Przejdź do zawartości

Ojcobójca (Maupassant, 1927)

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
<<< Dane tekstu >>>
Autor Guy de Maupassant
Tytuł Ojcobójca
Pochodzenie Ojcobójca
Wydawca Wydawnictwo "Taniej Książki"
Data wyd. 1927
Druk Warszawa : I. Haendler
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz anonimowy
Tytuł orygin. Un parricide
Źródło Skany na Commons
Inne Cały zbiór
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron




OJCOBÓJCA



Obrońca obwinionego tłumaczył go pomieszaniem zmysłów. Bo jakżeż usprawiedliwić inaczej tę dziwną zbrodnię?
Pewnego ranka znaleziono, niedaleko Chatou, w krzakach dwa trupy, związane razem, kobietę i mężczyznę, znanych w towarzystwie — ludzi bogatych, młodych. Mężczyzna dopiero przed rokiem ożenił się z tą kobietą, będącą wdową od lat trzech.
Nie mieli nieprzyjaciół, nie okradziono ich. Zdawało się, że ktoś, pobiwszy ich prętem żelaznym, rzucił z brzegu do rzeki.
Śledztwo nic najaw nie wydobyło. Zapytywani flisacy także nic nie mogli powiedzieć; postanowiono już zaniechać tej sprawy, gdy pewien młody stolarz z sąsiedniej wsi, imieniem Jerzy Ludwik, przezwany „mieszczaninem“, zgłosił się jako winowajca.
Na wszystkie pytania odpowiadał tylko: Mężczyznę znałem od dwóch lat, kobietę od pół roku; kazali mi często naprawiać staroświeckie meble, gdyż jestem biegły w swem rzemiośle.
A na pytanie:
— Dlaczego ich zabiłeś? — odpowiadał uparcie:
— Zabiłem, ponieważ chciałem ich zabić.
Ponad to nie można było wydobyć z niego ani słowa. Ten człowiek był zapewne dzieckiem naturalnem, oddanem mamce na wieś, a później zapomnianem. Nazwiska nie miał, tylko imiona: Jerzy Ludwik, ale ponieważ, dorastając, stał się wyjątkowo inteligentnym i okazywał upodobania subtelniejsze niż jego towarzysze, przezwano go „mieszczaninem“, i odtąd było to jego stałem imieniem. Uchodził za bardzo zdolnego w rzemiośle, które sobie obrał, rzeźbił nawet nieźle w drzewie. Uważano go też za popędliwego, za wyznawcę zasad komunistycznych, a nawet nihilistycznych, za zapalonego czytelnika awanturniczych, krwawo-dramatycznych romansów, nadto był wyborcą wpływowym i biegłym mówcą na zebraniach publicznych robotników i wieśniaków.
Obrońca nie przestawał utrzymywać, że obwiniony ma pomieszanie zmysłów, W istocie trudno było przypuścić, aby ten robotnik zabił najlepszych swoich klientów, bogatych i szlachetnych, (przyznał to sam], od których w ciągu dwóch lat wziął za robotę około trzech tysięcy franków (świadczyły o tem jego książki). Jedynem wytłumaczeniem zbrodni mógł być szał, idée fixe wykolejonego, który się mści na dwojgu obywatelach za wszystkich, przyczem adwokat lekko napomknął o przydomku „mieszczanin“, nadanym temu opuszczonemu, i zawołał:
— Czyż to nie ironja i to ironja, mogąca do szału doprowadzić nieszczęśliwego chłopca, nie mającego ani ojca, ani matki? Jest gorącym republikaninem. Co więcej, należy on do tej partji politycznej, którą Rzeczpospolita karała niegdyś śmiercią i wygnaniem, a którą dziś przyjmuje z otwartemi rękami; do partji, dla której zbrodnia jest zasadą, a podpalenie najprostszym środkiem walki. Te smutne nauki, zgodnie potwierdzane zebraniach publicznych, zgubiły go. Słyszał republikanów, kobiety nawet — tak, kobiety! — żądające krwi Gambetty, krwi Grevego; jego słaby umysł uległ pomieszaniu; pożądał krwi, krwi obywateli. Nie jego zatem, panowie, należy potępiać, lecz komunę.
Dały się słyszeć głosy, przyznające mu słuszność. Widać było, że adwokat wygrał sprawę. Prokuratorowie odpowiedzieli milczeniem. Wówczas prezydent zadał oskarżonemu zwykłe pytanie:
— Czy masz dodać coś na swą obronę?
Podsądny wstał. Był małego, wzrostu, włosy miał jasne, barwy lnu, oczy szare, przenikliwe, pogodne. Głos silny, szczery i dźwięczny wychodził z piersi tego szczupłego chłopca i za pierwszem odezwaniem się zmienił opinję, jaką sobie o nim wyrobiliśmy.
Mówił śmiało, tonem deklamacyjnym i tak czysto, że każdy wyraz zosobna słychać było w głębi wielkiej sali:
— Prezydencie, ponieważ nie chcę dostać się do domu warjatów i wolę nawet iść pod gilotynę, więc powiem prawdę:
Zabiłem tego mężczyznę i tę kobietę, ponieważ — byli oni moimi rodzicami...Teraz słuchajcie mię i sądźcie, Kobieta, wydawszy na świat syna, oddała go na wieś do mamki. Czyż wiedziała, gdzie wspólniczka jej zaniosła małą, niewinną istotę, skazaną na wieczną nędzę, na wstyd nieprawego urodzenia i co więcej na śmierć. Opuściła ją bowiem po pewnym czasie, a mamka, nie otrzymując pensji miesięcznej, mogła, jak to się często dzieje, pozwolić jej zginąć, cierpieć głód, umierać z nędzy. Kobieta, która mię karmiła, była uczciwszą, bardziej kobiecą, szlachetniejszą, więcej matką, niż własna matka. Wychowała mię. Zbłądziła może, spełniając swój obowiązek, Lepiej jest pozwolić ginąć tym nieszczęśliwym istotom, tułającym się po wsiach przedmiejskich, wyrzuconym jak niepotrzebne śmiecie. Wzrosłem z tem uczuciem nieokreślonem, że ciąży na mnie hańba. Inne dzieci nazywały mię kiedyś „bękartem”. Nie wiedziały, co znaczy ten wyraz, usłyszany przez jedno z nich od rodziców. I ja nie znałem jego znaczenia, lecz przeczuwałem je. Byłem, mogę powiedzieć, jednym z najzdolniejszych w szkole. Byłbym człowiekiem, panie prezydencie, człowiekiem wyższym od innych, gdyby rodzice moi nie byli popełnili zbrodni, opuszczając mnie. Tę zbrodnię popełnili oni. Byłem ofiarą — oni winowajcami. Byłem bezbronnym — oni nie mieli nade mną litości. Obowiązkiem ich było kochać mię, nie odrzucać.
Byłem im winien życie — ale czyż życie jest darem? Moje, w każdym razie, było; tylko nieszczęściem, Po ich haniebnem opuszczeniu, winien im byłem tylko zemstę. Dopuścili się oni względem mnie czynu najwięcej nieludzkiego, najohydniejszego, najpotworniejszego, jaki można popełnić względem istoty żyjącej, Człowiek znieważony uderza, człowiek okradziony odbiera swe dobro przemocą. Człowiek oszukany, wyszydzony, umęczony — zabija; człowiek spoliczkowany — zabija. Ja zostałem więcej okradziony, oszukany, umęczony, spoliczkowany moralnie, shańbiony, niż wszyscy ci, których złość rozgrzeszacie. Zemściłem się, zabiłem. Prawo to słusznie mi przysługiwało. Zabrałem ich życie szczęśliwe wzamian za moje straszne, które mi narzucili. Powiecie, że to zbrodnia — ojcobójstwo, Byliż oni moimi rodzicami, oni, dla których byłem wstrętnym ciężarem, postrachem, plamą sromotną; dla których moje urodzenie było klęską, a moje życie groźbą wstydu? Szukali samolubnej przyjemności — przeznaczenie dało im niespodziewanie dziecko — usunęli je więc ze swej drogi. Przyszła na mnie kolej odwetu. Mimo wszystko byłem ostatecznie jeszcze zdolnym ich ukochać. Dwa lata temu, jak to1 już mówiłem, ten człowiek, mój ojciec, wszedł do mnie po raz pierwszy, Nie miałem wówczas żadnych podejrzeń. Zamówił u mnie dwa jakieś sprzęty. Dowiedziałem się później, że wypytywał o mnie proboszcza, naturalnie, w największej tajemnicy. Zachodził do mnie często, dawał mi robotę i płacił dobrze. Czasami nawet rozmawiał o tem lub owem. Ja także czułem do niego sympatję. Na początku tego roku przyprowadził swą żonę, a moją matkę, Kiedy weszła, drżała tak silnie, że zdawało mi się, iż cierpi na jakąś chorobę nerwową. Poprosiła o krzesło i szklankę wody, Nie mówiła nic; patrzyła na meble wzrokiem obłąkanym i odpowiadała tylko: tak i nie, często niewłaściwie, na wszystkie pytania, jakie jej zadawałem. Następnego miesiąca znowu przyszła do mnie. Była spokojna, panią siebie. Tym razem bawili dosyć długo, rozmawiali i zrobili duże zamówienie. Widziałem ją jeszcze trzy razy, niczego się nie domyślając. Ale oto jednego dnia zaczęła mi mówić o mojem życiu, dzieciństwie, rodzicach. Odpowiedziałem jej; moi rodzice byli nikczemni, gdyż mnie opuścili. Wtedy ręką przycisnęła serce i padła bez zmysłów. Pomyślałem zaraz; to moja matka, ale starałem się nie dać tego po sobie poznać. Chciałem, żeby tu jeszcze raz przyszła. I ja się także trochę poinformowałem. Dowiedziałem się, że się pobrali dopiero zeszłego lipca, i że moja matka była poprzednio wdową od trzech lat. Szeptano też, że się kochali za życia pierwszego męża, ale nie było na to żadnego dowodu. Ja to byłem owym dowodem, dowodem, który ukrywano z początku, mając nadzieję zniszczyć go w przyszłości. Czekałem. Zjawiła się pewnego wieczoru w towarzystwie mego ojca. Tego dnia wydawała się bardzo wzruszona, nie wiem dlaczego. Odchodząc powiedziała mi: Życzę ci dobrze, bo wyglądasz na uczciwego chłopca i robotnika; niedługo zapewne pomyślisz o ożenieniu się; pomogę ci w wyborze żony, któraby ci się podobała. Ja raz wyszłam zamąż, niezgodnie z mojem sercem, i wiem, ile to sprowadza cierpień. Teraz jestem bogatą, bezdzietną, swobodną, panią swego majątku. Oto masz na założenie gospodarstwa. I dała mi dużą kopertę zapieczętowaną.
Spojrzałem na nią uważnie i rzekłem: — Jesteś moją matką?
Cofnęła się o trzy kroki i zakryła oczy ręką, aby mnie nie widzieć. On, ojciec mój, podtrzymywał ją, wołając: — Oszalałeś chyba!
Odpowiedziałem mu: — Wcale nie. Wiem dobrze, że jesteście moimi rodzicami. Nie tak łatwo mię oszukać. Przyznajcie to, a zachowam tajemnicę, nie będę miał do was żalu; pozostanę, czem jestem, to jest stolarzem.
Cofał się ku wyjściu, podtrzymując ciągle żonę, która zaczęła łkać. Pobiegłem zamknąć drzwi, włożyłem klucz do kieszeni i znów zacząłem: — Popatrz-że na nią i powtórz jeszcze, że ona nie jest moją matką!
Wtedy uniósł się, zbladł, przerażony myślą, że skandal, którego zdołali uniknąć dotąd, mógł nagle wyjść najaw, że ich pozycja towarzyska, honor upadłby odrazu. Zaczął jąkać: Jesteś łajdakiem, chcesz od nas wyłudzić pieniądze. Tak to warto pomagać motłochowi, tym gburom, popierać ich i ratować.
Moja matka zrozpaczona powtarzała ciągle; Chodźmy, chodźmy.
Ponieważ drzwi były zamknięte, zawołał; Jeżeli mi nie otworżysz w tej chwili, każę cię wpakować do więzienia za zbrodnię gwałtu.
Zachowałem zupełną równowagę, otworzyłem drzwi, a oni zniknęli w ciemności. Wtedy doznałem uczucia, jakbym nagle został sierotą opuszczonym, strąconym w przepaść. Ogarnął mię straszny smutek, połączony ze złością, nienawiścią, zniechęceniem; cała moja istota buntowała się, oburzała przeciw sprawiedliwości, honorowi, odepchniętemu uczuciu. Zacząłem gonić ich brzegiem Sekwany, drogą, którą musieli iść, chcąc się dostać na dworzec kolei w Chatou. Wkrótce ich dopędziłem. Zapadła noc czarna. Szedłem cicho po trawie, tak, że mnie nie słyszeli. Matka moja płakała ciągle. Ojciec zaś mówił; To twoja wina. Co ci na tem zależało, aby go koniecznie zobaczyć. Było to szaleństwem w naszej sytuacji. Można było wspomagać go zdalekia, nie zbliżając się osobiście. Nie możemy go przecież uznać, nacóż więc zdały się te niebezpieczne odwiedziny?
Usłyszawszy to, rzuciłem się ku nim, błagając: Widzicie więc, że jesteście moimi rodzicami! Porzuciliście mnie już raz, odepchniecież i teraz?
Wtedy, panie prezydencie, on podniósł rękę na mnie, przysięgam to na honor, na prawo, na Rzeczpospolitą. Uderzył mię, a kiedy ja chwyciłem go za kołnierz, wyciągnął z kieszeni rewolwer. Czerwono mi się zrobiło przed oczami, nie wiedziałem co się ze mną dzieje, miałem w kieszeni cyrkiel, uderzyłem go nim z całej siły.
Ona zaczęła krzyczeć: Na pomoc! zbrodniarz! wyrywając mi brodę. Zdaje się, że i ją zabiłem także. Czyż ja wiem, co wtedy zrobiłem?
Następnie, widząc oboje leżących na ziemi, wrzuciłem ich do Sekwany, nie zastanawiając się nad tem, co robię. Otóż i wszystko, A teraz! sądźcie mnie.
Obwiniony usiadł. Wskutek tego wyznania sprawa odłożoną została do następnego posiedzenia. Odbędzie się ono niezadługo, Gdybyśmy my byli sędziami, jak postąpilibyśmy z tym ojcobójcą?




Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Guy de Maupassant i tłumacza: anonimowy.