Odbicia (Čapek)

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Karel Čapek
Tytuł Odbicia
Pochodzenie Boża męka
Wydawca Księgarnia F. Hoesicka
Data wydania 1927
Druk Drukarnia Ludowa
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz Stanisław Alberti
Tytuł orygin. Odrazy
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBI
Cały zbiór
Pobierz jako: Pobierz Cały zbiór jako ePub Pobierz Cały zbiór jako PDF Pobierz Cały zbiór jako MOBI
Indeks stron
ODBICIA
— Baczność! — zawołał Lhota do nieznajomego rybaka — bierze!

— Ach, dziękuję panu! — odpowiedział zagadnięty uprzejmie — czy nie zechciałby pan sobie jej wyciągnąć?
Lhota ześlizgnął się szybko po grobli i ujął kij. Haczyk był pusty. A gdy Lhota ściągnął włosień, zobaczył nagle przymocowaną do haczyka czerwoną tasiemkę.
— Czy daje pan to zamiast glisty? — zapytał zdziwiony.
— Tak! — rzekł rybak ze wstydliwym uśmiechem.
— A złapał pan już coś?
— Nigdy.
Lhota usiadł na grobli, nie wiedząc, czy ma się śmiać, czy złościć.
Jak to można, myślał sobie, jak to wogóle można łowić w ten sposób ryby?
— To też ja nie łowię — odezwał się rybak — tylko tak siedzę z wędką, aby się ludzie nie śmiali, gdy mnie tu widzą.
— Czy pan tutejszy?
— Mieszkam w tym domku, który stoi za nami. Przez wiele przychodzę tutaj lat, bo mi się tu podoba. Ale nie łowię.
Lhota spojrzał w wielkie, jasne oczy rybaka.
— Pan jest chory, prawda?
— Nie mogę chodzić. Już od dawna. Od wielu lat nie byłem dalej, niż tutaj. Ale tu jest pięknie.
— Rzeczywiście — odezwał się Lhota niepewnie.
Nagie groble ciągnęły się gdzieś w niewidoczną dal, a między niemi płynęła szeroka, sędziwa rzeka.
— Gdyby pan tu był o zachodzie słońca — mówił chory — albo rano. Siedzę tu zawsze od rana i nigdy nie było mi nudno ani pusto. A kiedy wieczór wracam do domu, zasypiam bez żadnych niepokojących snów. Noc za nocą śpię pięknie i bez snów. Dopiero w zimie — —
— Co w zimie?
— Nic, sny. W zimie nie mogę tu przychodzić i dlatego śpię we dnie i w nocy, bez wytchnienia, dopóki wreszcie ze zmęczenia nie mogę już spać. Ale w lecie jestem tu codziennie.
Lhota patrzył w zamyśleniu w wodę. Płynęła rozległa i bezkształtna, ocierając się nieskończonym bokiem o kamienie. Wzburzona, falująca, rozpryskująca się, aż mu migało się w oczach.
A nie była to już bieżąca rzeka, tylko szum, który bez końca upływa i ginie: przemijanie bez granic, ucieczka bez kresu.
— W zimie śni mi się tylko woda — odezwał się chory. — To jedyny sen, który mi się śni po całych dniach i nocach, po całych miesiącach, przerywany tylko wtedy, gdy się ocknę. Dopiero w lecie mija, gdy mogę zobaczyć rzeczywistą wodę.
Lekki zawrót przymknął oczy Lhoty.
— Nie chciałbym, aby mi się śniła woda, która płynie.
— Nie, ta wogóle nie płynie — odezwał się chory. — Mnie nie śni się prawdziwa woda. Jest to wielka rzeka, która stoi bez ruchu, a po niej płyną odbicia. Biegną po niej, jak te listki, unoszone przez prąd.
— Jakie odbicia?
— Zwierciadlane obrazy rzeczy. Brzegi, które się odbijają na powierzchni. Odbicia płyną po wodzie szybko, jak fale, ale nie rozpryskują się, jak one. Może przychodzą aż z gór. Wielkie drzewa, które posuwają się cicho, koronami do dołu, jakby wisiały nad bezdennem niebem. Po tej nieporuszonej rzece płynie i niebo ze słońcem, z obłokami i gwiazdami. Widziałem płynące odbicia pagórków i wioski, zbudowanej na brzegu i ludzi. Kiedyindziej przepływa po nieruchomej powierzchni biały, samotny dom, albo tylko jedno oświetlone okno.
— To jest niedorzeczny sen! — odezwał się Lhota.
— Straszny. Czasem płynie odzwierciedlenie miasta i nadbrzeżnych skwerów z zapalonemi światłami. Na powierzchni drżą liście drzew, jakby wiał wiatr, ale woda nie kołysze się. Dziewczyna załamuje białe ręce i pędzi w dal. A ja patrzę na odbicie i widzę kogoś, kto stoi na drugim brzegu i chce popatrzyć na mnie, chce mi dać znak jakiś. Ale obraz płynie po wodzie szybko i postać z ręką przyłożoną do oczu znika.
Chory zamilkł na chwilę.
— A niekiedy — zaczął po jakimś czasie — jest to tylko zapalona latarnia opustoszałej przystani na brzegu rzeki. Zahuśta się, jak w listopadowym wietrze i odpływa. Ani jedna z tych rzeczy nie może się zatrzymać, ani zwolnić biegu. Żaden ruch nie marszczy wody i niczego niema, nad nią. Ona jest tylko. Wieczność jest straszna.
Lhota patrzy w milczeniu w wodę. Fala za falą wraca bez końca do kamienia pod jego nogami i znowu cofa się w nieustępliwej zabawie.
To Lhotę drażni a zarazem uspokaja.
— Często budzę się pokryty potem — mówił chory — i śmiertelnie jestem przerażony. A wtedy mówię sobie: wieczność jest straszna! Przychodzi fala po fali, aby się złamać na kamieniu. Kamień za kamieniem zwala się w fale, które go niszczą. Ale powierzchni nic nie łamie i nic nie złamie. Na niej przemijają światła i cienie. Po niej przewalają się góry i przebiegają drzewa. Przepływają miasta i skały. Dziewczyna napróżno załamuje ręce, bo początek i koniec świata przelecą, jako zwierciadlane odbicia. Powierzchnia, która nigdy nie zmarszczy się, nie zadrży, bo zadrżeć nie może. Której się nikt nie dotknie, bo dotknąć się nigdy nie może. A kto się na nią patrzy, widzi zawsze tylko czyste, pierzchające obrazy, pozbawione rzeczywistości.
Na przeciwległej grobli stanął mężczyzna i patrzył chwilę.
— Cóż — zawołał wkońcu — biorą?
— Nie biorą — odpowiedział chory wesoło.
A do Lhoty odezwał się:
— Chętnie siaduję tutaj. Gdy spadnie do wody liść, woda się zachwieje i ja się zachwieję. Ale bez trwogi. Niekiedy, o zachodzie słońca myślę o Bogu. Wieczność jest straszna.
Lhota odwrócił się pytająco:
— Czasami — ciągnął chory dalej — widziałem tak dziwne wzburzenie na wodzie, że niepodobna pojąć, skądby się wziąć mogło. Czasami załamie się fala i zalśni piękniej niż inne. A są i zjawiska na niebie. Dzieje się to niezmiernie rzadko. A wtedy myślę: dlaczego nie miałby istnieć Bóg? Może jest właśnie tem, co najszybciej przemija na świecie? Może i jego rzeczywistość jest nagle załamaną falą i błyskiem? Niepojęcie, wyjątkowo objawi się i znika. Często myślałem o tem. Ale mój widnokrąg taki mały! W ciągu lat całych nie doszedłem dalej, niż tutaj. Możliwe, że i wśród ludzi trafia się takie załamanie, albo błysk, ale znów pierzcha. Musi się znów załamać. Prawdziwa rzeczywistość uiszcza się zanikiem, Ach, słońce zachodzi już!
Bosa dziewczyna milcząc, stanęła za chorym panem.
— Tak, pójdziemy — odezwał się chory. — Dobrej nocy. Niech pan patrzy teraz! teraz! — wskazywał na rzekę. To nigdy — nawet dwa razy — nie jest jednakie. Dobranoc!
Powoli i obojętnie odprowadzała go dziewczyna do domu.
Rzeka była perłowo-jasna i mieniła się bez końca.
Lhota z cichym zawrotem głowy spoglądał na upartą grę fal.





Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Karel Čapek i tłumacza: Stanisław Alberti.