Ojciec zadżumionych

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Juliusz Słowacki
Tytuł Ojciec zadżumionych
Podtytuł W El-Arish
Pochodzenie Dzieła Juliusza Słowackiego tom III
Redaktor Henryk Biegeleisen
Data wydania 1894
Wydawnictwo Księgarnia Polska
Drukarz Drukarnia i litografia Pillera
i Spółki
Miejsce wyd. Lwów
Źródło Skany na commons
Inne Cały tekst
Indeks stron
Artykuł w Wikipedii Artykuł w Wikipedii



OJCIEC ZADŻUMIONYCH.

W EL-ARISH.



Dla objaśnienia następnego poematu potrzeba mi nieodbicie powiedziéć kilka słów o kwarantannie na pustyni między Egiptem a Palestyną blisko miasteczka El-Arish. Wymysłem to jest dziwnym Mohameda Ali, że między dwóma swojemi państwami, zaznaczył myślą na błędnym piasku granicę, i pod karą miecza zmusił wolne beduiny rozbijać w tém miejscu namioty i żyć przez dni kilkanaście pod dozorem straży i doktora; inaczéj zaś z Egiptu do Syryi dostać się nie mogą. Podróżując na wielbłądzie musiałem podobnemu uledz losowi. Po ośmiu dniach drogi przybyłem z Kairu na smutną dolinę piaszczystą, abym na niéj przez dni dwanaście zamięszkał. Z razu pojąć nie mogłem, jak miejsce puste, bez żadnego domu, błędnym piaskiem zawiane, mogło prawu ludzkiemu podlegać; ale miecz Baszy zdawał się wisieć w błękitném niebie, nad głową moich przewodników Arabów, bo przybywszy na dolinę kwarantanny, kazali zaraz uklęknąć wielbłądom, a w twarzach ich czarnych widać było głębokie poddanie się ludzi wolnych pod prawo strasznego człowieka. Przybył Doktor z miasteczka El-Arish, pierwsze to było miasteczko które od wyjazdu z Kairu obaczyłem z daleka, a doktor pierwszym napotkanym człowiekiem. Pan Steble, tak się nazywał ów lekarz, emigrant włoski, ożeniony świeżo z panną Malagamba, sławną pięknością na Wschodzie, o któréj Lamartine z takiém uniesieniem rospowiada; starał się natychmiast mój pobyt pod otwartém niebem jak najwygodniejszym uczynić; wydał ze składu kilka namiotów dla naszéj podróżnéj gromadki; a jak się późniéj dowiedziałem, rączki jego żony, grzęzły w białéj i srebrnéj mące, aby mi na chlebie Europejskim nie zabrakło. Rozłożywszy się pod namiotem przywykać zacząłem do smutnego widoku, który mnie otaczał. Opodal nieco rzeczka sucha prawie aż do dna, przerzynała piasku dolinę, i szła do morza, za nią szara wstęga palmowych lasów; od północy błękitna szarfa morza śródziemnego roztrącała się o piasek i smutnym gwarem fal napełniała ciche nad pustynią powietrze; nad morzem zaś, na piramidalnéj piasku mogile błyszczał białą kopułą mały grobowiec Szecha, straszny, albowiem tam w jego lochach składano umarłych z dżumy; a zaś architektura jego i żółtawa białość nadawały mu pozór kościotrupa. Z innych stron wzgórza piaskowe i na nich straży namioty, i patrzący na kwarantannę strażnicy w jaskrawych orjentalnych ubiorach; w środku zaś doliny niby stożec piaskowy z którego muezin obwoływał donośnym głosem wielkość Boga rano, wieczorem i w nocy. Wszystkie te obrazy czytelnik drugi raz odbite znajdzie w następującéj powieści; a pokażą się mu we właściwszém świetle, albowiem je zobaczy przez łzy ludzkie. Co do mnie, przywykać zacząłem do mego namiotu i podobałem sobie w ciszy piaskowego stepu i w szumie morza, do którego brzegów pozwalano mi chodzić wziąwszy z sobą jednego z kwarantanny strażników. W wigiliją Bożego Narodzenia (1836 r.) kiedy z téj spokojnéj pustyni myśli moje odbiegły aż do dalekiéj ojczyzny mojéj, i ku owym dniom które dawniéj spędzałem na ucztach w gronie rodzinném: okropna burza, przewiewana wichrem z morza czerwonego na śródziemne, gruchnęła w nocy i polała się deszczem piorunów na mój namiot oddalony od ludzi. W smutne i zamyślone o kraju serce, zaczęło wchodzić powoli przerażenie... Szeleszczący od wichrów i deszczu namiot chwiał się nademną, i zaczerwieniony od piorunów wydawał się ognistym i strzegącym łoża bezsennego cherubinem... Wicher mi zgasił światło, a wilgotny knot na nowo zapalić się nie chciał. Próżne tu byłyby opisy; albowiem wielkością Biblijną nacechowana była ta burza w pustyni — Anhelli myślał że już przyszedł wicher który go z ziemi zwieje i zaniesie w krainę cichą — przeszła jednak ta bezsenna noc zgrozy, a gdy nad rankiem wyszedłem z namiotu, chmury żelazne okrywały niebo i drobny deszczyk zasmucał powietrze. Ale nie tu był koniec przestrachów; krzyk Arabów uwiadomił mnie o nowém niebespieczeństwie: owa rzeczka, gdzie wczora zaledwo nitka wody sączyła się po piaskowém korycie, nabrzmiała nocną ulewą, i srebrnemi płetwami prosto biegła roztoczyć się po dolinie, na któréj stały nasze namioty; zaledwo kilka chwil czasu zostawało do ratunku, unieśliśmy za pomocą Arabów namioty nasze na najbliższe wzgórze piaskowe a zaraz po nas, przyszła woda napełnić owe kręgi piaskowe, które jako ślady naszych zerwanych domów, zostały w dolinie. Zziębły i ponury patrzałem ze wzgórza na tryumf téj biednéj rzeczki, a patrząc tak, dziwnego doznawałem wrażenia. Bez dachu, bez ognia, bez pokarmu, doznawszy morskiego prawie na ziemi rozbicia; nie mogłem jednak udać się do bliskiego miasteczka gdzie byli ludzie, ani prosić aby mię pod dach jaki przyjęto, i przy gościnném posadzono ognisku. A mogły nadejść okropniejsze burze, mogło nareszcie przyjść morze i zatopić wzgórze na którém stałem; a wszystko to trzeba było własnemi siłami wytrzymać, ocalić się lub zginąć, pod okiem ludzi którzy się mnie i rzeczy moich dotknąć nie mogli i nie śmieli. Wyjaśniło się na koniec niebo, a ja nauczony doświadczeniem, już nie w dolinie, lecz na wzgórzu najwyższém rozbiłem namiot; i przyszły dnie pogodne, ciche; spokojnie płynące w pustyni. Drogman mój Soliman, sławny z tego i chełpliwy że był niegdyś tłómaczem Champoliona, Roseliniego, Fresnela i wielu innych, opowiadał mi o swoich dawnych panach różne drobne szczegóły ich podroży i ze mnie zapewne zbierał zapas małych postrzeżeń, któremi będzie bawił przyszłych wędrowników. Wieczorem zaś, usiadłszy na ziemi u wejścia do namiotu, piękny ten Arab, z długą brodą, oświecony wzierającym między płutna xiężycem; śpiewał mi strofy z poematów arabskich; których dźwięk niezrozumiany i smutna nuta, kołysały mnie do snu. A wtenczas — może mnie anioł snów okrywał płaszczem rycerza Solimy, i naznaczał krzyżem czerwonym na piersiach, a zaś Araba tego przemieniał w giermka śpiewającego smutne dumy z ziemi rodzinnéj. Lecz dosyć już o tym śnie tajemniczym życia mojego, o tym złotym stepie, i o tym namiocie gdzie miałem chwile spokojne, gdzie budząc się przez roztworzone płutno, oczy moje napotykały konstellacyą Oriona, tak podobną do gwiaździstéj lutni zawieszonéj przez Boga nad biednym namiotem błędnego polaka. Dosyć o tym cichym tygodniu życia — przeminął. — Wielbłądy moje znów uklękły przedemną i podniosły się z pielgrzymem zadumanym, wyciągając długie wężom podobne szyje ku grobowcowi Chrystusowemu: a kiedy już byłem o godzinę drogi ku wschodowi, obróciłem się na siodle aby raz jeszcze spójrzéć na mój namiot zielony; obaczyłem go na wzgórzu i zdawało mi się że sam wyszedł na miejsce wysokie aby mnie pożegnać; a czy to ludzie pakując rzeczy, czyli też sam namiot nie czując już w sobie mieszkańca: wyrwał kilka kołów z piasku i skrzydłem powiewał za mną; pokazując mi swoje łono czarne i puste. — Odwróciłem się od téj rzeczy co miała serce rozdarte po mnie. A wkrótce zaczęły się pokazywać na piasku lilije białe, zwiastując że się zbliżam do żyźniejszéj krainy: i pomyślałem, że na te same kwiaty obróciwszy oczy mówił Chrystus do uczniów swoich, aby się nie troszczyli o jutro i o rzeczy z tego świata; patrząc na lilije które Bóg odziewa.

Oto jest opis kwarantanny odbytéj przezemnie na pustyni; gorszą daleko wysiedział ów starzec opowiadający nieszczęścia swoje w następnym poemacie. Historya jego boleści nie jest całkowicie zmyśloną: opowiadał mi ją doktor Steble któremu tak za nią, jako za chleby i za uprzejmość dla mnie, podziękowałbym tutaj, gdybym wiedział że te kilka wyrazów znajdzie go na pustyni. Ale czémże jest dla niego wspomnienie w niezrozumiałym języku, i wymówione głosem który zaledwo się tak roschodzi jak kręgi na wodzie po rzuconym do niéj kamieniu.


PL Dzieła Juliusza Słowackiego T3 s 134.png





Trzy razy xiężyc odmienił się złoty,
Jak na tym piasku rozbiłem namioty.
Maleńkie dziecko karmiła mi żona,
Prócz tego dziecka, trzech synów, trzy córki,
Cała rodzina dzisiaj pogrzebiona       5
Przybyła ze mną. Dziewięć dromaderów
Chodziło co dnia na piasku pagórki,
Karmić się chwastem nadmorskich ajerów;
A wieczór — wszystkie tu się kładły wiankiem,
Tu, gdzie się ogień już dawno nie pali.       10
Córki po wodę chodziły ze dzbankiem,
synowie moi ogień roskładali,
Żona z synaczkiem przy piersiach, warzyła.
Wszystko to dzisiaj tam — gdzie ta mogiła
Promienistemu słońcu się odśmiecha,       15
Wszystko tam leży pod kopułką Szecha.
A ja samotny wracam — o! boleści!
Trzy razy wieków przeżywszy czterdzieści;
Odkąd do mego płóciennego dworu
W téj kwarantannie wszedł anioł pomoru.       20

O! niewiadoma ta boleść nikomu
Jaka się w mojém sercu dziś zamyka!
Wracam na Liban, do mojego domu —
W dziedzińcu moim pomarańcza dzika
Zapyta: starcze! gdzie są twoje dziatki? —       25
W dziedzińcu moim córek moich kwiatki
Spytają: starcze! gdzie są twoje córki?
Naprzód błękitne na Libanie chmurki
Pytać mię będą o synów, o żonę,
O dzieci moje, wszystkie, pogrzebione       30

Tam pod grobowcem tym okropnym Szecha —
I wszystkie będą mię pytały echa,
I wszyscy ludzie, czy wracam ze zdrowiem
Pytać się będą — Cóż ja im odpowiem?!

Przybyłem. Namiot rozbiłem na piasku.       35
Wielblądy moje cicho się pokładły;
Dziecko, jak mały aniołek w obrasku
Karmiło wróble, a ptaszęta jadły,
Aż do rąk prawie przychodząc dziecinie —
Widzisz tę małą rzeczułkę w dolinie?       40
Od niéj wracała najmłodsza dziewczyna,
Z dzbankiem na głowie, prościutka jak trzcina.
Przyszła do ognia i wodą z potoku
Śmiejąc się lekko trysnęła na braci —
Najstarszy — z ogniem zapalonym w oku       45
Wstał, dzbanek wody chwycił w drżące dłonie;
I rzekł: sam Bóg ci za wodę zapłaci,
Bo chcę pić jak pies, bo ogień mam w łonie.
To mówiąc wodę wypiwszy ze dzbana,
Powalił się tu jak palma złamana.       50
Przybiegłem — nie czas już było ratować. —
Siostry go chciały martwego całować;
Krzyknąłem wściekły: niech się nikt nie waży!
Porwałem trupa i rzuciłem straży;
Aby go wzięła na żelazne zgrzebła,       55
I tam gdzie grzebią zarażonych grzebła.
A od téj nocy tak pełnéj boleści,
Naznaczono mi nowych dni czterdzieści.

Téj saméj nocy Hafne i Amina,
Umarły leżąc na łożu przy sobie.       60
A patrz! — tak cicho umiérały obie!
Że choć po śmierci majmłodszego[1] syna
Oczy się moje do snu nie zawarły,
A nie słyszałem jak obie umarły.
I nawet matka własna nie słyszała,       65
Choć wiém że także téj nocy nie spała.
Rankiem, obiedwie sine jak żelazo,
Dwie moje córki, zabite zarazą,

Wywlec kazałem strażnikom z namiotu;
I porzuciły nas! — i bez powrotu!...       70
A jak dorosłym przystoi dziewicom,
Włosami ziemię zamiotły rodzicom.

Widzisz te słońce w niebie lazurowém?
Zawsze tam wschodzi za lasem palmowym,
Zawsze zachodzi za tą piasku górą;       75
Zawsze te niebo nie splamione chmurą:
A mnie się zdało wtenczas, nie wiém czemu,
Że słońce, słońcu nie równe złotemu;
I już nie takie jakie było wczora,
Ale podobne do słońca upiora.       80
A niebo które patrzało na zgubę
Mego rodzeństwa, moich trojga dzieci;
Tak mi się mgliste zdawało i grube
Ziemi wyziewem i słońca purpurą;
Że nie wiedziałem czy pacierz doleci,       85
Do Pana Boga co się zakrył chmurą.

I tak dni dziesięć przeszło, choć nie skoro.
Reszta mych dzieci żyła — wszystko czworo.
Małżonka moja serca miała lżejsze,
I nawet moje dzieciątko najmniejsze       90
Żyło, i kwiatkiem nie chciało usychać —
Ja sam nareszcie zacząłem oddychać;
Bo nie wierzyłem żeby wziąwszy troje
Bóg mi chciał zabrać wszystkie dzieci moje.

O! była to więc piekielna godzina!       95
Gdy patrząc na twarz najmłodszego syna
Śmierć zobaczyłem. — Ach ja go tak strzegłem! —
Pierwszy na twarzy znak wystąpił drobny;
Niktby nie dostrzegł — ja ojciec spostrzegłem.
On do tamtego stawał się podobny;       100
Stawał się jak mój trup pierworodzony
Z jasnego blady, z bladego czerwony.
Patrzę! — Na twarzy plam żelaznych krocie, —
Więc zawołałem głośno: śmierć w namiocie!

I pochwyciwszy go z takiemi trądy,       105
wyniosłem na step, pomiędzy wielblądy;
Aby go tam śmierć zgryzła do ostatka;
I żeby na to nie patrzała — matka.

Przy konającym czuwaliśmy bliscy
Ja z wielblądami — na kolanach wszyscy.       110
Łamałem ręce i wołałem głośno:
Oby nie umarł! lub się był nie rodził! —
A tam nad palmy, z twarzą nielitośną,
Gdy konał mój syn, blady miesiąc wschodził:
I patrzał: — tego z pamięci nie zatrzéć!       115
I nie wiem jak ten sam miesiąc mógł patrzéć?
Gdy skonał w moim ojcowskim uścisku,
Chciałem go spalić na popioł w ognisku:
Lecz ledwie ogień zaczął biedz po szacie,
Wyrwałem trupa i rzuciłem straży —       120
Poniosło mi go czarnych dwóch grabarzy,
I lepiéj mu tam przy siostrach i bracie.
Od tego zgonu i od téj boleści,
Naznaczono mi nowych dni czterdzieści.

Pod kręgiem słońca jako krew czerwonym,       125
I pod namiotem tym zapowietrzonym,
Żyliśmy, słowa nie mówiąc do siebie,
I śmierć przed samą śmiercią udawali:
Myśląc że Boga oszukamy w niebie,
Że się ten bałwan zarazy przewali. —       130
Powrócił! — Anioł powrócił morderca!
Ale mnie znalazł bez łez i bez serca,
Już omdlałego na boleści świeże,
Już mówiącego: niech Bóg wszystko bierze!
Miałem na syna trzeciego cierpienia,       135
Powieki bez łez, i serce z kamienia.
Boleść już była jako chleb powszedni.
I pod oczyma mi konał mój średni,
Najmniéj kochany w mém rodzinném gronie,
I najmniéj z dzieci płakany po zgonie.       140
To téż Bóg jemu wynagrodził za to,
Bo mu dał cichą śmierć i lodowatą,

Bez żadnych bolów, bez żadnych omamień.
Skonał i skościał, i stał się jak kamień,
A tak okropnie po śmierci wyglądał,       145
Jakby już próżnych naszych łez nie żądał,
Ale chciał tylko lice swoje wrazić
W serca nieczułe, oczy nam przerazić,
I wiecznie zostać w rodziców pamięci,
Z twarzą co woła — jesteście przeklęci! —       150

Skonał. Myślałem wtenczas — o! rospaczy! —
Że jeśli reszcie Pan Bóg nie przebaczy,
Jeśli Anioła śmierci przyszle po nie:
Dziecko mi weźmie — żonę — a po żonie
Mnie nieszczęsnego zawoła przed Stwórcę.       155
Córka! — Ja myśleć nie śmiałem o córce!
I trwoga o nią nie gryzła mię żadna.
Ach ona była młoda! taka ładna!
Taka wesoła, kiedy moją głowę
Do lilijowych brała chłodzić rączek,       160
Kiedy zrobiwszy z jedwabiu osnowę,
Około cedru biegała po trawie,
Jak pracowity snując się pajączek.
Patrz! i ten pas mój błyszczący jaskrawie
Ona robiła — i te smutne oczy       165
Ona rąbkami złocistych warkoczy
Tak przesłaniała; że patrzyłem na nią
Jako na róże, przez łzy i słońce.
Ach, ona była domu mego panią!
Ona jak jaśni anieli obrońce,       170
Najmniejsze dziecko w kołyseczce strzegła.
I gdzie płacz jaki słyszała tam biegła;
I wszystkie nasze opłakała ciosy,
I wszystkie nasze łzy — wzięła na włosy.
Dziesięć dni przeszło, i nocy tak długich,       175
Że śmierć już mogła na gwiazdy odlecić.
Dziesięć dni przeszło, dziesięć nocy drugich
Przeszło — nadzieja zaczynała świecić.....
Po dzieciach ustał wielki płacz niewieści,
I naliczyliśmy ranków trzydzieści.       180
Nareszcie zbywszy pamięci i mocy

Położyłem się i zasnąłem w nocy.
I we śnie, w lekkie owinięte chmury,
Ujrzałem moje dwie umarłe córy.
Przyszły za ręce trzymając się obie;       185
I pozdrowiwszy mię pokojem w grobie,
Poszły oczyma cichemi błyszczące
Nawiedzać inne, po namiocie śpiące.
Szły cicho, zwolna, schylały się nisko,
Nad matki łożem, nad dziecka kołyską;       190
Potém, na moją najmłodszą dziewczynę
Obiedwie, ręce położyły sine!
Budzę się z krzykiem i umarłą dziatwę
Klnąc wołam dziko: Hatfe! moja Hatfe!
Przyszła jak ptaszek cicho po kobiercu,       195
Rzuciła mi się rączkami na szyję;
I przekonałem się że Hatfe żyje,
Słysząc jéj serce bijące na sercu.
Ale nazajutrz grom przyszedł uderzyć —
Córka!!! — Lecz na co z boleścią się szerzyć?       200
I te mi dziecko sroga śmierć wydarła!
I ta mi córka na rękach umarła!
A była jedna najstraszniejsza chwila —
Kiedy ją bole targały zabójcze
Wołała: ratuj mię! ratuj mój ojcze!       205
I miała wtenczas czerwone usteczka,
Jak młoda róża kiedy się rozchyla. —
I tak umarła ta moja dzieweczka,
Że mi się serce rozdarło na ćwierci —
A piękna była jak Anioł — po śmierci!       210

Przyszli nademną płakać nieborakiem
Strażnicy; przyszli mi wydrzeć to ciało.
I nie ostróżni zaczepili hakiem —
Hak padł na pierś jéj twardą, krągłą, białą...
I tu — Bogdajby jak ja nie umarli! —       215
Tu ją pod memi oczyma rozdarli. —
Ty im to Boże niebieski spamiętasz!
Wziąłem ją — i sam zaniosłem na cmentarz.

Z założonemi na piersiach rękoma
Siedziała trzy dni matka nieruchoma,       220

W kącie namiotu żółta jakby z drewna.
Dziecina stała się blada i rzewna;
Bo mléko matki zaczęło wysychać,
I co dnia było płacz w kołysce słychać.
A ta pustynia — nie masz dzieci w grobie!       225
Ona inaczéj wydaje się tobie,
Może złocista, jasna i weselna?
Lecz dla mnie, jest to równina piekielna!
Przez tę równinę, przez te piasku kupy,
Ciągnięto śniade moich dzieci trupy.       230
A tam na wzgórzu, kędy morze bije;
Dla ciebie szumi morze — dla mnie wyje;
A kiedy z wichrem na brzegi nie skacze,
Dla ciebie szemrze tylko — dla mnie płacze.
Co dnia gdy przyszła wieczorna godzina,       235
Śpiewającegom słyszał muezina:
Jakby się nad mym ulitował losem,
Zaczął smutniejszym obwoływać głosem;
Krzycząc ze swego piaskowego stoga
Nieszczęśliwemu ojcu — wielkość Boga.       240
O! Bądźże mi ty pochwalony Alla!
Szumem pożaru co miasta zapala,
Trzęsieniem ziemi co grody wywraca,
Zarazą która dzieci mi wytraca,
I bierze syny z łona rodzicielki.       245
O! Allach! Akbar Allach! jesteś wielki!

Wszystko co miało tylko twarz człowieka
Zaczęło stronić odemnie zdaleka.
Namiotu mego — córki go uprzędły —
Płutna na rosie poczerniały, zwiędły,       250
I podarły się, i lekko napięte
Były jak próchna z ludzkich trumien zdjęte.
Zarazę było znać na tym namiocie —
I wiesz? że nawet tych wróbelków krocie,
Co zlatywały się tutaj o brzasku,       255
Jeść okruszyny i kąpać się w piasku;
Odkąd mi dzieci zaczęło ubywać,
Po żer przestały się wszystkie zlatywać.
Czy odstraszyło je podarte płutno

Namiotu mego? czy twarz moja biedna? —       260
Nie przyleciała z ptaszyn ani jedna
I spostrzegłem to — i było mi smutno.

Po córce w pięć dni — o! Boże mój! Boże!
Z wieczora huczéć już zaczęło morze,
I słońca się krąg pochował ponury,       265
I niebo czarne zaciągnęły chmury.
Noc przyszła, dotąd w pamięci ohydna,
Ciemna, od gromów czerwoności widna.
Jeszcze dziś czuję i widzę i słyszę,
Słyszę, jak namiot gęste sieką deszcze,       270
Jak się rozciąga, jak głucho szeleszcze,
Jak się nademną w ciemności kołysze
I od piorunów się cały czerwieni,
Podobny grobom szatańskim z płomieni.
Zdawało mi się za burzy łoskotem       275
Żem słyszał martwe dzieci, za namiotem,
Wszystkie jęczące przeraźliwie, głucho.
Więc natężałem wzrok, serce i ucho;
I z przerażeniem rozmyślałem w sobie,
Jak moim dzieciom takiéj nocy w grobie?       280

I nagle. — czemuż ta śmierć tak zdradziecko!
Tak cicho weszła pod namiotu żagle?! —
Grom spadał hucząc po gromie — i nagle
W kołysce z cicha zapłakało dziecko —
A płacz ten musiał być strasznym wyrazem....       285
Bo zaraz — matka — ja — oboje razem —
Rzuciliśmy się gdzie robaczek lichy...
A choć dziecięcia jęk był bardzo cichy:
To tak wydawał się obójgu głośny,       290
I tak rozdarty, i taki żałośny,
I tak z głębokich wnętrzności wyjęty!
I tak rozumny! i taki przeklęty!!!
Żeśmy oboje biegli gromem tknięci,
I bez nadziei już! i bez pamięci!

I nie zawiodło przeczucie żałoby!       295
Umarło — z takiéj jak tamte choroby.

I poszło leżeć między trupy bratnie,
Moje najmilsze!.. i moje ostatnie!!!
Śmierć mi go czarna wzięła nie litośnie.
I już nie wróci! ani mi urośnie!       300
Ani go kiedy mój dom już zobaczy! —
I już nie wróci nigdy! — o! rospaczy!!!

Noc przyszła druga, błyszcząca gwiazdami.
Byliśmy z matką w namiocie — przed nami
Leżało dziecko na stole, nie żywe,       305
Nieruchomością śmierci przeraźliwe.
Uczułem wtenczas patrząc na tę postać,
Że gdyby mogło choć tak z nami zostać,
Przez wszystkie lata — choć tak, nie inaczéj —
Ubyło by mi z serca pół rospaczy.       310
A te już — ani zarazy strażnicy,
Ani ja niosłem do Szecha kaplicy,
Gdzie się nam trupia otwiérała brama:
Ale je matka tam zaniosła sama.

W namiocie pustym ja zostałem z żoną.       315
Ale czy pojmiesz? — zamiast nas połączyć
Boleść obójgu nam rozdarłszy łono,
Zaczęła jakieś jady w serca sączyć,
I teraz chyba je sam Bóg oczyści.
Smutek podobny był do nienawiści,       320
I stanął czarny, wielki, między nami.
Więc rozłączeni byliśmy i sami.
I nie mówiliśmy do siebie słowa —
bo powiedz, jakaż być mogła rozmowa,
W pustym namiocie między mną i żoną?       325
Pomiędzy ojcem i matką tych dzieci?..
Słonce wschodziło w upały czerwono,
Co dnia tonęło tam gdzie teraz świeci,
Jak jaka skrawa pożaru pochodnia. —
Więc tak bezdzietnym było — i tak co dnia —       330
Cisza ogromna namiot nasz zaległa.
Chyba mysz jaka w xiężycu przebiegła;
Zgoła innego jęku nie szelestu....
Doczekaliśmy więc tak dni czterdziestu.

I kwarantanny przybyli lekarze,       335
Głęboko patrząc w nasze smutne twarze.
Widziałem jak się każdy z nich zadziwiał;
Bo nachyliłem się był i posiwiał.
A żona moja od niespań i troski.
Była jak bursztyn, albo żółte woski;       340
Na głowie miała z włosów siwych wieniec,
Jakiś okropny ceglany rumieniec,
A oczy pełne takiéj błyskawicy
Jak ci co wyjdą na słońce z ciemnicy.
Lekarz nam kazał w sustawy uderzyć,       345
Tam gdzie zaraza pierwsze rzuca strupy —
Zdrów byłem. — Ludzie! czy będziecie wierzyć?
Ja co me wszystkie całowałem trupy,
Z téj kwarantanny wychodziłem zdrowy:
Żona, co nawet nie tknęła połowy,       350
Nad piersiami się uderzywszy, zbladła,
I zachwiała się z jękiem — i upadła.
A ja na ręce wziąłem trup niewieści,
Zaniosłem w namiot i rzuciwszy brzemię
Upadłem przy niéj, jak martwy na ziemię.       355
I obudziłem się — na dni czterdzieści...

Przed samą śmiercią wyznała mi matka,
Że chciała z grobu swojego dzieciątka
Jakiéj pamiątki, kamienia, lub kwiatka,
Włoska w złocistych na głowie obrączkach;       360
I ta po dziecku umarłém pamiątka —
Patrzaj! obrazek ten co trzymał w rączkach,
Te włoski złote i tak dzisiaj święte,
W mogiłce z główki maleńkiemu zdjęte —
Bo biedna matka miała tyle mocy,       365
Że odkopała dziecko o północy;
Znalazła jeszcze niezepsutém wcale,
Pocałowała w usteczek korale
I znów włożyła do trupich obsłónek —
Te upominki i ten pocałunek,       370
Zazdrośnéj ziemi Szecha ukradzione,
Zabiły matkę i wzięły mi żonę.

I znów się łono piaskowe otwarło,
Gdzie pochowałem matkę martwych zmarłą.
Potém wróciłem do płuciennéj nory,       375
Schować się w cieniu jak nocne potwory.
Ani ja słońca na niebieskim sklepie,
Ani mnie ludzie widzieli na stepie.
Stałem się jako zdzieciniali — starzy —
W pamięci mojéj, żadnéj żywéj twarzy,       380
Tylko te sine i okropne lica,
Które mi wzięła zarazy martwica.
I w dzień błękitny i w noc każdą ciemną,
Oni tu byli w tym namiocie ze mną;
Gadałem z niemi, zmyślałem rozmowy       385
W których rozmawiał ze mną tłum grobowy;
I często dziwnym natrafiłem losem
Na głos, co moich był dzieciątek głosem.
Z obłąkanego budziły mię śnicia
Po nocy hyen przeraźliwe wycia,       390
Tam nad trumnami... i słuchałem blady
Jak nad trupami płaczą trupo-jady.
Stałem się wreszcie jak wąż gdy ochłodnie.
I przechodziły mi dnie i tygodnie,
Bez żadnych bolów, pamiątek, omamień.       395
Stałem się twardy i zimny jak kamień.
I raz — Ach Boska nademną opieka!
Patrzę, ktoś w namiot mój cicho zagląda —
I ach! — Nie była to już twarz człowieka
Lecz głowa mego starego wielbląda.       400
Spojrzał — i spojrzał z twarzą tak litośną,
Że rospłakałem się jak dziecko głośno.

I tak przeżyłem smutnych dni czterdzieście;
Przyszli mię ludzie uwolnić nareszcie.
O! gorżka wolność i chwila odlotu!       405
Jam do ciemnego już przywykł namiotu;
Z uczuciem smutku, boleści z zgrozy,
Będę wyrywał koły i powrozy
Które... (o! Boże wiekuisty świeć mi!...)
Do tego piasku zatykałem z dziećmi.       410
Ach pomóż ty mi je zerwać — sam jestem!

A może tobie posępnym szelestem
Te płutna więcéj boleści powiedzą?
One widziały wszystko! wszystko wiedzą!
Czyż nie są teraz jak męki obrazy?       415
Patrz na nie, dotknij! nie bój się zarazy,
Nie bój się śmierci, co dotknięciem sinem...
Wszak ty nie jesteś synu, moim synem.
Lecz nie — uciekaj! ja wiém że te płutna
Straszne się muszą obcym ludziom zdawać.       420
Śmierć od zarazy? ach! to śmierć okrutna!
Zaczynasz własnych braci nie poznawać,
Potém cię ogień pali, piersi gorą...
Ach! ja tak moich widziałem ośmioro!
I co dnia patrząc na tak konające,       425
Wysiedziałem tu całe trzy miesiące.
Dziś — oto dziewięć wielblądów podróżnych,
A na nich — patrzaj, osiém juków próżnych,
I nie zostało mi nic — oprócz Boga;
I tam mój cmentarz — a tamtędy droga. —



Słowacki tom III page12a.jpg


Przypisy

  1. Przypis własny Wikiźródeł Błąd w druku; winno być — najstarszego; na taką wersję wskazuje treść wcześniejszego fragmentu.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Juliusz Słowacki.