Przejdź do zawartości

Ojciec (Maupassant, 1927)

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
<<< Dane tekstu >>>
Autor Guy de Maupassant
Tytuł Ojciec
Pochodzenie Ojcobójca
Wydawca Wydawnictwo "Taniej Książki"
Data wyd. 1927
Druk Warszawa : I. Haendler
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz anonimowy
Tytuł orygin. Le Père
Źródło Skany na Commons
Inne Cały zbiór
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron




OJCIEC



Był urzędnikiem w ministerstwie oświaty, a że mieszkał w Batignolles, więc codziennie rano jeździł do biura omnibusem. I codzień podróż tę odbywał do samego Paryża w towarzystwie nieznanego mu młodego dziewczęcia, w którem się zakochał.
Ona także o jednej i tej samej godzinie spieszyła do magazynu. Była brunetką w rodzaju tych, których oczy wyglądają jak duże czarne plamy wśród twarzy o połysku kości słoniowej. Spostrzegał ją zawsze na zakręcie ulicy, biegnącą szybko i doganiającą ciężki powóz; zręcznie, zwinnie i lekko wskakiwała na stopień, zanim jeszcze konie przystanęły. Potem cokolwiek zmęczona siadała, rzucając wkoło siebie jedno ciekawe spojrzenie.
Kiedy ją Franciszek Tessier po raz pierwszy zobaczył, spodobała mu się niezmiernie. Czasem spotykamy kobiety, które chcielibyśmy za pierwszym rzutem oka, nie znając, przycisnąć z całej siły do serca. To dziewczątko odpowiadało najgorętszym jego pragnieniom, marzeniom, słowem — ideałowi miłości, jaki każdy człowiek bezwiednie nosi w głębi swego serca.
Mimowoli wpatrywał się w nią uporczywie. Zmieszana, zarumieniła się. On to spostrzegł i chciał ją uwolnić od swego natarczywego wzroku, ale napróżno usiłował skierować oczy w inną stronę — zwracały się ku niej bezustannie, Po kilku dniach znali się, chociaż z sobą nie mówili. Jeśli omnibus był pełny, Franciszek ustępował jej miejsca i wchodził na wierzch, chociaż go to do rozpaczy doprowadzało. Teraz witała go już uśmiechem, a chociaż spuszczała zawsze oczy pod jego palącym wzrokiem, widocznie wszakże nie gniewało ją to wpatrywanie się natarczywe.
Wkońcu zaczęli z sobą rozmawiać i odraza powstała między nimi Zażyłość, trwająca codzień pół godziny. Dla niego te pół godziny było najcudniejszem w życiu spędzeniem czasu. Przez resztę dnia, wśród zajęć biurowych, myślał tylko o niej, jej obraz ścigał go bezustanku, prześladował, pochłaniał najzupełniej, jak obraz gorąco ukochanej kobiety. Zdawało mu się, że posiadanie tej małej osóbki byłoby dla niego szczęściem nieopisanem, przechodzącem możliwość rzeczywistości.
Teraz już podawała mu rękę na dzień dobry, a on do wieczora był pod wrażeniem dotknięcia jej drobnych paluszków; wrażenie to było tak silne, że czuł jakby dreszcze, jakby prądy elektryczne, przebiegające po jego ciele.
Całe jego życie skupiało się w owem półgodzinnem z nią obcowaniu. Niedziele wydawały mu się straszne.
Prawdopodobnie i ona go kochała, bo jednej soboty, na wiosnę, zgodziła się pojechać z nim nazajutrz, na śniadanie do Maison Latfitte.


∗             ∗

Pierwsza przybyła na dworzec, Zdziwił się, ujrzawszy ją tak wcześnie, ale ona rzekła:
— Przed wyjazdem pragnęłabym, z panem, pomówić. Mamy jeszcze dwadzieścia minut — więcej niż potrzeba.
Drżała, wsparta na jego ramieniu, oczy miała spuszczone, a policzki blade.
— Nie chciałabym, żebyś się pan co do mnie pomylił. Jestem uczciwą dziewczyną, i pod takim tylko warunkiem pojadę, jeśli mi pan przyrzekniesz, jeśli mi przysięgniesz, że nic... że nic nie zrobisz... coby było... coby nie było... przyzwoitem...
Nagle zarumieniła się, jak mak polny, Zamilkła, Szczęśliwy, ale i zawiedziony cokolwiek, nie wiedział co odpowiedzieć, W głębi duszy może i wołał, żeby tak było, a jednakże... jednakże tej jeszcze nocy łudził się marzeniami, które mu rozpalały krew w żyłach, Z pewnością mniejby ją kochał, gdyby wiedział, że żyje lekkomyślnie, ale z drugiej strony: jakby to było cudnie i rozkosznie! Całe męskie samolubstwo w sprawie miłości staczało w nim walkę z lepszemi instynktami.
Ponieważ nic nie odpowiadał, odezwała się głosem wzruszonym, ze łzami w oczach:
— Jeśli pan nie przyrzekniesz szanować mię w zupełności, wracam do domu.
Przycisnął jej rękę czule i rzekł:
— Przyrzekam ci to; będziesz robiła, co sama zechcesz.
Odetchnęła swobodniej i spytała z uśmiechem:
— Czy naprawdę?...
Spojrzał jej w oczy głęboko.
— Przysięgam!...
— Weźmy bilety — rzekła.
W drodze nie mogli rozmawiać, gdyż wagony były przepełnione.
Przybywszy do Maisson Laffitte, skierowali kroki ku Sekwanie.
Ciepłe powietrze dziwnie miękko i obezwładniająco działało zarówno na ciało jak i duszę. Promienie słońca, padając w całej pełni na rzekę, liście i trawniki, napełniały serce niewypowiedzianą błogością. Szli brzegiem, jak dwoje dzieci, trzymając się za ręce i przypatrując rybkom, gromadnie igrającym w wodzie. Szli upojeni szczęściem, jakgdyby uniesieni w nadziemskie przestwory. Wkońcu ona rzekła:
— Bierzesz mnie pan za szaloną?
— Dlaczego?... — spytał.
— Czyż to nie szaleństwo — przyjechać tu z panem?...
— Ależ bynajmniej, to bardzo naturalne.
— Nie! nie!... to — wcale nie naturalne... dla mnie przynajmniej, bo ja nie chcę nic złego zrobić, a w taki właśnie sposób się błądzi. Ale gdyby pan wiedział, jak to smutno żyć, kiedy wszystkie dni miesiąca i wszystkie miesiące w roku są do siebie podobne! Mieszkamy same tylko we dwie z mamą, Mama doznała w życiu bardzo wiele zmartwień, to też nie jest wesoła. Ja radzę sobie, jak mogę. Staram się śmiać, śpiewać, lecz nie zawsze mi się to udaje. Mimo wszystko nie powinnam była tu przyjechać. Przynajmniej mi pan tego nie weźmiesz za złe...
Za całą odpowiedź pocałował ją w ucho. Odskoczyła od niego żywo — i nagle zagniewana zawołała:
— Och! panie Franciszku! po przysiędze, jakąś pan uczynił...
Wrócili do Maisson Laffitte. Jedli śniadanie w Małym Porcie nad brzegiem wody, w niskim domku, osłoniętym czterema olbrzymiemi topolami.
Świeże powietrze, upał, białe wino i bliskie wzajemne sąsiedztwo, wszystko to wywołało rumieńce na ich twarze, mieszało ich i usposabiało do milczenia.
Ale nagle po kawie ogarnęła ich wesołość, i, przeszedłszy przez most, udali się brzegiem rzeki ku wiosce La Frette.
On ją zapytał:
— Jak pani na imię?
— Ludwika.
Powtórzył; Ludwika, i zamilkł.
Rzeka, zaginając się w tem miejscu, odbijała w swej toni cały szereg białych domków, przeglądających się wdzięcznie w srebrzystej wodzie. Dziewczę zbierało stokrotki i układało wielką, polną wiązankę, on zaś, wesoły i swobodny, jak źrebak, puszczony na trawę, śpiewał na całe gardło.
Z lewej strony ciągnęło się wzgórze, pokryte winnicami. Nagle Franciszek stanął zdumiony i jakby przykuty do miejsca i zawołał:
— Och, patrz!
Winnice znikły, a ich oczom ukazała się przestrzeń dwu lub trzy wiorstowa, zarosła bzem kwitnącym. Istny las fioletowy ciągnący się, jak olbrzymi dywan, aż do samej wioski.
Ona także stanęła zachwycona, wzruszona, szepcząc:
— Och, jakież to cudne!
Przeszedłszy pole, pobiegli ku temu niezwykle pięknemu wzgórkowi, który corocznie zaopatruje Paryż w bez, sprowadzany do miasta każdodziennie w małych wózkach przekupniów. Wąska ścieżka wiła się wśród krzewów; szli nią czas jakiś, a spostrzegłszy małą polankę usiedli.
Roje much różnorodnych otaczały ich, napełniając powietrze łagodnym i jednostajnym brzękiem, a słońce, wspaniałe słońce, na niebie bez chmurki, rzucając snopy światła na ten jedyny w swoim rodzaju bukiet, wydobywało z niego woń potężną, rozkoszną, upajającą. Wdali słychać było odgłos dzwonu kościelnego. I mimowoli prawie pocałowali się, potem uścisnęli, zapominając o świecie całym. Ona z przymkniętemi oczami, bez myśli, bez pamięci, nieprzytomna, w bezwiednym uścisku i namiętnem oczekiwaniu zarzuciła mu ręce na szyję, nie wiedząc, co robi, nie rozumiejąc nawet, że należy do niego.
Ocknęła się w poczuciu straszliwego nieszczęścia; zaczęła płakać, jęczeć boleśnie, ukrywszy twarz w dłoniach.
Starał się ją pocieszyć, ale ona chciała natychmiast jechać, wrócić do domu, Powtarzała ciągle, chodząc wielkiemi krokami.
— Mój Boże! mój Boże!
On ją prosił:
— Ludwiko! Ludwiko! zostańmy, błagam cię!...
Nie dała się jednak uprosić, biegnąc na dworzec z wypiekami na twarzy i zapadniętemi oczami. Skoro tylko stanęli w Paryżu, wyskoczyła z wagonu, nie pożegnawszy się z nim nawet.

Gdy ją nazajutrz zobaczył w omnibusie, wydała mu się bardzo mizerna i zmieniona.
Byli sami na chodniku, więc odezwała się:
— Musimy się pożegnać. Po tem co zaszło, nie mogę pana widywać.
— Ależ dlaczego?
— Dlatego, że nie mogę... Popełniłam błąd, więcej go popełniać nie chcę.
Wtedy on, trawiony pragnieniem posiadania jej, prosił, błagał, zaklinał, wszystko napróżno.
Odpowiadała uparcie:
— Nie, nie mogę. Nie, nie mogę.
On coraz więcej się zapalał, wkońcu obiecał się z nią ożenić. I na to odpowiedziała:
— Nie... — i odeszła.
Nie widział jej przez całe dni osiem. Nigdzie jej nie mógł spotkać, a ponieważ nie wiedział, gdzie mieszka, sądził, że ją stracił na zawsze.
Dnia dziewiątego wieczorem zadzwoniono do drzwi; poszedł otworzyć, była to ona. Rzuciła mu się na szyję i nie opierała się wcale.
Przez trzy miesiące była jego kochanką. Zaczynał się nią już nudzić. Kiedy mu oznajmiła, że zostanie matką — myślał jedynie o pozbyciu się jej za jaką bądź cenę i zerwaniu dalszego z nią stosunku.
Ponieważ nie wiedział, jak się wziąć do tego, co powiedzieć, co zrobić, a śmiertelnie się lękał widocznych już następstw, wyprowadził się jednej nocy i znikł bez śladu.
Cios był tak straszny i brutalny zarazem, że Ludwika nie starała się nawet szukać uwodziciela, który ją w tak ohydny sposób opuścił. Rzuciła się matce do nóg, opowiedziała o swem nieszczęściu, a w kilka miesięcy później wydała na świat syna.
Upłynęły lata, Franciszek Tessier starzał się, a żadna zmiana nie zachodziła w jego życiu. Pędził życie właściwe urzędnikom, smutne, jednostajne, beznadziejne.
Codziennie wstawał o jednej i tej samej godzinie, przechodził jedne i te same ulice, stawał przed temi samemi drzwiami, przed tym samym odźwiernym, wchodził do tego samego biura, siadał na tym samym stołku i załatwiał jedną i tęż samą robotę. Był sam na świecie, sam wśród dnia, pomiędzy obojętnymi współtowarzyszami, sam w nocy w swojem kawalerskiem mieszkaniu. Oszczędzał miesięcznie po sto franków — na starość.
Co niedziela szedł spacerem na Pola Elizejskie, aby popatrzeć na świat wykwintny, na strojne kobiety i piękne powozy.
Nazajutrz do swego towarzysza biurowej niedoli mawiał:
— Wczorajszy powrót z lasku był świetny.
Otóż jednej niedzieli, przypadkiem, idąc przez nowe ulice, wszedł do parku Monceau. Ranek letni był prześliczny.
Bony i matki, siedząc na ławkach wzdłuż szerokich alej, przypatrywały się dzieciom, bawiącym się przed niemi.
Nagle Franciszek Tessier zadrżał. Jakaś kobieta przechodziła, trzymając za rękę dwoje dzieci: chłopczyka dziesięcioletniego może i dziewczynkę czteroletnią. To była ona.
Oddalił się o jakie sto kroków i padł na krzesło, nie mogąc oddychać ze wzruszenia.
Nie poznała go. Wrócił, chcąc ją jeszcze zobaczyć. Siedziała na ławce, obok niej chłopczyk, a dziewczynka bawiła się w piasku.
Tak, to była ona, ona niezawodnie. Ubrana skromnie, wyglądała bardzo przyzwoicie, poważnie i szlachetnie.
Patrzył na nią zdaleka, nie śmiejąc się zbliżyć.
Chłopczyk podniósł głowę, Franciszek Tessier poczuł dreszcz, przejmujący go od stóp do głowy. To jego syn niezawodnie, W rysach chłpczyka dopatrzył się zupełnego podobieństwa do siebie, jakim się widział na fotografji ze swoich lat dziecięcych.
Stał ukryty za drzewem, czekając na jej odejście, aby pójść za nią.
Nie spał noc całą: przedewszystkiem dręczyła go myśl o dziecku. Jego syn! Och! gdyby był wiedział, gdyby był pewny? Ale i cóżby był zrobił?
Starał się zasięgnąć o niej wiadomości. Dowiedział się, że zaślubiła swego sąsiada, zacnego i porządnego człowieka, który wzruszony jej niedolą, nietylko że jej przebaczył błąd popełniony, ale jeszcze przyjął za swoje, dziecię... jego, Franciszka Tessier dziecię.
Co niedziela wracał do parku Monceau, co niedziela ją widywał i co niedziela ogarniała go szalona, niepowstrzymana ochota chwycenia swego syna w ramiona, uściskania go, ucałowania, porwania, ukradzenia.
Cierpiał bardzo, skazany na życie starokawalerskie, samotne, bez cieplejszego uczucia; teraz zaś cierpiał strasznie, owładnięty miłością ojcowską, na którą się składały: wyrzuty sumienia, zazdrość, zawiść i potrzeba ukochania tych drobnych istot, będących ciałem naszego ciała i kością, naszej kości.
Wkońcu odważył się na krok zuchwały. Gdy jednego dnia wchodziła do parku, stanął przed nią blady, jak śmierć, i ustami trzęsącemi się, jak w febrze, wyrzekł:
— Czy mnie pani nie poznaje?
Podniosła oczy, popatrzyła na niego, wydała okrzyk przerażenia i odrazy, a chwyciwszy dzieci za ręce, uciekła, ciągnąc je za sobą.
Wrócił do domu, aby się wypłakać.
Znów mijały miesiące, a on jej nie widział, ale cierpiał dzień i noc, gryziony i trawiony ojcowską miłością.
Dla jednego uścisku swego syna byłby chętnie poniósł śmierć, popełnił zbrodnię, najcięższe wykonał roboty, stawił czoło największym niebezpieczeństwom, na najzuchwalsze odważył się przedsięwzięcia.
Napisał do niej, nie otrzymał jednak odoowiedzi. Po wysłaniu napróżno dwudziestu listów zrozumiał, że nie może się łudzić nadzieją przebłagania jej. Wtedy zrobił rozpaczliwe postanowienie, przygotowany nawet na kulę rewolwerową, jeśli tego będzie potrzeba. Napisał do jej męża te kilka wyrazów:

Panie!

Nazwisko moje zapewne pana przejmuje wstrętem. Ale jestem tak nieszczęśliwy, tak bardzo cierpię, że w panu jedynie całą nadzieję pokładam.
Proszę pana tylko o dziesięć minut rozmowy.
Mam zaszczyt i t. d.“
Nazajutrz odebrał odpowiedź:

Panie!

Czekam pana we środę o godzinie piątej.

Wchodząc na schody, Franciszek Tessier zatrzymywał się na każdym stopniu, tak mocno mu biło serce, Czuł w piersi gwałtowne, głuche uderzenia, oddychał z wysiłkiem i musiał się trzymać poręczy, żeby nie spaść.
Na trzeciem piętrze zadzwonił. Służąca otworzyła drzwi.
Czy tutaj mieszka pan Flamel? — zapytał.
— Tutaj, proszę wejść.
Wszedł do mieszczańskiego saloniku. Był sam; stał nieprzytomny prawie, jakby w, oczekiwaniu nadzwyczajnego nieszczęścia, Drzwi się otworzyły; ukazał się mężczyzna w czarnym surducie, wysoki, poważny, cokolwiek otyły i wskazał ręką krzesło.
Franciszek Tessier usiadł i głosem przerywanym począł:
— Panie... panie... nie wiem, czy pan wiesz, kto ja jestem, czy pan wiesz...
Pan Flamel przerwał:
— To zbyteczne, panie, wiem, Moja żona wspominała mi o panu.
Powiedział to z mieszczańską powagą i godnością uczciwego człowieka, który chce się okazać surowym. Franciszek Tessier mówił dalej:
— Otóż, panie, przyszedłem tu, bo umieram ze smutku, z wyrzutów sumienia, ze wstydu i chciałbym raz, raz tylko jeden uściskać... dziecko.
Pan Flamel wstał, podszedł do kominka i zadzwonił. Weszła służąca.
— Zawołaj Ludwisia — rzekł.
Po wyjściu służącej czekali w milczeniu, nie mając sobie nic do powiedzenia.
Po chwili wbiegł do saloniku dziesięcioletni chłopczyna i w podskokach zbliżał się do tego, którego uważał za swego ojca, ale spostrzegłszy nieznajomego, zatrzymał się zmieszany.
Pan Flamel pocałował go w czoło, potem rzekł:
— Teraz, kochanie, uściskaj tego pana.
Dziecko grzecznie, z wdziękiem, szło ku nieznajomemu, patrząc nań ciekawie.
Franciszek Tessier wstał, a wpatrując się w swego syna, upuścił kapelusz i o mało sam nie upadł.
Pan Flamel przez delikatność odwrócił się, udając, że wygląda oknem na ulicę.
Chłopczyna zdziwiony czekał. Podniósł kapelusz i oddał go nieznajomemu. Wtedy Franciszek, chwytając malca w objęcia, zaczął go gorączkowo okrywać pocałunkami po twarzy, oczach, policzkach, ustach, włosach.
Dzieciak, przestraszony takim gradem pocałunków, starał się ich uniknąć, odwracając główkę i odpychając rączynami natarczywe usta tego człowieka.
Ale Franciszek Tessier nagle postawił go na podłodze i zawołał:
— Bądź zdrów! bądź zdrów.
I uciekł jak złodziej.




Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Guy de Maupassant i tłumacza: anonimowy.