[1]GABRJELA ZAPOLSKA.
Odwet Panny Maliczewskiej.
[2]
(Fragment).
AKT II.
SCENA 10.
Mieszkanie panny Maliczewskiej. Salon — wspaniałe nagromadzenie świecących lekkich i ciężkich bankierskich sprzętów. Żardinierki złocone. W nich schną chude, wybujałe bez starań palmy. Na ścianach kilka wartościowych płócien i jakieś bohomazy bezecne kłócą się ze sobą. Nawet gipsowa maska i odlew piersi kobiecych na tle wspaniałej wschodniej makaty. Nieodłączny szezlong okryty masą skór, na podłodze brudny trochę biały niedźwiedź. Bujający fotel konieczny celem pokazywania jedwabnych pończoch. Na prawo wejście do jadalni — na lewo do sypialni Stefki. Zmierzch.
PANNA MALICZEWSKA (przystrojona w lekki bardzo peniuar, fruwający dookoła niej na wzór skrzydeł motylich, wypada z jadalni krzycząc na Michasiową): Dalej Pałubo! śpiesz się... taszcz antyki!
MICHASIOWA (odziana w jakąś nieboszczkę matinkę Stefki, rozdartą, z pękami zawiędłych wstążek): Co za antyki?
PANNA MALICZEWSKA: Buddhę, barokowego anioła i tę umywalnię z inkrustacją z sypialni.
MICHASIOWA: Ta do czego to? jak zechce Stefka gościom antyki pokazać, no to przecie może zaprowadzić...
[2] PANNA MALICZEWSKA: Dzie? do sypialni. Ho! ho! fintufliszki... ci dzisiejsi goście to delikatnie, honorowo w saloniku...
MICHASIOWA (zaciekawiona): A któż to będzie taki?
PANNA MALICZEWSKA (wyniośle): Rób Pirlipato swoje, nie pytaj o resztę. Taszcz tu Budasa.
MICHASIOWA: Mogłabyś też się inaczej ze mną obchodzić.
PANNA MALICZEWSKA: Może kiedyś... gdy staniesz się godną mego szacunku. Taszcz Budasa!
(Michasiowa wchodzi do jadalni. Maliczewska skacze między meblami, gwiżdżąc jak kos w klatce. Michasiowa wnosi czarne popiersie Buddhy piękne i wysokiej wartości).
MICHASIOWA: Oto jest ta czarna małpa.
PANNA MALICZEWSKA (śmiejąc się, przewraca się po skórach na szezlongu): Że czarna bestja to czarna... o! o! ty ukochany! (całuje Buddhę).
MICHASIOWA: Tfu! całować drewno...
PANNA MALICZEWSKA: Lepiej serdeńko niż żywego! lepiej! przynajmniej nie ukąsi za pocałunek, stuli mordę i już... A żywy za samo serce i potem taka rana, raneczka (tuli gorączkowo do siebie Buddhę). Ty mój przynajmniej, ty mój — tylko nas dwoje — na świecie (wpatrzona głucho przed siebie). Nas dwoje!
MICHASIOWA: Tak samo Stefka gadała do tego malarzyska, co tę czarną mordę do Stefki na imieniny przywlókł.
PANNA MALICZEWSKA: A widzisz! a gdzie on? Nacieszył się nią i także poszedł. Szlag by go trafił!...
MICHASIOWA: Ożenił się.
PANNA MALICZEWSKA (wściekła): Ta wiem, ta wiem...
MICHASIOWA: I ten mały Daum tyż się ożenił.
PANNA MALICZEWSKA (j. w.): Cicho!
MICHASIOWA (z ironją): Ja nic, tylko tak konstatuję, że Stefka to ma szczęście. Któren do nas chodził, to zaraz się ożenił.
PANNA MALICZEWSKA (rzucając Buddhą w stronę Michasiowej): Milczeć! Idź do djabła z takiem gadaniem. Ja mam i ich i ich żony w pięcie...
[3] MICHASIOWA (wynosząc Buddhę): Ja go lepiej stąd wyniosę, bo i on się gotów bogato ożenić.
PANNA MALICZEWSKA (tarza się chwilę po skórach, wreszcie zrywa się, poprawia włosy, ustawia drobiazgi: anioła, jakąś figurkę, dzbaneczek z XVIII wieku, pas słucki przewiesza przez fotel): Tak!... niech się dziwi hołota!
MICHASIOWA (wraca): No, a co tam z tą kolacją? jakże? tu?
PANNA MALICZEWSKA: Tak! tak! tak!
MICHASIOWA: Czemu nie w jadalni? Taka morowa z mahoniu — dziś poczyściłam bronzy.
PANNA MALICZEWSKA: Jadalnię zobaczą, bo muszą przez nią przechodzić. Nakryte?
MICHASIOWA: Nakryte! (odsuwa wspaniały parawan i ukazuje się stół niewielki nakryty z profuzją srebra i kryształów).
PANNA MALICZEWSKA (zadowolona): Bycze! Wszystko moje! A gdzież patera na cukierki?
MICHASIOWA: Taże Stefka ją złamała jak ją panu dyrektorowi na głowę rzuciła.
PANNA MALICZEWSKA (śmiejąc się): Aha prawda! Ale ma twardą głowę. Patera się rozbiła, a jemu nic...
MICHASIOWA: No... wiadomo. Dyrektor teatru to musi mieć wytrzymały łeb.
PANNA MALICZEWSKA: Koniecznie trzeba patery. To się mało błyszczy (nagle). Idź ty do tych na górze, oni pewnie mają...
MICHASIOWA: Tak jak? ta przecież nie dalej jak wczoraj Stefka zakazała im grać na fortepianie, niby że się roli uczy. Ta Stefka z nimi wyprawia, że niech Bóg broni!
PANNA MALICZEWSKA: Takie tam burżuje, takie Dulskie to muszą respekt znać dla artystki? Connu? A zresztą da się im lożę na premjerę jaką, to dadzą nietylko paterę ale własne dusze.
MICHASIOWA: Może... (dzwonek).
PANNA MALICZEWSKA (patrzy na zegarek): Zanieś parawan! To ona!
MICHASIOWA: Ja dziś mam być za co?
PANNA MALICZEWSKA (prędko): Za pokojówkę grand [4]chic! Wynoś się — słyszę jak Stefan drzwi otworzył. — Wynoś się — potem wpuścisz jeszcze jedną osobę — mężczyznę — i więcej nikogo! żeby szewckie chłopcy z nieba spadały!
MICHASIOWA: Nikogo z naszych?
PANNA MALICZEWSKA: Nikogo — bo cię wyżenię.
(Michasiowa wylatuje przez sypialnię. — Stefan wnosi bilet na tacy).
SCENA 11.
Maliczewska. Stefan. Daumowa.
STEFAN: Proszę jaśnie pani!
PANNA MALICZEWSKA (niedbale): Dobrze — prosić (cicho i grubym głosem) durniu jeden — czemu nie masz rękawiczek na łapach?
STEFAN (cicho): Bo przecież... rękawiczki... to...
PANNA MALICZEWSKA: Cicho! won! dawaj tu damę!
(Stefan (Stefan otwiera drzwi od jadalni, wchodzi Daumowa).
DAUMOWA (ciemno, w skromnym wełnianym kostjumie): Zachwycona jestem pani gniazdkiem.
PANNA MALICZEWSKA (ściskając ręce Daumowej): A ja pani uprzejmością w przybyciu do mnie.
DAUMOWA: Żartuje pani. Wszak to prawdziwy zaszczyt być u naszej ulubionej, ukochanej artystki.
PANNA MALICZEWSKA (słodko): Naprawdę byłabym pośpieszyła na posiedzenie sama — ale jestem osłabiona jakaś.
DAUMOWA: Rzeczywiście. Pani gra ciągle. Trzeba się oszczędzać trochę.
PANNA MALICZEWSKA: Chciałabym... ale nie mogę.
DAUMOWA: Dyrektor taki srogi?
PANNA MALICZEWSKA: Och! nie on tylko. Autorowie, którzy poprostu nie rozumieją swych sztuk bezemnie... Muszę, formalnie muszę.
DAUMOWA: Pani oszczędzać się winna, pani talent należy do społeczeństwa.
[5] PANNA MALICZEWSKA: Ach! Pani! aktor, aktorka to... efemeryda? praca nas zabija — i przemienia w szybko zazapomnianezapomniane cienie.
DAUMOWA: Nigdy kreacje pani! Pozostaną wieczne! Tak napisał nasz ulubiony krytyk Oskargiełło w „Dzwonie”.
PANNA MALICZEWSKA: Poczciwy — lubi superlatywy (kaszle).
DAUMOWA (troskliwie): Pani kaszle?
PANNA MALICZEWSKA: Troszkę.
DAUMOWA: Ale to nas nie pozbawi widzenia pani w piątek w tem niezrównanem Przetworzeniu się Estelli? Angielskie to ale nadzwyczajne.
PANNA MALICZEWSKA: Nie wiem... nie wiem...
DAUMOWA: Wydobrzeje pani — tu tak cieplutko.
PANNA MALICZEWSKA (niedbale): Centralne ogrzewanie. Jedynie możliwe.
DAUMOWA (lekko wzdychając): Dostępne tylko dla osób zasobnych.
PANNA MALICZEWSKA: To drobnostka...
DAUMOWA: No... płacenie w lecie?
PANNA MALICZEWSKA: Ach! któżby się z tem liczył. Jednak rzeczywiście mam dreszcze (dzwoni dwa razy). Jakże tam z naszym rautem.
DAUMOWA: Och! bez pani nic nie uradzono. Pani jest naszą głową, spiritus movens, jak mówi mój mąż. Właśnie podczas posiedzenia dostałam kartkę od pani naznaczającą mi widzenie się u siebie.
PANNA MALICZEWSKA (skromnie): Naznaczającą? — proszącą!
DAUMOWA: Naznaczającą! zerwałam posiedzenie i stawiłam się...
Wchodzi(Wchodzi Michasiowa ubrana badzobardzo correct za pannę służącą w jedwabnym czarnym fartuchu).
MICHASIOWA: Jaśnie pani dzwoniła?
PANNA MALICZEWSKA: Przynieś mi etolę.
MICHASIOWA: Którą? gronostajową czy sobolową?
PANNA MALICZEWSKA: Sobolową!
(Michasiowa wychodzi).
[6] PANNA MALICZEWSKA: Lubi pani sobole? ja do szaleństwa.
DAUMOWA: Lubię...
PANNA MALICZEWSKA: Czy pani nie lubi futer? Pamiętam, że swego czasu miała pani śliczne seelskiny. Ale teraz wyszły z mody. Raczej fantazyjne. Jaką pani ma kombinację? Ja w moim szale doszłam aż do rysiów z gronostajami.
DAUMOWA: Pani nie potrzebuje się liczyć. Teraz samo życie pochłania tyle...
(Michasiowa wnosi etolę sobolową — majątek).
PANNA MALICZEWSKA (ubierając się cicho — do Michasiowej): Buddhę przynieś, postaw w kącie, tam.
MICHASIOWA (cicho): Dobrze mu w kuchni.
PANNA MALICZEWSKA: Milczeć małpiszonie! (Michasiowa wychodzi — wraca do Daumowej, słodko): doskonała służąca. Wybornie ułożona.
DAUMOWA: Rzeczywiście, maniery ma dobre. Inteligentna.
PANNA MALICZEWSKA: O, bardzo! Osoba lepszego pochodzenia. Traktuję ją wyjątkowo. Ale my na naszem stanowisku musimy mieć służbę prima sorta.
DAUMOWA (przyglądając się sobolom Stefki): Ależ to cały majątek.
PANNA MALICZEWSKA: Jeśli się pani podobają, niech pani weźmie.
DAUMOWA: Co? skąd? ależ pani żartuje.
PANNA MALICZEWSKA: Nie. Pani ma takiego brzydkiego lisa. To dla pani. Ja nie rozumiem jak mąż pani...
DAUMOWA: Mąż mój nie zwraca na to uwagi.
PANNA MALICZEWSKA (swoim głosem): Skąpy? co?
DAUMOWA: Troszkę... och! ale wynagradza za to innemi zaletami:zaletami.
PANNA MALICZEWSKA: Ciągle pani taka w nim zakochana?
DAUMOWA;DAUMOWA: Jakże mogłoby być inaczej... trzydzieści lat razem. O! to przywiązuje! Przytem on wyjątkowo wierny, oprócz mnie nie widzi innej kobiety.
[7] PANNA MALICZEWSKA: Teraz byłoby mu trochę trudno...
DAUMOWA: Przepraszam! jest jeszcze zawsze bardzo zajmującym i pięknym mężczyzną.
PANNA MALICZEWSKA: Może!
(Dzwonek — wchodzi za chwilę Stefan).
STEFAN (z biletem na tacy): Proszę jaśnie pani!
PANNA MALICZEWSKA (bierze bilet i czyta): Dobrze! poproś (do Daumowej) pani pozwoli przeprowadzić się do mojego pokoju. Ta osoba zabawi chwilkę tylko. Muszę go przyjąć. To młody, świeżo upieczony recenzent. Bez moich wskazówek nie da sobie rady... A pragnę jeszcze z panią pomówić:
DAUMOWA: Ależ pani, cała przyjemność po mojej stronie.
PANNA MALICZEWSKA (prowadzi ją na lewo): Tam jest dużo keepsachów, Figarów ilustrowanych, albumy bardzo zajmujące.
DAUMOWA: Pani żyje jak w raju!
PANNA MALICZEWSKA: Raj to jest dobre pożycie małżeńskie jak u państwa...
(Wyprowadza ją do sypialni, zapuszcza portjerę i wchodzi także do sypialni).
SCENA 12.
Daum, Stefan, później Maliczewska.
DAUM: Więc będzie można się wreszcie z panią widzieć?
STEFAN: Zdaje się, że jaśnie pani będzie widzialna.
DAUM (dając mu pieniądze): Masz tu mój chłopaczku i jakoś się postaraj!
STEFAN: Najlepiej byłoby przez pannę służącą.
DAUM: Cóż u djabła tak u was trudno jak w jakiej świątyni?
STEFAN: Ha-no! to już tak!
DAUM: Czy dla wszystkich tak?
[8] STEFAN (wyniośle): Wielmożny pan daruje, ale to do mnie nie należy.
DAUM: Ho! ho!...
(Ukazuje się Maliczewska, daje znak ręką Stefanowi by odszedł. Daum przysiada do ziemi i mówi szepleniąc jak dziecko).
DAUM: Stefa! Stefula!...
PANNA MALICZEWSKA (stoi chwilę nieruchomo, wreszcie z uśmiechem): Jak?
DAUM (wyciąga ręce): Stefula! jak dawniej!
PANNA MALICZEWSKA: Oh! à bas les pattes! (przygląda mu się badawczo). Trochę zmieniliśmy się — no! nie ja ale...
DAUM (zażenowany): No, tak bardzo chyba nie! Bo co do ciebie to djabelnie jesteś apetyczna... rozwinęłaś się.
PANNA MALICZEWSKA: Wiem! jestem tak zwana szampańska kobieta!
DAUM (wzięty): Tiak! tiak! siampańska!
PANNA MALICZEWSKA: Frontowa!
DAUM: Ależ tak! jesteśmy frontowi!
PANNA MALICZEWSKA: Haremowa piękność!
DAUM: Tiak! Tiak! jesteśmy haremowe piękności...
PANNA MALICZEWSKA: Szczególniej ty! (parska śmiechemśmiechem, przebiega w lansadach scenę, skacze na szezlong i zwija się na nim).
DAUM (biegnie za nią): Wreszcie powiedziała — ty — (wyciąga rękę).
PANNA MALICZEWSKA: Weg mit die Patscherl!
DAUM: Co? co? nauczyliśmy się języków?
PANNA MALICZEWSKA: Français comme Parisienne, deutsch echt Weanerin, inglisch...
DAUM: Po co ci to?
PANNA MALICZEWSKA: Jak mi się zechce grać po jakiemu zagranicą, to będę grała!
DAUM: No, wiesz, ładna jesteś djablo — ale tam z tem graniem... to ci dużo brak.
PANNA MALICZEWSKA: Nieprawda! nic mi nie brak do tego, aby robić karjerę na scenie. Wszystkiego dosyć dzięki Bogu i w miarę (klęka na sofie w pozie odpowiedniej).
[9] DAUM: Chce sobie przypomnieć dawne dobre czasy?
PANNA MALICZEWSKA: Co ciebie właściwie do mnie przygnało?
DAUM: Taka jakaś pustka w życiu... Taki jakiś niesmak... Tak coś brakuje...
PANNA MALICZEWSKA: Za kobietami ciągle latasz?
DAUM: Trochę!
PANNA MALICZEWSKA (ponuro): Tak po suterynkach, aby sobie odszukać jakąś Maliczesię?
DAUM (milczy).
(Panna Maliczewska podpiera się i patrzy na niego ostro).
DAUM (zmieszany): E! co tam!... to już dawno, minęło, przebrzmiąłoprzebrzmiało!... wszystko dobrze.
PANNA MALICZEWSKA (chmurnie): Jak komu!
DAUM: Brzydka — przyjąć mnie nie chciała, dwa razy już byłem — lokaj odprawia, mnie, mnie co miałem swój klucz...
PANNA MALICZEWSKA: Minęło! przebrzmiało!.. już dobrze! Czemu stoisz? siadaj! możesz bezpiecznie. To nie twoje graty, co się łamały za każdem dotknięciem.
DAUM: Ślicznie mieszkasz. Masz nawet dobre płótna... zegar empirowy...
PANNA MALICZEWSKA: Trochę gratów — landszafty wcale niezłe — tam Buddha — lubisz go?
DAUM: Phi!...
PANNA MALICZEWSKA: Autentyczny. Przywiózł mi go jeden z Paryża czy z Chin. Potem trochę nieładu — niecierpię burżuazyjnego porządku w urządzeniu, jak u ciebie. To płaskie — po ziemi pełza.
DAUM (obrażony): Jestem człowiekiem pracy...
PANNA MALICZEWSKA: Nie! tylko dlatego, żeś głupi i skąpy?
DAUM: Proszę cię...
PANNA MALICZEWSKA (ostro): No co? no co? czy mam zawołać lokaja?
DAUM: Ależ nie! nie! na mnie lokaja?... Koniec świata! Stefusia — Stefuleczka! Fuleczka! Kuleczka!...
PANNA MALICZEWSKA (z lubością): Djabli cię bio[10]rą? — co? A wiesz, wszystko co tu jest, to od moich ko-chan-ków.
DAUM: Niech tak nie mówi! to jego boli!...
PANNA MALICZEWSKA (gorzko): I ją bolało jak te szyby w suterynie tłukła rękami... pamiętuchny?
DAUM (milczy).
PANNA MALICZEWSKA: I potem całe jej życie — pamiętuchny?
DAUM: Stefula!
PANNA MALICZEWSKA: No! dosyć! już!... dalej! hop!...
DAUM: Kochają choć trochę?
PANNA MALICZEWSKA: Nie — ale przyjmą przyjacielską przekąskę. Pamiętuchny?
DAUM: Pamiętam! Stoliczek... troszkę tam czegoś...
PANNA MALICZEWSKA: Och, bardzo troszkę — przeważnie sardynki.
DAUM: Tak, tak! i ten stoliczek.
PANNA MALICZEWSKA: Manon i Desgrieux...
DAUM: To! to! i Michasiowa poczciwa; kochana?
PANNA MALICZEWSKA: Jakiś ty teraz słodki, anielski. Jest, jest Michasiowa...
DAUM: Myślałem, że umarła.
PANNA MALICZEWSKA (grubijańsko): Dlaczego miałaby umrzeć, skoro ty żyjesz, stara mumjo? Jest — tylko dziś nie mógłbyś jej dać w garść mizernej dziesiątki.
DAUM (naiwnie): Dlaczego?
PANNA MALICZEWSKA (z ukłonem dworskim): Bo by ci w buzię rzuciła.
DAUM: No... no...
PANNA MALICZEWSKA: Ça t’épate? chéri! nie rób min... jakobyś mnie znajdował zanadto brutalną. Ja tylko używam mocnych słów! To teraz w modzie, a potem, mnie jest wszystko wolno. Ja miewam spazmy, ja miewam histeryczne ataki... mnie wszystko wolno!... I to stwarza krąg dookoła mnie, krąg strachu. Ludzie się mnie boją! o!
DAUM: Jabym się nie bał! Wolno mi tu będzie częściej przychodzić? co?
PANNA MALICZEWSKA: Właśnie!
DAUM: Jako przyjaciel... nic więcej...
[11] PANNA MALICZEWSKA: Za długo byłeś moim wrogiem, ażebyś mógł być teraz moim przyjacielem.
DAUM: Kiedy byłem ci wrogiem, Stefulu? Ja cię przecież kochałem całe trzy lata...
PANNA MALICZEWSKA: Właśnie wtedy byłeś mi największym wrogiem.
DAUM: Nigdy!
PANNA MALICZEWSKA: A przynajmniej ja byłam twoim wrogiem. Tak! Tak!...
(Dzwoni 2 razy — zjawia się Michasiowa).
MICHASIOWA: Jezus Marja! Pan Daum!
DAUM: Poczciwa Michasiowa poznała mnie. Nie bardzo się zmieniłem — co?
MICHASIOWA: No... w pana wieku to już się niewiele można zmienić.
PANNA MALICZEWSKA: Zawieście Wersal na kołku i — aranżujmy przyjacielską przekąskę...
MICHASIOWA (cicho do Maliczewskiej): Patery nie chcieli pożyczyć... powiedzieli: najprzód loża — potem patera.
PANNA MALICZEWSKA: Mniejsza! (pozapalaj świece na stoliku — do Dauma): Nie kazałam nakrywać w jadalni tylko tu — będzie bardziej swojsko.
DAUM: Jak za dawnych czasów. Widziałem twoją jadalnię, wspaniała. Kontent jestem, że wiem gdzie jadasz.
PANNA MALICZEWSKA: Łatwo się cieszysz — lata całe nie wiedziałeś co jadam!...
DAUM: Jesteś trochę ucinkowa...
PANNA MALICZEWSKA (histerycznie): Bo mi wszystko teraz wolno! wszystko wolno! wszystko! a wy słuchać musicie.
DAUM: Dobrze! dobrze!... tylko czego się unosisz.
PANNA MALICZEWSKA: Jestem dziś nerwowa i djabli mnie biorą.
(Michasiowa odstawia parawan, ukazuje się wspaniale nakryty stół zimną przekąską, butelkami, kwiatami, kryształami, srebrem).
MICHASIOWA: Proszę!
[12] PANNA MALICZEWSKA (z gestem wytwornym, zapraszającym): Monsieur!...
DAUM: Cóż za przepych! aż olśniewa!
PANNA MALICZEWSKA: Cóż znowu! zwykła codzienna przyjacielska przekąska (do Michasiowej) możesz odejść!
(Michasiowa wzruszając ramionami, odchodzi).
PANNA MALICZEWSKA: Zaczniemy od... sardynek. — Ah Dieu! co się ich nałykałam w dawnych czasach... Ością mi w gardle siadły. Tania to przystawka i wydatna...
DAUM (pijąc koniak): Hi! hi! hi!... ciągłe przygryzki, ale żeś nerwowa to ci przebaczam...
PANNA MALICZEWSKA: Jakiś łaskawy!
DAUM: W rączkę podumam! w rączkę (całuje) i dalej w ramię, w szyjkę, w szyjuchnę...
PANNA MALICZEWSKA: Dosyć!...
DAUM: Mam prawa...
PANNA MALICZEWSKA: Ty? prawa? (gniecie w ręku kieliszek, — uspakaja się). To nic... nic... nerwowe! Ale wiesz co — ażeby przypomnieć sobie dawne dobre czasy, trzeba nam tu jeszcze kogoś trzeciego.
DAUM (śmiejąc się): Może Bogucki?
PANNA MALICZEWSKA: Może!
DAUM: To będzie świetne.
PANNA MALICZEWSKA: Ale to ma być niespodzianka. Ty nie możesz widzieć tej osoby aż siądzie tu naprzeciw ciebie. Dlatego (słodko) niech on pozwoli tak po dawnemu — czemu nie zdjął tużurka jak lubił? (zdejmuje mu z pieszczotami tużurek). A teraz ja mu oczka zawiążę, ażeby nie widział (zawiązuje mu serwetą oczy, pozwalając się całować w rękę, zasuwa parawan od lewej). Niech tu siedzi a zaraz będzie śliczna cacana niespodzianka.
DAUM (słodko): Stefula!...
(Panna Maliczewska biegnie do sypialni i wyprowadza Daumową olśnioną blaskiem elektryczności i świec).
Daum, Daumowa, Panna Maliczewska.
PANNA MALICZEWSKA (ciągnąc Daumową w stronę [13]parawanu): Przepraszam bardzo, że kazałam tak długo czekać, ale nie mogłam się tak łatwo...
DAUMOWA: O, to nic...
PANNA MALICZEWSKA (przerywa): ...pozbyć tego gościa! (sadza Daumową prawie siłą naprzeciw Dauma i odsuwa parawan). Może pani zechce usiąść (zrywa z oczów Dauma serwetę): oto wspólna dla państwa niespodzianka!
DAUMOWA (osłupiała): To ty? tutaj? i tak?
PANNA MALICZEWSKA: Troszkę sans gêne...
DAUM (wściekły): Do stu djabłów! miła sytuacja.
DAUMOWA: Ależ dlaczego... po co...
PANNA MALICZEWSKA: To on już sam pani wytłumaczy. Uprzedzam panią tylko o tem, że im więcej mężczyzna krzyczy, tem więcej winien! (wychodzi do sypialni).
SCENA 13.
Daum, Daumowa.
DAUMOWA (siedzi przybita): Boże mój, Boże! co o tem myśleć!
DAUM (ubiera się w tużurek, szorstko): Chodź stąd!...
DAUMOWA: Powiedz mi przynajmniej, co tu robiłeś bez tużurka, za tym stołem?...
DAUM (krzycząc): A ty co tutaj robisz? za tym stołem w tym domu?
DAUMOWA: Mnie gwałtem posadzili.
DAUM: I mnie gwałtem posadzili. A zresztą, co to za badania? Nie jestem ci obowiązany żadnych tłumaczeń...
DAUMOWA: Przeciwnie, wierzyłam ci 30 lat tak nieograniczenie, że teraz, kiedy zachodzi jakaś dwuznaczna sytuacja, winieneś mi...
DAUM (krzycząc): Nic ci nie jestem winien!
DAUMOWA: Jestem twoją żoną.
DAUM: Tembardziej — stanowisko twoje jako zamężnej kobiety, nie pozwala zadawać nieprzyzwoitych pytań. Jeżeli ci tak tu przyjemnie, to zjedzże sobie przyjacielską przekąskę z panią tego domu! Ja uciekam! Mam dosyć tej brudnej atmosfery!... duszę się w niej! Idę do domu!
(Wychodzi gwałtownie przez jadalnię, trzaskając drzwiami).
[14]SCENA 14.
Daumowa, Maliczewska, później Michasiowa.
(Daumowa chwilę stoi na miejscu, ociera łzy, wreszcie idzie ku sypialni).
DAUMOWA: Proszę pani tu na chwilę.
PANNA MALICZEWSKA: Pani tu jeszcze?
DAUMOWA: Dlaczego pani zrobiła to wszystko?
PANNA MALICZEWSKA: Chciałam odpłacić się pani mężowi za wszystkie krzywdy, jakie mi zrobił.
DAUMOWA: Jakie krzywdy?
PANNA MALICZEWSKA: Och, takie proste... gdy byłam głodna, podsunął mi żarcie, a gdy byłam bosa — kupił mi obuwie...
DAUMOWA: To są dobrodziejstwa...
PANNA MALICZEWSKA: Ale on nie dawał, on kupował w ten sposób...
DAUMOWA: Co?
PANNA MALICZEWSKA (z krzykiem rozpacznym): — Mnie!
(Chwila milczenia).
DAUMOWA: Rozumiem!... (po chwili). Czemu się mu nie oparłaś?
PANNA MALICZEWSKA (cicho): Miałam siedemnaście lat... byłam statystką, często marłam głodem — nie miałam stałej pensji... nic...
DAUMOWA: Wyrządził ci krzywdę skoro tak chcesz. Choć widzisz... ja tego nie rozumiem... Zdaje mi się, że ja umiałabym się oprzeć...
PANNA MALICZEWSKA: Bo pani nie wiesz co to jest głód!
DAUMOWA: Może! (po chwili)(po chwili). Ale dlaczego pani zemściłaś się i na mnie, odbierając mi wszystkie złudzenia? Dlaczego teraz z mego cichego spokojnego domu uczyniłaś smutny grób?
PANNA MALICZEWSKA: Dlatego, że nie mogłam [15]znieść, aby on miał taki cichy, spokojny dom i aby taka jak pani kobieta, czciła go, kochała i szanowała.
DAUMOWA: Ale tem samem cierpię i ja. A przecież ja pani nie wyrządziłam żadnej krzywdy.
PANNA MALICZEWSKA: Na to względu mieć nie mogłam. On mi, jak dziki zwierz, zniszczył całe złudzenia mego życia. Ja nie mam młodości, ja przepadłam! ja zginęłam przez niego!.. przez niego!.. w samej młodości! jakie to straszne!
DAUMOWA: Stracić złudzenia na starość, to jeszcze straszniejsze...
PANNA MALICZEWSKA: Krócej pani cierpieć będziesz...
DAUMOWA (ze łzami): Ale za to straszniej...
PANNA MALICZEWSKA: Może (po chwili). Przepraszam panią.
DAUMOWA: To już mi nie pomoże! Żegnam panią!
(Wychodzi ze spuszczoną głową. Panna Maliczewska rzuca się na sofę i leży chwilę cicho, patrząc w sufit).
MICHASIOWA (wsuwa się): Niema nikogo? (padchodzipodchodzi do Maliczewskiej). Co też Stefka za machinacje wyprawia?
PANNA MALICZEWSKA (z ciężkością podnosi głowę): Daj mi papierosa!
MICHASIOWA: Stefka ma dzisiaj czytaną próbę o szóstej. Wie Stefka?
PANNA MALICZEWSKA (gwałtownie): Wiem i nie pójdę, nie pójdę! Robię, co mi dogadza, co mi się podoba! Niech się zapadną ze swoją próbą! Daj cygaretkę!
MICHASIOWA (podaje papierosa): Dobrze... ale czego zaraz wrzeszczeć. To ordynarne... (po chwili). Czemu Stefka taka smutna i taka blada?
PANNA MALICZEWSKA: Bo mi to dogadza być taką!
(Odwraca się do ściany).
MICHASIOWA: A tam na schodach stoi znów ten chórzysta, którego wypędzili.
PANNA MALICZEWSKA: Niech się wynosi.
MICHASIOWA: Piętnaście razy był... list napisał.
PANNA MALICZEWSKA: Do kogo?
[16] MICHASIOWA: Do Stefki, z prośbą o protekcję.
PANNA MALICZEWSKA: Nie! wiecie państwo! wściec się można. Wyrzucić i jego i ten list!
MICHASIOWA: Dobrze! dobrze! (kładzie cichaczem list na biurku). Idę już... A może posłać kogo do teatru, że Stefka na próbę nie przyjdzie?
PANNA MALICZEWSKA: Nie potrza! Mnie wszystko wolno!!!