Ogień wykrzesany/Rozdział III

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Ferdynand Ossendowski
Tytuł Ogień wykrzesany
Data wydania 1936
Wydawnictwo Wydawnictwo Polskie R. Wegner
Druk Drukarnia Concordia
Miejsce wyd. Poznań
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tekst jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Indeks stron


ROZDZIAŁ III.

Nesser siedział w saloniku państwa Briard. Opowiadał z przejęciem o zajściu w „Willa Rodé“. Obie panie oraz znajdujący się w pokoju gość, młody, elegancki rotmistrz, słuchali z zaciekawieniem. Przyzwyczajony do badania otoczenia, spostrzegawczy reporter przyłapał zachwycone spojrzenia oficera, skierowane na Iwonę; wspaniały bukiet czerwonych róż leżał na stole; nie zdążono go, widać, wstawić do wazonu; obok stało duże pudło cukrów, owinięte w cienką bibułkę i związane szeroką, liljową wstążką. Nesser z przykrością uświadomił sobie, że te spostrzeżenia wywołały w nim pewne rozdrażnienie, a nawet gorycz. Walcząc z nieoczekiwanemi odruchami, opowiadał o cyganach, Rasputinie i bójce w restauracji, opowiadał barwnie, zapalając się coraz bardziej.
Wszyscy słuchali go z zapartym oddechem. Reporter z wielką umiejętnością nakreślił zupełnie wiernie i szczegółowo dekoracje, naszkicował przesuwające się na ich tle sylwetki eleganckich ludzi, a w końcu wyrzeźbił śmiałem cięciem ciemne postacie cyganów, zniewalających kulturalnych oficerów do westchnień i marzycielstwa, wykuł, niby w twardej skale, ponurego, zagadkowego mnicha i pod nogi rzucił walczącą z jego pajęczym, niepojętym wzrokiem przerażoną tancerkę, Wierę, wreszcie — pokornych woli czarownika arystokratów o głośnych nazwiskach i tytułach. Cały ten obraz odmalował barwnie, z prawdziwym artyzmem i plastyką rzeźbiarza, a zakończył swoje opowiadanie słowami:
— Mój szef, czcigodny pan Benjamin Rumeur, nie będzie się posiadał z radości! Feljeton o tajemniczym czarowniku Rasputinie! I do tego we wspaniałem otoczeniu samych książąt i hrabiów! Proszę sobie wyobrazić, że obok mnie siedział hrabia Palen, a trochę dalej — książę Trubeckoj. Nam cudzoziemcom nazwiska te nic nie mówią. Opowiadano mi jednak o tych rodzinach bardzo pouczające szczegóły. Przodek hrabiego Palena brał udział w zamordowaniu cara Pawła, a pradziad księcia Trubeckoja był zesłany na Sybir za rewolucję przeciwko Mikołajowi I-mu... Dowiedziawszy się o tem i śledząc przebieg zajścia w „Willa Rodé“, pomyślałem sobie, że ci arystokratyczni rewolucjoniści w grobach się zapewne przewrócili!
Zapalił papierosa i umilknął.
— Dlaczego pan tak myśli? — spytał oficer.
— Jakżeż może być inaczej, mój panie?! — zawołał z szyderstwem Nesser. — Pradziadowie — rewolucjoniści zwalczali despotyzm carów, a ich potomkowie pokornie znoszą obecność dawnego złodzieja, brutalnego rozpustnika, dlatego tylko, że jest bożyszczem dworu. Prawnukowie carobójców i buntowników szepcą z drżeniem w głosie: „Błogosław, ojcze duchowny!“ i, podobno, ręce całują nadwornemu czarodziejowi! Dopiero bezgraniczna bezczelność tego chłopa syberyjskiego, obrażającego cześć cesarzowej i zarazem kobiety, spowodowała wybuch tej karczemnej bójki! Na zachodzie wszak nie od dziś już wiedzą o tej skandalicznej postaci i jej wpływie na cara i waszą politykę. I cóż? W Rosji nikt nie reagował na to, nikt czynnie, w ten lub inny sposób, nie usunął tego człowieka:
— Prezydent Poincaré odwiedzał Carskie Sioło tuż przed wybuchem wojny, nie interpelował jednak w tej sprawie... — wtrącił oficer.
W głosie jego zgrzytnęła oschła niechęć do korespondenta. — Dlaczego prezydent Poincaré miałby to uczynić? — zaśmiał się Nesser. — To było waszym obowiązkiem! Zresztą Poincaré nie miał nawet czasu, aby wdawać się w tę sprawę, nie mógł ogarnąć całej doniosłości tego średniowiecznego zjawiska...
— Jak pan to rozumie? — zadał pytanie oficer.
— Rasputina trzeba widzieć w otoczeniu hrabiów, książąt i świetnych oficerów gwardji, a wtedy dopiero można zrozumieć całe niebezpieczeństwo! Kiedy pojąłem zabobonny strach przed nim i niewolniczą służalczość tych panów, wtedy dopiero oceniłem należycie potęgę tego oszusta, który, jeżeli zechce, potrafi dojść do fantastycznego nawet celu.
Zwracając się do Iwony, mówił dalej:
— Źle się dzieje w Rosji, panno Briard! Już wiem, że na szczytach społeczeństwa panuje obłęd i zgnilizna. O armji słyszałem od rosyjskich oficerów bardzo sceptyczne uwagi. Widzę jedyną i ostatnią nadzieję tylko w radykalnych warstwach. Spodziewam się, że tam przynajmniej Rasputin nie ma uznania! Być może, wśród miejscowych „jakobinów“ nie usnęła jeszcze zdrowa i czynna myśl polityczna, a może nawet miłość dla ojczyzny.
Rotmistrz gwałtownie się poruszył i zawołał:
— Rewolucjoniści są wrogami cara i rządu, podkopują podwaliny imperjum! Są to bandyci, napadający spoza rogu, teroryści, których czeka szubienica!
Zaczął się śmiać głośno i złośliwe.
— Muszę panu przypomnieć historję, drogi panie — odpowiedział Nesser spokojnie. — Szubienica, jak każda maszyna, pozostaje obojętną dla gatunku żeru. Zawisali na jej stryczku bandyci, teroryści, zawisali też i panowie wysoko urodzeni. Wszystko zależy od tego, kto daje maszynie materjał do... odrobienia.
— Jak na dziennikarza przyjaznej nam Francji, zbyt radykalnie patrzy pan na te sprawy... z mego punktu widzenia... — rzekł oficer z naciskiem.
— To tylko z punktu widzenia pana! — zaprzeczył ze śmiechem reporter i nagle jakgdyby obłok smutku przemknął po jego przybladłej twarzy. — Spędziłem długie tygodnie w armjach sprzymierzonych i wrogich państw. Widziałem bohaterów i uczciwych ludzi, spełniających swój obowiązek...
— My posiadamy tysiące bohaterów! — zawołał oficer.
— Nie wątpię... widziałem oficerów pewnego pułku, idących samotnie do ataku, bo żołnierze opuścili ich... Wszyscy polegli... Był to straszny, szaleńczy, a jednak wspaniały, pełen szlachetności czyn!... Gdzieindziej jednak, prócz bohaterstwa i obowiązku, spostrzegłem natężenie wszystkich sił narodu, zrozumienie wojny i celu jej, ujętego tak lub inaczej. W Rosji tego niema...
— Pan się myli! — wykrzyknął oficer.
— Chciałbym się mylić! — odparł reporter. — Nie wiem, czy gdziekolwiek wobec takich porażek, jak w Prusach Wschodnich i w Karpatach, możliwą była wspaniała uczta wczorajsza, cyganie, Rasputin?... Zresztą, słyszeliśmy razem z panną Briard żołnierzy waszych, pytających o powody wojny i nie odróżniających Francuzów od Niemców, bo i ci i tamci nie są, podług ich przekonania, chrześcijanami.
Rotmistrz zmarszczył brwi i mruknął:
— Nasz naród pozostaje jeszcze w ciemności niewiedzy...
— Ale on wyłonił z tej ciemności Rasputina, a ten rządzi wami! — odparował Nesser.
— Zbyt silnie powiedziane... — żachnął się oficer.
— Niech pan wyrazi to słabiej!
Do rozmowy wmieszała się pani Briard i pojednawczym tonem rzekła:
— Pan, panie Nesser, stanowczo zbyt surowo sądzi Rosjan! Baron Tyzenhauzen z trudem może bronić swojej ojczyzny w tak pobieżnej rozmowie!
— Baron Tyzenhauzen? — zapytał Nesser. — Pan rotmistrz ma w swoich żyłach niemiecką krew? O, w takim razie wcale nie powinien pan bronić Rosji! Dla niemieckiego umysłu ten kraj nie nadaje się do krzewienia cywilizacji, lecz wyłącznie dla podboju lub też dla pracy... pracy w rodzaju misjonarskiej... Najpierw — armaty, następnie — handel, a dopiero z czasem, kiedyś — cywilizacja!
Rozmowa się urwała, bo Nesser spostrzegł, że gość pochmurniał, a panie były zakłopotane. Jednak baron nie dawał za wygraną.
— Francja posiada swego d-ra Papusa, a nikt z nas misjonarstwa nad Sekwaną nie zaleca? — zauważał.
— Tak! — natychmiast odpowiedział reporter. — Nikt! A to dlatego, że kto lubuje się w tajemniczych praktykach okultyzmu, ten idzie sobie do Papusa. Ale Papus nie udaje mnicha, nie frymarczy imieniem Bożem, nie ośmiela się rządzić myślami Poincaré’go, Clemenceau’a, Briand’a, Joffre’a; słowem — ze swego podwórka, gdzie mu jest dobrze, nie wychodzi. To rosyjscy okultyści i nie-okultyści wezwali go do Piotrogrodu i polecili oddziaływać na cara i jego najbliższe otoczenie. Gdyby wasz Rasputin czynił cuda, siedząc w swoich borach syberyjskich, byłaby to zabawna i nader sensacyjna historja; nad Newą zakrawa ona na mroczną tragedję o zbliżającym się epilogu — niezawodnie jeszcze bardziej ponurym!... Doznałem tego wrażenia wczoraj i, obawiam się, że moje przewidywania nie są bezpodstawne.
— Co ma pan na myśli? — spytała Iwona.
— Wolałbym o temnie mówić! — rzekł Nesser.
Baron Tyzenhauzen podszedł do pani domu.
— Więc wieczorem spotkamy się z paniami w operze? — nienaturalnie wesołym głosem rzekł. — Grają dziś „Życie za cara“. Obsada pierwszorzędna, bo i Szaljapin śpiewa!
Pożegnał całe towarzystwo i wyszedł.
Nesser oznajmił ze śmiechem:
— Nie będę pań zatrzymywał! Zmykam! Poczekam chwilkę, aby baron zeszedł ze schodów, bo nie wiedzielibyśmy, o czem możemy dalej rozmawiać! Nie mam szczęścia do tytułowanych Rosjan! Z hrabią Palenem rozstaliśmy się też w nader kłopotliwem milczeniu. Cha! cha!
— Niech pan posiedzi jeszcze! — poprosiła Iwona.
— Chce pani zapożyczyć ode mnie jaknajwięcej argumentów przeciwko baronowi, który niezawodnie będzie usiłował osłabić w pani wrażenie moich gorzkich słów? — zapytał.
— Skąd taka pewność, że stanę w obronie pana? — przerwała mu zalotnie.
— O, nie wątpię! — zawołał. — Od czegóż ma pani francuski mózg!? Pani zrozumiała, że słuszność była po mojej stronie, a nie tego młodego rotmistrza! Powiadam pani, że wkrótce złożymy naszemu ambasadorowi i naczelnemu dowództwu bardzo obszerny raport ostrzegawczy! Tylko nie wiem, czy uwierzą nam? Ciężko jest bowiem wyzbywać się tego, co z przyzwyczajenia otaczamy urokiem.
To mówiąc rzucił przelotne spojrzenie na Iwonę, a po chwili skierował wzrok na bukiet czerwonych róż i pudło z cukierkami. Iwona uśmiechnęła się nieznacznie.
— Panu to chyba z łatwością przychodzi... — zauważyła.
— Tak!... Zazwyczaj nie bardzo się śpieszę z otaczaniem czegoś legendą romantyczną — mruknął.
— I kogoś — też?
— Tak!
— Pan nie jest szczery w tej chwili! — zawołała ze śmiechem. — A ta blada Marja Louge i wspaniała, ruda panna Julja od bielizny w fabryce „Astra“?... O nich jednak ułożył pan sobie legendę nader sentymentalną!
— Jakaż to legenda?! — mruknął, wzruszając ramionami.
— O, i bardzo nawet romantyczna legenda! — śmiała się wesoło. — Pan jest tak całkowicie pewien tych pań, że nie uwierzyłby, gdyby mu opowiadano, iż panna Marja w lęku przed samotnością ma już innego przyjaciela, a rudowłosa Julja znalazła sobie protektora, porzuciła warsztat hafciarski i kieruje się na nową „Nana“, do której zresztą, sądząc z plastycznego opisu pana, jest zupełnie podobna! Nie uwierzyłby pan?
Nesser skrzywił się z niesmakiem i odpowiedział cicho:
— Nie!
— A gdyby o pannie z towarzystwa, o mnie, naprzykład, posłyszał pan jakąś pikantną historję... Zresztą jestem widocznie bardzo zarozumiała, skoro myślę, że i mnie otoczył pan legendą... — zawołała, głośno się śmiejąc. — Prowokuję pana i napraszam się na komplement.
— Iwono! — upominała ją zdziwiona pani Briard. — Pan Nesser ma ważniejsze sprawy na głowie, niż myśleć o tobie.
— O, przepraszam! — odpowiedziała. — Jest moim zbawcą od napaści kozackiego brutala, więc musi myśleć o mnie!
Nesser skrzywił się znowu i odparł:
— To był wypadek! Tak samo broniłbym rozczochranej Żydówki przed dzikim żołdakiem!
— Boże, jaka proza! — wznosząc ręce, wykrzyknęła Iwona. — Burzy pan piękny gmach! W swojej wyobraźni zbudowałam go na bohaterstwie pana, przypieczętowanem krwią. Raptem — taki cios! Iwona de Briard i — brudna Żydówka z małego miasteczka! Brr!...
Podniósł na nią zimne oczy.
— Kiedyś coś zupełnie podobnego słyszałem od pani Reginy Sauvier — rzekł oschle.
— Może poświęci pan i mnie parę druzgocących feljetonów? — odcięła się, potrząsając głową.
— Cóż to za pani Sauvier? — zapytała matka.
— Bohaterka feljetonów z „Hałasu Ulicy“ — objaśniła Iwona.
— Ach... — kiwnęła głową pani Briard i rzekła: — Pozostawiam państwa, bo muszę wyjść na miasto. Poczęstuj pana Nessera herbatą, Iwono! Powrócę na siódmą!
Wyszła z salonu.
— Jakże tam z feljetonami o mnie będzie?... Kiedy i gdzie mam je przeczytać? — spytała panna Briard, biorąc bukiet i pieszcząc kwiaty.
— Nie będzie feljetonów! — odparł ze śmiechem. — Pani może robić i mówić wszystko, co jej się podoba. Nic mnie to nie obchodzi. My stanowimy dwa światy...
— A pani Sauvier, panna Louge i piękna Julka Martin? Czy one stanowią jeden świat z panem?
— Pani Sauvier — nie, te dwie hafciarki — tak! — odparł.
— To ciekawe, lecz nie zupełnie zrozumiałe! Pan i hafciarki? Kombinacja — bajeczna! — zawołała.
— Nie zupełnie! — rzekł. — Umysłowy świat różny, moralny — jednakowy. One i ja walczymy wszelką bronią o swój byt i spokój! Rozumiemy się doskonale... Mamy do siebie zaufanie. Jestem przekonany, że spełniłyby wszystko, o cobym tylko poprosił te zacne dziewczyny!
— Słaby dowód! — zaprzeczyła. — Uczyniłyby to przez wdzięczność dla pana. Jabym też to zrobiła...
Urwała nagle.
Nesser spojrzał na nią i szepnął:
— A gdybym tak poprosił, żeby pani wyrzuciła te róże i nie poszła dziś do opery?
Wzruszyła ramionami i opuściła oczy.
— Zrobiłabym to! — rzekła wyzywająco.
Zaśmiał się wesoło.
— Żartowałem, panno Iwono! Nie cierpię być wdzięcznym i nie bardzo cenię to, co się robi tylko przez wdzięczność!
Iwona patrzyła na niego przenikliwie i milczała.
— Wdzięczność to coś z jałmużny, albo spłacania długu... — dodał Nesser po chwili.
Nic mu na to nie odpowiedziała.
Reporter spojrzał na zegarek i zawołał:
— Spóźniłem się! Już od pół godziny czeka na mnie poczciwy Fougères. Mamy dziś przed sobą bardzo ciekawą wyprawę... do rewolucjonistów, z którymi nasz przyjaciel, jako radykał, jest w dobrej komitywie. Życzę pani wesołej zabawy w teatrze!
Wyciągnął do niej rękę. Nie podała mu swojej. Nesser zajrzał jej w oczy. Przysłonięte były znaną mu mgiełką, przez którą zobaczył wyraźnie namiętne oczekiwanie i dziwną, pokorną uległość, działającą mu na zmysły.
Iwona Briard powolnym krokiem, kołysząc biodrami, zbliżyła się do stołu. Wziąwszy bukiet i bilety, pozostawione przez barona, poszła do kominka i cisnęła je do ognia. Po chwili, rozrzucając jarzące się węgle, wpadło tam też pudło cukierków. Dziewczyna patrzyła na płomień, liżący świeże róże i chciwie ogarniający papier. Para i dym ulatywały w górę.
Nesser stanął za Iwoną, prawie dotykając piersią jej pleców. Zadrżała całem ciałem, ramiona jej opadły, opuściły się bezwładnie; oddychała ciężko i porywczo. Na jedną krótką chwilę błysnęły tuż przed nim nieprzytomne oczy kobiety, pod wargami swemi uczuł zimne, osłabłe usta, w objęciach swoich tulił i gniótł omdlewające, rozpalone żarem wewnętrznym ciało, które nieznanemi prądami, miotającemi się i wichrząeemi wokół, przyzwalało na wszystko, wołało pokorne, żądne, a coraz bardziej podsycające zmysły Nessera, tracącego panowanie nad sobą...
W godzinę później opuszczał salonik. W milczeniu całował zmęczone, lecz rozognione oczy Iwony, żegnając ją. Na progu przycisnęła się do niego cała i, muskając mu ucho pałącemi wargami, szepnęła:
— Twoja... Twoja!
Spojrzał jej w oczy, ale nic nie odpowiedział i szybko odszedł. Był zły na siebie i czuł wstyd za swoją słabość.
— Uwikłałem się w przykrą historję... — mruczał. — Jakaś zaraza chodzi po ludziach w tym Piotrogrodzie... Północna Palmira, mroźna i mglista, a przesiąknięta lubieżnością!...
Fougères już czekał na niego, niecierpliwie chodząc po pokoju i gwiżdżąc.
— Wyglądam tu pana od godziny! Możemy się spóźnić! — powiedział z wyrzutem. — Co pan robił tak długo na mielcie? Telefonowałem wszędzie: do misji, do ambasady, do szpitala, wreszcie przyszło mi na myśl zadzwonić do mieszkania pani Briard.
— Co ja robiłem? — powtórzył Nesser. — Gdybym napisał o tem feljeton do „Hałasu Ulicy“, pana Rumeura szlagby trafił ze śmiechu! Słowo panu daję! Wydawałem sobie świadectwo słabości beznadziejnej, takiej, która może nałożyć kajdany na wolnego człowieka i jego życie zamienić na wielkie, okrągłe zero.
— Nie rozumiem, ale to wszystko jedno! — odpowiedział dziennikarz. — Proszę wziąć z sobą paszport i wszelkie posiadane legitymacje... Musimy natychmiast jechać!
— Poco paszport? — zdumiał się reporter.
Fougères wzruszył ramionami i odparł:
— W Rosji paszport stanowi duszę obywatela, a że dusza podobno wcześniej czy później staje przed sądem Bożym, nie zawadzi mieć go w porządku, no — i przy sobie.
— Doskonale! — zgodził się Neóser. — Chowam do kieszeni całą tę plikę dokumentów. Chyba wystarczy?
— Miejmy nadzieję! — odparł wymijająco Fougères.
Wsiedli do dorożki i pojechali. Droga była daleka. Chuda, wymęczona szkapa wlokła się powoli. Przenikliwie zgrzytał i skrzypiał śnieg pod płozami sanek. Przejechali nieskończenie długi Newski Prospekt; przed dworcem kolejowym minęli potworną bryłę pomnika Aleksandra III-go i jechali dalej aż do długiego, białego muru klasztoru św. Aleksandra i cmentarza przy nim. Fougères kazał dorożkarzowi stanąć. Poszli, krążąc w labiryncie ciasnych uliczek, zasypanych śniegiem. Rzadkie latarnie naftowe rzucały żółte plamy na brudne, wapnem pobielone mury jednopiętrowych domków. Samotne postacie skulonych, podejrzliwie oglądających się ludzi szły w jednym z nimi kierunku.
— Doskonale! — szepnął Fougères. — Zebranie nie zaczęło się jeszcze...
— Jakie to będzie zebranie? — spytał reporter.
— Przedstawiciele wszystkich stowarzyszeń rewolucyjnych od socjalistów umiarkowanych aż do skrajnych radykałów i anarchistów... Ma być zaproponowany z zagranicy program wspólnego działania wobec niepowodzeń wojennych — odparł dziennikarz.
Zatrzymali się przed czytelnią ludową i po chwili weszli. W brudnej zimnej sali zgromadziło się około stu ludzi. Nesser spostrzegł w tłumie starych robotników, młodzieńców w bluzach lub w studenckich kurtkach, niemłode kobiety i dziewczęta o surowych, prawie groźnych oczach.
Do Fougères’a zbliżył się chudy robotnik o inteligentnej twarzy i oczach krótkowidza. Uścisnęli sobie ręce i zamienili kilka słów. Robotnik podszedł do stołu i zawołał:
— Towarzysze! Czy nie zostanie zgłoszony protest przeciwko obecności dobrze nam znanego francuskiego dziennikarza, towarzysza Fougères’a, oraz jego przyjaciela — towarzysza Nessera z Paryża?
Długo nikt nie odpowiadał, wreszcie odezwała się młoda dziewczyna, siedząca w ciemnym kącie przy piecu:
— Jeżeli nie są szpiegami, niech słyszą, jak myśli i do czego dąży proletarjat rosyjski!
— Towarzyszka Marusia mówi sprawiedliwie! — rozległy się głosy.
— Towarzysze mogą pozostać! — ogłosił chudy robotnik, zwracając się do Francuzów. — Muszę tylko uprzedzić was, że na wypadek wtargnięcia policji mamy udawać słuchaczów popularnego odczytu naukowego.
— Dobrze! — zgodził się Fougères i przetłumaczył koledze słowa robotnika.
Reporter kiwnął głową.
Coraz więcej kobiet i mężczyzn wchodziło na salę. Przybywający pokazywali swoje legitymacje partyjne i siadali na drewnianych stołkach, krzesłach i ławach, lub ustawiali się pod ścianami. Nesser rozglądał się po sali. Na brudnych, zakopconych murach wisiało kilka map, jakieś wykresy statystyczne, a nawprost wejścia — oleodruki cara i carycy w popękanych złoconych ramach, pod niemi — dwie duże, wycięte z jakiegoś albumu ilustracje, przedstawiające letni i zimowy krajobraz.
Chudy robotnik włożył okulary i zadzwonił.
— Otwieram posiedzenie zjednoczonych komunistów partyjnych! — ogłosił.
Jeden po drugim występowali mówcy, których słowa tłumaczył Nesserowi dobrze obeznany z partją i jej programem Fougères. Reporter, przypominając sobie szczegóły wizyty u Iwony, długo nie mógł należycie skupić uwagi. W świetle dużej lampy naftowej, w lekkiej mgle coraz bardziej przysłaniającej cały lokal, nad stołem zjawiały się wymęczone twarze, ponure nienawidzące oczy i chude, nerwowe ręce o kurczących się, jak szpony, palcach. Brodate, zniszczone oblicza, młode twarze robotników i studentów o zaciśniętych, jak u starców, ustach, gładko uczesane głowy kobiet, — wszystko, narazie odróżniane zosobna, stłoczyło się wkońcu w nieprzerwany korowód widm złych, mściwych, nieprzejednanych. Ze wszystkich kątów półciemnej sali biegły syczące słowa nieznanej, namiętnej żądzy i zemsty, szkliły się nienawiścią nieruchome źrenice, ciągnęły się ręce ruchem rozpaczy i groźby. Padały ciężkie, jak kamienie słowa:
— Ucisk... Tyrani... Więzienie... Sybir... biały terror... rewolucja... wybuch zemsty ludu... czerwony terror!
I znów bez końca, jak słowa wyuczonej modlitwy:
— Ucisk... Tyrani... Więzienie... czerwony terror...
Głosy, przepojone ponuremi, mściwemi myślami, przerywane drażniącym pomrukiem, niby szloch zduszony:
— Ucisk... biały terror... bomby... rewolucja!...
Nesserowi się wydało, że słucha cygańskich pieśni — tęsknych, głuchych, jak wycie zamieci mroźnej, jak dalekie echo jęku, ponad którym biegły trwożne, obłędne wołania, przerażające niepohamowaną namiętnością:
— Hej, Nastieńka! Hej, umiłowana!
Drgnął, gdy spostrzegł to rażące podobieństwo.
Mowy partyjnych delegatów zostały wreszcie wyczerpane. Po chwili powstał człowiek o zimnej, szyderczej twarzy i mówić zaczął:
— Słucham was i śmieję się wam w oczy, pogardzam wami! Mówicie o ojczyźnie i narodzie? Idziecie jedną drogą z kapitalistami i imperjalistami i nie chcecie się chwytać broni, nie tej jednak, którą zwalczają nas wrogowie proletarjatu, oszukanego hasłami patrjotyzmu i nacjonalizmu! Prawdziwa rewolucja proletarjatu nie zna tych głów, nie zna ewolucji! Albo wszystko — precz, albo ugiąć karki; zdobyć, wyrwać wszystko za jednym zamachem, albo — nic nigdy! Musimy ująć rząd w swoje ręce odrazu!
Ktoś westchnął ciężko i odezwał się z goryczą:
— Klasa robotnicza słyszy to już od roku 1860! Pusta gadanina! Któż to zrobi? Na to trzeba armji, swojej własnej armji, a nie terrorystów, których duszą kaci na szubienicach!
Gwar głosów pokrył te słowa.
Mówca spokojnie czekał, aby się uspokoiło, poczem ciągnął dalej:
— Padły tu mądre słowa. „Na to trzeba armji.“ Towarzysze! Posiadamy już pięć miljonów zbrojnych ludzi, a za dwa lata będziemy mieli ich dwanaście... piętnaście miljonów!
Szmer zdumienia i poruszenia przebiegł po sali, niby prąd elektryczny. Kilku robotników zerwało się z miejsca i złemi głosami krzyknęło, powtarzając:
— Kłamstwo! Demagogja! Nie mamy nawet dostatecznie silnej bojówki! Na terorystyczne zamachy posyłamy zieloną, nieuświadomioną, oszukiwaną młodzież!
— Nie macie i nigdy mieć nie będziecie bojówki! — zawołał nieznany mówca. — Zawsze będziecie ginąć na szubienicach i gnić w więzieniach, bo zaprzątacie sobie głowy miłością ku ojczyźnie, sentymentami, a nie zwycięstwem proletarjatu! Oznajmiam wam, że towarzysz Lenin, którego znacie, a który posłał mnie do was, w r. 1917 będzie rozporządzał olbrzymią, ożywioną zrozumieniem naszych haseł armją z piętnastu miljonów żołnierzy!
— Lenin!... Lenin!... — rozległy się głośne okrzyki gromadki robotników, stojących przy oknach. — Niech żyje Lenin!
Mówca podniósł rękę, żądając ciszy.
— Towarzysz Leniu przewidział wszystko! Rozpętano siły burżuazji, żądnej wojny, rozbudziły instynkty drapieżne. Cała machina logiki imperjalistycznej pomknęła całym pędem. Wszystko zostało zmobilizowane: kapitały, kościoły, bezczelne oszustwo, nawet czary, uprawiane przez Rasputina, Iwana Bosego, biskupów, metropolitów, wynajdujących nowych świętych, i wreszcie — miljony ludzi, rzuconych na pastwę wojny. Wszystko postawiono na kartę zwycięstwa!
— Cierpimy porażki... Jesteśmy bydłem, gnanem na rzeź przez Anglję i Francję! — rozległy się wzburzone głosy.
— Cieszę się, że rozumiecie to! — syknął wysoki człowiek o szyderczej twarzy. — Cieszę się! Machina burżuazyjna powinna runąć! Jakżeż więc możecie rozprawiać o starych, jak świat, partyjnych sposobach walki? Innych trzeba się imać sposobów! Tych, które wskazuje chwila, których żąda rzeczywistość! Gdyby burżuazja tego czy innego państwa doszła do zwycięstwa na wojnie, sprawa proletarjatu byłaby przegrana na długie lata! Lecz nastąpiły czasy porażek dla Rosji i dla Niemiec. Coraz większe ofiary składa proletarjat, broniąc kapitalistów i imperjalistów. Porażki coraz bardziej otrzeźwiają armje, coraz głębsze ogarnia je zniechęcenie i nienawiść...
— Precz z tyranami! — krzyknął jakiś młody robotnik, zaciskając pięści.
— W r. 1917 nie będziemy już o nich słyszeli! — donośnym, stanowczym głosem odpowiedział mówca. — Przyjdzie taki moment, gdy, rzuciwszy hasło: „Precz z wojną! Precz z tyranami“, towarzysz Lenin stanie na czele zniechęconej i zrozpaczonej armji, prowadząc ją na inną walkę. Nad zbrojnemi szeregami powiewać będą nowe sztandary z napisami „Pokój — chatom, wojna — pałacom!“ Zwycięstwo należy do proletarjatu, towarzysze! Nad tem pracują już nasi ludzie na froncie i na tyłach armji! Tysiąc najlepszych agitatorów wstąpiło jako szeregowcy, oficerowie, lekarze, sanitarjuszki do wszystkich korpusów zmobilizowanych! Inni czekają na swoją kolej. Plan zostanie wykonany do końca! Towarzysze! Wkrótce cały świat powinien się zmienić, bo władzę nad nim ujmie w swoje twarde dłonie lud pracujący! Rosja pierwsza starga kajdany i dopomoże w tem innym narodom! Porzucajcie partyjne, przeżyte programy i wszyscy, wszyscy wstępujcie w szeregi bojowników Lenina. Niech żyje proletarjat! Niech żyje socjalna rewolucja! Niech żyje międzynarodówka!
— Niech żyje towarzysz Lenin! — krzyknął ten sam młody robotnik, podnosząc nad głową zaciśnięte pięści, jakgdyby w rozpaczy bezmiernej.
— Niech żyje!...
Okrzyki, rozlegające się z różnych kątów sali, nagle umilkły. Złowroga cisza zapanowała w lokalu czytelni. Stary robotnik podniósł głowę i uważnie nadsłuchiwał. Z poza zamarzniętych okien wdarł się przeraźliwy świst, krótki i trwożny.
— Towarzysze! — zawołał przewodniczący. — Odbywa się odczyt, zorganizowany przez komisję samokształcenia. Na stół książki i kajety! Towarzyszka Nina ma głos!... Proszę zachowywać spokój!
Nesser spostrzegł, że mówca o szyderczej twarzy znikł nagle, kryjąc się w tłumie robotników, stojących przy oknach.
— Policja nadchodzi... — szepnął do Nessera dziennikarz. — Uczestnicy zebrania będą udawali słuchaczy odczytu naukowego...
Niemłoda już kobieta o gładko uczesanych włosach zajęła miejsce przy stole i, nakładając okulary, drżącym głosem rozpoczęła wykład:
— Światło jest to energja, posiadająca ruch falisty...
W tej chwili rozległo się silne pukanie do drzwi i donośny głos zawołał:
— W imieniu prawa proszę otworzyć drzwi!
Wszyscy się przyczaili, pochylili nad stołem, opuścili głowy, niby coś ciężkiego miało przytłoczyć ich.
— Policja... Zwęszyli... Mamy szpiegów wśród nas... — syczały zewsząd przerażone szepty.
Przewodniczący wstał i poszedł do sieni. Z hałasem rozwarły się drzwi. Z brzękiem ostróg weszli żandarmi; szczękając szablami, zawadzającemi o stołki i krzesła, wpadli też wślad za nimi policjanci; wślizgiwały się jakieś ponure postacie w cywilnych paltach, a w sieni majaczyły, wyglądające spoza pleców policjantów twarze przechodniów ulicznych. Młody, elegancki pułkownik żandarmów szybkim krokiem zbliżył się do stołu, rzucił okiem na leżące na stole książki i uśmiechnął się z niewypowiedzianą łagodnością.
— Ach! Niewinny wykład fizyki?... — rzekł, poprawiając złote binokle. — Nie będę państwu przeszkadzał. Proszę tylko wskazać mi przybyłego dziś z zagranicy „towarzysza Strzałę“! Nie wiele straci chyba, jeżeli nie dosłucha wykładu o świetle, wygłaszanego przez czcigodną Ninę Michajłównę Samsonową, nauczycielkę państwowego gimnazjum. Mamy do pomówienia z „towarzyszem Strzałą“...
Zebrani milczeli. Nikt się nawet nie poruszył.
— Tego się spodziewałem! — już innym głosem zaczął żandarm. — Tego się właśnie spodziewałem! Panie komisarzu trzeciego obwodu, proszę zaaresztować natychmiast przewodniczącego zebrania, majstra cesarskiej fabryki porcelany, Aleksego Kalinina, nauczycielkę Ninę Samsonową, a resztę tej hołoty poddać rewizji osobistej, dokładnej tylko, dokładnej! Żandarmi, do mnie!
Na czele rosłych wachmistrzów, broniących bezpieczeństwa cara i spokoju w imperjum, pułkownik ruszył w stronę zbitego tłumu robotników, stojących przy oknach.
— Ręce do góry! — krzyknął oficer i wyciągnął przed siebie rewolwer.
Jak na komendę uczynili to samo żandarmi i otoczyli gromadę ludzi, podnoszących ręce.
— Nazwisko? imię? gdzie pracujesz? dokumenty? — padały urwane pytania.
Oficer szarpał bladych, przerażonych ludzi za kołnierze kurtek, zrywał guziki, wyciągał im z kieszeni papiery, przeglądane przez urzędnika w cywilnem ubraniu.
— Stań na uboczu! I ty... i ty! — komenderował pułkownik.
Wtem powstało zamieszanie. Rozległy się przeraźliwe, oburzone krzyki:
— Nie macie prawa robić takiej rewizji! Znęcacie się nad kobietami! Obrażacie wstydliwość!... Tyrani!
Zgiełk i zamęt zapanowały w głębi sali. Ktoś cisnął krzesłem w lampę. Posypało się szkło, buchnął czerwony płomień i zagasł. Ciemność pochłonęła czytelnię.
— Nie ruszać się z miejsc, bo będziemy strzelać! — huknął donośnym głosem pułkownik.
W tej chwili z brzękiem rozprysła się szyba. Na tle śniegiem pokrytej ulicy zamajaczyła czarna sylwetka człowieka, wyskakującego przez okno. Padło kilka strzałów naraz. Uciekający krzyknął przeraźliwie i obsunął się na ziemię.
— Latarki! — zakomenderował oficer i podszedł do leżącego.
Oglądał go uważnie i porównywał z fotograf]ą, wydobytą z teki. Po chwili zaczął się śmiać cicho, złośliwie.
— Towarzysz „Strzała“ nie będzie już mógł wysłuchać do końca wykładu Niny Michajłówny, bo dostał kulę w serce...
Wniesiono tymczasem lampy.
— Chodźmy! — szepnął Fougères do reportera. — Musimy się wylegitymować.
Zbliżyli się do komisarza policji. Dziennikarz, uchylając kapelusza i pokazując dokumenty, objaśniał:
— Interesowało nas życie robotnicze. Przeczytaliśmy afisz o wykładzie w czytelni ludowej i wstąpiliśmy, nie wiedząc, że znajdziemy się w tak przykrej sytuacji.
— O czem mówiono tu w obecności panów? — zapytał komisarz.
Fougères wzruszył ramionami i odparł bez wahania:
— Przed wykładem, o ile zrozumiałem, była mowa o poglądach partyjnych na sprawy samokształcenia.
— Czy i pański rodak może to potwierdzić?
— Ten pan jest znakomitym dziennikarzem francuskim, niestety, wcale nie mówiącym po rosyjsku! — odpowiedział Fougères.
Komisarz zapisał nazwiska i adresy obydwóch cudzoziemców i oznajmił:
— Panowie są wolni! Protokół o ich zagadkowej obecności na nielegalnem zgromadzeniu zostanie skierowany do wyższych władz. Od nich będzie zależała decyzja ostateczna...
Dziennikarze opuścili czytelnię, z trudem przecisnąwszy się przez szeregi policji i tłum gapiów. Szli w milczeniu. Skrzypiał śnieg pod nogami. Wiatr siekł mroźnym powiewem. Ledwie się znaczyły w mętach zadymki i zgiełkliwej nocy żółte, niepewne plamy latarni. Gdzieś woddali bojaźliwie poszczekiwał pies. Z czeluści bocznego zaułka wytoczyła się ogromna postać w kożuchu. Jakiś człowiek potykał się na wybojach jezdni i mruczał:
— Psie syny!... Buntują lud... Obiecują rajskie życie... A za te obietnice — wyganiają z fabryki... pędzą na Sybir... a Semenowa to i powiesili!... Za nic powiesili... za głupie słuchanie tych podżegaczy — Gadają i gadają!... Wraże dusze! Kiedy mnie zbraknie, kto nakarmi moją babę i dzieci? Na śmierć nas posyłają... Niczem car! Ha! Niema tego, żeby to odrazu zmienić wszystko, ulżyć biednym ludziom! Nikt nie da na wódkę, bez której roboczemu człowiekowi życie wlecze się, niby noc czarna!
Spostrzegł idących, zatrzymał się i pogroził pięścią.
— Buntownik!! Łgarze! — mruczał. — Nas na stryczek posyłacie, do więzienia, do katorgi... Przeciw bogaczom i carom podjudzacie, a sami po kątach siedzicie, bezpiecznie, w sytości... Łotry, krzykacze! Uch! Ubiję, psie syny!
Długo jeszcze klął, stojąc i patrząc za znikającymi na załamaniu ulicy dziennikarzami.
Fougères mówił coś do Nessera, objaśniał szczegóły zajścia w czytelni, opowiadał o istniejących w Rosji prądach rewolucyjnych, o Leninie, uważanym za najbardziej wpływowego wodza mas robotniczych; tłumaczył wreszcie słowa pijanego wyrobnika, powątpiewającego o zbawienności przewrotu. Nesser nie słyszał prawie słów towarzysza. Zapomniał niemal o tem, co zaszło w saloniku panny Briard. Wydawało mu się, że się to stało kiedyś bardzo dawno, przebrzmiało już i zatonęło w przeszłości bezpowrotnej. Myślał nad tem, że życie ludzkości nabrzmiało sprzecznościami i gotowe jest pęknąć, jak dojrzały owoc. Widział już ten owoc, — ogromny, niby krwią nalany, drgający od wewnętrznych sił, rozsadzających naprężoną, rozdętą powłokę. Słyszał, jak rozrywają ją z hukiem, silniejszym od wszystkich burz świata, wezbrane potęgi wrogie, jak wylewa się i strugami krwawemi wycieka jadowity sok, jak wysypują się ziarna, pękające, ni to mocarne pociski. Wstrząsane wybuchami w gruzy się rozsypują niewidziane nigdy, olbrzymie gmachy o wieżach, kryjących się w chmurach; powódź krwi szaleje po ziemi całej, a nad szkarłatnemi, leniwemi falami miotają się rozwścieczone żagwie pożarów bez łun, bo i niebo całe płonie, słupami ognistemi złączone z płomieniami, pożerającemi domy, świątynie, lasy, łany, nawet zaspy śnieżne, topniejące i rozpływające się w nowe potoki krwi. Cały świat tonie w czerwonej powodzi, cały świat ginie w wirach i miotających się płachtach płomieni rozszalałych.
— Cóż znaczą, wobec nadążającej klęski moje drobne przeżycia niedostrzegalnego owada? Jaką wartość mają moje spóźnione wyznania i gorycz skruchy? — pytał siebie Nesser, ściskając zęby. — Czyż nie są śmieszne, nikomu niepotrzebne moje uczucia niejasne, marzenia znikome w nieuchwytnie krótkiej chwili, jak brzęk skrzydeł wpadającego w ogień nikłego motyla?
Zadrżał w rozpaczy bezsilnej, obezwładniony przeczuciem zbliżającej się klęski, która, nakształt potężnej lawiny, z obojętną, nieprzepartą siłą staczała się już z niedosiężnych szczytów, aby skruszyć na swej drodze państwa, miasta, ludy i byt istot najdrobniejszych, a pozostawić po sobie — pustynię i śmierć.
W sercu jego budziła się wielka miłość, a może, wielka nienawiść... Nesser uczuł nagle prawie nieznośny żar i ostry ból w piersi. Przystanął, ciężko oddychając, i szepnął namiętnie:
— O wszystkiem zapomnieć, wszystko, co małe i samolubne, odrzucić i mknąć na pomoc, stanąć w szeregach prawdziwych obrońców... Wojna burzy ludzkość, rewolucja zburzy ją do podstaw, pozostawiając nagą ziemię i nagiego, zdziczałego na niej człowieka! Nie nad tem pracowały największe umysły budowniczych życia, aby zbrodniarze żądzy i zbrodniarze zawiści zniweczyli plon ich geujuszu! Bronić, bronić! Przyszedł czas... Kogo bronić? Jak?
Fougères z niepokojem spojrzał na reportera i pytał z trwogą w głosie:
— Czy pan chory? Może sprowadzić dorożkę?
Nesser nic nie odpowiedział i nie ruszył się z miejsca. W smugach mknącej i kłębiącej się zamieci zamajaczyła przed nim nagle uduchowiona twarz księdza Chambruna i doszedł jego gorący szept:
— Prawda! Wszystko — prawda!...
Zdaleka nadążał pijany robotnik, śpiewał i klął na całe gardło:
— Uch! Ubiję, psie syny!... Buntowniki!
Był to ponury, chrapliwy ryk, a Nesser słyszał w nim żałosne wołanie:
— Ratujcie... Nie dajcie!
Znowu poznał głos Rosji. Zbłąkana, tonąca w hezdennem topielisku, wyciągała ręce ku postaciom, stojącym na brzegu otchłani, ukrytej w mroku i w smugach śnieżycy. Nesser przyjrzał się uważnie. Niby dziwaczny, upiorny odłam skały, majaczył przed nim posąg Aleksandra III-go. Dokoła granitowego cokołu w szalonych zakrętach pędził korowód mglistych zjaw: oficerowie, żołnierze, Żydzi, kozacy o skośnych oczach i nahajach w ręku; portrety cara i carycy w złoconych ramach; żandarmski pułkownik, nauczycielka w okularach i młody robotnik z zaciśniętemi pięściami. Na czele mknęła czarna sylwetka Rasputina, który, przyciskając się lubieżnie do cyganki, wył: „W imię Ojca i Syna i Ducha Świętego!“... Obok niego „towarzysz Strzała“ zgrzytającym głosem ciskał w otchłań nocy:
— Wszystko zburzymy, kamienia na kamieniu nie pozostawimy!...
Po chwili zjawy prysnęły, wsiąkły w smagające bicze zamieci.
Nesser drgnął, bo tuż za nim rozległ się groźny okrzyk:
— Uch! Ubiję...
Powrócił do domu zgnębiony. Na biurku leżał list od Iwony. Kilka słów zaledwie skreślonych w pośpiechu. Pisała, że jest szczęśliwa i czuje nieprzepartą potrzebę powiedzenia mu o tem natychmiast, dziś jeszcze. Jutro — bowiem — będzie już innym dniem, a dziś, jeszcze nie przeżyte, nie mające przeszłości, dziś — dzień szczęścia! Nesser raz jeszcze odczytał list i powolnym ruchem odłożył go nabok. Jakieś niby dalekie echa radości zadrgały mu w sercu na chwilę, lecz natychmiast umilkły. Wzruszyła go świadomość, że zdolnym jest stać się źródłem szczęścia dla innej istoty. Szczęścia? Podniósł brwi i wzdrygnął się zlekka. Co to? Czyż ta piękna, zmysłowa panna tak mało żąda od szczęścia? Takie same wrażenia mógłby jej dać pierwszy lepszy oficer ze szpitala. A może ona tę nieoczekiwaną przygodę w saloniku, to, co dla Nessera było tylko żywiołowem, zwykłem „krótkiem spięciem“ obustronnego popędu, uważa za prolog do długiej tragikomedji miłosnej z niezawodnym „happy end“?... Byłoby to niedorzeczne i wstrętne niemal! Połączyli się nagle bez jednego słowa, bo tego żądała ich natura. Rozstali się prawie w milczeniu. To znaczy, że serce i rozsądek nie grały w tem żadnej roli. Było to niemal piękne, jako przejaw żywiołu. I nagle — nędzne słowa o szczęściu?
Starał się zapomnieć o całej przygodzie. Natychmiast stłoczyły się dokoła niego widziane w czytelni postacie, donosił się szept przejmujący:
— Pokój — chatom! Wojna — pałacom!
Czuł, że inna radość, nie związana wspomnieniem o Iwonie, powinna go porwać, bo oto usłyszał dalekie odgłosy kroków dążącej wielkiej sprawiedliwości, że stał nad nowym Jordanem, gdzie nieznany Chrzciciel głosił przybycie Mesjasza — Zbawiciela. Tymczasem coś zdławiło mu gardło, kamieniem spadło na ciężko podnoszącą się pierś. Jakieś objawienie złe, straszliwe, jak koszmar nocny, szarpało i mroziło mu duszę. Poczuł się znów drobnym owadem na rozstajnych drogach świata, zbłąkanym ptakiem przelotnym, porwanym przez wicher, miotającym się bezradnie w mroku nieprzeniknionym.




Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Ferdynand Ossendowski.