Przejdź do zawartości

Ofiara redukcji

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
>>> Dane tekstu >>>
Autor Władysław Junosza-Szaniawski
Tytuł Ofiara redukcji
Podtytuł Humoreska
Pochodzenie Gazeta Warszawska, 1924, nr 240
Redaktor Zygmunt Wasilewski
Wydawca Mieczysław Niklewicz
Data wyd. 1924
Druk Zakłady Drukarskie F. Wyszyńskiego i S-ki
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron


Ofiara redukcji
(Humoreska.)

Pan Józef, dzięki bardzo poważnym plecom, któremi z wielką dumą chwalił się zwykle w kółku znajomych, dostał się pół roku temu do biura.
Z początku łaskotało to jego ambicję, bo chociaż stanowisko było stosunkowo niewielkie, pensja również, ale radowała go świadomość, że bądź co bądź stanowi on jedno z kółeczek olbrzymiego aparatu urzędniczego, na który społeczeństwo składa tak olbrzymie podatki.
Zapał ten zaczął powoli stygnąć, w biurze bowiem przypadło mu w udziale bardzo niewiele roboty, przerażająco nudnej, monotonnej, do której trudno było przystąpić bez ziewania.
Przyszła wiosna. Na świecie aż pachniało, dziwna tęsknota za wsią odrywała myśl od biurka i gnała ją na piaski mazowieckie, lub na mokradła podlaskie, tak drogie dla naszego bohatera jeszcze z lat dziecinnych.
A nuda biurowa wciąż robiła swoje.
Już nie mógł spokojnie usiedzieć tyle godzin na krześle, drażniła go najbliższa sąsiadka, panna Józia, czyszcząca cały dzień różowe pazurki, irytowała publiczność natrętna, która zamiast siedzieć w domu, włóczy się po biurach i zawraca głowę urzędnikom ciągłemi pytaniami.
Stanowczo miał dość tego urzędowania!
Zaś oliwy do ognia dolewał nieustanny ruch wśród znajomych — ten wyjeżdżał do Zakopanego, tamci zamierzali stracić całoroczne oszczędności nad morzem, ten nosił się z myślą utopienia zaciągniętych pożyczek i zaliczek w Truskawcu, licząc, że wzamian za to artretyzm będzie nieco względniejszy na zimę.
Pana Józefa aż podrywało.
Gdyby mógł, zerwałby się od tego biurka i pobiegł co tchu nad Morskie Oko, na szczyty Mięguszowieckie lub do chaty rybackiej na Helu.
Wciąż pachniało mu wiosną, storczykami górskiemi lub świeżo wędzonym węgorzem z naszego morza.
A gdyby tak rzucić budę?!
Wyjechać bodaj tylko na wieś, wytarzać się w słońcu, a posadę znów się jakoś zdobędzie, bo kto ma plecy szerokie a mocne, ten zawsze coś znajdzie, jeśli nie w tym samym urzędzie, to w innym, mimo wszelkie oszczędności i uszczuplenia kredytowe.
Ale rzucić posady nie można, bo nie dadzą trzymiesięcznej odprawy.
Gdyby tak zechcieli wylać sami, byłoby przecudnie, bo wraz z dymisją wręczyliby pensję za kwartał, akurat śliczny fundusik na opędzenie letnich wywczasów.
Postanowił przeto nasz bohater najgorliwiej pracować na dymisję, chciał wymownie przekonać swoją zwierzchność, że się zupełnie nie nadaje na urzędnika.
Zaczął się zaniedbywać w robocie, stale spóźniać do biura, zalegać w wykończaniu konceptów i koncepcików, narażać się na ciągłe reklamacje interesantów.
Naczelnik irytował się, wymyślał jego kolegom i koleżankom, pana Józefa zaś nie ruszył ani razu, co w biurze wywoływało oburzenie i zazdrość.
— Takiemu nic nigdy nie będzie bo ma plecy! — mówiono z przekąsem.
A pan Józef dochodził do furji, widząc tę niesprawiedliwość, ale nic na to poradzić nie mógł, tylko prowadził „strajk włoski“ w dalszym ciągu, pocieszając się nadzieją, że może kiedyś władza przejrzy na oczy, i jego ciche marzenia nareszcie się ziszczą.
Ale dzień za dniem wlókł się leniwie, nie przynosząc żadnej zmiany w sytuacji naszego bohatera.
Nareszcie nadeszły tak zwane redukcje personelu, wywołane koniecznością oszczędności budżetowych.
Nie było tygodnia, żeby kogo nie usunięto — biuro przypominało małą mieścinę podczas epidemji — ludność stale się zmniejszała.
— Dobra nasza! — zawołał pan Józef, zacierając ręce z radości, a w podnieconej wyobraźni jego zaczęły się coraz wyraźniej rysować kontury Tatr lub malownicze wybrzeże Bałtyku.
Zaczął jeszcze bardziej lekceważyć obowiązki służbowe, aby się coprędzej dostać na listę zredukowanych.
Akcja oszczędnościowa trwała w całej pełni.
Usuwano mniej zdolnych, bardzo zdolnych, niezbędnych, niepotrzebnych, panny utrzymujące matki, matki utrzymujące panny, wdowców, kawalerów, żonatych, zaś o panu Józefie, jak gdyby zapomniano zupełnie.
— Pan może być o siebie całkiem spokojny — pocieszał go stale referent. — Kto ma takie plecy...
Nasz bohater szalał z rozpaczy, zwłaszcza, że miesiące na kalendarzu mknęły tego roku jakoś szybciej niż zwykle, już nawet lato zbliżało się ku końcowi.
Pocztówki, nadsyłane z różnych zakątków kraju, wytrącały go ostatecznie z równowagi.
Już chciał rzucić wszystko i podać się do dymisji, bo czuł, że nie wytrzyma dłużej, ale znów żal trzymiesięcznych poborów powstrzymał go od tego szalonego kroku.
Nagle zapowiedziano w biurze olbrzymią redukcję!
Według krążących pogłosek znów dla względów oszczędnościowych czterdzieści procent personelu biurowego miało utracić pracę.
Po nad stolikami urzędników przeszła groza i przerażenie.
Pan Józef ani na chwilę nie wątpił, że tym razem redukcja go nie minie.
Układał sobie powoli plan jazdy na wywczasy, dał nawet krawcowi garnitury do odświeżenia i odprasowania.
Dla wszelkiej pewności jednak starał się w dalszym ciągu podkreślać swoją bezwartościowość dla biura; przez tydzień wcale się nie zjawiał i nie przysłał usprawiedliwienia, ale to widocznie przy ogólnem podnieceniu i zdenerwowaniu uszło uwagi zwierzchności, bo nikt w tym względzie go nie zaczepiał.
Wreszcie ogłoszono wykaz osób, które mają być usunięte, ale nadzieja i tym razem zawiodła pana Józefa sromotnie.
Na liście zredukowanych była istotnie nieprawdopodobna masa kolegów i koleżanek, jednak o panu Józefie znów zapomniano.
Między innemi usunięto nawet maszynistkę rudowłosą o tak cudownych szafirowych oczach, których, zdawało się, żadna redukcja tknąć nie będzie śmiała, a tymczasem...
Zaś pan Józef był skazany w dalszym ciągu na urzędowanie.
Referent znów pocieszał:
— Mówiłem, że pan może być o swój los spokojny! Przy pańskich plecach...
Minęły wakacje, sezon urlopów dobiegał ku końcowi, znajomi już ściągali z letnisk i uzdrowisk.
Pan Józef posmutniał, zgorzkniał, zmienił się do niepoznania i przeklinał zmarnowane lato.
Urlopu nie mógł otrzymać, ponieważ nie przepracował jeszcze całego roku, zaś dymisji nie chcieli dać...
Jakby się wszystko sprzysięgło!
Ale w biurze krążą znów pogłoski, że przed końcom roku jeszcze musi być przeprowadzona walna redukcja.
Nasz bohater zaczyna się łudzić, że może teraz losy będą dla niego łaskawsze.
I postanawia sobie, ze natychmiast po zredukowaniu i otrzymaniu trzymiesięcznej odprawy wyruszy do Zakopanego.
Tam przecież tak ładnie bywa w zimie!

Władysław Junosza Szaniawski.
(Aramis).



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Władysław Junosza-Szaniawski.