Ogień wykrzesany/Rozdział X

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Ferdynand Ossendowski
Tytuł Ogień wykrzesany
Data wydania 1936
Wydawnictwo Wydawnictwo Polskie R. Wegner
Druk Drukarnia Concordia
Miejsce wyd. Poznań
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tekst jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Indeks stron


ROZDZIAŁ X.

Nesser po postawieniu swego podpisu na korespondencji do „Hałasu Ulicy“, odrazu się uspokoił. W niezrozumiały sposób urwał się nagle potok jego myśli, mknący dotychczas bez wytchnienia. Jakiś spokój bezmierny ogarnął go, a było w tem coś tak dziwnie radosnego i zarazem kojącego, że ranny miał chwilami wrażenie, iż zapada w stan niebytu. Wkrótce jednak nastąpił gwałtowny atak gorączki i kaszlu z krwotokiem. Nesser stracił przytomność. Świadomość — bezsilna jeszcze i pogmatwana — powróciła dopiero po kilku dniach. Straszliwie osłabiony przez czas dłuższy nie mógł sobie przypomnieć zaszłych wypadków. Powoli, z wielkim wysiłkiem odtworzył jednak w pamięci ostatnie dni aż do chwili, gdy dyktował lekarzowi koniec swego feljetonu.
Zdumionym wzrokiem oglądał teraz obszerną, białą salę, zastawioną szeregami łóżek.
— Gdzie jestem? — spytał szeptem sąsiada, krzywiąc się od ostrego bólu w piersi.
— W szpitalu ewakuacyjnym w Boulogne — odparł chudy młodzieniec o czarnym zaroście, okalającym bladą twarz.
Przy łóżku Nessera zjawiła się natychmiast szarytka i pochyliła się nad nim.
— Nie wolno rozmawiać! — szepnęła z łagodnym wyrzutem, przykładając sobie palec do ust.
Nesser jednak chciał dowiedzieć się wszystkiego, więc pytał przez zaciśnięte zęby:
— Dostałem trzy odłamki granatu? Co się ze mną teraz dzieje?
Szarytka położyła mu dłoń na czole i odpowiedziała:
— Dwa wyjęto w naszym szpitalu. Gdy pan nabierze trochę sił, odstawimy pana na operację do Paryża. Tymczasem trzeba leżeć cicho, nie ruszać się i nie mówić... Inaczej krwotok może się powtórzyć...
To mówiąc, wsunęła mu pod język termometr, i, zręcznie poprawiwszy koc, odeszła. Gdy powróciła, Nesser nic już nie mówił. Patrzył na szarytkę nieprzytomnemi oczyma i oddychał ciężko, ze świstem. Spojrzała na termometr i zacisnęła cienkie wargi. Ranny miał gorączkę, a na szkle przyrządu widniały ślady krwawej piany. Dreszcze wstrząsały chorym, płonęła mu twarz, a zęby szczękały głośno, wydając cienki, przenikliwy zgrzyt. Nesser nie spostrzegł nawet, jak ogarnął go nużący bezwład, a potem runął w przepaść niezgłębioną, czując, że mknie z coraz zawrotniejszą szybkością wpośród mroku, przecinanego świetlnemi, natychmiast gasnącemi zygzakami.
— Reflektory... — Manon de Chevalier... — myślał, lecz myśl była dziwnie leniwa i nie budziła żadnego więcej echa w duszy.
Chwilami ranny wpadał w dziwny stan. Wtedy odzywały się w nim dawne wzruszenia. Przychodziły one samowolnie, zupełnie tak, jakgdyby wiatr przerzucał ilustrowane stronice otwartej książki. Przeróżne obrazy przewijały się wtedy przed jego wzrokiem, mknęły licz ładu i bez związku wewnętrznego. Zmysł, który nawet w uśpionym mózgu nie przestaje podporządkowywać wrażeń, podług pewnych praw logiki, wiążąc je w łańcuch przyczyn i skutków, teraz odmawiał posłuszeństwa i pozostawał bezczynny, oddany na łaskę nieznanym siłom. To też w mózgu w nerwach Nessera działy się rzeczy dziwne, w chwilach przebłysku półświadomości przerażając go chaotycznością swoją i płynnością zmienną i wartką.
Kto przeżywał okresy długiej choroby, przerywanej momentami agonji, ten wie, że w chwilach tych jaźń człowiecza wpada w niknący poza granicami dostępnych ludziom badań potok kosmicznego tworzywa, pogrąża się w nim i ostatnim wysiłkiem świadomości pochwytuje nowe, nigdy nie przeżywane wrażenia.
Nesser widział przed sobą mrok nieprzenikniony, otchłanny; czuł chłód, rozluźniający wszystkie niewidzialne nici, łączące molekuły, które tworzyły ciało; chłód przecinał i gasił najlżejsze nawet odruchy, wydawało się, że jest to tchnienie śmierci. W tym mroku, stężałym od zimna, sunął leniwym wartem chaos materjalny, potok jakichś brył przeogromnych i najdrobniejszych atomów, których oko ludzkie pochwycić nie może. Lawina bezkreślna, bezkształtna, żadną prawomiernością nie ujęta, napływała z bezdennej, mrocznej otchłani, wzbierała, jak osyp śnieżny, staczający się z wierchów górskich, napierała, wzdymała się i nagle przerywała niewidzialną zaporę bez dźwięku, bez najsłabszego nawet szelestu. W ciszy martwej powstawał wówczas ruch i niemy zgiełk — straszliwy, bezładny. Rozpryskiwały się całe światy potężne, bezmiernie olbrzymie; przewiercały je drobne atomy wirujące, rozgrzewając się do białości; zderzały się ze sobą, łączyły i znów odbiegały, odbijając się od siebie, jak kule prężne; nad skotłowanym chaosem podnosiły się i pałały łuny drgające, świetlne aureole, zorze migocące; lizały i cięły mrok błyskawice chyże, różnobarwne; wiry, plamy, smugi i tęcze wielorakie świtały i skrzyły się to tu, to tam, gasły i zapalały się dalej, wyżej a coraz jaskrawiej, coraz potężniej; w obłoki gazów zmieniały się potworne globy, obracając się zawrotnie; te znów wytryskały w słupy i zjawy ogniste, mknęły, machały płomiennemi żagwiami, gasły, a po chwili z nową siłą szalały w płomiennych skrętach, zwojach i skokach gigantycznych.
Przed zamkniętemi oczami nieprzytomnego Nessera kłębił się i burzył chaos. Tam i sam z zawieruchy ogni, odłamków światów i atomów wyłaniały się widma przedziwne i przerażające. W pewnym momencie z obłoków pary skotłowanej wychynął mały, mieniący się punkcik, — niedostrzegalna kropla wody. Z nieuchwytną chyżością napłynęły inne — i oto mała kropelka pęcznieć i wzbierać zaczęła aż stała się większą od globu ziemskiego i zawisła nad łożem szpitalnem na jednej cienkiej nici, na płynnym przegubie... Chwila — i zerwie się, runie, przytłoczy świat cały, zdruzgocze, na miał zmiele, zatopi... Wzrok chorej duszy nie widzi już groźnej kropli, zato natychmiast spostrzega inne zjawiska, a wszystkie tak olbrzymie i potężne, że ogarnąć ich i pojąć już nie może. Z wyżyn nieznanych bez szmeru toczy się wprost na chorego kula, rosnąca z każdym obrotem do wymiarów bezkresnych; w zenicie staje raptownie słup czarny o głowicy, sięgającej gwiazd najdalszych, i wnet się załamuje i rozpryskuje w drobny pył, który okrywa wszechświat, kopiec nad nim piętrząc mogilny.
Nic nie widzą oczy poza tym kurhanem czarnym, a tak smętnym, że łkania ciężkie, beznadziejne wstrząsają pierś zranioną. Lecz znowu wbijają się niewidzialne, ani wolą, ani myślą nie kierowane źrenice w czarne, ponure zbocza mogiły, ukrywającej cały system planetarny. Niby w mrowisku, gdy pierwsze promienie wiosenne ogrzeją ziemię i suche igliwie, coś się dźwigać zaczyna mozolnie, rozpaczliwie. Z niedostrzegalnych szczelin i przejść wyłaniają się dłonie blade, wyprężone ramiona, twarze sine, umęczone postacie — nędzne i osłabłe do reszty...
Kosmyk czarnych włosów na pożółkłem czole kapitana Langlois, nieprzejednane, męczeńskie oczy Mollina, piegowata twarz i szklące się źrenice rudego Wellsa, szerokie bary i wypukła pierś pułkownika Brice’a... sine wargi poszarpanych kulami Bawarczyków... siwiejąca broda i trzy mocno zaciśnięte palce na piersi starego pułkownika rosyjskiego... wygięte w pałąk ciało kaprala francuskiego, zawieszonego na drutach kolczastych... i jeszcze, jeszcze... wciąż nowe postacie, coraz żałośniejsze, nędzniejsze, poruszają się wszędzie, ni to robaki, rozgrzebujące czarny, martwy piarg, i wyzierają oczami, ziejącemi przerażeniem, niemym wyrzutem, bezmiernie zdumionem pytaniem...
I nagle — pierwszy dźwięk! Wir światów rozwalonych, bieg planet, rozpryskujących się w mgławice, burze atomów, łuny płomieni rozszalałych, powódź rozpasana, rozpętana, sypka nawałnica piachów kosmicznych, pęd nieogarniętych okiem zwałów i poszarpanych mas nieznanego tworzywa — wszystko zaczęło migać bezszelestnie w otchłani ciszy martwej, w zwojach chłodu śmierci.
A potem raptem padły słowa z otchłani czarnej — słowa wyraźne, brzmiące wszechwładnem zapytaniem:
— Może odwiedzisz nas, a może... zostaniesz z nami?...
Kto tak powiedział? Kiedy! Dlaczego i do kogo?
Myśl, smagnięta nagle, miotać się zaczyna, szukać bezładnie i bezsilnie, aż znużona i zrozpaczona znowu zapada w bezwład ciężki.
Z czarnego kopca nowe i nowe wydzierają się postacie, aż jedna z nich — nikła, wychudzona, z głową opuszczoną — staje przy łóżku rannego i szepce powolnie, tak powolnie, że wydaje mu się wiecznością ten ruch cienkich, bezkrwistych warg i nieznośnie przewlekły uśmiech na bladej, smętnej, jakgdyby zdumionej twarzy.
Wykrzywione boleścią usta poruszają się i wydają szept:
— René Gramaud wzywa cię do 8-ej kompanji...
I nagle błysnęły łzy z pod powiek sinych i drżących.
— Marja Louge! — rzęzi Nesser i otwiera oczy.
Widzi przez mgłę białą salę, dwie lampki, osłonięte zielonym papierem; tuż obok swego łóżka — doktora w białym fartuchu, szarytki w śnieżnych kornetach... Coś mówią do siebie, kiwają głowami. Ostry ból nagle przeszywa mu ramię. Z trudem obraca głowę i spostrzega, że klęczący obok felczer trzyma w ręku szprycę.
— Ha, zastrzyk kamfory... — domyśla się Nesser i przytomnieje zupełnie.
Nic nie mówi; nie chce się zdradzić, że wszystko widzi i słyszy.
Dochodzi go głos lekarza:
— Proszę, siostro, zanotować dobrze temperaturę! Proces ropny w płucach postępuje zbyt szybko. Ostatnią nadzieję pokładam w surowicy... Niedawno miałem świetne wyniki...
Odeszli wszyscy. Nesser zamyka oczy i o niczem nie myśli. Wreszcie zaczyna znowu oglądać salę.
Z prawej strony leży nieznajomy człowiek i patrzy na niego ponurym, nieprzychylnym wzrokiem. Ma długą, rozwichrzoną brodę i białe bandaże na głowie.
— Co się stało? — z wysiłkiem pyta Nesser, lecz słowa jego giną w charkocie i rzężeniu ciężkiem i bulgoczącem.
Brodaty człowiek dosłyszał jednak, widać, bo spojrzał jeszcze bardziej ponuro i mruczeć zaczął:
— Tydzień już wyrabiacie hece, zrywacie bandaże, ryczycie, jak wół zarzynany, bluzgacie krwią, że aż na ścianie pozostały czarne sople... całą poduszkę mi zbryzgaliście... Do djabła, zadużo macie tej farby!
Nesser znowu przymknął powieki.
— Ostatnią nadzieję pokładam w surowicy... — ślizga się w mózgu wspomnienie, jakgdyby bardzo dalekie i obojętne.
Uśmiechnął się ledwie znacznem poruszeniem ust i pomyślał:
— Śmierć... koniec wszystkiego...
Usiłował uprzytomnić sobie i uwypuklić znaczenie tych wyrazów, lecz nie przeraziły go one bynajmniej i nie wzruszyły. Leżał cicho, bez ruchu i bez myśli prawie. Spokojnie trzymał termometr w ustach i przelotnie tylko rzucał okiem na szarytkę, coś piszącą na deseczce, umieszczonej nad wezgłowiem. Młoda jeszcze, zaostrzona, okryła pożółkłą, jakgdyby zwiędłą skórą twarz zakonnicy nie zdradzała żadnego wzruszenia. Ruchem wprawnym i automatycznym podetknęła róg zwisającego koca i, cicho stąpając w miękkich trzewikach, przeszła do innych chorych.
Nesser uświadomił sobie nagle, że odżywają w nim myśli, i jakiś wewnętrzny nakaz zmusza go do rozumowania ścisłego i kategorycznego. Zmrużył oczy i skupił w sobie resztki sił. Znowu, jak wtedy w transzy „labiryntu“, wyczuł prężące się nici, które miały początek w ośrodku tajemnego zmysłu, a koniec... Długo nie mógł dotrzeć do końca tych napiętych, wyprężonych nici. Po długich wysiłkach przekonał się, że tkwią one gdzieś bardzo daleko, a rozbiegają się, jak promienie na wszystkie strony, ginąc w dali niedosiężnej. Jak ślepiec, trzymający się kurczowo tych nici niewidzialnych, brnął z ich biegiem coraz dalej, aż wreszcie zrozumiał wszystko i wszystko ujrzał jasno, a, zdawać się mogło, że to czarna, nieprzenikniona zasłona spadła mu z oczu.
Dotarł do rowów strzeleckich, do kretowisk podstępnie zawiłych, skąd ludzie wysyłali śmierć, niby drapieżnego ptaka łowczego, i gdzie sami padali pod ciosami jego szponów. Ujrzał przed sobą niezliczone szeregi, tysiączne tłumy szarych sylwetek ludzkich — w niebieskich płaszczach francuskich, w kaki angielskich, w gladjatorskich hełmach niemieckich, w baranich czapach rosyjskich... Stali ci ludzie, wpatrzeni przed siebie zamarłym wzrokiem skazańców, już martwi ze znużenia i nieprzerwanego oczekiwania śmierci, budzący się tylko na odgłos komendy, bezwiednie i bezwolnie pozostając w brudnych, ciemnych norach pod huraganem miażdżących pocisków i atakiem gazowym. Oddychali powietrzem, zatrutem wyziewami prochu, krwi, potu, kału, gnijącej wody i rozkładających się trupów; istnieli bez pragnień i bez protestu, nieczuli już na to, że oto rzucono ich pod ziemię, nad którą z rozmachem potwornego wahadła miota się tam i nazad ostra kosa śmierci. Bezmiernie, bydlęco gnuśni na pozbawienie ich najistotniejszego prawa człowieka — unikać zagłady i strzec swego życia — poruszali się jak bezduszne tłoki, tryby i przekładnie, pozbawione żądzy życia i wolności czynu, porwani prądem ruchu ogromnej maszyny, przez nikogo już nie opanowanej, gdyż sama oddawna potrzaskała hamulce.
Z temi szaro-błotnistemi istotami złączyła Nessera potęga nowego zmysłu. Wyraźnie widział twarze ich blade, wychudłe, zbryzgane błotem i krwią; zaglądał w oczy — pełne bezmyślnej, bezwolnej tępoty. Poprzez tę zasłonę spostrzegał jednak błyski zimnej, przerażającej rozpaczy, wysiłku nadludzkiego niemal, wołanie o pomoc i litość, troskę gryzącą; wyczuwał lęk bezmierny, obezwładniający, chwiejność, wstrzymywaną ostatniem napięciem woli; miotanie się okruszyn jakichś myśli nędznych i żałosnych i jeszcze coś, co było, jak te błyskawice w mroku i zimnie chaosu, ale tego pojąć i uświadomić nie potrafił.
Posłyszał Nesser jękliwe dźwięki trąbki sygnałowej i — natychmiast wszystko — takie jednakie na pozór, a tak przedziwnie odmienne w głębi swej, skąd ciągnęły się nici, łączące ją z jego zmysłami, — runęło naprzeciwko siebie. Huk rozdygotany, zgiełk ohydny w swem rozpasaniu dźwiękowem, okrzyki ponure i obłędne, ryk zwierzęcy, bezmyślny, czerwień krwi, bluzgającej na ziemię, zwinięte, do kupy szmat poszarpanych podobne ciała zabitych, zaduch potu i wydzielin ludzkich; szał, przerażenie, strach niemy, potworny, pozbawiający woli i rozumu, a potem — cisza, którą przerywają jęki, skamlanie, szloch, zgrzyt kurczowo zaciśniętych szczęk, wołania żałosne, powrót do rowów, chlupiących błotem, męka na słomie fur sanitarnych, nowy lęk i cierpienia na łóżkach szpitalnych, udręka samotności w ostatniej godzinie życia, rozpacz i nienawiść w chwili konania, i oczy otwarte, męczeńskie, żądne widzenia kochanej, bliskiej twarzy... — oczy martwe, źrenice niby ze szkła, nieruchome, zimno ciekawe — wszystko to ogłuszyło, przytłoczyło i oślepiło Nessera.
— Do wojska! Do wojska! Do was, bracia umęczeni, do ciebie Gramaud, do ciebie — śmieszny plebanie wiejski, do ciebie — synu wieśniaczy... — szepce zsiniałemi wargami ranny, a myśl jego mknie dalej.
Iść do nich, do tych wszystkich zobojętniałych, lękiem zdjętych, zziajanych śmiertelnie, wpędzonych do szlachtuzu bez wyjścia, zrozpaczonych, bezpomocnych, złagodzić ich cierpienia, ożywić ducha, rzucić promień światła w tę zgrozą przenikniętą noc zagłady, ożywić nadzieją, wskazać cel zrozumiały i prosty, usprawiedliwić wszystko i nauczyć przebaczenia... Tak, tak! Razem z temi szaro-błotnistemi zjawami zanurzyć się w topielisku cierpień, oddychać tem samem powietrzem jadowitem, widzieć przed sobą nieodstępne oblicze śmierci i roztaczać przed niemi chociażby najniklejsze światło, ażeby umierać mogły nie w mroku ślepym, nie wśród podobnych do siebie, przybitych do ziemi istot, bez słowa pociechy i otuchy, bez serdecznego uścisku dłoni słabnącej, bez wejrzenia współczucia i przyjaznej ręki, zamykającej oczy, pełne ostatniego, straszliwego zdumienia.
— Bohaterem jest ten, którego czyny zmieniają nastrój i poglądy towarzyszy, tchórzostwo przekształcają w odwagę, zwątpienie bezsilne — w stanowczość niezłomną... — przypomniały mu się nagle słowa staruszki z parku Luxemburskiego i długo szeleściły wokół Nessera niby suche liście.
— Do was! Do was! — powtórzył, jak przysięgę. — Pocieszyć was — bezbronnych, nauczyć — zbłąkanych i ujarzmionych... dopomóc...
Głowa opadała mu ciężko na poduszkę i myśli odbiegały daleko, za jakiś horyzont, ukryty w przestrzeni bezkresnej. Usłyszał dochodzący go skądś głos ponury i zły:
— Siostro! Ten znowu charczeć poczyna... Tylko patrzeć rzygnie posoką, jak onegdaj... Jużby raz skończył!...
Ogniki wirujące, krzyżujące się strzały płomienne, mgła i ten lot w przepaść bez dna!...
Ocknął się Nesser dopiero nazajutrz, a tak słaby, że długo borykał się z niemocą, aż udało mu się poddźwignąć powieki — ciężkie, niby z ołowiu. Chciał unieść głowę, poruszyć ustami, zdjąć własną rękę, gniotącą mu pierś — próżny wysiłek!...
Powieki znowu opadły. Gdzieś głęboko w mózgu, jak świeża blizna, dotkliwie paliło go jakieś dziwne, nieuświadomione wrażenie. Posłyszał coś, czy może spostrzegł, co musnęło zaledwie mózg i nie zdążyło dotrzeć do ośrodka poznania. Znowu długo, z uporem zmagał się z bezwładem, znowu usiłował podnieść powieki. Szukał napół otwartemi oczami czegoś, co pozostawiło po sobie lekki, nieuchwytny ślad.
Powoli przesuwał wzrok i zatrzymał go wreszcie na ciemnej postaci, skulonej na stołku przy jego nogach. Nie poznał jej i przyglądał się długo i bacznie. Widocznie odczuła jego wzrok, bo szybkim ruchem uniosła opuszczoną na piersi głowę.
Kanny chciał krzyknąć, lecz z gardła wyrwało mu się skrzeczące, zgrzytliwe bulgotanie. Poznał Julję Martin. Wychudła bardzo; twarz jej pożółkła, lecz Nesser przypomniał sobie odrazu te śmiałe, piwne oczy, mieniące się ognikami, i pasmo rudych włosów, wybiegające z pod kapelusza.
Dziewczyna spostrzegła radość na wynędzniałej twarzy dziennikarza i uśmiechnęła się łagodnie.
Pochyliła się nad nim i szepnęła:
— Tak gorąco modliłam się do Bogarodzicy z Lourdes i do „małej świętej“, aby powróciła panu przytomność! Teraz już wszystko będzie dobrze!
To mówiąc, splotła obie dłonie i namiętnym ruchem przycisnęła je do piersi. Nesser poruszył ustami i drżeniem powiek dał znak, ażeby się pochyliła niżej. Zrozumiała, bo prawie dotknęła uchem warg rannego. Rude pasemko włosów ślizgnęło mu się po twarzy. Urywanym szeptem zadał jej kilka pytań, dysząc ciężko.
— Dowiedziałam się z gazet! — odpowiedziała cicho. — „Hałas Ulicy“ opisywał czyn pana z wszystkiemi szczegółami... Natychmiast przyjechałam do Boulogne... Jestem tu już od tygodnia... Walczył pan ze śmiercią, ale teraz wszystko pójdzie inaczej! Będzie pan zdrów! Ja wiem, że tak będzie!
Nesser uśmiechnął się i z wdzięcznością spojrzał na Julję. Przełapała natychmiast ten wzrok i, pochyliwszy się, przywarła ustami do bladej, wychudłej dłoni rannego. Robiąc straszny wysiłek, cofnął rękę i zamknął powieki, wyczerpany.
Odczuwał wielką radość. Nie był już samotny, bo obok niego znalazła się ta niedawno obca, nieznana, a teraz tak bliska dziewczyna, pełna dobroci i współczucia. Mógł spokojnie umrzeć, wiedział, że zamknie mu powieki nie obojętna, surowa szarytka, lecz ta pełna życia, ruda hafciarka o długich, pięknych palcach, po których będą się toczyły łzy jej — łzy smutku szczerego. Myśli te przerwał nagle ostry niepokój, jakaś dręcząca obawa.
Julja Martin przyjechała do Boulogne? Mieszka tu cały tydzień? Musiała wydać dużo pieniędzy, ciężko zarobionych! Jakże się załatwiła z fabryką? Przecież w tak gorącym czasie nie mogła dostać urlopu? Może stracić zarobek! Co pocznie wtedy?
Znowu patrzał na bladą twarz i w piwne oczy dziewczyny i poruszał ustami, nie mogąc wydać szeptu nawet. Język nagle odmówił mu posłuszeństwa. Nie wiedział, że natura sama broniła go tym bezwładem przed nowym krwotokiem. Zamknął oczy i natychmiast opanowała go ciężka, niezwalczona senność. Gdy obudził się, na sali panował półzmrok. Paliła się wysoko pod sufitem jedna tylko lampa, owinięta w zieloną bibułę. Ktoś rzęził ciężko w ciemnym kącie, inny bełkotał niezrozumiałe słowa i, widać, miotał się, bo żelazne sprężyny łóżka skrzypiały i dzwoniły. Po grubym chodniku bez szmeru przesunęła się ciemna postać szarytki. Biały kornet cicho się poruszał, niby skrzydła dużej ćmy.
Nesser syknął. Szarytka stanęła i nadsłuchiwała. Gdy cichy syk dobiegł jej powtórnie, podeszła do łóżka rannego dziennikarza.
— Gdzie jest panna Martin? — szeptem spytał Nesser.
— Nie wiem o kogo pan pyta — odparła, spokojnie podnosząc ramiona.
— Ta ruda, wysoka kobieta... — wyszeptał ranny.
— Teraz noc! — odpowiedziała zgorszona. — Obcych wpuszczamy dopiero po południu...
O nic już więcej nie pytał. Leżał cicho i wpatrywał się w lampę. Jakiś owad wirował wokoło niej, siadał na chwilę i znowu zaczynał swój bezmyślny lot spiralny.
— Mogę już mówić! — mignęła nagle myśl radosna i wnet przypomniał sobie słowa Julji: — „Teraz już wszystko będzie dobrze!“ Tak — dobrze! Wszystko — dobrze, oby tylko prędzej, prędzej!... a potem znów okopy, szare, zabłocone, zziajane postacie żołnierskie... Oby prędzej!
Minęło jeszcze dwa dni straszliwej słabości i — Nesser poczuł się silniejszym. Mógł już mówić półgłosem i tylko od lewego boku ostry ból przeszywał mu pierś, gdy zmęczony zaczynał głębiej oddychać.
— Jak się pani udało wyrwać z Paryża? — spytał pewnego dnia Julji, zadając jej dawno niepokojące go pytanie.
— Dlaczegóż nie miałoby się udać? — odpowiedziała z uśmiechem. — Przyszłam do kantoru fabrycznego i poprosiłam o urlop trzydniowy. Odmówili mi, a wtedy powiedziałam im parę słów do słuchu i poprostu wyjechałam.
— A co będzie dalej? — pytał.
— E — e! — machnęła ręką niedbale. — Jeszcze mam trochę grosza, więc nie chcę myśleć o niczem... Zresztą wszędzie dam sobie radę! Powrócę do Paryża i rozejrzę się po innych fabrykach, bo „Astra“ to chyba mi się już wścieknie. Pofolgowałam tam sobie i nagadałam im za wszystkie czasy!
— To pani wyjeżdża?! — spytał Nesser z trwogą w głosie, a w oczach jego miotały się strach i rozpacz. — Pozostanę znowu sam?... Mogłaby pani przecież, panno Martin, dla mego dobra...
Przerwała mu jakimś radosnym szeptem:
— Jedziemy razem pojutrze!... Powiozą pana do szpitala na operację, bo trzeba znaleźć i wyciągnąć trzeci kawałek żelaza.
— Ach! — westchnął Nesser z ulgą.
Julja Martin milczała. Siedziała cichutko, nie ruszając się, skulona na stołku u nóg Nessera. Nagle łkania bezdźwięczne wstrząsać nią zaczęły, a łzy kapały na czarną bluzkę. Nesser podniósł na dziewczynę niespokojny i zdumiony wzrok. Szybko otarła łzy i uśmiechnęła się z jakimś dziwnie rzewnym wyrazem oczu.
— To nic, to nic! — szepnęła. — Jestem tak bardzo szczęśliwa!
Nesser milcząc, wyciągnął do niej rękę. Podała mu dłoń, a on zapytał:
— Dlaczego pani płakała?
Zarumieniła się zlekka i namarszczyła brwi.
— Wydało mi się, że jestem panu potrzebna... — odpowiedziała po chwili. — Jakież to szczęście wiedzieć, że komuś na nas zależy, że poza sobą powinno się myśleć stokrotnie więcej o kimś innym!
Nesser radośnie potrząsnął gową i szepnął:
— Jakie to dziwne! Wypowiedziała pani myśl, nad którą łamałem sobie głowę przez tyle miesięcy, zanim doszedłem do niej, a pani tak odrazu wyraziła ją w kilku słowach — najprostszych i najprawdziwszych!




Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Ferdynand Ossendowski.