szybkie i przyjazne. Mimo różnicy warunków, czuli się braćmi, zjednoczonymi węzłem pieniężnym, członkami wielkiego wolno-mularskiego bractwa posiadaczy, którzy dzwonią złotem, wsuwając rękę do kieszeni spodni.
Powóz posuwał się tak powoli, że do godziny dziesiątej z rana przebyto zaledwie cztery mile. Mężczyźni trzykrotnie schodzili, by iść pod górę. Zaczęto się niepokoić, gdyż śniadanie mieli spożyć w Tôtes, a tu z rozpaczą sobie uświadomili, że niepodobna będzie dojechać tam przed nocą. Wszyscy wyglądali z budy, chcąc dostrzec po drodze jakąś karczmę, gdy nagle dyliżans wpadł w zaspę śnieżną i dopiero po dwóch godzinach udało się go wydobyć.
Apetyt się potęgował, zasępiając umysły, a tu żadnej garkuchni, żadnej winiarni do drodze, gdyż zbliżanie się prusaków i zgłodniałych wojsk francuskich wypłoszyło wszystkich właścicieli jadłodajni.
Mężczyźni rozbiegli się po żywność do przydrożnych zagród wiejskich, lecz nie znaleźli nawet chleba, gdyż nieufny wieśniak ukrył wszystkie zapasy, z obawy przed grabieżą żołnierzy, którzy, nie mając co włożyć do ust, brali przemocą, cokolwiek im wpadło pod rękę.
Około pierwszej po południu Loiseau oświadczył, że stanowczo czuje w swym żołądku dziurę ogromną. Wszyscy cierpieli tak samo od dłuższego już czasu, lecz gwałtowna potrzeba jedzenia, potęgując się z każdą chwilą, uciszyła rozmowy.
Od czasu do czasu ktoś ziewnął; niemal równocześnie znajdował naśladowcę kolejno, i każdy z nich, stosownie do swego charakteru, wychowania i pozycji społecznej, otwierał usta hałaśliwie lub skromnie, co szybciej zasłaniając ręką ziejący otwór, z którego wychodziła para.
Kulka łojowa kilka razy się pochyliła, jakby szukając czegoś pod spódnicami. Wahała się chwilę, spojrzała na swych sąsiadów, poczem spokojnie znów się wyprostowała. Twarze wszystkich były blade i skurczone boleśnie, Loiseau zapewniał, że zapłaciłby tysiąc franków za szynkę. Żona jego uczyniła gest, jakby chciała zaprotestować, lecz zaraz się uspokoiła. Sam zamiar marnotrawienia pieniędzy sprawiał jej ból dotkliwy i na tym punkcie nie uznawała nawet żartów.
— Faktem jest, że nie czuję się dobrze — rzekł hrabia — jakże mogłem nie pomyśleć o zabraniu zapasów?
Każdy czynił sobie w cichości ten sam wyrzut.
Cordunet miał jednakowoż manierkę pełną rumu. Zaofiarował ją, lecz spotkała go chłodna odmowa. Tylko Loiseau przyjął parę kropel, a oddając manierkę podziękował:
— Dobre to jednak, rozgrzewa i przytłumia głód.
Alkohol wprawił go w dobry humor; zaproponował towarzyszom podróży, by uczynili, jak w owej piosence o statku, gdzie spożyto najtłuściejszego towarzysza. Ta bezpośrednia aluzja do Kulki łojowej oburzyła ludzi dobrze wychowanych. Nie odpowiedziano; jeden tylko Cordunet się uśmiechnął. Siostry Miłosierdzia przestały mamrotać różaniec i wsunąwszy ręce w obszerne swe rękawy, siedziały nieruchome, z oczyma uporczywie spuszczonemi, zapewne dziękując niebu za cierpienie, które na nie zesłało.
Nareszcie o godzinie trzeciej po południu, gdy dyliżans znalazł się wśród nieskończonej płaszczyzny, skąd nie widać było żadnej ludzkiej osady. Kulka łojowa, schyliwszy się szybko, wydobyła z pod ławeczki duży kosz, nakryty białą serwetą.
Wyjęła z niego przedewszystkiem talerzyk fajansowy, mały srebrny kubek, następnie dużą wazę, w której całe dwa kurczaki, rozkrojone na porcje, spoczywały w zastygłym sosie. Z kosza wyglądały jeszcze inne dobre rzeczy, pasztety, owoce, łakocie, jednem słowem zapasy, przygotowane na trzydniową podróż, by nie tknąć niczego z przydrożnych garkuchni. Cztery długie szyje flaszek wyglądały z pośród pakietów żywności. Kulka łojowa wydobyła skrzydełko kurczęcia i delikatnie poczęła je zajadać z bułeczką, zwaną w Normandji „Regence“.
Wszystkie spojrzenia skierowały się ku niej. W miarę, jak rozpościerała się woń jadła, łechcąc nozdrza, do ust napływała ślinka, a bolesny skurcz zaciskał szczęki. Równocześnie pogarda dam dla tej dziewczyny dosięgła najwyższego1 punktu, przechodząc niemal w chęć zamordowania jej i zrzucenia z bryki w śnieg, wraz z kubkiem, koszykiem i zapasami.
Loiseau jednak pożerał oczyma wazę z kurczakami.
— Dalibóg, pani była przezorniejsza od nas. Są ludzie, którzy o wszystkiem pamiętają.
Zwróciła ku niemu głowę:
— Jeśli pan sobie życzy, to proszę. Nieprzyjemnie tak pościć od rana.
Skłonił się:
— Istotnie, szczerze mówiąc, nie mogę odmówić. Niepodobna już dłużej wytrzymać, Na wojnie, jak na wojnie, czyż nie?
I powiódłszy wokół spojrzeniem, dodał:
— W chwilach jak ta, człowiek jest zadowolony, że spotyka kogoś, mogącego mu wyświadczyć grzeczność.
Rozłożył dziennik, by nie poplamić spodni, i końcem noża, stale ulokowanego w kieszeni, wydobył z wazy udo kurczęcia, okryte szkliwem zastygłego sosu, poczem zaczął żuć z zadowoleniem tak widocznem, że z piersi towarzyszy podróży wyrwało się jedno głębokie westchnienie męki.
Kulka łojowa jednak głosem łagodnym i pokornym zaproponowała Siostrom Miłosierdzia, by skorzystały z jej zapasów. Natychmiast zgodziły się obydwie, i nie podnosząc oczu, poczęły jeść bardzo szybko, wybąkawszy podziękowania, Cordunet również nie odmówił zaproszeniu sąsiadki i wraz z zakonnicami utworzono rodzaj stolika, rozłożywszy na kolanach dzienniki.
Usta otwierały się i zamykały bezustannie, pochłaniając, żując, połykając łakomie. Loiseau w swym kącie pracował zawzięcie, cichym głosem namawiając żonę, by go naśladowała. Długo się opierała, lecz po bolesnym skurczu, szarpiącym jej wnętrzności, uległa. Wówczas małżonek, zaokrąglając rozpoczęty frazes, zwrócił się do „czarującej towarzyszki“, czy nie zechce odstąpić kawałeczka kurczęcia jego żonie.
— Ależ, naturalnie! — odparła z przyjemnym uśmiechem Kulka łojowa, podsuwając wazę.
Po otworzeniu pierwszej butelki Bordeaux, nastała chwila przykrego zaambarasowania, gdyż jeden był tylko kubek. Podawano go sobie kolejką, wycierając troskliwie przed każdorazowem napełnieniem. Tylko Cordunet, zapewne przez rycerskość, przyłożył usta do mokrego brzeżka, którego dopiero co dotknęły usta sąsiadki.
W otoczeniu tych ludzi jedzących, drażnieni wonią potraw, hrabiostwo de Bréville, jak również państwo Carré-Lamadon znosili tę mękę straszliwą, która zachowała nazwę męki Tantala. Nagle młoda żona przemysłowca wydała westchnienie, zwracając na siebie wszystkie spojrzenia. Kobieta była biała jak śnieg przydrożny; oczy miała przymknięte, głowę pochyloną; zemdlała. Mąż zrozpaczony błagał o pomoc. Wszyscy jednak utracili przytomność umysłu, z wyjątkiem starszej zakonnicy, która podtrzymując głowę zemdlonej, wcisnęła jej do ust kubek Kulki łojowej i wsączyła parę kropli wina. Piękna kobietka poruszyła się, rozwarła oczy i uśmiechając się, omdlewającym głosem oświadczyła, że jej już lepiej. Zakonnica jednak z obawy, by powtórnie nie zemdlała, zmusiła ją do, wypicia pełnego kieliszka wina, mówiąc:
— To z głodu, nic innego.
Wówczas Kulka łojowa zarumieniona i zmieszana, zwróciła się do czworga poszczących jeszcze towarzyszy podróży, mamrocząc:
— Mój Boże, gdybym śmiała państwu zaofiarować...
Umilkła, strwożona, czy nie powiedziała za wiele. Lecz Loiseau zabrał głos:
— Dalibóg, w podobnych wypadkach jesteśmy wszyscy braćmi i powinniśmy się wzajem wspomagać. Moje panie, nie róbcież teraz u licha ceremonij! Zgódźcie się! Alboż wiemy, czy wogóle znajdziemy dziś jakiś nocleg? Jeśli pojedziemy w tem tempie, co dotychczas, to ujrzymy Tôtes najwcześniej jutro w południe.
Wahano się, Nikt nie śmiał wziąć na siebie odpowiedzialności przyzwolenia.
Rozstrzygnął nareszcie hrabia. Zwracając się do grubej dziewczyny, ciągle jeszcze zmieszanej, wielkopańskim swym tonem oświadczył:
— Pani, przyjmujemy z wdzięcznością.
Tylko pierwszy krok był tak trudny do zrobienia. Raz jednak przekroczywszy Rubikon, z zapałem zabrano się do roboty. Kosz opróżnił się szybko. Był w nim jeszcze pasztet wątrobiany, małe paszteciki, kawał wędzonego ozora, gruszki z Cressane, miodownik z Pont l’Evèque, deser i słoik kiszonych korniszonów z cebulką i octem, gdyż Kulka łojowa, jak wszystkie kobiety, lubiła ostre przyprawy.
Niepodobna było zjadać zapasów tej dziewczyny, nie mówiąc z nią. Zaczęto więc rozmowę, początkowo z wielką rezerwą, lecz1 widząc, że zachowuje się bardzo poprawnie, ożywiano się powoli. Hrabina i pani Carré-Lamadon, posiadając wiele taktu towarzyskiego, zachowywały się wobec niej z uprzejmym wdziękiem. Zwłaszcza hrabina miała ów sympatyczny dar bardzo wielkich dam zniżania się do otoczenia, a w przeświadczeniu, że żadne zetknięcie jej splamić nie zdoła, była dla Kulki łojowej wprost czarującą. Natomiast gruba pani Loiseau o manierach żandarma, pozostała szorstką od początku do końca. Mówiła mało, jedząc zato bez wytchnienia.
Oczywista, rozmawiano o wojnie. Opowiadano sobie potworne czyny prusaków i cuda bohaterstwa francuzów, a wszyscy ci uciekinierzy oddawali hołd tym dzielnym, co pozostawali. Szybko rozmowa skierowała się na przeżycia osobiste, a Kulka łojowa z szczerem przejęciem i żywością słowa, właściwą niekiedy takim dziewczętom, gdy chodzi o wyrażenie osobistych ich wzruszeń, opowiadała, dlaczego opuściła Rouen:
— Z początku myślałam, że będę mogła zostać — mówiła. — Zaopatrzyłam się w zapasy na długi czas i sądziłam, że lepiej już żywić kilku żołnierzy, niż wyjeżdżając niewiadomo dokąd. Gdy jednak ich zobaczyłam, tych prusaków, nie mogłam już wytrzymać! Żółć we mnie pękała od złości i cały dzień płakać musiałam ze wstydu. Ach! gdybym ja była mężczyzną! Widziałam ich z okna, tych wieprzów opasłych w pikielhaubach, a moja pokojówka musiała mnie trzymać za ręce, bo inaczej byłabym któremu łeb roztrzaskała jakimś sprzętem. Gdy później przyszli się do mnie zakwaterować, chwyciłam pierwszego z nich za gardziel. Nie trudniej zdusić takiego niż innego, człowieka! I byłabym go uśmierciła na miejscu, gdyby mnie za włosy nie byli wywlekli z pokoju, Musiałam się później ukrywać. Wreszcie korzystając z nadarzającej się sposobności, wyjechałam i oto, tu jestem.
Gorąco jej winszowano. — Urosła nagle w oczach swych współtowarzyszy, którzy nie okazali. takiej zaciekłości; a Cordunet, słuchając jej opowiadania, uśmiechał się życzliwie, z namaszczeniem apostoła, niby kapłan, słuchający kornych hymnów na cześć Boga; albowiem długobrodzi demokraci zmonopolizowali dla siebie patrjotyzm, podobnie jak kler religję.
Zkolei począł on sam mówić tonem doktrynerskim, rzucając szumnemi frazesami, wziętemi żywcem z proklamacyj, co dnia rozlepianych na murach, a zakończył z ogromnym patosem, druzgocząc literalnie tego „gałgana Badinguet’a,“.
Ale Kulka łojowa natychmiast się oburzyła, ponieważ była bonapartystką, Poczerwieniała jak piwonja i, jąkając się z gniewu, zawołała:
— Szkoda, że którego z was nie widziałam na jego miejscu. Ach, to byłaby dopiero piękna historja, no! Przecież wy zdradziliście tego1 człowieka! Nie pozostanie już chyba nic innego jak uciec z Francji, jeśli takie zuchy, jak wy, dojdą do rządów!
Cordunet niewzruszony, zachował swój uśmiech lekceważącej pobłażliwości, lecz czuć było, że rychło nastąpią słowa obelżywe, gdy hrabia wmieszał się w sprawę, nie bez trudu uspakajając wzburzoną dziewczynę stanowczem oświadczeniem, że wszystkie poglądy szczere zasługują na szacunek. Natomiast hrabina i żona fabrykanta, żywiąc w duszy ową bezwiedną nienawiść, jaką ludzie z dobrego towarzystwa czują do republiki, a instynktowną sympatją kobiet otaczając wszelkie rządy, oparte na szabli i despotyzmie, mimowoli uczuły się pociągnięte do tej prostytutki, której uczucia tak bardzo podobne były do ich własnych.
Kosz się opróżnił. W dziesięć osób dokonano tego z łatwością, żałując tylko, że nie był większy. Rozmowa toczyła się jeszcze przez chwilę, jakkolwiek po spożyciu zapasów, stała się nieco chłodniejszą.
Noc zapadła, mrok potęgował się z każdą chwilą, a zimno, dotkliwsze w chwilach trawienia, dreszczem wstrząsało Kulką łojową, mimo grubej warstwy tłuszczu. Wówczas hrabina, de Breville zaofiarowała jej fajerkę, kilkakrotnie w ciągu dnia zapełnioną świeżym węglem, a dziewczyna przyjęła natychmiast, gdyż miała nogi całkiem zlodowaciałe. Panie Carré-Lamadon i Loiseau odstąpiły swe fajerki dwom zakonnicom.
Furman zapalił latarnie, Jasny ich blask oświetlił obłok pary, unoszącej się nad spoconemi grzbietami koni, oraz leżący po obu stronach drogi śnieg, który w migotliwem świetle latarni zdawał się umykać wstecz. W budzie dyliżansu było już zupełnie ciemno, lecz nagle powstał jakiś ruch między Cordunetem a Kulką łojową, a Loiseau, którego oczy przenikały mrok, dostrzegł, jak długobrody mężczyzna szybko odskoczył, jakgdyby w milczeniu otrzymał był potężnego kułaka.
Woddali zaczęły migotać światełka. Zbliżano się do Tôtes. Jazda trwała jedenaście godzin, a wliczając czterokrotny wypoczynek, podczas którego konie zjadły trochę owsa i odsapnęły, podróż zajęła godzin czternaście. Stanąwszy nareszcie u celu, dyliżans zatrzymał się przed oberżą, zwaną l‘Hôtel du Commerce.
Otworzono drzwiczki! Dźwięk dobrze znany dreszczem wstrząsnął wszystkich podróżnych: brzęk szabli po bruku. Równocześnie rozległo się jakieś niemieckie wołanie.
Pomimo, że dyliżans się zatrzymał, podróżni nie wychodzili, jak gdyby się obawiali, że zaraz na wstępie zostaną zamordowani. Wtem ukazał się furman z latarką w ręku, która nagle oświetliła wnętrze budy, padając na dwa szeregi twarzy przerażonych, o rozwartych ustach i źrenicach nadmiernie rozszerzonych zdumieniem i lękiem.
Obok furmana stał w pełnem świetle oficer niemiecki, wysoki, nadmiernie smukły, młody blondyn, ściśnięty swym uniformem, jak wysznurowana dziewczyna; nabakier włożony płaski, błyszczący kaszkiet czynił go podobnym do strzelca jakiegoś angielskiego hotelu. Ogromny wąs o dwóch długich końcach, zwężając się coraz bardziej i zakończony po obu stronach jednym jedynym włosem, tak cienkim, że nie widać było końca, zdawał się ciężyć na końcach ust i obciągać policzek, brużdżąc fałd pionowy wzdłuż warg.
Alzacką francuszczyzną wezwał podróżnych, by wysiedli, mówiąc tonem szorstkim:
— Panowie i panie, proszę wysiąść.
Pierwsze usłuchały Siostry Miłosierdzia, z uległością zakonnic, przywykłych do spełniania rozkazów, czyniąc zadość wezwaniu prusaka. Za niemi ukazała się para hrabiowska, dalej fabrykant ze swą żoną, następnie Loiseau, pchający przed sobą swą grubą połowicę. Stawiając nogę na stopniu, rzekł do oficera: — Dzień dobry panu! — powodowany raczej ostrożnością, niż uprzejmością. Oficer rzucił mu zuchwałe spojrzenie człowieka, czującego się wszechwładnym, nie odwzajemniając ukłonu.
Kulka łojowa i Cordunet, jakkolwiek najbliżsi drzwiczek, wyszli ostatni, poważni i wyniośli wobec nieprzyjaciela.
Grubaska starała się opanować i być spokojną; demokrata tragicznym ruchem ręki nieco drżącej szarpał swą długą rudawą brodę. Usiłowali zachować godność, rozumiejąc, że w podobnych chwilach każdy reprezentuje poniekąd całą ojczyznę. Oboje byli w równej mierze oburzeni uległością współtowarzyszy podróży; to też Kulka łojowa starała się okazać dumniejszą, niż jej towarzyszki, kobiety uczciwe — on zaś doskonale sobie uświadamiał, iż zachowaniem swem musi dać wyraz swej polityki oporu, zapoczątkowanej zrywaniem dróg.
Podróżni weszli do obszernej kuchni oberży, a Niemiec, zażądawszy paszportu, podpisanego przez naczelnego jenerała, odczytywał wpisane tam nazwiska, zawód i stan każdego z podróżnych, dokładnie się wszystkim przyglądając i porównując rysopisy z poszczególnemi osobami.
Wreszcie oświadczył szorstko: — Dobrze — i zniknął.
Odetchnęli. Wszyscy, czuli jeszcze głód i zamówili wieczerzę. Należało poczekać na nią pół godziny, a gdy dwie kelnerki zdawały się krzątać koło przygotowania posiłku, podróżni poszli oglądać swe pokoje. Wszystkie były obok siebie w drugim korytarzu, zakończonym szklanemi drzwiami, na których widniało zero.
Zamierzano właśnie siąść do stołu, gdy zjawił się gospodarz oberży we własnej osobie. Dawniej handlarz koni, gruby astmatyk, któremu ustawicznie w gardle świszczało, charczało i syczało, odziedziczył poi ojcu swym nazwisko: Follenvie.
Zapytał:
— Panna Elżbieta Rousset? Kulka łojowa drgnęła i odwróciła się:
— To ja.
— Oficer pruski chce się natychmiast z panią rozmówić.
— Ze mną?
— Tak, jeśli pani jest panną Elżbietą Rousset.
Zmieszała się nieco, lecz po chwili zastanowienia oświadczyła stanowczo:
— Być może, lecz nie pójdę.
Wszczął się ruch ogólny; każdy komentował i starał się odgadnąć przyczynę tego rozkazu. Hrabia przystąpił do grubaski i rzekł:
— Postępuje pani niesłusznie, bo odmowa ta może pociągnąć za sobą rozmaite przykrości i to nietylko dla pani, lecz dla wszystkich towarzyszy podróży. Nie należy się nigdy sprzeciwiać tym, co posiadają władzę. Zresztą nie grozi tu żadne niebezpieczeństwo; najprawdopodobniej chodzi o uzupełnienie jakiejś drobnej formalności przeoczonej.
Wszyscy byli zdania hrabiego i prosili, naglili, zaklinali, aż zdołali ją nakłonić. Obawiali się bowiem, by taki upór nie sprowadził na nich nieprzyjemności. Wreszcie oświadczyła:
— Ostatecznie zrobię to ze względu na państwo, tylko dlatego!
Hrabina ujęła ją za rękę:
— A my pani dziękujemy.
Wyszła. Pozostali czekali na nią z wieczerzą.
Każdy zosobna żałował, że nie on został wezwany zamiast tej gwałtownej, szorstkiej dziewczyny i w myśli układał sobie gładkie frazesy, na wypadek gdyby sam został kolejno wezwany.
Wszelako po dziesięciu minutach Kulka łojowa, ciężko dysząc, zrozpaczona, czerwona, jakby się miała udusić, wróciła do izby, mamrocząc: — Łajdak! łajdak!
Wszyscy pragnęli się dowiedzieć, co się stało, lecz Kulka łojowa milczała, a na nalegania hrabiego odparła z godnością: — To pana nie obchodzi, nie mogę powiedzieć.
Zabrano się przeto doi sporej wazy, z której rozchodziła się woń kapusty. Mimo niedawnej przygody, wieczerza minęła wesoło, Jabłecznik, ze względów oszczędnościowych zamówiony przez Loiseau i zakonnice, był wcale dobry. Reszta towarzystwa zażądała wina, Cordunet piwa. Miał on specjalny sposób otwierania butelki, nalewania płynu z pianą do pochylonej szklanki, by mu się dokładnie przyjrzeć, poczem ustawiał szklankę między lampą a okiem, rozkoszując się kolorem napoju. Gdy wychylał szklankę, potężna jego broda, która przybrała kolor ulubionego napoju, zdawała się drżeć z rozkoszy; patrzył zukosa, by ani na sekundę nie stracić z oczu kufla, a wyraz twarzy zdawał się świadczyć, że Cordunet spełnia jedyną czynność dla której wogóle istnieje. Rzecby można, że w duszy jego dokonywa się zbliżenie, niejako zlanie dwóch potężnych namiętności, wypełniających całe jego życie: piwa i rewolucji. A istotnie, nie byłby w słanie rozkoszować się jednem, nie myśląc równocześnie o drugiem.
Państwo Follenvie zajęli miejsca u tego samego stołu. Mężczyzna sapał jak mocno rozpalona lokomotywa, a pierś jego, dysząc straszliwie, nie pozwalała mu mówić podczas jedzenia; zato żonie nie zamykały się usta. Odświeżała wszystkie swe wrażenia od chwili przybycia prusaków, opowiadając dokładnie, co robili, co mówili, przeklinając ich z głębi duszy, po pierwsze, że kosztowali ją zbyt drogo1, a powtóre, że miała w wojsku dwóch synów. Przedewszystkiem zwracała się do hrabiny, uszczęśliwiona, że może rozmawiać z arystokratką.
Po chwili zniżyła głos, przechodząc do kwestyj drażliwych, a mąż, przerywając jej od czasu do czasu, powtarzał:
— Wołałabyś milczeć, pani Follenvie.
Ona jednak, nie zwracając na niego uwagi mówiła dalej:
— Tak, pani hrabino, toż oni nic nie jedzą, tylko wieprzowinę z kartoflami i kartofle z wieprzowiną. Gdyby przynajmniej byli czyści. Broń Boże! Zapaskudzają, z przeproszeniem, wszystko, czego tylko tkną. A dopiero popatrzeć na nich, jak ćwiczą, całemi godzinami i dniami; wszyscy gromadzą się na polu i dalej-że naprzód, w tył, w prawo, w lewo. Gdyby przynajmniej uprawiali ziemię w swym kraju lub pracowali na ulicy! Gdzież tam! Powiadam jaśnie pani, że żołnierze to poprostu darmozjady, a biedacy muszą ich żywić, aby się nauczyli dobrze mordować! Ja jestem, coprawda, starą kobietą bez wykształcenia, ale gdy tak na nich patrzę, jak się męczą i dreptają od rana do wieczora, to muszę sobie zadawać pytanie: Tylu jest ludzi, pracujących nad użytecznemi wynalazkami, czyż muszą być i tacy, co dręczą siebie samych, by szkodzić innym? Bo czyż to nie podłość zabijać ludzi, bez względu na to, czy są Prusakami, Znglikami, Polakami, czy Francuzami? Jeśli się człowiek mści za swą krzywdę, to się nazywa występkiem, za który wymierzają karę, ale jak się naszych synów wystrzeliwa jak leśną zwierzynę, to uważają to za zasługę i ordery dają tym, co najwięcej krwi przelali! Nie, tego ja już nie zrozumię nigdy w życiu!
Zabrał głos Cordunet:
— Wojna jest barbarzyństwem, gdy się napada spokojnego sąsiada, ale w obronie ojczyzny staje się świętym obowiązkiem.
Stara kobieta zwiesiła głowę:
— Tak, gdy chodzi o obronę, to coś innego, ale czy nie należałoby raczej pozabijać wszystkich królów, którzy sobie urządzają wojny dla własnej przyjemności?
Cordunet z błyskiem w oczach zawołał:
— Brawo, towarzyszko!
Pan Carré-Lamadon głęboko się zamyślił. Mimo entuzjazmu dla świetnych wodzów, musiał uznać zdrowy rozum tej wieśniaczki i w myśli obliczał, ile mienia przysporzyć mogłyby krajowi te wszystkie ramiona bezczynne, więc szkodę przynoszące, te siły bezużyteczne, które możnaby zatrudnić przy wielkich przedsiębiorstwach przemysłowych, wymagających pracy wieków.
Loiseau natomiast wstał od stołu i rozmawiał z oberżystą. Gruby astmatyk śmiał się, kaszlał, pluł; wielki jego brzuch podskakiwał, gdy tamten sypał swemi dowcipami, a skończyło się na zakupieniu sześciu beczek Bordeaux na najbliższą wiosnę, gdy prusacy pójdą precz.
Natychmiast po wieczerzy wymęczeni podróżni udali się na spoczynek.
Loiseau jednak, który poczynił już był swe spostrzeżenia, czekał, aż małżonka ułoży się w łóżku, poczem przez dziurkę od klucza zaczął nadsłuchiwać i podglądać, by zwęszyć tak zwane przezeń „tajemnice korytarza“.
Po upływie mniej więcej godziny, usłyszał szelest, a zbliżywszy nos do dziurki od klucza, ujrzał Kulkę łojową, jeszcze pulchniej wyglądającą w szlafroczku z błękitnego kaszmiru, przybranego białemi koronkami. Z lichtarzem w ręku zmierzała w kierunku szklanych drzwi, na których widniało zero. Wtem otworzyły się drzwi jednego pokoju, a gdy po kilku minutach Kulka łojowa znów ukazała się z lichtarzem w ręku, Cordunet bez kamizelki i surduta przystąpił do niej. Mówili cicho, następnie przystanęli. Kobieta zdawała się energicznie bronić wstępu do swego pokoju. Na nieszczęście Loiseau nie mógł dosłyszeć, co mówiła, po chwili jednak, gdy zaczęli mówić głośniej, podchwycił kilka urywków. Cordunet nalegał gwałtownie, mówiąc:
— Ach, głupstwo! Co panią obchodzi?
Ona wzburzona odparła:
— Nie, mój drogi, Są chwile, kiedy się czegoś podobnego nie robi, a tu byłoby to poprostu hańbą.
Widocznie jej nie rozumiał i żądał wyjaśnienia. Wówczas rozgniewała się na dobre i podniesionym już głosem zawołała:
— Dlaczego? Jeszcze pan nie rozumiesz. Gdy prusacy są w domu, może nawet w sąsiednim pokoju?
Zamilkł. Ta patrjotyczna wstydliwość publicznej dziewki, nie pozwalającej się pieścić ze względu na bliskość nieprzyjaciela, rozbudziła widocznie w jego sercu słabnącą godność, gdyż zadowoliwszy się tylko pocałunkiem, na palcach wrócił do swego pokoju.
Podniecony Loiseau odskoczył od drzwi, jednym susem znalazł się koło łóżka, włożył szlafmyckę, podniósł kołdrę, pod którą spoczywała potężna masa jego połowicy, i zbudziwszy ją pocałunkiem, szepnął:
— Kochasz mnie, duszyczko?
Milczenie zaległo teraz cały dom. Rychło jednak, niewiadomo gdzie, w piwnicy, czy na strychu, rozległo się potężne charczenie, jednostajne, miarowe, dźwięk głuchy, a przeciągły, niby drżenie kotła pod naciskiem pary: pan Follenvie zasnął.
Postanowiwszy wyjechać nazajutrz o 8-ej wszyscy podróżni wczesnym rankiem zeszli się w kuchni; tymczasem omnibus, na którym wznosiła się cała sterta śniegu, stał samotny na podwórzu, bez koni i woźnicy. Napróżno szukano tego ostatniego w stajni, na strychu i we wozowni. Ostatecznie mężczyźni postanowili przeszukać sąsiedztwo i ruszyli w drogę. Niebawem znaleźli się na rynku, z kościołem w głębi i dwoma szeregami niskich domów, w których dostrzegli pruskich żołnierzy. Pierwszy, którego ujrzeli skrobał kartofle. Drugi, nieco dalej, czyścił izbę fryzjera. Inny, z olbrzymim zarostem, osłaniającym mu całą twarz, tulił rozpłakanego dzieciaka, kołysząc go na kolanach, zaś grube wieśniaczki, których mężowie służyli we wojsku, gestami wskazywały posłusznym swym zwycięzcom, co mają robić: rąbać drwa, gotować zupę, mleć kawę. Jeden z nich prał nawet bieliznę swej gospodyni, staruszki sędziwej, zupełnie już niezdolnej do pracy.
Hrabia, zdumiony tym widokiem, zażądał wyjaśnienia od kościelnego, wychodzącego, właśnie z plebanji. Stary szczur kościelny odparł:
— Och, to wcale nieźli ludzie. Powiadają, że to nawet nie prusacy. Ci pochodzą z dalszych okolic, nie wiem dokładnie skąd. Pozostawili w domu żony i dzieci, a ta wojna wcale im nie sprawia przyjemności. Jestem pewny, że tam w ich kraju tak samo nędza u nich, jak u nas. Tu przynajmniej nie możemy się narazie tak bardzo uskarżać, bo żołnierze nie robią żadnej krzywdy, a pracują, jakby u siebie w domu. Bo widzi pan, biedni ludzie muszą sobie wzajem pomagać... Wojnę prowadzą tylko bogaci.
Cordunęt, oburzony zażyłością zwycięzców i zwyciężonych, wołał wrócić do oberży, Loiseau miał temat do dowcipkowania.
— Wnoszą trochę życia do budy.
Pan Carré-Landon oświadczył sentencjonalnie:
— Starają się naprawić złoi popełnione. Woźnicy jednak nie było. Nareszcie odkryli go w kawiarni wiejskiej; siedział przy stole z ordynansem pruskiego oficera. Hrabia zwrócił się doń:
— Wszak otrzymaliście rozkaz zaprzężenia o ósmej?
— No tak, ale później wydano rozkaz inny.
— Jaki?
— Bym wcale nie zaprzęgał?
— No? któżby?
— Pruski komendant.
— Czemu?
— Tego ja nie wiem. Niech go pan zapyta. Zakazano mi zaprzęgać, więc nie zaprzęgam i koniec.
— Czy sam wydał to polecenie?
— Nie, kazał powiedzieć przez gospodarza.
— Kiedy?
— Wczoraj wieczór, gdy kładłem się spać.
Trzej mężczyźni wrócili do hotelu, mocno zaniepokojeni.
Chcieli się przedewszystkiem rozmówić z panem Follenvie, lecz służąca oświadczyła, że z powodu astmy gospodarz nie wstaje nigdy przed dziesiątą. Wyraźnie nawet zakazał budzić się wcześniej, chyba w razie pożaru.
Postanowiono przeto zwrócić się do oficera, lecz okazało się to niepodobieństwem, bo jakkolwiek mieszkał W tej samej oberży, jeden tylko pan Pollenvie był upoważniony do porozumiewania się z mm w sprawach prywatnych, Nie pozostawało1 nic innego, jak czekać. Kobiety wróciły do swych pokoi i zajęły się rozmaitemi błahostkami.
Cordunet usadowił się wygodnie w kuchni koło ogniska, na którem buchał płomień. Kazał sobie tu ustawić stoliczek z kawiarni i podać kufel piwa, poczem wydobył fajkę, wśród demokratów zażywającą niemal takiego szacunku, jak on sam, jakgdyby służąc Cordunetowi, temsamem służyła ojczyźnie. Była to wspaniała fajka z morskiej pianki, bajecznie zadymiona, czarna jak zęby jej właściciela, lecz wonna, pięknego kształtu, błyszcząca, zawsze pod ręką i uzupełniająca niemal jego fizjognomję, Siedział tak bez ruchu, z oczyma, utkwionemi w płomieniu ogniska, to znów w pianie, wieńczącej kufel, a po każdorazowym łyku, z zadowoleniem wsuwał swe długie, chude palce do swych długich tłustych włosów, oblizując pianę, która osiadła na wąsach.
Loiseau pod pretekstem rozgrzania nóg, wyszedł do miasta zdobyć odbiorców na swe wino. Hrabia i fabrykant rozmawiali o polityce, przepowiadając przyszłość Francji. Jeden pokładał nadzieję w Orleanach, drugi w nieznanym jakimś zbawcy, bohaterze, który zjawi się w chwili ostatecznej rozpaczy; drugi Du Gueschn, lub Joanna d‘Arc? czy może nowy Napoleon I? Ach! gdyby syn cesarza książę nie był tak młody! Cordunet, słuchając tych rozmów, uśmiechał się z miną człowieka, któremu historja odsłoniła przyszłe swe karty. Fajka jego zadymiła już całą kuchnię.
Z uderzeniem dziesiątej zjawił się pan Follenvie. Natychmiast zwrócono się doń z pytaniami, lecz nie mógł mc powiedzieć, nic wyjaśnić, a tylko dwa, trzy razy powtórzył te same słowa: Oficer powiedział mi co następuje: „Panie Follenvie, nie pozwolisz pan założyć koni do dyliżansu tych podróżnych. Nie chcę, by wyjechali bez mego rozkazu. Słyszałeś pan. To wy starczy“.
Postanowiono przeto rozmówić się z oficerem. Hrabia posłał mu swój bilet, na którym p. Carré-Lamadon wypisał swe nazwisko wraz ze wszystkiemi swemi tytułami. Prusak odpowiedział, że przyjmie ich po śniadaniu, to znaczy około pierwszej.
Damy znów się pojawiły w kuchni i mimo zaniepokojenia posilono się trochę. Kulka łojowa wyglądała na chorą i silnie zirytowaną.
Właśnie kończono kawę, gdy ordynans zawezwał panów.
Przyłączył się do nich Loiseau; gdy jednak zwrócili się do Corduneta, by również poszedł z nimi, dla nadania większej powagi całemu aktowi, demokrata dumnie oświadczył, że nie zamierza nawiązywać jakichkolwiek stosunków z Niemcami, i zająwszy dawne miejsce przy kominku, kazał sobie podać nową szklanicę piwa.
Trzej panowie wyszli, a ordynans zaprowadził ich do najładniejszego pokoju oberży, gdzie przyjął ich oficer. Rozparty w fotelu, nogi opierając na kominku, palił długą fajkę porcelanową, przybrany w jaskrawy szlafrok, który zabrał prawdopodobnie z opuszczonego domu jakiegoś obywatela, nie odznaczającego się gustem zbyt wybrednym. Nie ruszył się, gdy weszli, nie skłonił się, nawet nie spojrzał na nich. Wspaniały przykład brutalności, właściwej zwycięskim żołdakom.
Po upływie kilku minut spytał wreszcie:
— Czego panowie chcecie?
Hrabia zabrał głos: — Panie, chcemy wyjechać.
— Nie.
— Czy wolno mi spytać dlaczego?
— Bo nie chcę.
— Śmiem najuprzejmiej zwrócić uwagę, że pański główno-dowodzący jenerał pozwolił nam wyjechać do Dieppe; a sądzę, że nie uczyniliśmy nic takiego, co mogłoby spowodować zakaz tak surowy.
— Nie chcę... oto wszystko... Panowie mogą już odejść.
Wszyscy trzej skłonili się i wyszli.
Popołudnie spędzono w przygnębieniu. Nie rozumiejąc absolutnie kaprysu Niemca, czyniono przypuszczenia najbardziej niepokojące. Wszyscy zostali w kuchni, bezustannie omawiając tę samą sprawę i wpadając na pomysły coraz bardziej nieprawdopodobne. Może chciano ich zatrzymać jako zakładników? w jakim jednak celu. A może postanowiono ich uwięzić, lub żądać wysokiego okupu? Ta myśl przejmowała ich trwogą paniczną. Najbogatsi byli najbardziej przerażeni i w myśli widzieli już, jak w obronie życia muszą pchać wory złota w ręce tego bezczelnego żołdaka. Łamali sobie głowy nad wyszukaniem odpowiednich wykrętów, aby tylko zataić bogactwa i podać się za ludzi biednych, bardzo biednych. Loiseau odpiął łańcuszek od zegarka i schował go do kieszeni. Zapadający mrok spotęgował ich obawy. Zapalono lampę, a ponieważ do obiadu mieli jeszcze dwie godziny, pani Loiseau zaproponowała partję trente et un. Trzeba się przecież jakoś rozerwać. Nawet Cordunet, odłożywszy z grzeczności swą fajkę, wziął udział w grze.
Hrabia pomieszał karty — rozdał i oto> Kulka łojowa odrazu miała trzydzieści jeden. Niebawem gra tak zajęła umysły, że zapomniano o niedawnych obawach. Cordunet jednak zauważył, że małżeństwo Loiseau zaczyna szachrować.
Siadano właśnie do stołu, gdy zjawił się pan Follenvie i zaflegmionym swym głosem obwieścił:
— Oficer pruski zapytuje pannę Elżbietę Rousset, czy nie zmieniła jeszcze swego zdania.
Kulka łojowa znieruchomiała i zbladła; nagle oblała się szkarłatnym rumieńcem i wpadła w taką złość, że nie mogła wymówić słowa. Nareszcie wybuchła:
— Powiedz pan temu łajdakowi, temu dudkowi, tej świni pruskiej, że nigdy się nie zgodzę. Słyszałeś pan, nigdy, nigdy, nigdy!
Gruby gospodarz wyszedł. Wówczas całe towarzystwo, otoczywszy ją, poczęło się dopytywać, nalegać, by odsłoniła tajemnicę, widocznie pozostającą w związku z jej bytnością u oficera. Z początku się opierała, lecz wkrótce w uniesieniu rozpaczy wykrzyknęła:
— Czego chce?... czego on chce? Chce ze mną spać!
Nikt nie uczuł się dotknięty dosadnem wyrażeniem, tak głęboko byli wszyscy oburzeni bezczelnością prusaka. Cordunet trzasnął swą szklanicą w stół, że się rozbiła. Powstał jeden krzyk oburzenia, jeden poryw gniewu przeciw temu podłemu żołdakowi, uczucie buntu zjednoczyło wszystkich obecnych, jakigdyby każdy zosobna miał złożyć część ofiary, żądanej od tej kobiety. Hrabia oświadczył z obrzydzeniem, że ludzie ci zachowują się jak dawni barbarzyńcy. Zwłaszcza kobiety okazywały Kulce łojowej gorące i serdeczne współczucie. Siostry Miłosierdzia, ukazujące się tylko w porze jedzenia, spuściły głowy i milczały.
Niemniej, gdy pierwsze wzburzenie minęło, towarzystwo zasiadło do obiadu. Mówiono mało: rozmyślano.
Panie wcześnie udały się na spoczynek, zaś mężczyźni paląc zasiedli do partji ecarté, zaprosiwszy do niej także pana, Follenvie, którego w zręczny sposób postanowili wybadać, jakiemi środkami możnaby złamać upór oficera. Ten jednakowoż, zajęty wyłącznie swemi kartami, nie słyszał, co doń mówiono, nie odpowiadał, ustawicznie tylko powtarzając: „Grajcież panowie, grajcież“. Uwaga jego była wytężona do tego stopnia, że chwilami zapominał odpluć flegmę, która mu następnie charczała w gardle. Z świszczących jego płuc wydobywała się cała gama astmatyczna, od tonów głębokich, poważnych, do wysokich, piskliwych głosów kogutka, próbującego piać.
Nie chciał porzucić kart nawet na wezwanie żony, upadającej ze znużenia. Sama przeto udała się na spoczynek, jako że spełniając czynności dzienne, wstawała ze wschodem słońca, gdy mąż nadawał się raczej do służby wieczornej, zawsze gotów spędzić noc w towarzystwie przyjaciół. Krzyknął za nią:
— Przygotuj tylko moje lekarstwo! — i znów zabrał się do kart. Przekonawszy się, że z pana Follenyie nie da się nic wydobyć, panowie oświadczyli, że czas odejść i wszyscy udali się na spoczynek.
Nazajutrz wstali dość wcześnie, z nieokreśloną nadzieją i gorętszem pragnieniem wyjazdu, przerażeni samą myślą spędzenia jeszcze jednego dnia w tej obrzydliwej nędznej oberży.
Niestety konie znów stały w stajni, a woźnica pozostał nadal niewidzialny. Nie mając nic do czynienia, krążyli koło dyliżansu.
Śniadanie było bardzo skromne, a wobec Kulki łojowej zachowywano się z pewną oziębłością, bo w ciągu nocy przyszło zastanowienie i na całą sprawę zapatrywano się trochę inaczej. Niemal już brali za złe tej dziewczynie, że potajemnie nie odwiedziła prusaka, by towarzyszom podróży sprawie rano miłą niespodziankę. Cóż prostszego? I ktoby o tem wiedział? Mogła zresztą zachować pozory, mówiąc oficerowi, że czyni to przez współczucie dla nich. Przecież jej nie mogło to czynić żadnej różnicy.
Nikt jednakowoż nie śmiał jeszcze wypowiedzieć swych myśli.
Po południu, gdy wszyscy śmiertelnie się nudzili, hrabia zaproponował przechadzkę po wsi. Otuliwszy się troskliwie, grupka podróżnych wyruszyła na spacer, z wyjątkiem Corduneta, który wołał zostać przy ognisku, oraz zakonnic, spędzających czas w kościele lub u proboszcza.
Mróz, potęgując się z każdym dniem, szczypał dotkliwie w nos i uszy; nogi zdrętwiałe sprawiały taki ból, że każdy krok stawał się istną męką, a na widok wsi, wyglądającej tak przerażająco smutnie wśród bezmiernej białej przestrzeni, wszyscy natychmiast zawrócili do hotelu z lodowałem tchnieniem w duszy i boleśnie ściśniętem sercem.
Cztery kobiety szły naprzód, trzej mężczyźni o parę kroków za niemi.
Loiseau, doskonale rozumiejący sytuację, nagle zapytał, czy ta „dzierlatka“ długo ich jeszcze zamierza przetrzymywać w tej dziurze. Hrabia, zawsze rycerski, oświadczył, że niepodobna wymagać tak przykrej ofiary od kobiety, dopóki ona sama się nie zdecyduje, Pan Carré-Lamadon zauważył, że gdyby francuzi, jak powiadano, zamierzali znów ruszyć na Dieppe, zderzenie musiałoby nastąpić w Tôtes. Ta uwaga zasępiła współtowarzyszy.
— A gdyby tak umknąć pieszo? — rzekł Loiseau. Hrabia wzruszył ramionami:
— W tym śniegu? z żonami? Natychmiast rzuconoby się w pościgu za nimi, a po dziesięciu minutach bylibyśmy pojmani, uwięzieni i zdani na łaskę żołnierzy.
Miał słuszność; odpowiedziano też milczeniem. Panie mówiły o toaletach; czuć jednak było pewien przymus w rozmowie i zachowaniu.
Nagle na drugim końcu ulicy ukazał się oficer. Na bezkresnem tle śniegu rysowała się jego smukła sylwetka; cienki w pasie jak osa, w chodzie szeroko rozstawiał kolana, jak często czynią wojskowi, nie chcąc zabłocić starannie glansowanego obuwia.
Przechodząc złożył ukłon paniom, lekceważące spojrzenie rzuciwszy mężczyznom, którzy zresztą mieli dość taktu, by się nie ukłonić, jakkolwiek Loiseau wykonał już ruch, jakby zamierzał zdjąć kapelusz.
Kulka łojowa poczerwieniała wyżej uszu, a trzy kobiety zamężne uczuły się głęboko poniżone, że żołdak ten spotkał je w towarzystwie dziewczyny, z którą obszedł się tak brutalnie.
Zaraz jednak zaczęły mówić o jego wyglądzie, postawie i twarzy. Pani Carré-Lamadon, która znała wielu oficerów i mogła mówić, jako znawczyni, wydała o nim sąd wcale korzystny; żałowała nawet, że nie jest francuzem, bo byłby ślicznym huzarem, za którym szalałyby wszystkie kobiety.
Powróciwszy do hotelu nie wiedziano już co począć. Błahostki wywoływały ostre uwagi — tak silne było rozdrażnienie. Obiad spożyto w milczeniu i wszyscy poszli na spoczynek, pragnąc czas zabić snem.
Nazajutrz rano znów się zeszli w kuchni. Mieli twarze znużone i rozpacz w sercu. Panie zaledwie się już raczyły odzywać do Kulki łojowej.
Dzwony ozwały się wpobliżu. W kościele odbywał się chrzest. Grubaska miała dziecko, które się wychowywało u wieśniaków w Yvetot, Nie widywała go ani raz w roku i wcale o niem nie myślała; w tej chwili jednak myśl o niemowlęciu, które właśnie chrzczono, rozbudziła w jej sercu nagłą czułość dla własnego dziecka. Postanowiła pójść do kościoła i przyjrzeć się świętej ceremonji.
Zaledwie wyszła, wszyscy spojrzeli na siebie i bliżej przysunęli krzesła, czując, że nareszcie trzeba coś postanowić. Loiseau miał natchnienie: gdyby tak poradzić oficerowi, by zatrzymał Kulkę łojową, a im pozwolił wyjechać?
Pan Follenvie podjął się poselstwa, lecz bardzo rychło powrócił. Niemiec, znając ludzką naturę, pokazał mu drzwi, zapewniając, że wszyscy pozostaną w Tôtes, dopóki życzenie jego nie zostanie spełnione.
W tej chwili pani Loiseau, odsłaniając brutalną swą naturę, zawołała:
— Przecież nie możemy tu umrzeć na uwiąd starczy. Skoro to już zawodem tej ladacznicy wdawać się z każdym mężczyzną, to nie ma poprostu prawa odmawiać temu lub owemu. Proszę państwa, przecież w Rouen przyjmowała wszystkich, kto się nadarzył, nawet furmanów! Tak jest, proszę pani, zadawała się z furmanem z prefektury. Doskonale o tem wiem, bo kupował u nas wino. A teraz, gdy chodzi o wybawienie nas z kłopotu, udaje niewiniątko, ta gromadka!... Co do mnie, to uważam, że ten oficer zachowuje się zupełnie przyzwoicie. Kto wie, od jak dawna pozbawiony jest kobiety, a niewątpliwie wołałby jedną z nas. Tymczasem on zadawalnia się tą publiczną kokotą, a kobietom zamężnym okazuje należny szacunek. Pomyślcie państwo tylko, że on tu władcą i gdyby tylko powiedział: chcę, mógłby nas wziąć gwałtem przy pomocy swych żołnierzy.
Lekki dreszcz przebiegł dwie kobiety. Oczy wdzięcznej pani Carré-Lamadon błyszczały, a twarz nieco przybladła, jakby oficer już brał ją przemocą.
Mężczyźni, rozmawiający na boku, znów podeszli do kobiet. Loiseau wściekły, wygrażał się, że „tę nędznicę“ wyda oficerowi, skrępowawszy jej rce i nogi. Hrabia jednakowoż, potomek trzech generacyj ambasadorów, przytem posiadając fizjognomje dyplomaty, oświadczył się za zręcznem załatwieniem całej tej sprawy:
— Trzeba ją będzie nakłonić — powiedział.
Złożono tedy radę.
Kobiety nachyliły się ku sobie, zniżono głosy i rozmowa stała się ogólną, gdyż każdy wyrażał swe zdanie. Zresztą ton calej narady pozostał zupełnie przyzwoity. Panie przede wszystkiem miały cały zasób najdelikatniejszych wyrażeń, najsubtelniejszych napomknień do omówienia rzeczy najdrażliwszych.
Niewtajemniczony w sprawę, nie bylby wcale zrozumiał o co chodzi, tak dyskretnych używano słów. Że jednak warstwa wstydu jest u każdej damy światowej bardzo tylko powierzchowną, więc śliska ta awantura szybko je podnieciła i ożywila. Doskonale się bawiły i były najzupelniej w swym żywiole, rozprawiając o sprawach miłosnych z przejęciem żarłocznego kucharza, przygotowującego smaczną ucztę dla innych.
Szybko też towarzystwo odzyskało wesołość, a cała przygoda wydała się im ostatecznie bardzo komiczną. Hrabia pozwolił sobie nawet na kilka dwuznacznych dowcipów, wypowiedzianych jednak tak dobrze, że wywołały uśmiech. Wówczas Loiseau puścił kilka żartów grubszego kalibru, które również nikogo nie dotknęły, a niezadługo myśl wyrażona brutalnie przez jego połowicę, opanowała wszystkie umysły: „Skoro to już zawodem tej dziewki, to czemuż ma odmawiać właśnie temu?“ Powabna pani Carré-Lamadon zdawała się nawet myśleć, że na miejscu Kulki łojowej mniej opierałaby się temu, niż innemu.
Powoli przygotowywano plan szturmu, jakby chodziło o oblężoną twierdzę. Każdy umacniał się w roli, którą miał odegrać, gromadząc w myśli motywy i argumenta, na których się opierał. Ustanowiono plan kampanji, podstępy i wszelkie niespodzianki szturmu, mające żywą tę twierdzę zmusić do przyjęcia nieprzyjaciela.
Cordunet trzymał się na uboczu, jakby cała ta sprawa wcale go nie obchodziła.
Rozmowa do tego stopnia pochłaniała uwagę, że nie spostrzeżono wejścia Kulki łojowej. Dopiero hrabia dyskretnem: pst! zmusił wszystkich do podniesienia oczu. Oto i ona. Zapadło nagłe milczenie, a pod wpływem chwilowego pomieszania nikt nie mógł przemówić pierwszy. Dopiero hrabina, zręczniejsza w komedjanctwie salonów, spytała:
— I jakże się udał chrzest?
Grubaska, głęboko jeszcze wzruszona, poczęła szczegółowo opowiadać, opisując ludzi, cały przebieg obrzędu, a nawet kościół. Po chwilowej pauzie dodała:
— Tak dobrze pomodlić się czasem.
Aż do śniadania panie poprzestały na uprzejmościach, które miały spotęgować zaufanie grubaski i zrobić ją podatniejszą dla rad, jakich zamierzały jej udzielić.
Zaraz przy stole rozpoczęły się kroki wstępne. Początkowo prowadzono rozmowę ogólną o poświęceniach. Przytaczano przykłady z dziejów starożytnych: Judytę i Holofernesa; następnie bez wszelkiego powodu Lukrecję i Sekstusa, Kleopatrę z całym sztabem wodzów nieprzyjacielskich, których łoże jej do niewolniczej skłaniało uległości. Nagle z wyobraźni tych ignoranckich miljonerów wypłynęła fantastyczna opowieść, podług której rzymianki miały w Kapui usypiać w swych objęciach Hannibala, a wraz z nim jego oficerów i całe legjony żołnierzy. Cytowano wszystkie kobiety, które brały w niewolę wielkich zwycięzców, czyniąc z ciała swego pole walki, środek do zdobycia władzy, broń, zwyciężając swemi bohaterskiemi pieszczotami wszystkich tych ludzi potwornych i znienawidzonych — dziełu zemsty poświęcając swój wstyd dziewiczy.
Napomknięto nawet w sposób bardzo dyskretny o owej angielce wysokiego rodu, która kazała sobie wszczepić straszną chorobę zakaźną, by nią zarazić Bonapartego, ale ten cudem ocalał, dzięki chwilowej niedyspozycji nie stawiwszy się na fatalną schadzkę.
A wszystko to omawiano tonem przyzwoitym i umiarkowanym, z którego przebijał niekiedy sztuczny entuzjazm, mający pobudzić do współzawodnictwa.
Ostatecznie można było na podstawie tych rozmów uwierzyć, że jedynem powołaniem kobiety jest ustawiczne poświęcanie jej osoby i ciągłe uleganie żołdackim zachciankom.
Obydwie Siostry Miłosierdzia zdawały się nie słyszeć całej rozmowy, w głębokich pogrążone myślach. Kulka łojowa milczała.
Całe popołudnie pozwalano się jej namyślać. Zamiast jednak mówić do niej: pani, jak dotychczas, zaczęło niewiadomo dlaczego tytułować ją: panno, jakgdyby chciano o jeden stopień obniżyć okazywaną jej uprzejmość, dając jej odczuć hańbiące stanowisko, jakie zajmowała.
Po podaniu zupy zjawił się pan Follenvie, powtarzając stały swój frazes: — Pruski oficer zapytuje pannę Elżbietę Rousset, czy jeszcze nie zmieniła zdania.
Kulka łojowa odparła sucho: — Nie!
Podczas obiadu jednak koalicja osłabła. Loiseau wyrwał się trzykrotnie z niezręcznym frazesem. Każdy zosobna suszył sobie mózg nad wyszukaniem nowych przykładów, lecz bezskutecznie. Wtem hrabina — może nawet bez ukrytej myśli a tylko parta nieokreśloną potrzebą złożenia hołdu religji, zapytała starszą zakonnicę o wielkie czyny z życia świętych. Oczywista, wielu z nich spełniło czyny, które w naszych oczach byłyby zbrodniami; kościół jednak chętnie rozgrzesza występki popełnione dla chwały bożej lub dla dobra bliźnich. Był to argument silny, z którego hrabina natychmiast skorzystała, I czy to przez milczące porozumienie, lub ową dyplomatyczną uprzejmość, cechującą wszystkich, którzy tylko noszą szatę duchowną, czy też tylko dzięki szczęśliwej bezmyślności i bezgranicznej głupocie, dość, że stara zakonnica stała się bardzo skuteczną sojusznicą spisku. Wyglądała na lękliwą, a oto okazała się śmiałą, złośliwą, gwałtowną. Wątpliwości kazuistyczne wcale do niej nie miały przystępu; jej doktryna była jakby z żelaza; wiara nigdy się nie zachwiała, a sumienie nie znało żadnych skrupułów. Dla niej ofiara Abrahama była czemś zupełnie naturalnem, bo ona sama na rozkaz z góry mogłaby natychmiast zamordować ojca i matkę; wogóle nie było jej zdaniem czynu, który mógłby Bogu być niemiłym, o ile tylko z chwalebnej wypływał pobudki. Hrabina, korzystając z świętego autorytetu tej niespodziewanej sojusznicy, pozwoliła jej wysnuć niejako budującą parafrazę z zasady moralnej: „cel uświęca środki“.
Zapytała:
— Siostra zatem sądzi, że Bóg uznaje wszystkie środki i wybacza zły czyn, o ile tylko pobudka była szlachetną.
— Któżby o tem wątpił, pani hrabino? Czyn sam przez się naganny staje się nieraz zasługą, dzięki myśli, która go zrodziła.
W dalszym ciągu omawiały tak wolę Boga, przewidując Jego postanowienia, wciągając Go do spraw, które zaiste wcale Go nie obchodziły.
Wszystko to omawiano zręcznie, dyskretnie, posługując się przenośniami. Każde jednak słowo świętej zakonnicy w habicie, czyniło wyłom w zaciekłym oporze prostytutki. Powoli rozmowa przybierała nieco inny charakter, a kobieta z długim różańcem na piersiach opowiadała o różnych zakonach, o swej przeoryszy, o sobie i swej małej sąsiadce, kochanej siostrze w zakonie. Zawezwano je do Hawru, by pielęgnowały w szpitalach setki żołnierzy chorych na ospę. Opowiadała o tych nieszczęśnikach i strasznej ich chorobie. I pomyśleć, że muszą tu siedzieć bezczynnie więzione kaprysem tego prusaka, gdy tam umiera mnóstwo francuskich żołnierzy, którzy dzięki ich staraniom mogliby może pozostać przy życiu! Jej specjalnością było właśnie pielęgnowanie żołnierzy. Była już na Krymie, we Włoszech i Austrji. W toku opowiadania o tych swoich kampanjach, odsłaniała zwolna prawdziwą swą naturę — typ zakonnicy, maszerującej w takt trąbki i bębna.
Urodzona niejako do życia obozowego, wśród zamętu walki zabiera rannych z pola bitwy, a lepiej od dowódcy umie słowem swem poskromie zdemoralizowane bandy. Prawdziwa siostra-żołnierka, której twarz oszpecona mnóstwem dziur, przypominała obraz zniszczenia — po wojnie.
Gdy przestała mówić, nikt już nie zabrał głosu, tak znakomite było wrażenie jej słów.
Po spożyciu posiłku, wszyscy rozeszli się szybko do swych pokoi, by dopiero o dość późnej godzinie rannej ukazać się we wspólnej izbie jadalnej.
Śniadanie minęło w milczeniu. Ziarno, rzucone poprzedniego dnia, wymagało czasu, by zakiełkować i wydać owoce..
Hrabina zaproponowała, by po południu odbyć wspólną przechadzkę. Wówczas to hrabia — jak wpierw ułożono — ujął ramię Kulki łojowej i pozostał z nią nieco wstecz za resztą towarzystwa.
Przemawiał do niej owym tonem poufnym, ojcowskim, nieco wyniosłym, jakim ludzie z towarzystwa posługują się wobec takich dziewczyn, powtarzając często „moje drogie dziecko“, wogóle traktując ją z wyżyny swej pozycji społecznej i nieskazitelnego honoru, Natychmiast przystąpił do jądra kwestji.
— Więc wolisz pani więzić tu nas wszystkich, a także siebie samą narażać na wszelkie możliwe przykrości, mogące nastąpić po ewentualnej klęsce prusaków, zamiast zgodzić się na jeden z tych aktów, na które ostatecznie tak często w życiu swem zezwalałaś.
Kulka łojowa nie dawała odpowiedzi.
Uciekł się przeto do łagodności, przemawiając do rozsądku i uczucia. Umiał pozostać na wyżynie „pana hrabiego“, pomimo że w miarę potrzeby stawał się rycerskim, prawił jej grzeczności, jednem słowem, był bardzo miłym towarzyszem. Wyolbrzymiając usługę, jaką im odda, mówił o wdzięczności, a tykając ją nagle, rzekł żartobliwie:
— A wiesz, moja droga, ostatecznie może jednak być dumny, że odkrył tak piękną dziewczynę, bo niewiele takich znajdzie chyba w swej ojczyźnie!
Kulka łojowa, nie dając odpowiedzi, przyłączyła się do reszty towarzystwa.
Wróciwszy do hotelu, poszła natychmiast do swego pokoju i już się nie pokazała. Niepokój spotęgował się do najwyższego stopnia. Co zrobi? Prawdziwe nieszczęście, jeśli w dalszym ciągu zechce się opierać!
Wybiła godzina obiadowa; napróżno czekano jej przybycia. Wtem ukazał się pan Follenvie oznajmiając, że panna Rousset czuje się słabą, więc można siąść do stołu. Wszyscy nadstawili uszu. Hrabia zbliżył się do gospodarza i szeptem spytał:
— Nareszcie?
— Tak.
Ze względów przyzwoitości nie powiedział nic towarzyszom podróży, uwiadamiając ich jednak nieznacznem skinieniem głowy. Westchnienie ulgi wyrwało się ze wszystkich piersi, a na twarzach odmalowała się radość. Loiseau krzyknął:
— U kaduka! płacę szampana, jeśli się znajdzie jakiś w tej spelunce! A pani Loiseau śmiertelnie się przeraziła, gdy gospodarz przyniósł istotnie cztery butelki. Wszyscy stali się nagle rozmowni i głośni; radość wstąpiła w serca. Hrabia spostrzegł, że pani Carré-Lamadon była czarująca, fabrykant prawił grzeczności hrabinie. Rozmowa stała się żywa, ochocza, dowcipna.
Nagle Loiseau z wylękłą miną, podniósł do góry ręce i ryknął: — Spokój!
Wszyscy ucichli, zdumieni, niemal strwożeni na nowo. Wówczas nadstawił uszu i obydwu rękoma dając znaki, by zamilkli, wzniósł oczy ku powale, ponownie zaczął nadsłuchiwać, poczem zwykłym już głosem oświadczył:
— Uspokójcie się państwo, wszystko dobrze
W pierwszej chwili nie chciano zrozumieć, lecz szybko przemknął po twarzach uśmiech porozumienia.
Po upływie kwadransa Loiseau rozpoczął tę samą komedję, powtarzając ją kilkakrotnie w ciągu wieczora; udawał, iż rozmawia z kimś na piętrze, tuż nad ich głowami i udziela mu rad bardzo dwuznacznych, zaprawionych istotnie dowcipem komiwojażera. Chwilami przybierał smutną minę, wzdychając: Biedaczka! to znów z wyrazem wściekłości mruczał przez zęby: Gałganie pruski, odstąp!
Co parę chwil, gdy zdawano się o tem zapominać, wykrzykiwał głosem drżącym: Dość już! dość! i ciszej, jakby mówiąc do siebie samego, dodawał: Czy ją wogóle jeszcze ujrzymy; oby ją tylko na śmierć nie zamęczył, ten nędznik!
Grube te żarty bawiły towarzystwo i nikt nie czuł się jakoś dotkniętym, bo i wrażliwość jak wszystko inne zależną jest od otoczenia, a atmosfera, jaka się tu stopniowo wytworzyła, była naładowana drastycznością.
Przy deserze zaczęły nawet panie czynić dowcipne aluzje. Oczy błyszczały; wypito wiele przy tym obiedzie. Hrabia, który nawet w podnieceniu umiał zachować pozory godności, zrobił porównanie, przyjęte bardzo gorąco, o przenocowaniu na północnym biegunie i radości rozbitków, przed którymi otwiera się droga na południe.
Loiseau, pełen werwy, zerwał się z szampanem w ręku i krzyknął:
— Piję za nasze wyzwolenie! — Wszyscy powstali, powtarzając toast. Nawet dwie zakonnice, ulegając namowom pań, zdecydowały się zamoczyć usta w tem musującem winie, którego nigdy przedtem nie kosztowały. Oświadczyły, że przypomina musującą limonjadę, lecz trochę delikatniejsze w smaku.
Loiseau dał wyraz panującemu nastrojowi.
— Jaka szkoda — wykrzyknął — że niema fortepianu, moglibyśmy zatańczyć kadryla.
Cordunet nie rzekł dotąd słowa, nie wykonał nawet żadnego gestu; zdawał się nawet pogrążony w głębokich myślach, a tylko od czasu do czasu gwałtownym ruchem szarpnął długą swą brodę, jakby ją jeszcze bardziej chciał wydłużyć. Gdy wreszcie koło północy towarzystwo zabierało się do odejścia, Loiseau chwiejąc się już na nogach, poklepał go nagle po brzuchu, mamrocząc:
— Wam jakoś, obywatelu, nie wesoło tego wieczora. Nie rzekliście ani słowa.
Wówczas Cordunet szybko podniósł głowę i obrzuciwszy całe towarzystwo spojrzeniem przeszywającem i groźnem, rzekł dobitnie:
— A ja powiadam wam wszystkim, że popełniliście nikczemność!
Wstał z krzesła, skierował się ku drzwiom, raz jeszcze powtórzył: Nikczemność! i zniknął.
W pierwszej chwili słowa te podziałały jak zimny tusz. Zwrócono się do Loiseau, lecz i on nie umiał tego wyjaśnić. Niebawem jednak odzyskał rezon i pokładając się od śmiechu, powtarzał: — Ach, zielone winogrona, mój staruszku, zielone winogrona!
Gdy reszta towarzystwa nie zrozumiała, co to ma znaczyć, Loiseau opowiedział podpatrzone onegdajszej nocy „Tajemnice korytarza“. Wywołały szaloną wesołość. Panie rozochociły się wprost do nieprzytomności. Hrabia i Carré-Lamadon śmieli się do łez; nie mogli poprostu uwierzyć...
— Jakto! Jesteś pan pewny? On chciał...
— Powiadam państwu, że widziałem na własne oczy.
— A ona odmówiła...
— Ponieważ prusak był w sąsiednim pokoju.
— Niemożliwe!
— Ależ przysięgam...
Hrabia dusi się od śmiechu. Fabrykant oburącz trzymał się za brzuch. Loiseau kończył:
— Nic dziwnego, że dziś wieczór nie może mu się ona podobać.
I wszyscy trzej znów się poczęli zanosić od śmiechu.
Ostatecznie trzeba się było rozejść. Pani Loiseau jednak, trochę jadowita w języku, kładąc się już do łóżka, nie zapomniała zwrócić mężowi uwagę, jak „ta dzierlatka“, ta mała Carré-Lamadon cierpko się uśmiechała przez cały wieczór.
— Bo wiesz, jak taka baba warjuje za mundurem, to jej już wszystko jedno, francuz czy prusak. Pożal się Boże, co za ohyda!
Przez całą noc w mroku korytarza słychać było jakby szelesty, lekkie szmery, zaledwie dosłyszalne, raczej podmuchy, stąpanie bosych nóg, od czasu do czasu trzaskanie podłogi. Widocznie działał szampan, mający podobno zakłócać sen.
Nazajutrz rano, śnieg skąpany w jasnem słońcu zimowem, oślepiał wprost swoją białością. Dyliżans, zaprzężony nareszcie, czekał przed domem, a cały rój gołębi w puszystem białem upierzeniu, o czerwonych oczkach z czarną plamką w pośrodku, dreptał poważnie u nóg sześciu koni, szukając pożywienia w dymiącym nawozie zwierząt.
Furman zakutany w kożuch barani, siedział na koźle, paląc fajeczkę, a uradowani podróżni co szybciej pakowali zapasy żywności na dalszą podróż.
Czekano tylko na Kulkę łojową. Nadeszła.
Wydawała się nieco zmieszaną, zawstydzoną; nieśmiało zbliżyła się do towarzyszy podróży, którzy odwrócili się od niej, wszyscy równocześnie, jakby jej wcale nie widzieli. Hrabia z godnością podał ramię swej małżonce, co szybciej usuwając ją z tego nieczystego sąsiedztwa.
Grubaska przystanęła, ogłupiała; następnie, zebrawszy całą odwagę, pozdrowiła żonę fabrykanta, szepcząc pokornie: dzień dobry pani. Tamta odpowiedziała tylko lekceważącem skinieniem głowy, przybierając przytem minę obrażonej cnoty. Wszyscy zdawali się mocno zajęci, trzymając się od niej zdała, jakgdyby w sukniach swych przynosiła zaraźliwą chorobę. Następnie rzucili się do powozu, do którego ona, weszła sama, ostatnia, w milczeniu zajmując to samo miejsce, które zajmowała poprzednio, jadąc do Tôtes.
Udawali jakby jej nie widzieli, nie znali; tylko pani Loiseau, mierząc ją zdaleka wzrokiem pełnym oburzenia, rzekła do męża półgłosem:
— Na szczęście nie siedzę przy niej.
Ciężka bryka ruszyła z miejsca.
Z początku panowało zupełne milczenie. Kulka łojowa nie śmiała podnieść oczu. Miotał nią gniew na tych ludzi, a równocześnie czuła się upokorzoną, że jednak ustąpiła i zhańbioną pocałunkami tego prusaka, w którego ramiona rzucono ją z taką hipokryzją.
Rychło jednak przerwała hrabina to przykre milczenie, zwracając się do pani Carré-Lamadon:
— Zapewne pani zna panią d‘Etrelles?
— Oczywiście, to jedna z mych przyjaciółek.
— Czarująca kobieta!
— Zachwycająca! Prawdziwie wyjątkowa istota, Ogromnie wykształcona, przytem natura nawskroś artystyczna. Prześlicznie śpiewa, a maluje po mistrzowsku.
Fabrykant rozmawiał z hrabią, a wśród brzęku szyb dyliżansu, słychać było od czasu do czasu pojedyńcze słowa: kupony... weksle płatne... premja...
termin...
Loiseau zwędził był w oberży talię starych kart, które od pięciu lat walały się po zatłuszczonych stołach i oto zabierał się z żoną do partyjki.
Siostry Miłosierdzia odmawiały długi różaniec, równocześnie zrobiwszy znak krzyża. Nagle wargi ich zaczęły się poruszać, coraz szybciej i szybciej, niewyraźnie mamrocząc pacierze, jakby na wyścigi. Od czasu do czasu całowały medalik, ponownie się żegnały i znów mamrotały pospiesznie i bez przerwy.
Cordunet siedział nieruchomy, pogrążony w myślach.
Po trzechgodzinnej jeździe Loiseau odłożył karty: — Głód zaczyna dokuczać — oświadczył.
Żona sięgnęła po pakiet, obwiązany sznurkiem i wydobyła kawał zimnej cielęciny. Starannie rozkroiła pieczeń w cienkie plastry, poczem oboje zabrali się do jedzenia.
— A może my także coś zjemy? — spytała hrabina. Wszyscy się zgodzili, więc zaczęła rozpakowywać zapasy, przygotowane dla obydwu rodzin. W podłużnej wazie, której pokrywę zdobił zajączek z fajansu, na znak, że wewnątrz mieści się pasztet zajęczy, leżały stosy soczystego mięsiwa: brunatna dziczyzna, szpikowana białemi plasterkami słoniny, obok mieszaniny innych gatunków mięsa. Na sporym kawałku sera zawiniętego w gazetę odbił się drukiem napis: „rozmaitości“.
Siostry Miłosierdzia rozłożyły przed sobą okrągłą kiełbasę, pachnącą czosnkiem, a Cordunet zagłębiwszy równocześnie obydwie ręce w olbrzymich kieszeniach swego palta, wydobył z jednej cztery twarde jaja, z drugiej kawałek chleba. Obrał jaja, skorupki rzucił pod nogi, w słomę, i zabrał się do jedzenia, a niebawem w ogromnej jego brodzie kruszyny żółtka świeciły niby gwiazdeczki.
Kulka łojowa w swem pomieszaniu i pośpiechu nie mogła o niczem pomyśleć, i oto, zrozpaczona, pieniąc się ze złości, patrzyła na tych ludzi, spokojnie zajadających. W pierwszej chwili porwał ją wściekły gniew i otworzyła już usta, by im rzucić w twarz potok obelg, lecz nie mogła wydobyć głosu ze ściśniętej krtani.
Nikt na nią nie patrzył, nie myślał o niej. Przytłoczoną się czuła pogardą tych uczciwych łajdaków, którzy ją wpierw poświęcili, a następnie odrzucili, jak grat brudny, bezużyteczny. Przypomniała sobie wielki swój kosz, napełniony smakołykami, które pochłonęli z taką chciwością: dwa kurczaki w zastygłej galarecie, pasztety, gruszki, cztery butelki Bordeaux; i nagle gniew jej prysnął, niby sznur zbyt naciągnięty, i zebrało się jej na płacz. Panowała nad sobą ze wszech sił, mocowała się z płaczem, połykała łzy, jak to czynią dzieci, lecz łzy dławiły ją coraz bardziej; wkrótce błysnęły na powiekach i dwie ciężkie krople powoli stoczyły się po policzkach.
Szybko popłynęły inne i niby krople wody spływające po skale, regularnie spadały na okrągłe wzniesienie jej piersi. Siedziała wciąż wyprostowana, z oczyma utkwionemi w jeden punkt, o twarzy bladej i zesztywniałej, pragnąc by nikt nie ujrzał jej łez.
Hrabina jednak ujrzała i dała znak mężowi. Wzruszył ramionami, jakby chciał powiedzieć:
— Alboż ja za to odpowiadam?
Pani Loiseau z uśmiechem triumfu szepnęła:
— Płacze ze wstydu.
Siostry Miłosierdzia znów się zabrały do pacierzy, zapakowawszy do papieru resztę kiełbasy.
Wówczas Cordunet, trawiąc spożyte jaja, wyciągnął swe długie nogi pod przeciwległą ławeczkę, oparł się, skrzyżował ramiona, uśmiechnął się, jak człowiek, który wpadł na dowcipny pomysł, i począł gwizdać Marsyljankę.
Wszystkie twarze zasępiły się w jednej chwili. Ta popularna pieśń nie mogła się podobać jego sąsiadom. Ogarnął ich niepokój, irytacja; miny ich świadczyły, że lada chwila gotowi zacząć szczekać, jak pies na dźwięk katarynki. Zauważył to i wcale nie miał zamiaru przerwać. Od czasu do czasu wyrzucał całe strofki:
Prowadź, o prowadź nas w bój —
Podpieraj nam mściwe ramiona,
Mknęli teraz szybko przed siebie, bo śnieg stał się twardszy, i aż do Dieppe, przez długie nudne godziny podróży, po wyboistej drodze, wśród zapadającego mroku, a następnie w ciemną noc, Cordunet z uporczywą zaciekłością świstał swą pieśń pomsty, zmuszając znużone i zrozpaczone umysły do słuchania tego śpiewu, od początku do końca, do wbijania sobie w głowę każdego słowa, każdego taktu.
A Kulka łojowa wciąż jeszcze płakała. Chwilami łkanie, którego nie mogła powstrzymać, wyrywało się z jej piersi i między jedną strofką a drugą ulatywało w mroki nocy.