Odpowiedź na „Psalmy przyszłości” Spirydionowi Prawdzickiemu (Ujęcie późniejsze)

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania


Odpowiedź na „Psalmy przyszłości” Spirydionowi Prawdzickiemu • (Ujęcie późniejsze) • Juliusz Słowacki
Odpowiedź na „Psalmy przyszłości” Spirydionowi Prawdzickiemu
(Ujęcie późniejsze)
Juliusz Słowacki

 Podług ciebie, mój szlachcicu,
 Cnotą naszą — znieść niewolę?
 Ty przemieniasz ziemską dolę
 W żywot dziecka na księżycu.
 W pieśniach wołasz: „Czynu! Czynu!
 Czynu!” Czynu naród czeka!
 A ty drżysz przed piersią gminu,
 Drżysz, gdy błyśnie Bóg z człowieka,
 Drżysz, gdy kos cię ukraińskich
 Długi, smętny brzęk zaleci,
 Drżysz, gdy w marzeń mgle zaświeci
 Groźna, stara twarz Kilińskich.

          *

 Nie tak, nie tak, mój szlachetny!...
 Bo czyn ludu — nie piosenka —
 To nie w herbie z mieczem ręka,
 To nie ród imieniem świetny,
 To nie pieśni próżny twór,
 To nie buntu próżna mara,
 To nie chmurny lot Ikara,
 Gdzie zasługą upaść z chmur;
 To nie na słońc, gwiazd granicy
 Z kochankami mdlejąc latać,
 Włosy splatać i rozplatać,
 Tchnienie tracić w błyskawicy —
 Ale twardo — ale jasno
 Śród narodu swego stać;
 Myślą bić — chorągwie rwać,
 Świecić czynu tarczą własną;
 W drogę — choćby niepowrotną,
 Lecz ofiarną — naprzód twarzą!
 Z piersi czystą — choć samotną,
 Choć ją sztyletami rażą;
 Z twarzą smętną — ale białą,
 Chrystusową — choć zwiędniałą,
 A ciągnącą lud do siebie
 Niesłychanym bożym czarem:
 Takim duchem i sztandarem
 Być na ziemi — jest być w niebie!

          *

 A ty, jasny jakiś panie!
 Bo cię nie znam, ale słyszę,
 Słysząc twoje wierszowanie,
 Że ktoś jak perłami pisze,
 Że ktoś na kształt się proroka
 Stawia ludziom — ale modny,
 Jak historyk świata, chłodny,
 Obejrzawszy glob z wysoka,
 Swoje wiersze, gdyby cugi
 Wysłał na świat równym kłusem
 I napełnił wóz Chrystusem
 Jak Owidiusz Faetonem;
 I rozesłał swoje sługi,
 Swe kolory — czcić pokłonem.

          *

 Honor myślom! z których błyska
 Nowy duch i forma nowa!
 Bo są światu, jak zjawiska,
 Jak jutrzenka są różowa,
 Jak ogniste meteory,
 Stopom ludu podesłane
 By gościńce Irydiane
 Pielgrzymowi — a my do nich
 Bierzem ogień i kolory,
 I gwiazd dolatujem wschodnich.

          *

 Taką była dawniej dana
 Poetyczna karm dla ludu —
 Objawienie pełne cudu,
 Myśl — jak mara niespodziana
 Z piersi naszej wychodziła
 Na kształt gwiazdy lub miesiąca,
 Narodowi dźwiękiem miła,
 Ludu sen wspominająca;
 Czasem słońce, w półobłoku
 Oczom wschodziła, rosła,
 Czasem lekka — na potoku
 W listku róży Sylf bez wiosła.
 Jakaś siła niewidzialna,
 Przez poetę na świat lana;
 Wolna — jako anioł Pana!
 Silna — jako skra zapalna.

          *

 Dziś co? — Każdy wieszcz z rozkazem,
 Każdy patron — sam za sobą;
 Nie z promieniem — lecz z wyrazem,
 Nie duch-duchem — lecz osobą...
 Kiedy gore świat cierpieniem,
 Kiedy wzbiera czynu fala,
 On się kładzie wstecz kamieniem,
 Na ruch ludzki nie pozwala;
 Chce zawrócić w stare łoże
 Nowe fale — rzeki boże —
 Do zbolałych serc nie wnika,
 Czynu ludu nie ma w dłoni;
 Ale w uszy formą dzwoni,
 Albo dzwoni — albo syka.
 Jego dźwiękiem, jego mową
 Nie odetchnie pierś szeroka,
 Nie pomyśli — jego głową,
 Skier nie weźmie z jego oka!
 Tylko z nędznej starej płachty,
 Zamiast wieszcza — sztandar jego:
 Krzyk: „Na Boga czerwonego!
 Ty — kto jesteś? nie rznij szlachty!”

          *

 Któż i gdzie zagroził nożem?
 Któż i gdzie ci stanął sporem? —
 Możeś spotkał się z upiorem,
 Z całym dawnym Zaporożem?
 Możeś słyszał pochód głuchy,
 Krzyki krwawe i namiętne
 I księżyce nad krwią smętne,
 I sokoły w mgle, jak duchy?
 Może tobie zastąpiły
 W poprzek twojej sennej stecki
 Już nie duchy — lecz mogiły...
 A ty zląkł się! Syn szlachecki!

          *

 Może tylko w noc półjasną
 Jeden upiór nadlatywał,
 Strzały sobie z ran wyrywał
 I mgły — krwią czerwienił jasną.
 Hełm rozpalił w błyskawicę,
 Kurz podnosił purpurowy,
 A zrąbane cztery głowy,
 Niby perły zausznice,
 Z twarzą nieznajomych plemion
 Głowy trupie — niósł u strzemion...
 A ty zaraz: — „W ręku kord!
 W kosach przed nim cała wieś!
 Duch ten — krzyczysz — jest to rzeź!
 Duch ten — to czerwony mord!...
 Nie mord — nie rzeź. — To z girlandy,
 Co leciała ponad Lidą,
 Jakiś sługa dziewki Wandy,
 Jakiś złoty husarz z dzidą,
 Jakiś krzyża kapłan świecki,
 Z tęczy widzeń oderwany,
 Znów powracał na kurhany...
 A ty zląkł się?! Syn szlachecki!

          *

 Skądże w tobie taka trwoga
 I od ludu rów, i przedział?
 Prawdę mówisz?... Nie, na Boga,
 Wiem, żeś prawdy nie powiedział!
 Tylko jakieś sny czerwone,
 Zaludnione czartów gminem,
 Twych firanek karmazynem
 Jak krew jasne — jak sen płone,
 Pełne — mówię — mar szkaradnych,
 Bez słońc — bez gwiazd — kwiatów żadnych,
 Przestraszyły cię — żeś krzyknął;
 „Stójmy tak! — na ojców kości!”
 I twój anioł, już w przyszłości
 Zabłyśnięty. — jak sen zniknął.

          *

 Jeszcze co? Ani zamachu...
 Naród cały hasła czeka...
 A krzyk pierwszy z ust człowieka
 Był okropnym krzykiem strachu!...
 Bo to sen na końcu pieśni,
 Że magnaty kiedyś staną
 Z wielką tęczą chorągwianą,
 Otrząśnięci z wieków pleśni,
 Z wielką myślą w sercu, w głowie,
 Chatom — niby aniołowie;
 Że bunt święty rozpłomienią,
 Że świat cały od nich zgore...
 W tych magnatach serce chore,
 Proch im sercem i proch rdzenią!...

          *

 Kiedyś ze sto was tysięcy
 Było szlachty z serc i z lica...
 Dziś — jednegom znał szlachcica,
 Kraj ich cały nie znał więcej!...
 Jeden tylko serca męką,
 Zamiarami, choć nie skutkiem,
 Wielkim — cichym — dumnym smutkiem,
 Pełną niegdyś darów ręką,
 Smętną — wziętą z nieszczęść sławą
 Był szlachcicem — i miał prawo...
 Dziś — i ten nie został z wami,
 Swej godności już nie trzyma...
 Marą króla zgnił z królami,
 Dziś go nié ma — i was nié ma!

          *

 Bądź-że mi weselszej cery,
 Bo cię żywym być przymuszę...
 Wygnaj z myśli Maryjusze,
 Cezary i Robespiery.
 Z komet, z meteorów cyfer
 Czytaj przyszłość, wieszczu młody.
 Nie bądź w przyszłą noc pogody
 Jak ta gwiazda — psia — Lucyfer,
 Gdy słoneczny wóz wyciąga,
 Z morza wytknie łeb — po szyję,
 I zła skrzy, i w oczy bije,
 I bezsennym się urąga;
 Bo my z bezsennego łoża
 Wzrok rzucamy gorączkowy,
 A ty łykasz — łyskiem noża,
 Dziecko — lub zły duch — Jehowy,
 Bo nam tworzysz buntu marę,
 I w zrodzoną — rodzisz wiarę.

          *

 Ten, kto ojcu powie: Raka!
 Ten przeklęty... Więc się bój!
 Polski lud — to ojciec twój —
 Zeń jak z cierniowego krzaka
 Gotów znowu Bóg wybuchnąć,
 Z wichrów uwić płaszcz i lice,
 I na ciebie — jak na świecę —
 Iść — i dalej pójść — i zdmuchnąć.

          *

 Więc się bój: — bo nie ja grożę,
 Marny człowiek i twój brat...
 Ale jakiś straszny świat
 I widzialne światła boże,
 Z mocą, z wichrem i z szelestem
 Rzucające się na lud —
 Strachy — które mówią: Cud!
 Ognie — które szepcą: Jestem!

          *

 Więc się bój: — bo Duch się wdziera
 Już podnosi góry, wieże.
 „Słaby” — mówisz — „rzeź wybiera” —
 A czy wiesz, co on wybierze?
 Może ludów zatracenie —
 Może nam przyniesie w dłoni
 Komet wichry i płomienie,
 W których drży król — matka roni —
 Działa, wozy, hufce, konie
 Ogień pali — ziemia chłonie...
 A nikt z ruin nie korzysta,
 Jeno wszczynający ruch,
 Wieczny Rewolucjonista,
 Pod męką ciał — leżący Duch.

          *

 Duch — Światło — Młodość
 Orla i żywa
 Niebo porywa,
 Z Boga moc czerpie...
 Nad nią — na sierpie
 Z blasków księżyca,
 Bogarodzica
 W zorzy czerwonej,
 Na wywróconej
 Tęczy porannej.
 A pod nią mgła
 Z ognia i szkła
 W grze nieustannej
 Bałwany wznosząca,
 By znieść ją z miesiąca,
 Z gwiazdami złotemi.
 Postawić na ziemi,
 Ogłosić królową,
 Piękność — z płomieniem w sercu —
                    [z gwiazdami nad głową.

          *

 Wyszła! wyszła zza obłoku,
 Ludom się pokaże.
 I na żniwie, i na toku
 Ujrzą ją żniwiarze;
 Cała w słońcach — cała w błyskach
 Ludom się pokłoni,
 Pastuszkowie przy ogniskach
 Zaśpiewają o niéj!.
 Ujrzą ją na łąkach trzody
 I smętnie zaryczą,
 Zadrżą drzewa — staną wody,
 Sny z niej tęcz pożyczą.
 Gwarząc zbiorą się włodarze
 Z kosami na roli...
 Bo się w sercach, w snach pokaże
 Człowiek dobrej woli.

          *

 A tu niżej
 Kilka krzyży,
 Płacz namiętnych;
 Pierś uciszysz —
 A usłyszysz
 Jęki — smętnych.
 Zebrzydowscy
 I Zborowscy
 W czerwonych deliach;
 Sny — martwice
 I dziewice
 W bladych kameliach.
 Chór nadchodzi,
 Zda się w łodzi
 O brzeg trąca.
 Nad smętnemi
 Lampa ziemi,
 Krąg miesiąca.
 Zegar świata,
 Ptak Piłata
 Godzinę pieje.
 Strach i nudnoście,
 W grobach drżą koście,
 Bez-duch — szaleje.
 Duch uciska,
 Mroczy i błyska,
 Aż uzupełni
 Wiek idący,
 Bogiem błyszczący
 Jak miesiąc w pełni.

          *

 We łzach, Panie, ręce podnosimy do Ciebie,
 Odpuść nam nasze winy!
 Niech będzie Twoja wola i na ziemi, i w niebie,
 Przez nas — czyń Twoje czyny!
 Niechaj się Twoje imię na wysokościach święci,
 Niech się święci trzy razy!
 Abyśmy już nie byli z ksiąg żywota wyjęci
 Dla ran naszych i zmazy.
 Wspomnij! cośmy cierpieli pod chłostą tych mocarzy,
 A duchaśmy nie dali.
 Nie poznaliby ojce naszych boleśnych twarzy,
 Gdyby z grobowca wstali.
 Gdybyśmy cierpieli mocno, wołaliśmy do góry
 Jak gołębie: Nie ciśnij!
 Duchy jak gołębice rozleciały się w chmury;
 Zatrwóż! — Niech wrócą! — błyśnij!
 W tej błyskawicy, Panie, obaczym się z daleka
 Brat pozna swego brata; —
 I wejdzie nieśmiertelność jako anioł w człowieka,
 I staniem ludem świata!...

          *

 W takim hymnie, wieszczu, stój!
 Bo pieśń taka pójdzie górą,
 Nad podlejszych dusz naturą
 Panująca. — Boży strój,
 Do którego Bóg nagina
 Wszystkie wieku tego struny,
 Złączy dźwięki i pioruny,
 Świat, co kocha i przeklina;
 I błękitu rzuci tła
 Przemienioną krwawość w światła.
 Anioł się z aniołem zetrze,
 Chrystus wyjdzie na ciał złamy
 I z Chrystusem się spotkamy,
 A spotkania plac — powietrze.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Juliusz Słowacki.