Oda I. Pochwała ciszy zakonnej

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
ODA I.

Pochwała ciszy zakonnej.

Parodya Ody Horacyusza: „Beatus ille, qui procul negotiis...“
Gdy poeta podczas wakacyi sierpniowych odwiedzał wioskę jezuicką
Niemenczyn.

At ille, Flacce, nunc erit beatior...


Lecz ten szczęśliwszy, o mistrzu Horacy!
Który się odjął pospolitej pracy,
Rzucił wieś ojca, rzucił zagon polny,
Nie zna pieniaczów i od pozwu wolny.
W lecie upałem nie zniszczy się zboże,
Zimą nie stoi, czy zamieć na dworze,
W swary się nie wda, bo nie nosi broni,
I przed łupieżcą szyje nie nakłoni.
Więc albo, kornie uchyliwszy głowę,
Modli się Bogu za ludzie światowe,
Albo umysły rozpierzchnione garnie
I błędne owce zbiera do owczarnie,
Lub syty pociech, co sumienie zdarza,
Czas swój rozmierza z godzin Brewiarza.

Wieczorem zasię, gdy w sinej oddali
Niebo zorzowe pochodnie zapali,
On swe źrenice posyła tam w gości,
I bije czołem przed Światłem światłości,
I po murawie wolne stawiąc kroki,
Przez łzawe oczy pogląda w obłoki,
Gdzie tyle świateł u Niebios podnoża,
Gdzie mieszka Chrystus i Dziewica Boża.
Te łzy pobożne, co leje potokiem,
Nie dadzą drzemce zawisnąć nad okiem.


A kiedy słońce w porannym zakresie
Promienną głowę od wschodu podniesie,
On na modlitwie myślami i słowy
Stara się gniewy przejednać Jehowy.
Lub gdy poranek kwietniowej Niedzieli
Świątecznym blaskiem na ziemię wystrzeli,
Jego źrenice to w Niebo się wznoszą,
To rozpatrują po ziemi z rozkoszą,
Patrzą na lasy, na pola i wody,
I widzą Twórcę w obliczach przyrody.
— Ach! — mówi w sobie — oto trawka licha
Wie, z czyjej łaski żyje i oddycha,
Każda się modli i drobnemi łezki
Daje ofiarę mądrości niebieskiej.
Biały liguster i krasny kwiat róży
Uchyla główkę i Niebiosom służy,
Lilia blada, kłoniąc się ku ziemi,
Szepce modlitwę ustami śnieżnemi;
W wieczór wzdychają i kwiaty, i drzewa,
A z rana rosa łzami je oblewa.
A jaż? sam jeden w niedołęstwie starem
Będę się zginał pod lekkim ciężarem?
Gdy tak myślami pobożnemi bada,
Jak drzewo szumi, jak bije kaskada,
Święta myśl jego, jako perła droga,
Po pięknej ścieżce uleci do Boga.

Cóż gdy po trudach modłów i ołtarzy
Wioskę podmiejską odwiedzić się zdarzy,
Pójść do Łukiszek, w niemenczyńską stronę,
Lub zwiedzie lasy Bezdanu zielone!
Gdy tam w swobodnej sierpniowej zabawie
Mój niewytworny posiłek zastawię,
Gdy siądę w progu, wypoczynku gwoli,
Albo w dziedzińcu pod cieniem topoli,
Gdy cichy kątek zgłodniałego garnie
Chlebem i solą domowej spiżarnie,

Smaczneż to wino lub owoc ze drzewka,
Posilna woda lub mleka konewka!
Cóż gdy po chlebie dla smaku się doda
Krasnej poziomki soczysta jagoda!
Czyż tym przysmakom murena wyrówna,
Albo lukryńska ostryga zbytkowna?

Po skromnej uczcie nadewszystko wolę,
Wyjść ponad rzekę, w zarośle, na pole,
A kiedy burzę napędzają skwary,
Schronić się w ciemne kasztanów konary;
Albo, gdy słońce pogodne zachodzi,
Płynąć zatoką na rybackiej łodzi,
I sieć rzuciwszy, kiedy zdobycz wbieży,
Drgające rybki wyciągać z więcierzy.
A tam ryk żubra w nieprzebytym lesie
Echo przeciągłe nad wodą rozniesie,
A tam w zarośli drobny czyż strzekoce,
A tam słowiki w wierzbach przy zatoce,
A owdzie rzeźkich owczarzów gromada
Sygnałem trąbki przywoływa stada;
Tu z dworskiej niwy idzie kupa ziemian
I pieśń żniwiarską wyciąga na przemian,
Owdzie woźnica z piszczącemi koły
Złociste snopy wiezie do stodoły.

A czyż przemilczeć w samotnej zaciszy
Lube objęcia dobrych towarzyszy?
Jak uwesela niewinnie a mile
Słodki rozhowor, pełny krotochwile!
Śmiech przyzwoity i dowcip niezdrożny
Weselem, kończy nasz dzionek pobożny.

Alfiusz lichwiarz, słysząc o tym bycie,
Co już wieśniackie miał przedsiębrać życie,
Zebrawszy grosze w terminowe święta,
Na drugi miesiąc nie dał ich w procenta.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Maciej Kazimierz Sarbiewski i tłumacza: Ludwik Kondratowicz.