Ocean (Sieroszewski, 1935)/całość

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Skocz do: nawigacja, szukaj
<<< Dane tekstu >>>
Autor Wacław Sieroszewski
Tytuł Ocean
Podtytuł Powieść
Pochodzenie Dzieła zbiorowe
Data wydania 1935
Wydawnictwo Instytut Wydawniczy „Bibljoteka Polska“
Druk Zakłady Graficzne „Bibljoteka Polska“ w Bydgoszczy
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Okładka lub karta tytułowa
Indeks stron

WACŁAW SIEROSZEWSKI
DZIEŁA
ZBIOROWE
TOM XVIII
OCEAN
POWIEŚĆ HISTORYCZNA
I
INSTYTUT WYDAWNICZY
„BIBLJOTEKA POLSKA“
WARSZAWA



Wszystkie prawa autorskie zastrzeżone.
Copyright by Wacław Sieroszewski (Sirko)
ninteen hundred thirty five.

Drukiem Zakładów Graficznych „Bibljoteka Polska“ w Bydgoszczy

I.

„Piotr i Paweł“ był mocnym, ale niewielkim trójmasztowcem. Miał wzdłuż wszystkiego pięćdziesiąt łokci, wszerz nie więcej jak piętnaście, wysokości zaś trzymał łokci osiem i pół, z czego większa część nurzała się w wodzie. Na samym dziobie, pod wysoko podniesionym fokmasztem, z końca stewy chyliły się nad wodą złocone figury apostołów i błogosławiły światu i wodom.
Beniowski kazał statek przed wyruszeniem tu i owdzie żelaznemi rozporami umocnić, szpary wykonopacić, osmolić i cały tułów wymalować przyzwoicie. Kraj burty obszył chodnikiem, szerokim na półtrzecia łokcia, z linową poręczą, aby snadniej było żeglarzom biegać z końca w koniec po statku w czasie obsługi, nie mieszając się z resztą załogi, wylęgającej z powodu ciasnoty na wierzchni pokład. Uformowany w ten sposób wzdłuż krawędzi statku daszek nietylko dawał ochronę ustawionym w lukach burty dwudziestu armatom, z których połowa była drewniana, ale osłaniał w słotę i wiatr cokolwiek również ludzi.
Środek pokładu zajmowała wielka szalupa, nakryta smolonym brezentem; dalej ku przodowi wznosiła się buda kuchenna, a tuż za nią szło wdół zejście do wspólnych sypialń, gdzie w czterech kondygnacjach nad sobą kazał Beniowski wygotować kojce dla czterdziestu ludzi. Na wśledniej części statku za masztem głównym było podobne zejście i podobna sypialnia. Sypiali tam sami mężczyźni, majtkowie i strzelcy, wraz z przydzielonymi do nich dowódcami oddziałów, podczas, gdy oficerowie wyżsi, jak namiestnik Beniowskiego Chruszczów, komendant statku Czurin, naczelnicy generalni: pułkownik Baturin, major Winblath, kapitan Panow i wierny Kuzniecow mieszkali w ciupach osobnych, pod tylnym pokładem, gdzie umieścił się i sam Beniowski. Tam również ulokowano doktora Medera z jego apteczką i dodanym mu do pomocy staruszkiem Bielskim, a takoż wszystkie niewiasty w liczbie dziewięciu, gdyż tylu tylko białogłowom z trzydziestu zgłoszonych ochotnie pozwolił Beniowski przyłączyć się do wyprawy. Były to przeważnie żony spiskowców, lecz ponieważ wszystkim im oddzielnego pomieszczenia Beniowski dać nie mógł, gdyż nie było miejsca, więc ze względu na przystojność oraz powszechny spokój i bezpieczeństwo oddzielił kobiety od mężczyzn. Jedynie Czurin i Kuzniecow mieszkali razem z żonami. Inne podwiki, równie jak pozostali oficerowie, mieściły się po dwie, po trzy w jednym pokoiku, za wyjątkiem Nastazji Nilówny, która miała osobną kajutę w końcu korytarza, w miejscu najbardziej zacisznem. Ten korytarz, mający po obu stronach drzwi kajut, rozszerzał się u wyjścia, tworząc osłonioną od wiatru i wody przestronność dostateczną dla ruchów kawki sterowej, u której wiecznie stał zmianowy sternik z okiem utkwionem w strzałkę kompasu.
W pierwszej, największej, najwidniejszej i najbliższej od sternika kajucie zamieszkał Beniowski, a naprzeciw w takiej samej — Chruszczow z Baturinem.
Właśnie siedział przed stołem Beniowski i zapisywał pewną ręką w okrętowym dzienniku:

„...dnia 11-go Maja stylu gregorjańskiego, 1771-go roku, wsiadłem na okręt „Świętego Piotra i Pawła“ w porcie Bolszaja, rozkazawszy wprzód wybić w nim dwadzieścia otworów na tyleż armat...“ —

gdy wszedł Czurin i oznajmił, że zbliżają się do przejścia między piaskami baru.
— Tam już pójdziemy otwartem morzem, ale... wiatr słabnie!... Może pan sam pojrzy, co czynić!? — dodał pytająco.
Beniowski zamknął księgę, rzucił okiem na czasomierz i wyszedł razem z komendantem. Po drodze przyłączył się do nich Chruszczow i Sybajew. Wstąpili po schodach na chodnik i poszli wysoko nad głowami krążących po pokładzie ludzi, rozglądając się uważnie po statku i morzu. Okręt posuwał się bardzo wolno, choć wszystkie żagle były rozpięte. Słaby, północno-zachodni wiatr chwilami cichł zupełnie, a wtedy bezsilnie opadały ciężkie płótniska, trzepiąc przykro kledami po rejach. Wieszali się na nich tu i owdzie majtkowie, inni pochylali się, klnąc brzydko i kłócąc z gromadkami ludzi, kupiącemi się u luków armat, gdyż wszyscy w tym czasie wylegli na pokład. Wspinali się jeden ponad drugiego, wyciągali szyje, włazili na skrzynie, na drabiny, czepiali się składek okrywającego szalupę brezentu, wdrapywali się na dach kuchni, stawali gęsto na pachołach kotwicznych, szepcząc, gwarząc, pokrzykując z oczami utkwionemi w ziemię. Podniecenie było powszechne i od rozmawiającej ciżby szedł taki sam poszum, jak od tego morza, co łuszczyło się wokoło.
Przeklęty brzeg, brzeg niewoli i udręczenia nie odchodził. Stał uparcie przed oczami, jak widmo tylko co przeżytych burz, lęków, przerażeń, niebezpieczeństw, wahań, walk, twardych postanowień, upadków, udręczeń i okrucieństw... Stał złoty od zasp piasku, krwawy od plam gliniastych osypisk, zielony od szczeciny lasów, wyciągniętej ponad niskim strądem jak smuga mchu. Górą wznosił się wysoko i widok nieba przysłaniał zębaty wał zaśnieżonych szczytów, wzdymały się białe stożki dymiących się wulkanów, poorane głębokiemi ciemnemi żlebami.
Morze, szemrząc, słało ku nim płytką, modrą falę. Wieczorne słońce słabo złociło widok mglącym się blaskiem.
— My stąd nigdy nie odjedziemy!... Nie wyrwiemy się stąd!... Taki nasz los!... Mówiłem, że wczoraj należało wyruszyć!... Wczoraj był wiatr!... Zwłóczyli, zwłóczyli niewiadomo poco!... A teraz co!?... Przyjdzie burza, rzuci nas na brzegi, statek rozbije... Wyłapią nas, jak zmokłe szczury, i zakują w kajdany! Czy warto było tyle krwi przelewać, tylu ludzi gubić dla takiego końca? — wyrzekał głośno wśród tłumu słuchaczów starszy oficer Stiepanow.
— Tak, tak!... Wczoraj był wiatr!... Jużciż że należało!... — szemrano wokoło.
Rychło wszakże głosy ucichły, gdy Beniowski z towarzyszami zbliżył się do tego miejsca. Spokornieli ludzie rozstępowali się i pilnie nasłuchiwali, o czem mówi „ojciec komendant“. Nadąsany Stiepanow poszedł za grupą oficerów.
— Gdzie wachtowy ze sztaby? I gdzie Urbański!? — wołał gniewnie na przedzie statku Beniowski.
— Jest! — odpowiedział, salutując, gruby jegomość z konopiastemi wąsami i okrągłą twarzą czerwono-śniadą i plamistą, jak dojrzała dynia bucharska.
— A gdzież twoi strzelcy? Nie słyszałeś sygnału!?
— Trochę ich jest! — mruknął, kiwając głową za siebie, gdzie stało kilkunastu wyprostowanych drabów.
— A reszta?
— Reszta?... Czy ja wiem? Śpi pewnie po wczorajszej pożegnalnej fecie!
— Co?... Śpi?... Co to za odpowiedź!? Żebym nigdy nic podobnego nie słyszał! Pamiętaj!... Zakuję i rzucę na dno okrętu! Broń wyczyścić natychmiast, nasmarować łojem i postawić w stójki, pod daszek, żeby była gotowa w każdej chwili!... Hańba! Bagnety pordzewiałe, lufy czarne, wyglądają jak rożny kuchenne, a nie oręż żołnierski... Żeby mi był porządek!
— Wedle rozkazu! Ale nie było biedy... — bąkał stropiony Urbański.
Beniowski machnął niecierpliwie ręką:
— Dość!... Powiedziałem!
Stropiony oficer stał wyciągnięty, choć Beniowski już się oddalił, i dopiero gdy idący na ostatku przyjaciel, Sybajew, zrobił mu na pocieszenie figlarne oko, wysunął naprzód krwistą wargę w kształcie ryjka, gwizdnął zcicha i zawołał na strzelców:
— Cóż, chłopcy, bierzcie się do roboty! Niema co! Myśleliśmy złudnie, że sobie wypoczniemy po tylu trudach. Samej wódki cośmy to wypili, a bab co przez nasze ręce przeszło w tym czasie, hę!? Spracowaliśmy się nie na żarty!... Ale widzę, żeśmy wpadli z ognia w płomienie!... U nas bo mówią lepiej: z deszczu pod rynnę! Ale u was tutaj więcej śnieg pada i nie znacie rynien. W mojej ojczyźnie zaś są takie rury na dachach, skąd w nawałności szukającym schronienia nierzadko suto za kołnierz się nalewa! — gawędził dobrodusznie, napędzając do roboty strzelców.
— A wszystko blaga! Udana komedja dla zamydlenia oczu! Bo poco tu ten rygor straszeczny? Z kim on tu myśli wojować wśród morskiego przestworza? Na kogo tę broń szykuje?... Byle ludzi męczyć i swoją personę nad nimi wywyższać! — wtrącił, zatrzymując się koło nich, Stiepanow.
— A waćpan kto? I co waćpanu do tego!? Zasię mi się tu wtrącać!... Czy to tutaj miejsce waćpana? Hę?... Waćpan z wśledniej, słyszałem, straży. Więc pilnujcie, żeby wam tam wiatr kiecek babskich nad głowy zbytnio nie zadzierał!... Hę! Widzicie go! — wybuchnął nagle Urbański, rad, że ma na kim swój rankor wywrzeć. — Bierzcie się zaraz, chłopcy, do muszkietów, żeby błyszczały, jak samowary kupieckie! Słyszycie!?... A ty, Gałka, skocz, zlej śpiących wodą! Niech trzeźwieją i wstają! Tu nikt za nich robić nie będzie! — zwrócił się do ogromnego kozaka z wyrwanemi nozdrzami, który stał pierwszy w szeregu.
— Niema chyba poco! Wszyscy niedługo spać pójdziemy!... Słyszy pan: gwiżdżą na kotwicę! — odmruknął ten, kiwając głową w stronę mostku kapitańskiego.
Piszczałka istotnie wołała:
— Wszyscy na pokład!
Zakotłowało się, z luków pomostowych wychynęły nowe strugi ludzi; grupy wypoczywających sunęły ku środkowi, poczem stamtąd rozbiegły się wraz na boki statku ku drabinom sznurowym, aby piąć się na reje, podbierać i zwijać żagle, podczas gdy inni odwiązywali szuty, luzowali i opuszczali zwolna drerepy. A jeszcze inni skoczyli na dziób statku, na samą kratę plichty, gdzie leżały wielkie zwoje kotwicznej byty. Nie szło to zbyt składnie, gdyż wielu było nieprzyuczonych do żeglarstwa, ale obrotu dokonano i rychło plusk wody oraz suchy łomot rozwijającej się z kołowrotu liny oznajmił, że kotwica rzucona. Statek drgnął, zakołysał się, obrócił bokiem do swego biegu i stanął jak wryty wśród cichnących dokoła toni. Siwe, zimne mgły szerokiego morskiego oddechu ogarnęły jego korpus, a dwie ławice burego piasku wynurzyły się z obu jego stron w igraniach fal, jak grzbiety ogromnych, śpiących wielorybów. Gdzieś zdala, z poza nich, z bezbrzeża mierzchnącego Oceanu dobiegał miarowy, szklany łosskot.
— Lody! — szepnął do Urbańskiego stojący u bugszprytu na wachcie majtek. — Ale się tutaj do nas w nocy nie dostaną! Miałko! Dobrze wybrał, psia jucha, Beniowski. Stoimy jak raz w przebiegu między dwoma mieliznami, jak w porcie, a w razie szturmu i ujście rzeki niedaleko! Można spać spokojnie. I skąd on to wszystko wie, niby tutejszy?
— Ba! Wiadomo, konfederat... Cóż to on mało umie? Z sobą go równać chcecie, chamy? — odrzekł Urbański, wąsa pokręcił i odszedł wspaniałym krokiem w stronę kuchni, gdzie już połyskiwało światełko i ludzie kręcili się z wiadrami.
Pilnie pracowała na rejach gromadka doświadczonych żeglarzy Chołodiłowa, wspomagana przez dodanych im do pomocy i nauki nowińców. Zwolna wyłaniały się z obsłon żaglowych kolumny masztów, znikały podbierane i mocno podwiązywane do krzyżownic płótniska, ukazywały się w półmaszciach bocieńce i szara pajęczyna olinowania, spływająca gęstą siecią ku burtom, zwisająca przejrzystą mgłą między rejami, zarysowała się wdzięcznie w powietrzu. Tu i tam, niby wielkie owady, tkwili wśród niej majtkowie, kończący swą robotę. Warkot bębna zwoływał tymczasem ludzi na dziób wpobliżu kuchni, gdzie kwatermistrz z blaszaną miarką czekał przy kufie gorzałki.
Beniowski znowu pojawił się wśród tłumu. Tym razem był sam i bystrem spojrzeniem przeglądał i tych, co szli po swe racje, i tych, co, siedząc na lawetach armatnich, spożywali już otrzymany posiłek.
— Ilu chorych? — spytał mimochodem kwatermistrza.
— Niema wcale! — odrzekł ten krótko.
Kiwnął mu głową i poszedł dalej, zlekka utykając na przestrzeloną nogę. Okrążył statek i wszedł na tyłach pod górny pomost. Pusto tu było i cicho; wszyscy pośpieszyli pospólnie wieczerzać; ulotnił się niepotrzebny już sternik. Przez otwarte drzwi poniektórych kajut widać było węzły pościeli, porzucone na pryczach i podłodze, sprzęt niewyszukany na stołach i przyodziewek rozwieszony na hakach.
Beniowski kroczył w półmroku ku samemu tyłowi, gdzie w ostatniej kajucie błyskało słabe światełko.
— Jest... sama! Nie widziałem jej tak dawno!...
Zatrzymał się u niedomkniętych drzwi i zajrzał z bijącem sercem.
Przy blasku woskowej świecy, płonącej przed dobrze mu znanym obrazem Matki Boskiej Bolejącej, dostrzegł klęczącą postać kobiecą w ciemnych zakonnych sukniach; czarna, mnisia chusta kryła jej głowę, a twarz zasłaniały złożone na oczach i licach dłonie.
Beniowski, zamiast wejść, oparł się ciężko o odrzwia.
— Modli się!... Niech się modli... — szepnął do siebie. — Dlaczego się jednak tak przebrała? Zbyt rychło... Lęka się widać!
Chwilkę postał, popatrzył na śliczną, pochyloną głowę, tak mu dobrze znaną, poczem, niepostrzeżony, jak był przyszedł, tak odszedł ku swej pustej, ciemnej kajucie.



II.

Skoro rozedniało na tyle, że ciemne mielizny dobrze oznaczyły się na połyskującej wśród siwych mgieł fali, dał Beniowski rozkaz podniesienia kotwicy.
Znów ostro zabrzmiała szturmańska piszczałka i po śpiącym statku potoczył się rozkaz:
— Wszyscy na pokład!
Niechętnie opuszczali ciepłe kajuty ludzie niewzwyczajeni do twardej służby morskiej, niektórzy nawet sarkali:
— Po jakiego licha tak rano!? Poco ten pośpiech!?
— To prawda! Nie mamy przecie terminu, nie jedziemy z towarem! Zdążymy!...
— A ścigać nas niema sposobu! Sam widziałem na własne oczy, jak palono w Bolszej statki.
— A jakże! Małej łódeczki nie zostawiono całej! Kum Trofimycz prosił, żebym mu choć bajdarkę skórzaną zostawił, aby sieci mógł oglądać. „Mój kochany, bliższa koszula ciała! powiedziałem. — Tobie bajdarkę, drugiemu bacik, trzeciemu karbas... w mig flota się utworzy, na której kozacy zaraz zaczną nas wojować, ścigać, wreszcie władzy dadzą znać do Ochocka, żeby słała za nami w pościgu zbrojne fregaty. Niema głupich!“
— Zresztą dalby ci Beniowski, gdybyś nie posłuchał rozkazu!
— Pewnie, żeby dal! Ostry człowiek!...
— Takiego morze lubi!... A co wy tutaj „tary-bary!“ Chcecie dostać? Ruszajcie zaraz do roboty! — napadł na rozmawiających starszy majtek.
Pięli się więc niezgrabnie nowińcy po drabinach sznurowych, klnąc, chwytali zgrubiałemi palcami za zmoty u lin, za przemarzłe węzły sznurów, inni z miarowym przygłosem ciągnęli kołowrót kotwiczny.
Szary świt rozdniewał zamglone morze oraz przymknięte nad niem wieko jasnego nieba; gwiazdy ze złotych stawały się srebrnemi, topniały zwolna w błękitnej jasności. Zwolniony z uwięzi okręt kołysał się dziwacznie i chylił na jeden bok; słaby wiatr z trudem nadymał napinane żagle.
— Co go tak kłoni!? Hej, obejrzeć dobrze zaburcia! — rozkazywał Beniowski.
Rychło donieśli mu, że wielka kra przyssała się do prawego boku i statek skręca.
— Niewiadomo nawet, kiedy się podkradła! Cicho tak podpłynęła, ani stuknęła! — tłumaczył się Baturin, który nocną zmianą dowodził.
— Różnie bywa!... Zresztą — mgła — uspokajał go Beniowski. — Każ narychtować na lód armatę i skrusz zaraz kulami. Musimy wyjść przed zorzą na pełne morze, bo potem wiatr tu przy brzegu uśnie!
Zahuczały więc działa raz jeszcze kilkakroć, budząc echo rozgłośne na lądzie, strasząc mieszkańców Czekawki, ledwie wczoraj uwolnionych od grozy krwawych bitew. Oswobodzony od ciężaru okręt wyprostował się, zatrzepotał żaglami, jak zbudzony ptak, i wolno przepłynął między piachami rewy. W miarę jak uchodzili z pod osłony lądu, krzepił się wiatr, rósł bieg i posuwistość statku. Gdy brzask zaróżowił gładę fal, z bocieńca krzyknięto, że hen, ku zachodowi widać skałę Alajdę. Beniowski kazał skierować okręt w przejście między ciemnym, wydłużonym lądem wyspy Poramuszir a tym samotnym ostrowem, szarzejącym jak mały obłoczek w dalekich tumanach, przenizanych promieniami niskiego słońca. Jednocześnie zwołał Beniowski starszyznę na naradę, w jakim dalej płynąć kierunku.
Postanowiono jednogłośnie bieżeć na południe i zawinąć do której z wysp Kurylskich dla zaopatrzenia się w żywność, wodę i suchary. Wiadomość o tem rychło rozbiegła się wśród załogi, zajętej czyszczeniem i uprzątaniem okrętu. Rajcowano nad tem przez dzień cały; na podwieczerzu zimno i śnieg, padający płatami, spędziły większość załogi pod pokład. Ostrożnie, z podebranemi żaglami, szedł statek w nocnych ciemnościach, według wytkniętego kursu. Pusto było na ubielonym śniegiem pokładzie; tam i owdzie majaczyły figury strażowych majtków i słaby, jak skierka, ogieniek lampki błyszczał u kompasu. Co czas jakiś jęczał dzwon u wielkiego masztu, wybijając klepsydrę; szumiał wciąż wiatr w rejach, szeleścił żaglami, szemrało po bokach w czarnych przepaściach morze. Płatki śniegu leciały i nikły w tej czarniawie, jak niestrudzony siew niewidzialnego ducha.
Dzień wstał mglisty, zaśnieżony, niepogodny; uderzył silny półwiatr i statek z trudem lawirował w zygzag, coraz zmieniając żagle i pochylając się mocno na zwrotach. Pracowała wzmocnionemi zmianami załoga. Beniowski z Czurinem w kajucie, pochyleni nad mapą, wybierali, gdzieby lepiej zawinąć, gdy z bocieńca dobiegło ich wołanie, że widać ziemię. Wyszli więc na mostek popatrzeć, co jest, gdy wtem uderzył ich hałas niezwykły wśród gromad ludzi, którzy też wylegli z kajut na wołanie straży. Posłał Beniowski zapytać: co zacz tam i skąd hałasy?
I natychmiast przybyło dwu, z których jeden był Izmaiłow, a drugi Boskarow, mówiąc, że są wysłańcami od całej załogi.
— Od zimna, kołysania statku, niewywczasu i złej strawy ducha w sobie nie czujemy i, siłami więcej nie władnąc, prosimy uniżenie, aby Wasza Wielmożność kazał co rychlej do pierwszej ziemi zawinąć, gdziebyśmy mogli poratować zagrożone nasze zdrowie, tak w dalszym ciągu podroży potrzebne!... — dowodził Izmaiłow.
— Od wymiotów i wolności żołądka pokotem leżą w kajutach i tak zanieczyścili powietrze, że wytrzymać tam niepodobna... Gdy spracowani majtkowie wracają ze zmiany, miasto wyspać się, trują się nieznośnym zapachem i dostają zawrotu głowy!... — dodał Boskarow.
Beniowski patrzał na nich nieufnie i zwłóczył z odpowiedzią. Szukał oczami wśród wichrzycieli Stiepanowa, ale go tam nie było. Wreszcie dostrzegł go, wychodzącego z Panowem z pod tylnego pokładu. Gorąco dyskutując, kierowali się ku niemu; czekał, aż podejdą, gdy wtem wrzaski i kotłowania na przedzie statku zamieniły się w zwadę. Z powszechnego tumultu wyrwało się dwoje ludzi i biegło ku Beniowskiemu.
— Cóż tam nowego? — spytał ten niecierpliwie.
— Nie słuchaj ich, naczelniku, nie słuchaj!... — wołał biegnący na przedzie Urbański z twarzą rozognioną, jak jarzący się krąg miesiąca. — Wcale nie są oni naszymi wybrańcami!... Samozwańcami są... gdy przeciwnie my dalej iść chcemy nawet resztką sił, unikając zbyt bliskich zdradzieckich wybrzeży... Zali możemy być pewni, że nie czyhają na nas tam jakie zbłąkane rządowe okręty?... Albo czy ludność nieświadoma i podburzona przez urzędników nie napadnie na nas z bronią w ręku?... Odpłynąć należy przeto jak najdalej i dopiero w ciepłym, błogosławionym klimacie, na bezludnej, nikomu nieznanej wyspie wypocząć... Takie jest nasze żądanie!...
Któż to wy jesteście?... Ilu was?... — przerwał mu drwiąco Izmaiłow. — On jeden, Wielmożny Panie, duch niespokojny i może jeszcze dwu, trzech podobnych kłótników... Za nami powszechność...
— Nieprawda, za mną cała straż przednia... A i z tylnej jest dużo, co tak myślą, ino wy ich zakrzyczeliście, babnicy przeklęci!... Chce im się na ziemię co rychlej, by z podwikami łacniej amory toczyć, bo na statku niema dość miejsca dla takiej zabawy!... Znam ja was asmodeuszów, znam!... Ślepy nie jestem...
— Powtarzam, co mi pospolitość poleciła, Wielmożny Panie Naczelniku. Że nawet gdybyś kazał, to ze względu na brak sił i powszechną chorobę... nie moglibyśmy tego wykonać, a więc lądowanie wbrew naszej chęci musowe jest! — zakończył hardo Izmaiłow.
— Łże!... Leżą nie od morskiego zawrotu, lecz od pijatyki, od zaduchu i lenistwa!... Wynieść wszystkich na powietrze, a rychło wstaną!... Opoje są!... Pić, owszem!... Ale chlać, jak świnie bez opamiętania!... — przerwał mu gniewnie Urbański.
Wstrzymał kłócących się stanowczym gestem Beniowski, i, nie słuchając nawet tego, co mu chciał przełożyć Stiepanow, zwrócił się do Baturina:
— Bądź dobry, weź ludzi i rozpędź zbiegowisko. Żeby wszyscy zaraz szli na miejsca do swych robót. A resztę zepchnij do kajut... Tych, co się będą opierali, prowadź tutaj!... Niech raz na zawsze zapamiętają, że nie oni rozkazują, lecz ja, skoro mię naczelnikiem wybrali!... Wy zostańcie, zostańcie, zaczekajcie!... — kiwnął na wysłanników, którzy zbierali się do odejścia.
Baturin spełnił rozkaz; do oddziału, robiącego porządek, przyłączyli się wszyscy oficerowie, nie wyłączając Stiepanowa, oraz strzelcy Urbańskiego. Pokład z kłótników niebawem oczyszczono. Kilku oporniejszych stawiono zaraz przed sąd i zamknięto w turmie. Pozornie uciszyło się, lecz Beniowski, dla uniknięcia dalszych rozruchów, kazał statek niezwłocznie z wiatrem obrócić i rychło kuszące wyspy znikły z przed oczu załodze. Wśród pustego, przysnutego mgłą i zbałwanionego szeroką falą oceanu jeno tu i tam wyskakiwały potworne cielska wielorybów, igrających ze sobą i wyrzucających wysoko wgórę wodotryski.
Śnieg i deszcz nie przestawał padać. Załoga, zwolniona od robót na rejach pomyślnym wiatrem, miała dużo zajęcia przy zeskrobywaniu i obijaniu z pokładów oraz masztów naledzi. Kazał też Beniowski opatrzeć dobrze szalupę i mały ratunkowy bacik, co podwieszony na hakach bujał w tyle okrętu nad rudlem, gotowy w każdej chwili do spuszczenia.
Urbański, zadowolony, że górę wzięło jego zdanie, uwijał się wesoło wśród pracujących, choć mu nos zsiniał od zimna, jak śliwka-węgierka.
— A co, źle wam?... Gdybyście siedzieli choć w cieple, ale w rządowej kozie, byłoby gorzej!... Co, nie? Podgrzewaliby was tam, oj, podgrzewali panowie urzędnicy... A czy na Paramuszirze, czy na Ochtokanie, nie są oni ci sami, co w Bolszej, których znacie!... Przewietrzyliby nas wszystkich na szubienicach, oj, oj!... Już ja wolę ten zimny, ale wolny wietrzyk morski! Odbijemy sobie zczasem wszystko w jakim raju hesperydowym... Owoców słodkich najemy się ile wlezie, wywczasujemy się... Pannę sobie kolorową każdy wybierze z krajowych zapasów... Cuchną podobno, jak stare buty, i dlatego na czas miłosnej zabawy, wędzą się w dymach z drzew wonnych i kadzideł... Ale zato od słońca mają w kochaniu krew gorącą...
— To grunt!... Czy to ja z jej twarzy będę śmietanę lizał?... Ja bo tam nie potrzebuję nadzwyczajnej urody!... — przerwał mu kozak Gałka.
— Wiadomo. Przejrzyj się w wiadrze z wodą, a nacieszysz się pięknością do syta! — śmiali się obecni.
W ciągu dnia zastrzelili myśliwce na statku kilka czarnych ptaków, które przysiadły na masztach, a po południu, kiedy słota ustała i na falach okazało się dużo pływających porostów, zaczęto je hakami łowić i wyciągać, gdyż wedle słów kamczadala Poranczina oraz innych świamych rzeczy marynarzy, miały być, po wysuszeniu i wielokrotnem przegotowaniu, jadalne.
Tak upływał czas załodze w nieustannem zajęciu, które wciąż wynajdywał dla niej przemyślny Beniowski.



III.

Ósmego dnia podróży zaczerniała na bezrzeżnym dotychczas widnokręgu chmura ziemi. Wymierzywszy długość i szerokość miejsca, Beniowski orzekł, iż musi to być wyspa „Komandora Beringa“. Okręt szybko zbliżał się ku lądowi przy wietrze pomyślnym. Niedługo gołem okiem można było rozróżnić góry śniegiem pokryte i stromy nagi brzeg. Nie znajdując w nim nigdzie szczerby dogodnej na statku ostoję, rozkazał Beniowski spuścić na wodę bat i wysłał na nim Panowa z dziesięciu zbrojnymi ludźmi dla obejrzenia skraju wyspy. Zalecił im przedewszystkiem szukać jakowej zatoki lub portu bezpiecznego, a skoro znajdą, aby dali znać trzema ogniami rozłożonemi na lądzie. Mieli wtedy odesłać natychmiast bacikiem kogokolwiek dla prowadzenia okrętu, a sami, pozostawszy na lądzie, pilne dawać baczenie na wszystkie strony i w razie niebezpieczeństwa ostrzec załogę strzałami z muszkietów lub sygnalizacją ogniową.
Jeżeliby zaś spostrzegli jakowy okręt u brzegu, mieli niezwłocznie powracać, zgoła nie lądując. Czurinowi tymczasem kazał Beniowski, nie tracąc z oczu wyspy, drajwować.
Gdy zbliżyli się do niej o ćwierć mili, wiatr ucichł zupełnie, jednocześnie tuż u wody rozgorzały umówione ognie. Przybył niedługo pilot, spuszczono szalupę i, ciągnąc wiosłami statek na linach, wprowadzono go do zacisznej przystani, gdzie za skałą w głębi bieliła się dogodna piaszczysta osucha. Tu zarzucili kotwicę na głębokości ośmiu sążni.
Był wieczór zupełny i nikomu dnia tego Beniowski zejść na ląd nie pozwolił. Radzi, że ustało kołysanie, podnieceni nadzieją jutrzejszej na ziemię wycieczki, długo gromadzili się ludzie u burt na pokładzie, patrząc na czerniejący nieopodal skalisty ląd, gwarząc cicho i wyśmiewając się z przebytych niedawno przykrości. Do mężów przyłączyły się niewiasty, które najwięcej cierpiały od morskiego zawrotu. Nawet swą wspaniałą Agafję Kuzniecow z kajuty wywabił. Nie było jedynie widać nigdzie Nastazji. Kręcił się u przywartych drzwi jej mieszkanka Stiepanow, odchodził i wracał, ale nie śmiał zastukać. Aż go spłoszył Bielski, który, idąc do swojej komory, naskoczył nań niespodzianie w ciemnościach.
— Wszelki duch Pana Boga chwali!... Kto tu? — krzyknął stary, mocno wystraszony.
— Tsy!... To ja, Stiepanow!...
— Co waćpan tu robisz?... Czy tu twoje miejsce?
— Cicho!... Czego pan krzyczy? Czyż po statku chodzić wzbroniono?
— Pewnie, że nie wzbroniono, ale każdemu wyznaczon w ciasnocie kąt. Mógłbym, naprzykład, niosąc lekarstwa, rozbić butelkę, potknąwszy się o pana...
— A właśnie szedłem prosić o jakowy dekokt... od bółu... zębów!
— No, to co innego! Tak powiadaj!... Chodź, jeśliś chory, do ambulatorjum. Lecz Medera niema, poszedł z raportem do Beniowskiego, więc ci sam chyba zaaplikuję! — mruczał udobruchany stary, bardzo przejęty swemi nowemi obowiązkami.
W ambulansie, z którego jeden bok zajęty był posłaniem Bielskiego, a drugi wielką szafą z lekarstwami, pachniało suszonemi ziołami, octem oraz mocnemi orjentalnemi smołami, ale nadewszystko górowała przykra woń tranu i zjełczałego łoju. Żywo się zakrzątnął Bielski, zapalił ogarek świecy i, włożywszy na nos okulary, zbliżył się do pacjenta.
— Gdzież cię to boli? Pokaż! Otwórz usta!...
Ale Stiepanow nie kwapił się bynajmniej spełnić polecenia.
— Tak, boli!... Ot, tutaj!... — mruczał, machając ręką w nieokreślonym kierunku.
— Ząb?... W dolnej, w górnej?... Co?...
— Ząb... ząb!...
— Najlepiej wyrwać!... Mam nawet szczypce! Chcesz, napoczekaniu zrobimy operację... Zaraz ci ulży!... Zobaczysz!
— O, nie boli mię do tego stopnia!... Jeszcze zdrowy, szkoda go!...
— Wszyscyście tacy: szkoda, szkoda!... Dopiero jak wam tak gęba napuchnie, że nietylko kleszczy, ale słomki do ust wprowadzić niesposób, to rwij!... Stanowczo radzę ci, chłopcze, uczynić to zawczasu!...
— Nie, nie!... Nie chcę!... Lepiej dekokt!... Może octu z mirrą mi dacie? Zawsze mi pomagał! Albo olejku kamforowego!...
— Mogę dać, ale gruntowne wyleczenie zawsze następuje z wyrwania.
Otworzył szafę i szukał na półkach, podczas gdy Stiepanow posępnie wodził oczyma po kajucie.
— Dużo chorych na okręcie? — spytał cicho.
— Jest!... Ale głównie na morską chorobę!... Większość odrazu wyzdrowiała, jak stanęliśmy w porcie.
— Myślę, że ciężką będziecie mieli pracę z załogą przy przejściach z rozmaitych klimatów...
— O, tak!... Pewnie!... Głównie, że wcale nie słuchają rozumnych wskazań i że... niechlujstwo... niemożliwe wszędzie niechlujstwo!...
— Od ciasnoty!... — bąknął Stiepanow. — A kobiety?... Dużo kobiet wśród chorych?...
Bielski spojrzał nań podejrzliwie.
— Są... Naogół słabsze; płeć ich dla żeglugi morskiej nieodpowiednia... Więc się łatwiej poddają!
— A Nastazja Iwanówna?... Czy chora?... Dlaczego nie pokazuje się?... Powiedz mi szczerze, panie Bielski, proszę cię bardzo... Taki mię szarpie niepokój!
Bielski milczał i patrzał nań surowo z pod zsuniętych brwi.
— Znowu?... Obiecałeś przecie, zaprzysiągłeś...
— Cóż ja zrobię nieszczęśliwy: pomimo wszystko miłuję ją... Zresztą co za wielkie przestępstwo, żem spytał o jej zdrowie... Przecie mi tego nawet Beniowski za złe nie weźmie!... Mógłbym nawet wprost do niej pójść!... Nieprawda!... — ciągnął głosem stłumionym, pełnym żałości.
— Zapewne, zapewne!... — zgodził się już łagodniej Bielski.
— Ale nie chcę, sam nie chcę!... Niepotrzebnych nie chcę wzniecać podejrzeń, wywoływać swarów, które mogłyby podróż naszą opóźnić!... Co innego... gdybyś ty, Bielski... zechciał jej oddać... list... mały liścik... stary towarzyszu!
— Przenigdy! Tego żadną miarą nie zrobię!
— Aha!... Więc uwięziona!... — wybuchnął nagle Stiepanow, zmieniając ton. — Domyślałem się tego!... Biegnę zaraz do Beniowskiego, by wytłumaczył, co to znaczy?... co znaczy owa przemoc bez powodu nad dziewczyną, której wszyscy winniśmy wolność... Bo ja wszystko widzę, co się tu dzieje, wszystko! Zaraz idę!... Lepiej nawet: zwrócę się wprost do załogi, do pospólstwa, niech osądzą, niech dowiedzą się, że obok nich, śpiących teraz w spokoju, cierpi święta, uwięziona niewinność!...
Zrobił ruch ku drzwiom.
— Wstrzymaj się!... Wstrzymaj, szaleńcze!... — zawołał przerażony Bielski. — I wcale tak nie jest, jak waszmość mówisz!... Ona z własnej woli nie chce wychodzić. Przez pamięć strasznego swego nieszczęścia nie znosi widoku ludzi. Ino się modli po całych dniach...
— Ale Beniowskiego widuje!... Wiem to dobrze!... Skrycie mu chodzić tu do niej pod bokiem łacno!...
— Otóż nie!... Widzisz, jakiś ty zły podejrzliwiec!... Nie widzieli się ni razu cały czas podróży... Czystą jest ta panna, jak gwiazda, i ponad wszelkie ludzkie stoi pozory... Święta jest, jak sam mówisz, dobroci niewysłowionej... Nikogo nie nienawidzi, nikogo nie przeklina za swoje nieszczęścia, owszem za wszystkich wznosi zarówno do Boga modły... Poznałem ją dobrze ostatniemi czasy... I taka z niej bije światłość nieziemska i nieziemska uroda, że bez łez patrzeć na nią i słuchać jej niepodobna... Bo ino ze mną starym gada od czasu do czasu... Nikogo więcej widzieć nie chce, tylko mnie i swoją kamczadalkę.
Słuchał pobladły Stiepanow opowiadania starca, chowając rozgorzały wzrok pod opuszczone powieki, wreszcie szepnął drżącym głosem:
— Dobrze!... Będę posłuszny jej woli, ale obiecaj mi, stary kamracie, że nic nie powiesz o mnie Beniowskiemu.
— To się rozumie!... Pocóżbym miał plotki i waśnie szerzyć!... — odpowiedział mu gorąco Bielski. — Pocóżbym miał znowu was wadzić!... Ale i ty uzbrój się, młodzieńcze, w cierpliwość, czekaj końca podróży, a tam będzie, jak Bóg postanowi!...
— Będzie, jak Bóg postanowi!... — powtórzył bezdźwięcznie Stiepanow.
— Idź już!... Słyszę kroki i głosy w korytarzu! Mogą cię tu zastać, a to zawsze... niedobrze!
— Pójdę!... Ale mi czasem co o niej opowiesz... Dobrze, przyjacielu?...
Obruszył się trochę w duchu na taki tytuł Bielski, ale nie przeczył, pragnąc co rychlej oddalić z tych miejsc szaleńca, którego żal mu było przecie trochę ze względu na młode lata i gorącą wierność uczucia.



IV.

Żywe, jasne i ciepłe słońce wiosenne błyszczało nad wyspą. Szybko topniały śniegi. Szemrząc spływały potoki wody do morza po urwistych ciemnych brzegach oramiających zatokę, a ona sama, błękitna i gładka jak lustro, śmiała się do przepływających ponad nią chmur. Na okręcie wrzała robota, skrzypiał żóraw, dźwigając z otwartych luków wory mąki, beczki soli, namioty, naczynia, i przenosząc je do baciku oraz szalupy, nieustannie krążących między statkiem i strądem. W podcieniu skał budowano naprędce z kamienia, gliny i cegły polowe szabaśniki do pieczenia chleba; część żeglarzy z wesołym gwarem pięła się po wysokiem nadbrzeżu lub wracała z głębi wyspy, niosąc drzewo oraz wodę źródlaną; inni wznosili z okorowanych świeżo pni małą chatkę na mieszkanie dla Beniowskiego, na skład dla cenniejszych towarów, dla futer, dla instrumentów astronomicznych z okrętu, który postanowiono tu wyładować, aby szpary utkać i osmolić odnowa przed odejściem w głąb Oceanu. Ale przedtem, aby przekonać się, czy można roboty te przedsięwziąć tu bezpiecznie, wysłał Beniowski do środka wyspy na wywiady raz jeszcze oddział strzelców pod dowództwem Kuzniecowa, gdyż wczorajszy pobieżny przegląd Panowa wydal mu się niedostateczny.
Tymczasem surowo zabronił innym oddalać się dalej jak na sto kroków od postoju, który otoczył czujnemi wartami na okolicznych wzgórzach. Podczas więc, gdy w zatoczce roiło się od ludzi, rozbrzmiewały wesołe śpiewki, wołania, gwar głosów, stuk siekier, pluskania wioseł, podczas gdy bielały tu płótniska namiotów i powiewał wśród dymów ognisk kolorowy sztandar konfederacki nad mieszkaniem Beniowskiego, reszta wyspy, cicha i pozornie pusta, patrzała, zdało się, na przybyszów z pewnem zdumieniem gajami modrzewiowych lasów, już zieleniejących, słonecznemi plamami swych nietkniętych rozłogów i śniegowemi szczytami niedalekich gór. Pustynne morze łuszczyło się wokoło modro-złotą łuską. Nigdzie nic nie było widać, ani fok nawet, ani siwuszów, ani wielorybów, zwykłych tych wód mieszkańców — odpłynęły pewnie zażywać wczasów w ten dzień ciepły i pogodny, gdzieś ku brzegom mniej stromym i mniej skalistym, ku rewom płytszym i obfitującym w bogatsze pożywienie. Jeno czajek białych, brunatnych albatrosów i czarnych bakłanów latały chmary nieprzebrane nad urwistemi przylądkami, i dobiegający zdała ich wrzask przebijał się chwilami nawet przez gwar rozmów ludzkich i stuk ich narzędzi, przez łagodny, ale nieustanny poszum dokładów fal morskich na brzegi. Około piątej wieczorem wrócili wysłani i donieśli, że o milę od stanowiska znaleźli chatkę, w niej psa żywego i list pod konewką. W chatce stały przygotowane cztery baryłki tranu, kilka skrzyń ryby suszonej — wagi centnarów do dwunastu, był sprzęt ladajaki, odzież i sieci — naprawione i zaledwie co porzucone. Obok stała łaźnia ruskim zbudowana wzorem, a w przylesiu nieopodal trafili nawet na świeże ślady stóp ludzkich, głęboko wyciśnięte w kaszy tającego śniegu.
Wiadomość poruszyła wszystkich, wszyscy chcieli co rychlej dowiedzieć się, co list zawiera, i, porzuciwszy roboty, zbiegli się do chaty Beniowskiego, nawet poniektóre warty zeszły ze stanowisk, spostrzegłszy rozruch powszechny, i zbliżyły się ku obozowisku. Beniowski jednak kazał strzelcom Urbańskiego zbiegowisko rozpędzić, ludzi do roboty nawrócić a samowolne straże ukarać. Podczas gdy konfederat spełniał skrupulatnie rozkazy, wywołując wybuchy wesołości powszechnej, wezwał Beniowski głównych oficerów do chałupki na naradę. Przedewszystkiem otworzył list i przeczytał, co następuje: „Pozdrowienie tym wszystkim, którzy zawinąć do tej wyspy potrafią. Uwiadamiam ich, że okręt Elżbieta, wyszedłszy z portu Ochockiego w roku 1769 pod moją komendą, przebywał u tej wyspy rok cały, znacznie nawałnością będąc uszkodzony. Po upływie tego czasu, widząc, że wszystkie nasze zamiary w celu naprawy onego były bezskuteczne, rozebraliśmy go na sztuki, a z tych materjałów porobiwszy łodzie, puściliśmy się niemi do wyspy leżącej na wschód tej, w której niniejszy list piszę. Uczyniłem zaś to w myśli, iż znajdę tam jakowy okręt, na którym potrafię się zabrać wraz z całym moim ekwipażem. Dnia 24 stycznia 1771 roku. Iwan Ochotyn, kapitan, Baltazar Bołakirow, żeglarz.“
— Ochotyn!... — mruknął zdumiony Kuzniecow. — Przepadliśmy!... Ten rabuś nikomu nie przepuści!...
— Szczęście więc, że sobie poszedł... Można będzie zabrać tran i ryby, a położyć natomiast trochę monety... — dorzucił Panow.
— Tak, rozumie się, aby nas nie pomówiono, żeśmy ukradli!... — zgodził się Baturin. — Jedzenie wszędzie, gdzie zdarzy się, kupować należy... Mało go mamy!...
— Coście jeszcze widzieli? — spytał w zamyśleniu Beniowski.
— W południowej części znaleźliśmy pięć krzyżów. Na jednym był napis: „Na cześć Boga i św. Mikołaja w roku 1769 d. 28 kwietnia krzyż ten był wystawiony przez Piotra Kryniczyna, komenderującego ekspedycją, wysłaną w celu odkrycia Kalifornji.“
— I co jeszcze?... — pytał dalej Beniowski.
— Jeszcze znaleźliśmy stąd niedaleko na moczarach, ot, takie korzonki... Kamczadal Krasilnikow mówi, że są wcale jadalne!...
Tu Kuzniecow położył na stole długi żółty korzeń i garść zawiędłych, jesiennych, zielonawo-żółtych łodyg, które Meder, włożywszy na nos okulary, zaraz zaczął oglądać.
— Tak, jedzą to krajowcy i w głodny rok nawet nasi kozacy w Bolszerecku!... To „sorana“, „lilium martagon“, a to „czeremsza“ — dziki czosnek. Nie wiem, jak zwać ją po łacinie!
Oficerowie jednak bardziej byli ciekawi, co im Beniowski o Ochotynie powie. Ten milczał, wąsa kręcił i, obejrzawszy uważnie list raz i drugi, schował go w zanadrze.
— Chruszczów, jedź zaraz na okręt i powiedz Czurinowi, żeby wyładowywania okrętu zaprzestał i wszystko do podróżnego porządku napowrót doprowadził. Popow i Łoginow niech pójdą natychmiast i przyśpieszą napoczęty wypiek chleba. Winblath weźmie ludzi i ruszy do zdroju po wodę... Choćby przyszło noc całą pracować, musimy do rana z chlebem i wodą skończyć!... Wy, Panow z Baturinem, obejmiecie nadzór nad strażami... Żeby ptak tu nie przeleciał bez waszej wiedzy!... Rozumiecie?!!! A wy, doktorze, możecie zebrać ochotników i iść sobie po tę rzepę... Byle niedaleko od stanowiska, byle niedaleko!
— A cóż Ochotyn?... — bąknął Kuzniecow.
— Właśnie!... Zwołasz mi i przyprowadzisz tutaj wszystkich majtków z załogi oraz innych ludzi, którzy cobądź o tym człowieku wiedzą!
Pośpieszyli oficerowie spełnić rozkazy Beniowskiego, zrozumiawszy ich ważność.
Kuzniecow sprowadził mu pół załogi. Różni różnie gadali o tym piracie, powtarzali bajdy najrozmaitsze, zasłyszane w szynkach i koszarach. Z tymi Beniowski niedługo się bawił, ale znalazło się kilku, którzy osobiście Ochotyna znali, i tych szczegółowo o niego rozpytał. Dowiedział się, że nie był on wcale Rosjaninem i nie zwał się Ochotynem, choć sobie to nazwisko od morza Ochockiego przyswoił; że przed kilku laty opanował okręt, którym dowodził, i skłonił na nim załogę do zaprzysiężenia mu wiary, że potem osiadł na wyspach Aleuckich i tak się tam umocnił, że w ciągu lat trzech kilka okrętów moskiewskich zdołał zrabować i ekwipaże ich sobie zniewolił, że na skutek tego doszedł do siły zwyżej stu Europejczyków i mnóstwa wyspiarzy, którzy go wodzem swym ogłosili.
Wszystko to niezmiernie zastanowiło Beniowskiego; więc gdy noc zapadła i ucichło w obozie, wezwał do siebie Chruszczowa i zamknął się z nim na specjalną naradę.
— Cóż o tem wszystkiem myślisz?... — spytał, wyłuszczywszy mu pokrótce rezultaty wywiadów.
Chruszczow głowę pochylił i pogładził w milczeniu długą, siwą brodę.
— Co myślę? — odrzekł. — A to myślę, że powinniśmy co rychlej kotwicę podnieść i zmykać stąd... Już wśród załogi słuch o tym Ochotynie się rozszedł, już gadają, że żołd płaci samem srebrem, że nikt go jeszcze nie pokonał, szepczą po kątach... Sam wiesz, czem się to może skończyć...
— O tak — wiem! — mruknął Beniowski z goryczą.
— Lepiej im pachnie bliski rozbój, niż daleka wolność; więc uciekać stąd należy, by ich uchylić od pokusy!
— Ba!... Nie tak to łatwo... Przedewszystkiem okręt wymaga reparacji; w kadłubie od uderzenia lodów i nieumiejętnego żeglowania potworzyły się duże szczeliny, które potrzeba koniecznie zatkać... Czurin twierdzi, że nawet przy ciągłem pompowaniu i pomyślnym wietrze nie dopłyniemy z temi dziurami dalej jak do wysp Kurylskich, a tam... powtórzy się to, co już było!... Następnie niewiadomo jeszcze, czy nas tak łatwo stąd Ochotyn... wypuści!
— Jakto: wypuści!... Przecież całe szczęście, że go tu niema!... Bój się Boga! Gdyby się nasi ludzie dowiedzieli, że jest, połowy ich byśmy się jutro rano nie doliczyli...
— Dlatego milczałem... — uśmiechnął się Beniowski. — Ale... przyznaj się, przyjacielu, iż nie wierzyłeś ani chwili, aby słowo prawdy znajdowało się w tym tam liście... Tak samo sądzą pewnie inni, co?
— Dlaczego? Owszem!... Wcale tego nie myślę! Jest wprawdzie dużo wątpliwości, ale w samej istocie, dlaczegoby nie miało być prawdy? Przedewszystkiem nikt nie wie na pewno, czy wszystkie te przypisywane Ochotynowi napady, rozboje on sam w istocie dokonał... Nikt go nawet na oczy nie widział... Być może, iż byli to inni łotrzykowie, którzy skorzystali z jego nieszczęścia, aby, pokrywszy się jego imieniem, uniknąć odwetu i prześladowań rządu... Również nie wiem, dlaczego wydaje ci się niewiarogodnem, iż Ochotyn, po bezskutecznych próbach naprawy okrętu, przerobił go na łodzie, aby udać się z tej wyspy bezludnej, gdzie im groził głód, do miejsc zamieszkanych... Cóż w tem dziwnego?... Nawet jeżeli okrętem początkowo przemocą zawładnął, mógł się następnie rozmyślić i wejść na drogę poprawy i pokuty, zapragnął wrócić do ojczyzny i społeczności...
Beniowski poruszył się niecierpliwie.
— A cóż znaczy ta chata mieszkalna z rozwieszonemi do naprawy sieciami?... Kadzie z suszonemi rybami i beczki z tranem?... Wreszcie pies żywy i zdrowy, pies, przebywający spokojnie w miejscu opuszczonem od trzech miesięcy przez ludzi, w samym środku surowej tutaj zimy... Dawnoby zdechł! Przecież śniegiby tu wszystko zawiały po szczyt dachu i zepsuły na nic i sieci i samo obejście. A tam ład i porządek, i przedmioty domowe, jak mówił Kuźniecow, niby przed chwilą rzucone, jeszcze gładkie, bez kurzu, ciepłe w ujęciu, z niepordzawionemi ostrzami żelaźców?... Co ty na to?... Bo ja się o te wszystkie szczegóły dobrze rozpytałem... Zaraz mię tknęło, skorom spojrzał na ten list. Pismo zupełnie świeże, wyraźne, ostro cięte; atrament miejscami ma jeszcze błysk, co w tutejszym wilgotnym klimacie już po niedługim czasie znika... Nareszcie sam duch pisma, sam ton dowodzi jasno, że ten Ochotyn łże...
— Pocóż mu to?...
— Tak, na wszelki wypadek!... Człek bywały!... Chciał w nas wzniecić zwątpienie, jeżeli go szukamy, albo poprostu zyskać na czasie przez wywołanie wahania i narady, aby wymiarkować dobrze ze swej strony nasze siły i zamiary... Może już teraz czatuje gdzie tutaj niedaleko, aby z ukrycia napaść na nas w odpowiedniej chwili... Nasz odjazd w popłochu najlepszą byłby dlań wskazówką naszej słabości. Jeżeli ma okręty i bajdary, jak to mówią, może nawet nas ścigać, gdyż taka gratka, jak pełen wszelkiego towaru i zaopatrzenia okręt, nieczęsto mu pewnie sama do rąk wpada.
— Cóż więc czynić?... Czy nie należałoby w takim razie zaraz kotwicę podnieść i, korzystając z ciemności, uchodzić, wyrzekłszy się tego, cośmy na ląd wyładowali?... Lepiej stracić trochę, niż wszystko!... Ach, Beniowski, Beniowski!... Już myśleliśmy, że koniec niepowodzeniom i troskom naszym!...
— Nie widzę konieczności do tak złego wyjścia... Owszem, może lepiej się z tym człowiekiem zobaczyć, jeżeli jest niegłupim i przedsiębiorczym, jak powiadają i jak z listu jego wnoszę... Może się to jeszcze nam na korzyść obróci! — dorzucił Beniowski w zamyśleniu i umilkł nagle.
Długo patrzał na niego z niemem oczekiwaniem Chruszczów, gładząc siwą brodę, wreszcie zagadał:
— Cóż więc poczniesz?...
— A więc, przyjacielu, tak zrobimy: zbudzisz zaraz strzelców Urbańskiego oraz część majtków bardziej pewnych z przedniej straży i przewieziesz z nimi dwie armaty z okrętu na brzeg, któremi obwarujesz dostęp do zatoki z obu stron. Usypiesz szańce na obu jej cyplach tej jeszcze nocy... A we dnie pójdziemy szukać tego Ochotyna, od którego myślę, że jesteśmy na lądzie silniejsi i który, mniemam, obawia się równie nas, jak my jego... Idź więc i dopilnuj sam osobiście, aby spełniono, co ci poleciłem, a ja tymczasem obmyślę, co dalej robić, i list do Ochotyna ułożę...
Pozostawszy sam, Beniowski przez chwilę dumał z głową opartą na dłoniach, poczem, zasłyszawszy plusk wioseł w zatoce, światło zgasił i wyszedł przed szałas. Czarny kadłub „Piotra i Pawła“ odrzynał się smołową plamą na bledszym mroku zatoki, smukłe maszty wyrastały zeń, jak drzewa bezlistne, jesienne; jak ljany, oplatały je sznury. Złocone figury apostołów nad przednią stewą ledwie połyskiwały w słabym odblasku ciemnych, śpiących nad niemi wód. W jednem tylko okienku na samym tyle okrętu płonęła skra czerwonego światełka.
Beniowski dostrzegł ją i mimowoli westchnął. W tej chwili stuknęła przybijająca szalupa o bok statku, rozległy się głosy, zamigotały na pokładzie i u burty blade, ruchome ogniki latarek, zbudziła się i głucho zawrzała skupiona robota.
Słychać było, jak po dudniącym pokładzie przetaczają wielkie ciężary, jak opuszczają je nań, podnoszą, windują i znów ostrożnie spuszczają wzdłuż boków ku wodzie.
Czarne sylwetki armat zamajaczyły w powietrzu, wśród rei i lin pod dziobem okrętowego żórawia.



V.

O świcie wysłał Beniowski z listami do Ochotyna w rozmaite strony wyspy pięciu zdeterminowanych, dobrze uzbrojonych i w żywność zaopatrzonych ludzi.
Reszta załogi pracowała według wczorajszej ordynacji: część piekła chleby i suszyła suchary, inni rąbali drzewo na opał, jeszcze inni nosili wodę, a poniektórzy, pod wodzą doktora Medera oraz Bielskiego, udali się na zbieranie owych jadalnych korzonków, znalezionych przez Kuzniecowa.
Nie było jednak wśród ludzi ożywienia i beztroskiej wesołości, jak wczoraj. Poglądali podejrzliwie na usypane w czasie nocy reduty na wzgórzach, na gęste straże rozstawione dokoła, na zamyślone i czujne zarazem twarze oficerów...
— Ech!... Nie klei się!... Pierwszy raz na wolnej niby ziemi stanęliśmy, a już...
— Końca, kresu temu nie widać!..
— Gdzież odpocznienie znękanemu człowiekowi!? — Niema go chyba na tym świecie!...
— A jak niema, to choć niech wiemy, za co cierpimy...
— Raz-by użyć, pohulać!...
— A jakże! użyjesz... u Morskiego króla! Będą cię tam zielone wodnice pieścić!...
— I to prawda: okręt dziurawy, ssie wodę, jak gąbka!...
— A zamiast go zreparować i co rychlej z tego przeklętego miejsca uchodzić, to znowu kazali wyładowane załadować...
— Ludzi rozesłali na wszystkie strony!... Czego szukają?...
— Własnego szukają nieszczęścia, bo ten Ochotyn to im darmo w zęby nie będzie patrzał!...
— Ochock spalił! Docna obrabował... Co bogactw zabrał!... Nie zliczyć!...
— Zuch!... Choć się pobawił!... Żadnej dziewce, żadnej babie ludzie jego, powiadają, nie darowali!... Chodzą brzuchate!... Błogosławią chwatów po dziś dzień!...
— Poczekaj: pobłogosławi zuchów wcześniej czy później kat na czerwonem polu!...
— Wielka rzecz!... Czy to oni pierwsi i czy ostatni!?
— Głupstwo zrobiliśmy, żeśmy się pozwolili Beniowskiemu z Bolszej uprowadzić!...
— Można wrócić!... Niedaleko!...
— Cicho!... Idzie ten pies Urbański!
— Twardą ma rękę Beniowski! Niech się tylko dowie, wiatr zahuśta was na rejach, dzieci!... Och!...
— Wszystkichby nas wygubił dla swoich zamiarów, okiemby nie mrugnął!... Nie człowiek, lecz zwierz!... A czego chce, kto go wie!
— Jak ginąć, to ginąć, ale choć rozumnie! A tak niewiadomo poco i dla kogo!?
Snuły się poszepty wśród pracujących; uwijał się wśród nich Izmaiłow z Ziablikowem, dolewając oliwy do ognia; kamczadal Poranczin opowiadał okropności o morzu północnem, o mieszkających na wyspie ludojadach z okiem wśród czoła, z kłykastą gębą na żołądku, o jednonogich dziwotworach, co w pościgu za nieprzyjacielem głową własną za nim rzucają, o dziewicach morskich, wabiących głosem i ciałem marynarzy, rozbijających najtęższe okręty uderzeniami swych piersi olbrzymich, rozhuśtanych...
Mądrze jednak Beniowski rozdzielił załogę; wszystkich mniej pewnych kazał na brzeg zsadzić i do lądowej przydzielił roboty. Jednego Stiepanowa zostawił na okręcie pod dozorem czujnego Sybajewa. Posłał więc Izmaiłow Andrejewa do starego buntownika, żeby go do nowego spisku skłonił.
Wysłaniec miał pewne trudności w skomunikowaniu się ze statkiem, gdyż Beniowski kazał odsyłać do siebie wszystkich, którzyby z ziemi znowu na pokład wrócić chcieli, i poddawał ich pilnemu badaniu.
Jeszcze spał po nocnych trudach, gdy się Andrejew do niego z wykrętnem kłamstwem o pozwolenie zgłosił. Czekał więc zdrajca przed chatką, gawędząc z ordynansem Rablowem i ostrożnie też go na swoją stronę kaptował, gdy wtem rozległ się w południowej stronie strzał z broni ręcznej, a po krótkiej przerwie jeszcze dwa drugie. Nad piaszczystym, daleko w morze występującym cyplem zabielały obłoczki dymu. Nastała cisza śmiertelna, nawet ptactwo na skałach zaprzestało swych wrzasków.
— Biją się!... Biją się!... — krzyknął Rablow.
— Budź naczelnika!... — wołał Chruszczów, biegnąc z obozowiska.
— Biją się, wielmożny panie! — powtórzył ordynans, wpadając do izdebki.
Beniowski, który spał w ubraniu na niskim tapczanie, zerwał się na równe nogi i chwycił za leżący obok na zydelku pistolet.
— Gdzie?
— Tam!... Na wyspie!... Strzelają!
— Więc nieprzyjaciela nie widać?
— Nie widać, ale jest stąd niedaleko, za przylądkiem! Kazałem uderzyć na alarm. Ludzie z okrętu już płyną i z robót już ciągną. Część przywiodłem z sobą, stoją pod bronią u progu!... — mówił gorączkowo Chruszczów.
Beniowski ogarnął się trochę, nawet włosy grzebykiem przyczesał i, hamując swe ruchy porywcze, wyszedł spokojny nad wyraz, prawie wesoły.
— Co, chłopcyI? Podburzyliśmy lisa! Ha, zobaczymy zaraz, co warta jego skóra!... Niech Winblath weźmie dziesięciu strzelców i sześciu marynarzy do wioseł i niech płynie do tego tam przylądka... A ze mną proszę ośmiu na ochotnika, popłyniemy poprzód bacikiem! Kogo więc ręka świerzbi? Ha!... Niech wystąpi!...
Dużo się zgłosiło, więc wybrał znanych mu lepiej z odwagi i wierności, w ich liczbie, rozumie się, Sybajewa.
Silnie pędzony sześcioma wiosłami bat niedługo wyprzedził ciężką szalupę, a dalej podchwycił go i poniósł chyżo ku przylądkowi silny prąd przypływu. Już chcieli wysiadać na puste piaski i, czekając na pomyślną falę, zatrzymali się o pół stajania od brzegu, gdy wychynęła nagle z za lądowego szpica aleucka bajdara z pięciu ludźmi, kierując się mimo nich ku głównemu obozowisku. Spostrzegłszy jednak bat Beniowskiego, niezwłocznie zawróciła w tę stronę. Poznać było z ubioru, z uzbrojenia i z brodatych twarzy majtków, że są to Rosjanie.
Beniowski kazał skierować na nich nieznacznie muszkiety, poczem machnął im białą chustką:
— Stójcie!... Co zacz jesteście i dokąd jedziecie!?...
— Marynarze jesteśmy, a wieziemy list i pozdrowienie dla komendanta statku „Święty Piotr i Paweł“!...
— A my od naczelnika!... Przybijajcie do batu i dawajcie pismo. Kazał was prosić na okręt!...
Usłuchali Moskale, list oddali i podążyli przez zatokę ku widniejącemu wdali obozowisku, mając po jednej stronie bat, a po drugiej szalupę, pełną zbrojnych ludzi.
Wiózł ich Beniowski wprost na okręt, gdyż nie chciał zdradzić odrazu ani ilości swych sił, ani rozkładu pobrzeżnego stanowiska. Niepomału się więc zdziwił i zaniepokoił, gdy spostrzegł, że na statku wcale się na ich przyjęcie nie gotują, że biegają tam bezładnie z wrzaskami po pokładzie, zamiast żeby zebrać się przystojnie u opuszczonej schodnicy.
Naraz Panow przechylił się przez burtę i jął nań kiwać i robić mu tajemnicze znaki; kazał przeto Beniowski wieść przybyszów wolej niewolej na brzeg, zamknąć w swej chatce, a sam w wielkim niepokoju na pokład pośpieszył.
Dostrzegł pod głównym masztem kupkę ludzi z zuchwałem obliczem, zbrojnych w noże, siekiery i obuchy; krzyczeli, wygrażali pięściami, kłócili się z innemi rozsypanemi kupkami po pokładzie pod wodzą Panowa, Longinowa i Stiepanowa, broniących im dostępu do luków i do kajut, do składów broni, do zapasów żywności i wody.
Odrazu zrozumiał Beniowski, o co chodzi, pojął niebezpieczeństwo położenia, płynące z słabości i rozproszenia po całym statku swoich stronników. Natarł więc z Sybajewem i kilkoma przyjaciółmi na buntowników, zanim ci się mogli opatrzyć. Przykładem pociągnęli wahających się. Widząc skierowane na siebie lufy licznych muszkietów, poddali się wichrzyciele i broń rzucili na ziemię. Powiązano ich bez oporu. Jeden Izmaiłow urągał Beniowskiemu i Panowowi, oraz łajał od ostatnich słów niedawnych swoich zwolenników...
— W gębie, psia wasza mać, toście zuchy! Pomoc mi obiecywaliście! Groziliście i wygadywali, a teraz, jak przyszło co do czego, to do nas z muszkietów mierzycie!... Krew naszą chrześcijańską, prawosławną gotowiście lać dla bisurmana i przybłędy!... Poczekajcie, już wam za nas i Bóg i car wcześniej czy później odpłaci!...
— Cóż to się stało? — pytał Beniowski Panowa.
— Łotry, szelmy z pod ciemnej gwiazdy!... Głupcy i pijacy... Zdrajcy!... Czy to warto było starać się o nich i zabiegać, aby ich z niewoli wydobyć?... — burzył się Panow.
— Ale o co chodzi?... Znowu Stiepanow?...
— Nie!... Przeciwnie!... Tym razem, gdyby nie on właśnie, zginęlibyśmy. Niech ci sam zresztą opowie!
Skinął ręką na Stiepanowa, który wciąż jeszcze stał na straży na tyle okrętu, przy wejściu do kajut oficerskich, skąd wyglądały postacie wystraszonych kobiet. Zbliżył się na dany przez Panowa znak z twarzą bladą, nie wypuszczając z ręki gotowego do strzału muszkietu.
— Jakże to było? I z jakiego powodu?... — spytał Beniowski, patrząc nań bystro.
— W czasie zamieszania, wywołanego alarmem, kilku tajnych stronników Izmaiłowa dostało się samowolnie na okręt... Dawno miałem ich na oku. Skoczyłem do nich i zacząłem im wyrzucać, że porzucili wyznaczone im posterunki oraz zajęcia. Chciałem ich nawet siłą zmusić do powrotu i w tym celu udałem się do Czurina, aby zameldować mu o ich postępku. Gdy wtem Andrejew zastępuje mi drogę i żąda, abym się do nich przyłączył, gdyż mają większość swoich na okręcie. „Nieostrożny Beniowski, śledząc cię na wśladzie statku, nas w lawizie zostawił w spokoju — powiedział mi spiskowiec — tymczasem myśmy tam sporo pozyskali stronników wśród marynarzy... Nic więc nam nie przeszkodzi zawładnąć teraz statkiem i, skoro Izmaiłow z Ziablikowem przybędą wpław z lądu, Czurina i Łoginowa aresztujemy i zamkniemy na dnie okrętu... Poczem w cichości czekać będziemy na powrót Beniowskiego i, gdy ten, nic nie podejrzewając, wstąpi na pokład, rzucimy się nań, zakujemy w łańcuchy. Wtedy niezwłocznie podniesiemy kotwicę, aby płynąć zpowrotem do Bolszej... Tam, skoro oddamy w ręce rządu tak ważnego przestępcę, winy nasze na pewno zostaną nam darowane, a nawet możemy oczekiwać niepłonnie nagrody, tem bardziej, że wielu wzięło udział w rebelji pod przymusem a nie z własnej ochoty.“ — Słysząc te słowa, przeraziłem się, gdyż istotnie byli w większości... Udałem więc pozornie, że plan ich pochwalam i przyłączam się do nich. Prosiłem o pozwolenie zaaresztowania Czurina i Łoginowa, nie czekając na przybycie Izmaiłowa tak dziwną drogą, co może wzbudzić podejrzenie i zaostrzyć czujność naszych przeciwników. Z radością zgodzili się na moją propozycję, a wtedy, zawładnąwszy pozostałą bronią, ostrzegłem Czurina. Natychmiast rozstawiliśmy straże w zagrożonych miejscach, co widząc, spiskowi z wielkim krzykiem zgromadzili się pod wielkim masztem pod wodzą przybyłego niebawem Izmaiłowa, grożąc, że jeśli nie poddamy się im, to podpalą wraz z nami i sobą okręt, gdyż nie myślą narażać się na katusze zsądzone im z twej mściwej ręki oraz pewną śmierć w nurtach Oceanu, gdyż jedynie szaleńcy mogą myśleć, że uda się podróż po groźnych fluktach południa w tak wątłej łupinie, jak nasz statek... Właśnie wszedłeś na pokład w czas naszej swary i uprzedziłeś zgubę nas wszystkich, gdyż nieszczęśnicy ci istotnie chcieli już ogień podkładać pod pomost!
Wskazał ręką na kłęby pakuł zmoczonych tranem, porzucone u stóp wielkiego masztu.
Zadumał się Beniowski, wąs zatargał z widoczną zgryzotą.
— Śmiercią ich wszystkich zdrajców pokarać, śmiercią! Na przykład i naukę innym!... — krzyknął Sybajew.
— Słychana rzecz, aby piętnastu rządziło losem i życiem sta ludzi!... Na reje ich!... I uczyń to zaraz, Beniowski, nie zwłócząc, bez sądu i dalszych ceregieli, na gorąco... Masz na to prawo, jako naczelnik!... I na Boga nie daruj im, aby innym nie było powabno... W ten tylko sposób ukrócisz z miejsca zarazę i oszczędzisz wszystkim cierpienia i zamętu!... Dobrze ci radzę, bo jeżeli ich przykładnie nie ukarzesz, pomyślą pozostali, żeś słabego jest ducha, że masz moc tylko przeciw rządowi, że nie śmiesz karać podwładnych, i większą jeszcze zyskają podnietę do buntów!... — dowodził, ciężko dysząc, Panow.
Chmurzył się Beniowski, w oczach mu zapalały się straszne błyski, milczał jednak, jak zawsze, gdy był bardzo gniewny. Wtem wszedł na pokład przybyły z lądu Chruszczow i wystraszony pytał, co się stało i czy prawdą jest przedostała się już na ziemię pogłoska o nowym na okręcie spisku.
— Wszyscy są niezmiernie poruszeni, a i posłowie Ochotyna mogą się wielu niepomyślnych dla nas rzeczy dowiedzieć... Wtedy co?... — zauważył Baturin, przybyły z Chruszczowem. Panow ze Stiepanowem opowiedzieli im całe zdarzenie, skłaniając do surowości dla buntowników. Jakoż istotnie rozgniewał się bardzo nawet łagodny Chruszczow i żądał rychłej a srogiej kary.
— Więc złóż na nich sąd sam i pokaraj doraźnie! — odrzekł posępnie Beniowski.
— Gdzie i kiedy tu sądzić?... Tamci czekają! Ochotyn może już płynie ku nam ze swą siłą... Wśród załogi niepewność!... Sprawa jasna: Izmaiłowa i Ziablikowa powiesić!... Innych ochłostać i do lochu wtrącić!... — radził Panow.
— Bez sądu nie można!... W dodatku równie ważną rzeczą jest dla nas dowiedzieć się, kto tu najwięcej nabroił!... — odparł Beniowski, obrzucając szybkiem spojrzeniem Stiepanowa.
Ten zauważył wzrok jego i zarumienił się mocno, aż po białka oczu.
— Żądam sądu, gdyż chcę świadczyć!... — rzekł twardo.
— Zwołajcie sąd tu na statku, a ja tymczasem pojadę gadać z wysłańcami Ochotyna i przyszykować mu odpowiedź!
Na buchtach lin okrętowych, na beczkach i skrzyniach na pokładzie rozsiadł się sąd, wybrany z oficerów, i badał winowajców oraz świadków aż do wieczora. Z nastaniem nocy Beniowski przeniósł się z brzegu na okręt i ludzi Ochotyna dla pewności, aby nie uszli, również przewieźć tutaj rozkazał, ale im to grzecznie tłumaczył troską o większą ich wygodę oraz chęcią pokazania im statku.
— Abyście mogli jutro panu swemu wszystko dokładnie opowiedzieć!... — dowodził gościom, częstując przy wieczerzy winem i słodkiemi wódkami. Kazał dla nich rozbić namiot pod wielkim masztem i naszykować tam posłania, a straż nad nimi powierzył Urbańskiemu, nakazując, by nikogo do rozmowy z nimi nie dopuszczał.
— Niewiadomo, co to są za ludzie i jakie mają względem nas zamiary... Pilne więc dawaj baczenie, aby mi tu inni nie mącili!... — rzekł mu po polsku.
— Pary z ust nie puszczą bez mej wiedzy, naczelniku!... Już ja wiem, jak z temi juchami!... Co za szkoda, że mnie tu nie było w czasie tego tumultu!... Porachowałbym się z Izmaiłowem za zwykłe jego sobie ze mnie drwinki i śmieszki... Psiakrew!... Takiego ci udawał skromnisia, potulnisia!... Już jabym mu z jego chytrej wątroby całą żółć wypuścił... Wypaproszyłbym z niego całą złą wolę...
— Ech, Urbański, Urbański... Gdybyśmy tak wszystkich chcieli traktować, to z kimżebyśmy naszą podróż dokonali... Dużo tu wiernych!?...
— I to prawda! Taka to już nacja, że nie sobie a knutowi są wierni!...
— Więc pamiętaj: pilnuj tych przybyszów!...
— Rozumiem!... Już mam plan!... Będą jak martwi!... Z własnej ochoty ani ręką, ani nogą nie ruszą!
Beniowski odszedł zamyślony do kajuty, gdzie zwołał na naradę oficerów, a Urbański krzyknął na Gałkę, szepnął mu coś do ucha, poczem grzecznie wsunął się na czworakach pod podół namiotu, gdzie leżeli, przysłuchując się pilnie szmerom okolicznym, ludzie Ochotyna.
— Jakże się tu wydaje waszmościom?... — zaczął światowo Urbański. — Przyszedłem, aby od tak wielce bywałych i mądrych osób usłyszeć o ich pouczających przygodach...
„Bywałe osoby“ nie zdradzały jednak wcale ochoty do zwierzeń; nawet gdy Gałka przyniósł baryłkę wódki, to choć pili, milczeli uparcie, i musiał Urbański sam opowiadać im cały czas wymyślne historje o antypodach, o skalnych karłach, o pannach południowych, kryjących się pod łabędziemi pozorami, które można schwytać, gdy w noc miesięczną kąpią się w ciepłych jeziorach... Wreszcie o wielkich miastach Zachodu, gdzie ludzie mieszkają piętrami, jedni nad drugimi, jak w wieżach, o chińskim bogdy-hanie, co ma dworzec z porcelany, i innych dziwach. Moskale słuchali i pili, krótkie jeno a chytre dając repliki.
— Baryłkę wódki wypili bez żadnego dla nas profitu!... — skarżył się Urbański Bielskiemu.
— No i waść też coś niecoś łyknąłeś, widzę!...
— Cóż, jakem widział, że nic nie wskóram, to choć w ten sposób chciałem stratę naszą pomniejszyć!... — przyznał się Urbański.
— Byłeś waść nie usnął i ptaszków nie wypuścił!... — Oho, niema obawy!... Nawet podchmielony Urbański jeszcze wart tuzina trzeźwych Azjatów!
Odszedł i usiadł na lawecie, a Bielski wrócił do swej apteczki.
Wielki przypływ morza, chlustając falami aż po załój brzegów, cicho kołysał okrętem. Migały gwiazdy wśród wahających się masztów; poskrzypywały kotwiczne cumy, i od czasu do czasu war większego bałwana pienił się wysoko pod wydętemi burtami aż po ich kraj.
Rychło usnął konfederat i śniło mu się, że jedzie na koniu po polach ojczystych, a wkoło szumią łany zboża... A gdy spał, pochrapując, z pod poły namiotu wysunęła się brodata głowa, a potem i tułów krępy.
Nieznajomy popełznął ostrożnie, kryjąc się w cieniu rozrzuconych po pokładzie przedmiotów, aż trafił do kuchni; tu rozbudził kuchcika prośbą o wodę do picia i wdał się z nim następnie w cichą, długą rozmowę.
Tymczasem w małej kajucie Beniowskiego radzono. Zapełnili ją ważniejsi oficerowie i naczelnicy oddziałów: Chruszczow, Baturin, Panow, Kuźniecow, Czurin, Łoginow, Winblath, Sybajew... nawet wezwano Stiepanowa.
Beniowski odczytał im list Ochotyna: „Pozdrawiam walecznego i nieustraszonego komendanta okrętu „Piotr i Paweł“ oraz całe jego towarzystwo!...
„Kochani przyjaciele i koledzy, z najżywszą dowiadujemy się radością o waszem przybyciu na tę wyspę. Ludzie, którychście ku nam przysłali, donieśli nam o chwalebnem waszem dziele i o waszych zamiarach; zatrzymaliśmy ich przy sobie nie jako zakładników, lecz jako przyjaciół, przyrzekając prędkie ich odesłanie z przyzwoitym zapasem żywności, której potrzebować musicie. Dozwólcie moim towarzyszom, którzy wam niniejszy list oddadzą, wstępu na wasz okręt; być może, iż na nim znajdą dawnych znajomych, coby niewypowiedziane przyniosło nam wszystkim ukontentowanie. Upraszamy komendanta, iżby nas zawiadomił, czyli nie mógłby się z nami rozmówić. Jeżeli na tę naszą prośbę zezwoli, zechce nam odesłać towarzyszów naszych, z oznaczeniem miejsca, w którem widzieć się wspólnie mamy. Życząc wam wszelkich pomyślności, polecamy się waszej przyjaźni. Bywajcie zdrowi.

Iwan Ochotyn.“

Beniowski dowodził, że trzeba na propozycję się zgodzić, gdyż można się ciekawych szczegółów o morzach okolicznych dowiedzieć od tak bywałego, jak Ochotyn, człowieka; nareszcie można przez osobistą rozmowę przyjazne uczucia wśród ochotyńców utrwalić, nieprzyjazne zamiary zaś, o ileby istniały, utemperować. Pożyteczną również byłoby rzeczą ich siłę oraz ich obwarowania i środki nawigacji poznać.
Obecni zgodzili się z przedstawieniami Beniowskiego i postanowili po krótkiej wymianie zdań jednego z ludzi Ochotyna odesłać napowrót z pisemną odpowiedzią, pozostałych zaś czterech zatrzymać do chwili powrotu goszczących u Ochotyna marynarzy z „Piotra i Pawła“, naco mu kazali w liście politycznie napomknąć.
Ułożył więc Beniowski napoczekaniu odpowiedź, którą zebranym do zatwierdzenia przedłożył.
„Trudno mi wyrazić ukontentowanie, którego doświadczyłem, dowiadując się o pana na tej wyspie bytności. Już od lat kilku, słysząc o czynach i odwadze sławnego Ochotyna, powziąłem ku niemu jak najmocniejszy szacunek, i zaiste miło mi będzie poznać go i ustnie go zaręczyć o mojej przyjaźni.
„Nie chciej przypisywać nieufnemu sercu ostrożności, których wymagam przy naszem widzeniu się. Znam, iż sam jesteś przekonany, iż zbytnia roztropność od tych tylko źle uważaną być może, którym na wrodzonej i prawdziwej brakuje odwadze. Proszę cię zatem, iżbyś się znajdował jutro rano o godzinie szóstej na piaszczystej szpicy południowej zatoki z czterema swoimi ludźmi. O tejże godzinie tamże przybędę z równą liczbą moich. Gdy się ku sobie zbliżymy, broń złożywszy, do rozmowy przystąpim.

Maurycy August.“

Zgodzili się oficerowie „Piotra i Pawła“ na wszystko, co proponował Beniowski, i rozeszli w milczeniu, znużeni przeżytemi dnia tego wzruszeniami, pełni niepokoju o jutro.



VI.

Ale nie sądzone było nikomu zaznać wypoczynku tej nocy. Zaledwie odwieziono na brzeg bajdarą posłańca z listem do Ochotyna, jak dano znać Beniowskiemu, że przypływ zerwał linę kotwiczną i prąd grozi rzuceniem statku na mielizny. Kazał więc natychmiast Beniowski uderzyć na alarm, wezwał całą załogę na pokład, aby nową kotwicę zapasową zarzucić, a starą z odmętów wyłowić. Długo pływali po rozfalowanej zatoce tam i napowrót żeglarze, włócząc po dnie na sznurze żelaznego drapacza, zanim udało im się ciężką, nasiąkłą wodą linę podchwycić i koniec jej do okrętowego kołowrotu przymocować.
Już dniało, kiedy skończyli.
Beniowski, który sam osobiście robót doglądał, nie kładł się wcale; zarządził, aby mu sparzono mocnej kawy czarnej, poczem widząc, że piąta dochodzi, kazał strzelić trzykrotnie z działa i gotować szalupę do drogi. Oddał komendę okrętu Panowowi, aby Czurina i innych od sądu nad wczorajszymi buntownikami nie odrywać, i wyruszył na wyznaczone Ochotynowi miejsce wraz z Urbańskim, z Gałką i jeszcze dwoma rosłymi żeglarzami, w ogólnej liczbie czterech.
Płaski przylądek, niby cienka, długa igła, wdrążał się daleko w białawo-modry przestwór otwartego Oceanu. Z obu jego stron nieustannie wrzały niskie, perliste fale, jakby silące się przeskoczyć lub rozmyć dzielącą ich nikłą smugę ziemi.
Pośrodku, na samym grzbiecie osuchy, już czerniały zdaleka widne postacie pięciu ludzi. Przybywający natychmiast ich spostrzegli, gdyż jasność niezmierna wodnego obszaru i mglistość poranku wyolbrzymiały niepomiernie ich spokojne sylwetki.
Gdy nareszcie ludzie Beniowskiego, wyciągnąwszy na piasek łódź, ruszyli ku nim, oni również postąpili kroków kilka naprzód, poczem, sprezentowawszy broń, obie grupy złożyły ją natychmiast w kozły.
Bezbronny Beniowski szedł nieprzerwanie naprzód, a gdy opóźnieni ustawianiem broni towarzysze chcieli się z nim przyśpieszonym krokiem połączyć, dał im znak, aby zatrzymali się opodal.
Ochotyn uczynił podobnież i obaj naczelnicy zeszli się niebawem sami na małej płaszczyźnie ziemi wśród szumiącego morza.
Ochotyn był to niewysoki, ale niezmiernie barczysty mężczyzna, o wojskowych ruchach i postawie. Twarz miał mięsistą, szeroką, starannie wygoloną, ciemne brwi krzaczaste i szaro-niebieskie oczy, o wąskiej tygrysiej źrenicy. Potężne żuchwy wciąż mu się ruszały, jakgdyby nieustannie przeżuwał niemi coś drobnego. Wpatrywał się przenikliwie, trochę natrętnie w twarz i oczy Beniowskiego.
— Witam cię, naczelniku i gospodarzu tej wyspy! — zaczął ten swobodnie, wyciągając ku adwersarzowi rękę. — Jestem Beniowski, były generał konfederacji polskiej. Ranny i wzięty do niewoli przez hrabiego Apraksyna, byłem wywieziony do Kijowa a następnie do Kazania, gdzie internowany z wielu jeńcami polskimi, zostałem wkrótce obwiniony o rzekomy zamiar napadu na załogę miasta oraz podburzenie w tym celu okolicznych Tatarów... Musiałem uchodzić, lecz zostałem pojmany w Petersburgu, długo i ciężko byłem więziony, a następnie wywieziony na Kamczatkę... Tam Bóg mi poszczęścił, udało mi się wyrwać z towarzyszami i, oto, płynę ku wolności... Szczęśliwe wiatry w twoją zagnały mię dziedzinę, z czego rad jestem, gdyż pozwoliły mi poznać tak dzielnego i wsławionego tylu już czynami bohatera.
— I mnie również!... — odparł Ochotyn po francusku. — Może siądziemy, generale, ot, tam pod wzgórkiem, gdyż tu wiatr zbytnio trzepie!...
Wskazał na małą wydmę nieopodal i, nie czekając na zgodę Beniowskiego, skierował się w tamtą stronę. Po drodze mówił głuchym, twardym głosem:
— Dziwnie się zdarza, gdyż służyłem właśnie pod hrabią Apraksynem i byłem nawet jego adjutantem... I choć to pewnie nie ten sam, ale zawsze z tej samej rodziny... Za jego to sprawą zostałem owego czasu wraz z innymi oficerami aresztowany i z baronem Kluczewskim zesłany do Jakucka. I zupełnie bez winy, gdyż jestem z pochodzenia Saksończyk i wcale się do spraw państwowych nie mieszałem, ale znana wam jest sprawiedliwość urzędników rosyjskich... Zagrabili mi wszystko, com miał...
Zatrzymał się, zmrużył zlekka swe oczy tygrysie i smółkę modrzewiową, żutą obyczajem kamczackim zamiast „tytuniowej prymki“, na drugą stronę dziąseł przełożył językiem.
— O, tak!... — zgodził się grzecznie Beniowski. — Szczęśliwy jeno zbieg wypadków pozwala się niekiedy z ich rąk cało wydostać!...
— Wypadkom należy pomagać!... Będą mię długo pamiętali! — uśmiechnął się marynarz.
I dalej tym samym głuchym i monotonnym głosem opowiadał, jak z Jakucka pozwolono mu wreszcie po długich prośbach i staraniach udać się do Ochocka, gdzie zaciągnął się na okręt, przeznaczony do połowu bobrów. Odprawił na nim dwie podróże; za trzecią, ująwszy sobie wymową i obejściem blisko pięćdziesięciu ludzi z ekwipażu, opanował okręt na wyspach Aleuckich. Poczem wpadły mu w ręce dwa inne moskiewskie statki, których ekwipaże także do niego się przyłączyły.
Tym sposobem mając pod sobą stu trzydziestu zgórą na wszystko zdeterminowanych ludzi, otwartym poszedł bojem na całą carską potęgę na tutejszych morzach. Na sam Ochock napadł, aby zdobyć sobie żelazo, broń, proch, armaty i towary, potrzebne mu do założenia kolonji na wyspach Aleuckich, których wyspiarzy zjednał sobie obroną przed rosyjskimi poborcami, oraz związkami ślubnemi z możnemi wyspiarskiemi rodami.
— Wszędzie tam, aż po Amerykę znają mię i poprą... Gdyby więc waszmość pan zechciał się jeszcze ze mną połączyć, moglibyśmy nietylko wszystkie miasta pobrzeżne kamczackie spalić, złupić i zniszczyć, ale nawet w Ochocku samego gubernatora porwać i skarbem państwowym owładnąć, co mi się tamtym razem nie udało... W ten sposób pomścilibyśmy nasze krzywdy i założyli początek ogromnych, niby nowe królestwo kolonij!...
Skończył i utkwił zwężone źrenice w obliczu Beniowskiego. Ten, zaskoczony niespodzianą propozycją, czas jakiś milczał i chował wzrok, puszczając go wdal Oceanu.
— Wierzę, iż przy waszej dzielności i rozumie udałoby się wszystkiego dokonać... — zaczął wreszcie cicho. — Lecz po pierwsze: mojem dążeniem jest przedostanie się do ojczyzny, po drugie: czy pomyślał pan, że im większą pan tu stworzy potęgę, im głośniejszych dokona czynów, tem silniejszą ściągnie pan na siebie uwagę centralnego rządu, który, myśląc wciąż jeno o coraz nowych zaborach na wszystkie strony i rozszerzaniu swych granic, czyż ścierpi powstanie młodocianego królestwa pod swym bokiem i na gruzach swych niedawnych posiadłości?... Na pewno zechce je zniszczyć i wyśle ku temu potrzebną potęgę, a skoroby nawet narazie udało się ją odeprzeć, nie ustanie w budowaniu okrętów i organizowaniu coraz nowych ekspedycyj, naco ma niewyczerpalne środki w ciemnocie i niewolniczości swego ludu oraz bogactwach wyciskanych z poddanych i podbitych narodów bezlitosnem zdzierstwem... Widziałem Rzeczpospolitą polską potężną niegdyś i bogatą, upadającą w tych chytrych, tyrańskich oplotach. Cóż wobec nich poczniesz ty, kapitanie? Naco zda się twa dzielność i rozum wobec ogromu nieprzyjaciela? Zaiste wyrobiłem sobie przekonanie, że zaborczość może być powstrzymana jeno przez inną zaborczość, silniejszą, oświeceńszą, opartą na sprawiedliwości. Od tego ludzkość ino zyska!...
— Prawda!... Ja wohl! Donnerwetter!... Cóż mi więc czynić radzisz?... — spytał nagle po niemiecku Ochotyn.
Oczy w Beniowskiego utkwił i szybko żuł swą smółkę potężnemi szczękami.
Beniowski długo z odpowiedzią zwlekał. — Ha, rada trudna, gdyż nie wiem, czy rozporządzasz jakiemi statkami! — odrzekł wreszcie, rzucając szybkie spojrzenia w twarz rozmówcy. Ten zlekka poczerwieniał koło uszu i odpowiedział z pewnem zająknięciem się:
— Statki mam!... Wystarczą na napad Kamczatki!...
— Bo w razie czego mógłbyś się do nas przyłączyć, by popłynąć na południe i tam oddać się pod opiekę wraz z założoną przez siebie kolonją jakiemu potężnemu morskiemu mocarstwu!
Ochotyn żuć przestał i usta otworzył.
— O tak!... Potężnemu morskiemu mocarstwu — racja!... Ale moje okręty... wymagają dobrej reparacji dla takiej podróży... Zimę całą przestały wśród lodów...
— No to nic, rzecz niestracona!... Można jej dokonać i potem... Teraz zaś, korzystając z naszej wyprawy, może pan przesłać angielskiej albo francuskiej admiralicji swoją ofertę, którą ze swej strony całą siłą poprę...
— Więc jedziecie?...
— Tak, i to niedługo.
— Pozwolisz pan jednakże, że się nad tem wszystkiem przez parę dni zastanowię; skoro odrzucasz stanowczo mój projekt napadu na Kamczatkę...
— Odrzucam, gdyż nie widzę w nim zbliżania się do celu, przeciwnie: oddalenie... I wam radzę lepiej organizować w cichości potęgę swej kolonji, abyście mogli postawić jak najlepsze warunki swym przyszłym patronom...
Wstał Beniowski, podniósł się i Ochotyn.
— Muszę już na okręt, gdyż pilne czekają mię sprawy... Pomyśl, kapitanie, o tem, co ci poradziłem... Wierz mi, że to jedyna droga dla ciebie do zachowania wywalczonych sobie praw i zaszczytów... Zemstą nie można rządzić się w budowaniu ani swojej, ani tem bardziej narodów przyszłości. Już to, że stanie się inaczej, niż chcieli twoi wrogowie i ciemiężyciele, jest dla ich złości i pychy dostateczną karą...
Podał mu rękę; Ochotyn uścisnął ją mocno i ze szczerem wzruszeniem w głosie powiedział:
— Wielce, wielce obowiązany jestem panu!... Istotnie może to jedyny sposób, gdyż położenie moje chwilami... bywa trudne!
Rzucił spojrzenie zukosa na swych, stojących woddali marynarzy, którzy go nie spuszczali na chwilę z oczu.
— Więc zobaczymy się jeszcze? Bardzo proszę do mnie na okręt!... Ale przedtem muszę być zawiadomiony, aby przygotować się godnie!...
— To się rozumie, choć wolałbym pana przyjąć u siebie, abyś pan moich ludzi zobaczył i dał im i mnie odpowiednie rady!
Raz jeszcze uścisnęli się za ręce i rozeszli do swoich ludzi.
Ochotyn udał się niezwłocznie w głąb lądu, a Beniowski odpłynął na statek.
Zaledwie stanął na pokładzie i przyjął raport od Panowa, gdy zbliżył się Chruszczów ze sprawozdaniem z odbytego śledztwa i zapadłej decyzji sądu doraźnego. Najwinniejszymi okazali się Izmaiłow oraz małżeństwo Poranczinow, kamczadalów, które, zląkłszy się morza, podburzało innych do powrotu. Oni okazali się takoż najoporniejszymi, nie zgadzali się płynąć dalej za żadną cenę, grożąc nawet, że rzucą się do morza. Postanowiono więc ich wysadzić na brzeg i pozostawić na wyspie swemu losowi, pozostałych zaś skazano: pięciu na osmaganie knutem, ośmiu na naganę przed frontem i wachtę w pełnym rynsztunku, resztę uwolniono od odpowiedzialności, gdyż zostali wprowadzeni w błąd oszukaństwem i działali, myśląc, że spełniają tajny rozkaz Beniowskiego.
Beniowski wyrok zatwierdził, ale Izmaiłowa i kamczadalów postanowił wysadzić nie na tej wyspie, lecz na jakiej innej.
— Mogliby robić nam tu jakie wstręty i złośliwości u Ochotyna — rzekł do Chruszczowa, podpisując podany sobie wyrok.
— A tymczasem?
— Tymczasem... przykuć ich do armat na brzegu! Z reparacją i ładowaniem okrętu śpieszyć się, bo musimy ruszać!...
— A kiedy egzekucja?...
— Egzekucja?... Zaraz!... Każ bębnić i zgromadź ludzi u wielkiego masztu!... Kara ma być publiczna, żeby wszyscy wiedzieli, że nie myślę folgować. Sam przyjdę tam za chwilę!...
Chruszczów wyszedł, a Beniowski przebrał się w mundur generalski, przepasał się szarfą kolorową, oznaką swej władzy, i czapkę sobolą włożył na głowę. Gdy chmurny, ale wspaniały, zjawił się wśród załogi w otoczeniu uzbrojonych strzelców Urbańskiego, ucichły rozmowy, i ludzie rozstąpili się potulnie, otwierając mu widok na środek pokładu. Tam stali z opuszczonemi głowami skazańcy, do pasa obnażeni, z powrozami na rękach. Jednego z nich już przywiązano twarzą do masztu, tak iż go rękami powyżej głowy obejmował, wystawiając na ciosy bicza szeroki, muskularny grzbiet.
Po wyprężonej, ciemnej skórze skazańca przebiegał lekki dreszcz. Ogromny kozak Gałka, z pogardliwym uśmiechem na katowskiej twarzy, szykował trójkończasty knut.
Beniowski zatrzymał się opodal i skinął. Znowu załomotały bębny i przykry świst rzemienia rozdarł powietrze. Potwornie wygiął się grzbiet katowanego, przecięty nagle sinokrwawą pręgą. Razy posypały się jeden za drugim i w wichrze latających splotów rzemiennych, w miotaniu się kata zniknął na chwilę obraz karanego. Aż krzyk straszny, nieludzki, podobny do szczekania przyduszonego psa, rozpękł wśród powszechnego milczenia i nieustającą już gamą potoczył się po pokładzie.
Beniowski nie odrywał sposępniałych oczu od okropnego widowiska. Wtem wszczął się poza nim cichy ruch, słaby szmer, który zaraz uchwyciło czujne jego ucho. Odwrócił więc groźnie głowę w tę stronę: pierścień widzów rozstąpił się, i ukazała się Nastazja, oparta na ręku Bielskiego. Szła blada, jak ten kornet mnisi, który twarz jej oramiał; nawet z ust krew jej zbieżała. Szła krokiem wolnym, jak lunatyczka, szukając wzrokiem wśród tłumu. Wszyscy dech wstrzymali, czekając co będzie; nawet kat przestał bić swą ofiarę, jeno skatowany chlipał i kwilił, jak dziecko.
Beniowski ruszył ku dziewczynie i w tej chwili oczy ich skrzyżowały się, ugodziły w siebie i utonęły w sobie po raz pierwszy od tak dawna. Dziewczyna zachwiała się i stanęła, a Beniowski pobladł tak bardzo, że wszyscy to zaraz spostrzegli.
— Co się stało, Nastazjo Iwanówno?... Czego życzysz sobie?... — zapytał cicho, podchodząc ku niej.
— Taką to jest wolność wasza?... — odszepnęła równie cicho, opuszczając powieki pełne łez.
— Musiałem... musiałem... Przecie nie myślisz, jako ja sam tego pragnę... — odpowiedział głosem zgnębionym, lecz urwał nagle, otrząsł się, wyprostował i skończył twardo i gromko:
— Stanie się zadość waszej prośbie, szlachetna Pani! Przez wzgląd na usługi wasze dla naszej sprawy, daruję im tym razem!... Puścić ich! — zwrócił się do Panowa. — Ale niech przedtem powtórzą przysięgę na posłuszeństwo i wierność, niech obiecają, że nie powtórzą wichrzeń swoich!...
Zaczęto odwiązywać skatowanego od masztu, a pozostałych skazańców postawiono śród pomostu na klęczkach.
Wzniósłszy palce do góry, powtarzali za Chruszczowem rotę przysięgi. Beniowski słuchał z twarzą surową, ale wzrokiem gonił niepostrzeżenie za oddalającem się wolno widmem w szatach zakonnych.
Nie uszło bystrej uwagi Beniowskiego, że ani wykrycie spisku, ani sąd, ani egzekucja, tak niespodziewanie przerwana, nie stłumiły tlejącego wśród załogi wrzenia. Poznawał to po twarzach, po spojrzeniach i dźwiękach odpowiedzi, po milknących nagle szeptach, po tajemniczych znakach, jakie sobie nieraz dawali jego podwładni, przypuszczając, że są niewidziani. Zresztą wierny Urbański doniósł mu nawet z jowialną rezygnacją:
— Musi być, utopią nas te rusaki, panie naczelniku!...
— A co?... Słyszałeś co?...
— Nic nie słyszałem i to najgorsza!... Kryją się, szczególniej przede mną, przed Bielskim, których uważają za obcych, za Lachów... Bo nawet tak jest! Widzę jeno, że wciąż coś na ustroniu knują, szepczą, nie wyłączając oficerów...
— Co ty mówisz?... kogóż widziałeś?...
— A widziałem Łoginowa, Ziablikowa, Popowa... Nawet Kuzniecowa widziałem... Gruba jego baba, która tu na okręcie jeszcze się grubsza zrobiła, trąbiła mu coś bardzo pilnie do ucha i wcale głośno, ale zaraz umilkła, skorom podszedł...
— Ech, może mówiła o swoich sprawach niewieścich?
— Gdzie zaś!... Innyby miała pozór!... Ja ją znam!... Zresztą niema co z nim o tych sprawach gadać!... Wszyscy o nich więcej wiedzą, niż on!... Jak zwykle, rogacz!
— Co ty mówisz?...
— Juściż, że tak!... Różnie w tych kajutach i ciemnych korytarzach bywa... Niedarmo przezwano je „rajem“!... Jak mężowie na ląd, na wyprawę albo na robotę, to zaraz tuzin gachów tam pełznie, swej kolei czekając... I taka między nimi powszechna zmowa i zgoda, że małżonkowie dotychczas owe swe damy mają za niewinnych aniołów...
— I to wszystkie tak?...
— Pewnie, że wszystkie... Tego tak już szczegółowo nie wiem!... Moi chłopcy chwalą się, że wszystkie mieli... O jednej Nastazji nie mówią...
— I to z tego powodu myślisz, że nas utopią?... — przerwał Beniowski.
— No nie, nie z tego... Chociaż poniektórzy dowodzą, że każdy z nich babę wziąć był powinien z Bolszej, ale rozumieją, że wtedy niedalekobyśmy dopłynęli...
— Więc myślisz, że z jakiego innego powodu?
— Nie wiem. Miarkuję, że coś... z Ochotynem.
— Niepodobna!...
— A jednak zaczęło się to od czasu, jak wrócili od niego nasi zakładnicy...
— Ha, cóż robić!... Daj ze swej strony baczenie i uwiadom mię, skoro zauważysz coś wyraźniejszego. Pomyślę, może się da co przedsięwziąć. Głównie, żeby robotę szybko kończyli... Idź ich doglądać i naglić, a przyślij mi tu Chruszczowa!
Rozmawiali na brzegu, nieopodal czarnego kadłuba statku, który, podciągnięty do ziemi, podparty z boków tęgiemi balami, przechylony, dudniał od uderzeń siekier i młotków żeglarzy.
Chruszczów rychło się znalazł; sam już szedł ku nim, prowadząc za sobą po aleucku przebranego Rosjanina. Beniowski odrazu w nim poznał wysłańca Ochotyna i czekał nań z niecierpliwością, pokrytą uprzejmym uśmiechem.
— Cóż tam słychać?... Jakże się ma wasz naczelnik a mój przyjaciel, kapitan Ochotyn?... — spytał głośno.
— Kazał się kłaniać Waszej Wielmożności, życzyć wszystkiego dobrego, posyła ten oto list i sto pięćdziesiąt skór bobrowych! Beniowski list otworzył, rzucił nań okiem i kazał wysłańców zatrzymać i uczęstować wódką, napoić herbatą, nakarmić dosyta. Chruszczowa zaś wziął pod rękę i wszedł z nim do swej ciasnej chałupki. Tam zwierzył mu się ze swych obaw i szukał ich potwierdzenia albo zaprzeczenia u przyjaciela. Ale Chruszczow jeszcze mniej wiedział od niego; z początku odrzucał podejrzenia, potem dowodził, że to są resztki zamętu, wywołanego przez Izmaiłowa, wreszcie przeraził się i zwątpił:
— Z tymi ludźmi nigdy nie dopłyniemy do krajów wolności... Zaiste, jakieś przekleństwo nad nimi ciąży. I niewiadomo, jak się do nich brać. Ani surowością, ani łagodnością... A więc czem?
— Cóż robić!... Innych niema!... Może źle się stało, żem im karę darował, ale...
— Czy nie lepiej pozostawić ich własnemu losowi i porozumieć się z... Ochotynem?
— Nigdy! Ochotyn jest w takiem samem, jak my, położeniu, w dodatku widzi mi się, że statków albo wcale nie ma, albo zupełnie złe... Ze zdobytych skarbów nic mu nie zostało.
— Może więc dlatego sam mąci, że ma na nasz statek ochotę... a wstępnym bojem nie śmie go brać!
— Nie wiem, zobaczę. Zaprasza mię właśnie na noc do ostrogu... Pojadę na noc. Do wieczora musicie statek skończyć i postawić na rejdzie; w czasie mej nieobecności, przez noc naładujecie go, a skoro wrócę, ruszymy... Teraz zaś dasz tym jego wysłańcom dwieście czterdzieści łokci sukna, dwadzieścia pięć worków mąki, dwieście funtów prochu, sto funtów ołowiu, kamień gwoździ, haków, kółek do bloków i innego okrętowego żelastwa!... Nie żałuj!... Za futra dostaniemy wszystkiego poddostatkiem w południowych krajach... Idź, ja tymczasem list napiszę!...
Odszedł Chruszczów, kręcąc z powątpiewaniem głową, bardzo stroskany i zasmucony. Gdy wydzielał podarunki ze złożonych na brzegu zapasów, setki oczów chciwych i gniewnych śledziło go podejrzliwie. Nikt jednak nawet z pośród oficerów nie śmiał nic powiedzieć; jeden Urbański mruczał:
— I zacóż to tyle tym urwipołciom!?...
— Milcz! Gdyby Ochotyn chciał, wszystkoby mógł wziąć! On tu jest panem!... — odpowiedział mu hardo Stiepanow.
— Panem!?... Wszędzie tylko pana szukacie!... Ech, wy, knuto-luby!... — odciął konfederat, odwracając się tyłem do oficera.
Odprawiwszy wysłańców, zajął się Beniowski pilnie doglądaniem reparacji okrętu i tego dopiął, że istotnie wieczorem spuszczono statek na wodę i zaczęto ładować.
Nocą we dwu z Panowem, uzbrojeni jeno w ukryte w zanadrzu krucice, udali się do osady Ochotyna. Prowadził ich przysłany umyślnie przez tegoż przewodnik.
Ciemność nie pozwoliła wyrozumieć dobrze miejscowości. Domyślali się jeno po głuchnącym szumie morza, że oddalają się od brzegów. Rychło wstąpili w zarośla, w pachnące już wiosennemi woniami lasy modrzewiowe, a po niedługiej wśród nich wędrówce wyszli na obszerną polanę, wśród której na wzgórzu czerniały czworoboki ostrokończastej palisady. Przez mały most zwodzony, wiszący nad głębokim rowem, dostali się do środka forteczki, gdzie spotkała ich warta i zatrzymała do chwili, aż z głównego oświetlonego wewnątrz ogniami budynku wyszedł na ich spotkanie Ochotyn z gronem przybocznych.
Przelotnie dostrzegł wszakże Beniowski, że w ogrodzeniu warowni stało kilka jeszcze dobrych budynków, że wszędzie panował ład i porządek, a po rogach na małych basztach czerniały wyrychtowane na dolinę działa.
— Witajcie, drogi panie i gościu! — pozdrowił go uprzejmie Ochotyn.
Wprowadzono gości do wielkiej izby, oświetlonej płomieniem gorejącego na kominie ognia. Stały tam pośrodku nakryte kobiercami stolce dla przybyłych i Ochotyna. Towarzysze jego w liczbie trzydziestu, rośli, tędzy, brodaci, ubrani przeważnie w skóry i futra, stali półkolem pod ścianami. Powitali ich wojskowym ukłonem, poczem, usiadłszy cicho opodal na ławach î zydlach, przysłuchiwali się pilnie rozmowie naczelników.
Ochotyn odrazu przeszedł na język rosyjski i już inaczej nie mówił. Dziękował za podarunki, z których przyznał, że sukno i mąka miały dla niego szczególną wagę.
— Chleb uważamy za przysmak a odziewać się musimy w skóry i futra, co w żeglarskiem życiu niezawsze jest dogodne!...
Podano gorącą herbatę w pięknych farfurowych filiżankach, drobno pocięte ryby wędzone doskonałego gatunku, mrożone jagody krajowe oraz małą ilość gruzełek brunatnego cukru trzcinowego.
Przyjęcie było skromne, ale serdeczne. Ochotyn rozpytywał się szczegółowo o nowiny z Kamczatki, z Ochocka, wogóle o nowiny ze świata.
— Tyle wiemy, co wy!... Ale, oto, jedziemy po nie!... — wesoło odpowiedział Beniowski.
W krótkości powiadomił gospodarzy o wszystkiem, co wiedział: o zmianach i losach ludzi rozmaitych w Kamczatce, coraz to zapytywany przez kogo z obecnych o tego lub owego kozaka, mieszczanina, kupca, urzędnika... gdyż wielu z nich miało na lądzie krewniaków i znajomych.
Podano ogromny półmisek świeżo ugotowanych ryb i przyniesiono pękaty gąsiorek gorzałki, w którym Beniowski poznał zresztą bez trudu własny swój podarunek.
Zacieśniło się koło biesiadników i wesoły gwar wypełnił izbę. Poproszono Beniowskiego, aby opowiedział swoje przygody, i słuchano ich z wielkiem skupieniem. Gdy skończył, było już późno, więc chciał się żegnać, ale wstrzymywał go Ochotyn i jeszcze herbatą częstował i poglądał nań, jakby na coś czekając, ale Beniowski pozoru nie podał, że się domyśla o co chodzi. Wreszcie sam Ochotyn otwarcie zagadał:
— Radziliśmy nad waszym projektem oddania się pod opiekę i w poddaństwo jakiemu potężnemu mocarstwu i nawet powzięliśmy już względem tego pewne uchwały, ale przed ostatecznem ich zatwierdzeniem chcieliby towarzysze moi usłyszeć powtórzenie propozycji z własnych ust waszych, miłościwy gościu!...
— Nie jest to przedewszystkiem ani projekt mój, ani propozycja moja, jeno prosta przyjacielska rada!... — zaczął poważnie Beniowski. — Żal mi was i nie chciałbym, abyście młodzi i dzielni, po tylu wysiłkach i dowodach bohaterskiej determinacji, zginęli marnie dla braku przewidywania. I nie ocali was ani zwiększenie liczby, choćby w dwój i w czwórnasób, waszych żołnierzy, ani zwiększenie waszych bogactw i zapasów, gdyż mierzyć się one w żadnym razie na czas dłuższy nie mogą ani z siłami, ani z bogactwem groźnego nieprzyjaciela. Dość, aby przyszła do skutku nowa wyprawa rządowa w te kraje, o jakiej słyszałem, będąc jeszcze w Petersburgu, a która ma ilością okrętów, zasobnością załogi i prowiantu przewyższać niedawną wyprawę komandora Beringa, aby was zniszczono i zgnieciono w mgnieniu oka, aby was ścigano i karano jako prostych piratów, nie zaś jako zdobywców i śmiałych odkrywców nieznanych dotychczas nikomu krajów... Dlatego radzę wam zawczasu rozpocząć ze swej strony kroki ku zjednaniu sobie opieki jakiego morskiego państwa, pod którego berło na uczciwych warunkach poddać wam należy siebie i założoną przez was kolonję... Wtedy uzyskacie nietylko pomoc, lecz pełne prawa wojenne, gdyż wybrane przez was państwo dla własnej korzyści będzie się starało was przed zamachami nieprzyjaciół oraz ich potwarzą osłonić, więc przedstawi was jako śmiałych odkrywców. A mając raz pod tym względem utrwaloną egzystencję, będziecie mogli zażywać w spokoju owoców swej działalności i pomnażać bogactwa swoje przez handel futrami, polowania na morsy, bobry, cenne płetwowce, koty morskie oraz połów ryb. I nietylko na tych tu wyspach, lecz dalej na wschodzie, aż do Kalifornji, przez zamianę przywożonych z Europy towarów z krajowcami będziecie mogli ciągnąć zyski...
— Tak, tak! My to rozumiemy, ale jak to uczynić, nie... zdradzając kryjówki naszej? — zapytali go gwarnie.
— Narazie najlepszy widzę sposób w napisaniu deklaracji oraz listów do państw morskich, jak Francja, Anglja, Portugalja lub Holandja, z wyłuszczeniem wszystkich okoliczności w wyrazach ogólnikowych z prośbą o tajemnicę. Gotów jestem poza tem poprzeć wasze żądania ustnie i dyskretnie przedstawić je w jak najlepszem świetle przed pełnomocnikami rzeczonych państw, o ile dacie mi na to upoważnienie!...
— Dziękujemy wam bardzo i radzi będziemy skorzystać z pomocy waszej, lecz chodzi nam o to: w czyjem mamy to robić imieniu? Bo kto jestem ja, — kto jesteśmy my wszyscy? Dezerterzy z okrętów i wojsk, ścigani przez prawa wszystkich narodów... Jeżeli rząd postanawia wysłać przeciw nam ekspedycję, to tem bardziej czynić nam zechce wstręty w naszych pokojowych usiłowaniach i domagać się naszego wydania przez swych ambasadorów... To mniej nawet kosztuje niż wyprawa — zauważył ostrożnie Ochotyn.
— Zapewne, dlatego rzeczy takie przeprowadzać należy w tajemnicy, którą wam gwarantuję... Listów waszych i deklaracyj nie pokażę i nie oddam nikomu oprócz tych, do kogo będą adresowane... Chyba sam zginę, ale i to przedtem postaram się je zniszczyć. Zresztą kto będzie wiedział, gdzie was szukać bez ustnych wyjaśnień?... Do czasu zaś mego powrotu lub wieści ode mnie upłynie niewięcej jak rok i myślę, że zdołacie się do tego kresu utrzymać w całości tutaj, tem więcej, że okręty w Bolszerecku zniszczone i że na całe rosyjskie pobrzeże został teraz rzucony popłoch przez nasze wystąpienie!
— To prawda!... Ale nie powiedzieliście nam jednak, w czyjem mamy podać imieniu ową deklarację do mocarstwa?... — powtórzył z uporem Ochotyn. — O to nam głównie chodzi!...
— Myślę, że pan powinien ją napisać, panie Ochotyn, jako naczelnik i znana powszechnie osoba...
Wśród zebranych rozszedł się przychylny pomruk:
— Tak, tak!... Ochotyn!... Niech pisze Ochotyn!... On nasz wódz!...
— Jużciż, racja. Czy tak czy owak, czy trochę mniej nagrzeszę, czy trochę więcej — nic to nie znaczy! Skoro mię złapią, nie minie mię w każdym razie ćwiertowanie!... — roześmiał się Ochotyn.
— Nie damy cię!... Jeszcze nas siła jest!
— Jeszctze nas ciepłą ręką nie wezmą!...
— Niech spróbują!... Samych bajdar aleuckich postawimy pół tysiąca!...
— A jak będzie po myśli naszej, jak nam prochu, ołowiu i statków przyślą, jak obiecano, to samą Kalifornję zabierzemy... Co, nie?...
— Jużciż zabierzemy!... Nic trudnego!...
Ochotyn wśród powszechnego rozgwaru siedział zamyślony, wreszcie ręką w poręcz krzesła uderzył i wszyscy zaraz umilkli.
— Zgoda!... Napiszemy więc deklarację po niemiecku, a ci z was, którzy język ten znają, przełożą tekst towarzyszom!...
— Nie trzeba!... Wierzymy ci, naczelniku!... Pisz, co uważasz!... — zawołały liczne głosy.
— Więc... piszemy!... Jeżeli łaska — podyktujcie!... — zwrócił się do Beniowskiego Ochotyn z zadowolonym uśmiechem.
Zaczęli układać deklarację, deliberując nad każdym wyrazem. Tak upłynął im czas aż do świtu.
Gdy zpowrotem szedł Beniowski z towarzyszem przez modrzewiowy las, drzewa i gaje i cała ziemia i samo dniejące niebo tonęły w białej, zimnej, gęstej jak wata mgle; jeno cicho szemrzące potoki wiosenne i wonie smoliste, rozlane w tumanach, mówiły, że to nie śnieżna, szroniasta zima, że jeno na czas nocy ziemia zasnęła pod białą zasłoną, lecz nie zamarła zupełnie.



VIII.[1]

Czerwone, jakby zadąsane, słońce z trudem przedarło się przez tumany, które nagły wiatr z Oceanu ze wschodem słońca pochylił i pognał przed sobą, jak dymy niezmierzonego pożaru. Zadyszały, zahuczały poczynające burzyć się tonie i czarne, niecierpliwe fale załyskały spodem pod blademi mgłami.
Statek, cichy i biały od sadzi rosistej, osiadłej na rejach, linach i burtach, spał jeszcze, gdy Beniowski z Panowem weszli na pokład. Uderzyło to niemile Beniowskiego i zrobił z tego powodu Chruszczowowi wymówkę.
— Cóż ja pocznę, kiedy się nie śpieszą! Dawno już wydane rozkazy i niby nie odmawiają ich spełnienia, ale robią wszystko tak wolno, że wprost żółć się ulewa!... — odpowiedział z żalem.
— A jednak muszą się pośpieszyć!... Trzeba zaraz przywieźć z brzegu armaty i zabrać, co tam jeszcze pozostało. Za dwie godziny podnosimy kotwicę. Proszę mi zwołać oficerów na wśledni pomost!... — kazał Beniowski.
Zamiast jednak oficerów cała załoga wyległa na pokład, a do kajuty Beniowskiego weszło aż czterech deputatów: oficer Łoginow, sternik Kondraszkin, kozak Galka i starszy majtek Czułosznikow, przywódca Chołodiłowskich sekciarzy.
— Chcemy przedstawić wam, Wielmożny i Miłościwy Nasz Naczelniku, żądanie powszechności... — zaczął Łoginow, rwącym się trochę głosem.
— Tak! Wszyscy tego zgodnie chcemy: oficerowie i całe pospólstwo — i marynarze i strzelcy!... — przywtórzył Kondraszkin.
Gałka jeno kiwnął swą głową potworną.
— I ty, służba, też się z nimi łączysz? A cóż na to Kuzniecow?... — zwrócił się Beniowski do Czułosznikowa.
— Rządy od Boga idą! — odrzekł ten chmurno. — W księdze zapisane są losy i prawa... Zakonu trzeba się trzymać, a wy co: herbatę pijecie, nawet tu na wolnem powietrzu brody strzyżecie... Powiedziane jest: między lodem i płomieniem przewijać się będziesz, bokiem szukając zbawienia... Od wschodu do zachodu płynie rzeka ogniowa — ni wskok, ni wlot nie przebieżysz jej, jeno dusza białej gołębicy ją zdoli... zakończył surowo. Usta wąskie zaciął i chuda, ogorzała brodata twarz stężała mu nagle, jakby zatrzasnęła się w sobie.
— Czegóż więc chcecie?
— Chcemy płynąć nie na południe a na północ...
— Północnem, znaczy, przejściem... — zagadali wszyscy razem.
— Bliżej „Rosiei“!... — wtrącił Kondraszkin. — A co się tyczy chińskiego państwa, to ludzie się boją, powiadają, że tam smoki!...
Zdumiony i zatrwożony Beniowski długo nie odpowiadał.
— Powarjowaliście!? — rzekł wreszcie. Tam lody, zimno!... Tam niema przejścia!...
Przejście jest, powiadają... Stoi w książkach, że kapitan Pronczyszczew omało się nie przedostał... Już widziano z jego okrętu za lodami wolne morze... Cała rzecz, że za późno wyruszył i zaskoczyła ich zima... Teraz wiosna... Jesteśmy blisko od ciepłych prądów, więc może przeskoczymy... A byłoby to o wiele bliżej... W dodatku ziemia po boku będzie znana a nie tam jakieś obce brzegi i ludy... — wywodził bałamutnie Łoginow.
— Zawsze... nasza, Rosieja! — powtórzył Kondraszkin.
Gałka też głową przytaknął i mruknął chrapliwie:
— Do djabła Chiny i kraje gorące!... My ich tam nie znamy i nie chcemy tych Indjów!... Nic tam niema!... Nawet domów podobno niema, same patyki!...
— Ależ wy pojęcia nie macie, co nas na północy czeka! Ten sam marynarz Pronczyszczew w dobrze zaopatrzonym statku zginął. Barents, żeglarz znamienity, też zginął wraz z całą załogą... Zginęło okrętów pierwszorzędnych bezliku!...
— Bo się spóźniali!... Jeden dzień jeszcze a wypłynęliby na ciepłe morze... Pod samym biegunem wcale piękna leży ziemia, pół roku lato... Obrót ziemi kry precz stamtąd odpycha!... I ciepły prąd... I mieszkają tam prawosławni!... Nasi kozacy często na najdalszej północy słyszeli po lodach, jak tam dzwony prawosławne na Wielkanoc grają!... — znów wmieszał się Kondraszkin.
— A jak nam się przedostać nie uda, to przezimujemy u Alaksyny, albo do Kalifornji zawrócimy... — dowodził dalej Łoginow.
— I cóżto, czy wszyscy oficerowie tak mówią?... — spytał z rozdrażnieniem Beniowski.
— A wszyscy...
— Wszyscy, wszyscy: i strzelcy i marynarze!.. Bliżej „Rosiei“!... — ględził Kondraszkin.
— Ha, jak wszyscy, to trzeba będzie rozważyć!... — odrzekł, pomyślawszy, Beniowski. — Wyjazd wstrzymamy. Powiedz, Łoginow, oficerom, żeby wszyscy tu zaraz przyszli!...
— Więc będziemy pewni, że nie pojedziemy na południe?... — spytał z wahaniem Kondraszkin.
— Słyszałeś, co powiedziałem!... Marsz! Wołajcie oficerów!
Ukłonili się i wyszli, a w pół godziny potem zebrana starszyzna wypełniła szczelnie małą kajutkę Beniowskiego.
Dużo czasu stracił na przekonywanie ich, że nowy plan nie ma sensu, że grozi zgubą wszystkim, że nawet niewiadomo, czy istnieje przejście morskie, gdyż komandor Bering musiał się cofnąć przed zwartemi polami pływających lodów i nie dowiedział się dokumentnie: jest-li odkryta przezeń cieśnina przesmykiem albo raczej wąską zatoką, wrzynającą się głęboko w ląd stały?...
— Wszystko to czytałem we własnych jego papierach w Bolszej!... — dowodził z rozżaleniem. Słuchali go z nieprzejednanym uporem w oczach i wkółko rozmaitemi słowy powtarzali, że w ostatecznym razie zawiną do brzegów amerykańskich i przezimują w Kalifornji.
Zastanowiło Beniowskiego, że nawet najrozsądniejsi z oficerów, jak Panow, Czurin, Popow, Gurcynin, nawet najwierniejsi, jak Kuzniecow i Baturin, zdawali się podzielać zdanie większości...
— Strach ich obleciał i w zapamiętaniu wolą gorsze niebezpieczeństwo, ale bliższe i, jak im się wydaje, krótsze, niż długą pracę... — żalił się Winblathowi.
— Lody, śniegi ich nie straszą, bo je znają... Zresztą co na ślepotę ludzką poradzisz? Trzeba będzie się zgodzić!... Może istotnie przezimujemy w Kalifornji!... Piękny, powiadają, kraj!...
— Niemądry jesteś, Winblath!... Czasu tracić nie możemy!... Cóż ty myślisz, że nas pochwali rząd rosyjski za despekt, jaki mu uczyniliśmy? Ani wątpię, że wyślą przeciw nam fregatę, a wtedy przepadliśmy, jeżeli ona nas zaskoczy w tych wodach!... Sam widzisz, co to za wojsko ci nasi marynarze!... Zbieranina!... Podda się przy pierwszej okazji, po pierwszej salwie armatniej, po pierwszej poważniejszej walce!... Zastanów się i nie przysparzaj mi kłopotu!... A bo ty zresztą wiesz, co im po głowach chodzi?... Miałeś przykład na Izmaiłowie... Nigdy niewiadomo...
— Zgadzam się, że nie są pewni, ale co robić?...
— Przekonywać!... Zamiast tu mnie swoje wątpliwości wykładać, poszedłbyś do nich namawiać, aby porzucili swoje niebezpieczne zamysły!
Szwed wzruszył ramionami.
— Co ja mogę!?... Ledwie usta otworzę, mówią mi, żem Niemiec, że nie wiem, co dla nich dobre! Maja takie przysłowie, że co dla Niemca śmierć, to dla Rosjanina zdrowie, i gębę mi tem zaraz zamykają!
Do przedwieczerza Beniowski gadał, przekonywał towarzyszy razem i zosobna, ale bez wielkiego skutku Wzrosła jeno nieufność wzajemna w samej załodze; pospólstwo coraz głośniej szemrało, powtarzając, że nie pozwoli się wywieźć na łupinie na niezgłębione i straszliwe tonie Oceanu, że nie zgodzi się za nic płynąć gdzieś na kraj świata, gdzie łatwo człeka sprzedać w niewolę bisurmańską...
— A tamtędy ku północy, choć tak samo źle, ale swoi pod bokiem i wszystko znane... Już my tam mrozów, śniegów i lodów więcej zwyczajni, niż owych gorąc piekielnych, od których ołów topnieje!... Co, może nie? — dowodził Kondraszkin.
— Jużciż prawda!... — zgadzali się wszyscy. — Od mrozu można się okryć, odziać, a gdzie się schowasz od gorąca!?...
Beniowski już wkońcu nie odpowiadał na te brednie.
— Zobaczycie, zobaczycie!... — powtarzał jeno gniewnie. — Ku zgubie pewnej idziecie!... I kto was i dla jakich swoich korzyści na to podmówił!?
— Nikt nas nie podmawiał!... Wszyscy my tej samej myśli!... — odpowiadano mu z tłumu.
— Cóż wy myślicie, że tam co krok wioska na was czeka z ciepłym piecem na brzegu. Toż tam przecie mroczna, lodowa, straszliwa pustynia, tysiącomilowa, bezludna!...
— A zawsze w tamtą stronę bliżej do swoich, a nie dalej, a w tę ku południowi od ziemi naszej płyniemy!... — powtarzali z tępym uporem.
Zrozumiał Beniowski, że ich nie przekona; przemyśliwał więc, jakby inaczej ratować wyprawę, jakby choć magnes lub co innego w kompasie odmienić lub choćby go w stronę odchylić, podłożywszy kawałek żelaza. Spostrzegał jednak wszędzie i wciąż podejrzliwe oczy, które śledziły każdy krok jego, każdy ruch.
Zamknął się, posmutniały w swej kajucie i dalej myślał jak sprawę obrócić, gdy wtem dano mu znać, że przybył wysłaniec Ochotyna z listem. Wyszedł więc na pokład i pismo niecierpliwie rozerwał.
Wszyscy spostrzegli, że twarz mu przy czytaniu bardzo pobladła i schmurniała. Więc oficerowie ze zmowy, co młodsi i niecierpliwsi, jak Łoginow, Popow, Kostromin, ośmielili się na tyle, że wysunęli się naprzód i w imieniu ogólności prosili go, aby podzielił się z nimi smutną, czy też radosną, tylko co otrzymaną nowiną, aby wiedzieli, czego się trzymać i co czynić.
— Zapomnieliście, widzę, zupełnie, żeście mi przysięgali wcale niedawno ufność i posłuszeństwo i że jestem odpowiedzialnym waszym zwierzchnikiem... Nie pozwolę sobie tej władzy odebrać, gdyż bezrząd i was i mnie zgubi niezawodnie... A musiały już pogłoski o waszych buntach i niesforności szeroko się rozejść, skoro mi Ochotyn ofiaruje swą pomoc ku waszemu poskromieniu...
Tu głośno odczytał pismo, gdzie Ochotyn upraszał go powtórnie o wyrobienie mu z towarzyszami protekcji jakiego potężnego na południu mocarstwa, czynił życzenia szczęśliwej podróży oraz przekładał, że, w razie oporności lub nieposłuszeństwa załogi, gotów jest zamieszki swoją siłą uśmierzyć...
— Więc co?... Obcego na nas chcesz sprowadzić?... Katować nas będziesz, jak braci naszych w Bolszej!... — rozległ się pomruk.
— A tak! Być może, że dla własnego waszego dobra, gdy doprowadzicie do tego, zmuszony będę użyć zbawiennego gwałtu!... Za życie wasze i losy wasze odpowiadam i chcę, abyście mnie błogosławili w końcu podróży a nie przeklinali... Dlatego nakazuję wam zaraz gotować się do drogi! Chociaż jednak sądzę za rzecz niepodobną okrążyć przylądek Czukczów, a bardziej jeszcze dostać się do brzegów amerykańskich na naszym statku, nawet gdy nam wiatr posłuży, to jednak zdeterminowany jestem poświęcić moją partykularną opinję życzeniu całego zgromadzenia, które w każdej okoliczności było i jest dla mnie prawem... Płyniemy więc, jak chcecie, na północ.
— Są jednak jeszcze inne powody — ciągnął dalej Beniowski — które każą nam co prędzej od tych brzegów się oddalić, a o których załogę na pełnem dopiero morzu powiadomię... Niech każdy więc rusza niezwłocznie na swoje miejsce... Sybajew, Urbański, zrobić na pokładzie porządek! A ty, Czurin, każ przygotować wszystko, kończ ładowanie i podnoś kotwicę...
Przemowa a głównie list zrobiły wrażenie; w milczeniu rozeszły się tłumy, znowu zaskrzypiały windy, zagrzmiała na pokładzie komenda.
— Należałoby jednak poprosić, żeby nam ten list Ochotyna pokazał... Może on łże? — szeptał do Łoginowa i Popowa Stiepanow.
— Ech!... Nie!... Mówił mi wysłaniec Ochotyna, że tam wiedzą o naszych swarach i... z mordy jego zbójeckiej poznałem, że mają chętkę na nas napaść. Mało to mamy na okręcie łakomego dla nich bogactwa? sprzętu, żywności? Co? — zauważył Popow.
— Więc co?... Lepiej to, niż zginąć na morzu wraz z tem bogactwem!...
— Poco ginąć!?... Wszak Beniowski zgodził się płynąć wzdłuż naszych brzegów... Nawet nie ma teraz powodu do oporu... Wszystko według naszej składa się myśli!... Będzie dobrze!... — upewniał wesoło Łoginow młodszy.
— On jednak tam coś jeszcze ukrył... — przerwał niespokojnie Stiepanow. — Nie wszystko przeczytał...
— No tak!... Przecie nam powiedział, że resztę na pełnem morzu!
— Ba!... Właśnie!... Wtedy nie będziemy mogli nic poradzić, wtedy będziemy w jego mocy, bo on jeden i drogę zna, i morskie prądy, i służbę... Chodźmy teraz!
— Nie! Za nic nie pójdę... Nie głupim! Da mię katu! Już się jedność rozbiła, ludzie się rozeszli, uspokoili... Nie pójdę, idź sam!... opierał się Popow.
— Jeżeli się okaże potrzeba, okręt zawsze będzie można do tej wyspy nawrócić... Wszak Czurin po naszej stronie i majtkowie Chołodiłowa też — pocieszał Stiepanowa Łoginow starszy.
— Dosyć!... Cicho!... Urbański idzie!... Stiepanow, wołają ciebie na przód okrętu.
— Stiepanow!... Stiepanow!... Gdzie jest Stiepanow!?... — wołał Urbański.
Oficer spojrzał na wołającego wilczym wzrokiem i odszedł wolno w stronę kołowrotu kotwicznego, gdzie już kręcili się majtkowie.
Beniowski kazał zatrzymać wysłańca Ochotynowego i udał się do kajuty pisać odpowiedź. Zamiast tego jednak zamyślił się głęboko z oczami utkwionemi w tem miejscu pisma, gdzie Ochotyn donosił, że Stiepanow wraz z panną Niłowówną oraz kilkunastu towarzyszami pragnie zostać na wyspie i do niego, Ochotyna, się przyłączyć. Na dowód czego przesyłał własnoręczny list Stiepanowa. List pełen był dobrze mu znanych oskarżeń, żalów zdradliwych i złośliwych podejrzeń na niego, Beniowskiego; uderzył go wszakże nowy dodatek, czyniony niby w imieniu Nastazji, utyskującej na swój los okropny, na swe przymusowe więzienie i prześladówanie mdłością wstrętnego jej nadewszystko zabójcy jej ojca...
Beniowski wstał i, choć małą była kajuta, zrobil ruch, jakgdyby chciał chodzić, co czynił zawsze w chwili głębokiej wewnętrznej rozterki. Zatrzymał się jednak wobec niemożności dalszego posuwania kroku, otrząsł się z zamyślenia, znowu list przejrzał, wreszcie dumnie podniósł pobladłą twarz, zmarszczył brwi i ruszył przez drzwi na korytarz. Tam, rzuciwszy przelotne spojrzenie na pokład, pełny przedodjazdowego ruchu i gwaru, nawrócił ku kajucie Nastazji.
Głośno zapukał.
— Kto tam?... Czy to doktór Bielski?... — spytał słodki znany mu głos.
— Nie, to ja — Beniowski...
Strasznie dłużyła mu się chwila ciszy, która nagle wewnątrz pokoiku dziewczyny nastała.
Już chciał drugi raz zapukać i prosić, by udzieliła mu koniecznie krótkiego czasu rozmowy, gdy drzwi otwarły się i w jasnej ramce lejącego się z luminatora światła ujrzał Nastazję.
Stała wyprostowana, z rękami opadłemi wzdłuż smukłego ciała, jakby zmartwiała. Drobne usta zbielały jej na alabaster, a szeroko otwarte agatowe oczy patrzyły nań z niewymownem przerażeniem. Ponieważ milczała i nie ruszała się, wszedł sam i drzwi za sobą przysłonił. Cofnęła się ku ścianie, gdzie w srebrnej oprawie połyskiwał niewyraźnie święty obraz.
— Pani... chce opuścić... okręt?... Pani chce tu zostać?... — zaczął zmienionym głosem.
Jeszcze się pół kroku cofnęła, wpatrując się wciąż w niego pomierzchłemi oczami.
— Dlaczego jednak... pani nie zwróciła się wprost do mnie?... Wszak wie pani... że każde życzenie pani... jest dla mnie rozkazem...
— Nie wiem... nic nie wiem... Nie rozumiem!... — szepnęła, podnosząc rękę do czoła.
— Jakto?... Więc pani z nikim nie mówiła o swoich zamiarach?...
— O moich zamiarach?... Nie, nie mówiłam z nikim... Nie widuję nikogo prócz Agafji i starego Bielskiego.
— Aha!... Więc może z nim pani mówiła?...
— Z kim? Nic nie mówiłam z nikim!... I moje zamiary... Nie wiem... doprawdy sama, jakie są... jeszcze... — szepnęła i znowu podniosła nań oczy zamglone.
— Nie skarżyła się pani... na swój los?... Pojmuję, Nastazjo Iwanówno, że ciężką jest dla was... droga wodna...
— Zapewne, lecz nie skarżyłam się i gotowa jestem przenieść stokroć większe cierpienia... Czyż warto mówić o tych drobiazgach? Rozumiem, że bez ofiary niema zbawienia... Czyż Chrystus nie wskazał nam drogi?... Matka Jego Bolejąca miała serce przebite siedmiu mieczami... — mówiła cicho, rozpłomieniając się zwolna.
— Więc pani z nikim nie mówiła!?... Doprawdy?... A tymczasem w imieniu pani... tu knują spiski... wystawiają mię, jak jakiegoś dręczyciela pani i drapieżnika... Choć Bóg świadkiem, że dość z twej strony, Nastazjo, małego słówka, znaku, a okręt cały natychmiast nawrócę...
Urwał, sam zdziwiony tem, co powiedział.
— Nie nawrócisz okrętu, Auguście Samuelowiczu, nie nawrócisz!... — odparła już spokojnie. — Nie wracają ci, co odeszli... Nie odmieni się to, co się stało... Może to dobrze, może źle — nie wiem, sądzić nie chcę... Ale tak widocznie chciał Bóg! Tyś jest Jego narzędziem i wybrańcem...
— Więc pozwolisz, że w twojem imieniu zaprzeczę rzucanym na mnie potwarzom, że ukarzę wichrzycieli i zdrajców...
— Nie, ty ich nie ukarzesz!... Dość krwi!... Nieprawda? — dość krwi!... Obiecaj mi, Maurycy!... Obiecaj mi, że już nikogo, nigdy nikogo nie ukarzesz!... — szepnęła namiętnie, chwytając go za rękę.
— Więc powiedz, co mam czynić?... Pojęcia nie masz, na co się tu zanosi... Ty pierwsza byłabyś ofiarą nieszczęsną, gdybyś wpadła w te ręce zbójeckie ochotyńskich mołojców. Czy myślisz, gołąbko, że rozbroiłabyś ich swą dobrocią, że uszanowaliby twą białość anielską?... Nie znasz ich! Aby ze zwierzęcia stał się człowiek, musi on przejść przez posłuch twardych i rozumnych praw... Przeczytaj tylko, co pisze ten szaleniec...
Wyciągnął ku niej list, ale odsunęła go ręką z wyrazem odrazy.
— Znowu Stiepanow!... Ach, dajcie mi spokój, dajcie mi spokój!... Wszak nie ukazuję się już nikomu... Żyję tu, jak mniszka, bo nią jestem już... Widzę świata tego tyle, co przez to okienko... Więc wam i tego mało, więc chcecie, żebym zupełnie znikła... i wtedy dopiero!... Więc nietylko ciało, ale i duszę muszę dla was zagubić!... Wszędzie trupy, pożary, krew, nienawiść, zazdrość, chciwość... I końca tego nie widzę!... W Bolszej mówiliście, że ustanie to, skoro siądziemy na okręt, że będziemy płynąć jako bracia, a tu widzę to samo... Gwałty, zdrady, udręczenia... Słyszę, wciąż tylko to słyszę! Kiedyż to się skończy?... Dokąd uciec przed tem, Maurycy!? Powiedz, ach, powiedz mi!... Ty silny, ty mężny, ty sprawiedliwy!...
W jej szepcie było tyle przejmującej boleści, że Beniowski, zakrył twarz ręką, wreszcie osunął się na kolana i, tykając rękami kraju jej sukni, sam zkolei zaszeptał namiętnie:
— Nastazjo, są kąty ziemi, są kraje słoneczne, wyspy szczęśliwe, ciepłemi wokół oblane morzami: tam zostaniemy, uciekniemy od ludzi, aby żyć jako pustelnicy... Tak mówiłem ci i tak uczynimy, jeżeli zechcesz!... Tam tylko znajdziemy spokój, bo on jest tam, gdzie niema człowieka... Więc rzeknij słówko, rzeknij, że mię kochasz jeszcze, a pewny jestem, że przeprowadzę okręt przez burze, przez niepogody i wiatry Oceanu, przez zdrady i wichrzenia ludzkie... przez przeciwności Nieba i Ziemi... Byle z tobą być!... Byłeś rzekła, że moją jesteś i będziesz, że miłujesz mię, jak dawniej, że mi przebaczasz... Co mi wtedy ludzkie zdrady i wichrzenia!...
Stała nieporuszona, pozwalając mu obejmować i całować swoje kolana, jeno ręce wgórę uniosła i zakryła dłońmi rozedrganą twarz.
— Cóżeś winien!?... Nie mam ci co przebaczać!... Sama pragnę zapomnieć... zapomnieć!
Wstał, objął ją za kibić i szukał jej ust; odpychała go zlekka od siebie.
— Nie, nie, Maurycy!... Nie, jeszcze nie!...
— A więc... Niech choć... niech choć... Daj ust... pocałować, kochana...
Nagle zaczął rwać gwałtownie na niej szaty, a gdy błysnęło z obsłon białe ciało, przylgnął gorącemi ustami do pąków jej piersi dziewiczych.
Już nie broniła się; przeciwnie sama teraz zarzuciła mu ręce na szyję i tuliła się doń wstrząsana dreszczem; chusta mnisia spadła jej z głowy, i czarne włosy kaskadą rozsypały się po obnażonych ramionach.
— Wszystko jedno... Miłuję cię!... Prawda!... Poco czekać!?... Czyż nie jesteśmy poza światem, wciąż na skraju śmierci!... Bierz mię!... Pójdę z tobą wszędzie... przez lody i żary słoneczne... na samo dno... ukochany... — szeptała rwącym się głosem.
Nie czuli, że okręt tańczył już pod nimi, że zgasły promienie słońca w okrąglem okienku. Aż rozległ się cichy, lecz stanowczy stuk we drzwi i ozwał się głos Bielskiego:
— Beniowski, czas... już czas!... Wychodź zaraz!... Szukają cię!... Dwa razy przychodził Chruszczow... Powiedziałem mu, że cię tu niema, ale nie wierzy... Podniesiona kotwica... Nie wiedzą, co robić...
Wyrwał się z jej objęć, ale zdążyła chwycić go jeszcze za rękaw i szepnęła błagalnie:
— Nie karz Stiepanowa, nie karz nikogo już, ukochany!
Kiwnął głową i drzwi otworzył.
— Co im teraz powiesz?... Domyślą się!... Wiesz co, powiedz im, że... puszczałem ci krew!... zagadał Bielski, który czekał nań w korytarzu.
— Nie potrzebuję się kryć!... Żoną jest moją!...
— Jakże to?... Wszyscy przecie wiedzą, że jesteś żonaty... Tak nie można!... — odrzekł z wyrzutem stary. — Lepiej już powiedz, żeś list do Ochotyna pisał u mnie, żeś tam się schronił, chcąc się odosobnić... dla namysłu... Doprawdy, idź do mnie i pismo napoczekaniu wygotuj... Czekają... Obejdzie się bez wszelkiego zgorszenia... A tam... Bóg niech was sądzi!...
Beniowski chwilkę pomyślał.
— Ha, może istotnie tak lepiej!... Dziękuję ci, stary!...
— Nie o ciebie mi chodzi tym razem, Beniowski!... Co ty!? Ty jesteś, jak ostry miecz, wszystko przetniesz!... Ale zawsze... przedewszystkiem poco masz tego szaleńca i tak mocno zwarjowanego... zupełnie rozumu pozbawiać!... A następnie... ona gołąbka nacierpi się, oj nacierpi! I poco!?
Otworzył przed Beniowskim drzwi swej izdebki, a potem zawarł je za nim troskliwie.
Gdy Chruszczow zjawił się po raz trzeci wraz z Panowem i Baturinem, wytłumaczył im, jako przedtem umyślnie użył z nimi wybiegu, aby osłonić samotność Beniowskiego, potrzebną mu dla obmyślenia spraw wielkiej wagi...
— Odpowiada Ochotynowi. Może od tego zależy życie wielu z nas, nawet los całej wyprawy, bo gdyby na nas korsarz znagła uderzył...
— Ale dłużej nie można czekać!... Już wychodzimy z zatoki i posłaniec niecierpliwi się... Widocznie lęka się, byśmy go nie uwieźli, jako zakładnika... — skarżył się Panow.
— A krzyż!... Co z krzyżem zrobić?... Niewiadomo!... — dodał Baturin.
— Jaki krzyż?
— Zapomniałeś? Ten, co go Beniowski przygotować kazał.
— Gdzież więc nareszcie on jest?... — spytał niecierpliwie Chruszczow.
— U mnie jest!... Zaraz wyjdzie!... Zastukam!...
Zastukał i istotnie z głębi ozwał się głos Beniowskiego.
— Jeszcze chwileczkę!...
— Śpiesz się, przyjacielu!... Daruj, że wejdę!... — odrzekł Chruszczow i drzwi uchylił.
Beniowski, stojąc, pochylony pisał list na pace od lekarstw. Odwrócił się ku oficerom i, pieczętując kopertę, rozkazywał tak głośno, że go słyszeli nawet kupiący się u wejścia na korytarz marynarze.
— Gotować szalupę!... Sześciu ludzi... Odwiozą posłańca... Potem wkopią krzyż w miejscu, gdzie stała moja chata... U harmat niech czekają kanonierzy z lontami i przygotować moją banderę amarantową z białym orłem... Ten list oddasz człowiekowi Ochotyna!... — zwrócił się do Chruszczowa. — A tymczasem się przebiorę!
Mignął w wylocie korytarza, kierując się do swej kajuty.
— Jest, jest!... — poleciał poszum po pokładzie, po drabinach i rejach, gdzie wieszali się gęsto żeglarze, czekając, aż im każą rozpiąć wiatryła.
— Beniowski... Beniowski!...
— Hura!... Niech żyje!
— Niech żyje, niech żyje, wódz nasz!...
Niedługo potem wyszedł w delji sobolej, krytej błękitnym atłasem, w bobrowym kołpaku z kitą pięknych piór, skinął głową załodze i spojrzał na brzeg, gdzie już stawiano na wzgórku wielki krzyż z białym napisem; nieczytelny był z odległości, ale wszyscy wiedzieli, że tam stało, jako:
„24 maja 1771 roku. Maurycy August Aladar Beniowski, wybiwszy się szczęśliwie z moskiewskiego na Kamczatce jarzma, wdzięczny Bogu, jedynemu uciśnionych zastępcy, rozkazał krzyż ten wystawić w czasie swego na tej wyspie pobytu.“
Gdy kopacze skończyli robotę i uklękli, aby się pomodlić, dał znak ręką Beniowski, aby palić z dział i sztandar konfederacki rozwinąć.
Zahuczał spiż i potoczyło się echo po skałach.
Załoga zdjęła czapki i w pobożnem skupieniu patrzała na oddalający się ciemny brzeg, gdzie na purpurowo-chmurnem tle zorzy rysowały się mglistym fioletem wzgórza dalekie, szarzał piasek zatoki a powyżej samotny czarny krzyż rozpościerał szeroko ramiona.
Od niego w głąb ziemi kroczył zamaszyście wysłaniec Ochotyna, podczas gdy powracająca szalupa, nurzając się w siwych dymach armatnich, ścigała po ołowianem, zbałwanionem morzu odpływający okręt.



IX.

Tej nocy marynarze twardą mieli służbę. Dął mocny, zimny „west“ od lądu i, aby utrzymać się we wskazanym północnym kierunku, musieli lawirować, wciąż płynąć zygzakiem, wciąż podbierać, zmieniać i przerzucać żagle.
Wielu odwykło od bujania w czasie długiego postoju przy wyspie i pochorowało się teraz na zawrót i czczość, tak że gdy Beniowski rano wyszedł z kajuty na pokład, Czurin w raporcie zameldował mu aż dziewiętnastu chorych.
A jednak Beniowski wesoło spoglądał na ciemne fale z łoskotem przelewające się pod szarem, zachmurzonem niebem, gdyż wiatr ten odpędzał ich coraz dalej i dalej od przeklętych brzegów sybirskich. Zlustrował okręt i kazał z pokładu usunąć wszystko ruchome lub mocno przywiązać sznurami na wypadek szturmu, poczem zamknął się w kajucie, aby pisać okrętowy dziennik.
Wtem wszedł, nie stukając, Stiepanow i, przymknąwszy drzwi starannie, poprosił go o chwilkę rozmowy na zupełnej osobności.
— Mów!... — odrzekł Beniowski niechętnie i pióro położył.
— Chciałem cię ostrzec, Auguście Samuelowiczu, że spisek, o którym nadmieniałeś wczoraj, nietylko nie osłabł, ale nawet wzrasta, że szerzy się wśród ludzi szemranie i zmowa pokątna... Słyszę nieraz, przechodząc, jak mówią do siebie: „Dokąd nas wiezie ten cudzoziemiec!?... Zamiast trzymać się brzegów, gdzie w wypadku rozbicia moglibyśmy się ratować, goni wciąż statek w samą toń Oceanu!...“ Nie rozumieją, że właśnie przy ziemi moglibyśmy łacno naskoczyć na kamień albo mieliznę, i nikt im tego wytłumaczyć nie jest w stanie, gdyż nie są marynarzami i dlatego jeszcze, że kryją się ze swem sarkaniem, bojąc się twego słusznego gniewu... Takoż stronnicy zamkniętego w lochu Izmaiłowa oraz kamczadala Poranczyna, wywołując litość nad nimi, dolewają oliwy do ognia... „Wszystkich nas tak on, za byle co, zgnoi!“ — powiadają...
— „Wielka rzecz, że mieli słuszną chęć powrócenia do domu!...“ — mówią inni. A baba kamczadalka musiała mieć też kochanków, gdyż wielu zaklina się, iż nie pozwoli jej wysadzić na ląd, jako że kobiet i bez tego na statku jest mało!... Burzą się więc i wygrażają i w dzikości swojej Bóg wie na co gotowi się targnąć i nawet na twe życie mogą godzić!... A wtedy co poczniemy bez twego przewodnictwa wśród burzliwego morskiego przestworza!? Ha!?
— I któż to się tak wygraża?...
— Ha, sam wiesz najlepiej, skoro ci Ochotyn o tem pisał... — odrzekł z pewną zwłoką Stiepanow, nie przestając świdrować wzrokiem nieruchomej twarzy Beniowskiego.
— Wiem, ale chcę od ciebie samego usłyszeć!...
— Koleżeństwo nie pozwala mi imion wymieniać. Natomiast proponuję, abyś pozwolił mi z wybranych oficerów i ludzi pewniejszych straż ci przyboczną utworzyć, która nie odstępowałaby cię na chwilę we dnie i w nocy i miała baczenie pilne na każdego, kto zechce się do ciebie zbliżyć... Nieprzystojną jest również rzeczą, abyś sam we wszystko wglądał, tracąc zdrowie i umysł na drobiazgi... Główna do ciebie należy instrukcja, którą wypełniać ściśle winni podrzędni naczelnicy, nad czem również miałaby czujny i nieustępliwy nadzór owa straż przyboczna... W ten sposób byłby do końca żeglugi zapewniony spokój, porządek i posłuszeństwo, oraz zabezpieczone życie twoje, tak nam wszystkim niezbędnie potrzebne...
Roześmiał się cicho Beniowski i spojrzał bystro na donosiciela.
— Widzę, przyjacielu, że skoro nie udało ci się pozbawić mię załogi, to chcesz koniecznie mnie samego odebrać załodze?... Co?...
Zmieszał się trochę Stiepanow i zamigał wzrokiem, ale nie na długo.
— Kiedyż to chciałem was, panie, pozbawiać, załogi?... — spytał zuchwale.
— A co to znaczy?... — odrzekł Beniowski, pokazując mu jego własny list do Ochotyna.
Stiepanow rękę po list wyciągnął, skoro jednak Beniowski mu go umknął, nachylił się, zmrużył oczy i udał, że pismo czyta.
Beniowski śledził bacznie ruch jego zwieszonej pod stół ręki.
— Twój list!?... Co? Nie wyprzesz się!...
— Tak jest, mój! — odrzekł bez wahania.
— Cóż więc mam z tobą uczynić?...
— A nic!... Pokaż jej, niech powie, czy nie jest prawdą, że ją więzisz, że prześladujesz ją swoją miłością, że do Boga się przed tobą uciekać musi, że przez chwilkę wolnem nie śmie odetchnąć na pokładzie powietrzem z lęku, że się spotka z tobą, zabójcą jej ojca!... Cóż więc złego, żem ją chciał od tej męki wybawić?... I że sam chciałem odejść z towarzyszami z pod twojej nieznośnej tyranji!?... Wszakże wolnymi jesteśmy ludźmi, mamy prawo swemi rozporządzać osobami?... Tem bardziej, skoro widzimy jasno, dokąd doprowadzi twa przemoc i okrucieństwo... Wszak dowiedzion do ostateczności Izmaiłow pokusił się cały okręt i nas wszystkich nawrócić do Bolszej i oddać napowrót w ręce srogiej i obrażonej władzy... I stanie się to wcześniej czy później, wydadzą cię twoi słudzy i lizołapi dzisiejsi... Cóż więc dziwnego, że nie chcieliśmy wiązać się z twoim losem okropnym i pragnęli pozostać na wyspie spokojnej!?... Co dziwnego, że córkę twego nieszczęsnego dobroczyńcy chcieliśmy ratować od okropnych wyroków niemiłosiernego prawa, jakie ją czekają? Coby się stało, gdyby bunt załogi się powiódł?... I teraz nie co innego, jak ją miałem na względzie, planując otoczyć opieką twoją wstrętną wszystkim osobę... A ty, zamiast mi dziękować, jeszcze mię obrażasz i oskarżasz!... Oddaj mię pod sąd!... Owszem chętnie publicznie moje powody i wątpliwości wyłuszczę i ją samą, lilję czystą, na świadka wezwę, aby przeklęła ciebie w obecności wszystkich, jakeś tego wart...
Nabrzmiały żyły na skroniach Beniowskiego, wzdęła się szyja, zadrżała oparta na stole pięść. Wstrzymał się jednak i odrzekł wcale spokojnym głosem:
— Znowu widzę, że nierozumna zazdrość mąci ci myśli. Owszem, zgadzam się, idź do niej i spytaj, czyli chce statek opuścić, a wysadzę was na pierwszej wyspie. Nie pomyślałeś jednak, nieszczęśniku, na coś narażał ją, pomieszczając między trzydziestu kilku bezżennymi rozbójnikami... Czyż myślisz, że uszanowaliby jej panieństwo, oni, pozbawieni kobiet od tak dawnego czasu, gwałtownicy wyjęci z pod wszelkich praw prócz własnej chuci i woli?... Myślisz, że zwróciliby uwagę na twoje skargi i prośby, lub obeszli się z tobą tak względnie, jak my z tobą obchodzimy się tutaj, przez pamięć zasług twego wuja i wspomnienie wspólnie przeżytych z tobą nieszczęść długiego więzienia?... Zaiste naiwne masz myśli, człowieku, tak niezwykle w innych wypadkach przebiegły... Przyznaj, że ślepa namiętność pomieszała ci umysł, i sam poradź, co począć z tobą, aby uczynić cię nieszkodliwym społeczności i tobie samemu!?
Stiepanow milczał posępnie i patrzał z pod oka na surową, spokojną twarz Beniowskiego.
— Słuchaj, powiedz!... Byłeś u niej wczoraj, czy nie byłeś?... Błagam cię na wszystko!... Byłeś?... Przyznaj się... Wtedy, wtedy... wszystko skończone... Powiedz, niech wiem nareszcie! Niech nie szarpie mię ta wieczna niepewność i rozterka, ta rozpacz i nadzieja... Jak byłeś, to byłeś!... Przysięgam na Boga, że nie będę się mścił, że pogodzę się z losem, uznam wybór Nastazji!... Owszem może sam znowu miłować cię zacznę, będę cię otaczał opieką jak źrenicę oka dla jej miłości, albo... skoczę za burtę okrętu... Ale niech wiem, niech wiem na pewno!
Przypadł do stołu i chciał rękę Beniowskiego, leżącą tam całować, ale Beniowski mu ją cofnął:
— Poco mię pytasz?... Jużeś mię tyle razy pytał nadaremno i nie wierzyłeś mi nigdy! Cokolwiekbym odpowiedział ci, nie uwierzysz i teraz!... Idź jej się spytaj!... Wszak ci to już mówiłem...
— Nie chce mię widzieć, nie chce!... Jużem prosił ją o to przez Bielskiego... Chyba więc ty jej... każesz!
— A w liście pisałeś w jej imieniu i przed chwilą mówiłeś, że skarżyła się na moje prześladowania...
— Nie, nie!... — szeptał Stiepanow, jeszcze się niżej chyląc nad stołem. — Nie widziałem jej!... Kłamię i... cierpię, cierpię, Beniowski!... Tyś silny, tyś wspaniałomyślny, magnat, jenerał... Wrócisz do kraju w glorji dawnych zwycięstw, nowych triumfów i niesłychanych przygód... Małoż kobiet spotkasz jeszcze, które kochać cię będą?... Co znaczy dla ciebie ta biedna dziewczyna północna... Ustąp mi ją!... Ustąp, bohaterze!
Tarzał się w bólu u nóg jego; Beniowski wstał pobladły i wzruszony.
— Cóż ja uczynić mogę, nieszczęśniku?... Powtarzam ci jak ona postanowi, tak będzie!... Czyż nie próbowałem już wpływać na jej uczucia?...
— Tak, ale to było wtedy... wtedy... miłowała cię! Teraz, kiedy między tobą i nią stoi widmo jej ojca, może prędzej się ku mym prośbom przychyli...
— Zbyt już wiele ode mnie wymagasz!... — obruszył się gniewnie Beniowski.
— Więc powiedz, że choć nie będziesz przeszkadzał, że skoro znajdziemy się u jakiej wyspy na ciepłych wodach, u jakiego koralowego ostrowia, wysadzisz mię z nią razem... skoro ona zechce, skoro ona zechce... to się rozumie! — dodał szybko, widząc niecierpliwy gest Beniowskiego.
— Możesz nie wątpić!...
Znowu chciał rękę Beniowskiego całować, ale ten ją za siebie schował.
— Idź już, idź!... Lecz pamiętaj, żebyś knowań więcej nie powtarzał, bo nietylko obietnicę cofnę, ale ukarzę cię surowo!...
Wyszedł radosny, jasny, jakby z grzechów obmyty, spotkanego po drodze Bielskiego za szyję uścisnął, mówiąc mu:
— Twój Beniowski jest aniołem!... Bóg świadkiem, że krew moją za niego w potrzebie do kropli wyleję...
— O, Beniowski!... Mówiłem ci sam: niezwykła, dusza zbożna, olbrzymia... Wszystko tam jest, wszystkie skarby ziemskie i niebieskie... Sztuka!... Człowiek nadludzki!... — zachwycał się stary. — Cóż się stało!?...
— A nic!... Zgodził się na wszystko!... Cała rzecz teraz, abyś mi się wystarał o widzenie z Nastazją...
Stary głową długo kręcił i kiwał, nim odrzekł:
— A no, zobaczymy! Spróbuję!



X.

Nie udało się jednak staremu zobaczyć Nastazji ani tego dnia, ani następnego. Dziewczyna zamknęła się w swym pokoiku i nie dopuszczała do siebie nikogo, z wyjątkiem kamczadałki Frośki, pełniącej przy niej rolę służebnicy. W dodatku miał Bielski w tym czasie dużo chorych, którym według przepisu Medera musiał nosić ocet, grzaną wódkę korzenną, albo stawiać bańki na plecach i krzyżu, odciągające krew z płuc, a to z powodu niepogody rozsrożałej niezmiernie.
Rozkołysały się tonie, a skłębione i poszarpane chmury opadły tak nisko, iż zdało się, że wloką swe strzępy po samych szczytach wysoko skaczących bałwanów. Statek ślizgał się w tej szczelinie wolnego od chmur i piany powietrza z góry wodnej na górę, spadał w odmęty, aby za chwilę znowu być wyrzuconym niby drobny wiórek na szczyt syczącej i spienionej fali.
Aby utrzymać jako tako kierunek i władzę nad sterem okrętu, rozdzielił Beniowski całą załogę tylko na dwie zmiany, zamiast trzech. Podczas gdy jedna wypoczywała, druga, rozwieszona na rejach wśród szalonego wichru i przejmującej zimnej wodnej kurzawy, rozpinała lub podbierała żagle, manewrując statkiem. Często wszakże trzeba było budzić wszystkich ze snu i wzywać na pokład, aby ratować od porwania wiatryła, nawiązywać i wzmacniać uszkodzone olinowanie, reparować szkody, jakie na pomoście czyniły przelewające się tam wciąż fale. Statek to kładł się na bok, że omal masztami wody nie tykał, to wylatywał wgórę, jak strzała. Od tego tańca pochorowali się prawie wszyscy, i nawet doświadczeni żeglarze mieli ołów w głowie i zamęt myśli. Cucił ich Beniowski wódką i przykładem, zagrzewał do wytrwałości i dźwigał na nogi nieraz groźnym rozkazem nawet tych, co już zupełnie się pokładli. Było go znowu pełno wszędzie we dnie i w nocy, zdało się, że nie znał spoczynku, jakby dwoił się, troił, mnożył, w miarę wzrostu niebezpieczeństwa.
— Szaruga długo nie potrwa! Byle pod brzeg amerykański!... Tam powinno być ciszej i ciepiej!... — krzepił upadłych na duchu. Ale Chruszczowowi wyznał, iż lęka się, by lada chwila nie wpadli między pola lodowe.
— Wtedy zginęliśmy...
— Więc zwróć na południe!...
— Ba, choćbym chciał, nie mogę!... Jesteśmy całkiem w mocy wichru... Czyż nie widzisz?... Ale gdyby w mej to nawet było woli, nie zrobiłbym tego wobec powszechnej waszej ochoty do żeglowania na północ... Cobyście powiedzieli na to, gdy znowu zabłyśnie nad wami pogodne niebo, — już ja wiem dobrze!... Trzeba więc przetrwać i cofnąć się przed oczywistem dopiero dla wszystkich niepodobieństwem...
— I dlatego gotów jesteś życie nasze narazić?...
Beniowski wzruszył ramionami.
— Do zguby jeszcze daleko — odrzekł spokojnie. — Zresztą cóż robić?... Przekonałem się, że przejść przez to trzeba, a więc im wcześniej, tem lepiej... Teraz mamy jeszcze spory zapas sił i pożywienia! A cóż mówi Czurin?... — spytał ostrożnie przyjaciela.
— Czurin mówi, że wiatr rychło zelżeć powinien, skoro miniemy wylot morskiego przesmyku koło Czukczów, skąd na nas dmie biegunowy prąd!...
— Widzisz, widzisz!... Niech więc go mija do licha co prędzej, bo mi ludzi pomrozi i z sił wyzuje!... — uśmiechnął się Beniowski.
Nieomieszkał Chruszczow podzielić się z resztą oficerów wiadomościami, zaczerpniętemi od Beniowskiego, ale ci jeszcze się nie przekonali.
— Burza!... Burza może być i w południowych morzach; huśtać nas tam mogło niegorzej!... Owszem słyszałem o orkanach chińskich, zwanych „tajfun“, które wprost niebo z ziemią mieszają!... — dowodził Łoginow.
— Zato, jak się wypogodzi, będziemy mieli swój kraj pod ręką, czy w wodę zaopatrzyć się, czy statek naprawić... czy wypocząć... Śmiało możemy lądować, nie bojąc się ani kanibalców, ani morskich piratów!... — podtrzymał go Popow.
Czurin milczał i patrzał uważnie w siwą szparę widnokręgu, to wznoszącą się, to opadającą wśród skaczących do siebie wód i chmur.
— Chcielibyście po morzu jeździć, jak w karecie!... — mruknął wreszcie niecierpliwie. — Jeszcze można wytrzymać, a co jutro będzie, zobaczymy!... Choć wiatr taki to i tydzień czasem dmie!...
— Co ty mówisz, człowieku!... — przeraził się Chruszczow.
— Po tygodniu toć z nas próchna nie zostanie!...
— Eee!... Georgij Antonowiczu!... Tak źle nie będzie!... Żylasta i rogata w człowieku dusza, niełacno z ciała wyłazi! Ale idźcie już do swojego zajęcia, bo znów Beniowski nas zejdzie i pomyśli, że nowe knujemy spiski!...
W tej chwili fala przewaliła się przez pokład i sięgnęła aż do mostku, na którym stali; wielki maszt zatrzeszczał i zadygotał w posadach. Chruszczow ostrożnie, czepiając się uwiązanej pośrodku pokładu liny, podążył do swej kajuty. Był mokry, przemarzły, smutny i słabą pokładał nadzieję w rychłą zmianę pogody.
Tak borykali się w ciągu dwu dni z niezmiernym wysiłkiem z rozszalałemi fluktami i rosnącą nawałnością. Aż w końcu tego czasu, gdy wiatr nie malał, a zapadająca noc i wyczerpanie ostateczne załogi uniemożliwiły dalsze kierowanie okrętem, kazał Beniowski resztki żagli uprzątnąć, luki wszystkie zamknąć i, zostawiwszy na pokładzie jeno sternika i oficera ze zwykłą wachtą, reszcie załogi pozwolił skryć się w głębokich „rumach“ i kajutach wewnętrznych. Tam leżeli pokotem w ciemnościach i zaduchu, jęcząc od dolegliwości morskiego zawrotu, klnąc lub modląc się głośno naprzemian, gdy trzeszczały nadmiernie obszycia i wiązadła statku, oddanego bezwładnie na igraszkę fal.
Aliści nie na tem był koniec ich cierpień i przerażenia. Na dodniu tej nocy wpadli do kajut oficerowie, Chruszczow, Baturin, Panow, i wszystkich, kto żyw, z wyjątkiem do bezwładności chorych, wypędzili na pokład. Wychodzili niechętnie i z wielkiem szemraniem. Gdy zaś nazewnątrz w ciemnościach nieprzeniknionych uderzył nagle ich rozespane ciała okrutny ziąb powietrza, siekącego śniegiem i lodem jak żelaznemi biczami, gdy niepewne stopy ich ślizgać się zaczęły po zlodowaciałym, uchodzącym wciąż z pod stóp pomoście, gdy raz i drugi przeraźliwie zimna fala z hukiem rozplusła się i zawrzała wokół ich kolan, mocząc docna obuwie i lichą ich odzież, — wielu z wyciem i klątwami cofnęło się napowrót, nie rozumiejąc, azali są żywi lub już po śmierci ocknęli się na dnie lodowych kręgów piekła.
Strzegący wyjścia strzelcy Urbańskiego bili ich kolbami i odpychali napowrót, oficerowie płazowali kordelasami. Wszystko nadaremno!... Wszczął się rozruch, mogący wszystkich zgubić w mroku nocnym, gdzie mocował się człowiek z człowiekiem i chwytał za gardło, nie wiedząc kogo trzyma: przyjaciela czy wroga!?
A fale, bijąc raz za razem, porywały ludzi i przetaczały ich od burty do burty, niby ziarna w przetaku.
Wtem w czarnościach nocy zaświeciła raz i drugi krwawa błyskawica i rozbrzmiał huk strzału pistoletowego, a potem, głusząc ryk Oceanu, zadźwięczał z mostku u wielkiego masztu głos Beniowskiego:
— Opamiętajcie się, ludzie, co czynicie!... Czyli wolicie bezrozumnie utonąć, jak rzucone do szaflika szczenięta, miasto ratować się, gdy pomoc jeszcze możliwa!... Nastajecie wzajem na siebie, miasto użyć tych samych wysiłków we wspólnej pracy?... Do pomp, na reje!... Zczyszczać z masztów, zrzucać, otrząsać z lin, z rej namarzające śniegi i lody, gdyż inaczej ciężar ich, zwiększając się, wywróci statek nasz do góry dnem i nikt z nas żyw nie ujdzie!... A przecie wiatr słabnie i może godzina jaka, niewięcej, dzieli nas od wybawienia!...
Część bliżej stojących, co usłyszała przemowę, wróciła do przytomności i za przykładem oficerów, na ich komendę, zaczęła zajmować stanowiska; reszta przyłączyła się do nich.
Ciężką mieli pracę. Statek pochylał się gwałtownie wtył, podnosząc wysoko przód swego kadłuba. Jednocześnie pokładał się ciężko na prawy bok, jak raniony w skrzydło ptak. Uwikłani wśród rej i sznurów majtkowie czuli i słyszeli wybornie statku umieranie, niezwykłe chrapania i chlusty zalegających go bałwanów. Kurczowo trzymali się skostniałemi rękami lin, obejmowali drzewca przecznic i masztów, wśród których wydawało się im, że już szumią zwycięskie fale. Mała tylko cząstka najmężniejszych nie ustawała w trudzie, pompując wdzierającą się do środka okrętu wodę, obijając śnieg i lód z obmarzłych koszów bocieńca, z lin, z drabin sznurowych, których oka, zalepiane śnieżycą, nie pozwalały wdzierać się wzwyż, przedstawiając litą deskę lodową. Nikt już jednak nie wątpił w rychłą zgubę, więc wielu modliło się głośno.
Nadomiar wszystkiego padł z wielkim trzaskiem maszt tylny, przeciążony lodowatym namrozem, pokrywając pokład namiotem swego olinowania. Jednocześnie wszakże rozbrzmiał z bocieńca głos, budzący otuchę w nowińcach, lecz pełen grozy dla doświadczonych marynarzy.
— Ziemia!... Ziemia!...
Istotnie w ryku fal brzmiał jakby nowy ton, wielogłosy, przejmujący klangor, straszliwy, łkający chlupot bijących o twardy brzeg morskich dokładów.
Beniowski skorzystał z podniecenia wywołanego tą wieścią i żywo zajął się uprzątaniem upadłego masztowia.
Nareszcie mętny świt rozednił cokolwiek ciemności. Dostrzegli nieopodal wysoko, kołyszące się w mgłach, falach oraz śniegowej kurniawie białe, straszne widma:
— Icebergi!...
Na szczęście pod ich osłoną wiatr jakgdyby mniej dokuczał, zwolniał, a i fale jakby przywarowały, choć zato zamrowiła się na nich kra ostra, jak tłuczone szkło.
Pracującym nad poprawą złamanego masztu udało się wreszcie wykryć przy bladem świetle mglistego poranka przyczynę tak niebezpiecznego pochylenia wtył okrętu. Była nią bryła lodu, wmarznięta między sterem i wystającym pośladkiem statku.
Można się było doń dostać jeno z wielkiem niebezpieczeństwem na linach, służących do spuszczania batu i szalupy. Grały tam wciąż flukty wzburzone, bijąc wytryskami aż na sam pomost.
Stali przerażeni i bezradni, patrząc niby w samo oblicze śmierci na głaz lodowy, błyskający zdradliwie wśród zwojów piany i wirów. Zdawało się, że niema na ten koniec rady, gdy Beniowski krzyknął, kto z nim pójdzie na ochotnika, schwycił siekierę i kazał się liną przewiązać.
— Ja!... — rzekł pierwszy Stiepanow, występując śmiało, a za nim i inni.
Uzbrojeni w bosaki, oskardy i drągi, spuścili się jeden za drugim z wystającej za krawędź statku „bugsztangi“ i, pracując z niesłychanym wysiłkiem napoły pod wodą, odłupali wreszcie bryłę i uwolnili ster. Wstał statek i łatwiej pomknął po falach. Wzrosło wszakże inne niebezpieczeństwo, gdyż gęsty śnieg w przycichłem powietrzu jął padać wielkiemi płatami, ubielił maszty, wypełnił bocieńce, przetkał docna oczka drabin sznurowych, otulił obmarzłe węzły lin i zwoje żagli, grubym całunem zasłał pokład, a, zwilżany pryskami bałwanów, zamieniał się niebawem w długie sople lodowe, w lśniące głazy, w twardą i śliską skorupę.
Całe kupy jego, całe złomy zrzucali ludzie z lin i rej; inni, uzbrojeni w łopaty i oskardy, sczyszczali zaspy z pokładu, ale przemarzłe członki i zgrabiałe palce odmawiały już im posłuszeństwa; okręt znowu chylił się na bok, jak konający, i podobny coraz bardziej do tych brył, co obijały się o jego boki, sunął coraz bliżej i bliżej ku skałom lodowym, jęczącym miljonem głosów, niby dzwony pogrzebowe.
Zguba zdawała się nieuchronną, i nawet Beniowski zwątpił już w ratunek, nie przestał jednak napędzać do wysiłków napozór próżnych, do postawienia napowrót zwalonego masztu, do walki ze śnieżycą, która grzebała ich w tężejącym, lodowym całunie... Już statek podobny był do kryształowej trumny, obwieszonej na omasztowaniu lodową koronką, już ręce opadały najsilniejszym w tej walce nierównej... Już chcieli, wzorem reszty załogi, położyć się w zaciszu, aby usnąć na wieki, skamienieć wraz ze statkiem całym, gdy prąd wepchnął okręt wypadkiem w małą niszę, utworzoną przez dwie wsparte o siebie szczytami góry lodowe.
Beniowski kazał natychmiast zaczepić o najbliższy zrąb linę. Lina wytrzymała odpływ i statek ostał się w tym porcie malutkim. Napełniło to pewną otuchą i nadzieją zwątpiałych już ludzi. Wytchnęli, a pokrzepieni gorzałką i jadłem, wzięli się do porządkowania statku z zapałem, czemu sprzyjała i światłość nadchodzącego dnia i spokojniejsza gra morza. Około południa statek był już jako tako opatrzony, oczyszczony, obłupany z lodu i śniegu i zdatny do dalszej żeglugi, choć pompy musiały wciąż odlewać sączącą się do jego wnętrza wodę.
Beniowski doskonale rozumiał, że pod zdradliwemi lodowcami długo nie mógł przebywać, że lada chwila mogły się one, podmyte przez wiry, zapaść, obalić i pogrzebać pod swem rumowiskiem ich drobny stateczek. To też skorzystał z pierwszej sposobności, kiedy otwarło się szersze przejście między nagromadzonemi przed niszą krami; kazał spuścić szalupę, aby statek z zacisznego ukrycia wyholować. Morze już znacznie się uspokoiło, wiatr zmienił kierunek i wiał słabo, śnieg ustał. Sądzić należało, że prądy wyniosły ich wraz ze zbawczym „icebergiem“ poza sferę szturmu. Gdy znowu żagle rozpostarli i popłynęli, lawirując wśród spotykanych pól lodowych i ruchomych lodowych skał, zbliżył się Chruszczow z deputacją od załogi i prosił, aby dalej już na północ nie żeglować, że załoga zdaje zupełnie swe losy na „jenjusz“ Beniowskiego, przekonawszy się, jak dalece miał słuszność we wszystkiem, co przepowiadał.
— Być może, iż istotnie są tam ciepłe i wolne wody za temi lodami, lecz sami widzicie, jak trudno je przejść, jak mało nasz statek do tego przysposobion!... — odrzekł spokojnie Beniowski.
Zawrócił więc natychmiast „Piotra i Pawła“ na południe, biorąc w rufę północno-zachodni pół-wiatr, wyprzedzając podążające za nim lodowce.



XI.

Obsługa zaciekającego mocno statku wymagała zdwojonych starań, lecz duch nowy wstąpił w załogę i robota szła raźno. Beniowski na znak swego ukontentowania kazał wydać wszystkim podwójną porcję gorzałki.
Miał wielką chęć odwiedzić Nastazję i właśnie posłał do niej Bielskiego z zapytaniem, czy może go przyjąć, gdy wpadł do kajuty Panow z Kuzniecowem, donosząc wzburzonym głosem, iż nowa powstała wśród wichrzycieli zmowa, iż skłaniają pospólstwo ku żądaniu, aby zaraz do lądu stałego przy pierwszej sposobności zawinąć, a potem przebijać się już dalej do ojczyzny piechotą z bronią w ręku.
— Któż to tak radzi?... — spytał Beniowski.
— Nie wiemy... Do mnie zwrócił się z propozycją Sacharow, ale ten prosty człowiek od siebie tego powziąć nie mógł i należy domyślać się udziału kogoś z oficerów... — odrzekł Kuzniecow, rzucając zukosa spojrzenie na Panowa.
— Jeżeli to Stiepanow, Bóg świadkiem, że palnę mu w łeb!... — krzyknął ten, oblewając się rumieńcem.
— Uspokój się! Mam powody przypuszczać, że nie on!... — odrzekł, również czerwieniąc się zlekka, Beniowski. — W każdym razie trzeba przeprowadzić badanie i dotrzeć do źródła!...
— Cóż z tego, kiedy znowu skończy się na pustej ceremonji!... Ty, Beniowski, naszych ludzi nie znasz!... Oni są twardzi, pobłażania nie rozumieją... Uważają to za słabość, za lęk... Czy przed Bogiem, czy przed ludźmi... to wszystko jedno... To dobre może we Francji albo u was w Rzeczypospolitej... Czy jak tam! Ale my tak sądzimy, że jeżeli Bóg stworzył piekło, to znaczy, iż chce, aby grzech był ukarany! A ty co czynisz?... Przebaczasz i przebaczasz!... I poco? I siebie gubisz i nas wszystkich w stałości chwiejesz?... Kto wie, co wolno, a co nie wolno, jeżeli niema kary?... Bez kary niema posłuchu, a bez posłuchu niema jedności... Każdy wtedy w swoją stronę wierzga, a potem siebie przeklina i słabóść władzy potępia... I słusznie!... Nakaz potrzebny ludziom, bo daje im spokój, bo zwalnia ich od rozmysłu i niepotrzebnej rozterki... A powiedziane jest: wyrwiesz kąkol i oddzielisz go od pszenicy... I któż to ma uczynić, jeżeli nie wybrańcy powszechności!?
— Tak, tak!... Pobłażać, aby potem głowy ścinać!... To na nic!... Zato szanujemy i kochamy władzę, że nasze postępki bierze na swoje sumienie!... — dodał Panow.
— W każdym razie trzeba przeprowadzić śledztwo!... odrzekł chmurno Beniowski.
— Poco śledztwo?... Zawołaj zaraz Sacharowa, powtórzę mu w oczy, co mi gadał!... Niech następnie wyda wspólników, osądź sam, ukarz ich niezwłocznie! Jesteś tu panem wszechwładnym!
Nie zgodził się Beniowski na taką propozycję, lecz wyznaczył do zbadania sprawy Panowa i Baturina. Czekał właśnie na relacje, gdy Bielski przyniósł mu zaproszenie od Nastazji.
— Nie jest jeszcze zupełnie zdrowa po strasznej wczorajszej nocy, czuje się jednak znacznie lepiej i pragnie cię widzieć!...
— Powiedz, że zaraz przyjdę!...
Skinął na starego, żeby zostawił go samego i znowu pogrążył się w zadumie.
Znał tych ludzi i rozumiał dobrze, że Kuzniecow miał rację do pewnego stopnia, że Panow prawdę powiedział, iż „będzie musiał niedługo głowy ścinać“. Nie mógł jednak zdobyć się tym razem na twarde postanowienie, wahał się, pełen bólu i głębokiej odrazy.
— Winni są!... Istotnie knowali spisek!... Prócz Sacharowa wykryliśmy jeszcze trzech, którzy podmawiali załogę... Czuje się, że w głębi działają tam jeszcze jakieś inne ręce, ale winowajcy zacięli się i nic nie mówią. Czy każesz ich podnieść na dybę?...
— Nie!... Cóż mi z tego, jeżeli oskarżą... pół załogi? Niech winowajców już wyśledzonych zakują i wtrącą na dno okrętu! Wysadzę ich na pierwszej wyspie wraz z Izmaiłowem!
— Wszystkich trzech każesz zakuć?... Bo myśmy tylko Sacharowa skazali na chłostę, a tamtych na dzień stójki u masztu z postronkiem na szyi — zauważył Baturin.
— Wszystkich trzech!... — powtórzył z pewną zaciętością Beniowski — wszystkich trzech!...
— Wielka mi kara!... Zostawi ich!... Tego tylko pragną! Całą załogę rozsiejesz w ten sposób po morzu... Wygubisz po jednemu dla swojej cnoty!... A gdy będą umierać tam w pustyni z głodu i chłodu, słusznie wyzywać będą pomstę boską na twoją i nasze głowy... Jak ma iść tak, to lepiej było nie zaczynać!... Nawet najwierniejsi przyjaciele przeciw tobie, Beniowski, się obrócą... — wybuchnął nagle od progu czekający na wyrok Kuzniecow.
Porwał się z miejsca Beniowski i pięść ciężko na stół opuścił.
— Przestań, na Boga, gdyż od ciebie surowość mą zacznę!... — krzyknął, błyskając oczyma.
U Kuzniecowa również krwawo zaświeciły źrenice.
— Co?... Ode mnie?... Ha!...
Baturin wpadł między nich i, rozkrzyżowawszy ramiona, wołał:
— Zastanówcie się, co robicie!... Tam bunt i tu bunt!... Kuzniecow, Kuzniecow!... Dawnoż to, bracie, zasłaniałeś go własną piersią!...
— Właśnie, a on okazał się babnikiem i niedołęgą!...
Blady Beniowski, ogarnięty napadem zdarzającego mu się szału, przygryzał wąsa i żuł w ściśniętych ustach srogie przekleństwo; lecz wzrok jego nagle spotkał się z gorejącem spojrzeniem Sybajewa, który stał w progu. Rozdęte nozdrza oficera drgały i cały on chylił się w stronę Kuzniecowa, macając prawą ręką głownię krótkiego mieczyka.
— Dosyć! Spełnić, com kazał! Bez gawęd!... Zakuć ich wszystkich trzech i wrzucić na dno okrętu!... — powtórzył Beniowski z mocą, ale już spokojnie. — Możecie odejść!...
Baturin pociągnął mocno Kuzniecowa za rękaw, Panow go zlekka popchnął ztyłu i wytoczyli się za drzwi, a za nimi pośpieszył Sybajew. Beniowski znowu usiadł i pochylił się nad mapą; nie wiedział nawet dobrze, gdzie okręt się znajduje, gdyż z trudem wielkim w krótką chwilę przebłysku słońca z poza chmur udało mu się zaledwie wyznaczyć szerokość geograficzną miejsca, południka zaś nawet w przybliżeniu nie miał sposobu określić: wszystkie rachuby do znaku zniszczyła i splątała burza. Patrzał na pokratkowane papierzysko, na ciemne kontury lądów i kropeczki wysp, na strzałki rzekomych prądów i po raz setny przebierał w myśli wyrozumowane mozolnie kalkulacje... Jeżeli prąd ich niósł wciąż wraz z lodami, mogli być równie dobrze wpobliżu Azji, jak i Ameryki, ku którym pędził ich wiatr znowu!...
W gruncie rzeczy nie był w stanie chłodno teraz myśleć o niczem. Jeszcze mu drżały wnętrzności na wspomnienie przeżytej sceny. Pragnął zająć się czemkolwiek, aby się poprostu uspokoić; ale chmurne zamyślenie o załodze, o buntach, o niestałości ludzkich afektów, o tem, co się stało i co się stać może, trwoga o trwałość nadwerężonego okrętu, myśl o wyczerpujących się zapasach wody i pożywienia — nie dawały mu spoczynku, rwały na strzępy łańcuch kunsztownych wyliczeń.
Miał na twarzy wyraz nieskończonego znużenią, gdy Bielski po raz drugi zapukał ostrożnie do drzwi, a następnie wszedł nieproszony.
— Nastazja wciąż czeka z herbatą!... — rzekł cicho. — Miałeś z nimi przeprawę, widziałem!... A teraz sami się ze sobą swarzą!... Nie dasz sobie z nimi rady, Beniowski!... Inna w nich dusza!... Nawet najlepszego z nich niepodobna wyrozumieć nieraz!... Posłuchaj mię, sam ich uprzedź, sam rzuć, wyląduj na jakiej wyspie!... Niech robią, co chcą, z całym okrętem!... Pal ich sześć!... Niech giną, kiedy chcą, albo niech wracają pod swoje jarzmo!... Ja, ty, Urbański, Winblath... Jeszcze paru... Chruszczow, naprzykład... Nastazję weźmiemy... No i Niemca Medera, poczciwe Niemczysko!
— Ach, starosto kochanyl... Więc i ty też!?... — przerwał mu już ze śmiechem Beniowski.
Zasromał się stary na chwilkę, ale potem głowę dumnie podniósł.
— To nie jest zdrada!... To mus!... Nic z nimi nie zrobisz, nie dojdziesz do ładu; zobaczysz, że tylko sam zginiesz!... — mruknął.
— A no zginę, to zginę!... Wszystko jest hazardem na tym świecie! A tymczasem pójdę na herbatę do Nastazji Iwanówny!... Bo tu ciemno i smutno i nic już dzisiaj z mojej geograficznej roboty nie będzie!...
— A no idź!... Biedna ona, może najbiedniejsza na tym warjackim okręcie!...
W malej kajucie Nastazji panował mętny półzmrok, ledwie rozświetlony palącą się przed obrazem „lampadą“. Wątły ogieniek, przysłonięty czerwonem szkłem, kołysał się łagodnie na srebrnych łańcuszkach odpowiednio do pochyleń statku. Nastazja leżała wyciągnięta na pryczy i, patrząc na tę błędną iskierkę, przysłuchiwała się idącym z okrętu szmerom i okrzykom, skrzypieniu masztów i trzeszczeniu wiązadeł statku, zmagającego się z uderzającą weń falą. Gdy usłyszała kroki w korytarzyku, zerwała się żywo i zapaliła świecę woskową. Na małym stoliczku w drucianych gniazdach stały talerze z przekąską, filiżanki farfurowe z niebieskim rysunkiem i szlakiem chińskim, oraz czajnik mosiężny, nakryty serwetą dla ochrony zawartego w nim napoju przed ostudzeniem. Obejrzała to wszystko pilnem okiem, starając się wstrzymać przyśpieszony ruch piersi i zachować rumieniec na blednącej twarzy.
Gdy witał ją, całując w rękę, spojrzała mu w twarz z niepokojem:
— Co się stało? Znowu Stiepanow?
— Nie!... Tym razem... Kuzniecow! — odpowiedział z przykrym uśmiechem. Ze smutną żartobliwością przedstawił jej wydarzenia żeglugi od chwili, gdy zmowa i upór całej załogi zmusiły go do zawrócenia na północ, co omało nie zgubiło statku; skończył zaś na... projekcie Bielskiego.
— Nic z tego nie wiedziałam, nic nie wiedziałam... Leżałam bez zmysłów, jak płat... Umarłabym, nie wiedząc, co się ze mną dzieje...
— A co myślisz o projekcie starego?...
— Nie, ty tego nie zrobisz?... Ty ich nie rzucisz?... — powtórzyła nieco zatrwożona.
— Ależ nie!... Rozumie się!... Czyżbym mógł pozwolić sobie na te wszystkie walki z personainej li tylko korzyści!? Przecież dla tak niskich celów nie potrzebowałem przedsiębrać żadnej wyprawy!
Westchnęła i z pochyloną głową nalewała do filiżanek herbatę. Długie, białe jej ręce pływały nad obrusem wdzięcznie, jak lilje.
— I nie ukarzesz... tych trzech?... Nie ukarzesz!? Nie karz ich!... Bądź dla nich miłościwy, jak ojciec!... — prosiła.
Milczał, nie patrząc na nią.
— Oni ciemni, zaślepieni... grzeszni!... Wszyscyśmy grzeszni... wszyscyśmy słabi!... Bóg jednak jest miłosierny! Przebacz im!... — szeptała gorąco.
— Tak, oni są ciemni i zaślepieni i dlatego nie rozumieją innej mowy, jak siła... Cóż ja na to poradzę?...
— Poradzisz... Stracisz może więcej czasu, więcej będziesz miał zachodu... Trudów i kłopotów przybędzie ci, ukochany, ale... wszak sam mówiłeś mi, że wolność łagodzi i uszlachetnia. Ach, niech nie leje się więcej już krew... Przynajmniej z twej... ręki!...
Pochyliła się nad nim, starając się zajrzeć mu w oczy, i pozwoliła mu w tem zbliżeniu całować swe dłonie. Wtem drgnęła i usunęła się gwałtownie.
W korytarzu zadudniły szybkie kroki, i szarpnięte drzwi kajuty otwarły się szeroko; z ciemnej ich głębi wyjrzała blada twarz Stiepanowa.
— Tam się rżną... a wy... tu... W ładnem miejscu kryjesz się, Beniowski... z tą... tu... która... po... trupie ojca...
— Milcz, na Boga... lub... będzie to twoje ostatnie słowo!... — krzyknął Beniowski, zasłaniając Nastazję przed szaleńcem.
— Ladacz-ni-cca!... Nie-rząd-ni-ca!„. — sy* czał Stiepanow. — Ścierka ma-ry-nar-ska!
— Beniowski... Beniowski!... Gdzie Beniowski?... — rozległy się ztyłu wołania.
— Bywaj tu!...
— Gdzie?
— Zaraz... natychmiast!... Wołać naczelnika!
— Biją się, biją!... Wszystkich brać, wiązać!
Szumiały głosy w korytarzu pełnym ludzi. Wparty przez nich w głąb kajuty Stiepanow chwycił zapalczywie za leżący na stole nóż, ale go już ztyłu ujął za ręce Chruszczów z Panowem.
— Co się stało?... Powiedzcież nareszcie!... — wołał Beniowski.
— Wszyscy poszaleli... Rzucają się wzajem na siebie, niewiadomo dlaczego i poco... Ale zwada rozpoczęła się między stronnikami Kuzniecowa i Sacharowa... Bronili go od zakucia!... — wyjaśniał spokojnie Baturin.
— Chodź, wodzu!... Może opamiętają się na twój widok!... — prosił blady, jak śmierć, Łoginow.
— Każ tylko, a wszystkich posieczem!... — krzyczał Sybajew.
Przepchnął się Beniowski przez stłoczonych u wejścia oficerów i marynarzy, podążył na główny pomost, gdzie w zmroku wieczornym, w cieniu żagli, wśród zwojów lin, między beczkami i skrzyniami, na pustych placach i w zakamarkach, kotłowały się zadyszane ludzkie gromady, wrzeszcząc, wyjąc, wywijając pięściami, błyskając nożami, z pianą na ustach i wściekłością w oczach.
Rozlegały się przekleństwa, tupoty nóg, głuche uderzenia w ciało i kości ludzkie. A nad wszystkiem trzepotały wydęte, porzucone na wolę wiatrów płótniska żagli, niosąc chylący się to na jedną, to na drugą stronę statek w szumiącą i chmurną dal morza.
Beniowski kazał zebranym koło siebie ludziom świstać przeraźliwie w alarmowe piszczałki i wołać gromkim głosem:
Góry lodowe!... Góry lodowe!... Wszyscy na miejsca!...
Ustała bijatyka, oprzytomnieli szaleńcy, zajmowali z pośpiechem posterunki, pięli się po drabinach na reje, stawali u wiązadeł brasów i szutów, u kołowrotów... i z wytężeniem patrzyli w ciemności, gdzie istotnie majaczyły białe widziadła i lić morska lala się ze znanym im dobrze dzwoniącym grobowo klangorem.
Powszechna zwada skończyła się szczęśliwie na licznych jeno guzach i sińcach, na porwanej odzieży i kilku lżejszych ranach, które zaraz opatrzył Meder. Poczem Beniowski zebrał całą załogę, nie wyłączając kobiet, na przód okrętu i miał do niej długą przemowę. Przypomniał im ich cierpienia w Bolszej na Kamczatce, przypomniał długą i uciążliwą pracę spiskową, niebezpieczeństwa, na jakie wciąż narażeni byli, mściwość i złość rządu, następnie wyzwoleńcze walki okropne, szczęśliwym uwieńczone skutkiem. Policzył następnie wszystkie swary, zdrady, zamieszki, wykazał ich głupotę, ich nieobliczalność oraz szkodliwość. Mówił o niedawnem niebezpieczeństwie, o lodowym grobowcu, o pewnej śmierci, jaka groziła wszystkim i której udało się uniknąć jedynie dzięki niezwykłej łasce Opatrzności...
— Bóg chce wywieść nas z tej ziemi niewoli i nieszczęścia... wbrew naszym występkom i grzechom!... — mówił głosem przejętym. — Czyż inaczej udawałoby się nam tak wszystko!? Czyż więc w bezrozumie swym chcecie sprzeciwiać się Jego świętej woli i gwałtem chcecie ściągnąć na grzeszne swe głowy karzącą dłoń Jego!... Czyż nie piastuje On was, jak dzieci najmilsze, na swem łonie ojcowskiem?... Czyż nie dzięki li tylko Jego dobroci i miłości płyniemy na wątłej skorupie po wzburzonych toniach Oceanu!?...
Dalej wywołał w ich pamięci krwawe cienie zabitych towarzyszy, mówił o bólu, jaki czują, widząc z głębi niebieskiej swej chwały, jak idą na marne ich wysiłki, ich ofiary i bohaterstwo, ich krew i łzy...
Wielu ze słuchających płakało, inni żegnali się szerokiemi krzyżami, aż wreszcie Popow, który pochodził z duchowieństwa i był synem archimandryty, zaśpiewał uroczystym głosem:
— Święty Boże, Święty Mocny, Święty a Nieśmiertelny...
— Zmiłuj się nad nami!... — podchwycił tłum, padając na kolana. Bili się w piersi i chylili się, jak kłosy na wietrze, bijąc przyziemne pokłony. Wielu płakało, inni w głos spowiadali się, tamci, krzyżem upadłszy, jęczeli:
— Ukarz nas za grzechy nasze, ale zbaw nas!...
Ci, bliżsi Beniowskiego, otoczyli go na kolanach, błagając, aby ich pokarał, aby im pozwolił pokutą zmazać swoje przewinienia.
— Wróć okręt do Bolszej, oddaj nas niegodnych katom wojewódzkim! — wołali. Wtem majtkowie Chołodiłowa posępnym chórem zanucili:

Oj, wy ludzie, niewolnicy Chrystusowi,
Prawosławni chrześcijanie!
Żyjcie, Boga pamiętając,
Postępujcie nie gwałtownie,
Rozmawiajcie nie za wiele!...
Narodził się duch nieczysty,
Duch nieczysty, zły antychryst!...
Swe ponęty on zarzucił,
Nad siołami, nad miastami...
I wygania moich ludzi,
Do swej wiary ich nawraca...
Do swej cerkwi chodzić zmusza...
Swoich popów im posyła.
Swoich sędziów im narzuca,
Swe ukazy im naznacza...

— Nie chcemy, nie chcemy! — przerwali śpiew inni. — Lepiej w morzu utonąć, niż wracać!... Przebacz nam, przebacz wszystkim, panie i ojcze nasz, Beniowski!... Odtąd słuchać cię będziemy, jak samego Boga... Wypuść więźniów, przebacz im... W dniu skruchy i oczyszczenia... przez cierpienia nasze i łzy... Wróć do życia i wolności uwięzionych, każ sprowadzić grzeszników Sacharowa i Izmaiłowa... My ręczymy za nich, jak za siebie... Niech w powszechnem braterstwie i odpuszczeniu i oni będą z nami!... Łaski!... Co znaczy nędza ich wobec twojej i Boga potęgi!... — wołali.
— Zgódź się!... — prosili oficerowie.
Beniowski ustąpił, kazał więźniów przyprowadzić i przy świetle pochodni rozkuto ich z łańcuchów wśród powszechnej radości i uniesienia.
Wtedy Popow raz jeszcze zabrał głos i uroczyście przedłożył, aby powtórzyć przysięgę na wierność Beniowskiemu, i, podtrzymany gorąco przez wszystkich, zaczął:
— „W Imię Ojca i Syna i Ducha Świętego...“
Trzepotały nad nimi tajemniczo wydęte płótniska żagli, niosąc okręt, chylący się łagodnie z boku na bok, w szumiącą dal... Majaczyły woddali wokoło widma lodowe, dźwięcząc niemilknącym klangorem bijących w nie fal... A w górze spokojnie migały nad wszystkiem przymglone gwiazdy...



XII.

Przesiliła się na okręcie niezgoda, ustały swary. Ludzie znowu, jak bracia, jak w pierwszych chwilach wolności, łagodni i wyrozumiali, dzielili się myślami i kęsami chleba, niby komunją.
Leciał okręt, jak ptak, chętnemi kierowany rękami, omijał łatwo przeszkody, prześlizgiwał się chyżo między karawanami płynących bez końca z północy lodów.
Jedna Nastazja nie brała udziału w tym ogólnym błogostanie; ciężko chora leżała w swej kajucie, doglądana przez służebnicę kamczadalkę i starego Bielskiego. Nawet Beniowskiego nie dopuścił do niej doktór Meder, mówiąc:
— Gorączkuje!... Lepiej nie chodź!... I poco ci to?... A jej będzie gorzej!...
Beniowski nie nalegał. Miał zresztą codzień aż nadto zajęć z reparacjami poczynionych przez burzę uszkodzeń, wciąż biegali do niego z zapytaniami o to lub owo, o rozmaite drobiazgi, które w gruncie rzeczy powinien był załatwić ciemięga Czurin. Ten, dobry zresztą marynarz i człek spokojny, nie miał przemyślnej głowy, ani dostatecznej twardości ducha, rad więc odsyłał pytających do Beniowskiego, w ostateczności do Chruszczowa lub Baturina, którzy, oficerowie lądowi, wcale spraw morskich nie znający, kierowali również większość pytających do Beniowskiego.
Ale najważniejszą rzeczą, w której nikt mu pomóc nie mógł, było dla Beniowskiego wykrycie, gdzie się znajdują, i wykreślenie drogi statkowi.
Z utęsknieniem więc wpatrywał się Beniowski w widnokrąg, zasnuty szaremi chmurami, i w nieskończone wały fal, biegnących zwartemi rzędami.
— Przecież wkońcu ukaże się jakiś znak, po którym poznamy miejsce ziemi... Byleby tylko to nie była Kamczatka!... — rozmyślał.
Pilnie więc przestrzegał, by w dążeniu na południe zbaczano raczej na wschód, niż na zachód. Prąd... niesie nas prąd!... Na to liczyć musimy!... — dowodził Chruszczowowi na zapytanie, czyli istotnie do Kalifornji zawinąć zamierza, że tak w tym kierunku zabiera.
— Wylądujemy w pierwszem dogodnem miejscu, a to ze względu na brak wody i zły stan okrętu, ale o pozostaniu w Kalifornji na stałe nie myślę z wiadomych ci powodów. Jest to kraj pusty i dziki, jak Kamczatka; ta różnica jeno, że ciepły ma klimat!... Rząd rosyjski trafiłby tam do nas równie dobrze, jak do Ochotyna w jego schronisku... A napewno pośpieszy to uczynić, gdyż inaczej po naszem wystąpieniu żadnej władzy nie utrzyma w swych dalekich dziedzinach. Bardzo więc jest pewnie na nas rozsierdzon i szukać nas będzie z wielką usilnością. Dlatego i my musimy uciekać z wielką usilnością jak najdalej, pod opiekę jakiego mocarstwa, jak wam to już przekładałem.
Wszyscy więc z utęsknieniem wyglądali lądu.
Wreszcie na piąty dzień pomyślnego względnie pływania padło z bocieńca radosne:
— Ziemia!...
Istotnie na południo-zachodzie wyłoniła się mglista, nieruchoma chmura, bodąca morze ostrym, wyniosłym szpicem. Trudno było rozpoznać, czy wyspą jest, czy przylądkiem większego kontynentu. Już samo położenie tej ziemi wzbudziło nieufność Beniowskiego. Mimo to kazał zwinąć część żagli i, lawirując, zbliżał się ku brzegom. W odległości paru mil morskich spostrzegli dwie bajdary pełne ludzi, płynące ku nim na wiosłach.
Po odzieżach rychło poznano Czukczów i zrzucono im drabiny, aby weszli na pokład. Choć jednak wśród załogi znajdowali się ludzie, którzy miewali stosunki z Czukczami pasterskimi na północy Kamczatki, z wielkim trudem mogli porozumieć się żeglarze z przybyłymi, gdyż ci mówili zupełnie odrębnem narzeczem. Ze słów ich wymiarkowali jedynie, że dzicy bardzo ich zapraszają do siebie, że „Alaksyna“ jest niebardzo daleko, ale właśnie w tej leży stronie, z której płynie „Piotr i Paweł“, że wysp, jakie mają przed sobą, jest cztery, a o czternaście mil dalej za niemi zaczyna się „Wielka Ziemia“.
Domyślił się Beniowski, że to Azja.
Skorzystawszy z tego, że kra przetarła linę, na której holowano bajdary czukockie, zamiast dać im nową, kazał dzikim statek niezwłocznie opuścić, udarowawszy ich na pożegnanie nożami i rozmaitemi drobiazgami. Poczem zaraz polecił rozpuścić wszystkie żagle i, wziąwszy w nie pełny wiatr, nawrócił ku Ameryce.
Wielu z gniewem i rozżaleniem patrzało na niknącą we mgle ziemię, lecz zbyt świeże jeszcze mieli w pamięci przysięgi, aby śmieli wypowiadać głośno swe niezadowolenie.
Coraz mniej spotykano po drodze lodów. Pomyślny wiatr gnał statek chyżo na wschód. Pod wieczór dostrzeżono znowu jakowyś ląd, którego przylądek wydłużały jeszcze bardziej nagromadzone u jego dzioba lody. Okrążyli ten kap, manewrując wśród licznych mielizn i skał, zmieniając żagle i czyniąc wciąż pomiary, aby nie wpaść na jaki załój albo rafę, ukryte wśród kier i chluszczących wysoko z pod nich burzowin. Nastała noc i o lądowaniu nie mogło być mowy. Szczęściem, że toń za przylądkiem okazała się spokojna i wolna od lodów. Postanowiono drejfować tu do rana.
Jednakże o świcie doniósł Beniowskiemu oficer wachtowy, że ziemia w dziwny sposób znikła.
Wyszedł Beniowski i z mostku kapitańskiego pod wielkim masztem obejrzał uważnie widnokrąg, srebrniejący od świtu, oraz gładkie, lśniące morze, zawoalone, niby szronem, cieniuchnym muślinem mgły. Istotnie było cicho i zupełnie pusto na wodnych wokoło roztoczach, wiatr ledwie wiał i kiedy rozpiętych żagli marszczyły się i przykro motały.
Kazał rzucić popławek, aby przekonać się, czy nie niesie ich prąd, a jeśliby tak, to w jakim kierunku? Dowiedział się z przyjemnością, że płyną na południe, a że i wiatr, choć słaby, wiał w tym kierunku, więc kazał wszystkie żagle rozpiąć, aby podążać tam ze zdwojoną szybkością.
Wielu jednak z załogi z goryczą dowiedziało się o nocnym fenomenie.
— Dokąd nas wlecze ten stary bez wody, jadła i w dziurawym statku!?... — mruczeli.
— Woda i niebo!... I nikt nie wie, gdzie ich kres!?...
— Może u antypodów, co chodzą do góry nogami!... Będziecie i wy musieli nauczyć się toczyć na głowie, jak na kole, a pięty używać zamiast gęby! — żartował Urbański.
— A głównie poco to wszystko?... Dlaczego wczoraj nie lądował?... Morze było spokojne, jak staw.
— A poto, że na wodzie to on nas ma w garści!... Co bez niego poczniemy na nieznanych głębinach?...
— Jużciż!...
— Tymczasem na ziemi, jeszcze niewiadomo, czyja będzie górą!?...
— Dlaczego nie zatrzymał się u Czukczów!... Mielibyśmy pewne pożywienie i pomoc ludzką!...
— Ba!... Bał się, że go schwycą!...
— Więc poco było gadać wtedy, że chce się niby za nas w ręce rządu oddać, że gotów do Bolszej nawrócić!?..
— Poco gadać?... Łże!... Zawsze łgał!...
— Ziemia sama znikła!... A jakże!... Pocichutku kazał od niej odpłynąć...
— Albo może położył co do kompasu...
— Albo nawet jakie słowo rzekł!...
— Na wszystko go stać!... Taki „papista i „papiernik“!
— Cicho!... Idzie Sybaj!... — ostrzegali się wzajem malkontenci, gdy zbliżał się który ze stronników Beniowskiego.
Zaraz jednak niezadowolenie dało się wyczuć w gorszej, nie tak chętnej robocie majtków i hardości ich odpowiedzi.
Wieczorem doniósł Chruszczow Beniowskiemu o nowych knowaniach.
— Stiepanow?... — spytał chmurnie Beniowski.
— Nie. Całe szczęście, że go jakoś nie widać!... Mniejsze pieski tymczasem: Izmaiłow, Sudejkin, Sacharow, Poranczin... Czy wziąć ich?
— Nie. Pilne jeno dać na nich baczenie... A ludziom zwiększyć robotę!... Niech myją pokład, jeżeli niema nic innego. Niech suszą i skręcają sznury, łatają żagle, czyszczą bloki... Niech mają pełne ręce zajęcia!...
— I przy zajęciu mogą gadać, nawet łatwiej!... A będą szemrać, że praca ciężka i bezużyteczna, gdyż statek i tak przecie zostanie dla reparacji i utkania szpar wywleczony na ziemię!...
— Zrób, jak mówię! Zrób, proszę!... Spróbujemy... Nie chcę używać srogości.
— I ja nie chcę! westchnął Chruszczow.
Wypędzono całą załogę na pomost. Dzień, choć chmurny, był przyjemny; statek prawie bez kołysania mknął ku połyskującemu srebrem widnokręgowi, gdzie wydęte białe obłoki spoczywały ciepłemi piersiami na zwierciadlanej toni. Oficerowie, według zlecenia Beniowskiego, gęsto przechadzali się wśród pracujących majtków, robiąc im uwagi, udzielając wskazówek.
Rychło zapanowała wesołość i rozległy się żartobliwe opowiadania i gadki o niewieścich wybiegach i ich zdradliwościach; wreszcie kozak Gałka zaśpiewał ochrypłym basem na dziobie statku, aż zadudniły oba pokłady okrętu:
— „Pośrodku jasnej świetlicy...“
— „Oj, po samym jej środeczku!...“ — podchwycił chór majtków.
— „Stoi łoże z kości słoniowej!...“
— „Z kości białej i pozłacanej!...“ — wtórował chór.
— „A na łożu leży pierzyna...“
Chór: — Oj, pierzyna z puchów łabędzich!...
— „A na pierzynie leży wezgłowie...
Chór: — Kryte atłasem, szyte perłami!
— „A na wezgłowiu młodziuchna żona...“
— „Młodziuchna żona cacana, tłusta, rumiana...“ — powtarzał chór.
Z góry tymczasem, z rej i drabin sznurowych lał się śpiew inny, cichy, żałosny, który spadał w powszechny burzliwy ryk, jak stłumiony daleki płacz. To śpiewali sekciarze Chołodiłowa, pracujący przy żaglach:

O raju, mój raju,
Przepiękny tyś był
I dla mnie, Adama,
Stworzony tyś był...
I z Ewą zamknięty
W tym raju jam był...
Lecz Ewa zgrzeszyła,
Zakon naruszyła,
Adama skusiła...
Dla rodu naszego
Zamknięty raj święty...
I spokój stracony na wieki“...

Długi czas te dwa śpiewy jakby walczyły ze sobą; wreszcie burzliwy, poziomy umilkł i z góry płynął już samotny, smętny chór:

Krzywda z Prawdą się schodziły,
Krzywda z Prawdą się zmagały;

Krzywda Prawdę pokonała...
Krzywda na ziemi została,
Prawda poszła na podniebie!...
A stąd chwała Panu Bogu,
A stąd psalmy archanielskie,
Dla starców na posłuchanie,
Dla młodzieńców w douczanie...

Nawet oficerowie pilnie słuchali tego tęsknego śpiewu. Jeden tylko zamyślony i zakłopotany Beniowski zdawał się go nie słyszeć. Często wstępował na mostek i patrzał wdał przez szkła. Nic nie wskazywało, żeby gdzieś blisko była ziemia.
— Co czynić?... Wody istotnie pozostało już mało!... Trzeba będzie ograniczyć porcje!... Chorych przybywa!... Mapa nie daje żadnych wskazówek!... A jeżeli pęd wody uniósł nas na sam środek Oceanu!? Gdyby słońce przedarło się przez chmury, mógłbym dokładniej określić szerokość! A tak kto wie, gdzie jesteśmy? Dobrze, że choć ciepłość się zwiększa i znikła obawa przed lodami!... — rozmyślał oparty o poręcz mostku.
Dostrzegł go tam niebawem Chruszczów i drapał się ku niemu, rozpuściwszy na wiatr potarganą brodę.
— Co nowego?...
— Załoga głodna!... Wypadnie rozdać resztkę sucharów!...
— Rozdaj!...
— Co poczniemy jutro?...
— Jutro daleko!... Mamy czas!... Za godzinę możemy stanąć u lądu!... Tu... tu... już gdzieś blisko powinny być albo wyspy, albo sama Alaska!...
— Więc gotóweś i tam wylądować!...
— Ależ wyjdziemy na pierwszy spotkany skrawek ziemi!... To się rozumie!...
— Nie lądowałeś jednak... onegdaj!
— Czy mi zaręczysz, żebyśmy tam nie zostali? Czy masz pewność, że rząd już nie uprzedził i nie podkupił nadbrzeżnych Czukczów, że nie było wśród nich przebranych kozaków?... Uważałeś, jak nas bardzo wabili na brzeg?...
— Opieraliśmy się i nie takim siłom!...
— Ale dawniej!... Czy nie widzisz, jak mocno nadwerężył się duch załogi?...
— Myśleli, że żeglowanie po Oceanie będzie jeno przyjemną dywersją!...
— Wyczerpani są, potrzebują wypoczynku... Wiem o tem i dlatego nie mogę lądować byle gdzie...
— A jednak będziemy to musieli zrobić przy pierwszej sposobności... inaczej grozi nam rokosz!...
— Rokosz grozi nam zawsze!... — uśmiechnął się Beniowski — bośmy sami powstali z rokoszu!...
— Wyznaję, że wyobrażałem sobie to wszystko trochę inaczej!
— Więc żałujesz i ty, przyjacielu?...
— Nie, nie!... Bynajmniej!... Ale... nie widzę końca!...
— Końca?... Założymy państwo w celu ulepszenia rodzaju ludzkiego, wolne państwo nowych obywateli, gdzie prawa będą rozumne i sprawiedliwe...
— Z tymi ludźmi?...
— Niekoniecznie z tymi!... Może znajdziemy innych... Ci nam posłużą tylko za podściółkę... Godnych z pośród nich zostawimy, odrzucimy niegodnych...
— A kto z nas godzien?... Kto godzien?... — szepnął cicho Chruszczow, zwieszając głowę.
— Zapewne. Z trudem doskonalą się ludzie — odrzekł niechętnie Beniowski, znowu przykładając lunetę do oka.
Chruszczow postał chwilkę jeszcze, lecz ponieważ rozmowa nie wznawiała się, powtórzył jeno pytanie:
— Więc każesz rozdać resztę sucharów!?
— Tak, rozdaj!... I gorzałki zwiększoną porcję!... Napracowali się dzisiaj!...
Chruszczow odszedł, a za nim spuścił się z mostku i Beniowski. Przeszedł między szeregami gotujących się do spoczynku i wieczerzy ludzi, kiwnięciem głowy odpowiadając na pozdrowienia i zamieniając z tym lub owym wesołe uwagi...
— Cóż, Urbański?... Schudłeś, przyjacielu, na morskiej kapuście?... — spytał spotkanego oficera.
— Szkoda, naczelniku, że jej już niema! Mniej mi ona dolegała, niż brak twardego gruntu pod nogami!... Człek od trzydziestu zgórą lat nie używał kołyski!...
— Wszyscy, widzę, tęsknicie do ziemi!... Będziecie ją mieli, tylko patrzeć!
— Co powiedział? Co?... — pytali, otaczając Urbańskiego.
— Powiedział, że ziemi ino patrzeć!...
— Ziemia, ziemia!... Gdzież ziemia?... — zaszemrano na pokładzie, ale wartownicy na bocieńcu milczeli. Czerwone światło zachodu przerwało nagle rzędy chmur na widnokręgu; wąska, purpurowa zorza zalśniła nisko nad złuszczonemi, szaremi wodami, barwiąc je krwawo. Gasnący dzień przed skonem podniósł na chwilę ciężką, ołowianą powiekę.
Beniowski wszedł do swej małej kajuty, chwilę postał nad stołem, gdzie bielały w zmroku rozłożone mapy, poczem lunetę położył, odzież na sobie poprawił, włosy przyczesał i wyszedł ponownie na korytarz. Rzucił okiem na przycichły pokład i skierował się ku mieszkanku Nastazji. Ale przed samemi drzwiami zawahał się i po krótkim namyśle zastukał zamiast do niej do Bielskiego.
Nie zaraz mu otwarto; z początku dosłyszał w komnatce szepty, westchnienia, jakby płacz stłumiony, poczem dopiero konfederat zapytał zupełnie blisko przeze drzwi:
— Kto tam?...
— To ja, Beniowski!...
— Aha! Proszę bardzo!
Stuknęła zawora i w szarej wieczornej półświatłości ujrzał pochyloną w ukłonie figurę starca.
— Któżto jest u ciebie?... — spytał Beniowski, wskazując ruchem głowy na postać człowieka skulonego na skrzynce pod luminatorem z twarzą zakrytą dłońmi.
— Stiepanow...
— Czy chory?...
— Nie!...
Beniowski chciał się cofnąć, ale w tej chwili Stiepanow sunął ku niemu i ukląkł przed nim, prawie upadł na podłogę.
— Łaski!... — wołał, wyciągając ręce. — Łaski!... Puść mię do niej!... Muszę ją zobaczyć!... Muszę przebłagać!... odwołać!... Przeklęty język mój, mój wróg! Niechby go wyrwał nareszcie oprawca!... Ale zmącił się mój umysł, gdym was ujrzał!... Ale teraz jużem się przezwyciężył... Kochajcie się, miłujcie!... Niech ona tylko będzie zdrowa, niech mię wysłucha, niech przebaczy... O nic więcej nie proszę!... Potem choć w morze skoczę!... Usunę się z waszej drogi, nieszczęsny!... Ach, pocóż, pocóż opuściłem kraj wygnania, by stokroć większą karmić się tutaj katuszą!... Tu... tu... o wątłą przegrodę ode mnie... pieścicie się... kochacie się... Ale niech tam!... Widać Bóg nie chciał... abym... Rad jestem, że choć ty korzystasz z tej nadziemskiej urody... z tej świętej duszy i ciała cudnego. Że nie zgaśnie ona zapoznana, jak lilja... Niech jednak wie, niech wie, że pragnę jej szczęścia, że błogosławię ją... choć tak cierpię przez nią... Że wiem, iż nie jestem jej godzien i że błagam jeno, jako łaski, jednego jej uśmiechu, spojrzenia... niech powie, że mię nie nienawidzi, że mi przebacza... Niech powie!... Wszak Chrystus nawet łotrowi przebaczył na krzyżu... A ja tak cierpię... Gorzej, niż na krzyżu, przybit jestem na tym okręcie przeklętym... Poproś ją, Beniowski... Przedstaw jej, że to słowo moje nierozważne wcale nie z serca mi padło, ale... nie wiem skąd!... Tak, ot, jakgdyby powiedział ktoś inny... Szatan za mnie powiedział!... Wciąż słyszę głos własny, straszny i obcy... Poproś ją, Beniowski!... Ubłagaj!... Nie znika mi na chwilę z przed oczu jej twarz blada, śmiertelnym porażona bólem!... Zmysły tracę, Beniowski... Ulitujcie się!... Cóż więc?... Puścicie mię?...
— Doktór Meder zabrania komukolwiek... Niebezpieczeństwo grozi jej życiu!...
— Właśnie! Może umrzeć z nienawiścią dla mnie!... Tego pewnie pragniesz!... A tego nie przeżyję!...
Dźwignął się z kolan.
— Co za niegodziwość!... Ależ ona nawet cię nie pozna, gorączkuje!... — oburzał się Bielski.
— Myślę, że nie jest z nią tak źle!... Przecież nie jestem zupełnym warjatem, nie prosiłbym was... Słyszałem wyraźnie, stojąc w korytarzu, jak rozmawiała ze swoją kamczadalką... W tem wszystkiem jest dużo przesady... Chcecie skorzystać z pozorów i zupełnie ją od świata odgrodzić!... — dowodził coraz krzykliwszym głosem.
— Milcz i wynoś się stąd!... tu nie miejsce robić hałasy!... — wstrzymywał go Beniowski.
— A ty?... Pocoś ty tu przyszedł?... To kiedy okręt tuła się po niewiadomych morzach, kiedy ludziom, co powierzyli ci swe życie, więcej swój honor, grozi głód, pragnienie i zagłada, ty tracisz czas na amorach pokątnych!... Dobrze!... Wiedz, że zaraz pójdę i opowiem wszystko załodze!...
— Nie, ty tego nie uczynisz, Hipolicie Wasilewiczu! — uspokajał go Bielski. — Toby doreszty dobiło Nastazję Iwanównę... To byłoby nawet podłe!... Wszak przed chwilą chciałeś ponieść najcięższą ofiarę, byle przywrócić jej zdrowie, zgubione przez twoją zapalczywość!... Czekałeś aż dotąd cierpliwie, już mniej ci pozostało zaczekać... Tam w krajach wolnych niewiadomo, jak się wszystko obróci!... Będziesz mógł znowu o jej uczucie konkurować!... Będzie wolną, wszyscy będziemy wolni!... Wszak nieraz rozmawialiśmy z tobą, jak niespodziewane bywają zwroty fortuny!... — przekładał mu stary, stojąc między nim i Beniowskim.
Oficer nie przestawał chmurnie patrzeć na rywala, ale uspokajał się widocznie.
Przyrzeknijcie mi jednak, że skoro tylko przyjdzie do siebie, wyrobicie mi u niej chwilkę rozmowy.
— To będzie wyłącznie od niej samej zależało!... — odrzekł Beniowski.
— Aha!... Wiedziałem, że mi tak odpowiesz!... Ale mam tego dość!... Jaki masz dowód, że ona istotnie tego sobie nie życzy?... Jaki dowód?... Wszystko przechodzi przez wasze ręce... Macie nad wszystkiem władzę!...
Zaczął się znowu rozogniać i machać rękami. Beniowski tracił cierpliwość; już chciał wezwać marynarzy, by wyprowadzili stąd siłą intruza, gdy nadbiegł Chruszczow, wołając:
— Beniowski, Beniowski!... Ziemia!...
— Wołać wszystkich na pokład — rozkazał. — A ty wracaj natychmiast na swe stanowisko!... — zwrócił się do Stiepanowa i, nie czekając, czy go usłucha, czy nie, sam ruszył na przód okrętu.
Oficer, zlekka popchnięty przez Bielskiego, mrucząc, podążył za nim.
Czarna plama ziemi, wyraźnie odrzynająca się na połyskującym w ciemnościach Oceanie, rosła w oczach. Niezadługo wytężony słuch żeglarzy uchwycił plusk dokładów morskich, bijących o strome brzegi.
Beniowski kazał zwinąć połowę żagli i wolno popłynął wzdłuż ziemi, szukając pilnie przez szkła lunety przystani w jej brzegach. Po niejakim czasie znaleźli głęboką szczerbę w lądzie, gdzie na dwudziestu sążniach głębokości zarzucili kotwicę ku powszechnej radości. Lecz lądować zaraz, wieczorem, Beniowski się nie odważył.



XIII.

Nazajutrz rano wysłał Beniowski dwudziestu ośmiu ludzi pod wodzą Chruszczowa, Panowa i Kuzniecowa, aby przejrzeli najbliższą miejscowość, czy jest zaludniona i dla lądowania bezpieczna, co gdy się okaże, aby wyszukali natychmiast brzeg dogodny do wylądowania statku i wyciągnięcia go na suszę dla kapitalnej naprawy.
Tymczasem na okręcie kazał wszystko do tego przygotować, liny pozwijać, bagaże popakować. O drugiej po południu przybył Chruszczow z doniesieniem, że miejsce odpowiednie znalazł i kazał już tam rozbijać namioty i budować szałasy. O wpół do trzeciej Beniowski brzeg wskazany obejrzał, uznał go za dobry i polecił Czurinowi statek wyładować i do reparacji jego niezwłocznie przystąpić, do czego wyznaczył trzydziestu sześciu zdolniejszych z załogi pod rządami Panowa. Reszta miała obsługiwać pracujących, warzyć im strawę, dostarczać wody, drzewa, opału, wreszcie trudnić się polowaniem oraz rybołówstwem. W tym celu potworzono oddziały, każdy pod wodzą osobnego oficera. Wiernego Sybajewa zatrzymał przy sobie jako adjutanta. Nazajutrz, 7 czerwca, gdy robota dokoła naprawy statku dobrze się posunęła i szła gładko, wezwał Beniowski na stronę Kuzniecowa, polecił mu dobrać sobie kilku towarzyszy i ruszyć na zwiady w głąb wyspy. W tym czasie doniósł mu Czurin, że choć znacznych uszkodzeń w statku nie znalazł, prócz szpar poczynionych na szwach przez wypadnięcie konopatki i odłupanie się smoły, musi jednak okręt całkowicie opróżnić i wywlec na piasek.
Najwięcej miał Beniowski troski z przeniesieniem na brzeg chorej Nastazji. Urządził dla niej osobny namiocik w miejscu zacisznem, kazał go ubrać świeżemi modrzewiowemi gałązkami, podłogę wyłożyć kobiercem. Ukazanie się chorej, którą wyniosły do łodzi na rękach niewiasty z Agafją na czele, zrobiło wielkie na wszystkich wrażenie. Wszyscy pozdejmowali czapki, a wielu robiło znak krzyża, patrząc na wychudłą twarz, na gorejące oczy, na cicho szepcące usta tej, którą od czasu wstawienia się za katowanymi uważali za świętą swą opiekunkę. Jej nieziemska piękność i łagodna słodycz zachowania się podbiły najsurowsze serca.
Stiepanowa nie było, gdyż Beniowski wysłał go przezornie z oddziałem Kuzniecowa.
Gdy wieczorem zwiady wróciły, już spano w obozie, czuwały jeno straże wpobliżu na wzgórkach i w niektórych namiotach świeciło się mdłe nocne światło. Przed sypialnią Beniowskiego stał szyldwach, który jednocześnie strzegł przystępu i do rozpiętego nieopodal namiotu Nastazji.
Dowiedziawszy się o tem, zasępił się bardzo Stiepanow i odszedł na ubocze, nie mieszając się już i nawet nie słuchając sprawozdania, jakie czynił Beniowskiemu Kuzniecow. Okazało się, iż z wielkiej góry pobrzeżnej, na którą się wysłani wdrapali, otwierał się widok na północom wschód na drugą wyspę, a ku wschodowi dała się widzieć niezmierzona okiem przestrzeń, górami i rzekami okryta. Zmierzch nie pozwolił dokładnie rozpoznać odleglejszych objektów... Kuzniecow prosił, aby mu wolno było dnia następnego wybrać innych ludzi, dzielniejszych, z którymi mógłby dalej posunąć się w tę stronę, aby zrobić lepsze spostrzeżenia.
— Widzi mi się, że kraj jest zaludniony... W wielu miejscach błyskały jakby ognie i włóczyły się białe opary do dymów podobne!... — dodał.
Beniowski zgodził się chętnie na propozycję, pod tym wszakże warunkiem, że znowu zabierze z sobą Stiepanowa. Skrzywił się trochę Kuzniecow, gdyż krnąbrny Stiepanow zwykł mu był w drodze czynić przeszkody i wstręty, ale zrozumiał intencję Beniowskiego i odrzekł półgłosem, uchylając się cokolwiek na stronę:
— Jużciż wezmę go, skoro każesz!... A gdy zacznie się mi sprzeciwiać, zepchnę go poprostu w przepaść! Co? Zgoda? Jak myślisz?...
— Boże uchowaj!... Boże uchowaj!... Zrobiłbyś go dla załogi męczennikiem, który, martwy, groźniejszy byłby dla spokoju, niż żywy... I rzuciłbyś na mnie cień niezmazany!...
Kuzniecow spojrzał na mówiącego z żartobliwem zaciekawieniem:
— Wszak i tak wystawia się przed wszystkimi jako męczennik!... I odkąd to boisz się więcej cienia, niż człowieka!?... Miałbyś spokój na całą drogę!
Przykra chmura przepłynęła po twarzy Beniowskiego.
— Zabraniam ci tego, zabraniam!... Jeżeli nie będzie cię słuchał, lub ludzi mącił, zwiąż go i odeślij do obozu z jednym lub dwoma ludźmi!...
— Czy nie lepiej związać go odrazu i zostawić w ustroniu, do którego wrócimy zpowrotem?...
— Nie!... Zrób, jak powiedziałem. Zresztą, o ile go znam, nie przypuszczam, aby, wobec twej wypróbowanej stanowczości, śmiał się opierać!... Potem będzie mącił, zapewne...
— Ha!... Dobrze!... Niech będzie, jak chcesz!... — odrzekł, wzruszając ramionami, Kuzniecow. — Ale wydaje mi się, że źle dziać się zaczyna od pewnego czasu... Osłabłeś, Beniowski!...
— Zapewne. Najlepszy dowód, że tak wiele gadamy z powodu tak prostego rozporządzenia... Nie dawaj więc złego przykładu, przyjacielu!...
Położył mu rękę na ramieniu i uśmiechnął się przyjaźnie. Kuzniecow trochę się nasrożył, cofnął, wyprostował, ale już nic więcej nie mówił i zaraz odszedł, aby wybrać ludzi i przygotować się do jutrzejszej wyprawy.
Nazajutrz dzień wstał piękny. Z różanego bukietu pogodnej zorzy wytrysnął złoty pęk słońca nad ciemnemi od lasów wzgórzami. W zatoce płaskie blado lazurowe szelingi z łagodnym szmerem biegły miarowo od morza i płytko rozlewały na żółtych piachach swe perłowe wachlarze.
Meder kazał podnieść boki namiotu Nastazji i chora, wpół leżąc, wsparta na poduszkach, zachwyconemi oczyma wodziła po zieleniejących się w słońcu łąkach, po żywym blaskiem mieniących się wodnych roztoczach, po lasach modrzewiowych, coś szepcących wdali, w podmuchach ciepłego wietrzyka, i ślących ku brzegom żywiczne, krzepiące wonie.
— Jak tu ładnie!... Jak ładnie!... — mówiła do Agafji, która siedziała u niej w nogach i wiła wianki z pęków świeżo narwanego kwiecia.
— Nareszcie człowiek trochę wypocznie od tego kołysania się i morskiego smrodu!
— Cóż robić, Agafjo, wszędzie są jakieś przykrości!...
— Dlatego właśnie, skoro się udarzyło dobrze, trzeba prosić naczelnika, żeby pozwolił nam się dosyta nacieszyć, żeby przedłużył tu pobyt...
— O nie!... Przeciwnie, śpieszyć się trzeba, śpieszyć... żeby raz z tem skończyć!...
Spojrzała na ciemny, ogromny kadłub statku, który leżał na boku wyciągnięty na piasku, jak martwy wieloryb. Dokoła niego i po nim samym pełzali ludzie, stukali siekierami, strugali heblami, zgrzytali piłami, skrobali, wbijali, dłubali. Siwe dymy płonących wokół ogni owijały ich ruchomemi girlandami i mocny aromat grzanej w kotłach smoły rozchodził się daleko. Wśród pracujących wciąż to tu, to tam migały postacie Czurina, Beniowskiego i Sybajewa i tęskna pieśń chóralna leciała po ziemi, budząc echa w rozłogach:

To nie brzózka z jarzębiem się splata,
To nie trawka owija bylinę,
To nie siostra tuli się do brata —
To junacy zbierają drużynę...

Skacze fala na wybrzeżną skalę,
Ryczą piany pod stopą dziewczyny...
Oj, przestoisz ty życie tu całe,
Bo nie wróci już nikt z tej drużyny...
............

— Dokąd się śpieszyć?... Abo nam tu źle?... — mówiła śpiewnie Agafja, oskubując z niechcenia kwiaty.
Wesołe jej oczy to ślizgały się po mocnych postaciach pracujących na brzegu mężczyzn, to biegły rozmarzone w słoneczną dal, wysokie piersi wznosiły się i opadały w głębokim oddechu, szeleszcząc leżącemi na nich sznurami pereł i korali. Nastazja słuchała z przymkniętemi oczami.
— I wcale mi niepilno do tych... ludzi!... Com od nich widziała dobrego?...
— Ach, gdyby nas zostawili w spokoju!... Ale Beniowski mówi, że jeżeli my nie pójdziemy do nich, to oni przyjdą do nas...
— Kto nas tu znajdzie w takiem zatraconem miejscu?...
Nastazja podniosła powieki i wzrok jej padł znowu na pochyloną nad jakąś grupą robotniczą postać Beniowskiego.
— On wie! — rzekła z głęboką wiarą. — Czy nie sprawdziło się wszystko, co przepowiadał?
— No tak!... Ale co znaczy jeden, dwa dni dłużej!... Tybyś go poprosiła, Nastazjo!... Dla ciebie on wszystko zrobi...
Zapłoniła się dziewczyna po kraj włosów i opuściła powieki.
— Mylisz się... Nie wszystko on dla mnie zrobi!... I dlaczego miałby zrobić? Zresztą ja go... nie poproszę! — odszepnęła cicho.
— Szkoda!... Bo myśmy tak uradzili, że najlepiej prosić ciebie o wstawienie się...
Umilkła, gdyż Beniowski nagle porzucił pracujących i zbliżał się ku nim.
Agafja wstała i odeszła w stronę kuchni, gdzie inne kobiety krzątały się u ogniska.
— Cóż, lepiej ci, kochana?... — spytał Beniowski, siadając na zydelku koło łoża Nastazji.
— O, znacznie lepiej!... Jutro już będę pewnie zdrowa!... W tem powietrzu taki balsam... Czuję, jak przenika mi w piersi... jak je goi i leczy, niby głaszcze!... Będę zdrowa!... Już jestem zdrowa... Nie troszcz się o mnie, doprawdy!... Cóż, statek bardzo ucierpiał od lodów?...
— Nadspodziewanie mało!... Boki miejscami pomięte i podrapane, ale nigdzie dziury nawylot!... Wprost łaska boska!...
— A stąd już pójdzie pewnie dobrze?... Morze otwarte... Co?
Beniowski westchnął.
— Napróżno straciliśmy czas!... Pozostało do przebycia tyleż prawie, co po wyjściu z Bolszej... Cały Ocean wpoprzek do Japonji, a drugie tyle stamtąd do osad europejskich...
— Więc cóż?... Kiedyż ruszamy?... Poco zwłóczyć... — szeptała gorączkowo.
Ogarnął ją smutnem spojrzeniem.
— Nie wiem!... Trzeba będzie się jednak trochę zatrzymać... ryb nałowić... upolować zwierzyny... — mówił wolno. — Meder również radzi to ze względu na chorych...
— Tylko nie ze względu na mnie, proszę cię!... Zabolałoby mię to niezmiernie... Niech już nie mam więcej wyrzutów...
— Ależ nie!... Ależ nie!... Zapominasz, że mamy dziewiętnastu chorych... Leżą w tamtym, ot, namiocie...
Wskazał ręką na wielkie żaglisko, naciągnięte na żerdziach, opartych o skałę.
— Bądź mi zdrowa!... Muszę już iść... Widzisz, szukają mię!... — dodał, kiwając głową na podążającego w jego stronę Panowa.
— Stiepanowa przyprowadzili!... — wołał ten zdala. — Co z nim zrobić?...
— Co z nim zrobić?... Puścić... ale... zakazać, żeby się do pracujących... nie zbliżał!
Nastazja poleciła natychmiast kamczadalce bok swego namiotu od tej strony opuścić.



XIV.

Choć statek był już naprawiony i stał nieopodal brzegu na kotwicy, Beniowski nie śpieszył się z ładowaniem.
Część załogi wyznaczył do czerpania i nalewania beczek okrętowych słodką wodą, inna czuwała nad sieciami i soliła ryby, większości zaś pozwolił rozejść się po wyspie, po lasach pachnących, po łęgach kwitnących, gdzie mieli szukać korzonków jadalnych oraz ziół leczniczych dla Medera, zbierać jaja ptasie, polować na bobry, na foki, na gęsi dzikie, na co się da. A że załoga składała się z młodzieży, więc rychło okolice rozbrzmiały wesołemi głosami, śpiewkami, zaczęły się gry i zabawy. Wielu poprostu pokładło się bezczynnie na trawach soczystych, na ciepłej, wygrzanej ziemi, ciesząc się jej nieruchomością, wchłaniając złaknionemi płucami czyste powietrze smoliste lasów.
Pogoda sprzyjała; rozsiane po błękitnem niebie chmury nie ćmiły prawie słońca.
Ten parudniowy wypoczynek nietylko chorych postawił na nogi, ale i zdrowych bardzo pokrzepił i dobrze usposobił.
Wieczorami, gdy rozmaici łowcy wracali do obozu, było wiele wrzawy, wiele śmiechu, wiele opowiadań o doznanych myśliwskich przygodach, o upolowanej zdobyczy.
Jedynie białogłowom, ze względów przystojności i dla uniknięcia zwad, nie pozwolił Beniowski opuszczać obozu. Zbierały się zwykle koło namiotu Nastazji i, szyjąc, łatając podartą odzież marynarzy, śpiewały pieśni.
Stiepanow przepadł gdzieś, czas cały krył się po lasach, często nawet na noc nie wracał.
Nie czynił mu Beniowski wymówek, choć oficer jakby umyślnie swą niekarnością brawurował.
Dnia 9-go czerwca po południu wrócił z wyprawy Kuzniecow. Doniósł, że o cztery mile od obozowiska spotkał wioskę i zwiedzał ją; składała się z ośmiu chałup. Na widok wyprawy mieszkańcy śpiesznie pouciekali, tak, że w jednem tylko domostwie zastano starą babę i kilkoro dzieci. Owa stara baba miała cerę śniadą, rozmaite figury odmalowane niebieskim kolorem na czole i nozdrza przekłute. Nie umiejąc ani słowa po czukczyńsku ani aleucku, nie mógł się Kuzniecow od niej niczego dowiedzieć. Znalazłszy w chałupach kilka łuków i strzał, których ostrza żelazne dobrze były wyrobione, zabrał je z sobą wraz z zupełnym ubiorem z piór ptasich, wiedząc, iż ta osobliwość przyniesie Beniowskiemu ukontentowanie. Nie znalazłszy nic więcej w okolicy, coby godnem uwagi było, powrócił, zostawiając w nagrodę tego, co wziął z sobą, kilka nożów oraz zwierciadełek.
Beniowski pochwalił jego postępowanie, a nadewszystko krok jego ostatni.
— Nie należy nigdy drażnić mieszkańców nawet pozorem rabunku lub gwałtu!...
Nazajutrz, ponieważ wiatr pomyślny się zerwał, kazał Beniowski podnieść kotwicę i płynął wzdłuż brzegów.
Pogoda sprzyjała, słońce grzało i świeciło wesoło, pełne żagle lekko niosły okręt na głębinie 25 do 45 sążni. Wypoczęta, syta załoga niewiele miała do roboty. Większość, leżąc na pokładzie, przyglądała się brzegom nieznanej ziemi, igraszkom delfinów, stadom ptastwa, co niezliczonemi chmarami leciało z południa wschodniego ku zachodniej północy, wypełniając swym wrzaskiem, gęganiem, łopotem skrzydeł podniebie i wód przestworza.
Tegoż dnia pod wieczór stracili z oczu ziemię, ale rychło dojrzeli inną w dalekości, na północy wschodniej.
Nazajutrz trwał piękny czas, wiał wiatr pomyślny, liczne stada ptaków leciały w tęż stronę, co w dniu poprzednim. Cały ekwipaż w największej zostawał spokojności. Po raz pierwszy od wyjazdu z Kamczatki mieli podróż tak przyjemną, podobną raczej do wesołej przejażdżki, niż do pełnej burz i przygód ucieczki.
Beniowski również wytchnął trochę, pisał swój dziennik, czynił pomiary astronomiczne, badał mapy i kreślił na nich przyszłą drogę. Zajrzał nawet do Nastazji, lecz zauważywszy, że ta w czasie jego wizyty nie oddaliła jakby z umysłu z kajuty swej służebnej, zatrzymując ją pod różnemi pozorami, rychło wyszedł, nie pogadawszy nawet z ukochaną należycie.
Po jego odejściu Nastazja długo i cicho płakała, ukrywszy twarz w poduszkach, ku wielkiemu zdziwieniu i frasunkowi wiernej kamczadalki.
Ale o północy wiatr wzmógł się na tyle, że trzeba było zwinąć część żagli; chmury oblokły nagle czysty dotychczas horyzont, przysłoniły księżyc, zaciemniły poczynający się burzyć Ocean. Ponieważ należało się obawiać, że wokół rozsypanych wysp łatwo można wpaść na haki i skały podwodne, znowu czuwać musiała na zmiany połowa załogi, a z nią czuwać musiał w dwójnasób Beniowski.
Dzień wstał szary i burzliwy; wielkie ołowiane fale prężyły się wysoko, chłoszcząc się wzajem, tłukąc i zwijając czuby w pieniste grzywy. „Święty Piotr i Paweł“, jak mała łupinka, ślizgał się po ich wzdętych, pomarszczonych grzbietach, wzlatywał na opienione grzebienie, stawał tam prosto na krótką chwilkę, aby, znowu upadłszy na bok przeciwny, staczać się w przepaść otwartą. Znowu kołysanie statku część ludzi przyprawiło o dolegliwą ckliwość, o wymioty i zawrót morski; inni musieli wciąż na pokładzie, na rejach pilnować lin, żagli i masztów, wiązać i umacniać wciąż luzujące się od rozruchu działa i inne ciężary, oraz naciągać liny masztowe.
Błogosławili jednak Boga, że nie mieli tym razem walki z lodami i śniegiem, że wiatr, choć przejmujący, nie mroził sznurów, nie naledził okrętu. Ku wieczorowi wszakże zaczął siec deszcz i od wichru taka powstała przejmująca wodna kurniawa, iż żeglarze drżeli od zimna na swych stanowiskach, nie gorzej jak w śnieżycę. Tłuczony bałwanami okręt zaczął znowu przeciekać, puszczono w ruch pompy. Ludzie jednak już się byli trochę wzwyczaili do morza i nie sarkali, jak przedtem.
Najgorzej było w nocy; zwykle wtedy czuwał sam Beniowski, gdyż zważając na bliskość wysp, bał się, aby okręt nie wpadł niespodzianie na rafy, lub nie został wyrzucony na brzeg.
Niewiele wprawdzie i on mógł pomóc swą sztuką, gdyż pokładający się na bok statek często nie słuchał rudla, a z żagli używać można było dla narębności wiatru jeno małego klina przedniego, lecz obecność naczelnika zawsze dodawała załodze otuchy.
Tak przemęczyli się dni czworo. Dopiero piątego dnia ucichła niepogoda; w otwory porwanych, zrzedniałych chmur wyjrzało błękitne niebo i blask złoty słońca zalśnił na zmodrzałych, ucichających zwolna falach, zagrał srebrem w ich grzywach perłowych.
W dymach osiadających mgieł zasiniał daleko na południu wysoki ląd. Ku niemu popłynęli, biorąc wiatr wszystkiemi żaglami.
W odległości pół mili od brzegu kazał Beniowski żagle zwinąć i wysłał łodzią szesnastu ludzi zbrojnych pod wodzą Kuzniecowa wraz z Winblathem dla zlustrowania wyspy. Okręt płynął małemi żaglami za łodzią wzdłuż samego strądu; rychło wszakże szalupa znikła w wąskim kanale, przed którym Beniowski kazał zadrejfować, nie śmiejąc weń wejść.
Całą resztę dnia strawiono na pompowaniu wody, na utykaniu szpar i reparacji szkód, poniesionych w ostatnim szturmie. Żądna wypoczynku załoga z niecierpliwością oczekiwała powrotu wysłanych na zwiady towarzyszów. Dopiero przed samym wieczorem na łuszczącem się srebrno, ciemniejącem już morzu ukazał się ciemny punkt.
— Szalupa!... Dwie szalupy!... — zawołano z bocieńca.
Kto żyw, wyległ na pokład. Jedną odrazu poznano jako swoją; w drugiej, gdy się zbliżyła, obaczono gromadę wyspiarzy, w których bez trudu rozróżniono po odzieży oraz obliczach Aleutów. Przewodziło im dwu brodatych Moskali.
Beniowski na wszelki wypadek powołał pod broń Urbańskiego i postawił u dział kanonierów. Poczem kazał zrzucić przybyłym schodki.
Pierwszy wszedł Kuźniecow i, złożywszy krótki ogólny raport, odszedł z Beniowskim na stronę. Tu mu powiedział, że stąd jest niedaleko do Alaksyny i do wielkiego lądu Ameryki, że wyspa, która widnieje przed nimi, zwie się Wielki Kadjak, a ta ku wschodowi, którą już minęli, jest wyspą Lisów Czarnych.
Gdy chciał na nią wylądować, obskoczyli go nagle dokoła wyspiarze z piórami na głowie, w dzidy i strzały uzbrojeni, z postawy i mowy podobni do Aleutów; z gestów ich można było poznać, że chcieli mu bronić wstępu na ziemię.
— Wtedy spytałem ich, jakeś kazał, przez aleuckiego tłumacza, czyli nie znają Ochotyna, gdyż mamy od niego do nich zlecenia i list... Wtem wyskoczył niespodzianie z tłumu jeden z brodaczy, którego tu przywiozłem, i zapytał po rosyjsku, gdzie widzieliśmy Ochotyna i czego żądamy?... Odpowiedziałem, że na to odpowiedzieć może jedynie nasz naczelnik, jenerał Beniowski, przebywający na okręcie widniejącym opodal... Że jednak wiem, jako w przyjacielskich on pozostaje z Ochotynem stosunkach, poprosiłem więc ich, aby opuścili zwrócony ku nam oręż i zechcieli udać się sami na statek.
— Moskal coś im tłumaczył — ciągnął dalej Kuźniecow. — Jakiś czas wahali się i nawet żądali, abyśmy przedtem poszli do ich wioski i sprawę przedstawili ich „taju“. Oparłem się temu, dowodząc, że późno jest i że mam rozkaz powrotu przed wieczorem. Wtedy, po krótkiem wahaniu, napełnili łodzie rozmaitym pokarmem oraz futrami i popłynęli za nami...
— Nie powiedzieli ci jednak wyraźnie, czy są stronnikami Ochotyna, czy też rządowymi poborcami podatków? Co?... — spytał z zastanowieniem Beniowski.
— Tego nie powiedzieli, ale ze wszystkiego widać, że tak jest, że są stronnikami Ochotyna!... Czyż inaczej nie kazaliby nas poprostu wymordować, albo zatrzymać?...
— Ba!... Mądrze uczynili, gdyż jeżeli niewiadomy im jenerał Beniowski zniósł już w boju Ochotyna i przyjechał tu po nich, to przezorność każe całą sprawę wręcz inaczej obrócić i wykazać gorącą wierność rządowi! — rozśmiał się Beniowski.
— To prawda!... — zafrasował się Kuźniecow. — W każdym razie, choć zapas wody świeżej będziemy mogli nabrać pod ochroną naszych dział... Niedaleko stąd widziałem rzeczkę, wpadającą do morza...
— Zobaczymy! Tymczasem powiedz Chruszczowowi, aby Aleutów poczęstował wódką i dobrze nakarmił, a Moskali przyprowadził do mnie na tył okrętu.
Udał się Beniowski do swej kajuty, przebrał przystojnie i kazał nakryć do wieczerzy w korytarzu, gdzie jadali oficerowie razem w czasie niepogody: kazał zapalić olejne lampy nad stołem i podać srebrną zastawę. Wyciągnął ze schówki własnej butelkę dobrego wina i parę kamionek słodkich nalewek. Gdy wszystko było gotowe, wezwał Chruszczowa z oficerami, aby przyszli na biesiadę i przyprowadzili z sobą owych przyjezdnych Rosjan.
Ci zaraz przyszli, kłaniając się nisko i często, i gładząc ruchem dostojnym długie swe brody. Jeden był chudy, czarny, z siwizną we włosach obciętych w podkowę i zwieszających się na czoło; drugi był łysy i miał szeroką, jak wachlarz, konopiastą brodę. Odziani byli w dostatnie „kazakiny“ z granatowego sukna ze srebrnemi guzami. Trudno było odgadnąć, co zacz są: czy kupcy, czy przebrani urzędnicy?
Beniowski wskazał im uprzejmie miejsca obok siebie, po obu stronach stołu, a sam usiadł w jego rogu. Usiedli na miejscach grzecznie, zrobiwszy przedtem zamaszysty znak krzyża.
Zaczęła się polityczna rozmowa o wyspach, o pogodzie, o burzliwości tutejszego morza. Mrugał wciąż Beniowski na Chruszczowa, aby gościom wina i wódek dolewał. Pili chętnie i zwolna rozwiązywały im się języki.. Przyznali się, iż byli urzędnikami na tych wyspach z ręki rządu, że jest ich tu na tej wyspie dwudziestu dwu, lecz że mają po swej stronie dobrze wyszkolonych w bitwach i napadach, a nawet uzbrojonych w broń palną krajowców, że już nieraz opierali się skutecznie przychodzącym z południa Japończykom a nawet Anglikom i Holendrom, że rychło oczekują przybycia z Kamczatki eskadry, która resztę wysp opornych zagarnie niebawem pod berło Jej Cesarskiej Mości Imperatorowej Wszech Rosji...
— A wy skąd jesteście?... — spytał nagle łysy, mrużąc oczy bezrzęse.
— My właśnie płyniemy z Kamczatki!... Cesarzowa zrzekła się tronu na rzecz Jego Cesarskiej Mości Następcy tronu! W Rosji panuje obecnie Paweł I-szy — odrzekł spokojnie Beniowski.
Przybysze zamarli na chwilę bez ruchu, jak porażeni piorunem, poczem zgodnie powstali i, szukając oczyma ikony, uczynili trzykrotnie znak krzyża.
— Niech Bóg chroni Miłościwego Ojca naszego i Cara w zdrowiu i wiekuistem powodzeniu!... Niech panuje szczęśliwie nam na sławę, wrogom na postrach!... — szepnął czarny.
— Ura!... Niech żyje!... — krzyknął nagle łysy.
— Niech żyje!... — powtórzyli zebrani, którzy z zapartym tchem przysłuchiwali się tej niespodziewanej dla siebie, a znaczącej niezmiernie rozmowie.
— W takim razie gdzieście widzieli Ochotyna?... Czyżby już był pojman i znajdował się w Kamczatce? — spytał cicho czarny.
— Bynajmniej. Jest wolny. I oczekuje zmiany swego losu, która nastąpi pewnie wobec zmiany osoby panującego i miłościwie obiecanej powszechnej amnestji. Widzieliśmy go na jednej z wysp północnych, gdzie nam dał list do Taju Urumsziru...
— Czy nie moglibyście nam owego listu pokazać?... Owszem, ale pod warunkiem, że nas na ową wyspę powiedziecie!
— To trudno, ona stąd daleko!... — odrzekli, zamieniwszy bystre spojrzenie.
Gdy im wręczono list, długo badali go, oglądając uważnie pismo i pieczęcie; wreszcie rzekł czarny odważnie:
— Jesteście więc przyjaciółmi Ochotyna?...
— Tak, i przybyliśmy tutaj, aby dostarczyć wam trochę żelastwa do budowy potrzebnych mu okrętów!...
Twarz czarnego rozbłysła nagłą radością:
— Aha!... Bardzo dobrze!...
— Jesteśmy wprawdzie stronnikami Ochotyna z musu, poddaliśmy się pod jego władzę, gdyż tego zażądali zbuntowani wyspiarze, ale w gruncie rzeczy... — wmieszał się niespodzianie łysy.
— Milcz, Baczkow... Nie o to chodzi!... Panowie są przyjaciółmi Iwana Karłowicza!...
— W takim razie gotowi jesteśmy zrobić, co każą...
— Chcemy, abyście nasz okręt doprowadzili do Urumsziru... Czy tu wszystkie wyspy są zaludnione?...
— Wszystkie, które mają wodę i przystęp...
— Urumsziru dobrą ma przystań... — znowu wtrącił łysy.
— Możemy popłynąć tam choćby zaraz... — przerwał czarny.
— Ale poco wszyscy?... Dosyć będziemy mieli jednego retmana!... — zauważył Beniowski.
— W takim razie chyba rzucimy losy na to wielkie szczęście, bo ja nie ustąpię!... — roześmiał się czarny. — Nazywam się Hryhory Sałazow, a to mój towarzysz z urzędu, Baczkow. Radzi będziemy okazać wam usługę, jako przyjaciołom Ochotyna! A że chcecie jednego tylko, więc zgaduj, stary!...
Położył przed łysym na stole zaciśniętą pięść.
— Orzeł, czy reszka?
— Orzeł!... — odrzekł ten ze śmiechem.
Ponieważ na otwartej dłoni okazała się moneta z reszką na wierzchu, więc ku powszechnemu zadowoleniu stateczny Sałazow został przewodnikiem statku w jego wyprawie na Urumsziru. Baczkowa zaś z Aleutami Beniowski wyprawił niezwłocznie, obdarowawszy ich nożami i świecidełkami. Ale nazajutrz zrana poprosił go sam Sałazow, żeby i jego odesłał na brzeg, dla wystarania się o lepszą bajdarę i przewodników tubylców, gdyż sam w istocie ani drogi do Urumsziru, ani lici tam morskich dobrze nie zna.
— Chciałem zwlec, bojąc się z waszej strony jakiejś zdrady albo gwałtu, ale, poznawszy was bliżej, widzę płonność moich obaw i gotów jestem pomóc wam, ile mi sił starczy... Zresztą nicbyście teraz gwałtem nie wskórali, gdyż wszyscy są już uprzedzeni, albo się pokryli, albo do obrony przygotowali... Puśćcie więc mnie z dobrej woli, a z dobrej woli wrócę... — mówił z pozorami szczerości.
Spostrzegł Beniowski, że się dał złapać, ale nie dał tego poznać po sobie. Gościa kazał przystojnie na brzeg odstawić i puścić wolno.
Skołatana załoga statku znowu musiała noc całą pływać tam i napowrót u nieznanych brzegów, w cieśninie pełnej zmiennych powietrznych ciągów oraz prądów burzliwych.
Znowu żeglarze noc całą na zmianę pompowali usilnie wodę, sączącą się przez roztrzęsione boki okrętu, a chorych od kołysania, od złej wody i niedostatecznego pożywienia mieli szesnastu.



XV.

Beniowski zawsze sypiał czujnie i nawpół ubrany, a szczególniej, gdy spodziewał się nowego tumultu.
Niezwykłe krzyki, tupot i kołysanie się statku obudziły go tej nocy; przysiadł na łożu i nasłuchiwał, macając jednocześnie na stole leżący tam pistolet.
Wrzawa rosła, słyszał wyraźnie wrzaski i kłątwy:
— Toniemy!... Ratuj się, kto w Boga wierzy!...
— Wołać naczelnika!...
— Beniowski!... Gdzie Beniowski?...
— Śpi!... Wszyscy ze starszyzny śpią!
— Pal go djabli!... Niech „drychną“!... Obejdziemy się bez nich!
— Dalej, spuszczajcie łódź!... Na co czekacie!?...
— Hej!... Dalej!... Bierzcie się!...
Słyszał Beniowski, jak zaćwierkały zardzewiałe bloki, statek znowu zakołysał się mocno i potoczył wśród ryku bałwanów, szturmujących do burt i wlewających się na pomost.
— Cóżby to znaczyć mogło? Czyżby na rafę trafili? Ale nie, statek płynie!... — rozmyślał Beniowski, narzucając pośpiesznie wierzchnią szatę.
Jakieś kroki biegły ku niemu korytarzem. Gdy otworzył drzwi, spotkał się twarzą w twarz z Chruszczowem. Stał blady, jak śmierć, w blassku ledwie dniejącego świtu!
— Uciekają!... szepnął. — Już spuszczają szalupę!...
— Z jakiego powodu?...
— Nie wiem!... Wadliwy w ciemnościach manewr okrętu... Tu prądy jakieś szalone... Słyszysz, jak biją!?... Powiadają, że statek wpadł na skały!...
— Kto był na wachcie?...
— Popow!...
— Ach, niedołęga!...
Rozmawiali gorączkowo, biegnąc ku środkowi, gdzie niesforna kupa ludzi usiłowała dźwignąć na blokach szalupę.
— Stać!... Kto wam pozwolił!?... — krzyknął Beniowski, zastępując im drogę z pistoletem w ręku...
— Ha, przyszedł nareszcie!... Jest!...
— Co go tam słuchacie!... Za późno!...
— Wal, ciągnij!...
— Zaraz koniec będzie!... Zalewa już!... Słyszycie... Co tu teraz gadać!...
— Niech... Wynoś się, pókiś cały!... Dosyć panowania!...
— Albo siadaj z nami!...
— Siadaj z nami, Beniowski!...
Rozlegały się urywane głosy, podczas gdy statek istotnie chwiał się niezgrabnie, i siwe czuby bałwanów coraz z rykiem wzlatały powyżej burt to z tej, to z tamtej strony...
— Pierwszy, który się ruszy, dostanie kulą w łeb!... — krzyknął Beniowski. — Hej, Czurin, biegnij, zobacz, co się stało ze sternikiem... Dlaczego statek nie słucha rudla?... Sybajew, każ Urbańskiemu zebrać ludzi, tu do mnie!... — rozkazywał nadbiegającym zewsząd w wielkim popłochu majtkom i oficerom. Za nimi pędziły z jękiem nawpół odziane kobiety, a w końcu szła Nastazja, prowadzona prawie gwałtem przez Stiepanowa. Meder z Bielskim wlekli za sobą pudło z lekarstwami.
— Giniemy!... Ratuj się kto może!... Łodzi dla kobiet!... — wołał ktoś przejmującym głosem.
— Na miejsca, na miejsca!... Wszyscy na miejsca!... Nic się jeszcze nie stało!... — uspokajał Czurin przez tubę z kapitańskiego.
— Żagle... żagle!... Zapomnieliście o żaglach!...
— Zwinąć resztę żagli!...
— Nie, przeciwnie, rozpuścić!...
W tym rozgardjaszu nawet doświadczeni żeglarze stali bezradnie, nie wiedząc kogo słuchać.
Beniowski szybko wdrapał się na mostek i obrzucił okiem położenie. Przypływ morza niósł statek wprost na groźnie czerniejące nieopodal skały. Potworne fale biły o nie, rozpylając się od uderzeń w białą mgłę. Ryk, łoskot, rozruch wód cofających się i znów biegnących... Rozszalałe leje skręcających się jak świdry wirów... Rozhukane góry pienistych wytrysków... Czarne rafy dna, migające niby małe kamyki w przepaściach wzdętych bałwanów... Świst wichru, syk wody...
Jeszcze chwilka, a statek nie oprze się chaosowi żywiołów, uderzy o skały i pęknie, jak łupina orzecha.
— Rudel nie działa!... Lina zerwana!... — szepnął drżącym głosem Czurin.
— Gwiżdż!... — wołał Beniowski.
Ale głos gwizdawki ginął w tym szumie, jak ginie igła w wozie siana. Ludzie dalej miotali się na pokładzie, odtrąceni od szalupy przez strzelców Urbańskiego. Nikt nie wracał na posterunki. Nagle rozległ się armatni strzał: to palił Sybajew na rozkaz Beniowskiego. Ten głos władny i wszystko głuszący jakby nagle wrócił opętanym przytomność. Znieruchomieli na chwilę, a potem, posłuszni głosowi wykrzykiwanej przez Beniowskiego komendy, jęli spełniać skrupulatnie szybko wydawane rozkazy.
Wobec bezwładności rudla trzeba było ratować się żaglami, jedne zwinąć, inne na drugą stronę przerzucić. Dokonane to zostało w sam czas. Okręt pochylił się gwałtownie na bok i, orząc dziobem wzdymające się wysoko, wdzierające na sam pokład burzyny Oceanu, zatoczył łuk i wyrwał się ze zdradzieckich nadbrzeżnych prysków. Mistrzowski manewr udał się, wywołując zachwyt w sercach wszystkich znających się na rzeczy żeglarzy. Szarpnięci gwałtownym, niebezpiecznym, ale zbawczym ruchem okrętu, ludzie potoczyli się i popadali na pokładzie, jak garść uderzonych kręgli, a gdy zerwali się na nogi, statek się już wyprostował i płynął, prawie nie kołysząc się, po spokojnych głębinach, choć drżał jeszcze w swym kadłubie, jak drży dobry rumak po dokonanym nadmiernym wysiłku.
Beniowski natychmiast przeprowadził śledztwo w sprawie wynikłych nieporządków. Nikt już dobrze nie pamiętał, jaki ich był początek, kto rzucił pierwszy popłoch. Stwierdzono tylko, że przyczyną nieszczęścia stał się... przetarty sznur rudla.
Niektórzy twierdzili, że sznur został przecięty.
Głośno szemrano:
— Do brzegu!... Zaraz do brzegu!... Czego zwłóczą panowie oficerzy!... Im dobrze: śpią, siedzą w cieple, a my wciąż na rejach!...
— Racja!... Łatwo się rządzić... Niechby sami porobili!... Co, nieprawda?...
— Pewnie, że prawda!...
— I czego szukają wśród tych skał!?...
— Woda się leje do środka okrętu, jak do dziurawej bani!... Już i pompy nastarczyć nie mogą!...
Beniowski zebrał niezwłocznie oszołomioną jeszcze przygodą statku załogę koło wielkiego masztu i tak do niej przemówił:
— Jeżeli przed chwilą omało co nie zginęliśmy wszyscy, winą temu nic innego, ino wasz bezrozum. Zostanie surowo ukarany oficer który nie dał mi znać o wypadku z należytym pośpiechem. Tłumaczy się on jednak, że nie mógł zejść z posterunku, i że wyście wszyscy odmówili mu posłuszeństwa, w tej liczbie i wysłany do mnie ordynans. Porzuciliście samowolnie wasze stanowiska i nawet próbowaliście spuścić szalupę, czego nikt nie ma prawa uczynić bez mego rozkazu... W ten sposób przekonałem się ostatecznie, że nie zdołam nigdy przy waszej pomocy dokonać waszego wyzwolenia... Bo czyż mogę polegać na was?... Czyż nie przysięgaliście po wielekroć posłuszeństwa i nie łamiecie go wciąż?... Czy nie stawiacie naszego przedsięwzięcia na krawędzi ostatecznej zguby?... W co zamieniłyby się wszystkie nasze wysiłki, co stałoby się z naszym dobytkiem, z naszym majątkiem, z naszemi futrami, pieniędzmi i odzieżą, gdybyście wporę nie ocknęli się z bezrozumnego strachu i nie wzięli się do ratowania powszechności miasto ratować każdy siebie?... Albowiem wszędzie i zawsze w powszechności jest siła nasza, a w rozdrobnieniu i swarach zguba... Nawet ci, co niezmiernie szczęśliwym wypadkiem wyratowaliby się z rozszalałych toni morskich i wylądowali na widniejących przed nami wyspach, wpadliby jeno w straszną, niemniejszą niż na Kamczatce niewolę, gdyż jednym z powodów, dlaczego, mimo ciężkiego stanu naszego statku, nie odważam się tutaj lądować, jest wiadoma mi z książek oraz opowiadań Ochotyna żywa niechęć tutejszych wyspiarzy do wszelkich białych, a w szczególności do kozaków, za których mają wszelkich Rosjan, w tej liczbie i nas!... Sami widzieliście, że nawet ci z waszych rodaków, którzy połączyli się z tubylcami, nie mają zbytniej ochoty przyjść nam z pomocą i mam powody mniemać, że ukrywają przed nami prawdę, gotując może jaką niebezpieczną zasadzkę... Czyż wobec tego mogłem pozwolić wam lądować w nocy na niewiadomy brzeg, gdzie być może czekają na was ukryci i dobrze uzbrojeni wojownicy?... Wiem, że jesteście głodni, wyczerpani bezsennością, znużeni pracą, lecz zawsze to nie śmierć zupełna i haniebna!... Przyjdą lepsze chwile, a wypoczniecie rychło, odnowicie stracone siły... Niech rozpali się dzień, a w razie gdyby Sałazow się nie zjawił, odszukamy gdzie na ustroniu jaką pomniejszą wysepkę, której mieszkańcom w razie czego i siłą będziemy się w stanie oprzeć, i tam pod osłoną naszych armat, ale głównie pod osłoną naszej karności, wylądujemy, wyreparujemy porządnie nasz okręt, poczynimy zapasy wody, ryby oraz innej żywności, aby płynąć dalej ku naszemu celowi, jakim jest nasza wolność i szczęście w nowej błogosławionej krainie!...
Mowa przyjęta była szmerem uznania, rozległy się nawet głosy, żądające nowej przysięgi, lecz Beniowski uśmierzył gwary skinieniem ręki.
— Nie chcę już więcej przysiąg... Nie uważam, żebyście zostali zwolnieni od dawnych... Wolę jednak wierzyć, że zrozumieliście nareszcie swój własny interes. Idźcie więc natychmiast do swoich obowiązków, które spełniajcie pilnie, słuchając rozkazów swoich przełożonych! Niech Bóg broni, gdyby krajowcy dostrzegli w naszych szeregach rozstrój i nieposłuszeństwo!... Bylibyśmy wszyscy zgubieni!... Siła nasza w karności, w jedności!... Dlatego będę zmuszony odtąd stosować do was prawa bardzo surowe, jakie stosuje się do wojska, stojącego w obliczu nieprzyjaciela!... Pamiętajcie o tem i rozejdźcie się natychmiast do swoich zajęć, albowiem widzę, że poczciwy Sałazow dotrzymał słowa i płynie już ku nam!
Dobry ten znak uspokoił do reszty załogę.
Sałazow nietylko przyprowadził znających przejścia retmanów, lecz przywiózł na dwu barkach osobnych dużo jarzyn, zastrzelonych ptaków, solonych ryb i beczkę świeżej wody.
— Domyślam się, że po tak długiej podróży, bez względu na dobre zaopatrzenie okrętu, radzi będziecie świeżej strawie! Prócz tego przysyła Taju wyspy tutejszej 160 skór bobrowych w podarunku i prosi jednocześnie, aby Wasza Ekscelencja raczyła przyjąć na pokład syna jego i odwiozła go na wyspę Urumusir do tamtejszego Taju, który jest jego krewnym!... — zwrócił się Sałazow politycznie do Beniowskiego.
Ten nie wykazał całej radości, jaką poczuł na tak pomyślny obrót sprawy, kazał jeno przygotować szczodry dar dla Taju, składający się z pięknej fuzji, garnituru nożów oraz zwierciadeł. Przybyłych zaś od niego wyspiarzy obdarował rozmaitemi drobiazgami: wędkami, igłami, gwoździami, i polecił uczęstować wódką.
Płynęli spokojnie według wskazówek retmanów, holując za sobą skórzaną bajdarę krajowców. Co czas jakiś to z jednej, to z drugiej strony okrętu na rozsłonecznionych, iskrzących się od drobnej fali błękitach wody i powietrza wypływały chmurki modrych wysp, rosły w miarę zbliżania się, wyłaniały ze swych mgławic góry, przylądki, zatoki, barwiły się zielenią lasów, szaremi wiszarami skał i żółtemi plamami świeżych spychów.
Cały czas rozmawiał Beniowski z Sałazowem, wypytując go się o ziemie, o ludy, o stosunki mieszkańców. Skąpo udzielał wiadomości stary lis. Dowiedział się z nich wszakże Beniowski, że wielka ziemia, którą najpierw ujrzeli, nie lądem była stałym, lecz wyspą Kadjak, zamieszkaną przez plemię Sumat, że stamtąd do Alaksyny, będącej właściwie brzegiem Ameryki, niedalej, jak czterdzieści mil morskich, że między mieszkańcami wyspy a lądu są ścisłe, nieustanne stosunki z powodu tego, że Taju Kadjaka ożenił się z córką Homina, Taju Alaksyny; że dalej ku południowi leżą wyspy lisów, na jedną z których właśnie lądował Kuźniecow i na której zamieszkał czasowo on, Sałazow, przyszedłszy z wysp aleuckich, które ciągną się wpoprzek Oceanu aż do Kamczatki, w tej mianowicie stronie, w którą oni płyną obecnie, a skąd lecą ptaki.
Istotnie ogromne chmary gęsi, kaczek, łabędzi i drobnego ptactwa przelatywały wciąż stronami i ponad samym okrętem, tak że majtkowie próbowali nawet do nich strzelać.
Nie dowiedział się jednak Beniowski nic, coby mu wskazywało, w jakim charakterze Salazow na wyspie przebywa. Raz mówił, że jest jeno chwilowym tam gościem, to znów wspominał o domu, o żonie i dzieciach, które tam ma. O Ochotynie mówił niechętnie, głównie próbował wywiedzieć się o nim od Beniowskiego. Ale ten zbywał go też ogólnikami, tłumacząc się, że proszono go jedynie o oddanie listu Taju Urumusiru i że więcej nic nie wie.
— I poto przybyliście do nas umyślnie?... — pytał niedowierzająco Moskal.
— Bynajmniej. Myśmy to uczynili przez grzeczność, po drodze!... Mamy własne zamiary!... Handlowe chcemy zawiązać stosunki!...
Sałazow kiwał głową.
— Dużo widać cennych wieziecie towarów. Tyle dział macie dla ich obrony!... Dawno Imperjum nasze marzy o zdobyciu Alaksyny, ale obecnie byłaby to rzecz bardzo trudna!... — dodał znacząco.
— Działa zawsze się przydadzą, choćby dla wiwatów!... — uśmiechnął się Beniowski. — A dla nas podwójnie, gdyż nie wiemy, jaką jeszcze popłyniemy drogą i jak wiele portów obcych państw odwiedzić nam wypadnie...
— Więc nie wracacie do Ochocka?...
— Niewiadomo. Być może, że udamy się okrężną drogą dookoła afrykańskiego Kapu...
Sałazow spojrzał nań uważnie, lecz, trafiwszy na bystre oczy Beniowskiego, opuścił powieki.
— Ha, w takim razie tem bardziej potrzebujecie wypoczynku i reparacji!... — rzekł cicho. — W Urumusir nie wcześniej staniemy, jak w nocy!...
Urwał rozmowę i nie dał się już do niej skłonić, zbywając wszelkie pytania krótkiemi monosylabami.
Widząc to, Beniowski zostawił go w spokoju, kazał jednak Chruszczowowi nie odstępować na krok Moskala, aby ten nie wdawał się w niepotrzebne gawędy z innymi oficerami i załogą.
Dopiero o zmroku zarysowała się wdali wyspa, wskazana przez Sałazowa jako Urumusir. Beniowski nie chciał zbliżać się w ciemnościach do brzegów, ani kotwicy zarzucać w nieznanem mu miejscu.
Sałazow zdawał się być trochę zawiedzionym i nastawał, żeby go puszczono zaraz na ląd.
— Muszę uprzedzić mieszkańców i przyjaciół Ochotyna o waszem przybyciu. W przeciwnym razie krajowcy, spostrzegłszy rano, wpobliżu okręt nieznany, gotowi pomyśleć, że to jeden z tych piratów, jakich tu od niejakiego czasu krąży mnoga ilość, i mogą albo w głąb wyspy uciec, albo przedsięwziąć jakie kroki niebezpieczne! — tłumaczył się.
— Ciemno! Jakże trafisz?... — dowodził Beniowski.
— Nie lękaj się: wyspiarze i w nocy widzą, a znają tak dobrze tutejsze kąty, że i z zawiązanemi trafią do nich oczami... Doprawdy z życzliwości dla was chcę to uczynić, gdyż jaki inny miałbym cel prócz waszej wygody!... Żaden napad na was przy waszem uzbrojeniu i żołnierskiej sprawności, którą w tym czasie dobrze poznałem, nie może uwieńczyć się powodzeniem i naraziłby tylko napastników na gniew Jego Cesarskiej Mości Pana i Ojca naszego, Pawła Piotrowicza... To właśnie chcę wytłumaczyć wyspiarzom, bardzo niechętnie usposobionym do ludzi rosyjskich, z żałością przyznać to muszę, dla ich bezprawi i dzikich gwałtów, jakie tu w czas przyjazdu popełniają... Rozumiesz więc, jenerale, że w interesie naszym, to jest Rosjan z tubylcami zaprzyjaźnionych i mających z nimi ciągłe handlowe stosunki, jest właśnie pomóc wam, abyście co rychlej i w pełnej satysfakcji stąd odpłynęli, tem bardziej, iż powiadacie, jako jesteście przyjaciółmi Ochotyna i wieziecie odeń polecenie... — odrzekł Moskal, patrząc tym razem zupełnie szczerze Beniowskiemu w oczy.
— Dobrze!... — odparł ten z uśmiechem. — Jedź, ale syna Taju nie puszczę, gdyż rozumiesz, że za całość jego własnym odpowiadam honorem!... A nuż wywróciłaby się łódź z wami i chłopiecby utonął!...
Sałazow również się uśmiechnął i głową pokiwał.
— Zbyteczne, to zupełnie zbyteczne, Auguście Samuelowiczu!...
— Strzeżonego Pan Bóg strzeże!... Czy nieprawda?
— Zapewne, zapewne!
— Czyż mogę inaczej postąpić, jako naczelnik odpowiedzialny? Coby załoga pomyślała o mnie? Na dowód wszakże, że ci ufam, dam ci najwierniejszego mego oficera, drugiego siebie, Kuzniecowa!... Co, zgoda?
— Ależ zgoda, zgoda!... Na wszystko zgoda!... Rozumnej głowie dość dwie słowie!...
Wsiadł do bajdary, zabierając krajowców, z wyjątkiem dwu, których Beniowski również zatrzymał, jako „retmanów“, na wszelki wypadek, Kuźniecowowi zaś wzamian dodał dwu majtków.
Po chwili łódź, porwana przypływem, znikła w ciemnościach. Długo jednak słyszeli miarowy plusk ich wioseł, przebijający się przez szeroki oddech przycichłego morza.
Wdali, jak drobne skry, migotały ognie nieznanej ziemi.
I znowu noc całą przebyli na pełnem morzu, zważając pilnie, aby nie zbliżyć się zanadto ku niebezpiecznym brzegom; znowu załoga pracowała na zmianę u pomp, które ledwie nadążały wylewać wodę, przenikającą do rozbitego statku.
Beniowski nie spał tym razem wcale, czuwając osobiście nad utrzymaniem porządku.
W głęboką noc, dostrzegłszy światełko w kajucie Nastazji przez szparę niedomkniętych drzwi, zastukał ostrożnie.
— Kto tam? Czy to pan, panie Bielski?
— Nie, to ja, Maurycy!...
Zapanowało dłuższe milczenie; już chciał odejść z urazą w sercu, gdy głos cichy, wzruszony, odszepnął:
— Wejdź!... Proszę... proszę!...
Odsunął drzwi i spostrzegł, że Nastazja, siedząc na pościeli, otula się szalem, że kryje pod nim rozpuszczone już do snu włosy.
Skinęła mu głową przyjaźnie.
— A gdzież... kamczadalka?...
— U męża. Ona zawsze tam noce spędza!
Widząc, że Beniowski szuka oczyma, gdzieby przysiąść, odsunęła się trochę i wskazała mu na brzeg łoża.
— Jakże strasznie jestem zmęczony!... Chwilami wydaje mi się, że nie doprowadzę statku do zamierzonego celu!... Co za ludzie!? I trudności mnożą się niesłychanie... Jutro lądujemy, ale nie wiem doprawdy, czy na wypoczynek, czy na bitwę?... Wszystko zależy od nieprzewidzianych okoliczności i drobiazgów!... Lękam się, że trudno będzie nam znaleźć wolny, niezabrany jeszcze przez nikogo kąt ziemi, że świat cały jest już podzielony i zajęty; wszędzie trafiamy na ślady dawnych zaborców, albo gotujących się nowych gwałtów... Trzeba wciąż z chytrością węża prześlizgiwać się między cudzemi zbrodniami, cudzą drapieżnością... Albo ja wiem, co oni tu robią, ci Moskale?... Czyimi są ajentami?... Może oni wcale nie znają Ochotyna, albo znają go tylko ze złej jego sławy... Może to wszystko przebiegła rządowa zasadzka?... A może są to szpiedzy, wynajęci przez Anglików?... To byłoby jeszcze nienajgorzej... Z konkurencji dwu potęg słaby korzysta najwięcej... Najniebezpieczniejszym dla nas wrogiem są w tym wypadku twoi rodacy, Nastazjo, i właśnie ci z nich, co ubóstwiają siłę, która ich gnębi!... Niema nic trudniejszego, jak uwolnić takich niewolników...
— Ale ty to uczynisz, nieprawda?...
— Już w Kazaniu o tem myślałem, że należy całe wasze państwo objąć wspólnym spiskiem wszystkich podbitych narodów i wszystkich uciemiężonych ludzi, którym ten ucisk już dolega! Ale dlatego trzeba zdobyć wielkie bogactwa i oprzeć się o jaką siłę zewnętrzną... Trzeba stworzyć coś, coby pokłóciło z sobą wielkich gnębicieli świata... Portugalczyków, Francuzów, Anglików... Oni są panami ziemi i, szukając zysków, błądzą po morzach, jak wilki... Pizarro i Kortez zawojowali Nowy Świat, ale zginęli marnie, gdyż nie mieli żadnej wielkiej idei przed sobą, oprócz własnej chciwości... W cieniu ludzkiej chciwości może się chronić i dojrzewać przez czas jakiś wielka idea, lecz wiecznie tam przebywać nie może... Trzeba umieć łączyć korzyść własną i dumę własną z umiłowaniem swojej i cudzej wolności... Czy nie tak?... I to jest rozumne, ale tego najtrudniej ludzi nauczyć...
Słuchała go z rozognionym wzrokiem, jak za dawnych czasów.
— Ale, chciałem się spytać ciebie, co znaczyło, żeś wtedy wyszła z tym... z tym... Stiepanowem pod rękę... Czy może... pogodziliście się i... dawne jego odżyły zamiary?...
Wstrząsnęła głową ze wstrętem.
— Nie, on mię znowu w haniebny sposób oszukał!... Powiedział, że okręt tonie, żeś ty go posłał, aby mię zabrać i odprowadzić do łodzi... Gdym nie chciała mu wierzyć i wołała na Bielskiego, chwycił mię za rękę i przemocą pociągnął...
— Ach, łotr!... Myślę jednak, że trzeba go będzie wraz z Izmaiłowem na tej wyspie zostawić...
— Nie, nie, proszę cię!... Izmaiłow co innego, Izmaiłowa rząd nie ukarze, gdyż on został gwałtem przez was uprowadzony, Stiepanowa na pewno stracą!... Ach, doprawdy, najlepiej zostaw... mnie!... Jestem winna wszystkiemu, beze mnie zgodaby wśród was panowała i braterstwo, beze mnie nie byłoby i Bołszej... i zdrady, i... walki... Czuję, że wiążę cię we wszystkiem, że ciążę ci, że osłabiam twą siłę i powagę... Myślisz, że nie śledzą nas teraz?... Mylisz się! Ile razy byłeś u mnie, poznawałam zawsze z oczu kamczadalki, że wie o tem... Wstydzę się, wydaje mi się, że wszyscy ci mężczyźni patrzą na mnie jakoś szczególnie, że szukają śladu twych pieszczot... Myśl o tem pali mię, jak piętno!... Wolałabym nie wiem co!...
— Więc nie czekałaś dziś na mnie?... Więc zdawało mi się tylko!?...
— Grzesznicą jestem, grzesznicą wielką, Maurycy!... Nawet Bóg w nieskończonem miłosierdziu swojem nie wiem, czy mi może przebaczyć... — odszepnęła, zarzucając mu ręce na szyję i opierając się czołem o jego ramię.
Wydało mu się, że płacze. Chciał ją pocieszyć, ukoić, utulić... Położył rękę na jej włosach bujnych, rozsypanych na plecach drżących, pieszczotliwe wyrazy do małego stosowane dziewczęcia rwały mu się na usta, gdy nagle płomień gwałtowny go ogarnął, oślepił, zamącił i, zamiast mówić, zdmuchnął szybko płonącą wpobliżu lampadę...



XVI.

Dopiero o trzeciej po południu wrócił Kuźniecow z dwu innymi Moskalami, rezydującymi stale na tej wyspie. Zapraszali w imieniu wyspiarzy, aby statek niezwłocznie do portu zawinął i zajął dla swego użytku obszerny magazyn, stojący na samym brzegu morskim, a przeznaczony do wyładowywania przywożonych morzem towarów. Według ich słów mógł się tam pomieścić cały ekwipaż „Świętego Piotra i Pawła“ wraz z ładunkiem i okrętowemi potrzebami.
Kuźniecow widział ten budynek i potwierdził, że jest istotnie duży i dobrze usytuowany i że go nawet łatwo w razie czego obwarować i bronić z okrętu działami.
— Zresztą przyjmowali mię bardzo przyjacielsko... Cała ludność wyległa na nasze spotkanie i witała Sałazowa, jak dobrego znajomego... Przysłał on tu w zastępstwie swojem dwu Moskali, a sam udał się w głąb wyspy do Taju, aby go uprzedzić i przychylnie do nas usposobić!...
— Więc Taju niema? — spytał Beniowski.
— Niema. On mieszka gdzieś zdała od brzegu...
— A mężczyzn w wiosce dużo?...
— Nie, nie bardzo... Podobno są gdzieś w innej części wyspy na polowaniu... Tu widziałem dużo kobiet, same prawie kobiety...
Kazał Beniowski wysłańców dobrze przyjąć, poczęstować, jak zwykle, wódką i sucharami, a statek natychmiast skierować do wskazanego portu.
Rychło zawinęli do obszernej zatoki, odgrodzonej od morskich fal i wichrów wysokim skalistym przylądkiem. Tu zarzucili kotwicę w odległości kilkuset łokci od dogodnej przystani. Niedaleko na wzgórku widniał na grubych palach ciemny dom trzcinowy bez okien, nakryty wysokim dachem, również trzcinowym. Przed nim na tykach sterczały jakoweś dziwaczne przedmioty i powiewały kosmate, łyczane i wiórkowe girlandy. Bliżej brzegu ciągnęły się szeregi dużych łodzi, porządnie ustawionych na podstawkach, i stały żerdziane kozły, obwieszone suszącemi się sieciami oraz niewodami. A jeszcze niżej, na piaszczystej chyli, już zalewanej morską szelingą, kupił się tłum ludzi, odzianych w żółte i białe tkaniny, biegały czarne psy i gołe dzieci.
— Gdzież wioska?... — spytał Beniowski.
— Wioska dalej za piachami!... — odrzekł Kuźniecow, wskazując na rąbek zielonego lasu, wyglądający z poza żółto-szarych zasp, poza którym mgliły się sinawo stożkowate, lesiste góry.
Beniowski zdał dowództwo statku na Czurina, polecając mu pilnie dawać baczenie na sygnały i, w razie walki z krajowcami, poprzeć ją niezwłocznie ogniem działowym.
W tym celu pozostawił mu dwudziestu ośmiu ludzi, obeznanych z obsługą artyleryjską. Sam z resztą załogi wylądował w bojowym ordynku, wysławszy naprzód Urbańskiego ze strzelcami do zajęcia wyznaczonego domu.
Na widok wysiadających z szalupy żołnierzy z bronią w ręku, ludność, przyglądająca się zdaleka ruchom przybyszów, pierzchła, jak stado ptaków. Zostało jeno paru starców, którzy, przykucnąwszy nisko na ziemi, witali Beniowskiego pokornie, pocierając ręce i gładząc siwe brody.
Beniowski zatrzymał się przed nimi na chwilkę i powitał ich mniej więcej podobnym gestem, lecz długo się z nimi nie zabawiał, gdyż towarzyszący mu Moskale objaśnili go, iż są to ludzie prostej kondycji oraz pozbawieni wpływu, że nie należy mu poniżać się w oczach reszty ludności zbyt długą z nimi rozmową. Pomimo to kazał Beniowski tłumaczowi prosić ich do obozu, rozbitego na piaskach wpobliżu morza, tuż pod wzgórkiem, na którym stał zajęty już przez straże dom. W ten sposób zachowując kontakt z okrętem, opierał przezornie drugie skrzydło o łatwy do obwarowania budynek.
Moskale przyglądali się wszystkim ciekawie, poczem zaczęli się żegnać, oświadczając, że musszą odejść, aby zwołać swoich tu mieszkających kolegów oraz celniejszych wyspiarzy, aby ci co prędzej oddali przybyłym ceremonjalną wizytę.
Po ich odejściu Beniowski jął rozpytywać starców, co zacz są, gdzie reszta ludności, gdzie przebywają ich Tajowie. Wreszcie obdarował krajowców drobiazgami, poczęstował tytoniem oraz galetami i prosił, aby upewnili ludność, że nic jej nie grozi, że może swobodnie do obozu uczęszczać i przynosić dla wymiany żywność i swoje wyroby.
Odeszli uradowani, a wkrótce z pobliskich zarośli, z poza zasp piasku, zaczęły się wysuwać grupy wyrostków i bab i zbliżać ku wrzącemu ruchem obozowi, gdzie rozbijano białe namioty, palono ognie, gdzie migała w słońcu broń, powiewały barwne chorągwie i ludzie przyjezdni, brodaci, rośli, dziwacznie odziani, ruszali się, krzyczeli i robili tysiące ciekawych, tajemniczych rzeczy.
Niebawem na granicy obozu, ochranianej przez łańcuch straży, zgromadził się spory wianek tubylców: śniadych, kudłatych, obnażonych do pasa mężczyzn z wzorzystemi przepaskami na głowach, kobiet w długich skórzanych lub łyczanych kaftanach, zupełnie gołych dzieci oraz wyrostków z wąziutkiemi przepaskami na biodrach.
Wreszcie zjawiły się i młode kobiety oraz dziewczęta z chustami nisko nasuniętemi na tatuowane twarze, z srebrnemi lub mosiężnemi wisiorami na piersiach, z obręczami na zapięściach rąk i wisiorami w kostkach smukłych nóg.
— Widzisz je?...
— He, he!... Cipy!...
— Brzęczą, jak weselne chomąta!...
— Dostaćby taką choć na jedną nockę!...
— Będzie, wszystko będzie!...
— Hej ty, wiewiórko, przyjdziesz do mnie!...
— Nie tak obcesowo... Jeszcze ci nos odgryzie... Widzisz, jakie ma zęby!...
— Prawdę powiedział Urbański!... Ależ czarna... Nie bielsza od mojej cholewy. Ale zato pewnie gorąca!... Uh!...
— I nigdy nie myją się... To też prawda!...
— Dziękuj Bogu, że takie są, że widzimy nareszcie ludzi... Już myślałem, że nigdy nic nie zobaczę oprócz fok i morskich chlustów... A tu wieś... Cała wieś!... Słyszysz?...
— Bogać tam wieś!... Domy widzisz tylko z patyków i z siana... Co tam może być?
— A i różnica między foką a taką tam dziewką pewnie też niewielka...
— A no zobaczymy!... Poczekaj...
Śmiali się, żartowali żołnierze i marynarze, poglądając coraz w stronę kobiet; te również ośmielały się, szeptały pomiędzy sobą, poszturchiwały się, chichotały, szczerząc białe zęby i rzucając filuterne spojrzenia czarnych podłużnych oczu na zaczepiających je rosłych cudzoziemców. Niektóre wysunęły się nawet z szeregu i ofiarowały na płaskich koszach ryby, pokryte szerokiemi liśćmi łopianu. Koło takiej zaraz gromadzili się żołnierze, ale ponieważ chciwiej i chętniej, niż na ryby, patrzyli na nagie ich piersi i młode biodra, wysuwające się z pod rozwartych na przedzie kaftanów, więc targi trwały zbyt długo, wywoływały zamieszanie i przerwę w robotach. Zakazał więc Beniowski do jutra wszelkiego handlu, pod pretekstem, że musi przedtem umówić się o ceny z krajowemi władzami.
Śpieszył się wyładować okręt, aby, w ostateczności, nie wyciągając go na brzeg, choć zgruba załatać i utkać znaczniejsze dziury w dnie i bokach.
Nie był pewny ani Moskali, ani Sałazowa, a przewlekająca się nieobecność władz krajowych utwierdzała go w podejrzeniu.
O zmroku przybył Sałazow, chytrze obejrzał zarządzenia Beniowskiego i obwieścił, że... wszystko idzie pomyślnie, że jutro należy oczekiwać Taju wyspy z żoną Ochotyna oraz ze znakomitymi wyspiarzami. Radził Beniowskiemu, aby przygotował przyzwoite prezenty, co najmniej dla jedenastu osób, takoż wiele rzeczy podrzędniejszych dla pozostałych z orszaku; radził również uczęstować wszystkich suto gorzałką, którą miejscowa ludność ubóstwia, uważając picie jej za modlitwę.
— Skądże ją mają?...
— Dostają ją ryżową od Japończyków...
— Aha!... Więc ci przyjeżdżają aż tutaj!...
— Nie wiem... Sam ich nie widziałem... Podobno przyjeżdżają do wysp zachodnich!... — odrzekł Moskal niechętnie. — Zresztą i sami wyspiarze pędzą gorzałkę z korzonków, ze soku drzewnego oraz muchomorów... — dowodził, a spostrzegłszy działa zataczane przed drzwiami szopy, zawołał zmieszany: — A co to?
— To... dla... wiwatów!
— Niech Bóg uchowa!... Nie strzelajcie!... Zlękną się i uciekną w puszczę, w głąb wyspy, gdzie nikt ich nie znajdzie!... Lepiej ten proch nam oddajcie, bardzo nam się przyda!
— To macie działa?
— Nie, dział nie mamy, lecz będziemy mieli... na tych okrętach, które budujemy dla Ochotyna.
— Powiedz mi nareszcie, Sałazow — zaczął poważnie Beniowski — czy ty jesteś stronnikiem Ochotyna, czy nie?
— Owszem, jestem stronnikiem Ochotyna!... — odrzekł ten z pewną rezerwą. — A dlaczego?...
— Dlatego, że on mię prosił, bym tego listu nie oddawał nikomu, jak jego żonie oraz jego... stronnikom. Wiesz, że on jest nieprzyjacielem rządu i buntownikiem, tymczasem wobec tego, co wykrzykiwał ten twój pierwszy towarzysz u nas na okręcie i co ty czasami mówiłeś, nie wiem, co o was sądzić!...
— To on tak tylko... na wszelki wypadek!... Ochotyn zaś, to on choć dziś niby buntownik, jutro może być najpierwszą przy tronie osobą, w razie zmiany... Takeś sam mówił? Czy nieprawda?... Jesteś aż nazbyt ostrożny, więc i nas pewnie zrozumiesz, bo przecież nie więcej my o was wiemy, niż wy o nas, co? Tyle tylko pewnego, żeście Ochotyna widzieli, ale poco tu płyniecie i czego szukacie, tegoście nam nie powiedzieli... Nie do „Rasiei“ przecie tędy na południe płyniecie, nie na Amur i nie do Chin?... Więc gdzie?... Przyznaj się, że Alaksynę brać chcecie! Bądź szczery, a wtedy pogadamy i być może pomożemy wam, jeżeli okażecie się dość silni, aby taką rzecz zrobić i sprawa będzie warta zachodu... Przyglądam ja się wam cały czas i widzę, że macie u siebie ład i sprzęt też macie niezgorszy i broń, ale... żeby się Ochotyn zgodził was popierać, to tego nie wiem, bo w takim razie pocóżbyście ten list przed nami kryli i on sam pocoby do krajowców pisał, a nie do nas?... Przecie oni go zdradzą zaraz przed swoimi pobratymcami... na Alaksynie!
Milczał Beniowski, wąs kręcił i bystro patrzał na mówiącego, który tym razem oczu nie opuszczał, owszem sam na Beniowskiego wciąż jastrzębim okiem poglądał.
— Widzisz, przyjacielu... — zaczął wreszcie cichym głosem Beniowski. — Mylisz się, sądząc, że Alaksynę brać chcemy, lub że wogóle po zdobycz tu przyjechaliśmy. Nie o to chodzi!... Cóż z tego, choćbyśmy zdobyli soboli i bobrów dwa razy tyle, co ich już mamy... Gnije przecież skór tych na dnie naszego okrętu dobry zapas. Chcesz, to ci mogę je pokazać, gdyż właśnie kazałem je wietrzyć i suszyć... Nie o futra nam chodzi i nie o ten marny dobytek, który u krajowców znaleźć można... Złota i srebra i miedzianej monety również wieziemy więcej, niż na Alaksynie i wszystkich waszych wyspach razem znaleźć można... Ale nawet gdybyśmy coś od was zyskać mogli, to co?... Siedzielibyśmy tu, na tych skałach, jak Ochotyn lub jak wy, wśród dzikich ludów, dziczejąc sami, jak oni... Nicby nam ani z tych bogactw, ani z tych pieniędzy nie przyszło... Dla innych zamiarów my z Ochotynem połączyliśmy się...
Tu jął Moskalowi obszernie wykładać plan założenia na wszystkich tych wyspach i pobrzeżu Ameryki obszernej wolnej kolonji dla handlu futrami, kłami morsowemi, fiszbinem, drogiemi kruszcami...
— Ale dlatego potrzeba uzyskać opiekę i poparcie jakiego potężnego żeglarskiego państwa, gdyż rząd rosyjski nam inaczej tu, pod swym bokiem utrwalić się nie pozwoli, wyśle okręty i żołnierzy, nas wytraci, wydusi a na nasze miejsce swoich urzędników posadzi...
Gorzały Moskalowi oczy, rumieńce wybiły mu na twarz, gdy słuchał tych obszernych wywodów.
— Więc właściwie poto ty, jenerale, teraz na południe płyniesz... Do tego żeglarskiego imperjum po poparcie?... — spytał przyciszonym głosem.
— Zgadłeś! Tak umówiliśmy się z Ochotynem...
— Mądrze mówisz, Auguście Samuelowiczu! Czyżby jednak nie... lepiej było... — zaczął znos wu Sałazow z namysłem. — Czy by nie lepiej było, zawojowawszy te tu wyspy i brzeg Ameryki, wzorem Jermaka i atamana Kolca uderzyć czołem... przed nowym carem, który, powiadasz, na tron tylko co wstąpił?... Możeby nietylko nam tedy grzechy nasze przebaczono, ale wysokim obdarzono... urzędem...
— A na długo?... Cóżto, nie wiesz: dziś wojewoda, a jutro kłoda!... Czy na długo starczyłoby dobytku tych nędznych dzikusów dla tej chmary rabuśników, coby się tu zaraz zleciała?... Za rok, za dwa byłaby tu taka sama bieda, głód i niewola, jak na Kamczatce... Chodzi o rozwój bogactw i czerpanie z ich źródeł bez końca...
— Starczyłoby na nasz wiek, starczyło, Auguście Samuelowiczu, tego, co jest!... — roześmiał się Sałazow. — Kto tam wie, co będzie po naszej śmierci!...
Beniowski nic nie odrzekł, wstał jeno z krzesła, dając znak, że rozmowa skończona.
— Więc jutro rano przyprowadzisz wyspiarzy i żonę Ochotyna, gdyż inaczej sambym musiał udać się na ich poszukiwanie.
— Przyjdę, przyjdę i przyprowadzę, bądź pewny, Auguście Samuelowiczu!... A ty nie myśl, że ja przeciwny twym planom jestem... Owszem, rozumne są plany twoje, jeno bardzo obszerne i głębokie, więc ja przez swoją prostotę zrobiłem tak sobie, nic nieznaczącą uwagę... Ty zapomnij o niej!... Uczynię jednak wszystko, co mi pan mój i przełożony Ochotyn w tym swoim liście nakazuje... Do widzenia więc, do jutra!...
Odszedł, kłaniając się nisko, a Beniowski pośpieszył do obozu, gdzie przez noc całą szła przy blasku kaganków pochodni usilna praca nad wyładowaniem i reparacją okrętu. Szalupa i bat wciąż krążyły między bladym brzegiem i atramentową plamą „Piotra i Pawła“, ledwie rysującą się na tle ciemnych, spokojnych wód zatoki ze złotemi odbiciami drżących ponad niemi gwiazd.
Późno w nocy wszedł Beniowski na chwilkę do szopy, gdzie, prócz cenniejszych towarów, umieścił chorych oraz kobiety, pod nadzorem Medera i Bielskiego. Ten ostatni jeszcze nie spał. Przy świetle kaganka pochylony nad paką w kąciku zwijał jakieś ruloniki i torebki.
— Wszystko zamokło, odwilgło! — żalił się Beniowskiemu, który zatrzymał się koło niego.
— Jakże się ma... Nastazja? — spytał ten po polsku.
— Śpi. Dobrze się ma!... Wszyscy lepiej się poczuli, gdy wydostali się z okrętowego zaduchu i ciasnoty. A długo tu postoimy?
— Nie wiem jeszcze!
— Ach, gdyby tak choć dni parę!... Możnaby wszystkich na nogi postawić!... Nagotować odwaru z jarzyn świeżych... Może jaki drób się znajdzie, kury albo kaczki, jaja?... Co?... Ale, ale, cóż ci ten stary krajowiec przyniósł?
— Jaki krajowiec?...
— A nie wiesz? Był tu przed chwilą. Od godziny czatuje na ciebie, mówi, że ci przyniósł jakiś podarunek... Lecz do obozu iść nie chciał... Tutaj wciąż krążył... Tajemniczy jakiś... Mówi po rusku, ale z twarzy podobny do tubylców...
— Gdzież on jest?
Wyszli razem przez drzwi i rozglądali się w ciemnościach, gdy wtem tuż blisko oddzieliły się od ściany dwa cienie i zbliżyły ku nim pokornie.
— O, to on!... — szepnął Bielski.
— Kto jesteś?...
— Ja... tutejsza, a ty jest... Benioszka?... — odpowiedział cień łamaną ruszczyzną — ja chcieć z tobą pogadać... oko na oko...
— W takim razie chodźmy!... — rzekł Beniowski, cofając się za próg szopy.
Bielski pobiegł po swój kaganek i świecił im, gdy między beczkami i skrzyniami towarów przechodzili w kąt budynku, oddzielonego kotarą na gabinet i sypialnię dla Beniowskiego.
Znalazłszy się tam, stary zaraz przysiadł na rozpostartej na ziemi macie, a tuż za nim przykucnął chłopaczek, którego on przyprowadził ze sobą. Stary miał na sobie piękny biały kaftan z włókien pokrzywy, wyszyty na brzegach, odołku i plecach pięknym kolorowym deseniem; chłopaczek był zupełnie nagi, miał jedynie koło bioder wąską przepaskę, a w przebitym nosie duże srebrne kółko.
Beniowski przyglądał im się uważnie, uderzony chytrym wyrazem twarzy starego i pięknością chłopca.
Stary gładził siwą brodę i czekał, aż się Bielski oddali.
— Ja ci chciał podarować ten chłopak... Piękny chłopak!... On umie trochę po hiszpańsku, on ci będzie „tołmacz“... Służyć wiernie... On nie tutejsza... on z Kadyks... z Wielkiej Ziemi... Chcesz go?... On ci się przyda...
— Czy on ochrzczony? — spytał Beniowski.
— Nie. Ty go ochrzści... On się przyda... On zna nasza mowa i mowa Sunat i hiszpańska mowa... — powtarzał, biegając oczkami po twarzy Beniowskiego.
— Ktokolwiek jesteś, dziękuję ci serdecznie za upominek i przyjmę go, o ile pozwolisz mi wzajem się czemś odwdzięczyć...
Uśmiechnął się stary.
— Ty nie Moskal, ja to widzieć... prawdę powiedzieli twoi ludzie! Tyś zdaleka... tyś... jewropczyk... Stary Onaha... wszędzie bywał, może i twoja ziemia bywał... Stary Onaha taki duży, jak ten chłopak, był przez kozaków na wojnie zabrany... Wszystko porąbali, spalili, sama popiół... mama zarznęli, tata zarznęli... Onaha wiązali, na okręt sadzali... Potem Onaha sprzedali... daleko... Onaha długo tam chodził... Wielkie miasta widział... Sam Biały-Car widział... Siedzi złoty cały... Nic nie mówi... tylko złoty cały, a taki blask od niego, że oczy boleć i ludzie nie może go patrzyć... na twarz pada!... Wszystkie kozaki widział Onaha, kupców widział... handlował... Onaha dobrze zna wszystko... Potem Onaha wracać na wielki jak dom okręt z wielki admirał... Onaha kazali „tołmacz robić... Ale Onaha jak na swoja ziemia zejść, to już nie wrócić... Onaha w las uciekać... Onaha serce dawno płakać... Onaha na swoja ziemia paść... zębami ją gryźć... Onaha nie lubi kozaków... Onaha szybko biegać, daleko biegać... Onaha swój naród o kozakach opowiadać... Wszystka biegać... nie handlować, nic nie dawać... Strzały z łuku dawać... dzidą pchać... kamienie w głowa dawać... Onaha wszystka swoja ludzi uczy bić, jak kozak... Kozak poszedł sobie... Taju tutejszy Onaha polubić... dać mu swoja córka... Potem Onaha sam być Taju... Dziś Onaha stary, dziś Onaha nic nie robić, jeść, pić, spać, oddychać... Taju jest teraz syn Onachi-Tuachta... Gruby Tuachta!... Urumsziri kozak nigdy nie brał... Przychodził i odchodził z pustą ręką... A teraz już nie przyjdzie!... Teraz mój wnuczka, córka Gruba Tuachta, Nimnjasz, wyszła zamąż za białego bohatera, za silnego, jak car, jak sam... admirał... Teraz kozak tutaj nie przyjdzie... Ty, Benioszka, kozak też nie lubić... Ja wiem!... Ty Bolsza spalić, kozak dużo pobić!... Ja wiem...
A skąd ty wiesz?... — zdziwił się Beniowski. Oo! Ptak nad morzem przeleci, Aleut wie!... — odparł ze śmiechem stary, wskazując ręką na niebo. — Poco ty tu przyszedł, Benioszka?... Ty za góry lodowe chodził?... Ty Ochotyn widział?... Poco ty tu przyszedł?...
— Przychodzę z polecenia Ochotyna, wiozę do was list od niego...
— Ha, list!? Dobrze!... Ty wszystko będziesz mieć tutaj, wszystko: jedzenie, dużo jedzenia, woda, dziwka, młoda dziwka... co będzie twoja chcieć!?... Tylko ty z kozakiem nie gadaj. Nawet z tutejsza Moskal dużo nie gadaj... Ty ze mną gadaj, z Gruba Tuachta gadaj... z żoną Ochotyna gadaj!... Ten mój chłopak, „tołmacz“, dobra „tołmacz“...
— To wnuczka twoja, Taju, jest żoną Ochotyna!... — domyślił się Beniowski.
— Tak, tak!... Jest żoną Ochotyna!... Mój wielka przyjaciel, wielka człowiek, głowacz... on nie jest Rusak, on jest jewropejczyk... Ale ja też nie jest Taju, Gruba Tuachta jest Taju! — radośnie opowiadał starzec. Powiedz o Ochotyn?... Co on robi, Ochotyn... Co ty z nim gadać?... Czy mówić o Urumsziri, o Kadyak, o wyspy Lisa, o cała ziemia aleucka?... Co mówić o ziemia aleucka?...
Beniowski w prostych wyrazach opowiedział starcowi o swem widzeniu się z Ochotynem, o jego przykrem położeniu wskutek braku okrętów, o planie ułożonym wraz z nim co do utworzenia tu na Wschodzie wolnej kolonji z wysp aleuckich z Alaksyną z przyległościami, pod protekcją potężnego europejskiego państwa dla wolnego z nim handlu...
— Pan zdaleka jest mniej niebezpieczny, niż pan zbliska!... — tłumaczył Beniowski myśl swoją.
— O tak, tak!... Onaha wie!... Wszystka biała jest zła, ale kozak najgorsza... Pali, zabija bez żadna tołku...
Pod koniec rozmowy wyjął Beniowski z puzdra butelkę wina i częstował starca, ten jednak tutaj pić nie chciał, butelkę skwapliwie pod połę kaftana schował i niebawem zabrał się do wyjścia, powtarzając:
— Chłopak twój... Dobry chłopak, młody chłopak... niechrzczony chłopak... Możesz go brać, bo on niechrzczona... Rad będziesz... Swoja wiara go chrzcij... Jego dusza będzie twoja dusza... Z kozak nie gadaj... z Gruba Tuachta gadaj!... Bywaj zdrów, do jutra!...



XVII.

O świcie obóz został zbudzony z krótkiego wypoczynku warkotem bębna. Beniowski już stał we drzwiach szopy i wydawał rozporządzenia podchodzącym do niego oficerom. Najznaczniejszą kompanję przeznaczył do reparacji okrętu, który, oswobodzony od ładunku, wysoko wspłynął na srebrnej wodzie i lśnił bokami obrosłemi morszczyzną i muszlami w różowych promieniach budzącego się dnia. Tych, co znali trochę bednarkę, przeznaczył do zbijania i reparacji beczek potrzebnych na wodę słodką, której zapas musiał być zwiększony wobec przyszłej podróży w strefach gorących. Inni odbijali paki z towarami, aby je przewietrzyć i wysuszyć. Kobietom powierzył pieczę nad futrami, stanowiącemi główne bogactwo wyprawy, a które wielce ucierpiały od wody i wilgoci. Wreszcie Chruszczowowi polecił zająć się urządzeniem przyjęcia krajowych dostojników, których należało się lada chwila spodziewać. Kazał więc Chruszczów na pobliskiej zaspie białego piasku rozbić namiot, zatoczyć tam beczkę wódki, rozłożyć maty, przygotować na niskich zydlach i tacach podarunki, kubki do napoi, paczki tytuniu, skrzynki z galetami... A wszystko obstawić ładnie zielonemi gałązkami i drzewkami, wyrąbanemi w pobliskim lesie.
Przyglądały się tym robotom zdala gromady dzieci, ale dorosłych prawie dzisiaj widać nie było.
Dopiero gdy słońce dobrze wzniosło się na niebie i blado-błękitny Ocean cały zagrał złotemi łuskami drobnych fal, rozległy się od strony wioski głuche uderzenia bębna i przenikliwy świegot piszczałek. W obozie też zagrała trąba, i Urbański uszykował frontem przed szopą swoich strzelców oraz majtków Chołodiłowa w mundurach i pełnym rynsztunku. Beniowski w otoczeniu oficerów stał przed namiotem w oczekiwaniu gości.
Zbliżała się, rosła, stawała coraz wrzaskliwszą muzyka, przyłączył się do niej tupot nóg i dzikie wykrzyki, aż wreszcie w wylocie drogi, między pierwszemi domami pojawił się barwny, pstrokaty tłum. Na przedzie dwu krajowców przystrojonych w futra i w pióra dźwigało za uszy ogromny bęben, w który trzeci krajowiec, goły do pasa, bił zaciekle pałkami; za nimi ciągnął rząd zupełnie prawie gołych, ale zato pięknie malowanych żółtą, czerwoną, białą i niebieską farbą flecistów, z piórami w czubach wysoko zaczesanych włosów. Dalej szedł Onaha z żoną, ubrani w pyszne sukienne i jedwabne stroje, z świecącemi guzami i galonami, naszytemi na ramionach, brzegach i połach ubrania. Za nimi w małej odległości kroczył po jednej stronie Sałazow, a po drugiej wyniosły wojownik w tubylczym stroju z drogich futer bobrowych i kotowych, tatuowany i malowany na twarzy, z diademem piór na głowie, ale bezbronny.
Beniowski domyślił się odrazu, że to Gruby Tuachta.
A dalej już walił tłum krajowców, tańcząc, skacząc, podrygując, wymachując maczugami, łukami i siekierami, błyskając dzidami oraz nożami. Mienił się ten cały pochód od kolorów rozmaitego włosia, od tkanin wyszytych i barwionych jaskrawo, od chwiejących się wszędzie piór ptasich; brzęczał metalowemi ozdobami, dźwięczał od stukotu żelaza i tylców pik opieranych o ziemię, od tupotu nóg obutych w wyszyte paciorkami skórzane obuwie.
Za tą wojowniczą gromadą maszerował spokojnie oddział Rosjan, ludzi coś ze czterdziestu, rozmaicie odzianych, lecz przyzwoicie uzbrojonych we flinty i krótkie morskie kordelasy.
A dalej już pchał się bezładnie ogromny tłum kobiet, starców, dzieci w futrach, łyczanych kaftanach, półgołych lub całkiem nagich, milczący, ale podniecony, rozciekawiony, niesforny...
Gdy Urbański kazał swym żołnierzom sprezentować broń, krajowcy zatrzymali się; poczem z jednej strony wystąpił Beniowski z Chruszczowem i Baturinem, a z drugiej Onaha z żoną, Sałazowem i owym wyniosłym wojownikiem, który okazał się istotnie Grubym Tuachtą.
Powitali się przyłożeniem ręki do czoła, a następnie europejskim uściskiem dłoni. Onaha przedstawił Beniowskiemu swoją żonę, swego syna Grubego Tuachtę, sławnego Taju wyspy Urumsziri z przyległościami, poczem udali się wszyscy do namiotu, gdzie usiedli na przygotowanych pośrodku matach.
Wojownicy aleuccy i ich sprzymierzeńcy rosyjscy stanęli półkolem poza swymi wodzami, podczas gdy tłum ciekawych zatrzymał się woddali.
Beniowski wstał, wyjął uroczyście ze szkatułki list Ochotyna i wręczył go Taju. Ten obrócił go w palcach kilka razy z zakłopotaniem, wreszcie oddał go Sałazowowi, mówiąc:
— Czytaj!...

„Pozdrawiam i życzę wszelkiej pomyślności Ojcu mojemu, Taju Tuchta, zwierzchnikowi wysp Aleuckich — zaczął poważnym głosem Sałazow po rusku, a Onaha tłumaczył słowo za słowem. — W nadziei, że Bóg szczęśliwie do was zaprowadzi przyjaciela mojego, dałem mu ten list, w którym ci donoszę o naszym z Maurycym Augustem Beniowskim pobratymstwie, jak najusilniej cię prosząc, iżbyś mu użyczył wszelkiej pomocy, jakiej on tylko potrzebować będzie. Czekam na przybycie okrętów, dla uczynienia wyprawy do Kamczatki, skąd spodziewam się powrócić przed zbliżającym się śniegiem, abym uścisnął żonę, a ciebie przekonał o mem przywiązaniu. Cała zdobycz, którą zyskam na kozakach, będzie dla ciebie i twoich poddanych. Zalecam także niniejszym listem towarzyszom moim, ażeby we wszystkiem posłuszni byli rozkazom przyjaciela mojego, oddawcy tego listu, Maurycego Beniowskiego, i tak onych słuchali, jak gdybym sam one wydawał. Życzę wszelkiego szczęścia mojemu Ojcu, moim towarzyszom i mojej żonie.

Ochotyn.
Na wyspie Beringa, dnia 24 maja 1771 r.“

Pilnie słuchali, w ciszy najgłębszej, listu krajowcy, płakała młoda żona Ochotyna, kryjąc łzy w futrzanym rękawie, uważnie oglądał podpis i pieczęcie Sałazow. Odszedł na stronę do swoich towarzyszy i długo szeptał z ich naczelnikiem.
Po długiej milczącej zadumie powstał nareszcie wyniosły Taju, sam Gruby Tuachta, i tak rzekł:
— Gdy byliśmy bliscy zgnębienia, gdy wsie nasze zamieniły się w popiół a wojownicy nasi odeszli w państwo Wielkiego Morskiego Starca, gdy dzieci nasze miały umierać z głodu, pozbawione ojców zabranych w niewolę, a kobiety nasze musiały podszywać obuwie brodatym kozakom, zjawił się na skrzydlatym okręcie biały nasz brat, zbrojny w ognistą broń, i wybawił nas od napastników. Odtąd nie śmią już do brzegów naszych, do kwitnącej ziemi Urumsziri, zawijać ciężkie statki krwaworękich, kosmatych ludzi... Wolni rozmnożyliśmy się znowu, pewni życia odbudowaliśmy wsie nasze, rozradowani wzbogaciliśmy się, zabijając z roku na rok niezliczoną ilość miękkopuchych bobrów, ostrożnych kotów morskich, wilków i morsów z potężnemi kłami... Pełne są mięsiwa garnki naszych kobiet i pełne futer nasze komory... Aliści przychodzi drugi Biały Brat... Zjawia się, jako mgła, jako obłok wśród białych żagli, i obiecuje nam utrwalić do skończenia świata wieczny pokój, wieczną zgodę i sprawiedliwą zamianę zdobyczy naszej na cenne swoje żelazo, na miedź, na rury ogniste, plujące śmiercią, na sieci konopne, łowiące wyśmienicie najostrzejsze z ryb... I na dowód tego przywozi nam na białej skórze łabędzia język duchów, jakim przemówił zoddala z za lodowych gór i czarnych chmur nasz Biały Brat, Pan i Syn mój ukochany — Ochotyn!... Nie pozostaje nam nic innego, wojownicy, dzieci kwitnącej Urumsziri, jak krzyknąć wesoło „ijachaj!“ na cześć Wielkiego Morskiego Starca, Stworzyciela wszystkiego, co potrzebne Aleutom... Nie pozostaje nam nic, jak krzyknąć „ijachaj!“ na cześć Pana i Brata naszego, panującego nad morzem kozackiem, syna mego Ochotyna!... Nie pozostaje nam, jak krzyknąć wreszcie po wielekroć „ijachaj!“ na cześć nowego naszego Brata Benioszki... i prosić go, aby zawarł z nami przymierze wieczystej zgody i pobratymstwa niezłomnego, obietnicy niesienia sobie pomocy we wszelkiem nieszczęściu i potrzebie i dzielenia się ze sobą wszelką radością i zdobyczą... Ijachaj!
— Ijachaj! Benioszki!...
— Ijachaj!...
Krzyknęli wojownicy.
— Ijachaj... Ijachaj!... Jallaj ja!... — powtórzył wrzaskliwie stojący woddali tłum.
Beniowski odpowiedział przystojną mową, w której wychwalał wzajemne korzyści, płynące ze zgodnego braterskiego pożycia ludów, oraz wielkie zyski obustronne, jakie daje pokojowy i uczciwy handel produktami rozmaitych ziem. Zachęcał wyspiarzy do wierności dla Ochotyna i dziękował za życzliwe przyjęcie w imieniu swojem i swojej załogi.
Onaha tłumaczył mowę słowo za słowem.
— Godzę się chętnie na zawarcie z wami pobratymstwa, albowiem i bez tego ludzie całego świata są sobie braćmi, o ile nie zamąci im myśli i nie zepsuje serca dzika chciwość oraz nierozumna nienawiść!... A więc niech żyje wieczna zgoda między nami i przyjaźń!... — zakończył.
— Ijachaj!... — wrzasnęli wyspiarze.
— Urra!... Niech żyje!... — krzyknęli marynarze Beniowskiego, którzy, porzuciwszy robotę, zgromadzili się na krawędzi obozu, aby też posłuchać mowy naczelnika.
Skinął niezwłocznie Tuachta na wojowników i podano mu siedem naczyń skórzanych, napełnionych wodą; jedno z nich postawił przed sobą, drugie przed Beniowskim, a resztę rozebrali przedniejsi wojownicy i naczelnicy plemion. Wszyscy umyli ręce i twarze, wytarli je cienkiemi stróżkami drzewnemi, których garście podano im z przygotowanej zawczasu kupy.
Wtedy przyniesiono węgle rozżarzone w miedzianym kociołku. Każdy wziął po jednym i wraz rzucili je do wody, mówiąc głośno:
— „Ogniem podobnym palić będziemy kozaków!“
Następnie podano przysięgającym siedem strzał i złamali je, mówiąc:
— „Między nami broń ta niepotrzebna!“
I natychmiast wojownicy aleuccy odnieśli na bok i złożyli na jedną kupę swoją broń, swoje łuki, siekiery, oszczepy, nawet noże.
Nachylił się Beniowski do ucha Chruszczowa i polecił mu, aby strzelcy postawili broń w kozły i cofnęli się do szopy.
— Niech jednak kanonierzy pozostaną u dział i lontów nie gaszą!... — dodał po francusku.
Tymczasem krajowcy zaczęli znosić na wzgórek kamienie i układać z nich pamiątkowy kopiec. Pomagał im w tej pracy cały tłum ciekawych, którzy zwolna zbliżyli się i zmieszali z wojownikami. Beniowski kazał części strzelców oraz załogi wziąć udział w tej ceremonji. Chętnie usłuchali go marynarze i natychmiast poczęły się rozlegać wśród pracujących wesołe żarty, okrzyki, piski i śmiechy niewieście.
Beniowski częstował Onahę, Tuachtę oraz przedniejszych wojowników wódką, sucharami, słodyczami. Wtem przystąpił do niego naczelnik Moskali, stronników Ochotyna, i oświadczył, że zgodnie z rozkazem Ochotyna, wyczytanym w liście, on, jako komendant z jego ramienia wysp Urumsziri, Adak, Tanaga i wielu innych, oddaje się wraz z czterdziestu podwładnymi żołnierzami pod rozkazy Beniowskiego.
Beniowski zdjął natychmiast z palca drogocenny pierścień z wielkim rubinem i wręczył go mu na znak swego zadowolenia; dodał również, że każdy z jego podwładnych, który zechce wziąć udział w pracy koło naprawy okrętu, zostanie osobno wynagrodzony.
— Gdyż pragniemy, aby pobyt nasz tutaj zostawił w waszej pamięci nietylko wspomnienie przykrych trudów, lecz i lubej przyjaźni naszej!...
Kłaniał się nisko uradowany komendant, kłaniał się i Sałazow, któremu Beniowski podarował postaw czerwonego sukna oraz piękny srebrny kubek. Wodzom aleuckim porozdawał noże, siekiery, ostrza dzid. Taju Tuachcie podarował wielki miedziany kocioł, pełny świecideł i metalowych drobiazgów: gwoździ, sprzączek, guzików. Starej żonie Onahy dał wiaderko paciorków kolorowych, paczkę igieł, motek nici i nożyczki.
Rozmarzony Onaha pil wódkę i śledził go śmiejącemi się, wyczekującemi oczyma; zbliżył się wreszcie Beniowski do niego, usiadł obok i, położywszy mu poufale rękę na zgarbiony grzbiet, rzekł:
— Daruj wodzu Onaho, że przychodzę do ciebie na ostatku, ale my przecież starzy znajomi... Czy nie tak!?...
— O tak!... Onaha lubić Benioszka!...
— Chciałem cię przedewszystkiem prosić, abyś darowanego mi wczoraj chłopca sobie zatrzymał, co wcale nie wpłynie na moją dla ciebie wdzięczność. Przecież o ważniejsze tu rzęczy chodzi, o przyjaźń twego ludu z moim ludem!... Czy nie tak?...
— O tak!... Przyjaźń ludu!... — powtórzył Onaha z trochę przykrym wyrazem na twarzy. — Ty mój chłopiec nie chcieć!?... — On jest zła?... On jest mała?
— Ależ nie!... Pomyśl jednak: mam go stąd zabrać, z ojczyzny, odwieźć daleko!?... Pamiętasz, jak pochwycono ciebie małego... Czy dobrze ci było?...
Ciemna twarz wyspiarza pozostała nieruchoma i urażona.
— Aha, ja rozumiem; ty chcieć dziewka!... — rzekł wreszcie z filuternym błyskiem. — Biały zawsze chcieć dziewka!... Przyślę ci ich dwadzieścia!...
— Mylisz się, poczciwy Onaho!... — roześmiał się Beniowski. — Nie chcę ani chłopca, ani dziewczyny... Co powiedzą rodzice, gdy im chłopca zabiorę?... Może się oni na to nie godzą?... Wszak mówiłeś, że to nie twój chłopiec...
— O tak!... — odrzekł poważnie Onaha. — Dlatego tobie dawać!... On nie mój, on z Alaksyny... My go stamtąd brać, kiedy z Alaksyna wojować... A teraz my z Alaksyna robić zgoda... Mogą chłopak odebrać... A dla ciebie chłopak dobra... będzie... Tołmacz... Nie krzczona chłopak!... Ty go swoja wiara chrzcić!... Ty mieć twoja Pana Boga zato przyjaźń!... Ty go bierz, ja mówić: biały go brał!... Przepadło!...
Śmiał się, szczerząc szeroko duże zęby, żółte od żucia tytuniu, i wyciągnął do Beniowskiego pełną czarkę wódki:
— Pij, Benioszka, na zgoda... mohorycz!... Chłopca bierz!...
— Ha, jeżeli tak, to go wezmę... Nauczę go wszelkiego kunsztu, zrobię wojownikiem, może wróci i zostanie, jak ty, nauczycielem ludu swego!... — odpowiedział Beniowski, trącając się ze starym czarką. — A teraz pozwól, że ci ofiaruję na pamiątkę te małe upominki!
Tu kazał sobie podać przygotowaną zawczasu piękną flintę skałkową, funt prochu, pięćdziesiąt kul, kilka funtów tytuniu i flaszkę gorzałki. Rozgorzały oczy staremu, schwycił broń sępiemi palcami i zagadał po aleucku do syna, do siedzących wkoło wojowników. Ci stracili na chwilę swą niewzruszoną powagę i pochylili się ku staremu, aby lepiej obejrzeć prezenty.
Chciał Onaha zaraz nabijać i strzelać, ale, ze względu na małą pewność ruchów podpiłego starca, wytłumaczył mu Beniowski, że próbę broni należy odłożyć na potem i w innem uczynić to miejscu.
— Nie tutaj, gdzie nigdy nie powinien się rozlegać żaden huk wojenny, ani szczęk oręża!...
— Tak, tak! — zgodził się Onaha.
Właśnie dokończono budowy kopca kamiennego i rozdano między pospólstwo wyspiarskie ostatnie darunki: dwieście funtów pośledniejszego tytuniu.
Skończyła się uroczystość, powstali wodzowie, kilku z nich usiłowało wygłosić nowe mowy kwieciste, lecz ich już nikt nie słuchał i nie tłumaczył.
Onaha błędnie wodził oczyma i mruczał niewyraźnie, opierając się tarmoszącej go żonie, Gruby Tuachta szukał skwapliwie oparcia na ramionach młodych wojowników, naśladowali go inni wodzowie.
Odeszli chwiejnym krokiem, zmieszaną gromadą, poprzedzani wrzaskliwą muzyką, a za nimi pociągnął tłum starców, kobiet i dzieci. Beniowski kazał zaraz zwinąć namiot i sprzątnąć wypróżnione beczki oraz naczynia. Na „wzgórku przyjaźni“ został jeno szary kopiec głazów, zdeptany piasek oraz pomięte, pochylone i połamane zielone gałązki i drzewka, wetknięte wokoło dla upiększenia.
— Wszystko wychlali!... Ech, mordy końskie!... Albo to się zna na czem?... Pije, jak wodę!... — mruczeli marynarze, wracając na rozkaz oficerów do porzuconej w obozie pracy.
Beniowski, dostrzegłszy w oknie szopy Nastazję, przyglądającą się wraz z innemi kobietami widowisku, wszedł na chwilę, aby jej powiedzieć, jak szczęśliwie ułożyły się sprawy z wyspiarzami i jakie on stąd rokuje korzyści.
— To już nie skały jałowe i bezludne pustkowia północne... To kraj zamieszkany, żyzny, w dobrym klimacie. Cały szereg pięknych wysp, które mogą istotnie stać się ostoją przyszłego wolnego państwa...
— Ach, jacy oni brzydcy!... Jakże strasznie wymalowane mają twarze i dziwaczne ubrania!... Doprawdy, są straszniejsi od naszych Czukczów i Korjaków!... — zauważyła Nastazja.
— Nie powiem!... Naród rosły i dość bystrego umysłu, łatwo się ze swych cudactw przez poznanie cywilizacji wyleczy!.... Mam jednak obecnie trochę zabawny a smutny zarazem kłopot z pewnym porwanym przez nich na wojnie chłopaczkiem, obecnie ofiarowanym mi przez ich byłego Taju Onahę... Nie mogłem odmówić, a lękam się, aby to nie pociągnęło za sobą jakich kompłikacyj...
— Cóż więc zamierzasz z nim uczynić?...
— Doprawdy nie wiem... Trzeba go będzie pewnie zabrać...
— Czy duży?...
— Nie, ma lat... dziewięć... dziesięć!
— To tak, jak moja starsza siostrzyczka!... Daj mi go, Maurycy, proszę cię!...
— Cóż z nim poczniesz?
— Będę go chować, uczyć, jak... brata!... — szepnęła, podnosząc na Beniowskiego wilgotne oczy.
— Owszem, mogę ci go dać!... — odrzekł z pewną rezerwą. — Ale... gdzie go umieścisz?...
— U siebie, tutaj... Wszak to małe pacholę, dzieciak... Hamak zawieszę, ot, tutaj!... Zawsze weselej, gdy coś żywego obok dyszy... A tak mi smutno, tak smutno, gdy bałwany biją w statek, gdy słyszę, jak przelewają się wody niezgłębione tam za temi deskami, i gdy pomyślę, że lada chwila mogą je złamać, że umrę tutaj... sama!... Albo kiedy wy tam krzyczycie i hałasujecie na pokładzie i ogarnia mię strach, że coś się stanie, że lada chwila wpadną do mnie z dzikiemi twarzami i powloką mię, że znowu... ujrzę... I nikogo, nikogo!... Nie uścisnę nawet ciepłej ręki!... Nikt w oczy nie spojrzy!...
— A ja?
— Tak, ty!... Zapewne... ale ty też wciąż nad przepaścią chodzisz... W dodatku jesteś zajęty ważnemi sprawami... Rozumiem, że nie możesz udzielać mi dużo czasu i... nie żądam!
Widząc, że Beniowski siedzi wciąż zachmurzony, umilkła z błyskiem zastanowienia na twarzy.
— Więc chcesz się zupełnie odgrodzić ode mnie!... — szepnął wkońcu.
Oblała się mocnym rumieńcem, który ogarnął jej nawet szyję i czoło aż po koronę czarnych włosów.
— Ależ nie!... Nie pomyślałam o tem... Możemy w takim razie chłopca umieścić w twojej kajucie...
— W mojej nie można, potrzebuję jej wciąż dla rozmów...
— W takim razie... poproszę Bielskiego, choć to znowu zwróci uwagę!
— Kochana!... Czyż nie rozumiesz, że tyle naszego szczęścia, co na tym okręcie... Kto wie, jak się wypadki ułożą na ziemi? Czy nie zginę rychło w jakim hazardzie, bo bez hazardu niema nic!... Kto wie, co rząd rosyjski przeciwko nam przedsięweźmie?... Może on już przez Chiny i Mongolję wysłał swoje żądania z Irkucka do portów japońskich, do kolonij angielskich i holenderskich, może przedstawia nas, jako piratów, zwykłych rabuśników, i żąda naszego wydania na zasadzie praw morskich między narodami?... Kto wie co się stanie i czy długo będziemy razem!?... Czy więc możesz się dziwić, że cenię sobie tak wielce te krótkie chwile, te jedyne moje chwile, jakie z tobą spędzam!?... Chwile, dające mi choć na krótko zupełne zapomnienie wszystkich trosk, niepokojów, chwile wypoczynku i zatracenia się w szczęściu... Zamykam oczy, niema dla mnie nic na świecie prócz ciebie, ukochana, prócz twej piersi, twych ust i twych oczu... — szeptał jej cichutko.
Zapłoniona i szczęśliwa słuchała go, nie śmiejąc jednak podnieść powiek, pewna, że w tej chwili właśnie wszyscy na nich patrzą.
Istotnie uwijający się wśród pak z towarami robotnicy pilnie nadstawiali uszu i zerkali raz po raz w ich stronę, aż wreszcie podszedł do nich starszy majtek Chołodiłowa, posępny i kanciaty Czułosznikow, i rzekł brutalnie:
— Pan, jenerale, tutaj siedzisz, a tymczasem przyszli ludzie Ochotyna i pytają, co mają robić.
— Niech czekają... Możesz odejść... — odrzekł szorstko Beniowski.
— Słucham!... odpowiedział marynarz, prostując się i błyskając zukosa na Nastazję oczyma.
— Idź, idź, Maurycy!... Pomyślą, że to ja ciebie wstrzymuję! — szepnęła, mieniąc się dziewczyna.
Gdy wyszedł przede drzwi, ujrzał dwunastu Moskali z siekierami na ramionach, siedzących nieopodal na kłodzie drzewa, na słońcem ozłoconych piaskach.
Dowiedziawszy się, że dwu z pomiędzy nich zna się dobrze na bednarstwie, odesłał ich zaraz do zajętych reparacją beczek, resztę skierował na statek, który postanowiono zupełnie wyciągnąć na odmiał dla gruntowniejszej rewizji oraz reparacji dna. W tym celu wbijano na brzegu pale, przymocowywano bloki, urządzano kołowroty, podczas gdy część robotników rąbała w lesie i znosiła na miejsce okorzone okrąglaki na walce i podkłady.
W ogromnych kotłach warzono smołę, i dym czarny pachnący kłębił się i rozwłóczył po brzegu długiemi smugami. Koło szopy, w zbudowanych naprędce piecach, pieczono pośpiesznie chleby z resztek mąki.
Aby zwiększyć jego ilość, kazał Beniowski do zaczynionego ciasta dodawać gotowanych słodkich bulw, jakich mu niemało dostarczyli wyspiarze, z początku darmo, a następnie wzamian za towary.
Inną kompanję majtków z sieciami i niewodami wysłał Beniowski w towarzystwie doświadczonych krajowców, za zgodą Taju, na rybołówcze tonie.
Szła więc wytężona robota w obozie przez dzień cały pod opieką licznych i czujnych straży.



XVIII.

Słońce zapadło za lazurowe wody, zostawiając na niebie wachlarz złotego pyłu, purpury i fioletów. W zatoce, przysłoniętej skałami, było prawie ciemno; kolorowe światła zachodu wpadały tam z, góry, zmieszane razem, niby bilaski kościelnego witrażu, do mrocznej kaplicy. U zwierciadła nieruchomych czarnosrebrnych wód wznosił się ciemny korpus statku, li tylko na najwyższych krawędziach i obłych wypuklinach muskany koralowemi blaskami; reszta rozpływała się w tężejących z każdą chwilą cieniach nocy. Coraz jaskrawiej rozpłomieniały się ognie obozowe, a krwawe, dymne i przyziemne ich łuny coraz śmielej ogarniały namioty, szałasy, stosy beczek i towarów, oraz postacie ludzkie, kupiące się w ich pobliżu.
Ustał stuk i rozruch pracy dziennej, zastąpiony leniwym pogwarem robotników, szykujących się do spożycia wieczerzy i ułożenia do snu.
Beniowski, siedząc w swej szopie, odbierał od Czurina i Chruszczowa raporty ze stanu robót na statku i w obozie, omawiał z nimi plan jutrzejszych zajęć i rozkład sił roboczych, gdy wpadł wystraszony Kuzniecow, wołając:
— Zdrada!... Napad!... Te końskie mordy przebiegle walą na nas z całą swą siłą!...
Schwycił Beniowski leżący na stole pistolet i wyskoczył przed drzwi. Dojrzał na tej samej drodze, którą krajowcy przyszli rano, kotłujący się tłum i usłyszał granie zbliżającej się zwolna muzyki. Już strzelcy Urbańskiego biegli na stanowiska z własnego popędu, już obóz zbroił się i kanonierzy nieśli w wiaderkach ku działom dla lontów płonące zarzewie od ognisk.
— Bądź gotów na wszelki wypadek! — zwrócił się Beniowski do Kuzniecowa. — Zdaję na ciebie i Panowa obronę obozu, a ty, Chruszczow z Baturinem, oraz ty, Sybajew, pójdziecie ze mną!...
Schował pistolet w zanadrze i wystąpił na przód ku zbliżającym się wyspiarzom.
Był to taki sam tłum, jak rano, jeno bardziej bezładny, rozwrzeszczany i skaczący. Łacno jednak poznał Beniowski, że nie mają wrogich zamiarów, gdyż pozbawieni byli wszelakiej broni, oraz że dużo wśród nich zamieszanych było dziewcząt i młodych niewiast. Walili mimo niego w głąb zatoki, wytrząsając uciesznie rękami, śmiejąc się, wyśpiewując i dając niezrozumiałe znaki.
Zajęli wielką zaspę tuż prawie nad brzegiem morskim; poczem część zaraz pobiegła do lasu i z wielkim hałasem, skokami i wesołemi figlikami jęła znosić stamtąd chróst, drwa, sęki, gałęzie i składać je na wielki stos. Inni ustawiali rzędem na ziemi misy, półmiski i cebry z jadłem, dzbany i wiadra z napojami, wieńcząc i obtykając je zielonemi gałązkami oraz młodemi drzewkami, upiększając pęczkami traw, girlandami białych strużek drzewnych, piórami ptaków, kosmatemi ogonami czworonogów: psów, lisów, wiewiórek, gronostajów.
Wreszcie w końcu pochodu dostrzegł Beniowski grono znamienitszych wojowników z Taju i Onahą na czele. Poprzedzała ich ta sama orkiestra z bębnów i piszczałek, a ztyłu za nimi dziesięciu obnażonych do pasa młodzieńców niosło na głowie olbrzymią łódź, przedziwnie wyrobioną ze skór wilków morskich.
Dygnitarze byli również bez wszelakiej broni, śmiali się i już zdala machali przyjaźnie Beniowskiemiu rękami. Zrównawszy się z nim, wstrzymali kroku. Onaha wystąpił naprzód i rzekł:
— Rano ty nas gościć, ty nas bawić!... Mój syn, Gruby Tuachta, prosi, żeby ty brał ten łódź, jakiej niema na wszystka wyspa!... A i to weźmiesz, co w łodzi, bo tam każdy swoja kładł, co mógł... I Onaha kładł i każda wojownik kładł...
Gdy łódź postawiono u nóg Beniowskiego, spostrzegł, że pełna jest drogocennych futer. Ucieszył się niezmiernie i kazał od siebie zatoczyć jeszcze beczkę wódki ku tym przez krajowców przygotowanym napojom na wzgórku.
Na prośbę Taju, aby nietylko przybył sam, ale pozwolił i załodze wziąć udział w uroczystości, zgodził się, tajemnie wszakże polecił Kuzniecowowi sprawować dozór nad wszystkiem, ku czemu miał ten posługiwać się głównie majtkami Chołodiłowa, sekciarzami, to jest tymi, którzy z racji zachowania czystości swej wiary pogardzają pogańską uciechą.
— Jutro dostaną swą porcję gorzałki i będą mieli dzień wolny, ale dziś niech kropli do ust nie biorą...
— To się rozumie! — mruczał Kuzniecow. — Mamy głowy na karku i widzimy, co się święci!... Możesz się nie obawiać!... Zresztą nic ponętnego w tem dzikiem plugastwie!... Będą się siłowali, tańczyli, a potem spiją się, jak Czukcze!... Znamy to dobrze!...
Siadł Beniowski z oficerami w kole wojowników obok Taju i Onahy, a pospólstwo wyspiarzy rozłożyło się półkolem po jednej stronie, po drugiej zaś stanęła załoga „Piotra i Pawła“. Zapalono ułożony nad morzem stos chróstu, i słup ognia wzbił się wgórę, oświetlając szeregi ludzi i odbijając się rubinową kolumną w płaskich, cienkich, jak szkło, szelingach spokojnego morza.
Wieczór był ciepły, łagodny wietrzyk wiał z Oceanu, niosąc zapach morszczyzny i słony, rzeźwiący smak powietrza.
Zaczęły się igrzyska. Młodzi wojownicy strzelali z łuku i rzucali oszczepami do celu; skakali wysoko, opierając się na drzewcach dzid, machali siekierami i maczugami, naśladując bój.
Beniowski kazał swoim ludziom też strzelać z muszkietów i robić manewry, co uczyniło wielkie na krajowcach wrażenie.
W tym czasie starszyzna piła wódkę Beniowskiego, a pośledniejsi krajowcy i niektórzy majtkowie raczyli się obrzydliwym miejscowym wyskokiem, pędzonym z dzikich tutejszych korzonków, jagód i muchomorów.
Z wielkim zapałem odtańczyli krajowi mężczyźni swój taniec wojenny, rosyjscy majtkowie również wysłali w koło dwu najlepszych tancerzy, którzy na piasku ubitym przez fale wcale nieźle wytupywali figury „hołubca“. Wreszcie wystąpił młody wyspiarz całkiem nagi, z wąską jeno u bioder przepaską, i wyzwał na bój ochotników ze swoich współbraci. Wyskoczył naprzeciw niemu drugi taki, jak on, i, przysiadając, przykucając obchodząc się wzajem wokoło, jak dwu rozsrożonych niedźwiedzi, chwycili się wkońcu za bary.
— Ochaj!...
— Ijachaj!...
— Ullu lu-lu!...
Podniecali zapaśników widzowie, sami niezmiernie przejęci ich walką.
Po tej pierwszej nastąpiła druga i trzecia, wzbudzając coraz większe roznamiętnienie. Kobiety, starcy, nawet poważni wojownicy rozmaitych rodów przyglądali się siłowaniom swych krewniaków z zapartym oddechem, z zaciśniętemi zębami, w głębokiem skupieniu, lub wybuchali nagle okrzykami pogardy, gniewu, zachęty, to znów radości i triumfu.
Gorączka udzieliła się niebawem marynarzom Beniowskiego.
Wreszcie, gdy żaden z krajowców nie chciał podjąć walki z ostatnim szermierzem zwycięskim, kozak Gałka rzucił nagle czapkę o ziemię, skoczył w koło i jął zdzierać z siebie ubranie. Poruszył się i przycichł wieniec widzów; ci, co siedzieli, przyklękli; ci, co stali, pochylili się naprzód i wspięli na palce. Dziewczęta wysuwały ciekawie głowy, srebrnemi obciążone zausznicami. Murem stali na przedzie wioskowi dostojnicy w drogich futrach, we wzorzystych kaftanach.
Dzieci i wyrostki w dalszych szeregach włazili na nagie ramiona braci wojowników. Nawet Onaha, co już widział tyle, że się „dziwić oduczył“, nawet dostojny Gruby Tuachta wraz z mocno podochoconą świtą zostawił na chwilę zabawę z fajką i gorzałką i uniósł się na kolana. Nawet wśród oficerów Beniowskiego dostrzec się dało poruszenie niespokojne; sam Beniowski wyprostował się i kazał cofnąć z przed siebie zacieśnione szeregi, by mu patrzeć nie przeszkadzały.
W kręgu czerwonej światłości, wyciętym w ciemnej nocy blaskiem płonącego stosu, stali naprzeciw siebie zapaśnicy, jeden ciemny i lśniący niby posąg bronzowy, drugi biały, matowy, jak ze srebra szczerego ulany. Pochylili grzbiety szerokie, wyciągnęli naprzód węzłowate ramiona i, szeroko stąpając, zbliżali się ku sobie, wparłszy sobie wzajemnie w oczy zwężone źrenice.
Gdy już byli blisko, rozczapierzyli nagle dłonie, aby pokazać obcym, iż nie dzierżą oręża, poczem uderzyli się wzajem po barkach, po lędźwiach napiętych, próbując mocy. Żaden nie drgnął, nie zakołysał się nawet; wtedy kozak Gałka nagłym chwytem prawicy porwał wyspiarza za lewe zapięście i targnął mocno naprzód, cisnąwszy się jednocześnie wtył całym ciężarem.
Ale wojownik wyprężył się, wywinął, jak żmija, uwięzione ramię z palców przeciwnika uwolnił i skokiem z boku spadł na kozaka, jak berkut. Już go imał za szyję, już go giął i podbierał pod siebie, gdy nagle ten nisko przysiadł ku ziemi, ruchem silnym pleców podbił nogi krajowca wgórę, poczem przerzucił go całego przez siebie.
Szmer pochwalny rozległ się zarówno wśród Rosjan, jak i tubylców. Nim wszakże zdążył Gałka skorzystać z upadku przeciwnika, ten zerwał się i szedł ku niemu z wyciągniętemi ramiony.
Zwarli się znowu pierś z piersią, opletli wzdętemi ścięgnami rąk i nóg, pomieszali swe kolana i stopy, podbródkami oparli się o karki potężne, bary, mocarnemi pogarbione mięśniami, wygięli niby luki prastare, wyrobione z okorzonych kłód dębowych. Wodzili się tak chwilkę po utoku, a cisza panowała wokoło taka, że słychać było jeno ich oddech zacięty, trzask ognia i szmer łagodny morskiej szeligi, płasko rozlewającej się po miękkich piaskach.
Wtem wyspiarz padł niespodzianie na lewe kolano, rzucił się na bok i przeciwnika za sobą pociągnął. Już leżąc, tarzali się w prochu, wili, ślizgali jeden przez drugiego, jak dwa olbrzymie węże, uciskając kolanami w żołądki i żebra, chwytając za piersi, za kark, za ramiona, głaszcząc boleśnie spotniałe ciało drapieżnemi dłońmi. To jeden, to drugi był na wierzchu, krył na chwilę całym sobą przeciwnika, obłapiał go, jakby chcąc wchłonąć ciało jego swoim tułowiem.
Tak leżeli nieraz przez długą chwilę, napozór spokojnie, aż gdzieś zboku lub ztyłu wynurzała się z tej kłębowiny ciał nagle zwycięska noga lub ręka przeciwnika i niedawny triumfator obsuwał się niby góra na bok, aby zniknąć zkolei pod oplotem swej niedawnej ofiary. Koło widzów tak się zwolna rozpłomieniło, tak dokoła walczących ścieśniło, iż zdawało się, że siłacze nie będą mieli niedługo miejsca gdzie się przewalać. Beniowski, oficerowie, wytrzeźwiały Tuachta, wojownicy, stali w pierwszym szeregu i z trudem wstrzymywali, aby wyciągające się co chwila z tłumu ręce, aby wzniesione do kopnięcia nogi, niecierpliwie przytupujące, nie wmieszały się w walkę, nie uderzyły na niekorzyść tego lub owego z zapaśników. Ze ściśniętych ust co chwila wybiegały przekleństwa, okrzyki trwogi lub zachęty, żałosne prośby i wesole drwinki w aleuckim oraz rosyjskim języku.
— Nie wolno!...
— Ijachaj... Sooch!...
— Psia mać!... Zębami!... Jak wilk!...
— Bierz go!... Pod „mikitki!“!... Tak!...
— Urum!... Urum!... Sooch!...
— Kolanem!... Tak, tak!...
— Nie daj się, Gała!... Pohańbisz nas!... Hańba!
— Te focze mordy wszystkich nas wtedy wymordują!...
— A jakże!... Wal, bracie, wal!... Nie zważaj!...
— Za pysk go, za ryj go chwytaj!... Za grdykę!
Ciężko dyszał i charczał już kozak, nie mogąc utrzymać w objęciach zwinnego i gibkiego jak rzemień morsowy krajowca, już był dłużej pod nim pozostał, ku wielkiemu rozżaleniu patrzących rodaków, gdy nagle ruchem ostrożnym, zdradzieckim rękę prawą mu posunął ku gardłu i ścisnął za krtań.
Szarpnął się wyspiarz, potrząsnął głową, wreszcie zastygł na chwilę, wyprężył się, poczem plecy i lędźwia omdlałym ruchem na ziemi rozłożył. Zerwał się kozak i stopę mu z triumfem na piersiach postawił.
— Zdrada!... — wrzasnęli wyspiarze.
— Tak nie wolno!...
— O!... Jaah!...
— A jakże!...
— Będzie z wami, psie syny, kto się tu ceckał!... — wołali kozacy.
Powstał groźny rozruch i może przyszłoby do powszechnej bójki, gdyby Beniowski gromkim głosem nie nakazał ciszy i nie zwrócił się do Onahy z prośbą, aby przetłumaczył wyspiarzom jego przemówienie.
— Prześwietny Taju Tuachta i ty, mądry, doświadczony Onaho, i wy dostojni wojownicy, i wy wszyscy, mieszkańcy i panowie kwitnącej Urumsziri oraz wysp przyległych, wykazaliście dowodnie, jak silni, jak zręczni, jak niezmordowani w walce są wasi bojownicy... Zaiste trudna to sprawa potykać się z wami nawet na żart, cóż dopiero na ostre... Jakże dumni jesteśmy, że mamy w was nie przeciwników okrutnych, lecz przyjaciół!... Jakże wielce cenimy sobie te wasze dla nas uczucia!... Zwycięstwo wasze pochlebiałoby nam zaprawdę więcej, niż wypadkowa nasza wygrana!... Wybaczcie więc, że zapomniał się w gorączce walki nasz wojownik a wasz przyjaciel, że użył niedozwolonego chwytu... Stało się to nie przez złe ku wam uczucia, lecz przez ogień szermierki, przez rycerską zaciekłość!... Aby zaś nie pozostało złych śladów z tego małego nieporozumienia, proponuję zapić je wspólną czarą przyjazną, gwoli czemu każę przytoczyć zaraz nową beczkę wody zamorskiej, darzącej wesołością!
Mowa wywołała powszechną radość; na gasnący ogień dorzucono nowe wiązki chróstu. Młodzież tubylcza i marynarze Beniowskiego, ująwszy się za ręce, zaczęli chodzić wokoło w korowodzie, śpiewając pieśni i przytupując wesoło.
Nowy przypływ wódki nowe wywołał ożywienie; do wsi pobiegły niewiasty po nowe zapasy napojów i jadła.
Podniósł się rozochocony, roześmiany Onaha, włożył na głowę wianek z białych stróżek sosnowych, ujął w rękę czarę drewnianą pełną wódki i zanucił śpiew niedźwiedzi, a potem zaczął tan niedźwiedzi, naśladując ruchy i skoki tej bestji.
Za nim poszli inni wodzowie i pospólstwo, starzy i młodzi, kręcili się poważnie, przysiadali wolniuchno, do taktu śpiewom i muzyce, uderzali rękami po lędźwiach, bili dłońmi niby pazurami w powietrzu, kłapali zębami, jak ów kosmaty książę lasu kłami. Kobiety tańczyły z początku oddzielnie, ale rychło oba szeregi związały się razem, drapały, szczypały, uderzały na siebie, obejmowały się z sobą, naśladując z rykiem, piskiem i charczeniem zaloty niedźwiedzie.
Nie wytrzymali marynarze Beniowskiego, wmieszali się do tego powszechnego tańca, który wielu znało jeszcze z Kamczatki. A gdy starzy popadali na ziemię ze znużenia i obsiedli znowu beczkę z wódką, młodzież sama prowadziła dalej dookoła ogniska korowód. Trzymając się za ręce i kołysząc w rytm śpiewanej pieśni, krążyli pomieszani parami mężczyźni, kobiety i młode dziewczęta. Coraz to z łańcucha wyrywała się co czas jakaś dobrana dwójka i wśród wykrzyków powszechnych i śmiechu pędziła wzdłuż korowodu.
Tancerz starał się schwytać swą tancerkę, która chyżo uciekała, kryjąc się za przyjaciółki, przemykając się pod rękami taneczników lub skacząc przez ogień. Daremne wysiłki, daremne krzyki żałosne i prośby: prześladowca ścigał ją nieubłaganie, aż zdyszaną, zmęczoną dopadł, chwytał i uprowadzał poza obrąb koła w ciemną dal nocy.
Długo niekiedy trwała gonitwa, szczególniej, gdy drobną, gibką, jak łania, aleucką dziewczynę ścigał ciężki, rosły biały żeglarz. Szczere dźwięki przerażenia wyrywały się z piersi ściganej, gdy spostrzegła nareszcie tuż blisko nad sobą kosmatą twarz i ogromne cielsko prześladowcy, wyrywała mu się z objęć, gryzła nieraz i szczypała nie na żarty, a podchwycona, podniesiona wgórę, trzepotała rękami i nogami w powietrzu, jak schwytany w sidła ptak. Ale żałosnym jej piskom i wzywaniu o pomoc wtórował jeno wesoły śmiech jej towarzyszek, czekających swojej kolei, i docinki żartobliwe rozognionych mężczyzn.
Dużo kobiet powędrowało w ten sposób tej nocy do obozu przybyszów. Reszta rozeszła się lub popadała dookoła ognia obok mężów swych i braci, zmorzonych snem i opilstwem.
Dniało. Blade niebo przeglądało się w bias dem morzu. Ciemne pobliskie skały i wyspy dalekie, jak resztki nocy, tajały i świetlały w błękitnych mgławicach. Na żółtych piaskach szaro połyskiwał wielki kadłub okrętu, leżącego na boku, jak cielsko wyrzuconego na mieliznę wieloryba. Nikły dym wypalonego ogniska włóczył się po wybrzeżu siwemi smugami, wisiał nad ucichłem obozowiskiem żeglarzy, gdzie czuwali jeno na rzadkich wartach majtkowie Chołodiłowa z muszkietami w ręku.
Posępnemi oczami spoglądali surowi sekciarze na zdeptany wzgórek, gdzie ciemniały rozrzucone sprośnie w ciężkim śnie figury wyspiarzy, mężczyzn i niewiast, walały się puste wiadra i naczynia, leżały obalone beczki. Czarne psy z podwiniętemi ogonami bobrowały złodziejsko wśród tych resztek uczty, a w górze polatywały białe czajki, już różowe od promieni zorzy wstającej za skalistym przylądkiem.
— Och, grzechy, grzechy!... Wszędzie szatan-kusiciel! — szepnął jeden z wartowników, spojrzał na szopę, gdzie spał Beniowski, gdzie mieściły się okrętowe kobiety, splunął przez zęby i zaczął przechadzać się krokiem żołnierskim po wyznaczonem miejscu.



XIX.

Pofolgował Beniowski dnia tego załodze, później niż zwykle kazał w werbel, wzywający do pracy, uderzyć i sam też dłużej wczasów zażywał. To też Kuzniecow, przyszedłszy z raportem, znalazł go jeszcze w pościeli.
— Taju przysłał warzyw, ryby i młodą, świeżo upolowaną fokę, a Onaha dwadzieścia młodych dziewcząt dla ciebie... Co mam z niemi zrobić?...
— Dla mnie?... Dziwny podarunek!... Niech zaczekają!... Trzeba będzie obdarować je paciorkami i wyprawić zpowrotem do domu!... Ile jednak ten stary okazuje pomysłowości w wyłudzaniu datków!?...
Kuzniecow milczał chmurno. Beniowski, ubierając się pośpiesznie, rzucił nań kilkakroć badawcze spojrzenie.
— Cóż znowu za mucha ugryzła cię, przyjacielu? Gadaj!... Co się tam stało?...
— Stało się, co łatwo było przewidzieć: ledwie połowa ludzi do robót wyszła, a i ci pracują, jak senni... W obozie, jak w zamtuzie, wszędzie dziewki siedzą, żrą, wyłudzają rozmaite fatałaszki u majtków, a to i kradną poprostu... Zobaczysz, zobaczysz, co z tego będzie!... Swary, grzech, bijatyki!...
— Do swarów i bijatyk nie dopuścimy, a grzech wypłoszymy, da Bóg, przy pomocy twoich psalmistów!... — roześmiał się Beniowski.
Uśmiechnął się i Kuzniecow, ale twarz mu niezmiernie wyciągnęła się i zmartwiała, gdy, wyszedłszy przed próg szopy, nie znalazł nigdzie przysłanych dziewcząt. Jeno ci, co przynieśli żywność, siedzieli na piętach pod ścianą i rozmawiali półgłosem ze sobą.
— Gdzie jest dziewka?... — pytał gestem i łamanym językiem Kuzniecow.
— Dziewka... chody... Dziewka „urus taskaj!... — odpowiedzieli chórem krajowcy, szczerząc żółte od tytoniu zęby.
Roześmiał się Beniowski, patrząc na ich zadowolone i figlarne miny.
— Może to i lepiej!... Obraziliby się jeszcze, że my je tak odsyłamy im... nietknięte. Co kraj, to obyczaj!...
— Ależ tak nie można!... Ty nie wiesz, co się tam dzieje!... I któż je wziął? — burzył się Kuzniecow.
Pobiegł do szyldwacha i groźnie go rozpytywał.
Beniowski zdala słyszał, jak ten mu wyjaśniał, że ludzie Chołodiłowa przyszli po obiecaną im porcję gorzałki i, zobaczywszy dziewczęta, zabrali je.
— Tego tylko brakowało!... Ja im pokażę!... Paskudzić się z takiemi zwierzakami!... Sodoma i Gomora!... Potom ich w świat wywiózł, co!?... Świętego niby życia szukają, co!?... A jakże!... — wołał, wpadając w szał, Kuzniecow.
Chwytał za gefes szpady, trząsł się i chciał już biec wołać na straże, gdy wstrzymał go Beniowski:
— Oszalałeś!... Powszechną chcesz wywołać bijatykę!?
— My stąd nigdy nie wyjedziemy!... Sam czort nam tę pokusę zesłał, te lubieżnice!... Tfu!... Nie widzisz?... Rozlezie się to, rozpełznie za babami po całej wyspie... A wtedy nas wytłuką!...
— Tak źle nie będzie!... Onaha nie jest głupi. Ma dosyć tych Moskali, co mu Ochotyn przysłał. A ci znowu lękają się naszej przewagi i zazdrośni są o korzyści, jakie z ludności w obecnym stanie rzeczy ciągną... Cóż ty myślisz, że oni bez kozery dali nam swoich najlepszych ludzi do naprawy okrętu? Przecież oni też sobie statki budują i śpieszy się im... Jeżeli nam ustąpili swoich bednarzy i cieśli, to poto, żeby nas co rychlej stąd się pozbyć!... W dodatku taka moc ludzi, jak nasza, wrychle zje zapasy wyspiarskie, a wtedy co?... Czy szkiełka, noże, paciorki i lusterka, które im wzamian dajemy, nakarmią dzikich?... Postarają się nas więc wyprawić, szczególniej, gdy spostrzegą, że nas łacno nie zwojują, a co do tego, to już my sami zabiegać musimy, żeby to czuli. Rozumiesz!?... Nie dąsaj się więc, nie wymyślaj, idź do swojej Agafji i wysap się... a do mnie przyślij Chruszczowa i Baturina... Muszę z nimi pogadać, gdyż zamierzam niebawem udać się do wioski Taju z przyzwoitym konwojem, aby mu złożyć wizytę, a następnie zobaczyć przyrodzone przymioty tej wyspy... Muszę też z Onahą o pewnych politycznych rzeczach pogadać, co doprawdy źle na nasze położenie nie wpłynie!...
— Zapewne, Beniowski... ty zawsze sposób znajdziesz!... Wierzę w ciebie, jak w Boga!... Doprawdy... ale zawsze lepiej, żebyśmy na tej kusicielskiej wyspie za długo nie popasali... Wierz mi, znam ja moich zuchów!... Niema gorszych, gdy raz przekroczą granicę zakonu... A burzycieli wśród nas samych też nie brak!...
— Dobrze, dobrze!... Już idź, przyjacielu.... Nie wątpię o szczerej twojej dla naszej wyprawy życzliwości, ale i ja też jej źle chyba nie życzę!... A gdzie Sybajew?...
— O Sybajewa nie pytaj!... Śpi, mając po dziewce z każdego boku!...
— Ewa zgrzeszyła, Adama skusiła!... roześmiał się Beniowski, przypominając sobie psalm sekciarski.
— Oj, skusiła, skusiła!... — powtórzył już udobruchany Kuzniecow.
Odszedł uspokojony i o wiele weselszy.
Beniowski, po krótkiej rozmowie z Chruszczowem i Baturinem, zdał na nich naczelne dowództwo obozu, a wezwawszy do siebie powtórnie Kuzniecowa, oznajmił mu, że jego to właśnie sobie na towarzysza podróży wybiera.
— Wyznacz więc czterech majtków co tęższych, każ im wziąć krótkie jeno szable oraz pistolce i idziemy!...
Wyspa okazała się żyzną, pięknie zalesioną i przeciętą rzeczkami; w wielu miejscach widzieć się dały prześliczne równiny, odpowiednie do uprawy zboża. Lecz rolnictwo zgoła nieznane tamtejszym wyspiarzom. Za pokarm służyły im wyłącznie warzywa, ryby, mięso bobrowe oraz krów morskich. Drzewo okazało się bardzo dobrego gatunku i zdatne do budowy okrętów.
Niezmiernie zadowolony z tej lustracji Beniowski wstąpił do wioski, gdzie zaraz otoczyły go roje ciekawych. Mieszkania krajowców niezmierne miały podobieństwo do bałaganów kamczackich. Na progach tu i owdzie dostrzegł Beniowski wczoraj poznanych wojowników, których, powitawszy zdala krótkim ukłonem, mijał, dążąc wprost do domu Taju Tuachty.
Był to dom trochę większy i ozdobniejszy, pełny wewnątrz kobiet i dzieci. Onaha mieszkał razem z synem i robił honory domu Beniowskiemu.
Posadził go na przepięknie wyszytej macie u ognia, a sam usiadł naprzeciw; za Beniowskim siedli oficerowie i marynarze; obok starego umieścił się Taju, a główniejsi wojownicy, którzy pojawili się niedługo, wzięli miejsca półkolem za nimi. Podano świeżo ugotowany ogon bobrowy, wątrobę młodej foki oraz inne przysmaki tutejsze; nie obeszło się bez wstrętnej miejscowej gorzałki, której czarkę jedną i drugą Beniowski musiał przełknąć, pomimo wielkiej odrazy do tego napoju.
Gawędzono o wielu rzeczach, powtarzano obietnice wiecznej przyjaźni i braterstwa, radzono nad sposobami zawiązania korzystnych stosunków handlowych z zachodniemi państwami.
Gdy Beniowski już na odchodnem oznajmił, że zamierza wyruszyć jutro, najdalej pojutrze, zaczęli wyrażać krajowcy żal, że tak ich rychło opuszcza; Beniowski zmiarkował jednak bez trudu, że są jego postanowieniu radzi.
— A nasza Moskal nie bierzesz?... — spytał go znienacka Onaha.
— Wszak są potrzebni synowi twemu, Ochotynowi!...
— Tak, tak!... A ty list do niego pisz! Opowiedz, coś znalazł i co my tobie robić!...
— Owszem, list napiszę, ale tobie go tylko do rąk oddam, Onaho!...
Staremu oczy rozbłysły.
— I przeczytasz mi go?...
— Rozumie się!...
— Więc pisz zaraz... dopóki niema Salazow... On niedługo przyjść... jak się tylko dowie, zaraz przyjść!... Papier i atrament ja tu trzymam na jaka wypadek... Sam ledwie stara oczy dostrzega litera, ale serce papier lubi...
Papier zresztą i atrament w małym kieszonkowym inkauście Beniowski sam zawsze ze sobą nosił. Wprędce więc na wywróconem do góry dnie wiaderka taki list do Ochotyna skreślił:

Szanowny mój przyjacielu!
„Po przykrej i niebezpiecznej żegludze, do której przymusił mnie upór moich towarzyszów, po żegludze, mówię, która mię zapędziła na północ aż do 66 gradusa, powróciłem nareszcie na południe, a wiatr pomyślny schwyciwszy, korzystałem z niego, iżbym odwiedził twą wyspę. W podróży tej jak najważniejsze odebrałem usługi od przyjaciela twojego J. P. Sałazowa, którego przeto szczególniejszym polecam względom.
„Stanąwszy w tutejszym porcie, od kolegów twoich wspaniałą otrzymałem pomoc do naprawy okrętu, który za ich przyczyną w takim dziś stanie, że najdłuższą wytrzymać może drogę. Przykładem ich prowadzeni wyspiarze liczne swej przychylności dali mi dowody. Nadewszystko zaś Taju Tuachta niczego nie zaniedbał, iżby nas ujął sobie.
„Życzyłbym, ażeby prezenty, którem między wyspiarzy rozdał, większej nieco były wartości. Lecz, niestety, wiesz dobrze, że Kamczatka nie jest to miejsce, z któregoby wygnaniec mógł ujść obładowany bogactwy. Całym moim skarbem są futra, w które wyspa twoja także obfituje.
„W czasie mojego tu przebywania najbardziej mię cieszył widok szczerego mieszkańców onej do ciebie przywiązania. Życzę ci tedy, ażebyś, ile możności, umiał stąd korzystać, i dlatego przyjacielską moją daję ci radę, ażebyś zawsze miał przy sobie pewną liczbę poczciwych i prawdziwie przychylnych ci ludzi, wpośród bowiem tych, co cię otaczają, znaleźć się może niejeden, w którym odezwą się wrodzone skłonności. Z doświadczenia własnego radzę ci jak najmocniej przeszkadzać spiskom, czemu najskuteczniej zabieżysz utrzymywaniem twoich towarzyszów w nieustannej czynności i pracy. A w tem miejscu powtórzyć mi wypada, iż gdybym na twojem był miejscu, tedy, dwa lub trzy okręty należycie uzbroiwszy, popłynąłbym ku południowi, gdzie zapewne i ziemię i klimat znalazłbyś stosowniejsze do twego przedsięwzięcia względem założenia kwitnącej osady. Znajomość twoja i biegłość w handlu chińskim z jednej strony, a zaś zyskowne twe związki z wyspami Aleuckiemi, które, ile zechcesz, dostarczą ci futer, z drugiej, w krótkim przeciągu czasu utworzyć mogłyby takową twoją kolonję, jako najważniejszą, a śmiało powiem, że i najbogatszą. Przyjmij te uwagi od szczerego przyjaciela, który cię żegna, a życząc ci wszechpomyślności, zaręcza ci, że wszelkich użyje środków, by skłonił jakie europejskie mocarstwo do przyjęcia twoich propozycyj.

Maurycy August“.

Oddawszy list, pośpieszył Beniowski zpowrotem do obozu, gdyż chmurzyło się i deszcz zaczął padać. Miał prócz tego złe przeczucia, które się w zupełności sprawdziły, gdyż w pół drogi spotkał go wysłaniec Chruszczowa, wzywający do pośpiechu.
— Cóż się tam stało?...
— Beczkę z wódką rozbili!... Piją!... Hałasują!... — odrzekł kozak niechętnie.
— Kto?
— Ludzie Chołodiłowa i... poniektórzy jeszcze...
Beniowski nie pytał więcej, odwrócił się napozór obojętnie od kozaka i poszedł dalej tym samym miarowym krokiem żołnierskim, jakim szedł dotychczas, ale oficerowie bardzo się zaniepokoili. Musieli wszakże dotrzymywać mu towarzystwa i nawet nie śmieli bardzo rozpytywać gońca o szczegóły ze względu na zachmurzoną groźnie twarz naczelnika oraz obecność Sałazowa, który u wylotu wsi przyłączył się do nich.
Szybko gasło światło dzienne, duszone przez napływające z północy chmury, płowa dżdżysta mgła wypełniała leśną wyrębę, po której szli. Siejący deszcz szemrał w puszystem listowiu okolicznych drzew, a szum morskiego przypływu grał wdali i potężniał w miarę, jak zbliżali się ku zatoce. Wkońcu wszystko zagłuszył, podobny do ryku i jęków nieprzeliczonych zastępów, walczących z brzegiem potworów. Ziemia drżała od ich uderzeń miarowych.
— Czy statek postawili na wodę? — spytał Beniowski.
— Postawili, ale... nie ładują!
Znów zapanowało milczenie, które nagle Kuzniecow przerwał głośnem przekleństwem.
— Bodaj ich poraziły pioruny, psich synów, nicponiów, łotrów!... Mówiłem, że tak będzie1... Kazać ich tuzin obwiesić na rejach a zaraz się wytrzeźwią... Bez tego nie będzie porządku!...
Ponieważ jednak nikt mu nie odpowiadał, przestał mamrotać i jeno butem po drodze kopał spotykane pieńki i kamienie.
Wreszcie wyszli z lasu i znaleźli się tuż przed szopą, skąd biło przez szczeliny niezwykłe światło i dobiegały głosy. Przy wejściu kupiła się gromadka marynarzy i krajowców. Rozstąpili się w milczeniu przed Beniowskim, który wszedł do środka z Kuzniecowem, Łoginowem i całą świtą.
Grono marynarzy urządziło sobie tutaj pośrodku stół z zestawionych razem pak i, rozsiadłszy się wokoło, piło, hulało, krzyczało. Każdy z nich miał koło siebie młodą Aleutkę dobrze pijaną, odartą z odzieży, rozczochraną i rozwydrzoną.
Stiepanow, który siedział na przedniem miejscu, miał ich aż dwie po obu swych stronach. Opierał się na ich ramionach rozkrzyżowanemi rękoma i śpiewał na całe gardło:

Przestań pukać, kochanie,
U okienka marudzić,
Ojca, matkę mi budzić!...
Sama dźwierza otworzę
I powiodę na łoże.
........

Inni przyśpiewywali w najnieprzyzwoitszy sposób, śmiali się, klaskali w ręce, stukali w szklanice. Czerwony blask płonących na stole kagańców oświetlał wyraźnie ich rozognione twarze, rozgorzałe oczy, rozwichrzone brody, potężne, twarde pięści żeglarskie. W głębi migały blade postaci wystraszonych niewiast: pani Agafji, pani Czurinowej, pani Ruminowej, Ziablikowej, kamczadalki Poranczinowej oraz Frośki, służącej Nastazji.
Samej Nastazji Beniowski nie dostrzegł, ale domyślił się, że musi tu gdzieś być w ukryciu, i że cała awantura uczyniona została przez Stiepanowa w celu dokuczenia jej.
Zbliżył się więc do stołu i, patrząc ostro na oficera, zawołał:
— Taki przykład dajesz podwładnym?... Jak śmiecie tu pić i swawolić?... Wynoś się zaraz!...
— Tam deszcz pada!... — odrzekł zuchwale Stiepanow. — A cóż to za święte miejsce tutaj?... Wolno tobie, wolno i mnie... I gdzież są tutaj te niewiniątka, które zgorszyć możemy? Co? Każda z nich ma... chłopa, a nawet kilku, gdy moje cipy połową mnie się kontentują!... — dodał ordynarnie i swoje Aleutki naraz do siebie przygarnął.
— Zabierzcie ich won stąd! Kuzniecow, wołaj ludzi!... — krzyknął Beniowski.
— Hola!... Towarzysze, nie dajcie się!... Jak psów na deszcz wyrzucić was chcą!... A wczoraj sami co wyrabiali noc całą, gdy wyście musieli stróżować!... Nie dajcie się!... Hej!... Przedewszystkiem tego naczelnego cnotliwca!... Wiemy dobrze, co on tam w osobnej kajucie z świętą naczelnikówną wyrabia, podczas gdy my musimy na rejach, na zimnie, na wietrze warować!... Do niego bierzcie się!... Niech raz już będzie temu koniec!... — ryczał Stiepanow, powstając i wyrywając z pochwy szpadę.
Kuzniecow, nie czekając na przybycie straży, rzucił się na niego z orężem.
— Chodź, chodź, chamie!... Chodź, chodź, religjancie!... Boży wałachu!... Dawno już mam na ciebie chrapkę!... — drwił sobie Stiepanow, zastawiając się zręcznie żelazem. Dla większych drwin zaśpiewał przez nos po sekciarsku:

Chuci moja niewstrzymana,
Lękam się, że ty mnie zgubisz,
Że mię wygnasz z ciemnych lasów,
Z ciemnych lasów, z śpiących borów,
Z zielonej dąbrowy,
Z pięknej pustyni...

Dobrze się odcinał wprawny fechmistrz zapamiętałym atakom Kuzniecowa, cofając się ostrożnie wśród skrzyń i rozrzuconych po ziemi tłumoków. Mniej nawykły do szermierki Kuzniecow nie mógł za nim podążyć.
Wszczął się tumult, gdyż wystraszeni i oniemiali na początku marynarze zerwali się również z za stołu i z pokrzykami napierać zaczęli małą świtę Beniowskiego, zagradzającą im wyjście.
Wtem Stiepanow, który był już niedaleko okna w rogu, gdzie zebrały się niewiasty, potknął się o jakiś mały węzełek i wtył potoczył. Zanim odzyskał równowagę, już Kuzniecow stał nad nim i szpadę mu w piersi kierował.
— Zdechniesz, psie!... Wieczny buntowniku!... Zdechniesz, jakeś tego godzien, bezbożniku!... — syczał z pianą na ustach.
Pchnął okropnie, lecz, trącony niespodzianie w łokieć, miasto w oficera utknął szpadą obok w ziemię. Zaklął brzydko, wyrwał ostrze i chciał poprawić, ale Stiepanow już się zerwał, a zasłoniła go blada, jak śmierć, Nastazja, wołając:
— Co czynisz, Kuzniecow!?... Na Boga!...
Agafja wraz z innemi niewiastami wpadły jednocześnie między zapaśników i rozdzieliły ich.
Stiepanow, ciężko dysząc, oparł się plecami o ścianę i szpadę opuścił.
Zamęt ustawał. Do szopy wkroczył Panow z Sybajewem na czele marynarzy i strzelców. Zbuntowanych majtków pijanych aresztował i rozbrajał.
— Dziękuj Bogu, że mnie tu nie było!... — szepnął z zaciętością, odbierając szpadę od bratanka.
— Jechał cię sęk!... Nie mam zaco dziękować!... Co ty wiesz, gruboskóre bydlę!... Wolejbym zginął, niż jak ty wysługiwał się byle panu!... — odrzekł ten, wykrzywiając wargi.
— Stiepanowa odstawić zaraz na okręt i przywiązać do masztu na całą noc!... — rozkazywał Beniowski.
— Na deszczu?... — spytał Sybajew.
— Na deszczu!...
— Wedle rozkazu!
— A majtków zaprząc do wioseł na bacie i szalupie!... Będziemy noc całą ładowali, żeby rano wyruszyć!... Myślę, że wytrzeźwieją... do świtu!
Gdy marynarze zawahali się na mgnienie oka, zbliżył się do Beniowskiego Sałazow. — Jeżeli potrzebna wam będzie pomoc, Auguście Samuelowiczu, zaraz sprowadzę z wioski towarzyszów!... — szepnął cicho.
— Dziękuję!... Damy sobie radę!... — odrzekł ten tak głośno, że otaczający łacno domyślili się, co proponował awanturnik.



XX.

Padał deszcz i gwizdał wiatr zimny w namokłych, naprężonych linach tekelarza. Nastrój załogi odpowiadał tej obmierzłej pogodzie. Beniowski wyczuwał go doskonale, widział posępne spojrzenia, dostrzegał tu i tam hardy, buntownik czy wyraz na twarzach spitych, obrzękłych, a przekleństwa i wyzwiska ohydne ochrypłych głosów, niby krakanie swarzących się wron, polatywały nieustannie nad zadeszczonym pokładem.
Gdy zaś przed podniesieniem kotwicy Beniowski, dowiedziawszy się, że pięćdziesiąt kobiet aleuckich ukrywa się jeszcze w kajutach marynarskich, kazał je stamtąd wypłoszyć i wszystkie na ląd odesłać, zaczął się istny sądny dzień.
Ludzie Chołodiłowa z surową zaciętością, jakgdyby chcąc zagładzić wczorajsze swoje przewinienie, wywłóczyli dziewczęta z rozmaitych kątów i spędzali na tył okrętu, skąd spuszczano je do szalupy. Wrzaski i płacze były obustronne; niektórzy majtkowie po dwakroć wracali żegnać się z ukochanemi, wtykając im rozmaite drobiazgi. Te zalewały się łzami, zarzucały im ręce na szyje, nie chciały odchodzić, ale rychło, bo już w szalupie, pocieszały się, oglądały podarki i, szczerząc białe zęby w uśmiechach, machały rękami żegnanym na wieki miłośnikom.
Marynarze klęli los swój oraz drwili z siebie naprzemian.
— Choćby wam jaki tuzin suk zostawił na rozpędzenie waszej psiej melancholji, niewolniki!... — szydził z nich ochrypłym głosem przykuty wciąż do masztu Stiepanow.
— Jużciż dobrzeby było!... Słyszycie!... Co?... Chodźmy prosić naczelnika, może zostawi!... — mówili między sobą.
Ale nikt nie odważył się zwrócić do Beniowskiego, który chmurny, otoczony uzbrojonymi oficerami, doglądał na tyle statku odjazdu pięknych wyspiarek.
Wyszedł „Piotr i Paweł“ tego dnia jeszcze z zatoki, ale że zbliżała się noc a cieśnina między wyspami usiana była mieliznami i rafami, zatrzymał się znowu Beniowski i kazał zarzucić kotwicę na dwudziestu sążniach głębokości, aby o świcie ruszyć dalej. Liczył też na to, że załoga, wyspawszy się zdala od ziemi, oprzytomnieje i wróci do posłuchu.
Poszczęściło mu się, gdyż dzień nazajutrz wstał pogodny. Jasne słońce przyjemnie grzało i świeciło z rozchmurzonego, obmytego wczorajszym deszczem nieba. Wiał lekki pomyślny wiatr wschodni, i „Piotr i Paweł“ wesoło sunął, rozpuściwszy wszystkie żagle, po płaskich falach, gnących się łagodnie niby złoto-modra blacha. Aby ostatecznie dobry nastrój załogi utrwalić, umyślił Beniowski urządzić uroczyste chrzciny podarowanego mu Amerykanina. Na ojca chrzestnego zaprosił Baturina, matką chrzestną zgodziła się być Agafja; obrzędu dopełnił oficer Popow, syn bolszereckiego archimandryty, a więc znający lepiej od innych potrzebne szczegóły obrządku. Dano neoficie imię Zacharjasz.
Beniowski polecił z racji uroczystości przyrządzić sutszy obiad i wydać załodze podwójną porcję wódki. To załagodziło trochę smutki i gniewy. Wkrótce nawet rozległy się na pomoście pieśni i rozpoczęły zabawy. Jedyną ciemną plamą wśród powszechnej wesołości była zabrukana deszczem, rozczochrana, chmurna, gniewna postać Stiepanowa, przykutego wciąż łańcuchami do wielkiego masztu.
Rychło wszakże zjawiło się u Beniowskiego czterech majtków i prosili uniżenie w imieniu towarzyszów, aby z powodu „chrześcijańskiego wydarzenia“ darowane były przewinienia więźniowi i żeby okowy zostały z niego zdjęte.
A ręczycie, że więcej nie powtórzą się awantury?...
— Głowy dajemy, ojcze nasz i naczelniku!... Czyżbyśmy śmieli inaczej prosić!?
— Znasz przecie nas, Auguście Samuelowiczu!... Zaćmienie na nas przychodzi łatwo, ale i łatwo schodzi!... Już go niema!...
— Pamiętajcie!...
Odeszli zadowoleni i nic już nie mąciło spokojnej i przyzwoitej zabawy. Tak się przynajmniej Beniowskiemu wydawało.
Rychło ziemię stracili z oczu.
Beniowski skorzystał więc z pierwszej wolnej chwili i zajrzał do Nastazji.
Siedziała zupełnie samotna w swej kajucie, podobnej do celi zakonnej, i szyła coś przy skąpem świetle dnia, wpadającem przez otwarty luminator. Gdy wszedł, podniosła ku niemu twarz bladą i uśmiechnęła się smutno.
— Sama, zawsze sama!... Kiedyż nareszcie to się skończy!... — szepnął, pochylając się nad nią i obejmując ją zlekka za ramiona.
— Zapewne już nigdy!...
— O nie!... Nie mów tego!... Jeżeli spieszę się, żeby rychło doprowadzić do końca tę wyprawę, to między innemi dlatego, że pragnę ciebie co prędzej uwolnić z tego więzienia!
Nie odrzekła nic, jeno twarz niżej pochyliła nad szyciem.
— Z drugiej znów strony, nawet gdybyśmy znaleźli jaką wyspę piękną i odludną na tym Oceanie, nie wiem, czy dałoby się na niej z tymi ludźmi zrobić jaki poważny początek!?... Widziałaś, jacy są!...
— Więc myślisz ich porzucić!?
— Nie, ale, po przybyciu do jakiej większej kolonji europejskiej, trzeba będzie formalnie całą załogę rozpuścić, a następnie ogłosić nowy werbunek i wybrać z pomiędzy nich co lepszych...
— A reszta?...
— Reszta... zostanie!
Odwróciła się ku niemu całem ciałem i spojrzała nań zdziwiona i zmieszana.
— Gdzie zostaną?... Tam... na obczyźnie!?...
— Zapewne. Ale są tam państwa wolne, gdzie im żadne prześladowania nie grożą. Myślę również, że uda nam się dowieźć w całości część futer oraz pieniędzy zabranych z kamczackiego skarbu i że przy ogólnym podziale dostaną dosyć monety na pierwsze potrzeby, zanim znajdą przyzwoite zajęcie!...
Westchnęła i znowu wróciła do szycia.
— Cóż ty na to?...
— Nie myślałam o tem, Maurycy!...
— Więc ci się mój projekt nie podoba?...
— Owszem!... Cóż robić?... Ale... wystawiałam sobie to wszystko inaczej!...
— Wyznaję, że i ja sobie wystawiałem to trochę inaczej. Ale sama na własne oczy przekonałaś się, co nas czeka, jeżeli znajdziemy się na odludnej wyspie... Was dziewięć niewiast i osiemdziesięciu siedmiu rozuzdanych mężczyzn... Na tem się skończy, że gorsi wyrżną lepszych.
Zakryła oczy ręką.
— Wszystko więc... przez nas?... A przeze mnie najwięcej... czuję to... Z tamtych każda ma uznanego przez wszystkich męża...
Roześmiał się gorzko.
— O! to chyba najmniejsze ma dla nich znaczenie!
— Nie myśl tak!... Widzę przecie, że większość zaburzeń dotychczas z mego wynika powodu!...
— To się prędko skończy... Na pierwszej wyspie zsadzę na brzeg tego Stiepanowa!... Mam go dość!...
— Nie, tego nie uczynisz, ukochany!... Tego nie uczynisz!... To dla niego wyrok śmierci, gdyż go krajowcy rosyjskiemu rządowi wydadzą, na pewno wydadzą!... Sam mówisz, że stąd jeszcze do Kamczatki niedaleko... Nie chcę, nie chcę, wprost myśleć o tem nie mogę... że... z mego powodu... znowu... że... padnie mi cień... na duszę...
Zarzuciła mu ręce na szyję i ciągnęła się ku niemu, patrząc mu w oczy, piękna w swoim smutku i trwodze, jak anioł.
Próbował łagodnie wyzwolić się z jej uścisków.
— W takim razie, czy nie byłoby dobrze... gdyby cię... poślubił który z moich przyjaciół, naprzykład Popow... Przystojny, przyzwoity, uczciwy... Małżeństwo zamknęłoby usta wszelkim plotkom... Miałabyś raz na zawsze spokój... od wszystkich i ode mnie!
Rozłączyła splecione wkoło niego ramiona.
— Nie rozumiesz mię! — szepnęła cicho, pochylając głowę. — Nie o mnie tu chodzi!...
Ponieważ siedziała bez ruchu, zajrzał jej w twarz z boku, a widząc, że zalewa się cichemi łzami, ukląkł przed nią i zaczął jej ręce całować. Nie broniła mu ich, ale i nie garnęła się do niego.
— Nie kochasz mię już, Maurycy!... Prawda? szeptała. — Już mię masz dość?... Istotnie, co znaczę ja wobec przyszłości, jaka się przed tobą otwiera!?... Śpieszysz do królów, do mocarstw!... Sam wielki wódz i pan w swojej ojczyźnie!... I wielkie tam czyny na ciebie czekają, wielka sława, wielkie walki... Jakże drobną wobec nich jestem istotą, ja, prosta dziewczyna północna!... Jakże nieodpowiednią dla ciebie jestem towarzyszką!... Nieraz myślę o tem, ukochany!... Pomóż mi jednak to wszystko rozplątać. Naucz, jak uciszyć rozbolałe, pękające serce!?...
— Ani na chwilę, Bóg mi świadkiem, ani na chwilę nie miałem tego, co mówisz, na myśli!... Przysięgam ci!... Przeciwnie, jedynie przez wzgląd na ciebie przyszedł mi do głowy ten projekt rozpaczliwy. Gdyż... kocham cię, Nastka, kocham!... Czyż nie czujesz tego, dziewczyno, nie widzisz?...
Znowu objęła go za szyję i, garnąc do swych piersi wzburzonych, zapatrzona w płonące jego oczy, szeptała:
— Więc kochaj mię, kochaj!... Nie dawaj mię nikomu, nie rzucaj!... I niech wszystko zostanie, jak było, a tam... choć śmierć!
Ciemno było zupełnie w kajucie, gdy wyrwał się nareszcie z jej objęć. Wielka, przecudna, mieniąca się gwiazda dalekiego nieba to nikła, to znów zaglądała do kołyszącego się miarowo luminatora.
Nagle zgasła, blado-szafirowy krążek okienka poleciał gdzieś wdół, statek pochylił się, zatrzeszczał i pienisty szczyt prysku, jak bicz, chlusnął przez otwór, aż na środek kajuty.
— Aha, wiatr zmienia kierunek!... Muszę śpieszyć na pokład!... Nie zapomnij, Nastazjo, przywrzeć okienniczki!... Zaleje ci pokój!... Należy spodziewać się szturmu!
Wybiegł i spojrzał na niebo.
Chmury szybko płynęły, lecz nie z wiatrem a naukos, gęstniały w oczach i zakrywały przeświecający jeszcze tu i tam strop gwiaździsty. Pociemniałe morze poczynało złowrogo kipieć krótkiemi, spienionemi falami. Statek zdawał się kołysać na miejscu i rozpięte żagle klapały na nim niespokojnie.
Beniowski dosłyszał głos Czurina, wykrzykujący z mostku kapitańskiego komendę, wbiegł po stromych schodkach i kazał dać sygnał trwożny:
— Wszyscy na pokład!... Zwijać żagle!...
— Wyłazi nareszcie przeklęty rozpustnik!... Wyrwał się z pod ciepłej pierzyny swej ladacznicy!... On nas jeszcze kiedy przez te swoje romanse utopi!... — mruczał Izmaiłow, biegnąc obok Stiepanowa na swoje stanowisko.
— Milcz, na Boga!... Nie wzywaj djabła nadaremno! Widzisz, co się dzieje?... — krzyknął ten.
W tej chwili sina błyskawica rozdarła ciemności.



XXI.

Dwa dni mocował się statek z burzą. To wzlatał, jak łupina orzecha, na szczyty srożących się bałwanów, to ślizgał się w przepaści, kładł na bok, czerpał wodę burtami, rejami masztów dotykał wirujących topieli. Fale co chwila przelewały się przez pokład. Trzeba było zamknąć wszystkie otwory oraz luki i podczas, gdy wewnątrz chorzy na morski zawrót cierpieli niewymownie w śmiertelnym zaduchu, — zdrowi na strasznym wietrze, przyczepieni do drabin, sznurów i rej, pełnili swój trudny obowiązek.
Wielu przez cały ten czas na chwilę nie zmrużyło oka.
Gdy nareszcie wiatr zelżał, uspokoiło się trochę wzburzenie fluktów i można było przystąpić do lustracji i naprawy uszkodzeń, Winblath, który zawiadywał ładunkiem, złożył Beniowskiemu raport, że w czas rozruchu sześć beczek z wodą w trumie okrętu pękło i opróżniło się co do kropli.
— Uderzyły widać o siebie od niesłychanych igraszek fal!... — tłumaczył Szwed.
Źle były ułożone!... — zauważył chmurno Beniowski.
Być może: ładowano je nocną porą i z wielkim pośpiechem!...
— Z pijaństwem, chcesz powiedzieć!... Czy umocowałeś resztę?...
— Umooowałem, ale niewiele tego... Wiesz przecie, że nie zdążyliśmy naczyń ze wszystkich klepek złożyć!... Dużo zostało rozsypanych.
— Wiem. Zawołaj mi Chruszczowa, Kuzniecowa, Baturina, Panowa i Czurina!...
Gdy wezwani przybyli, przedłożył im Beniowski mapy, na których ukazał w przybliżeniu położenie okrętu i zwrócił uwagę, że oddaleni są od najbliższego lądu co najmniej na sześć dni drogi.
— Jeżeli nie więcej, gdyż mapy tego Schternberga, jakie jedynie w Bolszej znalazłem, dalekie są od dokładności!... Przekonałem się o tem wybornie w czasie żeglugi naszej na wyspy Beringa i teraz u wysp Aleuckich...
— Liczmy dziesięć! — wstawił Baturin.
— Dziesięć za dużo, lecz siedem, osiem prawie na pewno!... Wszakże i na ten krótki czas nie starczy nam ni wody, ni wódki, ni pożywienia, jeżeli zużywać je będziemy w tych ilościach, co teraz... Co więc począć?...
— Rzecz prosta; należy przedewszystkiem ograniczyć ich niepotrzebny szafunek... Pije wodę, kto chce i ile chce!... — odrzekł Chruszczow.
Następnie trzeba się starać łowić te ryby, których wielka mnogość uwija się dookoła statku!... — dodał Baturin.
— Sporządzić trzeba wielkie leje z żaglowego płótna, aby chwytać wodę deszczową... Tak robią nieraz nasi sybirscy myśliwcy, gdy ich nawalność daleko od brzegu oderznie!... — radził Czurin.
— Wszystko to dobrze, ale są to rzeczy małego skutku! A z nich najpewniejsza — podciągnąć trochę pasa!... — powiedział, wysłuchawszy wszystkich rad, Beniowski.
Zgodzili się i, podzieliwszy zapasy wody oraz żywności na ilość ludzi i domniemany czas żeglugi, ustanowili porcje, które polecili Winblathowi stale od jutra wymierzać.
Gdy nowe to rozporządzenie obwieszczono załodze, wszczął się zaraz pomruk niezadowolenia, który stłumiła jeno zapadająca noc. Szemrania jednak nie ustały, lecz zeszły pod pokład, gdzie szerzyły się dalej we wspólnych sypialniach.
O północku przybieżał do Beniowskiego Popow i dał znać, że marynarze w jego kajucie nie śpią, radzą i zmawiają się. Takąż wiadomość przyniósł Urbański z przodu okrętu.
Beniowski kazał na pokładzie postawić straż, aby przeszkodzić komunikowaniu się buntowników, i odłożył wyjaśnienie sprawy do rana.
— Jak się wyśpią, może zmądrzeją!... — rzekł do Urbańskiego.
— Wątpliwa rzecz — odpowiedział ten — bo przecie wiadomo, że Stiepanowowi nie o wodę chodzi!... A ten przeklęty Izmaiłow, jakby się z nim zawczasu zmówił, jota w jotę u mnie to samo gada, co tamten w swojej straży... Urwaćby im łeb, a pokójby nastał!... Dobroć wielmożnego pana ich ośmiela!... Albo to się znają te chamy na szlachetności?... Całe życie nahajkę tylko całowały...
— Cóż robić, Urbański!... Trzeba jakoś z nimi lądować!... Gdybym nawet kazał stracić zuchwalca, to niewiadomo jeszcze, jakby to się skończyło. Wielu on ma na okręcie zwolenników... Pamiętają mu jego męstwo, no i przyznać należy, że zdolny jest... Niezbyt dużo mamy wykształconych oficerów na okręcie, żeby tak ich z byle powodu tracić!... Pamiętaj jednak, że liczę na ciebie w razie czego!...
— Niech naczelnik nie wątpi!... Jednem okiem spać ino będę, na jednem uchu leżeć będę!... W mig przylecę!...
Noc przeszła względnie spokojnie, lecz rano, gdy załoga wysypała się na śniadanie, zahuczało na pokładzie. Majtkowie kupili się koło mówców, którzy, mocno wymachując rękami, dowodzili, że przeznaczone porcje jadła i napoju do niczego innego nie prowadzą, jak do powolnej śmierci głodowej.
— I poco, kiedy ziemia pod nosem!...
— Ale on nie chce lądować, a dlaczego nie chce, niewiadomo!...
— Ba!... Na lądzie nie on jest naszym panem, ale my jego!...
— No i do swej gamratki nie ma tak dobrego, jak tu, dostępu...
— Musiałby sobie osobny dom budować!... Ha, ha! Wiadomo, hrabia!... Potrzebny mu do tego interesu spokój i samotność, nie to, co nam, chamom!...
— I nikt nie wie, gdzie jesteśmy!... Nikomu map nie chce pokazać... Na klucz je w swoim pokoju zamyka!...
— Mądrala!... Wodzi nas po tych morzach wokoło, a dokąd zawiedzie, niewiadomo!...
— Dokąd zechce, tam i zawiedzie!
— Gdzie już powinniśmy być za tyli czas, a my wciąż na miejscu drepczemy... Daleko to Aleuty od Bolszej — rękę podać!... A my już drugi miesiąc płyniemy!...
— Niech odda mapy!... Nie on jeden się na nich zna!... Stiepanow nie gorzej od niego uczony!...
— Pewnie! Żądać, niech Stiepanowa do swej rady przybocznej dopuści!... Niech mu marszrutę pokaże!...
— Racja!... Prosić Stiepanowa!...
— A porcji nie brać!...
— Słyszycie, bracia, nie brać porcji!...
Niedługo przybiegł do Beniowskiego blady, jak ściana, Winblath i obwieścił, że majtkowie nietylko porcji brać nie chcą, ale nawet ci, co je już wzięli, nazad zwracają.
— W twarz mi rzucają, nicponie i jeszcze lżą!...
Wyszedł Beniowski z kajuty i chciał przemówić do zgromadzonych, ale zastąpił mu drogę Stiepanow z Sudejkinem i Adrjanowem. Wybacz pan, ale występuję tym razem w imieniu całej załogi!... — zaczął poważnie.
Następnie jął się rozwodzić nad uciążliwością służby, nad niedogodnością i ciasnotą pomieszczenia, nad miernością pożywienia.
— Statek należało w chwili wyjazdu lepiej zaopatrzyć w żywność, wziąć więcej sucharów, mąki, beczek na wodę, zamiast przeciążać go nadmiernym ładunkiem z cennych futer, z których co nam przyjdzie, jeżeli pomrzemy przedwcześnie z głodu i szkorbutu... To samo można powiedzieć o narzędziach rolniczych, o naczyniach domowych, których stanowczo wzięto za dużo...
— Przypominam ci — wtrącił Beniowski — iż zupełnie co innego mówiłeś wówczas, że pod wpływem twoich to namów i podburzań musiałem zabrać te narzędzia, potrzebne rzekomo dla założenia wolnej kolonji, że to twoi stronnicy nie pozwalali mi nic pozostawić z zagarniętych w skarbcu skór jasasznych...
— Nic takiego nie pamiętam! — odrzekł bezczelnie Stiepanow. — Zresztą, gdybym nawet czegoś podobnie nierozsądnego żądał, to waszą rzeczą było nie wykonywać tego... Wy ponosicie za wszystko odpowiedzialność, gdyż wy jesteście władzą, a nie ja, którego ścigacie i prześladujecie przecież na każdym kroku za słuszne moje nieraz uwagi, dążące do zwalczania waszej tyranji!... Zamiast więc zmniejszać porcje wody i żywności, szczególniej teraz, gdy wszyscy wycieńczeni jesteśmy bezsennością i ciężką pracą podczas ostatniej burzy, zwróćcie zaraz okręt sterem z południa na zachód, zatrzymajcie się u najpierwszej wyspy, która nie o dziesięć dni drogi powinna być oddalona, lecz najwyżej o trzy, sądząc z map oraz kalkulacji ogólnej... Tam należy dać dobrze załodze wypocząć, zaopatrzyć się dostatnio w żywność, beczki nalać wodą i dopiero wtedy ruszyć dalej... Wszystko to powinieneś był zrobić na Aleutach, z których niewiadomo poco wyprowadziłeś nas tak pospiesznie!...
— Tak, tak!... Pocoś nas stamtąd zabrał?... — powtórzyli chórem słuchający rozmowy marynarze.
— Nie chciałem, żeby was... wyrżnęli krajowcy!... — wybuchnął gniewnie Beniowski.
— A jakże!... Gadaj zdrów!...
— A bo to nas jest... z piątki na dziesiątkę?... Ho, ho!... Cóżto my ślepi!
— Kto tu nam da radę, z łukami i osękami pójdzie na harmaty, co?
— Gadanie!...
— Daliśmy sobie radę w Bolszej z całą załogą!...
— Właśnie chciałem uniknąć niepotrzebnego krwi rozlewu!... — odpowiedział Beniowski.
— Żal ci było więcej tych foczych mord, niż naszych braci kozaków, albo nawet i nas samych!
— Teraz cierpieć musimy!...
— Juściż!... co go to obchodzi!... Byle mu samemu dobrze się działo!...
— Czego mu brak!?...
— Wyleguje się z kochanicą, a tamci z żonami, ile chcą, a my... wciąż na rejach!...
— Dość tego!... — Im więcej nas, prostaków, wyginie, tem więcej pozostanie starszyźnie do podziału futer i pieniędzy! — rzucił Sudejkin.
— Psie krwie!... Wal ich w łeb!... — krzyczał Izmaiłow.
Zahuczało w tłumie.
— Bij, zabij!
Beniowski patrzał spokojnie na hałaśników i tym spokojem mieszał ich i wstrzymywał; rozumiał wszakże, że długo to trwać nie mogło, więc, zamiast dyskutować ze wzburzonym motłochem, krzyknął podniesionym głosem na Stiepanowa:
— Chociaż mylisz się co do bliskości jakiegokolwiek lądu i choć nie przewiduję innego sposobu zaradzenia złemu, jak chwilowe zmniejszenie porcji, lecz wobec żądań, stawianych przez ogół, zwołam Radę z oficerów aby ją rozważyła... Przypomnę wam jednak, jak srogo odpokutowaliście raz za swój upór i chęć rządzenia okrętem, oraz próby nieustannej zmiany kierunku i planów podróży... W ten sposób możemy błąkać się po tych morzach aż do sądnego dnia, aż do chwili, gdy rząd wyśle po nas swe statki wojenne i pojmą nas, aby ukarać jako korsarzy!...
Przemówienie podziałało trochę na zebranych i pozwolili spokojnie odejść do kajuty Beniowskiemu oraz wezwanym przezeń oficerom: Chruszczowowi, Baturinowi, Panowowi, Kuzniecowowi, Czurinowi, Sybajewowi i Popowowi, oraz innym, z wyjątkiem Stiepanowa i tych, co byli, wówczas na wachcie.
Właśnie pochyleni nad mapami słuchali wywodów Beniowskiego, który wykazywał niezbicie, że nawet w razie pomyślnego wiatru nie uda się przed tygodniem dotrzeć do najbliższych wysp i że do tych wysp równie daleko, czy płynąć wprost na zachód, czy też na zachód południowy...
— Jeżeli wprowadzić rozumną oszczędność w żywności i wodzie, prowizji w zupełności na ten przebieg starczy!... — dowodził.
Wtem wpadł Łoginow, oficer wachtowy, i doniósł, że stronnicy Stiepanowa zawładnęli bronią i już dobijają się do składu żywności i wody.
Wyskoczył Beniowski z obnażoną szpadą, aby zbrojną ręką przeszkodzić gwałtowi, ale było już za późno — środek statku roił się od zrewoltowanych majtków, a na czele gromadki, uzbrojonej w karabiny z najeżonemi bagnetami, biegł ku niemu Stiepanow.
— Bierzcie go!... — wołał. — Przestał być naszym naczelnikiem!... Zwolnił nas od przysięgi, skoro zawiódł nasze zaufanie!...
— Do djabła z obieżyświatem!... Bij go!... Wal!... — krzyczał Izmaiłow.
Z trudem Beniowski z oficerami odparł pierwszy impet ich natarcia. Zastawiając się szpadami od bagnetów, cofali się zwolna na przód okrętu, opustoszały w tej chwili, gdyż wszystko zgromadziło się koło wśledniego luku, wiodącego do składów z wodą i prowizją. Tu przyprowadził im na pomoc Kuzniecow część ludzi Chołodiłowa, którzy pozostali wierni Beniowskiemu, oraz zjawił się Sybajew i zaspany Urbański z kilku strzelcami.
— Tak to czuwałeś?... Wszystkie muszkiety zabrali! — wyrzucał mu Beniowski.
— Ale kul nie mają!... Naboje jeszcze wczoraj schowałem!... A bez tego, co zrobi ta hołota nawykłym do białej broni kawalerom!...
— Słaba pociecha!... Ino patrzeć jak skrzynie z zapasową amunicją odbiją!...
Rebeljanci bardziej jednak byli zajęci narazie windowaniem na pokład baryłek z gorzałką, których pojawienie powitali radosnemi okrzykami. Niezwłocznie wybito z nich szpunty i cenny płyn polał się do podstawianych hałaśliwie szklanic oraz kubków. Dużo go jednak od kołysania się okrętu i powszechnej niesforności wylewano na pokład, gdzie płynął strugą, roznosząc szeroko upajające wyziewy. Podniecało to resztę, która jeszcze trunków nie spróbowała, i ci, pięściami torując sobie drogę, rwali się przez tłum sojuszników do upragnionego źródła rozkoszy.
Nie pomagały żadne wysiłki i przemowy Stiepanowa, Izmaiłowa oraz Sudejkina, pragnących doprowadzić swych stronników do opamiętania, aby sprawić jako tako w szeregi i zaatakować ludzi Beniowskiego, którzy przezornie obwarowali się w budyneczku kuchennym i, wytknąwszy z okien rury pistoletów, czekali napadu.
Czy ten ich widok zdecydowany, czy też obfitość dawno upragnionej gorzałki, spowodowały, że nie kwapiono się do walki z nimi. Stiepanow rwał sobie włosy na głowie; wreszcie zrozpaczony, widząc że pijatyka szerzy się i panoszy, rzucił czapkę o ziemię, wyrwał pierwszemu przechodzącemu mimo majtkowi manierkę z wódką, wychylił ją do dna i, zataczając się, poszedł korytarzem do kajuty Nastazji. Drzwi jednak zastał mocno z wewnątrz zawarte; z początku stukał delikatnie, wołając:
— Nastazjo Iwanówno!... Otwórz, proszę, to ja!... Twój sługa pokorny! Nic ci nie stanie się, gołąbko moja, zaręczam ci mojem słowem oficerskiem.
Gdy nikt nie odpowiadał, zaczął bić i kopać drzwi nogami, próbował je wreszcie wyważyć, a gdy i to się nie udało, położył się pod progiem na ziemi i biadał:
— Nie ufasz mi?... Gardzisz mną?... I słusznie!... Świnia jestem, dureń i nędznik skończony... Powtarzam to głośno i wobec wszystkich, że ja, Hipolit Teodorowicz Stiepanow, niegdyś kapitan gwardji, właściciel tysiąca dusz i obszernych włości, a teraz nieszczęsny wygnaniec bezdomny, jestem podlecem, niegodnym, aby mię święta ziemia nosiła... A wszystko przez kogo? Przez ciebie!... Mogłem być najszlachetniejszy, mogłem wszystkich zaćmić i przewyższyć... a, oto, walam się w błocie i prochu... A przez co?... Przez mój los bezlitosny, przez miłość do ciebie okrutną, jak szatański czar... Chciałbym cię zapomnieć i nie mogę, chciałbym cię pohańbić, zdeptać, poniewierać, zmusić tak srogo cierpieć, jak sam cierpię, i tego też nie mogę... O dolo, dolo moja nieszczęśliwa!... Wszystko się przeciwko mnie obraca, i złe i dobre!... I nie dlatego, żebym był gorszy od innych!... O nie!... Nawet jestem lepszy, bo sam się do mych przestępstw szczerze przyznaję: tak!... powiadam, jestem podły, jestem kłamca, pijak, rozpustnik, gwałciciel... Patrzcie na mnie, jakim jestem!... Takim powiła mię matka i takim pozostanę grzesznikiem!... Nie ukrywam!... Jestem człek szczery, prosty, otwarty... Noszę serce na dłoni... I za to właśnie ścigają mię nieszczęścia!... Gdzie sprawiedliwość?... Czyż nie stokroć gorszy jest taki Beniowski, który we wszystkich wmawia swoją cnotę, który wciąż o moralności gada, o obowiązku... a co robi... co?... Morze krwi wylał, nas oszukał, wywiódł w pole, ojczystej ziemi pozbawił... Wozi teraz po tych oceanach, aby nas przehandlować, sprzedać jak najdrożej jakiej obcej potędze... Ciebie, gołąbko moja, osierocił, porwał i zgwałcił... Tu, na tym okręcie, w oczach moich nieledwie sromu cię dziewiczego pozbawił, a ja nie mogłem wydrzeć mu z piersi okrutnego serca, nie mogłem... O!... Ale nie ujdzie mu bezkarnie twoja krzywda, aniele czysty, duszo moja najsłodsza!... Pomszczę cię... Zobaczymy jeszcze, kto lepszy, kto wierniejszy: prawy Ross, czy chytry Lach o wężowym języku!?... obaczymy!... My prostoduszni Rosjanie, serce nosimy na dłoni i mówimy wyraźnie: a, o, ju, a oni syczą jak żmije: przy, brzy, ści... Nienawistna i wstrętna rasa!... A ty ich kochasz, a ty ich pieścisz...
Długo mruczał, aż usnął.
Tak go tutaj przychwycili śpiącego Łoginow z Panowem, którzy, wyczekawszy chwili, aż buntownicy, spiwszy się na potęgę, legli pokotem, wyszli z ludźmi z ukrycia i zaczęli winowajców wiązać.
Stiepanowa, Izmaiłowa i Sudejkina przykuto łańcuchami do masztów, innych zrzucono na spód okrętu.
Trzeba się było zająć pośpiesznie statkiem, który, puszczony bez kierownictwa, cały ten czas słaniał się niepewnie po falach sam, jakby ochmielony.
Trzeba było zlustrować wyrządzone w składzie szkody i naprawić, co się jeszcze naprawić dało.
Nikt więc z załogi nie kładł się spać tej nocy. O północku Winblath doniósł Beniowskiemu, że, prócz wypitej wódki i rozkradzionych sucharów, rebeljanci odbili jeszcze czternaście beczek wody i, nie wiedząc pewnie co czynią, wytoczyli je tak, że kropli w nich nie zostało.
Beniowski wziął się za głowę.
— Jesteśmy zgubieni, jeżeli Opatrzność w szczególniejszej swej łasce nie pomoże nam w tem nieszczęściu!... — rzekł głosem złamanym.



XXII.

— Co robić?... Niepodobna przecie dwu trzecich załogi trzymać w łańcuchach pod pokładem!... Trzeba ich żywić!... Trzeba ich pilnować!... Wtedy dla szczupłości sił i braku pokarmu nie uda nam się doprowadzić statku nawet do najbliższych wysp!... A co zrobimy, jeżeli wypadnie burza?... Nie damy sobie rady!... Będziemy musieli ich wezwać do pomocy!... Co się wówczas stanie, niewiadomo!... Rozdrażnieni i gorejący zemstą mogą się dopuścić najgorszych wybryków!... Co więc czynić?... — pytał Beniowski zebranych na naradę oficerów.
— Podzielić aresztowanych na kategorje, mniej winnych ochłostać, a winniejszych zepchnąć do morza!... — odrzekł głucho Panow.
Milczano przez długą chwilę.
— Zapewne, że to będzie najlepiej!... Raz zrobi się koniec z buntami!... — zgodził się Kuzniecow.
— Żadnego końca nie będzie!... — sprzeciwił się Chruszczów. — Zbyt mało jest tych najwinniejszych, żeby śmierć ich przeraziła innych... Zresztą pewnie gotowi są na nią... Znamy ich wszyscy... Źródło zaburzeń nietyle leży w szczególnych wpływach podżegaczy — są przecież okresy, kiedy ich nikt nie słucha — ile w braku wewnętrznej mocy, wytrwałości i rozsądku w nas samych. Dopiero, gdy niebezpieczeństwo jawnie staje przed oczami, przerażamy się i przekonywamy, że ono istnieje, ale wcale go nie umiemy przewidywać... Przypomnę, jak niedawno jeszcze dużo nawet tu obecnych przeciwnych było wyjazdowi z Urumsziru... A przecież to się tam zaczęło... Pozwalano sobie głośno wypowiadać niezadowolenie, ganiono otwarcie moje rozporządzenia... Kto tylko nie gani teraz moich rozporządzeń?... — dowodził spokojnie Beniowski.
— Ja ich nie ganię! — szepnął jowjalnie Urbański.
— Tak, ale to zbyt mało, przyjacielu!... — uśmiechnął się Beniowski.
— I ja też! — dodał poważnie Sybajew.
— Tak, to prawda, ty jeden może...
— Czegóż więc chcesz? — wybuchnął porywczo Kuzniecow.
— Chcę, żebyście wrócili mi to zaufanie, jakiem obdarzaliście mię z początku, lub, jeżeli mi je cofnęliście, to żebyście otwarcie powiedzieli, dlaczego?...
Znowu zaległo milczenie.
— Jesteś za łagodny!... — odrzekł wreszcie Panow.
— My, ludzie rosyjscy, jeno surową szanujemy władzę, silnej potrzebujemy ręki... Mówiłem ci już!... — wybuchnął Kuzniecow.
— Istotnie, Izmaiłow i Poranczin wciąż płyną z nami, chociaż sąd skazał ich dawno na wysadzenie na ląd... — zauważył Baturin.
— Nie mogłem zostawić ich na wyspie Beringa, bo nie zgadzał się na to Ochotyn; nie mogłem wysadzić ich również na zupełnie bezludnej wyspie, gdzie zatrzymaliśmy się potem, bo byłoby to samo, co skazać ich na śmierć... Nie mogłem uczynić tego na Urumsziru, gdyż, poznawszy tam wszystkie nasze i Ochotyna projekty i sekrety, łatwo mogliby je zdradzić przy pierwszej sposobności wrogom naszym... Nareszcie zdawało mi się, że się poprawili!...
— Właśnie!... I tak zawsze!... I dlatego też Stiepanow do tej pory żyje!...
— Nie, nietylko dlatego, lecz dlatego jeszcze, że my po opuszczeniu portu w Bolszej, podlegamy już nie wyłącznie naszym tylko ustawom, lecz jednocześnie ogólnym ustanowieniom dla wszystkich mórz, powszechnym prawom marynarskim, że nie wolno nam skazywać na śmierć bez dostatecznych powodów, według swojego widzimisię; że, w razie buntu, tylko w walce jawnej, odręcznej możemy nieposłusznych pozbawić życia. Skoro ich jednak pokonamy, powinniśmy zakutych w kajdany oddać w pierwszym porcie sądom morskim ogólnym... Inaczej grozi nam ciężka odpowiedzialność. A ponieważ mamy zamiar starać się o protekcję i poparcie jakiego europejskiego mocarstwa, musimy więc unikać wszystkiego, coby na nas rzuciło cień i utrudniło nam nasze poważniejsze zabiegi, dawszy broń oszczerstwa w ręce naszych przeciwników... A będziemy ich mieli nietylko ze strony rządu, bądźcie na to przygotowani, lecz i wśród współubiegających się o prawa handlu i władanie kolonjami rozmaitych potęg państwowych, nareszcie wśród nas samych...
— A poco nam to?... Poco nam właściwie ta protekcja mocarstw?... — spytał małomówny Czurin.
Wykładał mu więc obszernie Beniowski, że jest rzeczą niezbędną w razie, jeżeli chcą założyć kolonję, mieć silnych protektorów, że inaczej będą po wsze czasy ścigani przez rząd rosyjski, albo staną się igraszką najrozmaitszych wypadków, ofiarą awanturniczych napadów włóczących się po morzach piratów, gdyż na nieszczęście Rzeczpospolita polska, której banderę on, Beniowski, rozwinął, nie ma floty, aby bronić mogła swoich przyszłych faktoryj. Ją trzebaby dopiero w Polsce, o tem on już myślał, stworzyć. I to rzecz możliwa, ale już dalsza.
— Wracajmy więc do sprawy, co robić z winowajcami?... Gdyż bez względu na to, czy pozostanę waszym dowódcą nadal, czy nie, to jest najważniejszem obecnie zagadnieniem dla nas wszystkich, dla losów całej wyprawy...
Porwali się z miejsc, że chce z przywództwa rezygnować, i krzyczeli, że ani myślą go zwalniać z odpowiedzialności i kłopotów.
— Jeżeli ty nie dajesz sobie rady, któż z nas podoła?... — wołał szczerze Baturin.
— Chyba Stiepanow?... — roześmiał się Kuzniecow.
— A jakże!...
— Zapewne!...
— Dalekoby nas zaprowadził!...
— I to jeszcze teraz, kiedy wszystko w zamęcie!... — wołali rozgniewani.
— Nie śmiejcie się ze Stiepanowa!... Jest to bardzo zdolny oficer i mocno żałuję, że jest moim przeciwnikiem. Chciałem właśnie coś podobnego zaproponować; mianowicie: wodę niezwłocznie należy wymierzyć, żywność zważyć; określić jaka część tej i drugiej na każdego z załogi przypada; więźniów na pokład wyprowadzić, uwolnić, położenie rzeczy im przedstawić i powiedzieć: wszystko oddajemy do waszych rąk, a na dowódcę wam przeznaczamy Stiepanowa!... Oni albo się zgodzą, a wtedy Stiepanow będzie musiał to samo zrobić, co my projektowaliśmy, bo innego wyjścia nie ma, mianowicie: musi wyznaczyć bardziej ograniczone porcje wody i żywności, oraz utrzymać ten sam kierunek okrętu, co teraz, gdyż on najkrócej do ziemi prowadzi, albo się nie zgodzą na Stiepanowa, a wtedy my im swoje postawimy warunki! W żadnym więc razie nic nie stracimy a wiele zyskać możemy!
Po długich namysłach, rozważaniach i naradach, oficerowie zgodzili się na projekt Beniowskiego i niezwłocznie przystąpiono do lustracji żywności.
Winblath, Chruszczów, Baturin poszli oglądać i liczyć beczki z wodą, a Łoginow, Panow i Popow udali się z Mederem i Bielskim do składu sucharów, ryb i mąki. Sybajew, Kuzniecow i Urbański wcale udziału w komisji brać nie chcieli.
— Nie jesteśmy rezultatu jej ciekawi, gdyż pod Stiepanowa i tak nie pójdziemy!... — odrzekli zgodnie.
— Więc jak?...
— A no tak: nie chcemy i koniec!...
Zostali na pokładzie milczący i nadąsani.
Rezultaty rewizji okazały się gorsze, niż przypuszczano pierwotnie. Wody wykryto trzy baryły pełne i trochę resztek w beczkach odbitych, sucharów pozostała zaledwie jedna skrzynia, i Bielski nastawał, żeby ją zarezerwować całkowicie dla chorych; co zaś do ryb, to Meder powiedział, że wogóle licha są warte, a za kilka dni zupełnie będą do jedzenia niezdatne, szczególniej, jeżeli nastaną gorąca.
— Od zła sól morska ryba się psuć... Żeby ją jeść bez brzucha boleści, trzeba długo gotować w kilka bardzo gorąca woda, a potem tłuc, a potem na proszek suszyć... — oznajmił stanowczo Niemiec.
— A z tej mąki co? Chleb piec?... — spytał Beniowski.
— Ja, ja!... Chleb piec!... Doskonale powiedziane!...
Przy ogólnym podziale oddzielne racje wypadły tak skromne, że Beniowski zastanowił się na chwilę.
— Przerażą się, ale co robić!?... Najgorzej z wodą! Ha!... Chodźmy!...
Kazał w bęben uderzyć i stanąć oficerom w pełnym bojowym rynsztunku pod wielkim masztem, poczem rozporządził, aby przyprowadzono uwięzionych.
Kilku tylko ludzi zostawił do obsługi statku, co na krótki okres czasu wystarczało, gdyż ciąg powietrza mieli jednostajny, ten sam, co wczoraj i, biorąc w pełne żagle część wiatru, płynęli spokojnie w tym samym kierunku.
Z otwartego luku wychodzili jeden za drugim brudni, spici, zasępieni i stawali w gromadę między dwoma szeregami stronników Beniowskiego, uzbrojonych w muszkiety nabite i najeżone bagnetami. Wreszcie wyprowadzono Stiepanowa, Izmaiłowa oraz Sudejkina, zakutych w łańcuchy.
Ku powszechnemu zdziwieniu i poruszeniu Beniowski polecił przedewszystkiem zdjąć z nich okowy i tak zaczął:
— Zaiste niktby nie uwierzył, gdyby mu w początkach naszej wyprawy powiedziano, że ją rychło tak żałosny i ciężki czeka koniec. Spojeni braterstwem uczuć i dążeniem do wolności, czuliśmy się potęgą, która wszelkie przełamie przeszkody. I tak było w istocie! Lecz rychło duch zawiści i niezgody rozpoczął swoją piekielną robotę. Miasto zwalczać wspólnie przeszkody i znosić mężnie te dolegliwości i przykrości, jakie zawsze towarzyszą wszelkiej walce i wszelkiemu dziełu rąk ludzkich, miasto szukać sposobów, jak uniknąć ich w przyszłości, zaczęto wypowiadać zjadliwe a zupełnie jałowe uwagi o tem, jak należało postąpić w wypadkach już ubiegłych i szukać winowajców już przezwyciężonych niepowodzeń...
Tu Beniowski w krótkości powtórzył historję wszystkich zaburzeń, poczynając od kłótni: czy lądować na wyspach Kurylskich, czy nie, i kończąc na wczorajszej pijatyce oraz rozbiciu czternastu beczek wody...
— Czternastu beczek wody!?... Niepodobna!... — powtórzył tłum nieszczęśników.
— A jednak tak jest, możecie się sami o tem przekonać, możecie wydelegować z pośród siebie deputatów dla zbadania sprawy... Wogóle jedzenia i wody mieliśmy mało, ale gdybyście usłuchali mnie, zgodzili się na ograniczenie porcyj, z małą biedą dotarlibyśmy do lądu bez wielkich cierpień... Teraz nie wiem, jak to się nam uda, gdyż grozi nam zupełny brak napoju, który jest duszą wszelkiej morskiej wyprawy, a który w bezrozumnym szale wytoczyliście własnoręcznie wy sami... Kto mi poręczy, że nie uczynicie tego z jedzeniem, z żaglami, z całym okrętem... Przestaliście mię słuchać pomimo wielokrotnych przysiąg, uważacie, że wolność to nie jest wolność narady i przedsiębrania wspólnych postanowień, lecz że wolność jest to wolność robienia, co się chce i kiedy się chce... Oskarżacie mię o tyranję!?... Czy jednak nie słucham waszych żądań, nie biorę ich pod rozwagę i nie uwzględniam ich, często nawet z pewną szkodą dla naszego przedsięwzięcia!?... Zapomnieliście już naszą wyprawę na północ, wywołaną waszym uporem i brakiem wiadomości... Ale wtedy łudziłem się jeszcze, że otworzę wam oczy na błędy wasze. Teraz straciłem tę nadzieję... Postawiliście całą wyprawę w położeniu niezmiernie niebezpiecznem, niech więc weźmie ją w swoje ręce i wywiedzie z niego człowiek, do którego rad przychylacie ucho tak chętnie, którego dowodzeniom i rozumowi ufacie więcej, niż samej oczywistości... Niech wam przywodzi! Składam mą władzę w ręce Stiepanowa!... Nie jestem już waszym dowódcą!
Skończył i zdjął czapkę. Tłum stał nieporuszony, milczący, jakby skamieniały, gdy wtem zabrał głos Stiepanow:
— Oho, widzę, panie Beniowski, dokąd zmierzasz!... Wykręcasz kota do góry ogonem, chcesz zrzec się odpowiedzialności... i ustąpić!... Nic z tego... Tyś powodem wszystkich naszych nieszczęść i musisz je sam rozwikłać i zwyciężyć... Przecież to nie ja dowodziłem okrętem i, zamiast płynąć dalej wzdłuż wysp Kurylskich na południe, zawróciłem z właściwej drogi na wschód, uląkłszy się wrzasków ciemnych marynarzy!... Gdzie bylibyśmy obecnie, gdyby nie to?... Przecież to nie ja na wyspie Beringa...
Posypał się cały szereg dobrze znanych załodze inwektyw i oskarżeń Beniowskiego, powtarzanych tylekroć przez Stiepanowa i jego stronników. Tym razem nie odniosły one skutku; marynarze chmurnie słuchali wywodów wichrzyciela.
— Chcesz mi oddać dowództwo teraz, kiedy okręt zniszczony, kiedy śpiżarnia pusta i niema wody...
— Samiście ją wylali!... — wtrącił Baturin.
— Wszystko jedno, jak to się stało, dość, że niema... I nikt z was nie wie, co robić... wtedy do mnie!...
— Zawracać do Kamczatki!... poddać się rządowi i prosić o łaskę!... — wykrzyknął nagle Izmaiłow.
Zakrzyczano go ze wszystkich stron.
— Przenigdy!...
— Jakiejże to łaski się spodziewasz?...
— Że cię wbiją na pal nie... z dołu a przez gębę!...
— Może tobie i poniektórym jeszcze darują winy, ale nie nam...
— Zresztą do Kamczatki dalej stąd, niż do Japonji!... — zauważył Chruszczow. — Czy nie tak, Beniowski?...
— W każdym razie bardzo daleko, a chodzi o dzień jutrzejszy!... — odrzekł Beniowski.
— Ty też jesteś za powrotem do Kamczatki?... — spytał gwałtownie Panow Stiepanowa.
— Nie powiedziałem tego, wcale tego nie powiedziałem!... Owszem, przeciwnie!... Twierdzę, że należy płynąć do najbliższego lądu, gdziekolwiek on leży...
— Tak, tak!... — krzyknięto w tłumie — do najbliższego lądu!...
— Następnie uważam, że Beniowski nie ma prawa obecnie zrzekać się dowództwa, gdyż skoro on nas wprowadził w kabałę, musi nas z niej wywieść. Ja mogę zostać tylko jego pomocnikiem, zastępcą... Powinien prócz tego Beniowski oddalić swoich dotychczasowych złych doradców, a wziąć na ich miejsce Sudejkina, Izmaiłowa Adrjanowa... Nic nie powinien robić bez ich porady i pozwolenia, a na wypadek zamachu strony przeciwnej powinien otoczyć się strażą, która nie odstępowałaby go na chwilę... Dawno to już mu proponowałem... Wtedy tylko zapanuje spokój!...
— Spokój zapanuje o wiele wcześniej, spokój śmierci!... — odezwał się nagle Beniowski. — Zginiecie!... Gdyż nic nie zmusi mię otaczać się ludźmi, od których cały ten czas nie widziałem nic prócz przekorności, przeszkód i nienawiści!... A jeden przed chwilą nawet radził wydać nas wszystkich rosyjskiemu rządowi!... Nie, takich doradców i takich stróżów nie potrzebuję!... Skoro jednak pan Stiepanow ani władzy objąć nie chce, ani nie podaje wskazówek, jak naprawić zło, które wszystkim nam wyrządził, niech ogół bierze kogo innego ze znajdujących się tutaj zacnych oficerów, a ja poddam się pod jego komendę bez żadnych zastrzeżeń!...
— Beniowski!... Chcemy Beniowskiego!... — zawołali zgodnie oficerowie.
— Rządź nami, władaj i przebacz głupstwa nasze!...
— Lepszego nie znajdziemy nad ciebie!...
— Tyle tysięcy wiorst nas prowadziłeś!...
— Z tylu bied nas wyratowałeś!...
— Wyratujesz i z tej!...
— Tylko pomyśl, tylko postaraj się!...
— Ho!... ho!... Masz przecie łeb!... Wiemy o tem!...
— Prosimy cię!...
Kłaniali się w pas, a niektórzy padli nawet na kolana i wyciągali do niego ręce, jak do Boga.
— Ulituj się nad niesfornemi dziećmi swojemi!
Oficerowie obstąpili wahającego się Beniowskiego i prosili również gorąco. Nawet Sudejkin i Adrjanow przyłączyli się do nich.
Na uboczu pozostali jeno Stiepanow i Izmaiłow. Ale na tych już nie zważano, i ogólna radość powstała wśród mężczyzn i kobiet, gdy Beniowski nareszcie zgodził się przyjąć dowództwo, postawiwszy następujące warunki: podział żywności i wody będzie dokonywany codzień, według jego osobistych wskazówek, pod nadzorem dwu obranych przez załogę kwestorów; posłuszeństwo wymagane jest bezwzględne i będzie karane natychmiastowem cofnięciem racji wody lub pożywienia.
Do tego grono oficerskie dodało od siebie, iż, nie mogąc ścierpieć dłużej w swojem środowisku Stiepanowa, żąda wykreślenia go ze swej listy oficerskiej i przeznaczenia wraz z zamieszanym w ostatnim wybuchu Sudejkinem do posług kuchennych. Zażądali również oficerowie, aby dawny wyrok ich sądu został przy pierwszej sposobności wykonany nad Izmaiłowem i małżeństwem Poranczinów, to jest, żeby ci zostali zsadzeni na pierwszy brzeg, do którego statek zawinie.
Zmęczona i spokorniała załoga zgodziła się na wszystko bez dalszych dyskusyj.
Marynarze wrócili do swych zajęć i na swoje miejsca. Życie na statku zwykłym zaczynało płynąć biegiem.
Gdy Beniowski siedział samotny w swej kajucie, ślęcząc nad mapami i starając się odgadnąć, gdzie jest ląd najbliższy, gdy starał się wymiarkować szerokość i długość geograficzną przez zestawienie niedokładnego rysunku map z opisami podróży, jakie posiadał, oraz własnym okrętowym dziennikiem, wszedł niespodzianie do kajuty Chruszczow, i, położywszy mu przyjacielsko rękę na ramieniu, rzekł:
— Jeszcze, przyjacielu, mam ci coś do powiedzenia...
Beniowski podniósł głowę
— No?...
— Widzisz... Ale przedewszystkiem chciałbym, abyś dostrzegł w tem, co powiem, jedynie naszą dobrą gwoli tobie intencję oraz naszą troskę o powodzenie wyprawy... Jedynie ten wzgląd zmusił mnie i towarzyszów moich, tych właśnie najbliższych tobie oficerów, którzy ufają ci bezgranicznie i bezgranicznie miłują cię, że...
Zaciął się i oczy opuścił. Beniowski poczerwieniał mocno i powstał.
Milczeli przez chwilę.
— Chodzi o to... — zaczął z determinacją Chruszczów — żebyś... na czas pobytu na statku... wogóle na czas naszej wspólnej podróży, przerwał... swój stosunek z... Nastazją Iwanówną... Ja i wszyscy my pewni jesteśmy, że po przybyciu na miejsce rozwiedziesz się ze swoją dawną żoną i z nią ożenisz się... więc my rozumiemy i uważamy to za prostą formalność... lecz dla prostych majtków, dla ciemnego motłochu... to nie wystarcza... tem bardziej wobec... rozmaitych komplikacyj... Oni uważają to za wielki grzech, który trzeba odpokutować, za który trzeba przebłagać Boga i świętą Cerkiew!... Ty jesteś na tym statku pan a ona twoją poddaną... Ty jesteś jej opiekunem... Sam osądź, jak to wygląda... Więc to ogromnie osłabia twój autorytet i im dalej, tem gorzej!... Prostacy uważają takie pożycie za rozpustne i, choć sami są rozpustni, nie lubią tego u przełożonych, gdyż nie szanują swych wad i grzechów w wyższem odbiciu... W dodatku... ona... niedawno straciła ojca, jest... w żałobie, a tego lud prosty nie przebacza nikomu, uważa za zbrodnię nieledwie...
— Wiem! — odrzekł głucho Beniowski i nagle zakrył twarz rękami.
Długo tak stał, a Chruszczów zerkał nań zboku niespokojny i poruszony.
— Dobrze! To się nie powtórzy!... — szepnął wreszcie Beniowski.
Chruszczów objął przyjaciela, przycisnął do siebie, chciał pocałować, ale Beniowski wciąż nie odejmował dłoni od twarzy.



XXIII.

Powiodło się Beniowskiemu. Wiatr wprawdzie w czasie nocy wykręcił od zachodu i statek musiał lawirować w półwiatru, co opóźniało żeglugę oraz zwiększało pracę, lecz zato napędził chmur i sprowadził deszcz, z którego zebrano aż dwie beczki wody. Woda wprawdzie mocno cuchnęła dziegciem, jakim napojone było płótno żaglowe, służące do jej zbierania, ale mimo to możliwa była do picia, co odrazu dodało ducha załodze.
W dodatku Czurin przyznał się w wielkim sekrecie Beniowskiemu, iż, nie ufając załodze, ukrył na wszelki wypadek cztery beczułki z wodą za przepierzeniem w kajucie swej żony, które teraz na wspólny użytek z radością ofiaruje.
Beniowski kazał mu do czasu rzecz w tajemnicy zachować, aby nie zmniejszyć wśród załogi żarliwości w zbieraniu i oszczędzaniu wody.
Nazajutrz dzień również był pochmurny, mglisty i deszcz lał, jak z wiadra.
O pierwszej po południu zerwał się sztorm; o trzeciej uspokoiło się morze, ale na krótko, poczem wicher znowu zawył, wzniosły się wielkie bałwany, od czego kołysanie okrętu było nadzwyczajne. Nie bez trwogi obserwował Beniowski, jak nieraz poprzecza masztów dotykały wody. A żagli zbytnio podebrać nie można było, gdyż statek trafił na silny flukt morski i przezwyciężał go li tylko dzięki pomyślnemu wiatrowi.
Bieg szparki okrętu przeciw wodzie sprawiał tak przeraźliwy łoskot, że nieprzyzwyczajeni ludzie chodzili, jak ogłuszeni, i liczba chorych na statku znacznie się zwiększyła. Z nastaniem nocy, wśród mroku i ryku burzy, skrzypiąc żałośnie rejami, jęcząc obszyciem i wiązaniami korpusu, smagany pianą bałwanów i deszczem rzęsistym, leciał „Piotr i Paweł“, jak zatracony, nieprzytomny ptak, nie wiedzący dokąd mknie i poco.
Uwięzieni bez światła i powietrza w jego wnętrzu ludzie przysłuchiwali się z przerażeniem szumowi fal, przelewających się dookoła i ponad nimi.
Mała garstka majtków, koniecznych do pilnowania steru i olinowania, przemokła i znużona, stróżowała pokolei na dygocącym i ogołoconym ze wszystkiego, jak talerz, pokładzie.
Beniowski nie spał noc całą; to wychodził i wbijał oczy w burzliwy mrok, to wracał do kajuty i znów badał niepewne mapy. Gdy zestawiał szybkość okrętowego lotu z przybliżoną odległością oczekiwanego lądu, wypadało, że są jeszcze na otwartem morzu; było jednak coś w szumie wichury, w rzutach i ryku bałwanów, w załamaniach się powietrznego pędu, co budziło w nim instynktowny niepokój doświadczonego marynarza.
Dopiero na świtaniu przekonał się, że miał rację, że są oddaleni od jakiegoś brzegu nie dalej niż na trzy ćwierci mili, i że dawno już rozbiliby się o niego, gdyby nie ów wartki prąd, który niedawno tak przeklinali, a który ich uratował, odpychając od mielizn i skał. O dziewiątej godzinie z rana odszukawszy spokojniejsze miejsce na rozkołysanej toni, brzegiem nieco, zasłonione od wiatrów, zarzucili kotwicę na dwudziestu ośmiu sążniach głębiny.
Wysłał natychmiast Beniowski Kuzniecowa na ląd na małym baciku dla wyegzaminowania brzegów i upatrzenia portu, w którym mógłby się statek przed burzą schronić. Na wszelki wypadek wzięli parę pustych beczek oraz Izmaiłowa z małżonkami Poranczinami dla zsadzenia ich na ląd.
— To dobrze wpłynie na resztę załogi. I w dodatku zaoszczędzimy wody i strawy... Nie mamy ich za dużo, żeby wrogów karmić!... Jabym tu jeszcze kilku zsadził!... — dowodził Kuzniecow. — Niech jadą z nami!... Co oni tam zaważą — nic!... W tamtą stronę będą musieli wiosłować a zpowrotem zamiast nich wodę weźmiemy!...
Niezwłocznie przyprowadzono Izmaiłowa i parę kamczadalską; powiedziano im, że zostaną wysadzeni na brzeg, jak tego żądali sami.
Z posępną trwogą spoglądali skazańcy na nieznany im ląd, na pieniste fale wzburzonego wokoło morza, na wściekle pryski, skaczące wysoko na czarne skały nadbrzeżne, ale z Kuzniecowem mowy być nie mogło o jakichkolwiek gadaniach i wykrętach. Spuszczono ich na linach za innymi do bacika, tańczącego u boku okrętu, jak marny listek na wzdymających się potwornie bałwanach, poczem czółenko, poderwane dokładem i popychane usilnie uderzeniami sześciu wioseł, znikło w pianach. Wynurzyło się opodal już, jako czarny wciąż malejący punkt; załoga z zapartym tchem śledziła jego walkę z rozszalałemi liciami, sama wystraszona i niepewna swego losu na okręcie skaczącym na cumach kotwicznych, jak rozhukany koń.
Skrzypiały reje, maszty i liny, stękał kadłub okrętu, który pokładał się to na jeden, to na drugi bok, kreśląc końcami masztów ogromne łuki i koła w chmurnem powietrzu. Specjalne dozory z najlepszych majtków śledziły grę fluktów, wiatru i wciąż składały raporty Beniowskiemu. W bocieńcu posadzono nowochrzczeńca Amerykanina, gdyż okazało się, że ma najbystrzejsze oczy. Beniowski często podchodził i pytał go z dołu przez tubę:
— Co?... Nic nie widać?...
— Nic!... Nitu!... — odpowiadał ten, wychylając się z kosza i machając dłonią przed nosem, aby go lepiej zrozumiano wśród ogłuszającego ryku wód i szumu wichury.
Przed nocą sztorm znowu rozgorzał. Ogromne wały nalatały na statek, który nurzał się w nich to dziobem, to wśladem, jak schwytana w pętlicę kaczka. Wreszcie jedna z cum pękła z wielkim łoskotem i wstrząśnieniem. „Piotr i Paweł“ podskoczył i popłynął z falą.
Beniowski, zagrożony utratą drugiej kotwicy, kazał ją co prędzej dobywać, kliny przednich żagli tymczasowo rozpuszczać i dać ognia z dział na znak Kuzniecowowi, że statek odjeżdża.
Noc całą lawirowali, walcząc z wichurą i prądami, niepewni, azali nie naskoczą lada chwila na ukrytą skałę podwodną, nie uderzą w stromy brzeg, nie ugrzęzną na płytkiej rewie, gdzie ich bałwany w mgnieniu oka rozbiją na trzaski i rozmiotą po morzu.
O świcie spostrzegli wreszcie, że są bardzo daleko od brzegu, który majaczył ledwie na skraju widnokręgu, jak obłok, wyróżniając się jeno z pośród innych swą stałą nieruchomością.
Poczęli ostrożnie zbliżać się ku wyspie, opierając się wiatrowi, który gnał ich wprost na czerniejące w kipiących wirach skały.
I znowu dzień cały upłynął im na krążeniu po wzburzonych falach ołowianych, szarem nakrytych niebem.
Bacika wciąż widać nie było. Zmordowana załoga wysłała koło południa do Beniowskiego deputację ze starszym Łoginowem i bocmanem Trofimowem na czele, prosząc, aby nie czekał na powrót Kuzniecowa, który widocznie na ziemi pozostał, żeby poddał wiatrowi okręt i oddalił od tych brzegów nieszczęsnych, albo skierował się ku lądowi i pozwolił fluktom wyrzucić się na piaski żółciejące na widnokręgu.
— Co?... Chcecie, abym Kuzniecowa, który tyle dla zdobycia wolności uczynił, oraz dziewięciu najzdolniejszych towarzyszy tu na tym brzegu nieznanym, na ziemi obcej, w pośrodku dziczy opuścił?... Nie, po stokroć zginąć nam raczej należy, niż stąd odejść!... Dziwi mię nawet, iż śmieliście z podobną propozycją do mnie się zwrócić!... Jeżeli nie ważycie sobie prawideł honoru, to słuchać musicie powszechnych prawideł morskich, zabraniających stanowczo podobnego postępku.
— Ja... cóż!... Ja... nic! Ja im to mówiłem... To samo myślę, że niehonorowo!... Ale zgodziłem się pójść do was, Auguście Samuelowiczu, bojąc się, żeby nie posłali kogo gorszego... — tłumaczył się Łoginow.
— Wtedy na piaski każcie, wielmożny panie!... Niech nas wyrzuci... Statek mocny, jak wieloryb, nic mu się nie zrobi... A jeżeli i puszczą trochę szpary na bokach, to rychło na brzegu utkamy je i zasmolimy, wypocząwszy... — nastawał bocman.
— W ten wiatr?... I jakże to ominiesz skały, które nas od tych piasków oddzielają?... Co?... Stary majtek jesteś i takie rzeczy gadasz?..
— Cóż więc uczynimy?... Wyczerpaliśmy docna siły nasze!...
— Głód, woda zła... Lepiej już odrazu umrzeć...
— Tutaj choć ciała nasze woda na brzeg wyrzuci i pogrzebią nas dobrzy ludzie po ludzku w ziemi... — mruczeli deputowani.
Załoga, przysłuchująca się zdala rozmowie, zrozumiawszy, że zaszła odmowa, jęła pokrzykiwać:
— Prawdę mówił Stiepanow, że nas tu chcą wszystkich wytracić!...
— Starszyzna się zawsze wyratuje!...
— Juściż!... Pływają zawsze po wierzchu, jak oka na rosole!...
— Co na nich zważać!...
— Wal, Gałka!... Ruszaj!...
— Bież do sternika, sami popłyniemy...
— O wa!... Wielka mądrość na piach się wyrzucić!...
Gromadzili się u wielkiego masztu i, wzajem popychając się, tłocząc, sunęli ku budce sternika.
Beniowski, który, rozmawiając na progu swej kajuty z deputacją, nie tracił z oczu załogi, wskazał nagle ręką w tym kierunku i zawołał:
— Co to?... Znowu bunt!...
Deputacja rozstąpiła się, a on z krócicą w ręku poszedł naprzeciwko biegnących. Zatrzymali się wystraszeni jego widokiem; stojący na przedzie Gałka zdjął czapkę.
— Dlaczego zszedłeś ze stanowiska?... Marsz zaraz do roboty!... — krzyknął Beniowski, kierując lufę pistoletu między oczy kozakowi.
— Tu... proszą... Gromada... chce!... — bąkał ten, cofając się za buchty, za kołowroty i brezenty zapasowej szalupy.
— Lwia morda!...
— Jak mię chlasnął ślepiami, aż mi się gorąco zrobiło.
— Bieniak stary!... Wiadomo...
— A co będzie z nami?...
— Byłbym wiedział, że takie psie czeka mię życie, nie zlazłbym w Bolszej z pieca, oj, nie!...
— Abo to nam było tam źle?...
— Bab, wódki, chleba, ile dusza zapragnie!...
— Dolo, dolo nasza nieszczęsna!...
Biadali i mruczeli po kątach. Pracowali niechętnie, spoglądając z żałością na niedaleki strąd, spokojnie wynurzający się z wrzących wirów, z pienistych wytrysków, z wysoko bijących dokładów, z rzucających się wściekle zalewów.
Znowu dzień cały pływali bezradni po tych wałach, jak drobna łupina. Na odwieczerzu kazał Beniowski bić z dział ponownie. Gdy to uczyniono, podszedł do niego Chruszczow i, odprowadziwszy na stronę, jął miękko przekładać, że załoga nie przetrzyma drugiej takiej nocy, jak ubiegła, że wszyscy są śmiertelnie znużeni i zrozpaczeni...
— Prosi cię załoga...
— Prosi!?... — wybuchnął Beniowski. — Widziałeś co było przed chwilą?... A dawno obiecywaliście, że nic podobnego się nie powtórzy?... Znam dużo ludów na świecie, lecz tak niesfornego i niewolniczego zarazem, jak wasz, doprawdy nie znam... Niewiadomo, czego się z wami trzymać i doprawdy żałuję, że zechciałem was do wolności prowadzić...
— Maurycy, Maurycy!... — powtórzył z żałosnym wyrzutem Chruszczow. — Czyż istotnie żałujesz?... Więc co?... Więc mają zostać takimi na wieki?... A pamiętasz, coś mi sam mówił, pamiętasz?...
— Cóż takiego mówiłem?...
— Że narody przez złe giną sąsiady, że w dobrem jest wspólność całej ludzkości!...
— No tak!... Ale... kiedy nic z tego nie będzie, Chruszczow!... Z tymi ludźmi nie dopełnimy swoich planów, nie założymy nigdzie wolnej kolonji, któraby była ucieczką, schronieniem i przeciwwagą dla tyranji waszych rządów!... Oni są tacy sami, jak ci, co tyranję stwarzają... Ich żelazną trzeba trzymać ręką, a ja doprawdy czasem już nie mam sił...
— Wszyscy jesteśmy znużeni!... Dlaczego więc nie pozwalasz wyrzucić okrętu na piaski?...
— Przy tym wietrze to się nie uda!... Patrz! — dodał, wskazując na siwe buruny. — Patrz!...
Właśnie szedł z głębi huczącego morza na statek wzdęty wał, wysoki jak ściana, z kłębiącą się i syczącą, jak miljon węży, głowicą. Uderzył zboku, śmignął wgórę białą fontanną i ciężko przewalił się przez pokład.
Chruszczow schwycił się rękoma za barjerę, Beniowski potoczył się wtył i, oparłszy się ręką o obciągniętą brezentem zapasową szalupę, czekał, aż spłynie fala, rozlewająca się po pokładzie ze szmerem wiosennych potoków.
— Pójdźmy stąd, jeszcze nas zmyje!... — rzekł Chruszczow, stąpając po kostki w wodzie.
— A widzisz?...
— W ten sposób nas i pośród morza zaleje!...
— Nie, tam fala lepsza, tu od brzegu od własnych zderzeń staje się złośliwsza.
— Czy wobec tego Kuzniecow będzie mógł się do nas dostać, nawet jeżeli nie utonął?...
— Nie wiem, ale dopóki się nie przekonamy, że zginął, nie możemy go opuścić...
— Więc chcesz czekać?...
— Chcę czekać!...
— Bój się Boga, bój się Boga!... Noc jest złym doradcą!... Lepiej już pozwól im się na piasek wyrzucić!... Niech choć spróbują... To ich uspokoi!... Czy tak, czy owak zginiemy.
Beniowski długo milczał, patrząc na wzburzone morze; pokład kołysał się pod nimi i uchodził z pod nóg, jak wątła deszczułka, rzucona na tańczące wodospady. Raz po raz śmigały to z tego, to z owego boku ostre pryski, lub ciężka fala podbijała tył statku, nurzając mu dziób głęboko w zielono-szare tonie.
Niech spróbują!... — odrzekł wreszcie Beniowski. — Możesz pójść powiedzieć Czurinowi, że pozwalam.
— To... nie... poprowadzisz go sam!?... Zawszeby to ludziom dodało odwagi i otuchy!...
— Nie!... Pozwolić — pozwalam, ale sam ręki do tej wyprawy nie przyłożę. Czy ty wiesz, co to za brzeg i kogo tam zastaniemy!?... Gdybyśmy weszli przyzwoicie do przystani, co innego... Ale tak wyrzuceni na błota, niby ogłuszona ryba, znajdziemy się zupełnie w cudzej mocy...
— Jeszcze gorzej będzie, gdy znajdziemy się w mocy własnych głupców... Już przecie nieraz widziałeś, do czego są zdolni!...
— Więc dlatego zezwalam, niech Czurin prowadzi!...
Pobiegł Chruszczow do Czurina na mostek kapitański z radosną nowiną, lecz ten długo kręcił głową, zanim zgodził się na zmianę manewrów. Kazał przedewszystkiem zwinąć prawie wszystkie żagle, aby ułatwić sobie zwroty i osłabić uderzenie, poczem pędzony wyłącznie siłą wiatru, bijącego w korpus okrętu, zapuścił się ostrożnie w chaos wirów i kamieni nadbrzeżnych. Tu wszakże spotkał tak silne wsteczne prądy, że wiatr ich zmóc nie był w stanie i poniosły one okręt zpowrotem w otwarte morze wśród okrutnego huku i rechotu zderzających się z sobą wałów, wśród wielkiego kołysania się statku, który zupełnie utracił wszelki posłuch dla rudla.
Po trzykroć tak nadaremno zbliżał się Czurin do brzegów; zniechęcona załoga poglądała wyczekująco na Beniowskiego, pewna, że zaprowadziłby ją, gdzie chce, byle wziął na siebie kierownictwo. Ale Beniowski przypatrywał się spokojnie manewrom, nie biorąc żadnego udziału w niefortunnych wysiłkach, nie wypowiadając swego zdania, nie zdradzając go nawet poruszeniem.
Za trzecim razem jeno, gdy byli blisko ziemi, znowu kazał z armat wypalić. Wtem w mierzchnącej dali wzburzonego morza mignęły krwawe błyskawice i głuche huki muszkietów przebiły ryk sztormu.
— Nasi!... Nasi!...
— Są!...
— Jadą!...
— Ognia, raz jeszcze! Znowu zahuczało działo, i znowu odpowiedział mu krótki błysk i cichy stuk muszkietowych strzałów.
Nie było wątpliwości, że to Kuzniecow. Trudno jednak było wymiarkować, czy z brzegu strzela, czy płynie już ku nim po morzu.
Dopiero po dobrej godzinie, gdy, opanowawszy kierunek statku, zawrócili na nowo ku ziemi, dostrzegli w ciemnościach łódź, lecącą ku nim na pianach.
Radość niezmierna opanowała wszystkich, gdy nareszcie z wielkim mozołem wywindowali śmiałych towarzyszy i bacik na pokład.
Wesele zwiększyło się jeszcze, gdy się dowiedziała załoga, że Kuzniecow przywiózł z sobą cztery baryły słodkiej wody, kilka sztuk bitego drobiu i wór ryżu. Izmaiłowa i Poranczinów już nie było z nimi.
Wszyscy byli ciekawi usłyszeć opowiadanie dzielnych marynarzy o ich niezwykłej wśród prądów i wirów żegludze i cudownem ocaleniu, lecz Beniowski kazał im przedewszystkiem pójść zmienić zmoczoną odzież i posilić się. Potem poprosił Kuzniecowa, aby przyszedł do niego z raportem do kajuty.
Puszczony z wiatrem okręt, rozpuściwszy małe żagle, poleciał, jak ptak, w głąb Oceanu, wyprzedzając spienione bałwany.



XXIV.

Opowiedział Beniowskiemu Kuzniecow, z jak wielką trudnością zawinął do portu, gdzie stało na kotwicach kilkanaście łodzi i duży okręt masztowy. Na brzegu chodzili ludzie w błękitnych szatach chińskich z parasolami w ręku. Porozumiawszy się z nimi na migi i nalawszy beczki wodą, już chciał odbijać, gdy krajowcy wstrzymali go życzliwie, wskazując na to, co się dzieje na morzu. Istotnie wiatr ku wieczorowi wzrósł na tyle, że mowy być nie mogło o przedostaniu się poza tamę przystani. Ogromne bałwany przelewały się przez dygę z wściekłością i szumem nieopisanym. Musiał więc Kuzniecow zanocować, choć słyszał strzały armatnie i niepokoił się bardzo.
Jakiś krajowiec, położywszy przyjaźnie rękę na piersiach, zaprosił go do swego mieszkania wraz z towarzyszami. Znalazł tam przytułek i pokarmu obfitość. Nazajutrz, gdy odchodzili, nietylko przyjąć zapłaty nie chciał, lecz nawet udarował ich parasolem, lulką i kapciuchem tytuniu, za co Kuzniecow, nie mając nic innego pod ręką, dał mu w upominku swoją szablę oprawną w srebro. Zdumiały taką wspaniałością krajowiec, odczepił natychmiast od boku swój nóż i wręczył go Kuzniecowowi, przyłożywszy przedtem przedmiot nabożnie do czoła. Rozstali się w wielkiej przyjaźni...
— A Izmaiłow i Poranczinowie?...
— Zostali u niego...
— Bez protestu?
— Bez, owszem z wielką, zdaje się, przyjemnością...
Beniowski zamilkł i oglądał uważnie papierowy, naoliwiony parasol oraz inne przywiezione przedmioty, które Kuzniecow położył przed, nim na stole.
— Bez wątpienia, że handlują z Japończykami: to są wyroby japońskie — rzekł wreszcie.
— Nie dowiedziałeś się czasem, jak się wyspa nazywa?
— Trudno było wyrozumieć, tak dziwnym, do indyczego gulgotu podobnym, mówią językiem... Widzi mi się, że Kotej czy Kozoj, bo często powtarzali ten wyraz, ukazując wokół na ziemię...
Beniowski zerknął na mapę i zasunął ją z niechcenia leżącym obok okrętowym dziennikiem. Kuzniecow zauważył jednak ten jego ruch i zapytał otwarcie:
— Myślisz, że to jakie niebezpieczne miejsce?
— Myślę, że to są wyspy... Kurylskie.
— Kurylskie?... — powtórzył z przerażeniem prawie Kuzniecow.
— Tak, Kurylskie!...
— Więc tak mało przepłynęliśmy przez tak wiele czasu?... O Boże, Boże! — zakrył twarz rękoma. Beniowski, poczekawszy, dotknął przyjaźnie jego ramienia.
— Cóż robić, przyjacielu!... Wiele dni zabrała nam ta wyprawa na północ, ale bez niej nie poznalibyśmy Ochotyna...
— I przeklętej Urumsziri, która o mało nas nie zgubiła...
— A jednak wszystko może się obrócić na dobre, byleśmy tylko dotarli do Japonji... I Urumsziri się przyda, zobaczysz... Nieraz jeszcze może własnym okrętem tędy płynąć będziesz, wioząc przedmioty dla wymiany i handlu... Wszak przyjrzałeś się dobrze życiu tamtejszych krajowców i wiesz, co im trzeba!...
— O, całe ich życie przejrzyste jest, jak szkło, lubią kobiety, a cenią po wódce najwięcej żelazo... — odrzekł Kuzniecow, odsłaniając już poweselałe oblicze.
— Zostaw jednak do czasu przy sobie wiadomość, że to były wyspy Kurylskie... I tak mało ma odwagi i chęci nasza załoga!
— To się wie!... — odpowiedział Kuzniecow. — To się wie!... Wogóle gadać z nimi dużo nie warto!... Ty, Beniowski, z nimi za dużo gadasz!... Doprawdy, stąd całe zło!...
— Dobrze, już dobrze!... Poprawię się!... Idź tymczasem, przyjacielu, i wyśpij się, bo będziesz mi może niedługo bardzo potrzebny!
Kuzniecow odszedł, a Beniowski znowu się nad mapą pochylił i długo ją badał, mierzył cyrklem i liczył, pisząc kolumny cyfr na skrawku papieru.
Nie mógł dać sobie rady ze sprzecznościami podróżniczych opisów a niedołężnym rysunkiem morza tutejszego i wysp lejtenanta Schternberga, jakie jedynie posiadał. Starał się więc notować dokładnie kierunek i szybkość, z jaką wiatr statek wciąż pędził po powleczonych ciemnością nocy falach.
Gdy rozedniało, mieli dokoła siebie, jak okiem sięgnąć, zbałwanione morze bez śladów ziemi. Szczęściem wiatr zwolniał i można było przystąpić do naprawy uszkodzeń wyrządzonych przez burzę, do suszenia żagli i pompowania wody z okrętowej zezy. Dużo jej się tam nazbierało, gdyż buntujący się cały ten czas majtkowie, pewni, że statek uda im się wyrzucić na piaski, nie kwapili się ani z czerpaniem wody, ani z żadnemi reparacjami.
— Poco? Jak w brzeg stukniemy, niewiadomo jeszcze, co ze statku zostanie... — mówili.
— Knykcie jeno darmo sobie poobijamy!... — dodawali hardziejsi.
Teraz, kiedy nadzieja na rychłe lądowanie znikła, wzięli się do roboty i nawet dosyć wesoło śpiewali:

Z poza lasu, lasu ciemnego,
Z poza przedgórz i gór wysokich
Wypływała łódka leciuchna...
Niczem łódka nieupiększona,
Jeno zuchami jest obsadzona,
A pośrodku namiot napięty,
Pod namiotem skarbiec ze złota,
Skarbca pilnuje młoda dziewczyna,
Skarbca pilnuje i łzy wylewa...

Ucichła burza, uspokoiło się morze, wiatr zmienił kierunek. Dął teraz z zachodu, odpędzając okręt od widzianych niedawno wysp. Na niebie kołysały się jeszcze ciężkie, ołowiane chmury, ale w przerwach między niemi już świecił błękit i przeglądało słońce.
Beniowski wezwał oficerów na naradę co do kierunku podróży.
— Płynąć zpowrotem ku archipelagowi, od którego odrzuciła nas burza, dość trudno wobec przeciwnego wiatru. Taka podróż potrwa, według mego obliczenia, tyleż prawie, co do Japonji, dokąd, korzystając z półwietrza, dostać się możemy za tydzień. A śpieszyć się musimy, gdyż mamy żywności zaledwie sześć fas ryby, która już cuchnąć zaczyna, sucharów nie mamy wcale, mąki wór jeden, który pozostawiam dla chorych, jagieł i warzyw zgoła nic, wody deszczowej dwie baryły, a zdrojowej wszystkiego cztery... Zwłoka wszelka w podróży grozi nam głodem. Położenie obecne okrętu wiadome nam jeno w przybliżeniu, obliczonem na zasadzie kierunku oraz szybkości, z jaką nas burza niosła... Za chwilę, gdy niebo się trochę oczyści, spróbuję określić szerokość gradusu sektanem, a w nocy, o ile będą gwiazdy, poznamy długość naszego położenia... Decyzję jednak musimy powziąć natychmiast, gdyż dzień nadaremno stracony może nas wszystkich o ciężkie przyprawić cierpienia... Tem bardziej, że znowu może zdarzyć się burza lub inna przeszkoda... Na morzu wszystko, i czas i przestrzeń, dają się przewidywać jeno w przybliżeniu... Szukanie nieznanych nam wcale w geograficznym rozkładzie wysp w razie prawdopodobnej omyłki dużo nam zabierze czasu, gdy tymczasem wielki rozmiarami i lepiej na mapie oznaczony ląd Japonji żadną miarą ominiony przez nas być nie może. Wobec tego ku niej, na południo-zachód, radziłbym ster nasz obrócić... — dowodził zebranym Beniowski.
Meder od siebie dodał, że zwiększająca się gorącość powietrza bardzo źle wpłynie na nadpsute zapasy ryby.
Wszystkie te okoliczności bardzo przygnębiająco wpłynęły na radę oficerską. Po skrupulatnem obejrzeniu map i zważeniu wszelkich szczegółów, zgodzili się jednomyślnie na plan przedłożony przez Beniowskiego i rezolucję swą z odpowiedniemi dowodami postanowili zakomunikować całemu ekwipażowi.
— Poco?... Aby ich znowu do buntów zachęcać?... I co zrozumieją ci opoje?... Ich trzeba ku własnemu ich dobru i zbawieniu, jak małe dzieci, rózgą i nakazem prowadzić!... Czy to nie mieliście przykładów?... Mało wam!?... — gorąco oponował Kuzniecow.
— W każdym razie muszą się dowiedzieć, że może zabraknąć wody i pożywienia... — zauważył Beniowski.
— Już to wiedzą!...
— To nic!... Trzeba powtórzyć!... Nie zaszkodzi!...
— Ale poco im mówić o kierunku!?... Co oni się na tem znają... Nawet my, tu zebrani, Bogiem a prawdą niewiele o tem wiemy... Chyba jeden Czurin!... Przecież postanowiliśmy w samym początku płynąć do Japonji... Więc poco powtarzać!? Och, Beniowski, Beniowski, sam ty ich psujesz przez te gadania!... Ja ich znam, moich ziomków!... Znam ich dobrze!... Kazać im stulić pyski, milczeć i robić, to oni lubią!...
— Pozwól, Kuzniecow, pozwól!... — oponował mu Chruszczow. — Przecież nietylko chodzi o to, by się dostać do krajów wolnych, lecz idzie też o to, aby z tych ludzi zrobić wolnych obywateli...
Zaczęły się spory, które Beniowski tyle razy już słyszał, że teraz zamyślony i stroskany niebardzo zwracał na nie uwagę. Spostrzegł to Baturin i dyskurs na właściwe tory obrócił.
— Co zrobimy teraz w tym wypadku? Mówcie panowie!
— Ano ogłaszajcie, oświecajcie, zawracajcie w głowach i... niech was djabli wezmą!... — krzyknął Kuzniecow.
Wszyscy się roześmiali, gdy jednak sprawa poszła pod głosowanie, większość przychyliła się do zdania, żeby załogę nietylko powiadomić o stanie zaprowjantowania, lecz i o obranym kierunku podróży.
Marynarze wysłuchali relacji ze spokojem i słabem zainteresowaniem się, nie rozumiejąc widocznie jej doniosłości.
— Jak do Japonji bliżej, płyńmy do Japonji! Ty, naczelniku, wiesz najlepiej!... Cała nasza w tobie nadzieja!... Z wszelakiej nas dotychczas wyprowadziłeś zwycięsko przygody!... — wołali pokornie.
— Zawsze czyniłem wszystko, abyście cierpieli najmniej, lecz niezawsze udawało mi się was przekonać!...
— Tak, tak!... Rozbiliśmy beczki z wodą, ale to się już nie powtórzy!...
— Zapewne, bo już i niema co rozbijać!... — uśmiechnął się Beniowski.
Gdy, rozpuściwszy zebranie, zawrócił, by pójść do siebie, w gronie kobiet, przysłuchujących się obradom na uboczu, mignęła mu twarz Nastazji. Odwrócił zaraz głowę i przeszedł, patrząc w stronę przeciwną, wdał morską, łuszczącą się ogniście w promieniach zachodu.



XXV.

Noc była jasna, a gwiazdy pięknie świeciły. O szóstej godzinie z rana wiatr zmieniać się począł, a o dziesiątej wykręcił się i ustalił od północy zachodniej, miarkując gorąco, które już zaczęło dokuczać. Dął w rudel statku, potrząsał linami w porywach to słabnących, to krzepnących, wydymał piersi żagli, krąglące się lub opadające z lekkiem klapaniem na rzędy rej. Okręt biegł chyżo i bez kołysania się po uspokojonych, wygładzonych i rozświetlonych toniach, odrzucając stewą w obie strony chryzolitowe, uperlone skiby.
Stada delfinów płynęły przed statkiem i za statkiem, starając się go wyprzedzić, igrając z sobą i z nim, wywracając kozły na wzburzonych przezeń odmętach.
Ale nikt nie próbował ich łowić, wszyscy zajęci byli naprawą uszkodzeń, zadanych statkowi przez ostatnią nawałnicę.
Spajano więc i przewiązywano odnowa łączniki drągów żaglowych, przykręcano mutry u obręczy masztowych, smarowano bloki pordzewiałe, naciągano, wzmacniano, wyprężano wydłużone szarpaniem przewięzie oraz boczne barduny, podtrzymujące maszty a mocno obluzowane niedawną walką z orkanem, osłabione doreszty obecną suchością upałów. Równano wielkie burtowe wanty wraz z pomniejszemi sznurowemi drabinami, obwisłemi od użycia i wyschnięcia do tego stopnia, że trudno już było po nich chodzić.
Uwijali się więc ludzie wszędzie na rejach i olinowaniach, skrzypiały w dole kołowroty, stukały młoty i siekiery, piszczały walce i kółka bloków, coraz to rozlegała się krótka, urywana komenda. A ponad wszystkiem przelatywały niby błyskawice tęgie, jaskrawe przekleństwa i cicho wiła się górą tęskna żeglarska piosenka:

Zniknął ląd nam z przed oczu
Zielony,
Zniknął w morskiem przezroczu
Zgubiony.
Ponad nami siność
Wysoka,
A pod nami głębia
Głęboka!
I nic niema, gdzie wiedzie
Nas droga.
Oprócz słońca na niebie,
I Boga...

W południe blask słoneczny i znój wzmógł się do tego stopnia, iż Beniowski, bojąc się dla ludzi porażeń słonecznych, kazał robót zaprzestać i schować się załodze w cieniu burtowych nawisów. Jeno wodę z morza polecił czerpać i polewać nią często nagrzany pokład, aby uchronić go od spękania.
Cisza zaległa wolno sunący okręt; na miejscach pozostała tylko wachta, sternik i dyżurni majtkowie. Reszta ukryła się w kajutach lub gromadkami drzemała u luków armatnich, gdzie przewiew wolny zmniejszał duszność powszechną.
Beniowski od czasu do czasu przechadzał się po opustoszałym pokładzie, przysłuchując się z niepokojem klapaniu coraz częściej opadających żagli, poglądał na dal morza, iskrzącą się w żarze słońca łuskami drobnych fal.
Przystępowali doń niektórzy z załogi i radzili się, czy nie należy im sobie krwi puścić wobec nadchodzących skwarów.
— Jeszcze czas! — uspokajał ich Beniowski. — Nie mają zresztą wam z czego zbytnio humory do głowy uderzać, biedaki moje!... Jadła macie nie za wiele a i napoju takoż!...
— Juściż, najgorsza, że w ten skwar niema co pić!... Ale i to pociecha, że humorów mniej!...
— Poczekajcie, noże deszcz znowu spadnie, to się wam doda porcji!... — pocieszał ich Beniowski, wskazując na stojące na horyzoncie blade i płaskie obłoki.
Obłoki jednak ani zbliżały się, ani uchodziły, ku powszechnemu zdziwieniu, choć okręt ku nim wciąż płynął. Mieniły się chwilami płowo w spiekocie słonecznej, jak dymy dalekiego pożaru, lub opar nagrzanej czaszy Oceanu. Częściej wszakże stały nieruchomo, niezmienne w swych nikłych kształtach i barwach, strasząc ludzi, niby nie chmury, lecz widma chmur.
Starsi marynarze znacząco kiwali głowami:
— Nic dobrego, nic!... To są „suche obłoki“ pożarne!... Kto wie, co będzie!... Zawsze lepiej krew puścić, głowie ulżyć!...
Zapadła noc duszna, męcząca, tem bardziej, że wiatr ustał prawie zupełnie i obwisłe żagle przykro kołysały tłukącym się na miejscu okrętem. Niekiedy z szumem, podobnym do sennego westchnienia, podbiegała podeń i pluskała mu w bok długa łagodna fala, echo uchodzących daleko i cichnących wiatrów.
Beniowski nie spał tej nocy. Leżąc na łożu, rozmyślał o sposobach ulżenia cierpieniom załogi, o wybiegach mogących wyprowadzić okręt z niebezpiecznego położenia. Wsłuchiwał się w lekkie szmery ludzkie, dobiegające z pokładu, w szelest i klapania plótnisk żaglowych, w szmer wody roztrącanej piersiami okrętu, podobny do szelestu wolno płynącego łabędzia. Każdy ruch statku, każde jego pochylenie i słaby trzask wiązań odzywały się w jego sercu echem pełnem trosk i trwogi. Do tego przyłączał się żal, i żrąca tęsknota, i niepokój, i tkliwość, którym opędzał się całą mocą swej woli, lecz których duszący ciężar czuł wciąż na swych piersiach i zmysłach. Wciąż wspominał przejmujące, jak bolesny grot, spojrzenie Nastazji, uchwycone przelotnie, gdy głowę od niej odwracał, przeraźliwe i zdumione spojrzenie śmierteinie ranionej gazeli.
— Co ona sobie myśli? Pewnie myśli, żem ją uwiódł i zdradził, odepchnął bezbożnie, dopiąwszy swego celu, nasyciwszy swe chuci, jak zwykły żołdak, żenolub!... Jakże cierpieć musi jej dusza szlachetna!? Co ona ma z tej całej okropnej szarpaniny, walki i męki?... Ostatni skrawek osobistego szczęścia, mały skrawek tego, co jej się słusznie należy, muszę jej odebrać i nawet wyjaśnić nie mogę przyczyny, nawet widzieć jej nie mogę i dręczyć ją muszę właśnie dlatego, aby od innych ją wybawić!... — rozmyślał z duszą pełną goryczy i buntu. Wtem w bladym kwadracie otwartych dla przewiewu drzwi zamajaczyła sylwetka Czurina. Szedł widocznie korytarzem do swej kajuty.
— Kapitanie!... — zawołał nań Beniowski.
— Słucham!... — odrzekł ten, zatrzymując się wyciągnięty u progu.
— Jakże tam?...
— „Sztel“! Ostatecznie wyklarował się „sztel“!
— Tego właśnie się bałem!...
— Może nie na długo?... Może przez noc tylko, a nad ranem zawieje...
— Wątpię. Trzeba się przygotować do rzeczy najgorszych... Miarkuję, że dostaliśmy się w strefę ciszy zwrotnikowych...
— Nie wiem, nie pływałem nigdy w tych szerokościach!... Cóż więc każesz nam w tym razie uczynić, naczelniku?...
— Sam nie wiem. Pomyślę. Musimy się za wszelką cenę przepchnąć przez ten pas martwy...
— Jedyna nadzieja na prądy...
— One stąd na północ nas znowu odrzucą. I powtarzać się może tak wkółko. Tak stoi w księgach i mapach... A no, zobaczymy! Głównie przetrwać! Najgorzej mię przeraża brak... wody! Jeżeli deszcz nie spadnie, doprawdy zginiemy!
Czurin zwiesił głowę.
— Coś nie zanosi się na deszcz! Chmury stoją nisko nad widnokręgiem i rozchodzą się. Gdyby choć udało się z tej ryby solonej sól wypłukać... Od strawy zbyt słonej pragnienie dokucza stokroć więcej... Jakgdyby człek ogień połknął...
Beniowski zamyślił się.
— Powinna być jeszcze beczka tranu... Nie wiesz, czy jest?...
— Nie wiem. Trzeba się spytać Chruszczowa.
— Pewnie śpi!...
— Tak, śpi. Wszyscy śpią!... Od tranu ludzie pochorują się na żołądki — dodał.
Beniowski milczał przez dłuższą chwilę.
— Czy mogę odejść?... — spytał wkońcu oficer.
— Idź!...
I znowu Beniowski został sam ze swemi myślami. Przewracał się na wygrzanej, nieprzyjemnej pościeli, giezło na szerokiej piersi rozpinał. Dusiła go parność powietrza, dusiły groźne przewidywania powszechnego losu, gniotło poczucie niemocy. Nie mógł dłużej wytrzymać, lekki sajetowy kubrak na plecy zarzucił i wyszedł z kajuty. Czarne cienie nieruchomo wiszących żagli pokrywały żałobnym całunem lśniące biało w poświacie miesięcznej ciało pustego pokładu.
Wokoło statku słały się nieruchome, nieprzejrzane atłasowe szafiry morza, na których szeroki słup księżycowego światła rozlewał się drżącym wachlarzem. Zmartwiały okręt tkwił w pośrodku śpiący, srebrno-czarny. Cisza na statku i w przestworzach panowała tak wielka, że Beniowski sam mimowoli tłumił swe kroki, spoglądając z pobożnym niepokojem na migocące na niebie gwiazdy.
Wszedł na mostek, gdzie drzemał dyżurny oficer i, pozdrowiwszy go, oparł się o barjerę i jął uważnie obiegać wzrokiem widnokrąg. Nagle w księżycowej poświacie ostra płetwa przecięła gładę wód, czarny, jak mała wysepka, grzbiet wynurzył się na mgnienie oka ze srebrnych blasków i zniknął cicho, ledwie zamąciwszy toń.
Beniowski drgnął.
— Co to? — spytał obudzony z drzemki oficer.
— Rekiny. Ha, grabarze!... Już nas opadły, ale za wcześnie!... Będziemy próbowali okręt holować... Innej rady niema!... Za wszelką cenę musimy przebić się przez ciszę... — powtórzył z uporem.
Wracając do siebie, dostrzegł światełko w izdebce Bielskiego przez szczelinkę niedomkniętych drzwi i zastukał doń ostrożnie.
— Proszę wejść!... Kto tam?... Ach, to ty, Beniowski?
— Cóż to po nocy knujesz, stary niecnoto?... — odrzekł z udaną wesołością Beniowski, zbliżając się ku niemu.
— Proszki, proszki!... — powtórzył smutno stary. — Nastka... gorączkuje... nie śpi...
— Czy ma choć... wodę? — spytał cicho Beniowski.
— Wodę ma, ale... jedzenia brak... Ostatniego suchara wczoraj jej dałem... Co dalej będzie, nie wiem... Ten słony skrzek, którym się tu trujemy, zabije ją niedługo przy obecnym jej stanie...
— Każę jutro łowić ryby; może się uda zastrzelić delfina; choć lękam się, że wszystko odstraszyły rekiny...
— To są!?
— A są, już krążą dookoła statku, czatują na trupy... Ale, ale jeszcze za wcześnie, jeszcze się poborykamy... Prawda, stary?...
— Prawda, Beniowski!... Niezwyczajnym jesteś, przyjacielu, człowiekiem, lecz tym razem, wyznaję, nie widzę, co śmiertelnik może swoją mocą uczynić... Wszystko przeciw nam... Jeno Bóg...
— Zapewne, że Bóg... Ale Bóg nie lubi, jak Mu tak wciąż Jego wszechmocność wytykają... A i umierać weselej w działaniu, łatwiej jakoś przez ten trudny próg doczesny przekroczyć w wieczność... Od jutra więc zaczynamy pracować... Już całą obmyśliłem kampanję...
— Niech cię Przenajświętsza Panna wspomaga, a tylko myślę, że nie będziesz miał wielkiej z załogi pociechy i pomocy!... Nie licz na nich!
— Bo co?...
— Słabi są. Brzuchy ich bolą, a głównie... zrozpaczeni są!
— Ha, jednak trzeba!... Byle się na brzuchach skończyło i do mątu w głowach nie doszło. Nie daj tylko zemrzeć przed czasem Nastazji. Skoro przedrzemy się przez ten ostatni pierścień pustyni, to tam dalej polecimy przez kraje ludne, bogate, cywilizowane. Przy lekach i dobrem pożywieniu siły jej rychło wrócą. Co, jak myślisz, stary?
Bielski pokiwał głową.
— Młoda jest... Zapewne... Chociaż widzi mi się, że... Zresztą, co ja wiem... Jestem od wczoraj medykiem... Spytaj lepiej Medera...
— To już ty się spytaj a ja wolę z tobą pogadać... Codzień mi o niej donoś, codzień!... Dobrze, przyjacielu!?...
— To nie pójdziesz do niej?...
— Nie. Muszę się przespać jeszcze do rana. We dnie czekają mię trudy...
— Jestem pewien, że jej bardzoby ulżyło, gdybyś do niej zajrzał. Wciąż dopytuje się, co robisz...
Beniowski potrząsnął głową.
— Nie mogę, nie mogę... Widziałeś, jak byłem zajęty dzień cały!...
— Właśnie mówiłem jej to samo!... A jednak, gdybyś miał chwilkę, małą chwileczkę...
— Zapewne, zapewne!... — zgodził się Beniowski, powstał nagle i, uścisnąwszy starego za rękę, wyszedł pośpiesznie.
Jeszcze raz zajrzał na pokład. Na plichcie tkwiła nieruchoma, ciemna sylwetka wachtowego, a cienie żagli, czarne na tle srebrnego miesiąca, zwisały z rej miękko i bezwładnie, jak wielkie skrzydła nietoperze.

KONIEC CZĘŚCI PIERWSZEJ.


XXVI.

Różowy świt, przechodząc w złoty dzień, malował swemi barwami gładę morza i tkwiący wśród niej okręt.
Beniowski czekał czas jakiś, czy poranne niewyraźne podmuchy nie zamienią się na mały choć wiaterek, który popchnie naprzód kołyszący się słabo i obracający na miejscu statek. Gdy jednak oczekiwania te go zawiodły, gdy szybko narastający upał i duchota ciszy przydusiły ostatecznie wszelkie ślady powiewów, rozporządził się, aby zwinięto żagle i spuszczono na wodę dużą szalupę. Jednocześnie wezwał do siebie Chruszczowa i, dowiedziawszy się, że w składzie istotnie zachowała się jeszcze beczułka tranu, kazał ją nawierzch wytoczyć, wybrać ze składu skór lepsze, świeższe i niewyprawne, polecił je z sierści oczyścić, drobno pokrajać i warzyć długo w wodzie słodkiej, zaprawiwszy dobrze tranem.
— W ten sposób otrzymamy strawę, choć mniej może pożywną i smaczną od ciasta z ryb solonych, ale zato nie wzbudzającą do tyla, co tamta, pragnienia!...
Pomysł Beniowskiego rozpowszechnił się niezwłocznie wśród załogi, zyskując ogólne uznanie i budząc nowe nadzieje. Ludzie ochoczo spuszczali łódź, szykowali liny i spełniali polecenia, których zarządzeniem zajął się osobiście Beniowski. Tylko starzy marynarze powątpiewająco patrzyli na te przygotowania.
— Holować statek po morzu!... Nie słyszeliśmy jeszcze o tem!... I dużo przejedziemy w ten sposób!... Najwyżej piętnaście, dwadzieścia węzłów przez dzień...
— Dobre i to!... Czyż nie lepiej, niż kręcić się na miejscu, jak przywiązana za nogę kaczka!?... Zawsze posuniemy się naprzód!... — dowodził Urbański.
— Ale co trudu, co pracy!?... A ludzie osłabieni!... Żywy ogień z nieba pada!... Powiosłuj w takiem gorącu i wtedy gadaj, grubalu!...
— Juści że będę wiosłował, jak każą!... — odcinał się oficer.
— Żadne tam wiosłowanie nie pomoże, skoro onego morze-ocean nie chce. Wszak z pośród niego „sobór“ powstał! — wstawił posępnie a znacząco Czułosznikow, kiwając głową w stronę wodnych przestworzy.
— Dalej, dalej!... Bierzcie się do roboty! Nie gadać!... — popędzał ich Urbański.
Szalupa z dwunastu wioślarzami już bujała się na srebrnej, ciężkiej, jak oliwa, toni, wiosła zgodnie orały głębinę, wyrzucały stamtąd wgórę ogniste bryzgi, rysowały zwierciadło wody kręgami, brózdami, zmarszczkami, złotemi łuskami.
Ciężka lina, ciągniona przez łódeczkę, obwisła i nurzała się w wodzie. Wszyscy z zapartym oddechem, zebrani na dziobie statku, czekali na skutek, i gdy statek nagle wyprostował się i wolniuchno posunął naprzód, okrzyk radości uderzył w niebiosa.
Radość jednak trwała niedługo.
Ruch był tak słaby, a wysiłek tak wielki, iż szemranie wynikło wśród załogi, gdy wróciła na pokład pierwsza zmiana wioślarzy spotnialych, śmiertelnie znużonych, nieledwie umierających z nadmiernego na upale wysiłku.
— Pić! — prosili nieszczęśnicy przejmującym, ochrypłym szeptem.
— Pić!
Dano im po malutkiej czarce wody, która znikła bez widocznej ulgi w ich czarnych, spękanych ustach, jak drobne krople rosy upadłe w szczeliny rozpalonych kamieni. Powlekli się w cień nawisów i, powaliwszy się tam twarzą i piersią na gorący pokład, cicho jęczeli bez ruchu.
Nowa partja wioślarzy walczyła tymczasem na Oceanie wśród nieznośnego gorąca i słonecznego blasku z nieruchomością okrętu. Przygnębiona załoga śledziła ich ruchy, zapalonemi od olśniewającego światła oczyma, słuchała z ponurą niechęcią monotonnej piosenki, nadającej zgodność uderzeniom:

Hej, opuść, pociągnij, poderwij...
Raz... dwa!...
Hej, opuść, pociągnij, poderwij...
Raz... dwa!

Nagle umilkła piosenka, wśród holowników wynikł zamęt, łódź chybnęła się niebezpiecznie w jedną, potem w drugą stronę, rozległy się nie zrozumiałe, pełne trwogi okrzyki. Wioślarze, zamiast robić wiosłami, pozdejmowali je z dulek i bili niemi bezładnie po kołyszącej się wodzie.
— Co tam?... — pytał się przez tubę Beniowski.
Zanim mu odpowiedziano, sam dostrzegł wynurzające się raz po raz z rozigranych fal ostro ścięte płetwy oraz końce ogromnych ogonów i wlot zrozumiał. Kazał więc natychmiast spuścić bat, ludziom uzbroić się w ostrogi, bosaki, flinty i, siadłszy z nimi do pomniejszej łódeczki, popłynął na pomoc przestraszonym wioślarzom.
Ci już nie rzucali się wprawdzie bezmyślnie z boku na bok swego stateczku, posłuchawszy rad doświadczeńszych z pośród siebie towarzyszów, lecz siedzieli pośrodku, podniósłszy wiosła do góry, i wołali, aby ich ciągniono liną na okręt.
Zaledwie bat zbliżył się ku nim na doniosłość głosu, jak wrzasnęli zgodnie:
— Baczność!... płyną do was!...
W tej chwili ciemna chmura zaczerniała w wodzie tuż u burty stateczku; woda wydęła się i zakołysała łódeczką.
— Baczność!... Nie ruszać się!... Uderz, uderz... dalej!... Raz... dwa!... — krzyknął Beniowski.
Zmartwiali z przerażenia żeglarze zastygli z wiosłami wzniesionemi do góry, jakgdyby pełni przekonania, że po zanurzeniu ich zostaną natychmiast wciągnięci przez potwory do morza.
W zielonawem przezroczu wody widać było całe stado ogromnych ryb, wobec których bacik wydawał się małą łupinką. Krążyły u samej powierzchni wody, połyskując sinemi grzbietami, to zapadały się wdół, nikły w niezgłębionych szmaragdowych otchłaniach, to nagle wylatały stamtąd z impetem tak strasznym, że wątpliwości być nie mogło, iż, uderzywszy w dno łódeczki, rozbiją ją na drobne trzaski. Wywracały się nagle na bok, błyskając srebrnemi brzuchami i czerwonemi, jak krew, skrzelami, otwierając przykrótkie, podobne do worów, paszcze z rzędami wielkich białych kłów.
Wokoło nich wili się wieczni ich towarzysze, pary ryb-retmanów, podobnych do żmij.
Woda wokoło burliła się od igraszek olbrzymów, tworząc wielki wir. Były coraz śmielsze, podmykały pod łódź coraz bliżej, wreszcie jeden otarł się o nią, że podskoczyła na falach.
— Pchnij!... uderz!... — zawołał Beniowski na harpuniarza, stojącego na dziobie statku.
Ten wzniósł oścień, ale wahał się, gdyż napastniczy rekin już się pogrążył, malał szybko, uchodził w przepaść Oceanu, natomiast z innej zupełnie strony wypływał drugi, mijał się z tam? tym, wyginał, zawracał. Zebrała się nagle w głębiach cała ich chmura, ruchliwych, zwrotnych, zmniejszonych odległością, niby rój stynek, aby, buchnąwszy ku górze, zamienić się w oczach przerażonych marynarzy w ryby wielkie i silne, jak złomy lecących skał.
Wreszcie żeglarz pchnął długą ostrogą, ale nie trafił, stracił równowagę i o mało nie wpadł do fal. Co gorsza, tak bacik nachylił, że ten czerpnął burtą wody.
Krzyk grozy wyrwał się z piersi majtków, śledzących z szalupy walkę towarzyszy. Rekiny wszystkie opuściły ich teraz i całą swą zaciekłość obróciły na mniejszy stateczek, który widocznie uważały za jakowegoś mieszkańca wód: wieloryba, delfina lub inną zwykłą ich zdobycz.
Chybotliwy ruch łodzi nie uszedł uwagi morskich drapieżników i te ponowiły zaraz atak. Wtedy Beniowski wyrwał ostrogę z rąk niemrawego majtka i, odsunąwszy go, sam stanął na dziobie łódeczki.
Niedługo czekał, uderzył i ramię natychmiast wraz z dzidą poderwał. Zakotłowała się woda, zwinął się potwór i opadł błyskawicznie w głębinę, ciągnąc za sobą koralową wstęgę posoki. Ale ku temu miejscu już gromadą płynęły inne, zwabione zapachem krwi.
Beniowski czekał z grotem w podniesionej ręce i bystro wpatrywał się w toń rozedrganą i lśniącą w promieniach olśniewającego słońca. Po chwili znowu uderzył, i znowu zakotłowała się i zabarwiła purpurowa woda. Ruchy rekinów stały się jednak tak gwałtowne, że bacik skakał i chylił się na falach, jak w burzę.
Beniowski, rozumiejąc niebezpieczeństwo, kazał kierować ku szalupie, nie przestając zresztą na chwilę opędzać się od potworów. Od gorąca, od wysiłków twarz mu nabrzmiała krwią, stała się ciemna, prawie sina, ściągnięte brwi i najeżone wąsy nadawały jej wyraz srogi, nieubłagany. Ze świątobliwą trwogą, ze zgrozą prawie i zachwytem zarazem patrzyli nań marynarze. Wtem, gdy ranioną w Bolszerecku nogę oparł Beniowski na okładce burty, aby snadniej wyrwać uwięzły w cielsku nieprzyjaciela oścień, poczuł srogi ból w stopie, potem nagle w bucie ciepło i mgła zasnuła mu oczy. Ostatnim wysiłkiem woli wyrwał ostrogę i padł wtył na ręce wylękłych towarzyszy.
Pochwycili go, jęli cucić, a spostrzegłszy, że z obuwia cieknie krew, rozzuli go pośpiesznie, przewiązali mu mocno krwawiącą się nogę sznurem wpół łydki i przenieśli go natychmiast na szalupę, która na szczęście okazała się tuż obok. Sami się tam wszyscy przenieśli, opróżniwszy niebezpieczny bacik. Na dany znak pociągnięto ich zwolna liną zpowrotem na okręt.
Beniowski, który wrócił już do przytomności, leżał na dnie w kole milczących marynarzy i patrzał na wysokie, kołyszące się i sunące wolno ponad nim niebo.



XXVII.

Osłabienie, wywołane utratą krwi, oraz gorączka, spowodowana otwarciem i zaognieniem się rany, przykuły Beniowskiego na czas jakiś do łoża. Choć Meder zalecał bezwzględny spokój, chory nie zażywał go jednak. Co chwila nowe wydarzenia wymagały jego interwencji i sankcji.
Pierwszy wpadł Chruszczow i pytał go, co robić:
— Załoga burzy się i żąda, aby jej wydać pełną porcję wody. Tymczasem musieliśmy część jej użyć do gotowania skór, więc chciałem powetować ubytek... Jest jej tak mało, że doprawdy nie wiem, co będzie... Co radzisz?... Dać, czy nie dać?
— Nie dać!...
— Burzą się!... — powtórzył z zakłopotaniem Chruszczow.
— A więc rób, jak uważasz!... Mojem zdaniem, nie dawać!
— Właśnie nie wiem sam, co robić: nie dam sobie z nimi rady, może przyjść do nowych gwałtów, w których i tę resztę wody rozleją... Więc jak?...
Beniowski milczał i nie patrzył na przyjaciela.
— W dodatku gwałtem wymagają, żeby im krew pozwolono puszczać!... Dowodzą, że ich gorączka, ich słabość oraz ból głowy od słonecznego żaru i od zapalenia humorów pochodzi, że oni nie chcą cierpieć nadaremno i zginąć od niespodziewanego udaru słońca... Daremnie ja, Meder, Baturin przekładamy im, że po puszczeniu krwi będzie im gorzej, że pragnienie będzie im silniej dokuczać: podejrzliwie słuchają naszych dowodów i stoją na swojem... Niektórzy prostemi nożami zaczęli sobie i innym żyły rozcinać...
— Zawołaj do mnie Medera!
Niemiec skrupulatnie wyjaśnił, że skoro z ciała płyn zostanie wypuszczony, to trzeba go wodą zasilić, że osłabienie ludzi wzrośnie, gdyż przy tej strawie, jaka jest, krew nie odnowi się rychło...
— Choć pewnie dużo tam jest zła materja, zgorzała, ale lepsza taka, niż żadna!... — zakończył stanowczo.
— Ty jednak im puść, doktorze, puść troszkę, żeby szkody nie zrobić, ale puść, skoro tak proszą! To ich uspokoi i zajmie, a... w tym czasie może się co zdarzy! — postanowił Beniowski.
Po długim namyśle kazał też Chruszczowowi wydawać pełną porcję wody tym, którym krew puszczą.
— Będzie to popychanie wszystkich ku temu! — zauważył trochę zdziwiony Chruszczów.
— Tak, ale wszystkim krwi puścić odrazu niepodobna. Będzie to się odbywało kolejką, przez co zyskamy na czasie i uśmierzymy wzburzone umysły... Niema też w tem postanowieniu ani zgody, ani odmowy na prośbę załogi, a o to właśnie chodzi!...
— Aha, rozumiem, rozumiem i biegnę zaraz ich uspokoić!... — zawołał Chruszczów, zabierając się do wyjścia.
Chwilę potem zjawił się Czurin.
— Czy mam, komendancie, rozpiąć żagle, czy tak je pozostawić, jak są? — zapytał.
— A co?... Czy zaszła jaka w powietrzu zmiana?... Czy zaczyna wiać?...
— O, nie! — westchnął żeglarz. — Powietrze wciąż, jak mur!
— Obłoków nie widać?...
— Nie, nie widać! Wciąż te same „suche chmury“ piętrzą się na widnokręgu, ale niebo czyste pośrodku, jak babski pośladek. Co będzie, co będzie?... Rekiny, niby stado kruków, wiją się chmarą koło naszego statku, straszą ludzi, którzy widzą w tem złą wróżbę... Więcej nawet bestyj dzisiaj, niż wczoraj!... Nie pomogło kłucie.
— Każ zarzucić wędę... Skórą owinąć hak, umoczyć w tranie i rzucić, może się który połakomi...
— Nikt tego jeść nie będzie, miłościwy panie!... Toć to ludojady!...
— Są wypadki, że ludzie ludzi jedzą! — odrzekł chmurnie Beniowski. — Zrób, co kazałem!...
— A żagle zostawić zwinięte?...
— Nie!... Rozepnij je lepiej!... Na wszelki wypadek... Potem może sił załodze nie starczyć...
— Słucham!...
Odszedł. Zmęczony Beniowski zamknął oczy i zapadł na chwilę w półsen, w półomdlenie. Widział się w jakimś ogrodzie, który znał dobrze, pełnym kwietnych klombów i cudnych zapachów; stare, wielkie drzewa szumiały opodal, ciemny dach starożytnego dworu wysuwał szary szczyt z pośród zielonych konarów... Usypaną żółtym piaskiem aleją zbliżała się ku niemu Nastazja, odziana w bogatą, złotem przetykaną szatę... Z pod drogiemi kamieniami sadzonego diademu spadała jej na twarz, piersi i całą postać przejrzysta, srebrem dziergana zasłona. Gdy zbliżył się tyle, że rękę już ku niej wyciągnął i miał jej dotknąć, uchyliła nagle na dwie strony zasłonę i ujrzał wtedy w jej ramce bogatej okropną twarz... kościotrupa. Szczerzyła zęby w przeraźliwym uśmiechu... A jednak poznawał po oczodołach, po zarysie policzków, podbródka i czoła, poznawał, że to była ona.
Obudził się okryty zimnym potem.
Zmierzch blady płynął z zewnątrz przez otwarte drzwi i małe okienka do środka już mocno zamroczonej kajuty. Wraz z tem światłem bladem i szmerem fal, cicho pluszczących o boki okrętu, dobiegł Beniowskiego monotonny, dobrze mu znany śpiew sekciarzy Chołodiłowa:

...Z miłym drużkiem siedziałem wieczorem,
A dziś ciało me już obmywają,
Obmywają i do trumny kładą...
Duszę moją na sądy prowadzą,
Mimo raju wiodą przejasnego!
Mimo Państwa wiodą Niebiańskiego!
Płacze dusza grzeszna,
Płacze, szlocha;
„Och, gorze mnie, gorze, nieszczęśliwej!
Nie zaznałam rozkoszy niebiańskiej,
A poznałam już piekło szatańskie!
Pobywałam sobie w wolnym świecie,
Ojca — matki wtedy nie uczciłam,
Chrysta-Boga jeno rozgniewałam,
Djabła jeno cieszyłam-bawiłam!...
Och, gorze mnie, gorze, wielo-gorze!...
Zapoznałam się z piekłem bezdennem,
Gdzie rzucono duszę moją grzeszną
W żar gorący i w ciem nieobeszłą...
.............

Przez drzwi zajrzał ostrożnie Bielski.
— Chodź, chodź!... Nie śpię!... — zawołał nań Beniowski. — Co!? Co powiesz?... Jak się ma... Nastazja?
— Lepiej. Właśnie prosiła mię, żebym zajrzał do ciebie!...
— Pewnie brak jej wody... Mówiłeś, że gorączka ją męczy?... Tutaj... schowałem dla niej... — mówił w podnieceniu chory, szukając w ciemnościach po stole.
— Ona nie przyjmie... Sam cierpisz... żar bije od ciebie, jak z pieca...
— A ty jej nie mów... podsuń... nieznacznie!... Och, przyjacielu, jakże się wszystko plącze!... Jakże bardzo chwilami pragnę... spoczynku... Zamknąć oczy i usnąć, usnąć... zaraz i na wieki...
— Co?... Co?... Usnąć na wieki? Ty to mówisz, ty?... Bój się Boga!... Toć bez ciebie wszystko się tu zawali!... Porżną się oni wszyscy, nie zwlekając grdyki sobie poprzegryzają, jak wilki!... Ledwieś się położył, a już zaczęły się podszepty, tajne schadzki, zmowy i widziałem obrzydłą mordę Stiepanowa, chytrze wyglądającą z kuchni... W cóż się obrócą plany twoje szerokie? Kto przeciwdziałać będzie tu na wschodzie zbrodniczej sile zaborczej?... A pomoc, która miała być stąd niesiona nieszczęsnej naszej Ojczyźnie, omdlewającej tam daleko w walce nierównej?... Wszystkie trudy nasze i zachody zostaną marnie stracone!... I wogóle, czy warto było ponosić katusze i trwogi podobne do naszych, ważyć się na tylorakie groźne niebezpieczeństwa, snuć tak misterną nić zabiegów i dyplomacji, pobić, pomordować tylu ludzi, stracić tylu przyjaciół dla ratowania jedynie naszego marnego ciała, dla jego spokoju!?... Nie, Beniowski, ty żyć musisz, bo z twą śmiercią z napoczętego przez nas dzieła nie zostanie nic prócz niepojętych okropności, gwałtów i nadużyć... Nie, ty musisz skończyć, coś zaczął, żyć musisz!... Tyś nam winien więcej, niż życie, tyś nam winien nasz honor, naszą duszę — słyszysz?...
Broda się trzęsła staremu, pochylał się nad Beniowskim blisko, blisko, jakby chciał tchnąć weń wraz ze słowami własną swą duszę.
Beniowski patrzał nań rozpłomienionym wzrokiem.
— Tak, tak, przyjacielu!... Słusznie mówisz: winienem wam więcej, niż życie, i nie zarzekam się!... Żyć chcę, i, przebóg, zniszczę wrogie knowania wszystkich mych nieprzyjaciół!... Możesz być pewny... Jeżelim się poskarżył... to tak... Wszak cichutko... tobie jednemu szepnę coś takiego... i czasem... Nastazji! Ale Nastazji... niema, nie... będzie!... Słaby jest człowiek, przykuty niemocą do łoża... Co mówi o mej ranie Meder, powiedz otwarcie!...
— Mówi, że nic wielkiego, że rychło się zasklepi, byłeś miał wypoczynku dni kilka...
— Ba!... Mała rzecz!... Czy nie słyszysz?... Oni już idą!...
— Nie puszczę ich!...
— Przeciwnie — uchodź sam!... Zabierz wodę dla Nastazji i uchodź!... Powiedz jej... Nie, nie... nic jej nie mów!... Jeno napoj ją wodą... słodką... dosyta...
Bielski wysunął się z kajuty i zastąpił drogę zbliżającemu się Kuzniecowowi.
— Dokąd?... Nie chodź!... On bredzi!...
— Cóż ja pocznę nieszczęśliwy!... Muszę się z nim zobaczyć! Wszystko się wali... Cały okręt jakby zmysły postradał... Nikt nie śpi... Gromadzą się po kątach, szepczą... Nikt nie słucha... nawet moi ludzie... Słyszysz, jak śpiewają?... Już ja wiem, co to znaczy... Trzeba radę zebrać, coś postanowić!...
— Więc zbierajcie!... A on, co wam pomoże?... on wpółprzytomny! Dać mu trzeba wypocząć, może jutro.
Kuzniecow wziął się za głowę:
— Jutro, jutro!... A jeżeli oni dzisiejszej jeszcze nocy co zrobią?... Ha, Bóg nas karze, pewnie za to podpalenie cerkwi!... Mówiłem, że lepiej ich było na placu wyrżnąć, niż na taką rzecz się ważyć. Zawszeć to świętość!... A co teraz?...
— A no, zbierzcie radę i radźcie, a do jutra może mu gorączka spadnie i wskaże wam jaki nowy ratunek... Jego głowa jest niby skarbnica... Ileż to razy ratowała nas, ale teraz zamkmięta jest na trzy spusty!...
Długo ten były magnat polski pocieszał i krzepił zrozpaczonego ruskiego sekciarza, wreszcie Kuzniecow uspokoił się i nawet zwołanie rady odłożył do jutra.
Ciężka, duszna, gorąca noc otuliła widziadłowym welonem okręt, słaniający się też z boku na bok, jak w czarnej malignie.



XXVIII.

Szum, tupot, krzyki zrodziły się gdzieś daleko na przodzie okrętu, przetoczyły ku oficerskim kajutom, odbiły się od nich, wróciły na dawne miejsce i już stamtąd, spotężniałe, zmieszane z groźnym szczękiem oręża, płynęły, zbliżały się wrzaskliwą falą ku łożu Beniowskiego.
Chory przezwyciężył osłabienie i uniósł się na posłaniu. W tej chwili wpadł we drzwi Chruszczow.
— Nie śpisz?... Jak to dobrze!... Straszna rzecz!... O mało nie rozszarpali Kuzniecowa... Ktoś podpatrzył, że Agafja nalewa sobie wody z małej beczułki, schowanej pod pryczą!... Oskarżono ją i oficerów o kradzież wody z ogólnego zapasu... Żądają rewizji całego okrętu i podziału pozostałych napitków między wszystkich... aby każdy miał swoją część u siebie... Co będzie... niewiadomo... Porżną się... Ale chciałem cię uprzedzić... Idą już!...
Odstąpił w głąb kajuty i schował się za odrzwia. Beniowski usiadł na posłaniu i czekał. Rychło tłum obległ wejście do kajuty, wykrzykując bezładnie:
— Złodzieje!... Zbrodniarze!... Wywiedliście nas tutaj... Dokąd wywiedliście nas, szatańskie dzieci!... Ogniem piekielnym wygubić nas chcecie!... Oczy i myśli nam tumanicie!... „Niema, niema!... Wola Boża...“ A sami pocichutku jecie i pijecie dowoli... Podczas gdy my własne pożeramy wnętrzności... wy co?... Gdy ogień pragnienia wysuszył już na wiór ciało nasze, gdy w żyłach mamy nie krew a smołę... Naczelniki, pany, psubraty!... Chcecie zagarnąć zrabowane bogactwa dla siebie tylko, wygubiwszy nas po drodze, jak ślepe szczenięta... Ale nie... Nie uda wam się... Raczej sami zginiecie!...
Krzyczeli, wygrażając pięściami i wyskakiwali przed drzwiami, wejść jednak nie śmieli. Wreszcie jeden odważniejszy wsunął kudłatą głowę do kajuty i, spotkawszy się wzrokiem z płonącemi oczyma Beniowskiego, rzekł zupełnie spokojnie:
— Jakże się czujesz, Auguście Samuelowiczu?... Chcielibyśmy z wami pogadać!...
— Wybierzcie więc deputację!...
— Co, co? Co powiedział?...
— Czy żyje?...
— Żyje!... Nawet siedzi!... Kazał wybrać deputację...
— Jaka tam deputacja?... Znowu nam będzie głowę zawracał... Radę zwoływał... a w radzie kto?... Ci sami złodzieje!...
— Kuzniecow!... Dawać tu Kuźniecowa!...
Znowu wszczął się tumult i wzburzenie. Wreszcie Czułosznikow przebił się przez tłum i wystąpił na czoło.
— Musimy przecież mu powiedzieć, o co chodzi, a nie możemy tego robić wszyscy razem!... — zaczął rozsądnie.
— Kto on?... On taki sam, jak i tamci!... Gorszy, bo to on nas jedwabnemi słówkami, obietnicami, perskiemi bajkami tu na męki i zgubę wyprowadził... A teraz chory... leży sobie... wyleguje się... ha! Przeklęta niech będzie godzina, w którą spotkaliśmy go i uwierzyli jego pokusom!... Czy to źle nam było?... Co?... Bodaj piorun poraził was, „szajtanów“, uwodzicieli, bodajeście zmarli wy i potomstwo wasze bez błogosławieństwa Bożego i rozgrzeszenia, jak my umierać musimy, bodajeście!...
— Nie klnijcie!... Nie pomnażajcie grzechu, który i bez tego okręt ten wasz obciąża... — wstrzymywał ich sekciarz.
— A tyś co za ukaziciel?... Dawnoś to nam groził muszkietami wraz z twym złodziejskim przywódcą Kuźniecowem!...
— Precz z nim... z kuźniecowskim parobkiem!
— Nie kuźniecowskim jestem parobkiem a boskim! — odrzekł twardo marynarz. — Nikomu nie pofolguję, skoro zasłużył!... A wy co? Ciemni i słabego ducha, błądzicie, jako ślepcy, dokoła otwartej czeluści! A przecz czyż nie powiedziano jest, że „dan jej będzie klucz studnie przepaści i otworzy studnie przepaści i wystąpi dym ze studni, jako pieca wielkiego, i zaćmi się słońce i powietrze od dymu studniej...“
Tu wskazał groźnie ręką na piętrzące się na widnokręgu suche tumany.
— Upadła... upadła Babilonja ona wielka, która winem gniewu porubstwa swego napoiła wszystkie narody!... I stanęły cztery anioły na czterech węgłach ziemi, trzymając cztery wiatry, aby nie wiały na ziemię, ani na morza, ani na żadne drzewo... za wszeteczeństwa ich!... Wrzeszczycie: jeść! pić!... Cudzołożycie z niewiastami, jak niedawno na wyspie djabelskiej... I bydlęta nierozumne ryczą nie gorzej od was i kojarzą się w chuci swej... A co z tego?... Nie widzicie, nie dostrzegacie w miotaniu waszem sieci antychrystowych, rozstawionych dokoła i wpadacie w nie, jako muchy słabe... Szukacie blisko a jest daleko, szukacie w doczesnem, a jest w niebieskiem... Szukacie w powietrzu, a jest w morzu... I podobna jest rysiowi, a nogi jej jako niedźwiedzie, a gęba jej jako gęba lwa, a piersi ma niewieście i srom niewieści... I wwodzi męże w pokuszenie, jako że smok dał jej moc swoją i władzę wielką... I nie będą zbawieni, aż wykąpią, wybielą szaty swoje w krwie Baranka... — kazał głosem przejmującym.
Zmieszany tłum słuchał go w milczeniu; wtem stojący nieopodal urzędnik Sudejkin, skazany na kuchtowanie przez Beniowskiego wraz ze Stiepanowem, skorzystał z krótkiej przerwy w mowie i wrzasnął:
— Hej, brodaczu!... Znowu ludziom w głowie zawracasz! Na czasie zyskać chcesz, lisie podkurzany! Żebyście mogli wodę lepiej schować a potem schlać do spółki z kuźniecowską nierządnicą... I Beniowskiego w tej sprawie pokryć... Ho, ho!... Nic z tego!... My wiemy dobrze, że oficerowie mają dla siebie wodę... Beniowskiemu codzień rany pachnącą wodą różaną obmywają, a my zdychamy z pragnienia!... A jakże!... Spytajcie go!... Niech wyjdzie!... Niech się wyprze!... Zobaczymy!...
— Beniowski!... Beniowski!...
— Poco nam Beniowski?... Sami zrobimy porządek... Bierzcie ich... pierwszego z brzegu... Czurina, dawajcie Czurina!... Wleczcie i babę jego! Pod kolanka ją, będziem mieli choć przed śmiercią uciechę... Niech pokaże swoje zwierciadło!... — krzyczeli inni.
— Beniowski!... Beniowski!... — powtarzała reszta.
Wtem umilkli i ci i tamci, gdyż Beniowski ukazał się we drzwiach otulony w długą opończę.
— Czego chcecie? Mów, Sudejkin!... Kiedyż to widziałeś, że mi rany wodą słodką obmywano? Co? Mów śmiało!... Mówcie, tylko nie razem a kolejno!...
Sudejkin umilkł i znikł w tłumie, natomiast wysunął się Trofimow, towarzysz i przyjaciel Czułosznikowa.
— Wielmożny panie, rozpusta dzieje się bez ciebie! Niema żadnego porządku i posłuchu.
— Nie to, nie to!... — przerywali mu inni.
— Złapaliśmy złodziei, którzy kradną wodę!
— Są takie ścierwa wśród oficerów, wśród starszyzny, wśród panów... Wzorem powinni być, a oni co!...
— Tu Bóg wszystkich porównał... Tu rychło zginiemy... Już ludojady krążą dokoła statku, już czyhają na nasze trupy...
— Każdy jedną ma ino duszę do stracenia!... Nie chcemy dla was umierać!... każ okręt przetrząsnąć, wodę od fałszywców odebrać, i podziel ją równo między wszystkich, aby każdy był stróżem swej części, swego życia i losu.
— Dobrze, wybierzcie zaraz deputowanych, którzy rewizji towarzyszyć będą i zawołajcie tu do mnie Baturina... Czy zgadzacie się na Baturina, aby rewizji przewodził?...
— Zgadzamy się: on sprawiedliwy!...
— A więc idźcie spokojnie dokonać wyborów!... Najmniejszy kąt okrętu zostanie przejrzany, nie wyłączając mojej kajuty...
— Tego nie trzeba!... Wierzymy wam, Auguście Samuelowiczu!...
— Nie wy się tu rozporządzacie, ale ja!... Jak każę, tak róbcie!... Zawołać Baturina!...
Odwrócił się i odszedł w głąb, utykając na obandażowaną nogę.
Tłum rozbił się na grupy i rozlał po pokładzie. Baturin przyszedł niezwłocznie. Beniowski kazał mu powołać pod broń strzelców Urbańskiego i wraz z deputowanymi załogi dokonać szczegółowej rewizji okrętu.
Ta dała nadspodziewane wyniki. Nietylko wykryto u oddzielnych osób małe ilości wody, które ci podawali za swe oszczędności z otrzymywanych dziennych porcyj, ale za przepierzeniem, w izdebce kapitana Czurina, znaleziono cały nietknięty jeszcze antałek. Wzburzenie było powszechne.
— Więc wtedy nie oddałeś mi wszystkiego?... — wyrzucał mu Beniowski.
— Nic nie wiedziałem o tem!... Baby, wszystko baby!... — tłumaczył się, mieniąc na twarzy oficer.
— Ewa zgrzeszyła, Adama skusiła!... Wiadomo!... — uśmiechnął się Czułosznikow, który był wśród deputowanych z ramienia sekciarzy.
Beniowski musiał ustąpić i na powszechne żądanie wodę między wszystkich podzielił. Kazał już od siebie podzielić również i prowizję.
— Widzicie, jak wszystkiego mało, oszczędzajcie więc!... Gdyby zaś który z was chciał zadać gwałt towarzyszowi i próbował odjąć mu pożywienie, zostanie bez litości rzucony do morza!...
— Słusznie!... Słusznie!... Skoro się znajdzie, ale nie znajdzie się wśród nas taki potwór!... — dowodzili deputaci.
— Dobrze!... Idźcie już!... — odesłał ich Beniowski, czując, że goni resztkami sił.
Ledwie odeszli, wpadł w głębokie omdlenie, z którego Meder z trudem go ocucił.
— Pić, pić!... — szeptał cicho.
Medyk przyłożył mu do ust szklanicę, pełną mętnego, cuchnącego napoju. Chory wychylił ją do dna i upadł na poduszki.
— Prawie wszystko!... — uśmiechnął się. — Czy to nic mi już nie... dodadzą?...
— Ależ dużo jeszcze zostało, dużo!... — uspokajał go Bielski. — A tymczasem może się zmieni!...
— A co?... Jest co nowego?...
— Niewiele... ale zawsze... niby... chmurzy się więcej...
— A wiatr? — Tego nie czuć!... Cisza!... Duszno, bardzo duszno... Ludzie, zajęci podziałem i przechowaniem otrzymanych porcyj, rozpełzli się po kątach... Niektórzy odrazu wszystko zjedli i wypili... i posnęli... w cieniu na pokładzie... Tybyś też usnął, spróbuj... Pokrzepiłoby cię to...
— Dobrze, spróbuję!...
— A ja muszę iść!... — Mamy chorych, co się morskiej opili wody... Meder też osłabł i rady sobie z nimi nie daje... Tuczny on... Tłusty łatwiej w podobnych przygodach poddaje się słabości, niż taki, jak ja, suchar!... — gawędził stary.
Widząc, że Beniowski zamyka oczy, wymknął się cicho na korytarz i, po chwili wahania, zawrócił do kajuty Nastazji.
Tam ku swemu niezmiernemu zdumieniu zastał... Czułosznikowa. Stary żeglarz siedział na wywróconej pace koło łoża Nastazji i coś prawił dziewczynie.
Gdy Bielski wszedł, urwał i zmierzył go posępnemi oczyma.
— Co ty tu robisz?
— Mam swoje sprawy!...
— Jakie sprawy?... Chorych męczysz? Co?...
— Często nie ten słaby, co na łożu leży, lecz ten, co pychę swą na nogach obnosi... Ubogi Łazarz w raju na łonie Boga Ojca Sabatheja spoczął, potężniejszy od bogacza...
— Wynoś się stąd zaraz!... — oburzył się Bielski.
— Nie twoja w tem wola i nie moja, gdzie mam być, a wola jest nad wszystkiemi wolami!... — odrzekł tajemniczo, nie ruszając się z miejsca.
— Zostaw go!... — prosiła Nastazja. — Zostaw nas samych!
Bielski spojrzał podejrzliwie na sekciarza, na zapłonioną twarz chorej i wyszedł, mrucząc:
— Znowu nabożeństwo!... Zapewne, że nadzieja jedynie w Bogu, ale bardzo mi się ta dewocja teraz nie podoba!... Może stary fanatyk chce brata swego, Kuzniecowa, ratować?... Kto ich wie!... Juściż brzydka stała się rzecz... Poprostu podłość... A wszystko przez baby... Mówiłem Beniowskiemu: nie brać ich na statek!... Na wojennym statku, niby jak nasz, nie miejsce dla białogłów... — mruczał.
Wstąpił do siebie, zabrał przyszykowane buteleczki z lekami i powlókł się do kajut podpokładowych, gdzie leżeli ciężej chorzy w ogólnych sypialniach.
Dużo ich tam spoczywało na ciasnych pryczach, rozłożonych piętrowo w trzy kondygnacje; niektórzy cicho jęczeli lub majaczyli w gorączce, inni zdawali się być już martwi, podobni do szczap drzewa, przyodzianych w łachmany a wyciosanych w kształt i podobiznę człowieka. Wszyscy, gdy ich niepokoił, wołali przedewszystkiem żałosnym głosem:
— Pić!... Pić!...
Zaduch i smród dusił Bielskiego, otworzył czem prędzej niewiadomo przez kogo zamknięte luminatory.
— Zaraz dostaniecie wody, która wam się z działu należy, ale, na Boga, nie wypijajcie wszystkiej...
— Gdzie, gdzie?... — zaszeptali, podnosząc się i wychylając ze zmroku wynędzniałe twarze.
— Meder pilnuje tam waszej części!... Przyniosą ją niebawem!...
Wiadomość o wodzie ożywiła nawet nawpół umarłych nieszczęśliwców... Już nie kładli się, lecz rozgorączkowanemi oczyma wpatrywali się w zejście schodowe, a gdy tam pojawiły się nareszcie postacie wysłańców, dziesiątki wychudłych, poczerniałych rąk wyciągnęły się ku nim.
— Pić, pić!... Na Boga!...
Nie pomogły upomnienia i rady medyków: chwytali swe porcje i wypijali je jednym tchem.
— Niech będzie, co chce!...
— Jak umrę, to zostanie!
— I poco się męczyć?... Wcześniej, czy później...
— Moglibyście doczekać się ratunku!... — wstrzymywał ich Bielski.
— Los nasz w ręce Boga!... Jak zechce, to nas uratuje, włos nam z głowy nie spadnie, a jak nie, to żadna potęga, żaden wybieg, żaden rozum nie pomoże... — szeptali, kładąc się znowu na łożu i całując wyjęte z pod koszul krzyżyki napierśne.
Bielski choć sam niezmiernie znużony, chciał po drodze zajrzeć do Nastazji, lecz drzwi jej kajuty znalazł od wnętrza mocno zaparte, dosłyszał jedynie monotonne tam glosy, jakby recytujące litanję.
— Jeszcze się modlą... Ha, bo i prawda!... Nie pozostało nic więcej, jak czekać cudu!... Zamknął się wokoło nas pierścień nieszczęścia i wątpliwe, żeby noga żywa stąd uszła... Nie zobaczę Polszczy, nie!... Nie przeznaczono! Jezu Chryste Panie i Ty, Matko Przenajświętsza, wstaw się za nami!... — zaszeptał, odchodząc.
Tymczasem w kajucie Nastazji Czułosznikow, siedząc prosto, jak posąg kamienny, u wezgłowia dziewczyny, gadał głosem głuchym, lecz mocnym, jak uderzenia młota:
— A słońce stało się, jako wór włosienny, i księżyc stał się jako krew... I zatrąbił wtóry anioł i zawołał głosem wielkim, jako lew ryczy... A gdy zawołał, wymówiły siedem grzmotów głosy swoje!... I jest on jako słup ogniowy, a nogi jego podobne mosiądzowi. Jest jakoby wielka góra ogniem pałająca, wrzucona w morze... I stała się krwią trzecia część morza... I po morzu tem, stąpając cicho, jako cień cieniów, przyszli ci, co mają moc zamykać niebo, aby deszcz nie szedł we dni proroctwa, i mają moc nad wodami obrócić je w truciznę, i zatracić ziemię wszelką plagą... I nie widzisz, że to przyszło i jest, że od wód nie pokrzepienie idzie k’nam a śmierć?... Że staje się ono w uściech naszych, jak smoła śmierdząca?... Nie widzisz?... Wytęż oczy twoje i pojrzyj!...
— Widzę!... — szepnęła cicho chora.
— I powiedziano jest, iże skończą się tysiące lat, rozwiązań będzie szatan z ciemnice swoje, i wynijdzie, i będzie zwodził narody, które są na czterech węgłach ziemi, Gog i Magog, i zbierze je na walkę, których liczba jest jak przepaść... A będzie oblicza cudownego i urody nęcącej, jako najprzedniejszy z ludzi młodzieniec, i głos jego będzie jako głos fletu i uścisk jego będzie jako miód i ogień... A będzie rozum miał węża, dobroć gołębia a męstwo lwa!... Czy nie tak?... Poznajesz go?...
— Tak!... — odjęknęła z cichem łkaniem. — Poznaję!
— Iż dopuszczę niewieście Izabel, która się mieni prorokinią, uczyć i zwodzić sługi moje, żeby porubstwo płodzili i wszeteczeństwo czynili poprzez trupy ojców swych... Porzucę ją na łoże, a którzy z nią cudzołożą, w ucisku będą... Pobiję je śmiercią i poznają, żem ja jest, który badam się nerek i serc człowieczych, jeśliby nie pokutowali uczynków swoich...
— Cóż więc mam czynić!? — spytała, unosząc się z poduszek.
Oczy, pełne łez, utkwiła w natchnioną, straszną twarz sekciarza. Ten milczał, patrząc w nią przez chwilę wyszłemi z orbit oczyma, jak w puste miejsce.
— A gdy otworzył piątą pieczęć, obnażyły się dusze pomordowane dla słowa bożego i dla świadectwa, które miały... I wołały głosem wielkim, mówiąc: Dokądże, Panie, nie sądzisz i nie mścisz się krwie naszej nad mordercę nasze, które posiedli srom i chuć córek naszych, pomazawszy je krwią naszą?
— Ach, nie mów, nie mów! — jęknęła znowu, opadając na poduszki. Zgrzeszyłam, zgrzeszyłam... oddałam mu ciało i duszę moją... oddałam, ojcze... Lecz co czynić?... co czynić dla odkupienia... dla zbawienia wszystkich... przeze mnie Boże!... Boże!...
— Zapuść sierp twój w żni, gdyż przyszła godzina żęcia, ponieważ usycha żniwo ziemi... I dano im, aby nie zabijali ich, ale aby byli męczeni pięć miesięcy ogniem wewnętrznym, jako męczenie niedźwiadkowe jest, gdy człowieka ukąsi... I gorzeją bez kropli rosy na języku spękanym jako Łazarze... Aż przyjdzie dzień pokuty, a wtedy oblokę ich w szaty białe, żeby nie okazowali sromota nagości swojej, i namażę oczy twoje, abyś widziała. I ujrzysz morze szklane, związane z ogniem... a te, co zwyciężyli bestję i obraz jej, i liczbę jej, przejdą nad morzem szklanem, mając cyfry złote w rękach ku graniu chwały Tego, co był, co jest i co będzie!... Bo ci kupieni są z ludzie pierwiastkami Bogu i Barankowi...
— Czegóż więc chcesz ode mnie?...
— Nie ja chcę, a grzech chce, aby krew Barankowa została przelana... Chcę, abyś rzuciła się w paszcze tych, co trzymają okręt nasz na miejscu, a którzy są... odkupienie!
— Dobrze, rzucę się, skoro Bóg tego chce!... Byleście tylko wy... byleście tylko byli... Skoro Bóg chce, niech się spełni wola Jego Przenajświętsza!... I kiedyż to? — spytała spokojnie, nie unosząc głowy z poduszek.
— Jutro! — odrzekł krótko. — Przygotuję wszystko i przyjdę z bracią... Idę do nich zaraz, uprzedzę... Będziem się modlić i czuwać nad tobą, córko moja!... A milcz, bo, jak się dowiedzą, to przeszkodzą... Nikomu ni słowa! Silny jest wróg rodzaju ludzkiego!...
Skinęła mu głową i wyszedł, przywarłszy starannie drzwi za sobą.
Nastazja została sama.
Chwilę leżała nieruchoma na łożu, podłożywszy dłoń pod wychudły policzek, z oczyma utkwionemi w mętny krążek luminatora, aż niespodzianie dla niej samej płacz bolesny, gwałtowny wstrząsnął nią całą. Wtedy z trudem podniosła się, i, uklęknąwszy na pościeli, spróbowała go stłumić cichą, gorącą modlitwą.



XXIX.

Obudził Beniowskiego z długiego i głębokiego snu jakby zew nagły, jakby ciche, żałosne wymówienie jego imienia.
Otworzył oczy i, nie ruszając się, nasłuchiwał. Ale nic — był to widocznie sen. Statek po dawnemu tkwił bezwładny wśród morskiej ciszy; słońce po dawnemu zalewało pokład potokami nieznośnego światła i gorąca, które dostawały się aż tutaj przez mikę przywartych luminatorów...
Ktoś zbyt troskliwy zamknął drzwi i przykry zaduch gniótł zmęczone piersi Beniowskiego. Czułby się jednak pokrzepionym, wypoczętym, prawie zdrowym, gdyby nie straszna suchość w gardle i niemiłosierne pragnienie. Odszukał więc przedewszystkiem butlę na stole i wypił resztę jej zawartości, poczem wstał, zarzucił opończę i poszedł drzwi otworzyć. Chciał również zawołać Medera albo Bielskiego, by mu zmienili przyschłe już i dokuczające bandaże oraz opowiedzieli nowiny o stanie okrętu. Stanął na progu i, opierając się rękami o odrzwia, wychylił się nazewnątrz.
W korytarzu nie było nikogo, nawet budka sternika była pusta; natomiast gdzieś z dzioba statku dobiegały go dziwne, nadzwyczajne na „Piotrze i Pawle“ szmery oraz śpiew kościelny.
— Znowu!... Ale czyżby tym razem i stary kalwin poszedł na nabożeństwo!... — pomyślał Beniowski ze szczyptą humoru i pokusztykał ciężko w stronę również zamkniętej nadspodziewanie kajuty doktora.
Okazało się, że była zaparta haczykiem nazewnątrz, co trochę zaniepokoiło Beniowskiego. Gdy drzwi otworzył, wyskoczył stamtąd wystraszony Niemiec i zaczął gadać po rosyjsku:
— Co... za głupstwa!... Mnie zamykać!... A jeśliby okręt się zapalić?... Oni znowu jakaś głupstwa robić... Ja już domyślać się, że oni coś robić!... O Herr Jesu!... Co to za ludzie!... Gdybym wiedział, że może tak być, nigdybym ciebie nie usłuchać, Beniowski... A bo to źle mi był w Bolszy?... Po kilku latach służby mogłem dostać awans i wrócić nawet do Rygi!... Wszystkoś zepsuł, ty... — skończył z wyrzutem po niemiecku.
— A gdzie Bielski?
— A bo ja wiem!... Ja już go dawno nie widzieć!... Oni tu wszyscy powarjowali... Albo się modlą, albo się biją... Jakby było co pić, toby pili... Dokąd idziesz, Beniowski? Ty tam nie chodź! Oni i ciebie jeszcze wrzucą do morza... Oni zupełnie stracić rozum...
Zaniepokojony Beniowski już go nie słuchał, kroczył pośpiesznie, o ile mu pozwalała chora noga, ku przodowi okrętu. Skoro ominął wielki żagiel głównego masztu, zakrywający mu widok, zaczął iść tak prędko, że Meder nie mógł za nim nadążyć. Klęczący na pokładzie ludzie usuwali się przed nim z przerażeniem, nieposłusznych rozpychał uderzeniami rąk i kopnięciami zdrowej nogi. Już go dostrzeżono i umilkła w tłumie śpiewana modlitwa. Tylko Czułosznikow i Trofimow, prowadzący pod rękę biało ubraną, w klejnoty i welon przystrojoną, jak oblubienica, Nastazję, nie przestawali śpiewać:

Temu smokowi siedmiogłowemu
Nie poddajcie się, jasności moje!
Uciekajcie w góry, w pustynie...
Na stosy znoście suche wióreczki,
Polewajcie je siarką zapalną,
Smołą piekielną...
Ciała swoje na nich kładźcie,
Niechaj gorzeją!...
Za mnie, jasności moje,
Znoście katusze!...
Za wiarę moją, za Chrystusową!...
Za to otworzę wam, jasności moje,
Rajskie podwoje,
Wprowadzę was w Państwo Niebieskie,
Gdzie panować będę z wami,
Po wieki wieczne!...

Za tem trojgiem, idących uroczyście na przedzie, z płonącemi świecami woskowemi w rękach, pełzła na kolanach, podśpiewując, żegnając się znakiem krzyża, bijąc pokłony, płacząc, reszta załogi — w pierwszych szeregach majtkowie Chołodiłowa.
Już procesja była blisko okrętowego dzioba, już miała wstąpić na plichtę wachtową, pokrytą dla tej uroczystości dywanem, gdy nagle na błękitnem tle powietrza i morza wyrósł przed nią wyniosły cień.
— Beniowski!... Beniowski!... Jest!... — przeleciał cichy szept.
Tłum poruszył się i zamarł w śmiertelnem oczekiwaniu.
Nastazja, która szła jak lunatyczka, z zamkniętemi oczyma, drgnęła i podniosła nagle swe rzęsy motyle, długie i czarne. Jej zmącone źrenice spotkały się z oczyma ukochanego.
— Co chcesz uczynić, nieszczęsna?
Ruszyła bez głosu blademi ustami.
— Odejdź od Gołębicy Niebieskiej i nie kuś jej!... Albowiem powiedziano jest: I dam jej walkę uczynić i zwyciężyć... I dana jej będzie władza nad wszelkiemi pokoleniami i ludami, i językami, i narodami... Ci są, którzy przyszli z ucisku wielkiego i omyli szaty swoje i wybielili ciała swoje we krwi barankowej... Staną po prawicy przed obliczem stolicy mojej i dziś będą ze mną w raju... Dziś będą w raju!... — zagrzmiał nagle Czułosznikow.
Długa, ascetyczna twarz jego, zakończona rozdwojoną brodą, nie straciła kamiennego spokoju. Wyciągnął ku Beniowskiemu pięść uzbrojoną w srebrny krzyż.
— Odejdź, zczeźnij, Abaddonie, synu Szatana! Nie stój na drodze oblubienicy Chrystusowej!... Zczeźnij!...
Chciał Beniowskiego odepchnąć, ale ten schwycił go za rękę i sam zkolei spróbował odciągnąć, oderwać od Nastazji. Zbyt jednak był wyczerpany chorobą. Przeciwnik nie zachwiał się nawet, tylko chmurna, sucha twarz jeszcze mu bardziej pociemniała. Przytrzymując wyciągniętą prawicę Beniowskiego, zwrócił się głosem władnym do Nastazji:
— Idź dalej, duszo święta!... Mijaj niewstrzymana ostatnie pokusy!... Dokonaj ofiary, Baranku Biały!... Zmóż ułudy Antychrystowe dla odkupienia powszechności!... Uleć ku Bogu, Ojcu Przedwiecznemu, jasnym promieniem... Oświeć ciemne dusze łaską swą, abyśmy nie poginęli na wieki wieczne w ogniu gehenny!... Bądź wola Twoja, jako w Niebie...
— Święty, Święty, Święty Pan Bóg Wszechmogący, który był, który jest i który ma przyjść!... — zaśpiewał chór majtków.
Czułosznikow ujął Nastazję za łokieć i pchnął zlekka ku desce, wychylającej się za burtę.
— Do mnie!... — krzyknął Beniowski. — Do mnie!... Na pomoc!... Urbański!... Sybajew!... Winblath!... Bywajcie!... Do mnie, tu do mnie!
Nikt się nie ruszył wśród tłumu.
— Nie wołaj nadaremno!... Nie dowołasz się!... Siedzą dobrze zamknięci! — odrzekł ktoś szyderczo.
— Ha, ha!... Sztukmistrze!... — roześmiał się inny.
Większość tłumu trwała dalej na klęczkach w posępnem milczeniu i bez ruchu.
— Weźcie go!... — zwrócił się zkolei Czułosznikow do swoich współwyznawców.
Ci wahali się jednak pewną chwilę, a Beniowski tymczasem ognistym wzrokiem przebiegał otaczający go tłum, szukając choćby jednej współczującej twarzy. Nagle oczy jego spotkały się z oczyma Stiepanowa, który krył się niedaleko wśród pośledniejszej gawiedzi, ubrany w swój brudny kołpak i fartuch kucharski.
Szare jego źrenice, schwyciwszy błagalne spojrzenie Beniowskiego, zwężyły się, zamigotały i nagle zawilgły; chwilę jakby się namyślał, poczem wyprostował się nagle, odepchnął zagradzających mu drogę ludzi i jednym skokiem znalazł się obok przywódcy sekciarzy. Zanim otaczający pojęli, co się dzieje, już Stiepanow schwycił za gardło fanatyka, zmógł go i przegiął przez burtę. Napadnięty przez chwilę bronił się, ciskając za siebie ślepe razy trzymanym w ręku krzyżem, lecz nie trwało to długo. Przechylany coraz mocniej, stracił równowagę, machnął rękoma w powietrzu i, nie wydawszy nawet okrzyku, runął do morza.
Z głuchym jękiem przypadł tłum do burty i, pchając się, włażąc sobie wzajem na plecy, spoglądał w głębiny. Chryzolitowe fale już zamknęły się nad nieszczęśnikiem. Przez ich zieloną przejrzystość widać było, jak z mrocznej przepaści szybko płyną ku temu miejscu czarne złomy czuwających wokół rekinów, jak śpieszą, wyprzedzając się, jak otwierają potworne paszcze, zwijają i wyprężają półksiężyce ogonów, wiosłują czerwonemi płetwami, błyskają srebrem brzuchów.
Na wodzie ukazała się raz jeszcze blada twarz brodata z wyszłemi z orbit oczyma, błysnął w powietrzu krzyż w wyciągniętej ręce.
— Linę... rzucić mu linę!... — wołał Beniowski.
Ale było już za późno: chmura czarnych ciał już zakłębiła się koło nieszczęśliwego; twarz marynarza wykrzywiła się strasznym bólem i zanurzyła się znowu pod wodę, jak szarpnięty gwałtownie popławek. Widzialna była stamtąd czas jakiś zmętniała poprzez wirującą nad nią falą, jak poprzez taflę kryształu. Na poruszonych toniach wypłynęła wreszcie koralowa plama krwi i pokryła wszystko.
Beniowski schwycił na ręce zemdloną Nastazję, a Chruszczow, który się nagle pojawił z Mederem, Sybajewem, Kuźniecowem i innymi oficerami, przeżegnał się uroczyście i rzekł głosem drżącym od grozy:
— W Imię Ojca i Syna i Ducha Świętego!... Bracia, módlcie się za duszę niewolnika Pańskiego, Wasyla Czułosznikowa!... Spokój mu wieczny i sąd litościwy!...
— Amen!... — powtórzył cicho tłum, żegnając się, bijąc w piersi i przypadając twarzą do samego pokładu.
Tak leżąc, majtkowie Chołodiłowa zaintonowali głosami głuchemi, jak zduszony płacz:

W jasnem niebie raj zaludniony...
Pamiętaj, człowiecze!
Radość, słodkość i spokój wieczny...
W ciemnem piekle tartar stworzon...
Pamiętaj, niewolniku Boży!...
Ogień wieczny, strach i smutek...
W jasnem niebie sprawiedliwi...
Pamiętaj, człowiecze!
W ciemnem piekle sami grzesznicy...
Pamiętaj, niewolniku Boży!...
W jasnem niebie wieczna radość!...
Pamiętaj, człowiecze!
W ciemnem piekle wieczna zgryzota...
Pamiętaj, niewolniku Boży!...
W jasnem niebie wieczyste wesele...
Pamiętaj, człowiecze!
W ciemnem piekle straszne męki...
Pamiętaj, niewolniku Boży!...
W jasnem niebie sam Bóg mieszka...
Pamiętaj, człowiecze!
W mściwem sercu dusza cierpi...
Pamiętaj, niewolniku Boży!...
Chryste Panie, coś raj stworzył,
Wybaw nas od grzechowi...
Daj być, daj żyć, do raju wiedź...

Chryste Panie, coś piekło zwyciężył
I wrogi nasze doń strącił...
Od ognia, jęków wybaw nas,
Błagamy Cię!...

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

Ozłocony słońcem okręt, z obwisłemi białemi żaglami, odpływał zwolna, ledwie kołysząc się, z okrwawionej toni lazurowej.



XXX.

Rozproszyła się i pokryła po kątach załoga. Opustoszał pokład, z którego znikły nawet czarne cienie rozpiętych żagli, gdyż szare, suche obłoki zasnuły nareszcie niebo, zgasiły słońce, pokryły cały widnokrąg ołowianą, ciężką pokrywą. Nie zmniejszyły wszakże gorąca; przeciwnie upalna duszność wzmogła się, przenikając powietrze nieznośnym, zatęchłym waporem zamkniętej łaźni.
Już nawet skarg i jęków słychać nie było; tu i tam leżały bezwładne ciała pomieszanych ludzi, wśród których pełzały widma innych nieszczęśników, jeszcze mających dość siły, by szukać pożywienia lub wody u wezgłowia i w węzełkach bliźnich.
Zapadła noc ciemna, jak czeluść piekielna, a z nią przyszedł lęk ostateczny, tajemniczy, niezmożony; nawet oficerowie nie wychodzili z kajut i, leżąc w ciemnościach na łożach, obok swych umierających niewiast, wsłuchiwali się, azali nie rozlegnie się lada chwila dziki wrzask powszechnego obłędu.
Nie spał i Beniowski. Siedział w kącie w izdebce Nastazji i, rozwarłszy szeroko zaognione powieki, wpatrywał się w blado majaczącą w ciemnościach łożnicę dziewczyny. Od czasu do czasu dobiegał go stamtąd cichy, urywany szept:
— Ojcze... Co ci jest, kochany?... Czego się słaniasz?... Och, odejdź, odejdź!... Odwróć swe oczy okropne... Ratunku, Maurycy, ratunku!... Jezabel... przeklęta nierządnica!... Oczy jego, jako płomień ogniowy, a nogi jego podobne mosiądzowi... Na trupach ojców swych srom swój rozkłada... A imię jego Abaddon!... Uściski jego gorące, jako żar, a słodkie, jako miód!... Pić!... pić!... Pragnę... Ogień... Och, płonę!... Jestem w piekle wieczystem. Ulitujcie się!... Na wieczne skazanam zgryzoty... Za co, Panie Przedwieczny!?...
Beniowski z trudem uniósł się i pustą butlę znowu przyłożył do spękanych ust ukochanej. Może znowu wysączy stamtąd jaką kropelkę!... Chciwemi ustami przylgnęła chora do szyjki szklanej, ale po chwili już odpychała zwodnicze naczynie, szepcząc:
— Duszę się, duszę!... Boże, jakże cierpię!... Maurycy... Gdzie jesteś!?... Być, żyć... do raju wejść!...
— Tu jestem!... To ja!... Czyż mię nie poznajesz?... — odszepnął Beniowski.
Resztką sił dźwignęła się na pościeli i nagle... straszny krzyk rozdarł ciemności. Leciał on jednak skądciś z zewnątrz.
Oszołomiony Beniowski nie odrazu to zrozumiał, chwycił za rękę Nastazję, pragnąc ją uspokoić i w razie obłędu przytrzymać; rychło wszakże spostrzegł, że dziewczyna padła bez czucia na poduszki, i zrozumiał, że to nie ona krzyczała.
Ponieważ hałas zewnątrz wzmagał się, wyszedł natychmiast, aby przekonać się, co za nowe nieszczęście zsyłają mu losy. Na pokładzie dostrzegł kupkę ludzi, wyciągających ku niebu ramiona z błogiem łkaniem. Był pewny, że są to nieszczęśni obłąkańcy, którzy nie mogli wytrzymać katuszy, lecz gdy wystąpił z korytarza, aby ich uspokoić, sam o mało nie oszalał, poczuwszy rzadkie, duże krople ciepłego dżdżu, padające z zachmurzonych niebios. Zebrał resztę sił, wdrapał się na mostek kapitański i zadął w sygnałową piszczałkę.
— Wszyscy na pokład!... Szykować naczynia!... Zbierać wodę!... — huknął najpotężniejszym swym głosem. Zaroił się pomost od ludzi, zawrzały głosy, a jednocześnie lunęła z nieba jedna z tych nawałnic, co podobne są do wodospadów.
Oszalała załoga miotała się w perłowych potokach wody, rozświetlonych lśnieniem błyskawic, jak gromada potępieńców. Niektórzy zdzierali z siebie odzież i z wyciem rozkosznem tarzali się w strumieniach, płynących po pokładzie, inni dzikie wyprawiali tańce i wyli hulaszcze śpiewy do wtóru rechocących na niebie piorunów. Ale wszyscy przedewszystkiem pili, łykali, pochłaniali rozwartemi szeroko ustami strugi błogosławionego żywiołu, siekące z nieba, ściekające grubemi strugami z krawędzi dachów, z ław, z burtowego obszycia.
Z trudem udało się Beniowskiemu skłonić kilkunastu rozsądniejszych, by schwytali w beczki i naczynia choć małą część opadów.
— Rychło minie!... Nie widzicie, już ustaje!... Śpieszcie się! — wołał.
Istotnie nawałnica przeszła, jak przyszła, ucichły niebawem uchodzące wdal Oceanu grzmoty, zgasły za widnokręgiem błyskawice. Odświeżyło się cokolwiek powietrze, powierzchnia morza jednakże pozostała nieruchoma, jak dawniej, a słaby wietrzyk, który wydął na króciuchną chwilę namokłe żagle, zamarł wpół tchnienia.
We wszystkich jednak wstąpiła otucha, mieli wodę i byli pewni, że nieszczęścia ich zbliżają się ku końcowi.
Nie rozwiewał tych złudzeń Beniowski, choć sam, wspominając opowiadania starych marynarzy oraz czytane opisy podróży, mniej miał tej pewności.
Nazajutrz wstało słoneczne i upalne rano, jak wczoraj, jak przedwczoraj, jak od tygodnia. Nieruchome morze gięło się długiemi, płaskiemi falami, które nie płyną a w miejscu dygocą, niby złota blacha: w chryzolitowych zaś głębiach Oceanu igrały po dawnemu dokoła statku staje rekinów.
I znowu ludzi ogarnęło zniechęcenie i słabość.
Aby ducha ich podtrzymać, ogłosił Beniowski wynik swych pomiarów geograficznych, które wykazały, iż, pomimo pozornego spokoju i nieruchomości, statek jednak przebył w ciągu tych kilku dni kilkadziesiąt węzłów ku południowi.
— Należy przypuszczać, że rychło już przebijemy się przez pas ciszy... Wczorajszy deszcz najlepiej was może o tem przekonać!... Trzeba więc gotować się do przyjęcia wiatru!... — dowodził załodze.
Część usłuchała go i wzięła się do porządkowania zaniedbanych żagli, reszta uprzątała pokład. Teraz jednak, skoro mieli wodę, zaczął wszystkim dokuczać niezmiernie głód i pocięto na strawę wszystkie skórzane przedmioty, jakie mieli na statku, nie wyłączając starego obuwia. Tranu, którym okraszali ten dziwny makaron, mało już zostało.
Na szczęście wieczorem istotnie zawiał wiatr, z początku słaby i zmienny, ale zwolna nabierający mocy. Nad ranem już płynęli z pełnemi żaglami.
Beniowski zebrał radę i zażądał przedewszystkiem, aby Stiepanowowi odpuszczono wyznaczoną dawniej karę. Zgodzono się na to jednomyślnie z wyjątkiem głosu Panowa. Dalej naradzano się co do kierunku żeglugi i postanowiono korzystać z pełni wiatru, choć ten dął nie na zachód, lecz na południe.
— Byle oddalić się od tej piekielnej strefy, która równa się dla nas śmierci!... — dowodził Baturin.
I na to wszyscy się zgodzili, tem bardziej, że osłabionej załodze trudno było manewrować. Beniowski kazał jednak na wszelki wypadek, by zbytnio od kursu się nie oddalać, wziąć sternikowi rumb południowo-zachodni.
Dzień cały chmurzyło się, grzmiało i padał kilkakroć deszczyk. Wiatr przeszedł powoli w sztorm. Źle naciągnięte i niedbale powiązane liny ledwie przytrzymywały żagle i maszty. W nocy przy nieustannych grzmotach rozigrała się tak wielka nawałność, że pęd wiatru urwał dwa żagle. Jeszcze ich nie zdążono nawiązać, jak piorun uderzył w maszt środkowy i strzaskał go, szczęściem, że nie zapalił, gdyż wówczas zguba załogi byłaby nieuniknioną.
Osłabiona głodem, znękana ostatniemi wypadkami, załoga z trudem spełniała niezbędną pracę i nie uratowałaby się na pewno. Kołysanie statku, huk fal, szum wichury, bicie piorunów i przeraźliwy ich blask, przeszywający zielonawem światłem mokry mrok burzliwej nocy, przeraził i przygnębił wszystkich; wielu ukryło się w kajutach i kątach, nakrywszy głowy szmatami, nie odpowiadali na wołania oficerów. Najlepsi, najkarniejsi dotychczas majtkowie Chołodiłowa skupili się w milczeniu posępnem koło szalupy i odmówili posłuszeństwa.
Z ich postawy wnosić należało, że w chwili niebezpieczeństwa zawładną samowolnie czółnem i uciekną, pozostawiając resztę załogi swemu losowi.
Beniowski polecił czuwać nad nimi Urbańskiemu na czele kilku uzbrojonych w muszkiety kozaków, którzy ostali się wierni. Wśród nich był i kozak Gałka.
— Co, dziuplarze!?... — szydził olbrzym z sękciarzy wybieracie się w tę samą podróż, co i wasz prorok!... Z Bogiem, droga otwarta!... Hulajcie!... Ale łodzi wam nie damy!... Więc chyba wzorem świętego Jonasza... na łeb do wody!... Już was tam ludojady dalej powiozą!... Do samego raju!...
— Milcz, psie schizmatycki!... Mało ci pieczęci twego antychrysta nastawianych gorącem żelazem na pysku!... Chcesz, abyśmy od siebie dodali!... — odcinali się sekciarze.
Gotowa była krwawa zwada, którą z trudem udało się powstrzymać Sybajewowi przez odwołanie Gałki na dziób statku. Mimo to majtkowie nie dali się ułagodzić i odmawiali wszelkiego udziału w ratowaniu okrętu. Cała praca spadła na oficerów, którzy, zagrzewani przykładem niestrudzonego Beniowskiego, spędzili noc całą bez snu i wytchnienia na rejach i masztach, manewrując nieustannie i reparując poczynione przez sztorm szkody.
Nad ranem wiatr nagle ustał i morze przycichło, z czego Beniowski wywnioskował o bliskości ziemi. O świcie dostrzegli stada ptaków, które osądzili być lądowemi, kolor wody w morzu takoż się zmienił od licznych porostów. Ziemi jednak dzień cały widać nie było, choć kilkakrotnie ogłaszano ją z bocieńca — zawsze okazywało się, że były to ciemne obłoki uciekającej burzy.
Że jednak wiatr wiał dobry i wypogodziło się, wróciła jakoś ludziom ochota do pracy; skorzystał z niej Beniowski, kazał lufty wszystkie otworzyć, okręt przewietrzyć, zapasy raz jeszcze przejrzeć i wysuszyć futra, jedyne bogactwo pozostałe teraz załodze do handlu zamiennego w razie, gdyby się okręt dostał nareszcie do krajów zamieszkanych.
Okazało się, że od zepsucia wskutek wilgoci i spożycia miasto pokarmu ocalało zaledwie 788 skór bobrowych, 260 lisich i 1900 sobolich. Nie było to wiele, zważywszy na ilość marynarzy, oraz na daleką drogę.
Oczekiwanie rychłe ziemi wywołało wprost gorączkę; niechętni doniedawna do wszelkiego ruchu i wysiłku ludzie, widząc coraz liczniejsze stada ptaków, porzucili swe legowiska, zajęli dziób okrętu, wypełnili kosze masztów, powłazili na reje i drabiny sznurowe want. Wszyscy wpatrywali się wdal.
Nagle nowochrzczeniec Zacharjasz, który miał wzrok najbystrzejszy, krzyknął niespodzianie:
— Alaksyna!... Alaksyna!...
Zdumieli się wszyscy, nie przypuszczając, aby mógł okręt w tak krótkim czasie wrócić tak daleko zpowrotem; jednak Amerykanin nie przestawał wołać:
— Alaksyna!... Alaksyna!...
Beniowski posłał więc Kuzniecowowi, który siedział razem z chłopcem w koszu, perspektywę dla zbadania dojrzanej przez ostrowidza ziemi. Jakoż w pół godziny potem Kuzniecow ogłoszoną ziemię na widnokręgu odszukał i obwieścił głosem gromowym, iż aktualnie ją widzi.
Radość więc stała się powszechna i sam Beniowski, nie bacząc na bolejącą nogę, wdrapał się na bocieniec, aby o prawdzie słów Kuźniecowa przekonać się własnemi oczyma. Zaraz wydał rozporządzenie zmierzenia głębokości wody i uczynienia przygotowań do zarzucenia kotwicy. Wiatr gnał okręt wprost ku onej wyspie i ta w oczach rosła, wyłaniając już wyraźnie złomy oraz szczeliny swych skał pobrzeżnych, jasne piachy żółtych osuchów, tu i owdzie zielone gaje drzew oraz krzewy, drobne od odległości, niby mech. Przystąpiwszy na ćwierć mili do lądu, zatrzymali się z powodu zmierzchu i zarzucili kotwicę na czternastu sążniach głębokości.
Wielu z załogi zaraz chciało płynąć na ląd, ale Beniowski już znowu mocną ręką ujął rządy okrętu, strzelców Urbańskiego przy szalupach postawił i zabronił komukolwiek do czółen się zbliżać pod grozą bezlitosnego zastrzelenia. Sybajew chodził znowu za ukochanym naczelnikiem, jak obłaskawiony tygrys, z ręką na hefesie szpady.



XXXI.

Cały ranek dnia następnego upłynął na przygotowaniach do wyprawy na wyspę. Nęciła ona, kusiła zmęczoną i wygłodzoną załogę cichym spokojem swych brzegów, zielonością lasów, obfitością wód słodkich, których strumienie widzieli zoddala. Lecz usłuchali przekonywających dowodów Beniowskiego, który nakazał poprzednio zbrojny i dobrze zaopatrzony wywiad. Wyreparowano więc i osmolono szalupę, wyczyszczono broń, porobiono świeże ładunki i naówczas dopiero pozwolił Beniowski Panowowi z Kuźniecowem i dwunastoma towarzyszami popłynąć na przejrzenie brzegów i wyszukanie wygodnej przystani.
Kazał im wziąć także z sobą kilka pustych baryłek na wodę, gdyby ją znaleźli niedaleko od miejsca swego wylądowania.
Reszta dnia upłynęła na oczekiwaniu pełnem niepokoju. Ludzie nie schodzili wcale do kajut; stali skupieni na pokładzie u burt, a młodsi, wieszając się na masztach i rejach, oczu nie spuszczali z onego kawałka ziemi, jakby w lęku, że on zniknie, rozpłynie się im z przed oczu, jak fantastyczne zjawisko.
Przypływ grał na skałach łagodnym poszumem, perłowe dokłady skakały na strome brzegi lub pienistemi wałami wlewały się w ciche, błękitne zatoki, gdzie na pochyłościach piasków zieleniły się krzewy i gaje.
— Czegóż czekamy!?... Oni nie wracają!... Może zginęli!... Płyńmy, aby ratować ich, jeżeli są napadnięci, żeby siłą wziąć wodę i żywność, bez których pomrzemy!... Wieczór już zbliża się a ich niema!... Naco czeka ten Beniowski!...
Szemrano coraz głośniej.
Już zgasły promienie słońca na szarych urwiskach nęcącej ziemi, już purpura zorzy wieczornej w fioletowy zamieniła się zmierzch, gdy nareszcie zabłysły na cyplu dalekim trzy umówione ognie, jak trzy gwiazdy radosne.
— Płyniemy! — zawołali majtkowie. Beniowski stał wszakże w milczeniu na mostku kapitańskim, patrzał na brzegi i nie dawał rozkazu.
Pośpiesznie wdrapał się ku niemu Chruszczow i powiadomił o stanie umysłów powszechności:
— Gdyby i tym razem nie udało się wylądować, zabiją nas!
— Cóż robić, nie mogę przecie dla kaprysu tych szaleńców rozbijać okrętu!... Wiatr niepomyślny, do miejsca, oznaczonego przez ognie, co najmniej dwie mile drogi... Brzegi najeżone podwodnemi rafami... Musimy dnia zaczekać!...
— Nie wiem, nie wiem... czy doczekamy go się wszyscy!... Zapominasz, że nie mamy już w nikim oparcia, że nawet ludzie Chołodiłowa są już zniechęceni... Nie słuchają!...
Beniowski wzruszył ramionami.
— Nie mogę postępować wbrew swemu doświadczeniu i przekonaniom... Powiedz, panie Czurin, czy można w tych warunkach zbliżyć się do brzegu?...
— Zapewne, że to jest niebezpieczne, ale... — odrzekł, rumieniąc się, kapitan.
— Bez żadnych „ale“... Nie przepłyniemy trzech, stajań, jak pęd prądu rozbije nas o kamienne ławice... Tu ich moc... Obejrzałem je dobrze przy świetle dnia... Będziemy je musieli daleko okrążać!... Nie, za żadną cenę nie pozwolę ruszyć okrętu!... Wszak ja odpowiadam za was!...
Chruszczow zaniósł odpowiedź Beniowskiego oficerom, od których ona rychło przedostała się do załogi. Na pewno wszcząłby się tumult i może walka między posłusznymi i nieposłusznymi Beniowskiemu, gdyby nie Stiepanow, który wyraźnie stanął po stronie naczelnika i rozsądnem, stanowczem przemówieniem wpłynął na zbuntowanych.
— Poczekajmy!... Rychło powinni wrócić wysłańcy.
— A jakże!... Abo to im pilno! Mają wszystkiego wbród, jedzą, piją!... Chodzą nareszcie, jak ludzie, po twardym gruncie!...
— A jednak płyną!... — rzekł Stiepanow. — Słyszycie!?...
W ciemnościach, poprzez łagodny plusk fal, dochodził powoli miarowy głos bijących w wodę wioseł.
— Płyną, płyną!...
Wkrótce szalupa była już obok statku; wróciło tylko czterech ludzi; przywieźli baryłkę słodkiej wody, trochę owoców i wieści, że wyspa jest niezamieszkana, że Kuźniecow upatrzył na brzegu północnym port bezpieczny w zatoce, do której wpada duży strumień słodkiej wody, że w lasach jest mnóstwo kóz i dzikich świń.
Podniecenie załogi dosięgło szczytu. Rozchwytano owoce, wypito wodę, poczem tłumnie rzucono się do łodzi. Każdy chciał płynąć do owej ziemi obiecanej, doszło do kłótni i bójek o miejsca. Z trudem udało się Beniowskiemu i oficerom namówić czternastu ludzi, aby pozostali dla pilnowania statku i dostawienia go nazajutrz na wskazane miejsce. Reszta słuchać nie chciała, owładnęła łodzią i w ciemnościach ruszyła ku lądowi, zabrawszy nawet bat, choć Beniowski prosił, aby na okręcie go zostawiono na wszelki wypadek.
Wymógł tylko na odjeżdżających, że wyślą zaraz sukurs Kuźniecowowi, który z małą liczbą towarzyszy udał się w głąb wyspy, a takoż, żeby utrzymać jaki taki wśród krnąbrników porządek, narzucił im na przywódcę starego Baturina.
Innych oficerów zatrzymał na okręcie, gdyż oni bądź co bądź przedstawiali najkarniejszą i najpewniejszą część osady.
O szóstej z rana przy słabym wietrze „Piotr i Paweł“, okrążywszy mielizny i rafy, wszedł z wielkim trudem do małej zatoczki o płaskich brzegach i stanął na kotwicy w zaciszu o dwieście kroków od lądu.
Część załogi, która była odpłynęła w nocy, już nań tam czekała i powitała rzucaniem wgórę czapek oraz głośnemi okrzykami radości. Baturin zdał raport, a następnie uszczęśliwieni tułacze jęli opowiadać jeden przez drugiego rozmaite cuda widziane na wyspie, obiecując sobie rychłe poznanie ich zbliska.
Beniowski wstrzymał wszakże owe podróżnicze zapały i zapędził przedewszystkiem zebranych do sypania reduty pod wodzą Winblatha, a na wały kazał natychmiast zatoczyć trzy dziesięciofuntowe działa. Pod ich ochroną zarządził dopiero dalsze lądowanie, przewożenie z okrętu rzeczy, towarów oraz futer dla ich wysuszenia, budowanie szałasów oraz namiotów, do których natychmiast przeniesiono ze statku kobiety i chorych.
Na opustoszałym okręcie pozostawiono jeno straż z dwu oficerów z czterema majtkami. Ku wieczorowi wróciła reszta tych, co dnia zeszłego na wyspę popłynęli. Jedni z nich przynieśli zwierzynę i świń kilka, drudzy rozmaite owoce i przewyborne rośliny jadalne. Beniowski te ostatnie polecił Mederowi zbadać i zakazał zupełnie spożywania ich na surowo. Okazały się wyśmienitego smaku pieczone i gotowane, a zdrowiu chorych znacznie pomogły.
Ludzie, podnieceni obfitym pokarmem, pewni życia, wesoło rozmawiali u ognisk, wybuchając co chwila okrzykami uwielbienia i podzięki dla Beniowskiego, kiedy ten obchodził obozowisko wraz z Chruszczowem, lustrując wykonanie rozkazów.
Wreszcie zbliżył się naczelnik do namiotów, gdzie umieszczeni byli chorzy w liczbie osiemnastu. I tu radosne usposobienie ducha wraz z lepszym pokarmem dało odrazu znaczną poprawę. W najgorszym stanie okazała się Nastazja. Leżała wyciągnięta na łożu za małą zasłoną, zapomocą której Bielski oddzielił ją od innych chorych.
Uderzała przerażająca chudość i bladość jej oblicza oraz nieziemski wyraz ogromnych, szeroko otwartych, pociemniałych od gorączki oczu, które zdawały się już nic nie widzieć. Chora nie ruszyła się nawet wtedy, gdy Beniowski stanął koło jej łoża.
— Nastazjo!... — szepnął. — Nastazjo!...
— ...Polewajcie je... siarką zapalną,
...Smołą piekielną...
Ciała swoje na nich kładźcie,
Niechaj gorzeją!...
Odpowiedziała niespodzianie, nie zmieniając wyrazu słupem stojących oczu.
Beniowski, czując łzy w gardle, dał Chruszczowowi znak, aby zostawił ich samych. Gdy ten odszedł, uklęknął koło łoża kochanki i ujął w swe dłonie rękę przejrzystą.
— Słuchaj, Nastazjo, to ja jestem... twój Maurycy!... Spojrzyj na mnie!...
— Tak, tak... Abaddon... Ma pysk lwa a pazury rysia!... Ty grozisz mu, że go pożresz!... Idź precz!... Nie dam!... Nie dam!... Stokroć lepiej... sama... Ci są... którzy z niewiastami nie pokalali się... Ci kupieni są z ludzi pierwiastkami... Bogu i Barankowi... Ojcze, ojcze, Bóg widzi, nie zabiłam cię!... Nie ja...
Wyrwała rękę i siadła z nieoczekiwaną mocą; piękne włosy najeżyły się jej nad czołem i rozsypały po plecach, starała się wstać zupełnie, wykrzykując niezrozumiałe wyrazy:
— Appolinum!... Amir!... Astrefil!... Ratuj, ludu chrześcijański!...
Wpadł zaraz Bielski i jął ją uspokajać, przytrzymując za ramiona; padła mu na piersi, tuliła się, jak wystraszona gołębica.
— Ojcze, ojcze!... Tyś nie zbit, prawda!?... Ratuj mię!... Nie chcę, nie chcę umierać... Mają zęby, jako wilki, a pazury, jako rysie!... Nie chcę!... Ratuj!...
— Nikt cię nie ruszy!... Nikt cię tu nie śmie ruszyć!... — szeptał jej, a jednocześnie kiwał na Beniowskiego, aby sobie poszedł.
Ten usłuchał natychmiast i długi czas czekał za namiotem na starca, poglądając znękanemi oczyma na weselących się u ogni marynarzy. Poniektórzy grali na gęślach i śpiewali chórem:

Z za morza, z za morza sinego,
Z za zielonego pustomorza,
Od słynnego miasta ledeńca,
Od tamtejszego króla morskiego
Wypływało, wywiosłowało
Trzydzieści statków...
Trzydzieści statków i jeden okręt!
Pięknie zdobione były okręty.
A ponad wszystkie jeden piękniejszy!
Miał statek-sokół miasto źrenice
Kamienie cenne hijacyntowe,
Brwi zastąpiły czarne sobole,
Futer jakuckich, precz syberyjskich;
Wąsem mu były miecze hartowne,
A murzamaskie dzidy uszami
Z przywieszonemi gronostajami...
Nad grzywą wiały lisy brunatne,
Nad sterem — skóry białych niedźwiedzi...
A stewa brała kształty turowe,
Boki okrętu — żebry zwierzęce...

Wszystko to, i śpiewy wesołe, i ognie złote, i cichy spokój pewnej przystani, i radość obronnego wyjścia z niedawnych wielkich niebezpieczeństw — wszystko znikło, zmętniało w dumaniach Beniowskiego. Nie mógł skupić roztrzęsionych myśli, ogarnięty zupełną niemocą.
— Czy jest jaka nadzieja? — spytał Bielskiego, gdy ten wyszedł nareszcie.
— Meder wątpi, ale Bóg jest miłościwy i wszechmocny. Byle dowieźć chorą do krajów cywilizowanych, pod opiekę specjalnie wyuczonych lekarzy... Młodość dziewczyny bardzo wiele dopomóc nam może... Mówił też Meder, że chora potrzebuje spokoju...
— Zaraz jutro każę budować dla niej hyżę za obozem... Istotnie ten gwałt, śpiewy, wieczny ruch żeglarskiego życia nie może dobrze działać na zbolałą jej duszę!... Jeszcze dziś wydam rozporządzenie!... — dorzucił Beniowski energicznie i odszedł w głąb obozowiska szukać Chruszczowa. Zamiast niego trafił na Kuźniecowa, który mu z zachwytem wychwalał niesłychane piękności i przymioty odkrytej przez nich wyspy.



XXXII.

Nazajutrz Beniowski, z wnijściem słońca, zwoławszy całe zgromadzenie, podzielił między wszystkich służbę i obowiązki, których dopełniać mieli. Jednym rozkazał pilnować okrętu, drugim łowić ryby, owym pójść na polowanie, innym naprawiać liny i żagle. Cieślom kazał budować na uboczu przestronny szałas, kryty liśćmi palmowemi.
— Dlaczego jeden?... My wszyscy chcielibyśmy nareszcie w domach zamieszkać... — ozwały się z tłumu głosy.
— Klimat tu ciepły i budowanie domów dla zdrowych na przeciąg krótkiego naszego tu pobytu byłoby daremną stratą czasu!... — odrzekł Beniowski.
— Krótkiego pobytu?... Ho, ho!... Ledwieśmy ziemi nogą tknęli, już mówi o odjeździe!... Taki chwat!
— Niech mówi, zobaczymy!...
— Po takiej mordędze należy się nam długi wypoczynek!... Musimy dobrze sił nabrać!...
— Chciałby wciąż orać w nas i orać, jak w te siwe woły!... — szeptali zebrani.
Beniowski patrzał na nich surowo:
— Odmawiacie więc posłuszeństwa?... — spytał.
Umilkli, tylko jakiś głos pojedyńczy zboku odrzekł nieśmiało:
— Nie, ale... sił już nie staje!... Daj nam odsapnąć!...
— Daj odsapnąć, tatulu!... — śmiejąc się, powtórzyli chórem.
— Nie mówię, że odpłyniemy zaraz, jutro lub pojutrze... Przeciwnie, myślę, że minie dni kilka, zanim naprawimy okręt i przysposobimy żywność... Pamiętajcie wszakże, że tu nic nie wysiedzimy, że rzeczy nasze, statek i odzież, olinowanie i żagle drą się, psują, gniją w miarę tego, jak się podróż przeciąga, że w naszym interesie jest dostać się jak najprędzej do Manilji, najbliższej hiszpańskiej osady, skąd już łatwa droga do Europy... — dowodził Beniowski.
— Tak to, tak!... Ale tymczasem i tutaj dobrze!... Nie mamy powodu się śpieszyć!...
— Tak, tak, stary!... Jak się trochę podpasiemy, to pogadamy!
— Jeszcze u wielu zjedzone buty w kiszkach grają!...
— Skóra i kości!... Żadnego w ciele zapasu!...
Wołano coraz hałaśliwiej z gromady.
— Nie krzyczcie razem!... Nic nie słychać!... Niech każdy mówi oddzielnie!... — wstrzymywał hałas Beniowski.
Skoro jednak nikt z szeregów nie wystąpił i nikt się dłuższy czas nie odezwał, dał znak, żeby się rozchodzili do zajęć.
Oficerowie wywoływali i dobierali sobie wyznaczonych im ludzi.
— Idźcie, idźcie!... Do sieci, do niewodu, na polowanie!... Bierzcie, chłopcy, siekiery, bierzcie!... Ruszajcie!... Nikt za was nic nie zrobi, a jeść trzeba, poddanych tu niema!... — przekładał łagodnie Chruszczow, chodząc wśród marynarzy.
— Szkoda!... Przydałyby się jakie czarne stwory!...
— Jak na Urumsziri!... Nieprawda!... Co?...
— I nie tyle chłopy przydałyby się, co baby!...
— Juściż z baby podwójna wygoda: w dzień pracuje, a w nocy... Ha, ha!...
— Prawdę rzekłeś!... Na mordzie czarna jak but, ale...
— Jak węgiel, chciałeś powiedzieć, bo w środku ma ogień, ma!... Ha, ha!... Ja tam ciekawszy środka!...
Śmiali się żeglarze, leniwo kierując się ku wskazanym miejscom.
Na stoku wzgórka, skąd otwierał się śliczny widok na błękitną zatokę, na srebrną rzeczkę i pyszny zielony las, cieśle zaczęli wbijać w ziemię słupy dla szałasu, przyśpiewując sobie do taktu:

Dokoła dwora tyn...
Na tego ty na ostrokoły
Powdziewane perły-bisiory...
A pośród dwora
Chata bogata...
Bobrami kryta,
Lisem podbita,
Sosrąb srebrem pobielany,
Piec polewany,
Podłoga słana
Barwnym kamieniem.
Na niej łożnica
Z jasnem złoceniem
Z firaneczkami
Z gazy tęczowej
I nóżeczkami
Z kości słoniowej...
Na wezgłowiach tam aksamitowych,
Na poduszkach edredonowych
Odpoczywa tam i męża czeka
Młoda małżonka...
Nie przyjdzie twój mąż,
Nie przyjdzie twój pan:
W czystem polu leży cicho,
Krew mu płynie z ran...

Właśnie Beniowski, lustrujący roboty, zbliżał się ku nim wraz z Chruszczowem, gdy, usłyszawszy, co śpiewają, spochmurniał nagle i zawrócił ku lasowi.
— Pójdziemy obaczyć te zachwalane bogactwa wyspy!... — ozwał się z cierpkością w głosie.
— Sam chciałem cię o to prosić, gdyż nie widziałem jeszcze lasów tropikalnych!... — odrzekł łagodnie Chruszczow.
Las był rzeczywiście wspaniały; strzelał wysoko w błękity kolumnami palm, spowitych festonami bluszczów i lian. Był to niby zielony, potężny mur, broniący przystępu do wnętrza. Z wielkim zachodem, rąbiąc tasakami pnącze i kolące pędy rozmaitych nieznanych krzewów, przedostał się Beniowski z towarzyszem w mroczny głąb puszczy. Znalazł tam ciszę, mrok i zupełną martwotę; wgórze jeno niezmiernie wysoko w wachlarzach koron palmowych, krzyczały i trzepotały barwnemi skrzydłami jakoweś ptaki.
— Niewiele tu się pożywimy!... — zauważył ze smętnym uśmiechem Beniowski.
— To też oni chodzą gdzieś dalej, ale nie wiem gdzie!... — odrzekł Chruszczow. — W każdym razie i tutaj są ślady!...
Wskazał na odciski racic, widniejące w wielu miejscach na wilgotnej, błotnistej ziemi.
— Zapewne, ale na długo tego nie starczy, rychło wystraszą zwierzynę i odpędzą... Trzeba będzie raczej zrobić zagrodę obyczajem Amerykanów i zapędzić tam zwierza wcześniej obławą, zamknąć i wyszlachtować!... Inaczej nie zdobędziemy nawet zapasów na drogę... Korzonków jadalnych, owoców nie na długo nam starczy, zjemy, ani się spostrzeżemy... Orzechy kokosowe, których tu widzę sporo, zbierać dość trudno, a i ludzie niewzwyczajeni pochorują się od tej strawy łacno... Pozostaje więc polowanie, gdyż to da nam odrazu dużo żywności i mięsiwa zdatnego do solenia... Pomyślimy o tem, naradzimy się, a teraz wracajmy, gdyż tutaj w tem bagnie, mogą się lęgnąć jakie zjadliwe gady... Należy ostrzec naszych ludzi, aby, chodząc po trawie głośno stukali kijami przed sobą, lub wdziewali, idąc w las, skórznie oraz grube wełniane onuce, których lada wąż nie przekąsi...
Tak rozmawiając, wracali do obozu. Tam zastali wielkie zbiegowisko dookoła Łoginowa, wysłanego z paroma strzelcami na wywiady w inną stronę wyspy.
Już wrócili, przyniósłszy pęki owoców bananowych, których wielką obfitość znaleźli niedaleko. Ale za najważniejszą zdobycz uważali garść kryształów oraz ułamków świecącej rudy, których sporo przynieśli zawiązanych w chustce i które z dumą przedstawili Beniowskiemu.
— Cóż to?...
— Złoto!... — odrzekł stanowczo Łoginow.
Beniowski zbliżył rudę do oka, oglądał uważnie, potem zważył na dłoni.
— Nie widzi mi się, żeby złoto: za lekka!...
— Bo dużo domieszki... Ale złoto na pewno. My tu mamy złotników. Oni też mówią, że jak gdzie na wierzchu są takie kamienie, to w śródku napewno znajdują się diamenty. Im głębiej kopać, tem cenniejsze i rzadsze...
Roześmiał się Beniowski.
— Któż to tak mówi?...
— Rybnikow i Andrejew. W Moskwie złotnikami byli. W Niemieckiej słobodzie służyli.
— Gdzież oni są?...
Wystąpili naprzód Rybników z Andrejewem, znani Beniowskiemu skądinąd, jako skromni i posłuszni ludzie.
— Więc twierdzicie, że to są diamenty?...
— Nie, myśmy odrazu powiedzieli, że to prossty kryształ. To oni twierdzą, że gdzie takie kamienie są, muszą być i drogie „samocwiety“, a my nie wiemy... Nam w warsztatach dawano kamień gotowy, a skąd on był, nie wiemy... Podobno z gorących krajów...
— Właśnie!... A my gdzie jesteśmy!?
— W samym pępie gorącości!...
— Co ich tam słuchać, najlepiej spróbować!...
— Idźmy zaraz kupą!...
— Głupcy jesteście! Mogę was upewnić, że gdzie się miny górskiego kryształu znajdują, nigdy tam niema diamentów... Co się zaś tyczy tej rudy, to pamiętajcie, że nie wszystko złoto, co się świeci... Należy przedtem spróbować, co zacz ona jest, zanim zaczniecie ją dobywać i tu znosić!... Nie mam zresztą zamiaru wam zabraniać wogóle kopać i szukać... Owszem, ale z warunkiem, że będziecie to robić po skończonej pracy przy naprawie okrętu!... Codzień dam wam parę godzin na to przedsięwzięcie, albo lepiej jeszcze wyznaczcie sami paru takich, co się temu wyłącznie poświęcą... Na to zgoda!... Nie mogę wszakże pozwolić, żeby dla tych fantastycznych projektów stanęła nasza główna praca!... Proszę więc i rozkazuję, abyście zaraz do niej wrócili!... — obwieścił stanowczo Beniowski.
Odeszli, szemrząc i poglądając chciwie na kryształy i złote blaszki, błyszczące na rozpostartej na ziemi chustce.
Beniowski natychmiast odwrócił się i wszedł do namiotu, ale Chruszczow przezornie schylił się, chustę zebrał, zawiązał w węzeł i poniósł za nim.
— Byłoby jednak niezgorzej, przyjacielu, gdybyśmy trochę zasilili skarbiec nasz, opustoszały mocno wskutek zgnicia i zniszczenia drogocennych futer przez wodę! — zauważył, kładąc minerały na stole.
— Zapewne, że byłoby dobrze, ale nie mamy ani czasu, ani środków na przeprowadzenie odpowiednich badań, a te oto próbki wcale nie są złotem... Myślę, że są raczej kryształkami zwykłego markasytu...
— A jednak nie jesteś pewny...
— Owszem, jestem pewny. Sam spróbuj, jaka tego lekkość i weź jednocześnie na dłoń mój sygnet...
Gdy tak rozmawiali, u wejścia do namiotu ukazały się znowu na błękitnem tle nieba i morza ciemne postacie ludzkie.
— A co!... Już są!... Wiedziałem, że tak będzie!... Idź, spytaj się, czego chcą...
Chruszczów wyszedł ku przybyłym.
— Nie chcą ze mną mówić. Powiadają, że mają do ciebie polecenie od całej załogi.
Byli to ci sami, co zawsze, najzuchwalsi z pospolitości, z dołączeniem tym razem potulnych — Rybnikowa, Andrejewa i „uczonego“ Sudejkina.
Sudejkin wystąpił jako mówca:
— Jako przekonani będąc, iż krew nasza zgęstniała od niezwykłego gorąca, oraz wycieńczone członki mając głodem i pracą nadmierną... Że więc jest kres siłom wszelakim i nawet duchowi, który choć od Boga stworzon na jego obraz i podobieństwo... — zaczął krasomówczo.
— O co chodzi?... — przerwał mu szorstko Beniowski.
— Jako wyniszczeni trudami i przykrością żeglugi, żądamy kilku miesięcy wypoczynku na wyspie. Czas ten poświęcić chcemy kopaniu drogich kruszców i diamentów, których przyzwoity zapas każdemu z nas po powrocie do Europy zabezpieczyłby przystojne i wygodne życie!... — dokończył pośpiesznie innym już głosem ex-pisarz.
— Tak, tak!... — przywtórzyli inni. — Wszyscy tego chcemy!...
Beniowski rzucił znaczące spojrzenie na Chruszczowa.
— Dobrze!... — rzekł. — Pomyślę o tem... Wracajcie do pracy!... Zbyt jest ważną rzeczą postanowienie, o które prosicie, abym mógł odpowiedzieć bez uprzedniego zastanowienia się!...
— Tak, ale oni żądają, żeby im pan odpowiedział zaraz, panie Naczelniku!... — wstawił nieśmiało Andrejew.
— Nie chcą bez tego dalej pracować!... potwierdził Sudejkin.
— Wyjdź do nich!... — szepnął Chruszczow.
Beniowski przezwyciężył odrazę, która odbiła się przez mgnienie oka na jego twarzy, i poszedł z Chruszczowem ku piaskom morskim, gdzie zgromadziła się, hałasując i głośno rozprawiając cała prawie osada okrętu.
Powtórzył pytania, wysłuchał całego szeregu skarg, żalów, utyskiwań na los, na niego, Beniowskiego, na nierozważne porzucenie oj czystych krajów na trudy podróży, na niewiadomość przyszłości, na okropności, które ich już spotkały i które ich na pewno jeszcze czekają... Wszystko zakończone zostało już nie prośbą, lecz stanowczą rezolucją, że osiedlają się na wyspie na dłużej i zajmują się zgromadzeniem bogactw do czasu, aż zbiorą ich dosyć.
Beniowski odpowiedział im szczegółowo, punkt za punktem, powtarzając to samo, co już był powiedział, i prosząc o zwłokę do jutra.
— Skoro po rozwadze uznacie żądania i zamiary wasze za słuszne, sam stanę na czele ich wykonania.
— Hurra! hurra!... Niech żyje Beniowski!... Myśl, myśl, rozważaj, głów się, jeżeli chcesz, to choć do jutra, ale jutro prowadź nas, bo my już naszego postanowienia nie zmienimy!... — zawołali wtedy zebrani i, potrząsając czapkami nad głowami, rozprawiając głośno, rozeszli się po obozie.
— Cóż uczynisz? — spytał Beniowskiego Chruszczow.
— Sam nic nie uczynię!... Cóż ja mogę!? Musimy jednak zebrać się w małem kółku i naradzić... Chciałem cię prosić, żebyś cichaczem uwiadomił Panowa, Baturina, Kuźniecowa, Winblatha, Urbańskiego, Sybajewa, wogóle wszystkich naszych, żeby w nocy zebrali się u mnie w namiocie!...



XXXIII.

Zebrali się starzy spiskowcy, obsiedli zydle i ławy, jak w Bolszej, mdły kaganek oświetlał ich twarze surowe, ogorzałe, poorane brózdami przeżytych wzruszeń.
Zabrał głos Beniowski i w krótkości opisał stan rzeczy:
— Jasno dla mnie, że u większości naszych ludzi rozproszyło się i znikło już dawno wszelkie dążenie do wolności, wszelkie szlachetne pragnienie podniesienia się z poniżającego niewolnictwa... Nasza wyprawa dąży naprzód jedynie dlatego, że wtył wrócić nie może; pozbawiona celu w sercach uczestników, płynie gnana wypadkami w kierunku najmniejszego narazie cierpienia i wysiłku... O ile to jest nierozsądnem, nie potrzebuję dowodzić wam, gdyż jest to podobne do położenia się do snu znużonego człowieka w czas szalejącej burzy... A przecież mały już potrzebny wysiłek i zbawienie byłoby bliskie... Już jesteśmy u kresu błąkań się po bezludnych morzach i wyspach... Przed nami Japonja z jej bogactwem, gęstą ludnością i wysoką, chociaż barbarzyńską kulturą!...
— Tam grożą nam inne niebezpieczeństwa, tam mogą nas poprostu wziąć do niewoli, zabrać okręt, ograbić ze wszystkiego, co mamy... — zauważył Baturin.
— Albo potraktować na żądanie rządu rosyjskiego jako piratów i wydać sądom moskiewskim!... — dorzucił Winblath.
— Właśnie dlatego uważam pozostawanie tutaj na tej wyspie przez czas dłuższy za rzecz niezmiernie dla nas niebezpieczną... W obecnej chwili wieść o naszej ucieczce, o zdobyciu Bolszerecka i konfiskacie składów skarbowych jeszcze nie mogła dojść do Petersburga... A nawet jeżeli doszła, to rozkazy stamtąd w tej sprawie do władz miejscowych sybirskich, oraz powiadomienie mocarstw sąsiednich drogą dyplomatyczną z prośbą o zatrzymanie nas, nie mogły się przedostać do Japonji poprostu z braku czasu... Będziemy więc w spotykanych portach mogli przedstawiać się, jak nam się żywnie spodoba, jako wolni wychodźce, kupcy, czy też polityczni zbiegowie, stosownie do okoliczności dla nas dogodnych... Co innego, jeżeli tu zostaniemy czas dłuższy... Wtedy wszystko możliwe!... Rząd rosyjski nie zaniedba na pewno poczynić najusilniejszych zabiegów, aby nas schwytać i zadość swej zemście uczynić!... Jako piraci, wyjęci z pod prawa, będziemy zupełnie zależni od dobrej woli spotkanych w portach urzędników japońskich, chińskich czy europejskich, lub wszelakich okrętów szukających zdobyczy na morzu... Wiadoma, że te nieraz pod pretekstem ukrócenia piractwa napadają dla rabunku na cudzoziemskie kupieckie, mało znane lub bezbronne okręty. Kto tam wie, kim był ten, kogo morze pochłonęło?... Wprawdzie mamy broń, pewne doświadczenie i dość odwagi, aby stawić czoło napastnikom i nawet portowym władzom... Chodzi jednak nie o szukanie niebezpieczeństw, lecz o unikanie ich... Czy nie tak?...
— Słusznie!... — rzekł Panow. — Lecz to nie przekona załogi. Ci ludzie są tak ciemni, iż skoro zbierze się ich czterdziestu, myślą, że moc mają nadzwyczajną, że świat cały mogą zarzucić czapkami, a tak są dufni i pełni przechwałek, że mniemają szczerze, że niema ponad nich dzielniejszych, umiejętniejszych i waleczniejszych ludzi na ziemi!...
— A szczególniej, gdy ich w tem rozumieniu jeszcze ktoś uczeńszy od nich utwierdza!... — dorzucił złośliwie Kuźniecow.
— Najzupełniejsza prawda!... Dlatego byłem przeciwny zawsze darowaniu win memu siostrzeńcowi i dlatego nastaję teraz znowu, aby Stiepanowa, Sudejkina wraz z całą ich partją wziąć pod straż przedewszystkiem!
— Przenigdy!... Wywołałoby to powszechne niezadowolenie, a nawet może bunt, którego nie bylibyśmy w stanie uśmierzyć!... — sprzeciwił się żywo Baturin.
— I byłoby niesprawiedliwością, gdyż oni nie uczynili jeszcze nic takiego, coby na to zasługiwało!... — wstawił Chruszczow.
— Nie słuchają!... Wygadują na Beniowskiego, na mnie, na wszystkich... Wciąż to robią!... — burzył się Kuzniecow.
— Wszystko dobrze, ale jakie proponujecie wyjście?... Bo to, o czem mówicie, to nie wyjście! — spytał znowu Beniowski.
Długo milczeli zamyśleni, wreszcie Baturin podniósł swą wielką, piękną, siwą głowę i zaczął:
— Ha, cóż robić!... Przyznać musimy, że utraciliśmy wpływ na ludzi... Jak to się stało i dlaczego się stało, długo o tem gadać i nadaremno... Popełniliśmy każdy zosobna i wszyscy razem szereg błędów, które zabiły w załodze zaufanie do nas... Szereg nieszczęść i nieprzewidzianych wypadków, ciemnota i wady naszych podwładnych przyczyniły się również do tego... Dość, że nawet starzy i najpewniejsi wśród żeglarzów stronnicy nasi zachwiali się w swej wierności. A od nieszczęsnego zdarzenia z Czułosznikowem nawet ludzie Chołodiłowa przestali tak ślepo słuchać Kuzniecowa, jak dawniej... Któż więc pozostaje?... Pozostała mała garść nas oficerów, naszych żon i tej niewielkiej części majtków, która czy przez wrodzoną lękliwość, czy przez roztropność nie śmie jeszcze wyłamać się ostatecznie z posłuchu i dyscypliny... Czy siła przedstawia taką większość i moc, aby narzucić swą wolę reszcie zbuntowanych?... to należy przedewszystkiem rozważyć... Otóż, według mego zdania, bynajmniej siły takiej nie przedstawia! Wystąpienie nasze otwarte jeno ujawniłoby tę naszą słabość i jeszcze bardziej rozzuchwaliło krnąbrnych. Znajdują się teraz na ziemi, gdzie nie potrzebują ani naszych rad, ani wskazówek, gdzie nie grozi im żadne nieznane i bezpośrednie niebezpieczeństwo, gdzie wreszcie mają poddostatkiem wody i żywności, nie usłuchają więc żadnych perswazyj, nie ulękną się żadnych pogróżek... Przeciwnie, opór nasz może doprowadzić do ostateczności tłumy rozjuszone i sfanatyzowane ciemnotą, oraz pragnieniem spokoju za wszelką cenę... Jużeśmy widzieli, że nie cofają się nawet przed rozlewem krwi... Radzę więc ustąpić im pozornie, przyzwolić na ich projekty, a tymczasem czekać czy okazji, czyto niepowodzeń i rozczarowań wśród nich samych, które nieomieszkają niebawem z biegu wypadków wyniknąć; wtedy pozyskiwać odpowiedniem pouczeniem i namową wspólników i, uformowawszy sobie ponownie większość zwolenników, ster spraw obrócić według naszej myśli... Nic lepszego nad to nie widzę!...
Umilkł. Wśród zebranych uczynił się mały ruch, i oczy ich zwróciły na Beniowskiego; ten milczał chwilkę, poczem spytał z pewną w głosie niecierpliwością:
— Czy nikt więcej w tej sprawie nie ma nic do powiedzenia?... Wszyscy panowie tego więc jesteście zdania?...
— Dodam — przerwał wtedy milczenie Chruszczow — iż brak pożywienia, który grozi nam, według słusznej uwagi Beniowkiego, z chwilą, gdy dzikie owoce i jadalne rośliny zostaną wyniszczone wpobliżu, przyśpieszy ową chwilę ukorzenia się krnąbrnych i nierozważnych, przepowiadaną przez Baturina...
— O ile do tej pory gorsi nie wyrżną lepszych!... — rzucił Beniowski.
— Cóż robić, ale innej drogi niema!... Dlaczego zresztą mają zaraz brać się za noże!?... Bywają przecież i inne załogi okrętowe, podobnie jak my wyrzucane na wyspę bezludną, i ocalały...
— Tak, ale je zawsze łączył jakiś cel wspólny, czyto ratunek, czy budowanie nowego okrętu lub reparacja rozbitego, czy oczekiwanie z zewnątrz ratunku!... — zaczął, powstając, Beniowski. — My zaś takiego celu nie mamy, bo kopanie rzekomej złotej rudy i diamentów nietylko nas nie zjednoczy, ale przeciwnie silniej rozbije jeszcze przez zawiść i rozbudzoną chciwość... Wysiłki daremne pochłoną resztę naszej własnej woli oraz całej załogi. Gdy zaś nareszcie spostrzegą ułudę swych poszukiwań, będą ostatecznie zdemoralizowani, będą szukali winnych, gdzie ich niema, i zapewne oskarżą nas, o ile żywi jeszcze wówczas będziemy... Gdyż nie łudźmy się, że jednym z naszych powodów do swar i zatargów będą białogłowy... Jest ich wśród nas tak niewiele i w dodatku każda ma męża... Silniejsze wszelako są namiętności i prawa natury nad kościelne przysięgi... Tej gromady ludzi młodych, silnych, wypoczętych, wypasionych a głównie próżnujących, wolnych od wszelkiego rygoru, odzwyczajonych od posłuszeństwa i porządku, nie wstrzymają żadne względy... W tych warunkach nieraz zdarzało się, że brat zabijał brata, cóż dopiero towarzysza... Ciepło, blask i jasność tutejszego słońca, potęgujące krwi szały, wzmoże na pewno powszechne szaleństwo, którego objawy już i na okręcie spostrzegać mieliście nieraz okazję... Czy nie tak?... Czy nie było krwawych zwad z tego powodu?... Ukrywano je przede mną, ale wiem, że były!...
Kuźniecow, Czurin i Łoginow poruszyli się niespokojnie.
— Otóż nie mogę zgodzić się na radę waszą, nie mogę pozwolić skruszyć resztek władzy, jaką posiadam, dla zawodnych doświadczeń, nie mogę dopuścić do zguby wyprawy, przez los mi powierzonej, nie mogę iść świadomie ku powszechnej lub częściowej rzezi, ku nieustającym nieporządkom i wrzeniu!... Uważam, że powinniśmy ubiec wypadki, nie dopuścić naszych przeciwników do wzięcia przewagi, zorganizować choć mniejszość z ludzi rozsądnych, z ludzi istotnie pragnących wolności, wreszcie z ludzi żonatych, a więc zagrożonych w swych najczulszych uczuciach... Ta mniejszość, dostatecznie zdeterminowana i uzbrojona, może narzucić swą wolę chwiejnej jeszcze obecnie, niesformowanej większości... Udawało się to nam przecie w Bolszej w o wiele trudniejszych warunkach. Dlatego już nie polecam, lecz rozkazuję wam pogadać na osobności z ludźmi, których tu zaraz wyliczymy. Uprzedzicie ich, aby byli gotowi na pierwsze wezwanie, i rozdacie im potajemnie broń... Kuzniecow, zaczynam od ciebie, na kogo liczyć możesz?...
Kuzniecow wstał i zaczął z pewnem zakłopotaniem wymieniać nazwiska marynarzy, a obecni wydawali o nich sądy i aprobowali lub odrzucali podaną kandydaturę.
Narady te przeciągnęły się do późnej nocy. Gdy wreszcie umówili się co do porządku oraz rodzaju najbliższego działania, wyznaczyli sobie spotkanie nazajutrz w lesie pod pretekstem polowania.
Beniowski kazał im rozejść się cicho parami, by nie zwrócili na siebie zbytniej uwagi już pogrążonego we śnie obozu. Ta tajemniczość i ostrożność znowu silniej zespoliła dawnych towarzyszy spiskowych. Rozeszli się pełni otuchy.
Sam Beniowski długo nie spał, obmyślając sposoby, zapomocą których mógłby zuchwałych skłonić do posłuszeństwa, w nierozważnych obudzić głos rozsądku, słabych umocnić, chwiejnych pociągnąć.
Gdy wreszcie zamknął znużone powieki, blady brzask już rozświetlał granatowe niebo nad czarnemi wierzchołkami lasu, widniejącego w otworze z pod odwiniętej połaci namiotu.
Niedługo jednak zażywał krzepiącego wczasu. Czujny słuch jego uchwycił niepowszedni szmer, a skoro oczy otworzył, ujrzał w tym samym otworze namiotu na purpurowo-złotem tle zorzy szeregi ludzi, gadających przyciszonym głosem:
— Idź, idź Longinow!...
— Chodź i ty, Trofimow!...
— Idźcie, zbudźcie go!... Już czas!...
— Niech wstanie!... Niewiadomo za co się brać!...
— Poczekajcie, zaraz wstanę! — huknął im z namiotu Beniowski. — Opuśćcie płótno, abym mógł się odziać!...
Niezwłocznie podskoczyło paru i spełniło rozkaz. Nie śpiesząc się bynajmniej, odziewał się i mył Beniowski, chwytając czujnym słuchem dolatujące z nadworza szmery i rozmyślając nad swą odpowiedzią zbuntowanym. Gdy wyszedł, gwar ucichł natychmiast.
— Czegóż chcecie?
— Wszak obiecałeś nam, że dziś powiesz swą rezolucję w sprawie min złotych i kopalni diamentów.
— Obiecałeś nas poprowadzić!...
— Już szary dzień i radzibyśmy dojść na miejsce przed gorącem!...
— Widzicie!... — zaczął wolno Beniowski. — Nietylko nie jestem przeciwny zdobyciu złota i drogich kamieni, lecz owszem radbym przyprowadził do Europy okręt pełny tego złota, zamiast już mocno nadpsutych naszych futer!... Ale ta wyspa, choć wydaje się tak mała, dosyć jest obszerna, aby dla zbadania jej nawet powierzchownie stracić nie miesiące, lecz lata całe... Tymczasem skąd weźmiemy pożywienia?... Dzikie owoce, jakie spożywamy teraz w tak wielkiej obfitości, raz zniszczone zjawią się po roku zaledwie... Zwierzyny również nie na długo starczy, tem bardziej, że wypłoszona przez nasze poszukiwanie rudy, rozsadzanie prochem skał i kopanie szacht, rozbiegnie się na pewno i schroni w niedostępnych kryjówkach... Radzę więc wam przedewszystkiem, dopóki zwierzyna, ryby i ptactwo nie są przepłoszone, uczynić wielkie łowy zbiorowe w celu ich schwytania i zasolenia z nich wielkich zapasów mięsa dla przyszłych robót... W tym celu dziś udam się na wywiady z wybranymi towarzyszami... Inni będą tymczasem zbijali beczki, gotowali naczynia i przesiewali potrzebną sól... Jeszcze inni, biegli w metalurgji, przeprowadzą skrupulatną próbę przyniesionej rudy, a skoro takowa okaże się istotnie złotą, nieomieszkamy niebawem udać się na miejsce, aby zbadać układ jej gniazd i złogów oraz ilość prawdopodobną, a potem przeprowadzić dalsze poszukiwanie... Przyznajcie jednak, że najprostszy rozsądek każe przedewszystkiem przekonać się, jaki jest charakter owej rudy, gdyż od tego zależy wartość naszych wysiłków... Czy nie tak?...
— Juściż że tak!... — odezwało się parę głosów z rezerwą.
— Czy wy nie macie wśród siebie złotników oraz górników zdolnych do prowadzenia podziemnych robót?...
— Mamy... Wychodźcie, Andrejew i Rybnikow... Wychodźcie!... Bierzcie się!...
Wezwani wystąpili z szeregu, poczem Beniowski wręczył im uroczyście chustkę z kawałkami kryształów i rudy.
— Co tylko będzie wam do próby potrzebne, kwatermistrz wyda wam niezwłocznie z okrętowych składów. Bóg niech wam pomaga!... Wy zaś reszta idźcie zaraz do robót wyznaczonych wczoraj, gdyż dzień zapowiada się pięknie i nie należy stracić go napróżno, abyśmy, w razie okazania się złota w rudzie, jutro zaraz mogli udać się do jej kopalni...
Rozeszli się, pomrukując, niezbyt zadowoleni z jego odpowiedzi, ani przekonani jego dowodzeniami.
Rozumiał to Beniowski i niespokojnym wzrokiem śledził, jak, stając na wyznaczonych posterunkach, brali się do roboty. W opustoszałym obozie, wśród namiotów i szałasów, dymiły się jeno ognie pod wielkiemi kotłami, w których niewiasty warzyły strawę. Woddali zieleniał, jak wczoraj, wyzłocony słońcem las i stada barwnych papug przelatywały w splątanych koronach pierzastych palm, fikusów, drzew kamforowych, oplecionych od góry do dołu girlandami kwitnących lian i bluszczów.



XXXIV.

Ludzie pracowali niechętnie; łazęgowali od kupy do kupy pod pozorem pożyczenia narzędzi lub zasiągnięcia wskazówek. Nie ustawały szepty i tajemnicze rozmowy. Nie pomagały napomnienia i groźby oficerów, doglądających robót; często odpowiadano im grubjaństwem, które musieli puszczać płazem łub udawać, że go nie słyszą. Beniowski stanowczo zabronił im zatargów z załogą i awantur; sam chmurny obchodził obozowisko, nie czyniąc zresztą żadnych uwag na spotykane niedbalstwo.
Niezwykle obfity połów ryb podniecił i zespolił na chwilę wszystkich. Z wesołemi krzykami obstąpili tułacze wyciągnięte na piaski matnie, gdzie wśród ciemno-zielonej morszczyzny trzepotały się stosy srebrnych stworów wodnych. Połowę ułowu natychmiast oddzielono na wieczerzę, a połowę, na wyraźny rozkaz Beniowskiego, oczyszczono, osolono i ułożono w beczkach.
Podczas gdy uwaga powszechna tem była zajęta, Beniowski polecił Urbańskiemu wyznaczonych zawczasu ludzi poprowadzić na polowanie do lasu, gdzie niebawem sam z Panowem i Winblathem pośpieszył. Sybajewa zostawił dla dozoru nad cieślami.
Poszli wzdłuż potoku; las tu był jeszcze bujniejszy, jeszcze bogaciej podszyty paprociami, bambusem, rozmaitemi krzewami, spowitemi bluszczem oraz innemi pnączami, ale w łożysku, gdzie woda płynęła w czas posuchy wąskim strumieniem, dużo było mielizn, po których łatwo było zapuścić się w głąb wyspy, mijając splątane, nieprzebyte gęstwiny. Brnęli więc częścią w wodzie, częścią Osuchami ku widniejącym wdali wzniesieniom lądu, gdzie miały się znajdować owe złotonośne skały.
Po drodze Beniowski nieraz się zatrzymywał, badając bogatą roślinność, nawet wdrapywał się na urwisty brzeg, aby zbliska obejrzeć jaki owoc lub spróbować go. W pewnem miejscu spłoszyli znaczne stado dzików, które z głośnem chrząkaniem porwało się z bajoru, prawie z pod ich nóg i pomknęło w las. Już chcieli puścić się za niemi, gdy okrzyknął ich zdala głos i ujrzeli biegnącego ku nim Polisowa, jednego z wiernych jeszcze strzelców, wyznaczonych do polowania.
— Jakto?... Sam przybywasz?... Gdzie reszta?
— Kuźniecow mię posyła, a gdzie reszta, nie wiem. Nic nie mówił... Kazał jeno powiedzieć, że Stiepanow zaraz po opuszczeniu obozu przez Waszą Miłość zebrał ludzi, gadał im długo, i poprowadził w las niby dla przysięgi a potem dalej miał wieść, ale zupełnie nie w tę stronę, w którą wedle rozkazu należało...
— A co?... Nie powiedziałem!... — wybuchnął Panow.
— Wracajmy więc, nie mamy tu co robić!... — zadecydował Beniowski. — Czy wiesz, gdzie odbywa się to zgromadzenie?
— A no wiem!... Bo i mnie zapraszali... W tym lesie!
— Więc prowadź!
— Na zgromadzenie?...
— Na zgromadzenie!...
Polisow spojrzał na słońce, już chowające się za las, na rzeczkę i, wyjąwszy z za pasa kordelas używany dla przecinania pnączy, poprowadził ich naprzełaj w sam ciemny bór. Wkrótce znaleźli się w ciemnościach tak głębokich, jak noc; zieleni nigdzie tu widać nie było, jeno olbrzymie, grube, okorzaste pnie, jakby zamulone błotem i pleśnią, często kosmate, niby futrem pokryte...
Z niewidzialnych gdzieś w ciemnościach konarów zwieszały się liany kręte, bezlistne, do wężów podobne; potworne żebra korzeni drzew gumowych, wysokie jak płoty, co krok zastępowały podróżnikom drogę. Musieli wdrapywać się na nie i iść krętemi ich grzbietami, bacząc pilnie, by nie pośliznąć się i nie wpaść do sadzawek pełnych brudnej, stęchłej wody, zastałej w okach roślinnych sieci. Bagnisty zaduch truł im oddechy.
Beniowski niebawem chciał wrócić nad rzeczkę, ale majtek upewniał, że to zaraz, że to zupełnie niedaleko...
Okazało się wszakże, że zbłądził, i z wielkim mozołem udało im się zapomocą kompasu wydobyć z leśnej matni dobrze po północy.
Beniowski, który podejrzewał w tem wszystkiem wybieg chytrego przewodnika, pełen milczącego gniewu oddzielił się zaraz od towarzyszy i skierował się przez śpiący obóz wprost do namiotu Chruszczowa. Zmęczony Panow ledwie za nim pośpieszał. Chruszczów chrapał spokojnie na łożu, pogrążony w głębokim śnie. Gdy go Beniowski targnął za ramię, zerwał się i zawołał wystraszonym głosem:
— Kto... tu?... Ktoo!?...
— Ja... Beniowski!
— Co się stało?...
— Właśnie chcę się dowiedzieć!... Co nowego narobił Stiepanow?...
— Stiepanow!?... Nic nie wiem!... Nie odstępowałem go na krok, jakeś przykazał...
— Któż więc posłał Polisowa?
— Nie wiem... Może Kuzniecow!...
— Aha, prawda!... Biegnij, Panow, każ Sybajewowi aresztować Polisowa i przywołaj do mnie Kuzniecowa!... Pamiętasz więc dobrze, żeś nie odstępował na krok od Stiepanowa i że on nic występnego nie czynił?... — zwrócił się Beniowski ponownie do Chruszczowa.
— Ależ tak!... Cały czas był w najlepszym humorze, bawił mię zabawnemi anegdotkami!... Wprawdzie odwołali mię na chwilkę, na maluchną chwilkę łatacze, abym im dał płótno do naprawy żagli, lecz to trwało tak krótko, że nie mógł żadną miarą w tym przeciągu czasu uknuć żadnego spisku!
Odchodzący Panow odwrócił się we drzwiach i roześmiał.
— Nie potrzebuję pewnie już aresztować Polisowa. Nie wątpię, że mówił prawdę! Wy nie znacie wszystkich wybiegów mego siostrzeńca!... Sam zapewne bawił Chruszczowa, aby łacniej jego przyjaciele mogli urządzić chryję. Jedyna rada, że pójdę zaraz i strzelę mu w łeb...
— Nie, nie, to zbyteczne!... Może to jeszcze kłamstwo!... Pomyłka głupiego chłopaka, który nie zrozumiał polecenia!... — sprzeciwiał się Chruszczów, odziewając się pośpiesznie.
— Idź, Panow, i przyprowadź do mnie Kuzniecowa... A ty, Winblath, uprzedź Baturina... Niech zwołają co prędzej wszystkich naszych stronników do mego namiotu... Uczyńcie to bez hałasu i szybko!... Czekam za chwilę!... — rozkazywał Beniowski.
Nie minęło kwadransa, jak cicho, niby cienie, przemknęło się i skupiło w namiocie Beniowskiego trzydziestu kilku ludzi. Była to mniejszość załogi, wszystko ludzie starsi, rozważniejsi, nie brakło też ani jednego z żonatych, na co zaraz z uśmiechem zwrócił uwagę Urbańskiego Sybajew. W krótkich, ostrych wyrazach powtórzył Beniowski zgromadzonym wczorajsze zarzuty przeciw planowi dłuższego na wyspie pobytu, napierając na niebezpieczeństwo, jakie grozi białogłowom ze strony bezczynnych zuchwalców. Wszyscy żonaci byli niezmiernie tem poruszeni, twierdzili jednak, że w cnotę swych żon wierzą niezłomnie i że nie o to im chodzi, lecz że lękają się głównie, aby rząd imperatorski swemi staraniami nie zaskoczył wyprawy w portach japońskich.
— Bądź co bądź nie możemy pozwolić tym szaleńcom gubić wszystkich!... Rozkazuj Beniowski, myśmy na wszystko gotowi!... — oświadczył blady, jak śmierć i pełen wściekłości Kuźniecow.
— Dobrze więc, ale musicie spełniać ślepo, co rozkażę, i zachować jak najgłębszą tajemnicę, gdyż wtedy tylko możemy być pewni powodzenia. Niech zaraz Czurin poprowadzi sześciu z was na okręt i zluzuje tamtejszą wartę; Winblath z dwunastoma niech zawładnie niepostrzeżenie armatami. Można to uczynić, zmieniając straże otwarcie w należnym czasie, i niech zdwoi je niepostrzeżenie, korzystając z ciemności. Wszystkie inne posterunki również obsadzić w nadchodzącą zmianę naszymi ludźmi, czego dokona Sybajew. Reszta zostanie pod bronią w ukryciu... tu w moim namiocie!... Idźcie niezwłocznie spełnić moje rozkazy, a ci, co zostaną, niech kładą się spać!... Mamy jeszcze czas wypocząć do rana!...
Poczem sam w ubraniu, jak tylko wysłani wyszli, wyciągnął się na łożu, a inni za jego przykładem pokładli się pokotem na ziemi.
Tak przespali spiskowcy do rana przez nikogo nie trwożeni.
O świcie przyszli oficerowie po rozkazy dzienne do Beniowskiego, a nie zauważywszy żadnego poruszenia w obozie, pełni otuchy, przypisywali wczorajsze swoje strachy wyłącznie plotkom i fantazjom urodzonym w ciemnościach nocy.
Doświadczone oko Beniowskiego dostrzegło jednak niepokojące oznaki, tak wszakże drobne, że nie mogłyby przekonać dusz bardziej ufnych i prostych.
Milczał więc, ale wcale się nie zdziwił, gdy strzelcy, wysłani przezeń na polowanie, rychło wrócili zpowrotem, twierdząc, że łowy wcale im się nie powiodły, że nie trafili nawet na ślady zwierzyny. Niedługo potem przybiegł Urbański i dał znać, że bednarze oraz latacze żagli porzuciii pracę. Nie skończył jeszcze swej relacji, jak Beniowski wstał i śledził badawczo z pod podniesionej połaci namiotu zbiegowisko, tworzące się w obozie dokoła jakiegoś oficera, który wydał mu się podobnym do Sybajewa. Jednocześnie rozkazał, nie tracąc chwili, Urbańskiemu śpieszyć po Chruszczowa, Panowa i Kuźniecowa.
— Powiedz im, że zwołuję Radę Naczelną, gdyż, z powodu wymówienia mi posłuszeństwa przez załogę, chcę zdać dowództwo... Niech wezwą innych i sami śpieszą.
Ciężki Urbański pomknął z chyżością młodzieńca.
Gdy wezwani przybyli, musieli przepychać się prawie gwałtem przez zwarty tłum rebeljantów. Beniowski, stojąc przed namiotem, przemawiał do nich surowo:
— Przeprowadziłem was przez część drogi najtrudniejszą, pokonałem niebezpieczeństwa i przeszkody niesłychane, spowodowane po większej części waszym uporem i krnąbrnością, wyrzucałem sobie nieraz następnie, widząc wasze cierpienia, iż ustąpiłem wam... Mam-li więc popełnić tę samą omyłkę i teraz, gdy jesteśmy u progu zbawienia?... Nie, po tysiąc razy nie!... Widzę jasno zgubę, która nas czeka przy dalszym tutaj pobycie... Widzę większość was umierających od zjadliwej febry, gnieżdżącej się w lasach, które zdają się wam tak cudnemi... Widzę niebezpieczną biegunkę, szerzącą się wśród was od wyłącznego spożywania owoców, do których nie jesteście przyzwyczajeni... Widzę bratobójcze swary — rezultat bezcelowego wałęsania się i próżniactwa... Widzę wreszcie pościg rządu Imperatorowej, który zaskoczy was niespodzianie zdemoralizowanych i umniejszonych w liczbie oraz sile... I poco?... Wszak rzekomę złoto okazało się, jak przepowiedziałem, nędznym markasytem, co wam udowodnili właśni wasi wybrańcy... Czego chcecie więc i na co jeszcze czekacie, nieszczęśni?... Mało wam doświadczeń, jakieście przeżyli?... Zastanówcie się, zaklinam was, i powiedzcie sobie i mnie wyraźnie, czego chcecie, gdyż, doprawdy, nie widzę, abyście dobrze to rozumieli... Wypoczynku? Owszem, zgadzam się na najdłuższy, ale wy jakieś inne, słyszę, macie zamiary... Więc jakie?... Powiedzcie nareszcie... Chcecie-li powrotu do krajów cywilizowanych, wolnych, czy nie?
Umilkł.
Oczy wszystkich zwróciły się na Stiepanowa, który z głową dumnie wzniesioną stał w środku półkola zgromadzonych.
— Ha, nareszcie!... Co słyszę?... Wszechwiedzący Bóg, przezorny prorok, mąż jedynie mądry wśród nas, ba, na całej ziemi — pan hrabia Beniowski, szlachcic węgierski i polski, przyznaje się, że nie rozumie nas, że nie wie, czego chcemy?... Prosi, abyśmy mu to powiedzieli, nawet zaklina nas!... Owszem, z chęcią to uczynimy... A więc pragniemy przedewszystkiem: spokoju i jeszcze raz spokoju, za wszelką cenę spokoju! Dość mamy już gwałtów, tyraństw, rozlewu krwi... Nie poto wyrwaliśmy się z niewoli ojczystego imperjum, aby dostać się pod jarzmo człowieka mało znanego nam, awanturnika, którego pochodzenia nawet nikt nie zna, a którego czyny nie najlepsze dają nam o nim wyobrażenie... Bo my nie potrzebujemy się wcale ani domyślać, ani prosić go o wyjaśnienie powziętych przezeń celów... My je znamy! My bardzo dobrze odczuwamy je na własnej skórze... Jedynym jego celem jest tyranja!... Dobrzy dlań ci tylko, co się przed nim płaszczą, którzy uznają go za genjusza, za zbawcę, za dobrodzieja, co słuchają go jak wyroczni, wyrzekłszy się zupełnie własnego zdania, własnej woli, własnych sądów, własnych oczów, własnego interesu i wszystkiego, co przynależne jest człowiekowi. Takimi tylko on się otacza, od takich tylko przyjmuje rady, z takimi tylko dzieli się swemi myślami. Mamiąc nas widziadłem tyraństwa rządowego, strachami pościgu, morskiemi prawami mocarstw cudzoziemskich, sam nakłada nam na barki niepostrzeżenie własne, gorsze jeszcze tyraństwo... Chce robić zawsze to, co jemu się podoba, tak rzeczy obrócić, aby z nich płynęły dla niego jednego pomyślne skutki i korzyści... I teraz oto, gdy nakoniec, wbrew jego omyłkom i nieuctwu, los dobroczynny w ostatniej chwili zgonu wybawił nas i rzucił na wyspę czarowną, gdy nareszcie wytchnęliśmy i rozprostowali stężałe od nadmiernych trudów członki, gdy wodą słodką ożywiliśmy zsiadłą od gorączki krew naszą, gdy możemy zażyć nareszcie tej wolności, której dobywaliśmy z narażeniem zdrowia i życia — on chce nas gwałtem stąd uprowadzić, straszy nas pościgiem, głodem, morem, tysiącem egipskich plag, aby wylękłych i ogłupiałych znowu ugiąć pod ciężką swą prawicę... Mylisz się, tyranie!... My odtąd będziemy już żyli nie dla ciebie a dla siebie.
Mówca zatrzymał się, głęboko odetchnął i płonącem okiem objął zasłuchany tłum, poczem zaczął znowu głosem głębokim i mocnym:
— My pragniemy, aby chore nasze wróciły do zdrowia i aby zdrowe wzmocniły się, aby kości nasze pokryły się ciałem, zaleczyły rany nasze, a dusze nasze zapomniały niedawno przeżytych okropności... Słowem znowu chcemy stać się ludźmi, chcemy przestać służyć jeno twym celom i twym namiętnościom, pyszny człowieku!... My posiadamy też same uczucia i potrzeby i mamy na nie równe, jak ty, prawo... My zostaniemy tu, aby założyć wolną gminę, która trwać tu będzie tyle czasu, ile jej się podoba, ile trzeba będzie dla jej szczęśliwości... My żyć tu zamierzamy bez panów, bez ciemięzców, bez innych nakazów oprócz przykazań Boskich, równi z równymi i wolni z wolnymi... Przecież w tym celu uciekliśmy z Kamczatki, przecież to obiecywałeś nam sam, zdrajco przeklęty!... A teraz, gdy owa cicha wyspa znalazła się nareszcie, co mówisz?... Nie, bracia moi, raczej śmierć, niż dalsza u tego niegodziwca niewola!... Na szczęście widzę, że tym razem ręce ma on przykrótkie, że nawet najbardziej zaślepieni opuścili go i że nie my jego, lecz on raczej nas słuchać musi... Otóż zapowiedzcie mu to w oczy i wyraźnie, że skończyło się panowanie jego, że stał się on od tej chwili równym nam, zwykłym człowiekiem, i wyznaczcie mu narówni z każdym z nas od jutra łatanie żagli lub solenie ryby, albo zróbcie go, jak on mnie niedawno — kuchtą! obaczymy, czy będzie umiał równie dobrze spełniać te swoje obowiązki, jak umiał tego od innych wymagać... Niech żyje wolność i równość, bracia! Niech żyje powszechna szczęśliwość!... Niech żyje Nowa Rzecz Pospolita Rosyjska, a nie polska ani węgierska!... Hura!...
— Hura!... — powtórzyło wiele głosów z zapałem. Krzyczeli jednak nie wszyscy, niektórzy nawet zaczęli wołać:
— Cicho!... Cicho!... Sza!... Niech mówi Beniowski!...
Gdy wrócił spokój, Beniowski odpowiedział nadspodziewanie krótko i ustępliwie:
— Ha, skoro tak, skoro uważacie, iż z przybyciem na tę wyspę osiągnęliście swój cel najgłówniejszy, to muszę przyznać, że rola moja istotnie skończona i nie pozostaje mi nic innego, jak złożyć dowództwo!... Proszę was więc, abyście sobie obrali kogo innego!... Ponieważ zaś odsądzono mię od czci i wiary, i sądy te zasłużyły na powszechną pochwałę, nie pozostaje mi jak zupełnie opuścić waszą społeczność, gdyż doprawdy przyjemniej mi będzie żyć na przyszłość z dzikiemi zwierzętami, niźli z wrogami mymi.
Odwrócił się i odszedł w głąb namiotu.
— Co powiedział?...
— Powiedział, że woli żyć z dzikiemi zwierzętami, niż z nami!... Psia dusza!... Pyszałek!...
— A co miał powiedzieć?...
— Wykręca się!...
— Chce drapnąć!...
Krzyczeli wokoło rozgorączkowani i groźni majtkowie.
— Obiecywał złote góry: a to, a sio!... Będziecie wolni, szczęśliwi, bogaci!... A teraz, kiedy przyszło co do czego, kiedy chwila nastała najważniejsza, kiedy trzeba zdać ze wszystkiego rachunek i zacząć życie urządzać, daje nura!... Hola!... Nic z tego!... Przedewszystkiem trzeba związać Sybajewa i wszędzie ustawić nasze straże!... — dowodził Stiepanow.
Odszedł, uprowadzając z sobą znaczną część zebranych. Wahająca się reszta w rozterce snuła się dokoła namiotu Beniowskiego, zatrzymując i zapytując wchodzących i wychodzących stamtąd oficerów, co mają czynić. Wtem przybiegł Bielski i, odepchnąwszy wstrzymującego go Urbańskiego, wpadł do namiotu.
— Stiepanow obstawił strażą domek Nastazji, chciał koniecznie wejść do niej, ledwie go wstrzymał Meder ostrzeżeniem, że może całą jej kurację wniwecz obrócić swem pojawieniem, że za pogorszenie lub śmierć chorej wkłada na niego całkowicie odpowiedzialność... Wtedy dopiero wstrzymał się zuchwalec, ale straże swoje postawił przy namiocie i zabronił puszczać do środka kogokolwiek, prócz nas medyków, a nadewszystko kazał bronić przystępu tobie, Beniowski!... Co więc to wszystko znaczy? Czy istotnie wszystko już pod jego poszło władzę!?
— Wcale nie!... To bezprawie!... Nie odbyliśmy jeszcze wyborów!... I ja zaraz pójdę sam zrobić tam porządek! Kto ze mną, panowie?... — krzyknął Kuźniecow.
Położył rękę na rękojeści szpady i spojrzał na otaczających; było ich dość dużo w namiocie, nikt się jednak za nim iść nie kwapił.
Wstrzymaj się, Kuźniecow!... — zwrócił się do niego Beniowski. — Niech sobie samozwaniec tymczasem rządzi!... Zobaczymy jutro, co przyniosą wybory. Teraz najmniejszy krok nierozważny z naszej strony może spowodować walkę bratobójczą... Zostaw więc jego straże w spokoju!... Meder i Bielski nie puszczą nikogo do środka, tego jestem pewny... My tu zdala będziemy wreszcie czuwać... Zato radzę wszystkim małżonkom sprowadzić co rychlej tutaj swoje żony, gdyż niepodobna przewidzieć, w co się obróci wolność w rękach tych szaleńców... Wracaj więc, Bielski, do siebie, a wy idźcie do obozu i niepostrzeżenie ściągajcie tutaj do mego namiotu ze swemi niewiastami i dobytkiem... Z tego pagórka panujemy nad obozem i armaty mamy pod bokiem...
— Ba, kiedy przy nich obok naszych straży już postawił swoje ten potępieniec!... — rzucił posępnie Panow.
— To nic, to nic!... Wszystko zmienić się może w jednej chwili!... Zróbcie, co kazałem! — nastawał Beniowski.
Wdrożeni już do posłuszeństwa jego rozkazom oficerowie rozeszli się po obozie, aby werbować ludzi, przekonywać ich o niebezpieczeństwie i skłaniać do przenoszenia się wraz z żonami oraz swem mieniem do namiotu Beniowskiego.
Noc zapadająca sprzyjała tym przedsięwzięciom. Wprawdzie w obozie u gorejących ogni wszędzie gromadziły się kupy stronników Stiepanowa, rozprawiających gorąco o swem przyszłem, niezmiernie szczęśliwem na wyspie życiu, miotających gromy i przekleństwa na „zdrajcę Beniowskiego“, na bogaczów, którzy zawładnęli wywiezionemi z Bolszej skarbami, na konieczność przymusowych dla wszystkich, nawet dla „panów oficerów“ równych robót polowych, lecz ponieważ nie było wódki, nie doszło do żadnych wybryków. Chmurno i niespokojnie śledzili stiepanowcy za wszelką partykularną na boku rozmową, wszelako przeszkadzać stronnikom Beniowskiego jeszcze nie śmieli.
Zebrało się więc wkrótce sporo ludzi i wszystkie niewiasty w namiocie Beniowskiego. Byli tam nietylko żonaci, wszystkiego osiem rodzin, i nietylko ich krewniacy oraz przyjaciele, ale takoż ci wszyscy, co mieli trochę ukrytych pieniędzy, futer, srebrnych lub złotych naczyń, albo innych skarbów, niezawsze swoich, wywiezionych z Bolszerecka w czasach pogromu. Rozumieli oni wybornie, że rzeczy te stracą wszelką wartość na wyspie, gdzie będą zmuszeni pracować narówni z innymi, podczas gdy wśród ludów ucywilizowanych sprzedane dadzą im one wygody, a może i dostatek na całe życie bez zachodu wszelkiego i mozołu.
Nie byli to ludzie najmężniejsi. Sybajew uśmiechał się pogardliwie, widząc z jaką skwapliwością znoszą swoje węzełki pod ochronę armat.
— Hołota!... — mruczał. — Rozleci się to na wszystkie strony i ukryje przy pierwszej salwie! A na szturm ich nie ruszy żadna potęga!...
— Pewnie, że na szturm nie pójdą, ale też nie odbieżą swoich bab i swoich kociołków!... Można być pewnym!... — pocieszał go Urbański. — Gorzej, że majtkowie Chołodiłowa nie przyszli!... Nie przypuszczałem, że opuszczą Kuzniecowa!... Źle!... Urządziła go Agafja z tą wodą, oj urządziła!...
— No, abo to ona po raz pierwszy i ostatni!... Co noc, kiedy jest na wachcie i nie nocuje w kajucie, urządza go coraz to z innym... Niby to nie wiesz!... Nie udawaj!... Baba rozłożysta, krzywda mu więc wielka się nie dzieje!... Była przecież Matką Boską Chłystowską, kiedy to starczyć musiała na tuzin apostołów!... — śmiał się Sybajew, obrzucając okiem znawcy dorodną postać pani Agafji.
Ta odrazu spostrzegła, że o niej mówią i, zapłoniwszy się lekko, poprawiła na szyi korale...
— Ładna bestja!... — westchnął Urbański. — Cóż, kiedy Beniowski nie pozwala!...
Umilkli, gdyż Beniowski z Kuzniecowem, rozmawiając, zbliżyli się ku nim.
— Myślę jednak, że do krwawego zatargu nie dojdzie. Dopóki mamy okręt i armaty w ręku, my dysponujemy pozycją. Skoro w dodatku zobaczą, że gotowiśmy ich opuścić i zabrać całą należącą do społeczności majętność, to pewny jestem, że się namyślą! — dowodził Beniowski. — Chodźmo tutaj, Sybajew! Pójdziesz do obozu i rozpuścisz pogłoskę, że w każdym razie odpłyniemy, choćby nawet połowa załogi miała tu zostać!... — zwrócił się do oficera.
— Słucham!... — odrzekł ten, salutując.



XXXV.

O świcie wśliznął się do namiotu starszy Łoginów. Biedny ten oficer nie wiedział do kogo ma przystać; wciąż wahał się i to tym, to tamtym słuszność przyznawał. Szukał brata, który należał do stronników Beniowskiego.
— Stiepanow zawładnął szalupą i na okręt popłynął!... — oznajmił mu z przerażeniem.
— Co ty mówisz!? — porwał się z posłania przebudzony Kuźniecow.
— Z armat do nich hultajów palić!... — krzyknął Panow, ubierając się pośpiesznie i przypinając szpadę. — Zaraz biegnę do Winblatha!...
— Przedtem trzeba obudzić Beniowskiego!... Zaczekaj! — wołał Baturin.
— Racja! Trzeba się zapytać, co on każe. Na ten wypadek niema rozporządzenia!
— Zaraz, zaraz!...
— To ci sztuka!... Uf!.... — wzdychał Urbański.
— Co się stało?... — pytał obudzony zamętem Beniowski.
— Stiepanow zajął obie łodzie i okręt!...
— A cóż straże?...
— Podstępnie powiązał je!... — wyjaśnił Łoginow.
— Tak dalece!... Wołajcie pod broń wszystkich... Natychmiast wyjdę do was!... — rozporządzał się Beniowski.
— Dalej, za broń!... Formuj się!... Do szeregu!... — wołał Sybajew. — Zacznie się taniec lepszy, niż z Agafją!... — szepnął wesoło, przechodząc mimo Urbańskiego.
Ludzie wychodzili przed namiot, zabierając muszkiety i naboje, niewiasty głośno płakały i zawodziły, Beniowski ubierał się z zamyśloną twarzą surową; wtem wszedł Chruszczow.
— Idzie deputacja z tamtej strony!... Możeby jednak... uwzględnić?
— Co?... uwzględnić!? To, co teraz jest, będzie wciąż się powtarzać! Żadnych uwzględnień. Teraz, zaraz musi się skończyć w jakikolwiek sposób. My albo oni! A czegóż chce ta deputacja, nie wiesz?...
— Nie wiem!... Pewnie wciąż ta... kolonja świta im w głowie!
— Powiedz im, że zaraz wyjdę!...
Gdy Beniowski pozostał sam, przycisnął na chwilę rękę do czoła i zamknął oczy; głęboki ból i znużenie poorały licznemi zmarszczkami jego męską twarz. Trwało to jednak niedługo; głośniejszy gwar zewnętrzny ocucił go; podniósł powieki, a z pod nich wzrok mu błysnął dawnym płomieniem i stanowczością. Poprawił na sobie pas, dłoń lewą położył na głowicy szabli i uniósł opuszczoną połowę namiotu.
Na jego widok rozmowy w tłumie ucichły.
— Czego chcecie?... — Chcemy zostać!... Chcemy budować siedliszcza! — wykrzyknęli gromadnie.
— Przecież to już postanowione!... I ja wam przeszkodzić nie mogę... Myślałem, że przyszliście mi powiedzieć, kogo wybraliście swoim naczelnikiem!...
— Właśnie!...
— Nie, nie!... My chcemy nie tak!...
— Chcemy w zgodzie i powszechnem porozumieniu!...
Krzyczeli jeden przez drugiego. Beniowski zrobił znak, aby się uciszyli.
— Kto jest waszym rzecznikiem?... Niech wystąpi!... Nie mówcie razem, gdyż nic nie mogę wyrozumieć!...
— Trofimow, wyjdź, mów!... — wypychali przed siebie sekciarza.
— I ty, Sudejkin, wystąp!... Tyś uczony!...
— Co ja za uczony, ledwiem piśmienny!... — bronił się urzędnik. — To nie ja, to Stiepanow!...
— Wielmożny naczelniku!... — zaczął Trofimow, występując z szeregów z wojskowym ukłonem, potem ukłonił się jeszcze w pas nisko i zrobił znak krzyża. — W Imię Ojca i Syna i Ducha!... Obiecałeś nas wyprowadzić na Ciche Ziemie, na Białe Wody, na Łaskawe Pustynie... Aby stało się, co powiedziane jest w Piśmie... Biegnij, duszo, z Babilonu... Chroń się chyżo do Syonu... Zwyciężyłeś Antychrysta i sługi Jego!... Poprzez morza poruszone do dna, poprzez góry lodowe... Głody, mory i zwierz-wieloryby... Około wyspy Stu Pokus!... Przez Wodospad Tysiąca Lici... Przeprowadziłeś łódź sprawiedliwego... Jako powiedziano jest, że są między apostoły najpierwsze... Piotr klucznik — opoką, a Paweł — budowniczy!... W Imię Ojca i Syna i Ducha Świętego. Amen.
Urwał, westchnął, zamyślił się i zroszone potem czoło obtarł dłonią.
— Niech powie Sudejkin, on mówniejszy!... — szepnął wreszcie.
— Dlaczego ja?... Dlaczego nie Rybnikow?...
— Niech mówi Rybnikow!... Wszystko jedno!... Chcemy zostać!... Chcemy, żebyś dalej był naszym naczelnikiem!... — wołały rozproszone głosy.
— Nie! Na to nigdy się nie zgodzę!... Nie mogę zguby waszej wziąć na swoją duszę!...
— Żadnej zguby nie będzie, Auguście Samuelowiczu!... — zagadał szybko stojący obok Sudejkina Rybnikow. — Ziemia wyborna, czarnoziem!... Las spalimy, wykarczujemy, pobudujem chaty rzędem, porządnie, jak w Rasiei... Ino bez urzędników, bez popów... bez sądów, bez wojskowych poborów, bez całego tego „pokrzywianego nasienia“, żeby go raz hiena ognista połknęła!... Sami sobie wolni panowie, chrześcijany, ziemioroby... Każdemu według sprawiedliwości, według zasługi... Jednemu zagon, drugiemu obok takuśki!... Jednemu chałupa, drugiemu też taka wedle dzieci i rodziny, jednemu krowa, owca, świnia, koń czy inny statek... drugiemu też... według zakonu... Wybrani naczelnicy, żeby pilnowali, żeby nikomu nie działa się krzywda najmniejsza...
— Juściż... żeby żadna krzywda!... Ni, ni!... — przywtórzył tłum.
— Więc jako ciebie znamy za najsprawiedliwszego, i jako twoim przemysłem tutaj przypłynęliśmy, i jako twoja głowa wśród nas najtęższa, prosimy cię, abyś rozkazował wedle wszystkich tych rzeczy...
Beniowski głową pokręcił.
— Choćbym chciał, dzieci moje, nie mogę... Przedewszystkiem nas tu znajdą, przyślą zbrojne okręty, wystrzelają, zabiorą, co wyrobimy, i nas samych „zapołonią“...
— Kto nas tam znajdzie!... Kto trafi tu, gdzie my z takim trudem dopłynęliśmy!?...
— Skoro zaczniemy prowadzić handel z ludami ościennemi, zaraz nas znajdą...
— Poco handel!?... Abo to święci pustelnicy, starcy i eremici handlowali?... Abo to nie starczyli sami sobie!... Niech będzie pochwalone imię ich na wieki wieków!... — wstawił pobożnie Trofimow.
— Zgódź się, zgódź, Beniowski!... — wołali inni.
— Dokąd sam się podziejesz?...
— Okręt nasz!...
— Nie ujdziesz, nikogo nie puścimy!...
— Przy dobrej woli i na tratwie uciec można!... Stąd do Japonji niedaleko!... Ale nie o to chodzi!... — odpowiedział Beniowski. — Słyszałem tu wielce piękne plany... Czy pomyśleliście jednak o tem, że aby te olbrzymie pnie wykarczować, te czarnoziemne łany zaorać, potrzebne są narzędzia, pługi i brony, a my mamy zaledwie łopaty i motyki...
— Przekujemy jedną kotwę na lemiesze!...
— Dobrze, a w cóż będziecie orać; ani konia, ani wołu, ani żadnego bydlęcia!... Ziemia ciężka, gliniasta... Ale i to, przypuśćmy, dałoby się pokonać, ciągnęlibyśmy pługi łańcuchami zapomocą kołowrotów... Gdyby nie najważniejsza rzecz, że nie mamy wcale nasion!... A bez zboża jaka może powstać wieś, jaka społeczność!... Przecież nie zechcecie uprawiać owych bananów, gruszek i orzechów, dobrych na przekąskę po dobrym obiedzie...
— Juściż!... I teraz mamy ich dość!...
— Bez chleba żyć się nie da!...
— Prawdę mówi Beniowski!... Zawsze ma rację...
— Głowacz!... ho!... ho!...
Znowu Beniowski dał znak, że chce mówić.
— Następnie — co to za wieś, za osada, za wielkie państwo bez przyszłości, bez pomnażania się w liczbę, bez rodziny, bez dzieci, bez kobiet!...
— Błogosławieni samotnicy i starce... żyli bez nich!... — wtrącił Trofimow.
— Grzechu mniej bez bab!... — przywtórzyły mu oddzielne głosy.
— Przyjdzie starość, upadną siły wasze, pochylą się grzbiety — kto was zastąpi? Kto otoczy opieką osiwiałe głowy wasze?... — ciągnął, podnosząc głos, Beniowski. — Z latami nie kwitnąć będzie osada bez potomstwa, lecz umierać. Na marne pójdą wysiłki nasze, ostatnich pustelników zwycięży znowu las i dzikie zwierzęta... I sami oni będą nędzni, marni, schorzali, miasto być szczęśliwymi widzami rozkwitu swych zamiarów i wysiłków... Zastanówcie się więc, czy warto poczynać te trudy ogromne, o jakich mówiliście, nie zabezpieczywszy dalszej ich ciągłości?... Poco, naco? dla kogo?... Bo jeżeli dla własnej szczęśliwości, to zaiste o wiele rozsądniej jest osiąść wśród ludzkiej społeczności i wzamian za mniej ciężką pracę korzystać z powszechnego dorobku człowieczeństwa, z rozmaitości życia, ze słodyczy zabezpieczonej przez rodzinę starości... Wierzcie mi, że nie jest tak źle z naszym skarbcem... że ze spieniężonych resztek futer, jakie posiadamy, każdy otrzyma małą sumkę, o którą w początkach swego zawodu ręce zaczepi...
— A dusza?... A zbawienie duszy?... — spytał Trofimow.
— Trudniej ją zbawić pośród ludzi i dlatego większa tam będzie zasługa!... — odparł szybko Beniowski i ciągnął dalej: — Czy więc nie uważacie, że rozumniej byłoby, zanim zaczniemy wypełniać nasze świetne plany, wsiąść do okrętu i popłynąć, obaczyć, azali niema gdzie wpobliżu ziemi sąsiedzkiej, ludnej, bogatej, handlowej, gdzie ci, coby z nami zostać nie chcieli i ciągłemi kłótniami przeszkadzali naszej pracy, ostawszy się wśród obcych ludów, służyliby nam za pośredników, bogacąc się jednocześnie na handlu z nami i tubylcami, na wymianie na tamtejsze towary płodów i minerałów tutejszych, a może i złota, jakowe tu znaleźć możemy... Podróż taką wywiadowczą uważam za wskazaną jeszcze dlatego, że ta wyspa, pozornie pusta i nieodwiedzana, bardzo być może, jest już czyją własnością, że rychło zjawią się jej właściciele, odwiedzający ją dla rybołóstwa, i że będziemy musieli staczać z nimi niełatwe boje... Bo któż z was poręczy, że niedaleko tuż za błękitną linją tego tam horyzontu nie kryje się wielkie i potężne mocarstwo, nie leżą brzegi kwitnące, uprawne, nie dymią się wsie i miasta bogate, pełne skarbów, pałaców, sprzętów rozmaitych... Tam dostaćbyśmy mogli pozwolenie na zawładnięcie tą wyspą cudowną, tam też moglibyśmy zaopatrzyć się w narzędzia rolnicze, kupić nasion, zwabić ku sobie kobiety miłością lub podarunkiem!...
— Poco im dawać co za baby!... A bo to nie mamy prochu i kul?... Wpaść, zabrać!... — krzyknął Gałka kozak.
— Nie na całym przecie brzegu stoją warownie i armaty!... Pewnie, że można spróbować!...
— I bydło można zabrać na pokład, koni, krów, owiec wiele chcieć!...
— Kobiet miłością i podarunkiem niedużo zwabisz!... Gadziny one!...
— Brać je!... Potem same poproszą, jak posmakują!... — gadali jeden przez drugiego, gorączkując się coraz więcej.
— Prowadź nas!... — krzyczeli już niektórzy.
— Niema zgody!... Nie jedziemy!... — sprzeciwiali się inni.
— Trzeba się dobrze zastanowić!...
— Nie wierzcie mu!... Znowu was ocygani, obełże, zmani, stary lis!...
— Nie, nie!... Jak nas obełże!? Zawsze będzie w naszych rękach!...
— Niech przysięże!... Jak nie dotrzyma, ubijemy!...
— Niech przysięga!... Przysięgaj, Beniowski! przysięgaj, że nas zpowrotem na tę wyspę przyprowadzisz! — wołali.
— Owszem. Przysięgam, że was przyprowadzę, o ile sami tego zażądacie!...
— Zażądamy, zażądamy! Nie bój się! Sam mówisz, że nawet złoto zczasem możemy tu znaleźć!...
— Nietylko, że nas przyprowadzisz, ale że nam pomożesz do zbudowania wsi i urządzenia całej osady, jak to obiecywałeś na Łopatce...
— Zgoda, pomogę wam. Ale wy przedewszystkiem pomóżcie mi odzyskać okręt... Tam jest teraz Stiepanow, który dla swoich celów was podburzył... Myślał zapewne, że was, zajętych pracą koło osady, zdąży odbieżać wrychle wraz ze wspólnikami, zabrawszy wszystko, co jest najcenniejszego na statku i w naszych składach... Już przecież chciał coś podobnego urządzić w Bolszerecku... Pamiętacie?...
— Pamiętamy, pamiętamy!... Gałgan on skończony, przebiegła szelma, wiemy! — ozwały się głosy.
— Otóż postępować z nim należy ostrożnie, gdyż to człowiek determinacji ostatecznej i, dowiedziawszy się o waszem rozsądnem postanowieniu, aby mu przeszkodzić, gotów okręt spalić!...
Szmer przerażenia pobiegł po tłumie.
— Prawda!... Gotów spalić!...
— Łotr, łotr!... Jemu głównie o tę chorą dziewkę chodzi!...
— Już wczoraj chciał ją brać!...
— Teraz ją na okręt przenosić ma!...
— Czmychnie z nią!... Na pewno czmychnie!...
— A jak nie, to spali!...
— Cóż więc robić?
— Co robić!?... Powiedz, Beniowski! Poradź!...
— Słuchajcie więc: udajcie zaraz, że po utarczce z nami uciekacie w popłochu... Wołając ratunku, dopadnijcie batu i płyńcie ku okrętowi... Może w ten sposób go zwabicie, że przypłynie wam z pomocą, gdyby zaś pozostał na okręcie, to go tam zwiążcie i odstawcie tu do mnie...
Przekonała zebranych ta mowa. Zaraz kozak Gałka i jego przyjaciele rzucili się z okrutnym wrzaskiem ku brzegowi na piaski, a Beniowski kazał swym ludziom palić w powietrze z muszkietów i gnać za zbiegami. Wyskoczyli na pokład stronnicy Stiepanowa a potem i on sam, a widząc swych niedawnych przyjaciół ucierających się ze zwolennikami Beniowskiego, skoczyli natychmiast do szalupy na sukurs im z dziesiątkiem strzelców, którzy wyrychtowali muszkiety na walczących, ale nie śmieli ich użyć ze względu na ogólne pomieszanie i możność wskutek tego poranienia swoich. Skoro bat pełen ludzi połączył się z nimi na zatoce, już nie zwłócząc, pośpieszyli na brzeg, aby kulami zapłacić za zdradziecką, jak mówili, Beniowszczyków napaść i z samym Beniowskim raz na zawsze skończyć. Zaledwie jednak wstąpili na piaski, właśni ich towarzysze rozbroili ich a Stiepanowa związali i powiedli wprost do Beniowskiego, który, stojąc na reducie, kierował wraz z Winblathem rychtowaniem armat częścią na okręt, częścią na stojące na brzegu łodzie. Oddawszy Stiepanowa pod straż, kazał Kuzniecowowi wszystką broń od ludzi odebrać, warty zaufane wszędzie porozstawiać i wogóle dawny porządek w obozie przywrócić, sam zaś udał się bez zwłoki na okręt, aby przekonać się, czy Stiepanow tam nie zrobił czego przez nadmierną swoją złośliwość.



XXXVI.

Wśród powszechnego ożywienia, tkliwego zbratania się niedawnych wrogów, powrotu rozkosznych nadziei, serdecznej ufności i ogólnego posłuszeństwa chyżo i gładko posuwały się roboty koło naprawy okrętu oraz gromadzenia zapasów żywności.
Połowy ryb były tak obfite, iż nie wiedziano, co ze zdobyczą robić; obława na zwierzynę również powiodła się nadspodziewanie. Zapędzono do urządzonych umyślnie opłotków i ubito taką moc dzików, kozłów, sarn, rozmaitego rodzaju ptaków, że wszystkie beczki po wręby wypełniono solonem mięsiwem, a ponadto kazał Beniowski krajać soczystsze tusze na wąskie paski i suszyć na słońcu.
Z miazgi bananowych owoców, utłuczonych i dobrze wyrobionych w dzieżach, pieczono chleby, a orzechy kokosowe setkami zsypywano wprost na spód okrętu.
W kilka dni „Piotr i Paweł“ był gotów do drogi. Według obrachunku Baturina miał żywności i wody zgórą na miesiąc.
Stan zdrowia załogi również był wyśmienity; ustały choroby, a osłabieni rychło odzyskali siły na wyśmienitym wikcie. Nawet Nastazja miała się znacznie lepiej i chociaż ciężko jeszcze kaszlała, już o swoich silach wstawała z łoża i wychodziła przed namiot posiedzieć w cieniu wielkiego umyślnie dla niej sporządzonego parasola, aby przyjrzeć się kipiącej na brzegu robocie.
Beniowski widywał ją zdała, kłaniał się nieraz, uśmiechał życzliwie, ale nie podchodził.
Stiepanow cały ten czas spędził na reducie Winblatha pod silną strażą, przykuty do armaty.
22 lipca z rana wkopano na wzgórku nadbrzeżnym krzyż z następującym napisem:
„Roku 1771 dnia 16 lipca okręt „Święty Piotr i Paweł“ stanął na kotwicy w porcie tej wyspy, pod komendą Maurycego Augusta Beniowskiego, szlachcica polskiego i węgierskiego, generała wojsk Rzeczypospolitej Polskiej, zabranego w niewolę na wojnie przez Moskali i wygnanego za ukazem carowej do Kamczatki, skąd zapomocą swego męstwa wydobyć się potrafił. Wyspa ta jest pusta; poddostatkiem jednak na niej ptactwa i rozmaitej zwierzyny; nabrzeża obfitują w przewyborne ryby, a owoce i woda są na niej zdrowe. Leży pod 32 grad. 47 min. szerok. a 335 grad. 8 min. długości. Okręt płynął z Bolszej w Kamczatce.“
O czwartej po południu, korzystając ze zrywającego się od wschodu wiatru, wyszli z zatoki z wielką trudnością.
Wysokie występy lądu bardzo osłabiały wiatr. Ale koło północy, gdy minęli cypel i znaleźli się na pełnem morzu, wiatr wydął żagle. Ocean falował się równo i cicho; okręt mknął, jak oskrzydlony łabędź. Beniowski, zlustrowawszy go dokładnie i wydawszy należyte rozporządzenia, padł wreszcie na twarde łoże i usnął po raz pierwszy od wielu dni głęboko i spokojnie.
Nazajutrz cały dzień płynęli wśród niezmiernego upału i straszliwego słonecznego blasku.
O szóstej wieczorem spostrzeżono małą wyspę, podobną raczej do kopca porosłego szmaragdowym lasem. Ominęli ją od północy. Zdawała się być zupełnie pusta i nie miała wcale dogodnych przystani. Chociaż morze było spokojne, dokłady fal, hucząc i pieniąc się, skakały tam wysoko i zajadle, jak pręgowate tygrysy na czarne prostopadłe skały.
Następnego dnia płynęli dalej po turkusowem śródmorzu, które ledwie się gięło długiemi falami, suto wyzłoconemi przez słońce. Znowu dostrzegli ląd a nad nim, w płytkim wnęku pobrzeża, gdzie żółciła się duża ławica piachu, jakieś dziwne węże czarne, wijące się w powietrzu.
Skierowali statek ku zatoce, ale prąd był tak mocny, a wśród niego sterczała taka mnogość kamieni i raf, że Beniowski wstrzymał się od lądowania. Kazał mierzyć głębokość, aby zarzucić kotwicę, lecz dna odpowiedniego dla zahaczenia się nie znaleziono.
Ruszono więc dalej, a o świcie znowu dano znać z bocieńca, że widać ziemię. To upewniło Beniowskiego, że znajduje się wśród Archipelagu, który Japonję otacza. Okoliczność, że wyłowiono z wody pod dziobem statku podmyty z ziemią krzew morwowy z kokonami jedwabnika, przylepionemi do liści, utwierdziły Beniowskiego w tem mniemaniu. Zalecił więc oficerom jak największą czujność i ostrożność ze względu na mnogość podwodnych skał oraz siłę przybrzeżnych fluktów, podawaną w opisach przez rozmaitych podróżników.
O dziewiątej byli wszystkiego o dwie mile od ziemi. A że pogoda była śliczna i ciepły, łagodny wiatr ledwie wiał, więc Beniowski wysłał Kuzniecowa z sześciu towarzyszami dla przejrzenia wyspy.
W tym czasie zapadła noc, zadręjfowali więc na widoku brzegów, lecz nad ranem porwał ich tak gwałtowny odpływ, że, mimo wszelkie zabiegi, woda uniosła statek blisko siedem mil na zachód. Kazał Beniowski palić z dział dla ostrzeżenia łodzi, iżby wracała, a o południu z wielkim trudem stanął na kotwicy na głębokości 48 sążni.
Wieczorem wrócił Kuzniecow i doniósł, że na wyspie nie znalazł nic oprócz kilkunastu chat pustych, dokoła których leżały stosy kości rybich. Wnosić należało, iż było to czasowe stanowisko rybaków japońskich.
Noc jasna, gwiaździsta. Pod jednostajnie jarzącem się niebem morze połyskiwało niespokojnie złotemi błyskawicami przy ruchu fal, a pod stewą statku i w bróździe przezeń żłobionej rozpalały się snopy skier szafirowych, i cały rzęsisty ich deszcz spadał w głąb Oceanu, oświetlając na chwilę kołyszące się tam porosty i wolno pływające dziwaczne ryby, głowomogi oraz polipy.
Przyglądała się temu dziwnemu świeceniu morza z niezmiernem zdumieniem i ciekawością cała załoga. Wreszcie Trofimow zaczął dowodzić, że to nikt inny być tutaj nie może, jeno „Asztrach-ptak“.
— Powiedziano jest, że jak się ruszy, to całe morze skrzy się i drga!... Więc on!... Teraz już pewny jestem, że się wszystko dobrze skończy, bo on jest znakiem szczęścia!...
— Będziemy jutro ściskać Japonki!... Hu-ha!... — wykrzyknął kozak Gałka, rozdymając rwane nozdrza.
— I trzosy naładujemy praw dziwem złotem z próbą rządową, a nie tam jakąś... rudą!... — dodał Rybników.
— Ja bo więcej będę brał jedwabi, złotogłowiu, kamki. Cudne mają jedwabie Japończycy... Za sztukę tkaniny w Moskwie tyle można wziąć złota, co sama waży!... — gadał inny.
I tak długo opowiadali sobie wzajem o swych pożądaniach i kłócili się, które są lepsze.
— A najgłówniejsza dostać zboża i bydła! — godził zwaśnionych Trofimow.
— I bab! Niema sprawiedliwości na świecie! Bab powinien mieć każdy tyle, ile zdoli. Jaka byłaby komu z tego krzywda?... Tyle ich dziewkami zostaje do śmierci! — dowodził Gałka.
— Pewnie, że byłyby rade!...
— A jakże!... Nadstaw kieszeń!... Myślisz, że ci tak zaraz pozwoli Beniowski. On te baby tak szanuje, tak szanuje!... Niech Bóg uchowa!... Sam widziałem, jak Niłowską dziewkę w rękę całował...
— Taka ich katolicka ustawa!... Od papieża rzymskiego wydany zdawna rozkaz!... — objaśnił jeden z sekciarzy.
— Ha, jak się nie zgodzi, to znowu... pójdziemy pod Stiepanowa!... — mruknął kozak.
Nie odpowiedzieli mu towarzysze; ten i ów obejrzał się za siebie na stojącego na mostku dyżurnego oficera, poczem zaczęli się zwolna rozchodzić, rozpraszać, dążąc na nocne legowiska, na sienniki rozpostarte przy lukach armatnich lub pod pokładem w kajutach. Żonaci dawno już spali przy boku swych niewiast.



XXXVII.

Pobladło niebo na wschodzie nad krawędzią granatowego morza i dnieć poczęły szafirowe obszary nocnego powietrza. Wstająca z dalekich wód jutrzenka dolewała do nich potężniejące z każdą chwilą strumienie perłowego światła.
Różowy połysk zalśnił na srebrzystych rozfalowanych przestworach Oceanu.
Nagle warta dała znać:
— Wielki ląd!... Statki!...
Kto żyw zrywał się z ław, z pościeli i biegł na przód okrętu. Wśród bladych tumanów, na mlecznej linji widnokręgu widniały, jak okiem sięgnąć, w obie strony szeregi ostrych białych żagli. Niby nieprzeliczone stada czajek przysiadły tam z podniesionemi skrzydłami. Zdawały się tkwić nieporuszone na miejscu, a liczba ich wzrastała, w miarę jak zbliżali się ku nim.
Za pierwszemi rzędami wyłoniły się dalsze bledsze, a za temi już ledwie dostrzegalne mgliste plamy na mglistej oponie wysokiego górzystego brzegu.
Niedługo potem „Święty Piotr i Paweł“ płynął wśród roju użaglonych łodzi rybaczych, wznosząc wysoko swój złocony dziób.
Krajowcy byli tak mocno zajęci połowem, że zdawało się, iż najmniejszego nie dają na przybyszów baczenia. Tylko najbliżsi z mijanych niekiedy wołali:
— Wielki krzyk radości dla Holendrów!... Wielki krzyk radości dla Chińczyków!...[2].
Albo pozdrawiali ich zwykłem u buddystów:
— Czczę cię, o wieczny Buddo![3].
Brzegi coraz wyraźniej odcinały się na błękitniejących niebiosach. Już widzieć się dały szczyty gór z piatami śniegu zaróżowionemi przez zorzę.
Od dalekich brzegów oddzielił się i popłynął ku nim okręt purpurowy z brunatnemi żaglami, wygięty wspaniale w kształt ryby.
Ziemia coraz bliżej.
Wzeszło wreszcie ogromne, czerwone słońce na zamglonem niebie. Na płowej ścianie górskiego łańcucha wystąpiły nagle jasne żyłki skalnych grani i zrębów, a zapadły się cienie szczelin i padołów.
Na przedgórzach przez fioletowy dymek nagrzanej wilgoci coraz wyraźniej przeświecały ciemne smugi strzępiastych lasów, żarzyła się, jak plamy słoneczne, blada zieloność pól i halizn, chmurzyły się kędzierzawe skupiska zarośli. Bielały domy w kępach sadów.
Białe wstęgi dróg sadzonych drzewami przepasywały cudny krajobraz.
Już blisko ląd. Już widać w nim wyraźnie perłowe wcięcie obszernej zatoki...
Strzegą jej dwa wysokie i ciemne przylądki. Cicho, spokojnie w ich otoczu; lustro wody ledwie się marszczy od podmuchów wiatru i nie kołyszą się wcale szeregi gęsto stojących tam w kształt ryby wygiętych okrętów.
Jasne domy z rogatemi dachami osiadły krawędź wody, pieniącej się łagodnie na żółtych piachach. Za piachami jednak, za domami, na wzgórzu wznosi się potężna fasada fortecy.
Purpurowy okręt już był blisko. Na jego masztach, linach i u steru powiewają niezliczone chorągwie żółte, niebieskie, amarantowe z dziwnemi znakami, ze złotemi smokami lub z czerwonem słońcem na białem polu.
Beniowski kazał wywiesić swą polską banderę. Kapitan miejscowego statku zawołał doń coś przez tubę, lecz gdy nikt nie mógł wyrozumieć, co mówi, wysłał naprzeciw szalupę, której majtkowie minami i rozmaitemi gestami dali do zrozumienia, iż zostali wysłani dla przyholowania „Piotra i Pawła“ do portu.
Wyrzucono im tedy dwie liny, z któremi natychmiast wrócili do swego okrętu. Na nim opuszczono natychmiast wszystkie żagle, a z bocznych otworów wysunęło się natomiast osiemdziesiąt bez mała potężnych wioseł, które nadały ruch okrętowi i pociągnęły statek kamczacki do zatoki z niezmierną szybkością.
W porcie, nie zbliżając się wszakże zanadto do stojących tam galar, kazał Beniowski zarzucić kotwicę. I natychmiast zauważono ten manewr na holującym okręcie, zaprzestano wiosłować, poczem szalupa japońska odwiozła przybyszom ich liny. Prosił cudzoziemskich majtków Beniowski, aby weszli na pokład „Piotra i Pawła“, ale żaden tego uczynić nie chciał, a gdy im ofiarowano zapłatę za holowanie, odmówili, kłaniając się grzecznie i wskazując na szyję, co miało znaczyć, iż pod karą śmierci mieli zakaz, by nie przyjmowali najmniejszego podarunku od przybyszów.
Beniowski kazał przedewszystkiem oporządzić i przygotować broń, działa nabić kartaczami, a potem przystąpić do czyszczenia i mycia okrętu.
Widzieli nasi wędrowcy z pokładu, że na brzegu oraz okolicznych statkach gromadziły się tłumy ciekawych; wielka ilość małych i dużych łodzi kręciła się po przystani, ale nikt nie zbliżał się i nawet nie odzywał do nich.
W nocy roje kolorowych ogni rozgorzały wzdłuż brzegu i na wodzie. Po nich dopiero poznali, jak okolica zaludniona, gdyż iskierki światełek błyskały daleko wśród zieleni i wysoko na stokach gór, jak gwiazdy.
— Psia mać! — mruczał Gałka, patrząc na światła.
— Pogańskie mrowie!...
— Nieduże to ciałem, nie większe od jarmarcznej lalki... ale przemyślne! — zgodził się Rybnikow.
— Mówię wam, taki był prześcipny, że, skorom ustami ruszył, wlot mię rozumiał... A grzeczny... aj — aj! Do nikogo nie podszedł bez ukłonu w pół pasa, bez uśmiechu i swego „sajonnara“!... A honorny!... Niech Bóg uchowa brzydki mu wyraz powiedzieć, albo go tknąć!... Zaraz za nóż! — opowiadał Boskarow Urbańskiemu o rozbitku Japończyku, który przed laty dostał się był w niewolę do Bolszej.
Gdy i nazajutrz nikt się na statek do południa nie zjawił, Beniowski, po naradzie z oficerami, napisał list po holendersku w grzecznych wyrazach do władzy miejscowej, w którym donosił, skąd płynie i dokąd udać się zamierza, a takoż czego potrzebuje w obecnym swym stanie. Winblath z Kuzniecowem i kilkunastu zbrojnymi ludźmi siedli do batu i list ów do miasta powieźli.
Przez nich posyłał Beniowski gubernatorowi w prezencie trzy skóry bobrowe i sześć kunich. Aby zaś nie eksponować swych towarzyszów na jaskrawe niebezpieczeństwo lub dzikość tych nieznanych nikomu mieszkańców, kazał podnieść kotwicę i wślad za szalupą przysunął się z okrętem do brzegu, aż o kilkaset kroków.
Natychmiast odbiły od przystani trzy potężne łodzie pełne zbrojnych wojowników, które, stanąwszy w pewnej odległości, obserwowały pilnie najmniejszy ruch przybyszów.
Beniowski śledził też z mostku przez szkła wysłany na brzeg oddział, widział, jak w towarzystwie jednej łodzi japońskiej przybili do drewnianej dygi, jak na nią wyszli, pozostawiwszy na straży w szalupie czterech ludzi, zgodnie z danym im rozkazem; widział dalej, jak po szerokich schodkach kamiennych weszli na wzgórek, na którym rosły sosny i między niemi widniał rodzaj wysokiej wrótni, wygiętem przęsłem nakrytej. Minęli wysłańcy wrótnię, poprzedzani przez japońskich wojowników, i znikli.
Upłynęła godzina jedna, druga i trzecia; nadchodził wieczór. Znów zabłyszczały niezliczone ognie na brzegu i kolorowe latarki na dziobach łodzi poczęły snuć się dookoła statku po czarnej wodzie.
Beniowski kazał zdwoić straże i nie puszczać blisko nikogo bez opowiedzenia się; zresztą Japończycy nie naprzykrzali się, trzymając się wciąż zdaleka. Lękliwa cisza zapanowała na statku; sam Beniowski zaczynał niepokoić się nie na żarty i co czas jakiś wychodził na pokład z kajuty, aby dowiedzieć się, co słychać. W kajutach kobiet słyszał szepty trwożne i nawet płacz stłumiony! Miał już tam pójść i kazał do siebie wołać Bielskiego, aby mu towarzyszył, gdy wtem dyżurny oficer doniósł mu, że trzy większe ognie zbliżają się szybko do okrętu. Kazał więc natychmiast spuścić szalupę i płynąć szesnastu ludziom z Panowem na czele na spotkanie przybywających. Resztę ludzi powołał pod broń i do dział.
Niedługo wszakże wrócił Panow i z uszczęśliwioną miną doniósł, że to Winblath z Kuźniecowem wracają, konwojowani przez dwie łodzie japońskie.
Jakoż zaraz potem wstąpili na pokład wspomniami oficerowie, prowadząc z sobą jakowegoś Japończyka, przystojnie odzianego w obszerne kimono z ciemnego jedwabiu i mającego dwie szable przy boku.
Japończyk wszedł na okręt z zupełnem zaufaniem i powitał wszystkich długą przemową.
Słuchali jej cierpliwie, aczkolwiek nie rozumieli wcale; ponieważ jednak trzeba się było, bądź co bądź, dowiedzieć od wysłańca, czego żąda, posłano niebawem po Boskarowa, który ongi przyjaźnił się w Kamczatce z rozbitkiem japońskim i chwalił się, że posiadł jego język.
Jednocześnie Beniowski wziął na stronę Winblatha i zapytał, co z nimi było na lądzie.
— Ledwieśmy po kamiennych schodach weszli do sosnowego gaju — opowiadał po polsku Szwed — zobaczyliśmy na szerokiej, wysadzanej drzewami drodze może ze dwieście uszykowanej jazdy, w czarnych zbrojach i na dzielnych koniach. Obok stało tyleż piechoty, uzbrojonej w łuki i strzały. Stojący na uboczu oficerowie powitali nas bardzo uprzejmie i ofiarowali nam swoje wierzchowce, abyśmy snadniej mogli dostać się do oddalonej cokolwiek warowni, gdzie mieszka gubernator. Skorzystaliśmy ochoczo z propozycji i tak w orszaku licznego żołnierstwa wjechaliśmy niezmiernie stromą i krętą drogą przez most zwodzony na dziedziniec potężnej fortressy o niezmiernie grubych, wysokich murach, zbudowanych z wielkich głazów. Po zejściu z koni byliśmy zaproszeni do obszernej sali kolumnowej. Na drugim końcu sali na sofie siedział poważny jakiś człowiek, któregośmy wzięli za gubernatora. Pozdrowił nas swojem „fiassi“, na co odpowiedzieliśmy ukłonem i znakiem, że nie rozumiemy. Zaczem spytał nas: „to Holand?“ Zaprzeczyłem gestem, imaginując sobie, że pyta się, czy jesteśmy Holendrzy. Mówił mi następnie: „to Szin-dżi?... to Filippina? to Brabi?... to Masui?... to Tungusi?...“, na co wszystko odpowiedziałem: nie! Naówczas uderzył w bęben, obok niego stojący, i niezwłocznie wbiegło kilkunastu służących, którzy, odebrawszy jego rozkazy, odeszli i natychmiast wrócili z pękiem papierów. Znalazłszy wśród zwitków, co mu trzeba było, gubernator skinął na mnie, abym się zbliżył, i pokazał mi mapę geograficzną, na której spostrzegłem Japonję, Chiny, wyspy Filipińskie, Indje oraz potężny obszar nieznanego kraju, mający prawdopodobnie wyobrażać Europę. Bierze mię zatem gubernator za palec i prosi, abym mu ukazał na mapie kraj, z którego przybywam. Zdumiał się, gdym mu ukazał, iż nie z Europy płyniemy, lecz z Ameryki, i powtórzył kilkakrotnie: „namu-amida-butsu!“ Nie chciałem mu bliżej wyjaśniać, jaką drogą płynęliśmy, gdyż zabroniłeś mi tego. Długo kiwał głową i cmokał, więc powiedziałem mu na migi, iż dzięki tak długiej podróży zbywa nam na wszystkiem, a nadewszystko brak nam żywności i że jego w tej mierze szukamy pomocy. Przedłożenie moje tak było dobitne, że wnet je zrozumiał i, wskazawszy na usta i brzuch, przywołał służących, z którymi dość długo rozmawiał. Pragnąc jak najprędzej wrócić na okręt, ofiarowałem mu skóry kastorowe oraz kunie, dając mu gestami do zrozumienia, że to ty je przysyłasz i że ja jedynie jestem posłańcem. Oddałem mu przytem twój list, który wziął, ale podarunków przyjąć nie chciał. Widząc to, przypomniałem sobie, co Japończycy czynili, (gdyśmy; ich udarować chcieli, i wskazałem gubernatorowi na mą szyję. Roześmiał się i kiwnął głową, aby mię zaprowadzono do sąsiedniego pokoju, gdzie zastałem klęczącą na matach białogłowę. Ofiarowałem jej twoje podarunki i wzajem udarowany zostałem koszem kwiatów, który tu przywiozłem. Po powrocie do sali, zastaliśmy tam innego Japończyka, z którym gubernator miał długą rozmowę, a po której nas pożegnał. Pod przewodnictwem owego Japończyka oddaliliśmy się, a przybywszy na brzeg, znaleźliśmy łodzie naładowane żywnością, które razem z nami tu przypłynęły. Japończyk, który miał do was przemowę, jest właśnie dodanym nam na przewodnika urzędnikiem...
Po wysłuchaniu tego doniesienia Beniowski wrócił natychmiast do swej kajuty, gdzie Boskarow daremnie się biedził, aby Japończyka zrozumieć, gdyż z wyjątkiem pozdrowienia: „sajonnara“ oraz potwierdzenia „tak“ — „sajo!“ i zaprzeczenia „nie“ — „nai!“ nic więcej nie umiał. Siedzieli więc naprzeciwko siebie i, powtarzając wciąż te wyrazy, śmiali się głośnym śmiechem, czego wymaga grzeczność japońska, jak to stanowczo twierdził Boskarow.
Przerwał te dziwne śmiechy Beniowski, ofiarując Japończykowi dwie pary skórek sobolich. Ten natychmiast pięści do piersi przytulił, przysiadł i pochylił się kilkakroć, wciągając mocno w siebie powietrze; jeżył mu się przytem zabawnie warkocz, zapleciony w kształt koguciego grzebienia pośrodku podgolonej głowy.
Beniowski z niezmąconą powagą odpowiedział mu takim samym ukłonem i wciągnięciem w siebie oddechu, co niezmiernie podobało się urzędnikowi. Ruchem ręki dał znak, że cztery skórki dla niego za dużo, że dość będzie miał dwóch.
Gdy Beniowski nastawał, aby wziął wszystkie, po długich ceregielach zgarnął je i schował zręcznie w obszerne, zwisające rękawy. Zaczem wyszedł na pomost i wydał rozkaz, aby wyładowano z łodzi żywność. Było tam dwadzieścia pięć worów ryżu, cztery kosze herbaty, paka cienko krajanego tytoniu, osiem tusz wieprzowych, szesnaście koszów suszonych fruktów, dwie beczki solonej ryby, sześć beczek wina, pięćdziesiąt sztuk drobiu, wielka ilość cebuli, pomarańcz, cytryn oraz innych owoców.
Widok tego wszystkiego wywołał wielką radość w załodze, ale w zachwyt największy wprowadziły ich trzy baryły tęgiej wódki ryżowej. Przypadli w roztkliwieniu do antałków i całowali je, jak matki rodzone.



XXXVIII.

Od tej chwili zaczęły się przyjazne stosunki między załogą „Świętego Piotra i Pawła“ a krajowcami. Coraz bliżej krążyły i podpływały ku statkowi łodzie japońskie i nadzy, jak z miedzi wykuci, rybacy w wielkich grzybokształtnych kapeluszach wesoło krzyczeli swoje: waa-szi!
— Dawaj kaszy!... Dawaj kaszy!... — odpowiadali im, śmiejąc się, Moskale, którzy tak przezywali ryż.
— Weseli są a tylko plugawi... Tuzin takich nasza baba w fartuchu wyniesie!... — zauważył Gałka.
— Bo chleba nie jedzą. Co z tego ryżu?... Ledwie człowiek kichnie po obiedzie, już głodny!... — dowodził Trofimow.
— Ja bo głównie ciekaw jestem ich kobiet!... — wtrącił Rybnikow. — Ale coś ich nie widać!... Może oni bez kobiet się rodzą, wprost ze szczelin skalnych wyłażą, jak karaluchy!...
— A nie widzisz ich tam!... — wskazał Andrejew na brzeg, gdzie pod wielkiemi żółtemi parasolami z czarnemi obwódkami stały ciemne figurki, przepasane barwnemi pasami.
— Kto ich wie, co one są!... Chłopi tutejsi też długo się noszą, warkocze na głowie zaplatają, tfu!... wachlarzami się wachlują. Cienkie to, drobne, smukłe, rączki i nóżki jak u dziewuch!... A wąsów i brody u żadnego ani poświeci! Może to całkiem babi lud, ino przed nami samców udają!... Trzebaby zedrzeć z którego chlamidę i zobaczyć!... — dowodził Gałka.
— A jakże, rusz go!... On cię swojemi dwiema szablami w mgnieniu oka z dwu boków przetnie!... Nie zdążysz Beniowskiemu się poskarżyć!... Zresztą nasz stary za taką rzecz teżby ci kazał dołożyć!...
— Cicho, jedzie znowu jakaś pół-djabla, pół-dziewusza persona!... — zawołał Rybnikow.
Istotnie do okrętu przybiła nieduża łódź z dwoma nagimi wioślarzami i młodzieńcem wytwornie ubranym w jedwabie, w perłowego koloru „kimono“, z dwiema szablami za pasem.
Przybyły zręcznie wdrapał się po spuszczonej drabince na pokład i gestami okazał, że pragnie zobaczyć się z komendantem statku. Zaprowadzono więc go do Beniowskiego, który z trudem wyrozumiał, przy pomocy Boskarowa, że znaczna liczba miejscowych obywateli pragnęłaby bardzo zwiedzić statek, lecz że obawiają się „teppo“. Tu wskazał palcem na armaty. Uspokoił go Beniowski upewnieniem, że pokojowe ino żywi zamiary, w dowód czego kazał działa pokrowcami nakryć.
Ucieszył się Japończyk i, zaproszony, aby przybył co rychlej ze swymi przyjaciółmi, odpłynął pośpiesznie.
Beniowski kazał natychmiast wszystko na okręcie oczyścić, uporządkować i wyszykować na przyjęcie gości.
Zaledwie skończono przygotowania, dały warty znać, że płyną trzy łodzie. W każdej siedział wysoki urzędnik, co poznać można było po wielkim czerwonym parasolu z frędzlami. W jednym z przybywających poznał Winblath tego, którego widział w cytadeli.
Gdy weszli na pomost, kazał Beniowski ustawionym w szyk strzelcom sprezentować broń, a sam postąpił kilka kroków na spotkanie gości, przyciskając ręce do piersi, kłaniając się i powtarzając;
— Fiassi guzarimas!...
— Waa-szi gozarimasu!... — odpowiadali ci, również przysiadając, chyląc głowy i przyciskając ręce do piersi.
Wystrojony w niebieski żupan ze srebrnemu guzami, Boskarow służył za tłumacza. Jakkolwiek ciemne były eksplikacje jego japońskiej konwersacji, porozumiewano się jednak niezgorzej przy pomocy min i gestów z dodaniem przekręconych japońskich i holenderskich wyrazów.
Japończycy mieli je za najczystszą rosyjską mowę, notowali i powtarzali skwapliwie, a jeden z gości zauważył nawet z uśmiechem:
— Jakże nasz bełkot ochrypły podobny jest bardzo do waszej dźwięcznej mowy: wy „fiassi“, my „waa-sszi!“, my „teppo“, wy „tippo!“
— Sajo (tak)!... — mruknął kwaśno Boskarow, kłaniając się i wciągając powietrze. Kazał mu to robić Beniowski jak można najczęściej. To też Boskarow korzystał z rozkazu i wciąż prawie przykucał, opierając ręce na kolanach z miną to wystraszoną, to żałosną, to naroczyto głupkowatą.
Załoga pękała ze śmiechu, majtkowie szturchali się i bili, szepcząc rozmaitemi głosy:
— Dawaj kaszy!...
Tymczasem mali, cytrynowi ludzie pod osłoną ukłonów i uśmiechów docierali wszędzie, oglądali wszystko.
Widział Beniowski, że niektórzy wyjęli książeczki z rękawów, że spisują armaty, że liczą ludzi, rysują plany. Zaniepokoiło go to trochę i, aby im przeszkodzić oraz odwrócić uwagę w inną stronę, kazał prosić ich na ucztę, przy której polecił usługiwać białogłowom. Wystrojone w swoje najpiękniejsze szaty, we wzorzyste jedwabie i tyftyki, w perłach, koszulach i sznurach ze złotych monet na szyjach, w sobolich toczkach i wysokich kokosznikach na głowach, z pękami jaskrawych wstęg na plecach, w żółtych i czerwonych półbucikach na zgrabnych nogach, młode cudzoziemki, białe i różowe na licach, piersiste oraz szerokie w biodrach, wprawiły w zdumienie i zachwyt Japończyków. Wciąż przysiadali i wciągali powietrze, wołając:
— Oja!...
Białogłowy były też ze swej strony niezmiernie zadowolone z uczuć, wywołanych u cudzoziemców, oraz z możności pokazania publicznie swych pleśniejących bezużytecznie strojów. Szczególniej Agafja przybrana była, jak prawdziwa księżna, w drogie robrony i atłasy. Brakowalo jedynie Nastazji, lecz nikt tego nie zauważył w powszechnej wesołości i ożywieniu z wyjątkiem Beniowskiego, w którego oczach prześliznął się chwilowy ból na widok urodziwego orszaku bez dziewczyny. Jednocześnie poczuł jakby uderzenie sztyletu zboku i, odwróciwszy głowę, spotkał się z zimnem spojrzeniem i szyderczym uśmiechem Stiepanowa.
Po odjeździe gości, jakby w nagrodę za godne ich przyjęcie, przybył nowy transport łodzi z żywnością, z beczkami wody i baryłkami gorzałki.
Nazajutrz Beniowski chciał koniecznie sam odwiedzić brzegi, ale Chruszczów, Kuźniecow, a szczególnie Panów oparli się temu, przekładając, że nie należy zbytnio dowierzać pięknym oświadczeniom zdradliwych zazwyczaj wyspiarzy.
Błądząc po pokładzie, gdzie próżnująca załoga urządzała rozmaite gry, nie mógł się oprzeć Beniowski pokusie zajrzenia do Nastazji. Drzwi były niedomknięte, mógł więc niepostrzeżony zlustrować cichą kajutę. Młoda dziewczyna stała na małym stołeczku pod ścianą i, przytrzymując białą ręką wieko okienniczki, patrzała na zielony brzeg, widniejący za błękitną wodą w okrągłym otworze luminatora.
Oddalił się Beniowski cicho, jak był przyszedł, i usłyszał za sobą głuchy kaszel, który bolesnem echem odbił się w jego sercu.
Po południu, gdy znowu w swej kajucie mapy studjował, dano mu znać, że kilkanaście łodzi, strojnych w chorągiewki, zbliża się ku „Ś-mu Piotrowi i Pawłowi“. Wybiegł natychmiast, aby przygotować się na ich spotkanie. Zbliżały się przy odgłosie śpiewu oraz grze instrumentów muzycznych.
W odległości pół węzła zatrzymały się, poczem już tylko trzy z nich najokazalsze przybiły do statku. Na środkowej znajdował się poważny starzec, w bogate szaty przybrany, z czarnym przejrzystym beretem na głowie. Dostawszy się na pokład „Piotra i Pawła“, ukłonił się Beniowskiemu uroczyście i oddał mu list, pisany po japońsku. Ponieważ nikt nie mógł go przeczytać, udano się znowu do pomocy Boskarowa, który, po wielu trudach, zapytaniach oraz powtórzeniach, oznajmił nareszcie, że to sam „dajmios“ Uri-khama, wicekról tego miejsca, przysyła list z prośbą, aby Beniowski do niego przybył i w zakład bezpieczeństwa przysyła mu dwu znakomitych młodzieńców. Beniowski odpowiedział, iż z przyjemnością z zaproszenia skorzysta, zakładników zaś nie zatrzyma, w zupełności ufając szlachetności i słowu pana ziemi tutejszej.
Bardzo się ta rezolucja Japończykom podobała, a bardziej jeszcze to, że Beniowski kazał niezwłocznie bat szykować i, zabrawszy czterech związkowych, wraz z Boskarowem pośpieszył do miasta, złożywszy dowództwo okrętu w ręce Chruszczowa.
Pojawienie się Beniowskiego powitano na flotylli miejscowej radosnemi okrzykami, poczem łodzie, rozdzieliwszy się na dwie dywizje po trzy w rzędzie, popłynęły ku kamiennym schodom przystani.
Tam już czekały na nich rozłożone piękne maty i przygotowana herbata. Nieopodal stały lektyki przygotowane do dalszej podróży i oddziały żołnierzy w ciemnych zbrojach z wielkiemi mieczami w ręku.
Niewiele widział Beniowski, gdyż tłum konnych oficerów otaczał jego lektykę całą drogę. Dopiero gdy stanęli przed bramą obszernego ogrodu, straż cofnęła się, a Beniowskiego spotkali na progu dwaj z niezmierną wspaniałością przybrani wojskowi, którzy, pomówiwszy z wysłanym starcem, oddali gościowi trzykrotnie niski ukłon, ujęli go pod pachy i w tej pozyturze zaprowadzili do małego domku, stojącego wśród ogrodu.
Ściany domku były rozsunięte i widać było wytwornego Japończyka z twarzą delikatną, kobiecą, ubranego w szaro-niebieskie szaty jedwabne, siedzącego pośrodku sali na niziutkiej sofie, krytej żółtym adamaszkiem. Żółta również szarfa przepasywała wpół dostojnika. Przy wejściu u schodków spotkały Beniowskiego na klęczkach dwie piękne dziewczyny i, zdjąwszy mu obuwie, włożyły mu na nogi bieluchne, krótkie sukienne pończochy. To samo uczyniły jego towarzyszom, poczem po lakierowanych schodkach mahoniowych wprowadzono ich do wnętrza sali. Tu towarzyszący Beniowskiemu japońscy oficerowie przyklękli na oba kolana i uderzyli czołem przed władcą; Beniowski naśladował ich, co widocznie bardzo pochlebiło wicekrólowi. Odpowiedział mu uprzejmym uśmiechem i łaskawym ukłonem.
— Kto jesteś, cudzoziemski wędrowcze?... Z jakich krajów przybywasz?... I czego szukasz w mojej skromnej ojczyźnie?...
— Jestem żołnierz zachodni. Przybywam z Kamczatki. Wiatry szczęśliwe zagnały mię do twej pięknej ojczyzny, panie!... — odpowiedział przez Boskarowa Beniowski z ponownym ukłonem.
Widocznie jednak przekład Boskarowa nie zadowolił wicekróla, gdyż dał znak, a natychmiast zbliżyli się na klęczkach malarze ze zwitkami papieru i jęli szybko maczanemi w tuszu pędzlami malować rozmaite figury, zapomocą których Beniowski miał wymiarkować, czego od niego żądają.
Skoro ujrzał Uri-khamę na jednym z rysunków, ofiarującego mu swe serce, wziął natychmiast papier i z głębokim ukłonem do swego czoła, następnie do piersi przycisnął.
Uśmiechnął się znowu wicekról i, dawszy znak Beniowskiemu, aby się zbliżył, uścisnął mu po europejsku rękę. Następnie dał znak, aby wprowadzono przybyłych z Beniowskim marynarzy, których zatrzymano w przedsionku.
Weszli niezgrabni, ogromni, a nie znając etykiety japońskiej, pozostali u drzwi stojąc, wyciągnięci jak struny. Głowy ich, przybrane na tę uroczystość w czapy futrzane, sięgały nieledwie rzeźbionej i złoconej powały, twarze mięsiste, długiemi brodami obrosłe, szerokie bary, grube, jak kłody, członki, odziane w błękitne „czekmenie“, czyniły ich podobnymi do tych nadludzkich posągów bogów wojny i burzy, jakie stoją w niszach poniektórych świątyń japońskich. Uri-khama przyglądał im się okiem badawczem.
— Czy wszyscy są tam u was tacy?... — spytał po chwili.
— O tak!... Rośli są ludzie Północy!...
— A ty?... Dlaczego niższy od nich jesteś?...
Beniowski podniósł się, swą prawą skrzywioną od postrzału i niedawnego rozranienia nogę oparł na małym stoliku, na którym trzymał papiery jeden z malarzy i wyprostował się. Lwia jego głowa wzniosła się nagle ponad wszystkie.
Uri-khama z widoczną przyjemnością spoglądał na wspaniałą postawę wojownika.
— Potężnym jesteście narodem!... — rzekł wreszcie, zapraszając znakiem gości, by usiedli.
— Lew, choć król, jest mniejszy ciałem od wołu i wielbłąda!... — odpowiedział dworsko Beniowski.
Wszczęła się rozmowa, która trwała do późnej nocy. Uri-khama wypytywał o tysiące szczegółów, między innemi o to, gdzie otrzymał Beniowski rany, które uszkodziły mu nogę, jaką rangę piastował, jaki jest szyk zbrojny i sposób wojowania ludów północnych.
Z trudem wielkim porozumiewali się; to też wicekról, zapraszając Beniowskiego, aby u niego kilka dni zabawił, obiecał, że jutro przybędzie człowiek, z którym będzie mógł mówić swobodnie we własnym języku.
W sąsiednim domu, do którego odprowadzono podróżników na nocleg, zastali suto zastawioną wieczerzę, składającą się z gotowanego ryżu, z pieczystego, z ryb suszonych, z rozmaitych owoców, z ciast, z cukrów rozstawionych w małych miseczkach na niewielkich, jak tacki, i niziutkich, jak stołeczki, stolikach z pięknej czarnej i złotej laki. Jako trunek podawano im grzaną wódkę ryżową i gorzką herbatę w małych, jak duże orzechy, i cienkich, jak łupina jajka, filiżankach.
Wszystko wydało się im małe, drobne i śmieszne. Sam pokój, w którym znaleźli się, podobny był do wyklejonego malowanemi papierami pudełka.
Dziewczyny, które im usługiwały na klęczkach, były niby śliczne motyle ze złożonemi skrzydłami. Wielkie kokardy ich kolorowych pasów ztyłu związanych, długie, zwisające z drobnych rąk rękawy sukien, wielkie szpilki, wetknięte w czarne, kunsztownie zaczesane włosy, czyniły je całkowicie podobnemi do tych wdzięcznych owadów.
Wzdychali zabawnie Boskarow i majtkowie, spoglądając drapieżnie na te wdzięczne postacie, pozostające na klęczkach u ich wezgłowi nawet w chwili, gdy kładli się spać.
Nie śmieli jednak nawet pożartować sobie z niemi, wstrzymywani surowym wyrazem twarzy i twardem spojrzeniem Beniowskiego.



XXXIX.

Rano wręczono Beniowskiemu raport Chruszczowa, w którym ten donosił, że wszystko na statku w porządku i że Japończycy przysłali znowu sto worów ryżu, dwadzieścia świń i moc niezmierną owoców, ryb suszonych oraz drobiu.
O dziesiątej, gdy już byli spożyli śniadanie, dano znać Beniowskiemu, że wice-król idzie go odwiedzić. Wybiegł więc na spotkanie do pełnego zapachów i błyszczącego od rosy ogrodu. Ścieżką wzdłuż brzegów małej sadzawki z lilipuciemi skałami, gdzie wśród przejrzystej wody pluskały się złote czochrate ryby, szedł Uri-khama we włosiennym, przejrzystym berecie na głowie i w jasnem domowem „kimono“; obok niego szli trzej bonzowie z ogolonemi gładko głowami, w żółtych jedwabnych opończach, z ogromnemi żółtemi różańcami u pasów. Jeden z nich przybliżył się zaraz do Beniowskiego i z ukłonem japońskim pozdrowił go po holendersku. Zaraz potem nadszedł wicekról i, uścisnąwszy Beniowskiego po europejsku za rękę, wskazał na owego mnicha, jako tego, o którym zeszłego dnia powiadał. Poczem skinął uprzejmie głową i oddalił się w głąb ogrodu, gdzie widać było rabaty cudnych kwiatów i drzewa rozmiaite, dziwacznie pokręcone i strzyżone.
Idąc za nim w tym samym kierunku, opowiadał mnich o sobie, o Japonji i pytał Beniowskiego o rozmaite rzeczy. Przedewszystkiem powiedział, że pochodzi z Toza, że stamtąd musiał przenieść się do Szimo, gdzie spotykał się z Holendrami i nauczył po holendersku, że stan duchowny przyjął, iżby mógł poświęcić się nauce i uwolnić od uciemiężliwej władzy świeckiej.
Poczem powiadomił Beniowskiego, że Uri-khama jest „dajmiosem“, czyli wielkorządcą tej prowincji, że ma za małżonkę córkę cesarza, że jest najuczeńszym człowiekiem w państwie i że szczególniej wielbi astronomję, że jest dobroczynny, wspaniałomyślny, szczodry, sprawiedliwy, zaco ubóstwiany jest przez swych poddanych.
Zkolei Beniowski opowiadał mu o Europie w generalności i szczegółowiej opisał Polskę.
— Słyszałem nieraz o krajach zachodnich — rzecze bonza — i wnioskuję, że lubo tam być może więcej niż u nas nauki i wynalazków, lecz zato większy szereg występków i zbrodni... O twoim zaś kraju nie słyszałem zgoła nic wcale!...
Ze smutkiem opowiedział mu Beniowski o położeniu Rzeczypospolitej, o napadzie na nią możnych sąsiadów, o ich intrygach i walce z nimi skonfederowanych stronników niepodległości... Opisał moc, potęgę i zaborczość tych państw sąsiednich, ogrom ziem, zagarniętych już przez wschodniego sąsiada i ciągłe rozszerzanie przezeń granic.
— Już się oparli o morze Północne i Wschodnie... już chińskich sięgnęli granic, już mają Kamczatkę i nałożyli swą rękę na wyspy Aleuckie... a wciąż im mało... Marzą o Kalifornji, a zczasem przyjdą i do was, gdyż chciwość ich urzędników oraz pragnienie łupów granic nie zna!...
Z niezmierną ciekawością i uwagą słuchał mnich i zapytał:
— Więc ty nie jesteś Oros?... Więc walczyłeś z nimi?... Jakże się stało, żeś tu się znalazł?...
— Uciekałem od ich ucisku, jak ty z Tosa do Szimo!... Byłem ich jeńcem!...
Opowiedział dość szczegółowo cały przebieg swego uwięzienia, podróży, wygnania na Kamczatkę, buntu i wyzwolenia.
— Śpieszę do ojczyzny, lecz po drodze, przeciwnemi uniesiony wiatrami, z największą trwogą zawinąłem do japońskich brzegów...
— Czegóżeś lękał się w takim stopniu, jeśli sam w pokojowych do nas przychodzisz zamiarach?
— Głoszą Hiszpanie, którzy z wami zdawna prowadzą handel, że rząd tutejszy każe mordować wszystkich chrześcijan, którzy ważą się lądować na japońskich brzegach...
Mnich uśmiechnął się przykrym uśmiechem.
— Jest wprawdzie podobny dekret cesarza, zakazujący wpuszczać Hiszpanów i Portugalczyków do Japonji, gdyż dali oni dość dowodów zuchwałości i zdolności do intryg, nie tyczy się to wszakże narodów, które, jak twój, nic złego państwu nie uczyniły. Czy bramin, czy chrześcijanin, wszystko u nas jedno: poczciwego, jakiejkolwiek on religji, kochamy, złego każdy z nas nienawidzi. Kara, o której wspominasz, dotyka tylko burzycieli i tych, którzy na wolność naszą próbowaliby nastawać... Dlatego powiedz mi raczej więcej o tych Moskowitach, którzy morza Wschodniego już sięgnęli i ktorych rychłe przyjście nam prorokujesz... Cóż czynią oni w owej Kamczatce, którą znamy, gdyż rybacy nasi i marynarze odwiedzają ją niekiedy, chwaląc sobie niezwyczajnie jej wyborowe ryby i drogocenne, przedziwne futra...
Musiał Beniowski opowiedzieć wszystko, co wiedział o ziemiach, lasach, wodach i portach kamczackich, o jej wulkanach i ludach, o fortecach rosyjskich pobrzeżnych, o okrętach kupieckich i rządowych...
Pilnie słuchał mnich i niektóre rzeczy notował, a gdy zaproszono ich do pałacu na herbatę, powtórzył wszystko wice-królowi. Choć ten okiem nawet nie mrugnął, ani żadną zmianą w swych rysach zaciekawienia swego nie wykazał, poznał łacno Beniowski ze sposobu, w jaki następnie o rozmaite rzeczy pytał, jak głęboko zainteresowały go wieści o państwie moskiewskiem.
Nie taił nic ze swej przed tem państwem obawy. Równocześnie próbował dowiedzieć się, co dygnitarz japoński myśli o innych kolonjalnych państwach europejskich, a przedewszystkiem o Holendrach.
— Wiadomo mi, iż holenderski naród, w szczupłym i nikczemnym zamieszkały kraju, bawi się głównie kupiectwem. Ciężko więc jest, aby miał jakowyś honor, albo szlachetniejsze wierzenia, gdyż religja kupca zawisła jest od zysku i poboru pieniędzy.
Gdy tak mówił, podano na małych stoliczkach obiad, który Beniowski tym razem spożywał, siedząc naprzeciw wielkorządcy.
Cały czas gościnny gospodarz rozmawiał naprzemian z bonzą i ze swym gościem zamorskim, którego spytał wreszcie z uprzejmym uśmiechem:
— Czyli jesteś chrześcijaninem podobnym do owych wyznawców z Kagoszima, co życie swe gotowi hazardować w obronie swego Boga?
— Bóg, którego wyznaję — odrzekł z namysłem Beniowski — jest tenże sam, którego czczą Japończycy. Jeden jest tylko Bóg, Stwórca wszechrzeczy, a zatem, gdyby mi przyszło1 poświęcić życie za Niego, umarłbym zarazem i za Stwórcę waszej ojczyzny!...
— Namu-Amida-Butsu!... — odrzekł uroczyście Japończyk i już się o nic więcej nie pytał, a niedługo potem oddalił się w głąb swych apartamentów.
Beniowski pozostał z bonzą, który nie ustawał w wywiadywaniu się rozmaitych szczegółów, tyczących się rządów, wojen oraz bojowych rynsztunków krajów zachodnich a nadewszystko ich handlu i polityki.
Wreszcie oświadczył Beniowskiemu, że bardzoby pragnął zwiedzić okręt i poznać główniejszych jego towarzyszy.
Beniowski zgodził się natychmiast i wysłał jednego ze swych ludzi z listem do Chruszczowa, aby nietylko bonzę godnie przyjął, pokazał mu wszystko, lecz również hojnie futrami udarował.
Rozkazał nadto przysłać sobie sześć skór najcenniejszych bobrów, dwadzieścia cztery skóry lisie, tyleż sobolich, czterdzieści muszkietów pięknie wyczyszczonych i dwie armaty z lawetami.
Po odjeździe bonzy Beniowski, znużony ciągłemi rozmowami, skorzystał z chwili samotności, aby wypocząć i porobić notatki.
Wieczorem bonza niezmiernie mu dziękował za przyjęcie na okręcie oraz podarunki, do których przyjęcia gwałtem go niejako zmuszać trzeba było.
Do późnej nocy rozprawiali o rozmaitych sprawach i snuli razem projekty. Gdy wreszcie bonza odszedł, Beniowski, nie mogąc usnąć, a mając zwyczaj rozmyślać, przechadzając się, czego nie mógł uczynić w swym małym, do pudełka podobnym, pokoiku, rozsunął papierowe jego ściany i wyszedł do ogrodu.
Po niebie szybko płynęły czarne chmury, co chwila gasząc jasny blask miesiąca. To gasły, to rozbłyskały w ciemnościach małe stawki i strumyki z łukowemi mostkami, przerzuconemi z brzegu na brzeg.
Dziwaczne kamienne latarnie, stojące tu i tam, zdawały się skamieniałymi rycerzami. W głębi płytkiej groty błyszczał złocony posąg Kwanon, siedzący na liljach, a tak podobny do posągów polnych Matki Boskiej w Polsce, że Beniowski przystanął przed nim na chwilę ze ściśnionem sercem. Już wolny, już płynie... już najgorsze przeszkody poza nim!... A jednakże jak wiele zostało!...
Szedł dalej mimo klombów białych peonij, jakby utkanych z mgły, połyskujących w świetle miesiąca zielonawemi ogniami rosy. Minął rozpięty w kształcie parasola srebrny jesion, minął altankę nad wodą uwieszoną ametystami rozkwitłych glicynij. Wszystko to znał już dobrze z dziennych przechadzek.
Nęciła go ta dalsza część parku, gdzie w seledynowem od miesięcznego światła powietrzu czerniały nieruchomo wyniosłe kopuły nieznanych mu drzew, i skąd ciepły wietrzyk niósł cierpkie aromaty żywicy, kamfory i listopadu. Rychło znalazł się na dróżkach wąskich, półdzikich, trawą zarosłych, wijących się wśród kolumnady potężnych pni. Nie rozróżniał nic prawie w gęstym mroku, ale wdali, w smudze księżycowej poświaty, bielał i wabił go tajemniczą jasnością jakiś zrąb muru. Szedł ku niemu, wciąż rozmyślając o swych z bonzą i wice-królem rozmowach, starał się przeniknąć ich znaczenie i odgadnąć możliwe następstwa.
Niezadługo znalazł się u ściany i spostrzegł, iż jest to właściwie kamienna balustrada, oddzielająca taras górnego ogrodu od innego, leżącego poniżej. Dostrzegł tam czerwone światło, migające przez zarośla, rozpoznał wygięte narożniki ukrytego w nich domku i usłyszał lecący stamtąd słodki śpiew kobiecy z towarzyszeniem gitary... Wsparty na łokciu długo dumał, oczarowany urokiem ciepłej wonnej nocy, marzącym blaskiem miesiąca i srebrnym głosem nieznanej niewiasty. Przepływały przed nim wspomnienia miłe i straszne, ale rychło zagłębił się cały w obrazach upragnionej przyszłości. Już widział się zakładającym kwitnące kolonje na pustych wyspach Oceanu, łączył je w potężną całość korzyściami wzajemnego handlu i obroną wolności...
Japonja podtrzymuje go w mądrem przymierzu przeciw rosnącej w siłę Rosji, Holendrowie czy Anglicy popierają go dla własnych zysków. Nareszcie powstaje kraj, gdzie swoboda łączy się ze sprawiedliwością i szczęśliwość powszechna z powszechnym dostatkiem. Zagrożona na tyłach Rosja zaprzestaje wojny z Rzecząpospolitą polską, która, odrodzona i potężna, śle mu z Gdańska okręty ładowne cennym towarem, nasionami, narzędziami rolniczemi i pracowitymi kolonistami.
— Bo z tych nic nie będzie!... — myślał z goryczą o obecnych towarzyszach swoich. — Ale przedewszystkiem trzeba wciągnąć do mych zamiarów tego wice-króla!...
Wtem drgnął i ucho nadstawił, wydało mu się, że niedaleko trzasnęła gałązka i dźwięknęło żelazo, wzrok skierował w tę stronę i dojrzał jakby cień rycerza o dwu szablach, chowającego się za potwornym pniem kryptomerji. Jednocześnie umilkł głos kobiety i zgasło światło w domku na dole.



XL.

O świcie przyniósł goniec list od Chruszczowa z wiadomością, że podarunki dla Uri-khamy są już w drodze, że Panow, Baturin i Kuźniecow one konwojują, że spokojność i porządek zachowane są na okręcie, że majtkowie, którzy kolejno według rozkazu Beniowskiego na ląd są puszczani, sfornością i grzecznem postępowaniem zjednali sobie powszechnie serca mieszkańców, że prowadzą z nimi ożywiony handel zamienny.
Ucieszyły te wiadomości Beniowskiego i z niecierpliwością czekał na przybycie podarunków, dowiadując się jednocześnie u bonzy, jakim sposobem je najzręczniej doręczyć. Ten radził je w mieszkaniu Beniowskiego narazie złożyć i czekać sposobności.
Tak też Beniowski uczynił, rad niezmiernie z przybycia Panowa z towarzyszami, którzy wspaniałemi swemi ubiorami i wojowniczą postawą dodawali niemało blasku jego zamiarom. Szczególnie majestatycznie wyglądał poważny Baturin w swym długim malinowym „kazakinie“ ze złotemi guzami, z białą, sięgającą do pasa brodą.
Gdy koło jedenastej z rana dźwięki muzyki oraz szmer i głosy przy bramie wjazdowej dały znać o powrocie Uri-khamy z urzędowania na mieście, wyszedł na jego spotkanie Beniowski z przyjacioły i przedstawił ich niezwłocznie dostojnikowi. Wszczęła się ogólna rozmowa, w czasie której bonza zręcznie wstawił wiadomość o sprowadzonych z okrętu przedmiotach. Wice-król tak się wiadomością tą zaciekawił, że, odłożywszy obiad, udał się przedewszystkiem, aby je obejrzeć. Tu wystąpił Beniowski z piękną przemową, w której prosił Uri-khamę, aby przyjął te małe upominki na pamiątkę łaski i dobroci, jakiemi obdarzył nieszczęśliwych wędrowców, miotanych burzami zdala od ojczyzny.
Mowę tłumaczył bonza, a wielkorządca słuchał jej łaskawie. Poczem uprzejmie podziękował i kazał zaraz wszystkich prosić do siebie na obiad. Obiad był przewyborny, usługiwały dziewczyny młode i ładne z ogromnemi barwnemi kokardami pasów na plecach, podobnemi do skrzydeł motylich. Przygrywała muzyka, lubo nie doskonała, uszom jednak dość przyjemna.
Wstawszy od stołu, wszyscy poszli do ogrodu, gdzie próbowano muszkietów, strzelając z nich do celu. Dziwiła niezmiernie obecnych zręczność w tej mierze towarzyszów Beniowskiego. Ku końcowi rozrywki sam Uri-khama zechciał próbę uczynić. Przyprowadzono konia, któremu w łeb strzeliwszy, ubił go na miejscu.
Niezmiernie zadowolony spytał przez bonzę Beniowskiego, czem może mu odpłacić za dar tak cenny.
Skłonił się nisko Beniowski i, przyciskając ręce do piersi, rzekł:
— Nic nie zastąpi nam łaski i przyjaźni waszej dostojności!... Gdybyśmy jednak mieli nadzieję, że dano nam znowu będzie zczasem ujrzeć oblicze twoje i korzystać ze wspaniałomyślności twojej oraz z możności wymiany naszych skromnych towarów na produkty ziemi twojej, radość nasza i szczęście dosięgłyby szczytu!...
Drgnęły zlekka nozdrza Uri-khamy i odrzekł z dumą, że nikomu nie jest wzbroniony wstęp na ziemię japońską, kto nie ma zamiaru mieszać się do spraw rządu, ani zakłócać interesów religji.
— Zachowujcie się spokojnie, szanujcie nasze obyczaje, nie wprowadzajcie nam swoich bonzów i nie zakładajcie fortec, a doznacie pomocy i opieki rządowej narówni z dziećmi tej ziemi... Co zaś do twojej prośby o prawa handlowe, to zbyt ona jest ważna, abym sam mógł dać na nią odpowiedź. Już przedstawiłem, gdzie należy, wszystko, coś mi tu mówił, i czekam odpowiedzi. Do tego czasu uważam ciebie i ludzi twoich za gości mojego kraju.
Skinął łaskawie głową i oddalił się do swego pałacu.
Beniowski odesłał natychmiast swą świtę na okręt, dawszy tajne rozporządzenie Panowowi, żeby ludzi więcej na brzeg nie puszczano i przygotowano wszystko do szybkiego podniesienia kotwicy w razie potrzeby.
— Gdyby nas nie puszczano stąd, lub gdybyście spostrzegli zamiar zawładnięcia statkiem, oddalcie się od brzegu i wyrychtujcie na miasto armaty!...
Został sam z Baturinem i Kuźniecowem. Chodzili po parku, podziwiając nieznane rośliny oraz niezmierny kunszt ogrodniczy Japończyków, umiejących przetwarzać tak wielkie drzewa jak sosny, kryptomerje, cisy w maluchne karły doniczkowe, zmieniać przyrodzony kolor liści i traw różnych roślin, naginać konary drzew, aby rosły według ludzkich życzeń. Nadewszystko jednak podobała im się dzika część parku, gdzie buki, dęby korkowe, drzewa kamforowe, widłaki olbrzymie, sosny długoigłe oraz cedry rosły w przyrodzonych kształtach i dochodziły olbrzymich rozmiarów.
— Dziwny lud! Tak wojowniczy a lubujący się w kunszcie drobnym i wyszukanym, wciąż uśmiechający się a okrutny i surowy zarazem w swych obyczajach... Widzieliście, jak rozjaśniła się twarz wice-króla, gdy padł nieszczęsny rumak?... — zauważył Baturin.
— I jakie tu posłuszeństwo, jaka cześć dla naczelników! Aż wydają się nadmierne!... — dodał Kuzniecow.
Spoglądali na Beniowskiego, który w zamyśleniu zbliżył się do kamiennej balustrady i w milczeniu spoglądał na niżej leżące ogrody, na popielatą polewę dachu, wygiętego, jak kapelusz, nad małym domkiem. Na balkonie ukazała się młoda niewiasta w jasnych, powłóczystych szatach, lecz, wzniósłszy ku górze długie rzęsy, spostrzegła nad sobą nieznanych mężczyzn i cofnęła się zaraz w głąb komnaty poza zasunięte żaluzje ścian.
— Chodźmy!... — rzekł Beniowski. — Wracajmy!... Może nas bonza już szuka!... Obiecał przyjść... Istotnie trudno się dobadać zamiarów i myśli tych ludzi skrytych i polerowanych, lecz... i oni są ludźmi... Ba, mówiłem: już nas szukają!...
Rzeczywiście bonza śpieszył ku nim w towarzystwie służebnika, przytrzymując ręką pląsające u pasa różańce.
— Co za śliczne drzewa!... — rzekł Beniowski, witając się z nim i wskazując na rosnące wokoło olbrzymy.
— Tak, wyspy nasze są rodzajną krwią bogów, upadłą na lazurowe morze!... Chciałem was uprzedzić, że dziś wieczorem zbiorą się przedniejsi panowie dajmijatu, wasale, krewni i doradcy naszego pana, aby wysłuchać twych życzeń, Benio!...
— I jakąż, przypuszczasz, dadzą odpowiedź?...
— Bądź dobrej myśli — odrzekł z uśmiechem mnich — Uri-khama jest życzliwie względem ciebie usposobiony! Radziłbym wam jednak zjeść przedtem wieczerzę, gdyż ceremonja długo potrwa!...
Wrócili i, posiliwszy się, przebrali w swoje najparadniejsze suknie. Przez otwory rozsuniętych ścian widzieli, jak w głównej sali namiestnikowskiego pałacu wieszają słudzy kolorowe lampy, ustawiają bronzowe żarówki i małe lakowe stoliczki. Wkrótce zbrojno i rojno na koniach i w lektykach poczęli zjeżdżać się magnaci japońscy.
Przyszedł wreszcie bonza i powiedział, że Uri-khama prosi Beniowskiego, aby przyszedł, gdyż chce go przedstawić swoim przyjaciołom. Udał się Beniowski do pałacu, przybrany w kołpak soboli z drogocenną czaplą kitą, w złototkanym żupanie i ciemnogranatowym kontuszu, z szablą kosztowną przy boku, zarzuciwszy podbitą gronostajami delję błękitną na ramiona. Dwu urzędników bogato przybranych w sztywne szare adamaszki i miękkie błękitne atłasy wprowadziło go pod rękę do sali. Obok szedł bonza w oliwkowej opończy.
W głębi sali na poduszce ze złoto-żółtego jedwabiu siedział Uriskhama we wspaniałej sukni z sinego bławatu ze srebrnemi herbami wyhaftowanemi na ramionach i rękawach, za nim klęczeli zbrojni rycerze z gołemi mieczami w rękach, a po obu stronach rzędem pod ścianami mieścili się panowie japońscy, każdy z gronem orężnych wasali za sobą. Beniowski wraz z bonzą tłumaczem usiadł pośrodku sali i przedewszystkiem pokłonił się nisko dostojnemu zebraniu wedle znanego mu już obyczaju. Po krótkiem milczeniu jeden z sekretarzy, których kilku klęczało obok Uri-khamy z papierami w ręku, zapytał Beniowskiego: kto zacz jest?... skąd płynie? Poco do Japonji przybył i dokąd udać się zamierza
Beniowski krótkie dał na to odpowiedzi, lecz obecni jęli go szczegółowo wypytywać o Rosję, o Kamczatkę, o jego stamtąd ucieczkę, nie mogąc wyrozumieć, że z Rosji przybywając, nie jest Rosjaninem, owszem, nienawiścią do Rosji pała... Znowu więc długo mówił im o Rzeczypospolitej Polskiej, o jej dawnej potędze i obecnych nieszczęściach, o walkach za wolność konfederacji barskiej, której był generałem...
Zrozumieli wreszcie, że płynie z niewoli do swojego kraju.
— Czegóż w takim razie chcesz od nas i czem ci pomóc możemy?... — spytał jeden ze starszych magnatów.
— Chciałbym z wysp, które leżą na Oceanie na wschód od Kamczatki, wolną utworzyć kolonję, która, będąc na trakcie między Anglją i Ameryką, do wielkiego zczasem może dojść rozkwitu i znaczenia.
— Czyż nie lękasz się, aby łacno zawładnęli nią Rosjanie, o których chciwości sam wzmiankowałeś przed chwilą!
— Narazie trudno im to uczynić, gdyż mało mają okrętów w swych portach wschodnich... Tymczasem kolonje mogą się rychło wzmocnić i urządzić, gdyż gęsto są zaludnione, narody mieszkające na nich są bitne i szczerze nienawidzą krzywdzącej ich Rosji... Ziemie ich są urodzajne, obfitują we wszelką zwierzynę, futra i kość morsową. Łatwo więc byłoby im przez handel z waszym wspaniałym narodem pozyskać przedmioty potrzebne do obrony, jako to narzędzia żelazne i miedziane, broń, tkaniny, ryż...
— A cóż wy wzamian nam byście przywozili?
— Nie jestem kupcem, skoro jednak pozwolicie mi wrócić, przywiozę z sobą kupców zawodowych i wtedy ostateczny można będzie spisać układ!...
— Pożądanem byłoby, aby pierwszy ładunek twoich okrętów składał się z futer!... — rzekł wice-król.
Poczem powtórzył ostrzeżenie, że nie wolno przywozić do Japonji nikomu ani książek treści religijnej, ani bonzów europejskiego wyznania.
Beniowski dał solenne przyrzeczenie zastosowania się do tego żądania i wtedy oznajmiono mu, że posłuchanie skończone i że może się oddalić.
Zaledwie przybył do swego mieszkania i zdawać zaczął sprawę towarzyszom z tego, co się stało, gdy przybiegł bonza i oznajmił, że Rada zgodziła się na powtórne dopuszczenie Beniowskiego do lądowania w tutejszym porcie z kupcami, że Ura-khama, który musi wyjechać w tych dniach do stołecznego miasta, chciałby się jeszcze z nim zobaczyć, aby wręczyć mu upominki i powierzyć jego pieczy pewnego znakomitego młodzieńca, który pragnie popłynąć z nim dla zobaczenia dalekiego świata, wydoskonalenia się w zagranicznych językach oraz poznania Rzeczypospolitej Polskiej...
Został więc jeszcze Beniowski do następnego dnia w pałacu.
Wieczorem przysłał mu Chruszczow raport, iż okręt zupełnie jest gotowy do wyjścia pod żagle, że wiatr pomyślny zrywać się poczyna, że damy japońskie odwiedziły i hojnie obdarowały kobiety z załogi „Piotra i Pawła“, i że statek nigdy tak obficie we wszystko nie był zaopatrzony, jak teraz.
Nazajutrz o szóstej rano dwu szlachciców, wprowadzonych do pokoju Beniowskiego przez bonzę, wręczyło Beniowskiemu w imieniu wicekróla paradną szablę w złoto oprawną z pendentem ozdobionym najprzedniejszemi perłami, serwis porcelanowy złocony, kilka pak herbaty i tytuniu, a co najważniejsza, banderę z japońskim napisem, którą Beniowski w razie powrotu winien był na maszcie wywiesić, aby uniknąć wszelkich przeszkód w lądowaniu.
Następnie dostał Beniowski pudełko z laki drogocennej, pełne klejnotów, i drugie, zawierające pięćdziesiąt złotych pieniążków, przeznaczonych na potrzeby owego młodzieńca, mającego z nim do krajów europejskich wyruszyć.
Bonza powiedział mu, że ma rozkaz nie odstępować ich do chwili odjazdu, aby służyć za tłumacza i ułatwiać wszelkie sprawy.
W lektykach odniesiono wszystkich w otoczeniu żołnierzy pieszych i konnych na brzeg morski, gdzie zebrały się ogromne rzesze ludu, wydając radosne okrzyki i pozdrowienia. Przeszło trzydzieści łodzi japońskich odprowadziło Beniowskiego na okręt, dokąd popłynął na nowym darowanym mu przez wice-króla bacie przedziwnej roboty.
Wypłacając się wzajemnością, Beniowski szczodrze udarował bonzę i królewskich urzędników.
W chwili odjazdu, gdy już podnoszono kotwicę, wręczył bonza Beniowskiemu dwa zwitki papieru, zawierające pozwolenie cesarskie na lądowanie na brzegach Japonji.
Z prawdziwem rozrzewnieniem żegnała osada „Piotra i Pawła“ ten kraj piękny oraz przedstawicieli wspaniałych, gościnnych, cywilizowanych jego mieszkańców.
Gdy już okręt był na pełnem morzu, Beniowski kazał zwołać załogę całą na pokład i, wskazując jej na zieleniejący woddali brzeg z białemi domami wiosek i miast oraz ciemnemi strażnicami na przylądkach, ze wstęgami dróg wysadzanych drzewami, z niezliczonemi uprawnemi polami i sadami spytał ostrym głosem:
— Cóż? Czy trwacie dalej w zamiarze napadnięcia na to państwo?
Zrobiło się cicho w tłumie, jak makiem zasiał, pluskała jeno u boku statku darta przez stewę fala.
— Cóż więc mam czynić?... Dlaczego nie odpowiadacie?... — powtórzył pytanie.
— Wojska dużo! — odrzekł wreszcie głos nieśmiały gdzieś z ostatnich szeregów.
— Gdzie możnaby lądować, tam te djabły czubate z podwójnemi nożami nastawiły twierdz okrutnych, a gdzie twierdz niema, tam skały prostopadłe gorsze od murów i tam... pusto! — dodał Trofimow.
— Chyba w nocy!... — szepnął Gałka.
— W nocy?... Wśród tych raf i przy takiej gwałtowności prądów? Ha, ha!... Wybrał się! — śmiali się majtkowie.
— Ja tak myślę, że lepiej tu do nich wrócić z futrami, z towarem... — dodał Iwaśkin. — Dobrze nam płacili za nasze fatałaszki: złoto, porcelanę, perły dawali!... Czego trzeba więcej!... Za to można sobie ile chcąc dziewek kupić gdzie indziej...
— Tak, tak!... Popłyniemy, gdzie chcesz, i nabrawszy towaru, wrócimy tutaj!... — wołali inni.
Wtedy Beniowski zaczął im przekładać, jako najdogodniejszą rzeczą jest obrócić żeglugę ku Kantonowi w Chinach, gdzie według otrzymanych od Japończyków wskazówek, najzyskowniej zbyć można pozostałą resztę futer, że stamtąd jest również niedaleko do faktoryj europejskich w Manilji lubo w Makao, gdzie można nabyć za ceny przystępne towary odpowiednie dla wymiany z Japonją.
— Przez kilkakrotne w ten sposób obroty uzyskawszy odpowiednie środki, można będzie pomyśleć o powrocie na Wyspę Słodkiej Wody, wioząc tam nasiona, narzędzia i wszystko, co dla osady powstającej potrzebne! — zakończył.
Rozległ się okrzyk radosny i dziękczynny, zaczęło się rzucanie wgórę czapek, a nawet podskoki i tańce. Tymczasem okręt z pełnemi wiatru żaglami sunął wspaniale wśród roju niezliczonego łodzi rybaczych, podobnych do stad czajek usiadlych na fali z podniesionemi skrzydłami.
Brzeg był już wdali niby sina chmura.



XLI.

Odtąd płynęli, nie tracąc prawie z oczów lądu. Zaledwie jeden brzeg zniknął, już mgłił się inny na widnokręgu, wabiąc zielenią swych pól i lasów, mnogością wiosek, tajemniczością miast.
Nie kwapił się jednak Beniowski nawet zbliżać ku nim. Korzystając z pomyślnego wiatru, mknął z pełnemi żaglami ku południo-zachodowi.
Po paru dniach przyszedł do niego Chruszczow i rzekł:
— Załoga prosi, abyś raczył zawinąć do jakiej przystani, jest znużona dawnemi przygodami oraz tem nieustannem wietrzeniem i suszeniem futer, jakie nakazujesz!...
— Futra są jedynym naszym majątkiem! Jeżeli zgniją i spleśnieją, wniwecz obrócą się wszystkie nasze plany!... — odparł sucho Beniowski.
— Czy w takim razie nie lepiej sprzedać część ich uszkodzoną w najbliższym porcie!?...
— W jakim? Czy wszędzie jesteś pewny takiego przyjęcia, jak w Usirpatarze?... Ja bo nie!...
— Dlaczegóż?...
— Dlatego, że istnieje dla europejczyków zakaz lądowania w Japonji i że przyjęcie gorsze lub lepsze zależne jest całkowicie od wypadku oraz od klanu, do którego trafimy, a wśród których są bardzo wojownicze!... Zdarzyło się nam raz szczęśliwie, to nie dowód, że zawsze tak będzie!... Klany południowe, o ile wiem i o ile mogłem się domyślić z opowiadań bonzy, są stokroć w obyczajach okrutniejsze od północnych... Mogą skonfiskować nietylko nasze futra, ale i nas samych... Gdyby nawet zapłacili, to ceny będą o wiele niższe od spodziewanych w Chinach... Tam możemy za skóry nasze uzyskać z łatwością półtora miljona piastrów, tutaj nie byliby w stanie wypłacić nam więcej nad paręset tysięcy... Chiny są o wiele bogatsze od Japonji.
— Ale mogą się do tej pory skórki popsuć!...
— Trzeba zabiegać, starać się temu przeszkodzić!... Na tem polega handel, że dowozi się z wielkiemi trudnościami towar do krajów, gdzie go niema!...
— Pójdę, powiem im, ale nie wiem, czy ich przekonam!... — westchnął Chruszczów.
Odszedł, pozostawiając Beniowskiego w przykrem zamyśleniu. Niedługo potem dano mu znać, że wielki okręt cudzoziemski płynie wprost ku nim i daje jakoweś znaki.
Wyszedł więc co prędzej na pomost i przekonawszy się, że to zbliża się jakiś okręt wojenny chiński, czy japoński, kazał natychmiast bić w bęben na trwogę, obsadził strzelcami burty oraz bocieńce, kazał przysposobić armaty.
Spotykał już nieraz rozmaite statki mniejsze i większe, od których roiło się na tych morzach, ale zwykle dzięki chyżości „Piotra i Pawła“ udało mu się w porę ich uniknąć, uchodząc lub zmieniając kierunek. Tym razem wszakże spostrzeżono się za późno i Beniowski uważał, że ucieczka może jeno zaszkodzić, zachęcając przeciwnika do pościgu. Polecił więc wywiesić banderę z Białym Orłem i z zapalonemi lontami płynął wprost na cudzoziemską fregatę.
Niedługo byli już tak blisko, że rozróżniali wybornie łuczników, rozstawionych porządnie na dwupiętrowych pomostach, oraz roje marynarzy, wiszących na drabinach i rejach. Kolorowe bandery powiewały gęsto na bardunach. Mniejszemi chorągiewkami dawano im jakoweś znaki z wysokiego przedniego pomostu, wyrzeźbionego w kształcie potwornej paszczy rekina z ślepiami ryby i kłami lwa. Woda burzyła się wysoko pod wyniosłym dziobem okrętu, dając miarę impetu jego żagli.
Beniowski nie uląkł się jednak tego zastraszającego widoku i kazał płynąć dalej, cokolwiek tylko uchyliwszy się z drogi, aby uniknąć zderzenia.
I przepłynęły obok siebie statki tak blisko, że wyraźnie słychać było z pokładu „Piotra i Pawła“ szczęk oręża i hałas ludzkich głosów na pomostach przeciwnika, gdy załoga Beniowskiego zachowała głębokie milczenie. Dostrzeżono jednak pewnie jej bojową gotowość i uszanowano ją, gdyż okręty minęły się bez strzałów i odeszły bez przeszkody w przeciwne sobie błękity.
Podobne spotkania powtarzały się od tej chwili dość często, tylko na większą odległość, ponieważ Beniowski kazał strażom na bocieńcu dawać nie mniejszą odtąd baczność na ukazujące się wśród morza żagle jak i na lądy.
Rozzuchwalona załoga nie przestawała wszakże szemrać. Już jej się dłużyła kilkudniowa praca, pachniały ponęty portowe.
— Wódki nie dają, chociaż jest!... Licho nadało z taką robotą! — mruczał Gałka.
— Futra też gniją bez żadnego pożytku!... Znowu tuzin skór wyrzucili do wody!... — biadał Iwaśkin.
— I co za ceregiele pańskie z temi okrętami!... Palić w nich bez gadania, a potem rzucać się do szturmu i brać co się da!... Poco nam handel!... Na każdej takiej łupinie więcej znajdziemy dobytku i pieniędzy, niż nam zapłacą za nasze futra!...
— A głównie — poco bandera polska?... Z jakiej racji?... Okręt rosyjski i nas Rosjan tu więcej, niż Polaków!... Dlaczego mamy kłamać przed innemi ludami i wstydzić się naszego narodu?... — dowodził Stiepanow.
— To prawda!...
— W tem jest jakiś wybieg Beniowskiego!?
— Oho, chytry lis!...
— Ba!... Pewnie sobie chce w ten sposób okręt przywłaszczyć!...
— Żądać, niech zmieni banderę!... Niech powiesi naszą cesarską!... My nie przeciw carowi, nie przeciw matce naszej Rassiei, my przeciw złodziejskim, ciemiężycielskim urzędnikom!... Czy nie tak!?
— Tak, tak!... Niech wywiesi naszą flagę!... Posłać do Chruszczowa deputację, niech mu naszą wolę przedłoży!...
Szła więc znowu deputacja od majtków do Chruszczowa a ten biegł do Beniowskiego:
— Auguście Samuelowiczu, ludzie niepokoją się, że wieziesz ich pod polską banderą!...
— Cóż znowu? Dlaczegóż to?... Co im to szkodzi?...
— Nie wiem. Ale doprawdy mają trochę racji, bo niby większość nas jest rosyjskiego pochodzenia...
— Lecz cóż ma do tego bandera, która jest znakiem przedsięwzięcia!
— Cóż ci szkodzi ją zmienić?
— Właśnie, że szkodzi!... Bo chociaż Rzeczpospolita Polska pozbawiona jest nawigacyjnej potencji, ale zawsze ja coś tam znaczę i nie wyprą się tam mnie w razie czego!... Mogę z niewoli nawet innego państwa pisać i pertraktować dyplomatycznie... Wy zaś co jesteście? Jesteście zbiegowie, których wydania rząd rosyjski może zawsze żądać... Jesteście poddani jego, gdy ja jestem poddany polski, jestem stroną wojującą i mogę was poddać wszelkim mocarstwom, jako swoich żołnierzy...
— Cóż więc powiem załodze?...
— Powiedz im, że dlatego używam bandery Rzeczypospolitej Polskiej, gdyż jest moją i że ona ich jedynie choć trochę chroni w obliczu ludów, nareszcie, że nie mam poprostu zamiaru na jakąkolwiek inną zmieniać jej i nie widzę do tego powodu!
— Może sam to im powiesz, może ich zwołać?...
— Nie, dość mam tego i jeżeli się nie zgodzą, to powiedz im, że w pierwszym lepszym porcie wysiądę, a ich zostawię własnemu przemysłowi!...
Odpowiedź otrzeźwiła trochę buntowników, rozsądniejsi wzięli wśród nich górę:
— Dajcie pokój!... Nie wszystko to wam jedno, co się tam na maszcie chyboce!... A co bez niego tu poczniemy?... Ograbią nas do nitki!... Kto tu od niego mędrszy i lepiej znający?... Kto japońskiego króla ugłaskał?... Może Stiepanow... Kto zna języki i prawa tutejsze!?
Znowu więc zarzewie niezgody znikło pod popiołem pozornego posłuszeństwa.
A okręt tymczasem mknął i mknął. Zapomniała załoga o burzach i niebezpieczeństwach, pewna, że będzie już tak płynęła do końca po tych szmaragdowych przestworzach. Aż nagle zmieniło się wszystko. Mała chmurka od wschodu dopędziła okręt, rozrosła się, zapełniła pół nieba, zaćmiła słońce. Szła, jako ogromna, sina ściana, ostro odrzynając się od nieba wesołego błękitu skłębionemi krawędziami o miedzianym połysku. Gęstą osnowę dżdżu przecinały co chwila zielone błyskawice. Ocean biegł przed nią, jakby strwożony. Pieniste bałwany toczyły się niby jeden ogromny wał, wyprzedzane cokolwiek burzliwym ołowianym cieniem, rzucanym daleko na spokojne jeszcze morze...
Struchlała od strasznego widoku załoga rzuciła się na grzmiący rozkaz Beniowskiego do zwijania żagli. Zaledwie wszakże podciągnięto większe, uderzyła wichura tak gwałtownie, że maszty statku zgięły się i pochyliły na wodzie, jak wątłe kłosy, a niektóre płótna, podarte na strzępy i wyrwane z rąk majtków, poleciały w przestworza, jak drobne listki...
Zaczął się szalony taniec okrętu po lejach i obrzeżach wirów... Oblewany zewsząd wodospadami fal statek szamotał się w zupełnej niemocy, oddany na wolę żywiołów. Schowana pod pomostem i po kajutach załoga mniemała się być zgubioną i zanosiła modły za konających.
Na szczęście burza, jak nagle przyszła, tak przeszła, i rychło statek znalazł się pod niebem pogodnem i wśród fal szafirowych, rozkołysanych wprawdzie, ale już cichnących. Miał strzaskane maszty, podarte żagle, porwane liny, ale był cały. Gorzej, że Beniowski, uderzony ułamkiem rei w czasie ratowania statku, zaniemógł ciężko i nawet tracił chwilami przytomność.
Meder i Bielski używali całej swej sztuki, aby go ratować. Rozporządzanie okrętem przeszło całkowicie na korpus oficerski, na Chruszczowa i Czurina, którzy nie wiedzieli co robić. Gdy tak sprzeczali się co do kierunku, los chciał, że z pod niknących na widnokręgu burzliwych obłoków wysunęła się nagle ciemna plama wyspy. Ku niej więc z radością skierowali skołataną swą nawę.



XLII.

Ocknął się Beniowski pod namiotem i z początku nie mógł zrozumieć, gdzie jest. Gdy wpółleżąc na poduszkach, rozglądał się wokoło, wszedł Chruszczów i powiedział mu, że przybili przed paru godzinami do lądu zamieszkałego, że mieszkańcy przyjęli ich dość dobrze i że dwu właśnie czeka przed namiotem, pragnąc pomówić z „samym naczelnikiem“ w ważnej bardzo sprawie.
Kazał ich Beniowski wprowadzić, a jednocześnie wezwać Boskarowa, aby służył mu za tłumacza. Okazało się wszakże, że wyspiarze japońskiego języka nie rozumieją. Wtedy jeden z nich po pewnem wahaniu podał Beniowskiemu zwitek papieru, na którym ten w łacińskim języku odczytał następujące wyrazy:
„Niechaj Pan nasz Jezus Chrystus błogosławi czytelnika.
„Roku 1749 dnia 24 maja przybyłem na tę wyspę z trzema towarzyszami zgromadzenia Jezusowego. Uradowany uprzejmem przyjęciem jej mieszkańców, umyśliłem założyć w niej moje siedlisko dla rozkrzewiania i opowiadania słowa Bożego. Zwierzchnicy tej wyspy rozmawiali ze mną językiem mandaryńskim; znalazłem w nich chęć najwyższą poznania religji katolickiej, która jest jedynie dobrą i u Boga zasługę mającą. Żarliwość ich tak daleko doszła, iż sami dopomagać mi raczyli w przykrych trudach przez nas podjętych w celu rozszerzania wiary świętej; a za cudowną sprawą świętego Patrona towarzystwa Jezusowego w przeciągu roku jednego miałem przyjemność widzieć dwustu nawróconych, których chwalebny zapał, stateczność i cierpliwość nadzieje moje przewyższyły. W roku 1750 trzej moi socjusze popłynęli do innych pobliskich wysp, gdzie bez wątpienia dopełnili swej powinności z podobnąż żarliwością.
„W roku 1754, ciężką złożony chorobą, osądziłem za rzecz przyzwoitą złożyć niniejsze oświadczenie w ręce rządców tej wyspy, iżby w niem dokładnie znaleźć mogli o wszystkiem objaśnienie owi z naszego zgromadzenia i wiary, których Opatrzność do tej zaprowadzi wyspy.
„Ktokolwiek więc na nią zawitasz, czcicielu Boga w Trójcy św. Jedynego, ufam, że wszelkich starań i usilności przyłożysz ku pożytkowi chrześcijaństwa, opowiadając cuda i naukę Zbawiciela naszego pomiędzy tych godnych szacunku wyspiarzy, którzy są czystych obyczajów i uczciwego pożycia, swobodni i niepodlegli ani Chinom, ani Japonji. Z wyjątkiem małej liczby okrętów kupieckich tych państw, które tu zawijają, żaden jeszcze obcy żeglarz tu nie wylądował. Z tem wszystkiem dało mi się nieraz widzieć okręty hiszpańskie, płynące ponad brzegami tej wyspy.
„Dnia 18-go septembra 1754 r. na wyspie Usmay-Ligon.

Ignacy Salis.

Misjonarz indyjski z towarzystwa Jezusowego a Portugalczyk rodem.“

Z poza papieru, udając, że go czyta, Beniowski chwilkę bacznie przypatrywał się klęczącym u proga krajowcom. Podobni byli do laików w swych białych szatach, czarnych włosiennych kołpakach, z rękami założonemi na piersiach, jak do modlitwy. Czarne, ukośne ich oczki pilnie jednak śledziły najmniejszy ruch Beniowskiego. I gdy ten, podniósłszy nagle głowę i zastanowiwszy się chwilkę, przeczytany zwitek przyłożył do ust, jakby całując, radość błysnęła w ich zaniepokojonych obliczach. Zaczęli coś szybko mówić, a widząc, że są nierozumiani, na migi dali znać, iż śpieszą do swych współziomków, alby zanieść im corychło wieść o szlachetnym sposobie myślenia przybyszów.
Orzeźwiło Beniowskiego to widoczne powodzenie jego postępku, tak że mógł wstać i udać się na przegląd okrętu. Okazało się, że znaczną część ładunku już na ziemię zwieziono, że Winblath usypał na brzegu szańce i zaciągał tam działa i że pod dozorem Kuźniecowa i Pan owa rozbijano obóz według raz na zawsze przyjętego porządku. Widok tego ładu, wdrożonego przezeń w załodze w czasie długiej podróży, ucieszył niezmiernie Beniowskiego i nie zepsuła mu radości nawet smutna nowina, że wszystkie niemal futra przez zaciek wody popsute zostały. Polecił jeno Baturinowi, żeby doglądał ich suszenia i wietrzenia, poczem przykazał na noc gęsto rozstawić szyldwachy, zajrzał do namiotu przeznaczonego dla chorych i niewiast, poczem wrócił do siebie mocno znużony, aby usnąć głębokim krzepiącym snem.
Nazajutrz o wschodzie słońca już stał przed namiotem i śledził poczynające się w obozie roboty.
Wtem dano znać, że tłum wyspiarzy zbliża się ku temu miejscu bez żadnej broni, z parasolami jedynie i wachlarzami w ręku. Beniowski wyszedł na ich spotkanie. Ujrzawszy go, tłum się zatrzymał, a zbliżyli się jeno dwaj starcy w długich białych szatach i, uczyniwszy znak krzyża, podali mu na ślicznie wyplatanej macie stary wytarty brewjarz. Wziął go do rąk Beniowski, a przeczytawszy, że książka ta należała niegdyś do misjonarza Salisa, znowu zbliżył ją do ust; jednocześnie kazał przynieść z okrętu wielki krucyfiks, zabrany z bolszereckiej cerkwi. Skoro tylko zdjęto z krzyża pokrowiec, krajowcy padli na kolana i wołać poczęli, wzniósłszy ręce do nieba:
— Hisos Chrystos!... Hisos Chrystos!...
Tak pozostali, dopóki nie zasłonięto i nie zabrano krzyża napowrót.
Beniowski, przekonawszy się w ten sposób, iż rzeczywiście ma do czynienia z nawróconymi poganami, a nie z jakąś zasadzką piratów, już śmiało zwrócił się do starców, wykładając im na migi, jako okręt jego w najgorszym jest stanie i potrzebuje ratunku, a załoga zaopatrzenia w żywność oraz pomieszkania.
Biało odziani ludzie z cytrynowemi twarzami długo radzili, ustawiwszy się wkółko, poczem po gorącem przemówieniu jednego z nich, przerywanem częstem robieniem znaku krzyża, rozeszli się, przyjaźnie kiwając dłońmi i głowami Beniowskiemu oraz oficerom.
Nie upłynęło godziny, jak dano znać, że cała flotylla łódek tutejszych płynie wzdłuż brzegu ku obozowi; kazał więc Beniowski stanąć ludziom pod bronią i czekał, co też mu niosą owi bogobojni wychowańcy ojców jezuitów. Okazało się, że łodzie były naładowane drzewem, palami, sznurami, co ogromnie zdziwiło i przestraszyło wszystkich.
— Palić nas będą jako heretyków!... — mruknął Stiepanow.
— Ja bo zaraz powiedziałem sobie: ...i nie wódź nas na pokuszenie!... Zbyt oni układni, olejem pomazani!... — dowodził półgłosem Trofimow.
— Ale nie na takich trafił!... Zobaczymy co będzie, jak ich z muszkietów gwizdniemy. Jeszcze się taki nie urodził, coby naszego starego za nos wodził!... — roześmiał się Łaptiew.
— Cicho tam w szeregach!... Baczność!... — krzyknął surowo Urbański.
Z bronią u nogi przyglądali się, jak krajowcy wyładowywali z łodzi bierwiona, dyle i narzędzia ciesielskie.
Beniowski z Panowem, Kuzniecowem i Boskarowem podeszli ku nim, próbując dowiedzieć się, co to znaczy, ale nic wyrozumieć z gestów nie mogli.
Dopiero gdy nadjechała druga partja łodzi, pełnych żywności, patatów, bananów, trzciny cukrowej, ryb i owoców, zrozumieli zbiegowie, że nie wrogie a przyjacielskie zamiary mają względem nich poczciwi wyspiarze. Niepewność zamieniła się w wielką radość. Żywo ruszyli na pomoc cieślom i furażerom, wskazując, gdzie co składać, jak urządzać kuchnie, gdzie stawiać domki i szałasy z przypławionego budulcu.
Wkrótce opodal brzegu wyciągnęła się cała wioska dużych, krytych palmowemi liśćmi chałup, z których w każdej mogło zamieszkać wygodnie po czterech majtków lub dwu oficerów. Osobno na froncie wystawiono chatkę dla Beniowskiego, otoczoną palisadą i uzbrojoną czterema armatami.
Inni tymczasem gotowali strawę. Najgorzej było z porozumieniem się; dlatego Beniowski, przewidując, że dłużej będzie tu musiał zabawić, przywołał wszystkich piśmiennych z załogi, dał im papier i polecił zapisać ile się da słów mowy ljukejskiej.
Sporo i wesoło szła robota, wspomagana ochoczo przez krajowców, którzy, zrzuciwszy swe białe odzienia, bronzowi i ruchliwi, jak małpy, uwijali się wśród załogi, szczerząc z byle powodu duże, białe zęby.
— Brzydkie bo brzydkie, ale cnotliwe chłopy!...
— Prawdziwe chrześcijany!... Ile to żarcia nam przywieźli, hę!?...
— Ej, cholewo, masz żonę?... Dlaczegoś jej nie przywlókł, co?
Krajowiec się uśmiechnął, a potem zrobił znak krzyża.
— Tak to, tak!... Ale przecież i babę Bóg stworzył!...
Beniowski rozdał zaraz roboty koło doprowadzenia do porządku statku i ładunku, choć zarówno oficerowie, jak i załoga prosili go, aby zgodził się na dłuższy tu pobyt.
— Może nawet sądzono nam zostać tutaj na zawsze!... Lud jakiś cichy, przyrodzenie piękne, odległość od wszelkiej tyranji znaczna!... — przedstawiał mu Chruszczow.
— Dobrze, dobrze!... Zobaczymy!... A tymczasem odkomenderujesz Czurinowi czternastu towarzyszy z siekierami dla naprawy okrętu. Kuźniecow niech się zajmie reparacją żagli i masztów... Baturin niech ma staranie koło ładunku, na twojej głowie będzie myśl o żywności, a służbę wojenną zdaję na Panowa, Winblatha i Sybajewa... Postarajcie się skończyć robotę jak najprędzej... Powiedz załodze, że na żaden wypoczynek ani łażenie po wyspie przedtem nie pozwolę!...
Nazajutrz rano odwiedził obóz znakomity jakiś wyspiarz.
Miał liczny orszak krajowców, między którymi znajdowało się dużo z tych, co byli w pierwszej delegacji. Miał na sobie suknię z błękitnej materji, podpasaną pasem czarnym, płaszcz z białego jedwabiu, czapkę z pięknego futerka i sandały drewniane, oklejone atlasem. Otaczający traktowali go z niezmiernym szacunkiem.
Beniowski, który się już był trochę po ljukejsku nauczył, pozdrowił go uprzejmie, mówiąc:
— Tho!...
Uśmiechnął się na to nieznajomy, głowy nachylił, przeżegnał się, poczem, ująwszy Beniowskiego za rękę, rzekł niespodzianie po portugalsku:
— Panie, jestem Tonkińczykiem; przybyłem z ojcem Ignacym na tę wyspę; po jego śmierci stałem się naczelnikiem tutejszego plemienia!...
— Ach, tak!... Jakże to dobrze, że będziemy mogli się nareszcie z panem porozumieć i wyrazić mu naszą wdzięczność za okazaną gościnność!...
— Czyż mogliśmy was przyjąć inaczej?... Czyż nie jesteście braćmi naszymi chrześcijanami?... Odwiedzają nas jeno poganie, Chińczycy i Japończycy!... Wyście pierwsi nie ominęli wysp naszych!... A przecie dużo widzimy okrętów chrześcijańskich, przepływających woddali...
— Skądże pan wiesz, jakiej narodowości są przepływający mimo żeglarze?...
— Ojciec Ignacy nauczył mię poznawać bandery... O, to był wielki człowiek, który wszystko umiał!... Nieraz opłakujemy śmierć jego!... Może chciałbyś odwiedzić jego grobowiec?...
— Bardzo chętnie!... — odrzekł Beniowski. — Czy nie pojedziemy razem?... I czy to zaraz?
— O, nie! Muszę być obecny dziś na radzie starców, gdyż choć jestem naczelnikiem, nic bez ich pozwolenia robić nie mogę!... Ale dam ci trzech znakomitych wyspiarzy na przewodników...
Skwapliwie zgodził się na propozycję Beniowski, ciekawy poznania bliższego tego tak dziwnego a wielce sympatycznego ludu. Wziął z sobą Panowa, Baturina, Kuźniecowa i, siadłszy do szalupy, przeprawił się przez zatokę na drugi brzeg, gdzie spotkało go około 50 osób płci obojga biało ubranych i wołających głosem tkliwym:
— Ilo Dzigniaro!... (Przyjacielu Ignacy!)
Następnie przewodnicy wprowadzili przybyłych do ogrodu, w którym spotkali starca, zbierającego kwiaty i rośliny. Zaprosił ich zaraz do małej, pięknie zbudowanej chałupki, gdzie poczęstował gorzką herbatą. Dowiedziawszy się o celu ich podróży, powiódł zaraz gości na obszerną dolinę doskonale uprawną, zasadzoną rozmaitemi roślinami i trzciną cukrową.
Wśród doliny wznosił się niewielki czworograniasty domek z rogami zawiniętemi po chińsku; w nim był ołtarz z krucyfiksem. Nad ołtarzem wisiał obraz Najświętszej Panny, ale tak źle malowany, iż ledwie po koronie i miesiącu pod nogami można było poznać wyobrażenie Matki Boskiej chrześcijańskiej. Oblicze miała ciemne, oczy skośne, a rysy całkiem miejscowych wyspiarek.
Podróżnicy oddali cześć należną miejscu, a wtedy wskazano im dwie urny z popiołami ojca Dzigniarego. Na jednej widniały litery łacińskie i jakoweś wiersze, ale tak już zatarte, że odczytać ich nie było sposobu.
Cała wizyta odbyła się w milczeniu z powodu nieznajomości języka; krajowcy jednak szli gromadą za cudzoziemcami i pilnie baczyli na najmniejszy ich ruch, robiąc szeptem między sobą rozmaite uwagi.
— Ani przypuszczałem, że to tak urodzajny i pięknie zagospodarowany kraj!... — rzekł Baturin, gdy znowu wsiedli do szalupy.
— Istotnie, wcale tego wnioskować niepodobna z piasków i skał bliskich naszego obozowiska... — zgodził się Kuzniecow.
— Zato tu wszędzie dostęp morski bardzo utrudniony, sądząc z miałkości wody i mnogości ławic... Wszędzie bywa odwrotnie, ludność skupia się u portów. Tu zdala od nich! To daje do myślenia... Lud ten nie ma pewnie dość siły do obrony od morskich korsarzy!... — zauważył Beniowski.
— Na pewno tak!... Nie spostrzegłem wcale u nich oręża!... — wtrącił Kuzniecow.
— Mają zapewne, ale ukryty... Chytrość jest obroną słabych... — dorzucił Panów.
— Tak, tak!... Trzeba będzie zwiedzić głąb wyspy!...
— Nie zaraz, nie zaraz!... I nie mówcie nikomu, coście widzieli, gdyż wśród naszych ludzi zaraz obudzi to rozmaite chęci, które nas wszystkich mogą doprowadzić do zguby... — zakończył rozmowę Beniowski.
Za chwilę byli w obozie, i Beniowski z przyjemnością stwierdził, iż okręt łatwo naprawiony zostanie. Część cieślów zajęła się też robieniem nowych pomp zamiast zużytych starych. Przy raporcie doniósł Czurin, że wierzchołek masztu wielkiego jest strzaskany, zatem potrzeba koniecznie poszukać w pobliskich lasach odpowiedniej sztuki na nowy.
— Nie pali się, poprosimy wyspiarzy!... — odrzekł sucho Beniowski, a widząc wielkie wśród załogi niezadowolenie, kazał wydać ze składów kilkanaście sztuk materyj jedwabnych i bawełnianych, aby sobie wszyscy uszyli jednakowe pludry i koszule, bardziej odpowiednie dla tutejszego gorącego klimatu.
Do wieczora zajęci byli szyciem, krajaniem, przymierzaniem, przeplatając robotę wesołym śmiechem i baraszkowaniem. Późno w nocy, gdy już obóz spoczywał we śnie, wśliznął się do chatki Beniowskiego Winblath i prosił o przebaczenie, iż pomimo zakazu udał się na zwiedzenie przyległych obozowi okolic w towarzystwie jednego krajowca, umiejącego parę słów po portugalsku. Widział porządnie zabudowane wioski w prześlicznem położeniu, pola pokryte obfitemi zbożami, a drzewa gęstym owocem. Oprócz pomarańcz, cytryn, kokosów, bananów, winogradu, arbuzów, melonów, patatów, ryżu, prosa, grochu, kukurydzy i innych, widział w pięknie utrzymanych plantacjach trzcinę cukrową, tytoń, bawełnę i... ule z pszczołami.
Zwiedził takoż zakład garncarski i dystylarnię, gdzie rozmaite pędzono likwory. Twierdził, że rękodzieła bardzo są wśród wyspiarzy rozwinięte, że niewiasty tkają po domach materje jedwabne oraz bawełniane, a dużo mężczyzn prócz rolnictwa trudni się rzemiosłami, tak że wyspy łatwo same mogą opędzać wszystkie swoje potrzeby.
— Co, czy nie założyć nam tutaj swojej osady?... Jak uważasz?... — spytał zamyślonego Beniowskiego.
— Przedewszystkiem, jakiem prawem naruszyłeś mój rozkaz!?... Jeżeli myślisz, że cię broni stara ze mną przyjaźń, to się mylisz. Musiałbym cię ukarać, skoroby się wydało... Dlatego nie chwal się z tem, coś widział, a jutro sam to wszystko obaczę i rozważę!
Był pewny, że tak jest, i długo w bezsenności bił się z myślami oraz własną pokusą, aby zostać na tych wyspach błogosławionych i dać wypoczynek strudzonej duszy i ciału...
Ale w takim razie wniwecz obracały się jego wszystkie wymarzone plany! Zostanie takim, jak ten portugalski wychodzień... Może trochę śmielszym, trochę rzutniejszym, posiadającym więcej wiedzy i powagi, które zresztą nie są tu wcale potrzebne!... — Ten Tonkińczyk w gruncie rzeczy zupełnie jest na swojem miejscu!... — powiedział sobie szczerze. — Nie, tyle rzeczy dźwignąć, tyle przeszkód pokonać poto, aby w jakimś głuchym, morskim ostępie sadzić ryż i trzcinę cukrową!... Śmieszny rezultat!... Dla tego nie warto było palić Bolszej i mordować nawet nicponiów kozaków!... Zresztą to przedsięwzięcie nie powiodłoby się... Moi wałkonie, pijacy i hultaje nie długo smakowaliby w tutejszej cnocie i... nie przysporzyliby jej... Rychło pokłóciliby się między sobą, z mieszkańcami, z naczelnikami, z dostojnymi starcami... Zaczęłyby się burdy i bijatyki, jak na okręcie! Koniec końców krajowcy wypędziliby nas wszystkich... Zresztą wyczuwam, że są tu jeszcze jakieś trudności, które ten metys przede mną ukrywa. Niepodobna, aby wysp tych wcale nie znały ludy tak żeglarskie, jak Holendrzy, ani tak niedalekie stąd, jak Chińczycy i Japończycy!... Coś w tem jest, że on się tej znajomości tak uparcie wypiera!... Ha, zobaczymy!
Przed południem wraz z Kuzniecowem i Winblathem zwiedził głąb wyspy i przekonał się, że Szwed mówił prawdę. Widział liczne kwitnące wioski z ludnością spokojną, łagodną i pracowitą. Wszędzie już wiedziano o nim i witano go okrzykami: „Hisos Chrystos“ oraz znakiem krzyża.
Zaraz po obiedzie zjawił się Tonkińczyk.
— Słyszałem, że zwiedzałeś naszą wyspę!... Jakże ci się podobała?... — spytał uprzejmie.
— O, myślę, że poddani twoi należą do najszczęśliwszych ludzi na ziemi!... Mają wszystko, o czem dusza zamarzy: żyzną glebę, zdrowy klimat i błogi spokój... Powinni prosić Boga, aby do nieskończoności przedłużył twoje panowanie! Przypuszczam, że równie zadowolony ty z nich jesteś; wydali mi się pobożni, spokojni, posłuszni i pilni w spełnianiu swych obowiązków...
Tonkińczyk ujął w wypieszczone palce rzadką swą bródkę.
— Zapewne, zapewne, są dość pobożni i posłuszni. Staraliśmy się o to z ojcem Ignacym... Niemało to nas kosztowało trudu, ale... nie mogę się skarżyć!... Są posłuszni!... Cała rzecz, aby w tem ich nadal utrzymać... Gdyż szatan jest również nieśmiertelny, jak Bóg, i przyczajony czyha nieustannie na słabość grzesznika... Ludzie wszędzie są ludźmi!... I tu są rozmaici... Przytarł im błogosławiony ojciec Ignacy rogów, ugięli się pozornie i spokornieli, ale... są! Wiemy o tem dobrze!... Po lasach spotykamy nieraz niewiadomo przez kogo wznoszone ołtarze z obrzydliwemi bałwanami, wśród których jakby na pośmiewisko umieszczają krzyż... Niszczymy te sprośne świątynie, szukamy starannie ich czcicieli, ale ze smutkiem wyznać muszę, że, pomimo wielkich kar, konfiskaty majątku i wypędzania z wysp winowajców, a nawet kary śmierci... znowu powstają, a nawet mnożą się!... Brak bardzo ojca Ignacego z jego twardą ręką... On śmiał, on miał urok, on był biały... A co ja — ja jestem, jak oni... — roześmiał się i bródkę pogładził.
— Zawsze... masz więcej od nich wiedzy... oraz masz oparcie w twojem kapłaństwie!
Tonkińczyk spoważniał.
— Rada starców nie uznaje tego... Po śmierci ojca Ignacego zmusili mię... wziąć małżonkę!... Jestem teraz przywódcą siły zbrojnej, ale... mieszkańcy tutejsi niezbyt wojowniczego są ducha... Wojska niema... Każdy żonaty ma dzidę i tarczę i na zawołanie musi się zjawiać na placu... Ale może się i nie zjawić, a wtedy co?... Dlatego ucieszyłem się bardzo, kiedyście przybyli i wykazali tyle pobożności!... Przeciwnie, Japończycy nienawidzą krzyża.
— Więc lądują tu czasami?
— O tak!... Niekiedy, ale nie mają armat i broni palnej... Gdybyście zgodzili się tu zostać...
— Dziękujemy bardzo!... Radzi bylibyśmy bardzo to uczynić, gdyż cnoty wasze i ludu waszego zdumiewają nas... ale mamy też swoje interesy... W dodatku, co powiedzą wasi starcy...
— O, wśród nich w każdym razie mamy jeszcze po swej stronie większość... Ojciec Ignacy zwolna wszystkie miejsca obsadził pobożnymi ludźmi... Już ja z nimi mówiłem i oni tu zaraz przyjdą... Następnie... Rozumiem, że z poganami... Ale... Dlaczego wzbraniasz ludziom twojej załogi obcowania z tutejszymi wyznawcami Chrystusa?...
— Wśród moich majtków jest dużo nieokrzesanych osobników. Długa ich na okręcie wstrzemięźliwość mogłaby pchnąć niektórych do nadużyć względem waszych białogłów!...
Wąskie oczki Tonkińczyka błysnęły wesoło.
— Ha, ha... Jakże się mylisz, jakże głęboko się mylisz. Tu przedtem wcale nie było małżeństwa, boska panowała obraza... Żyli gromada z gromadą, mając wspólne dzieci i wspólne żony... Z wielkim trudem udało nam się wyrobić to, że niewiasty po błogosławieństwie kościoła przestają grzeszyć z innymi... Wielką uzyskaliśmy zato u wielu mężów wdzięczność... Ale nad dziewczętami do tej pory władzy nie mamy, uprawiają więc nierząd, jak w Niniwie i Babilonie, a ojcowie nie przeciwią się temu, owszem pochwalają, gdyż korzystają z pomocy oblubieńców swych dziewcząt w polu przy robotach, wzorem patrjarchy Labana!... Dlatego i ojciec Ignacy nie opierał się temu bardzo...
Gdy tak rozmawiali, dano znać, że przybyło kilkudziesięciu poważnych wyspiarzy i żądają przyjęcia przez Beniowskiego. Tonkińczyk mrugnął mu porozumiewająco i usiadł na uboczu; Beniowski wyszedł naprzeciw gości, prosił ich do chaty i kazał podać herbatę i ciastka japońskie.
Po długich ceremonjalnych pozdrowieniach i wynurzeniach przybyli wyłuszczyli nareszcie przy pomocy Tonkińczyka, że przyszli prosić Beniowskiego, aby wraz z całą załogą zamieszkał u nich na wieczne czasy, że dadzą im grunta w odpowiedniej ilości najlepsze, pobudują chaty piękne, nauczą uprawy tutejszych zbóż i pielęgnowania drzew owocowych, że wreszcie każdy będzie mógł sobie wybrać żonę wśród ich córek bez żadnego okupu.
Z pewnym niepokojem spojrzał Beniowski na swoich majtków, przysłuchujących się u drzwi obradom. Choć te odbywały się po portugalsku i ljukejsku, wydało mu się jednak z ich twarzy i szeptów, że domyślają się czegoś, że być może powiadomiono ich wcześniej o wszystkiem. Odrzekł więc z wielką oględnością, że żadną miarą przed dwoma laty nie jest w stanie założyć jakiejkolwiek osady, że wprzód musi koniecznie powrócić do Europy, aby załatwić swoje i załogi interesy, pożegnać przyjaciół, zabrać familję i pozwolić to uczynić swym towarzyszom.
— Będziemy Boga błagać bez ustanku, by pomyślnością uwieńczył twą podróż i jak najprędzej nam ciebie powrócił!... — odrzekli po dłuższem milczeniu wyspiarze. — Może zostawisz nam choć część swojej załogi!?...
— Tego nie wiem!... To zależy od ogólnego postanowienia, gdyż i my mamy swoją radę!... — odrzekł Beniowski z uśmiechem.
— W takim razie pozwól im, aby zapoznali się z nami!... — prosili go dalej krajowcy.
Wymawiał się Beniowski strachem, żeby nie wynikły wskutek nieznajomości języka jakie nieporozumienia i nie zepsuły przyjacielskich z tubylcami stosunków; lecz żywe zaprzeczenia Tonkińczyka, podtrzymywane przez całą delegację, oraz chmurność twarzy własnej jego załogi, zmusiły go do ustąpienia. Wziąwszy uroczyste przyrzeczenie od wyspiarzy, że w razie najmniejszego zatargu nie będą sobie sami wymierzali sprawiedliwości, lecz rzecz poddadzą pod jego, Beniowskiego, sąd i rozwagę, z drugiej strony zapowiedziawszy załodze, że najmniejsze wykroczenie surowo będzie karane, pozwolił majtkom skorzystać z zaproszenia, pod warunkiem, iż zawsze w obozie pozostanie trzecia część ekwipażu dla strzeżenia towarów i sprzętów, oraz ukończenia robót okrętowych.
Tejże nocy zwolniona część, zdawszy broń i narzędzia do cekhauzu, rozbiegła się wśród żartów i śmiechów po okolicznych wioskach, uprowadzona przez dziewczęta i starsze kobiety, które się nagle tłumnie w obozie zjawiły.



XLIII.

Opustoszał obóz. Leniwo postukiwały siekiery na bokach wyciągniętego na odmiał statku. Wątły dymek ledwie się snuł pod kotłami, gdzie gotowano strawę dla wartowników. Tu i owdzie pod namiotem, albo w szałasie można było dostrzec opuszczoną żonę marynarza, ledwie przyodzianą, kryjącą się przed upałem słonecznym. Morze aż po linję widnokręgu iskrzyło się złotemi łuskami drobnych fal, opluskując senne brzegi cienkiemi i brzękliwemi, jak szkło, szelingami. Z krzykiem płaczliwym polatywały nad zatoką białe rybitwy i rychło siadały znowu na czarne skały, sterczące tu i tam z modrej wody.
Beniowski obszedł obóz, przyjrzał się zdala czynionym na okręcie porządkom i powrócił zadumany do swej chaty obwarowanej i wysuniętej na czoło wsi. Ale przechodząc koło namiotu, który na prośbę Bielskiego pozostawiono do całkowitego rozporządzenia Nastazji, zdziwił się, że płótniane połacie były opuszczone w tak wielkie gorąco, i zatrzymał się, chcąc zapytać kogokolwiek, coby to znaczyć miało. Czyżby Nastazja wybrała się również z innymi do wiosek tubylczych? Wszak wczoraj jeszcze mówił Bielski o ciężkiej jej niemocy!
Nikt jednak nie ukazywał się wpobliiżu.
— Może odeszli i niema jej kto obsłużyć!... Leży sama i dusi się w tym zaduchu!... — pomyślał.
Ujął róg połogi w rękę i chrząknął.
— Jest tam kto?...
Nikt mu nie odpowiedział.
— Nastazjo, Nastazjo Naumowno, czy mogę wejść?... — spytał głośno.
— Zaraz... Owszem... Proszę bardzo!... — rozległ się głos głuchy i zmieniony.
Beniowski drżącą ręką uniósł płótno; dostrzegł Nastazję w drugim końcu namiotu przy małej balijce, obok której wznosiła się biała kupeczka świeżo wypranej bielizny. Wycierała pośpiesznie obnażone po łokieć ręce fartuchem.
— Co pani robi?... Co robisz, ukochana!?... — poprawił się, podchodząc szybko ku dziewczynie. — Pierzesz?... Sama pierzesz?...
— Wszyscy tak są zajęci... — odrzekła. — To nic, to nic!... Przecież nie jest jeszcze ze mną tak źle... Owszem, myślę, że... za mało mam ruchu!
Zwróciła ku niemu zarumienioną twarz i uśmiechnęła się. Był to uśmiech okropny, uśmiech kościotrupa. Cienkie, jak skóra, usta rozsunęły się na rzędach białych, równych zębów, tworząc na obu policzkach półksiężyce zmarszczek. Nad tym strasznym uśmiechem, obcym reszcie twarzy, w zapadłych oczodołach gorzały smutno ogromne ciemne oczy. Szerokie, żółte czoło pokrywał pot kroplisty i lepiły się na niem wężowo kosmyki czarnych wilgotnych włosów, wymykających się z pod białego czepeczka.
Beniowski stał, jak rażony piorunem; pierwszy raz zauważył tak straszną zmianę.
Spostrzegła to, przestała się uśmiechać i opuściła na oczy firankę długich, gęstych rzęs, swój ostatni ocalały wdzięk.
— Jakże się to stało?... Na to nie można pozwolić!... Gdzież jest Eufrozja!... — zagadał szybko Beniowski.
— Ach, ona biedna tyle ma zmartwienia!... Mąż jej z innymi udał się do wioski i nawet na noc do domu nie wrócił, poszła go szukać... Już dwa dni niema obojga!...
— Wszyscy powarjowali!... Doprawdy nie wiem, jak to się skończy?...
— A więc nie masz zamiaru tu zakładać osady?... Ale siadaj, proszę... oto tu...
— Zaraz, podniosę róg namiotu... Jakże tu duszno!?...
— Nie ten!... Nie ten!... — prosiła. — Może lepiej ten, od tyłu!...
Lecz Beniowski już podniósł płótnisko i podetknął koniec jego pod sznur, otwierając widok na obóz. Nastazja zarumieniła się znowu gwałtownie, podsunęła mu krzesło i sama usiadła naprzeciw na zydlu.
— Widzisz, z osadą rzecz się bardzo plącze... Ludność tutejsza łagodna jest, to prawda, pracowita, gościnna, ale nie wiem, czy tak nazbyt znowu naszego osiedlenia się tutaj pożąda... Ziemi mają niewiele... Widziałem, że najmniejszy kawałeczek nawet najlichszych gruntów już wzięty jest pod uprawę... Nasze niezmiernie czułe i serdeczne przyjęcie przypisuję raczej wpływowi i parciu Mikołaja Tonkińczyka... Słyszałaś pewnie o nim!?
Nastazja kiwnęła przytakująco głową.
— Podejrzewam, że mu poprostu chodzi o wzmocnienie swego upadającego wpływu. Nie mielibyśmy tu więc tak nadzwyczajnego spokoju... Dotąd stykamy się tylko z jego stronnikami i wszystko, co wiemy o wyspie, wiemy od niego... Chciałbym pogadać z jego przeciwnikami, lecz ci kryją się... Wszyscy się tu kryją ochoczo, jedni pod znak krzyża i imię Chrystusa, drudzy po lasach!... Czy tak jest w rzeczywistości, jak opowiada Mikołaj? Nie wiem! Niesłychaną wszakże jest rzeczą, aby pobożność, która w naszych krajach tysiące lat się utrwalała, tu dosięgła takiej potęgi w tak krótkim czasie!... Zapewne Bóg robi czasami cuda, ale jakoś... nie widzi mi się... A więc mam wątpliwość co do chrześcijańskiej cnoty tubylców. W dodatku, osiadłszy tutaj, moglibyśmy łatwo wejść w kolizję z Japończykami. Nawet mi się z tem wygadał Mikołaj. Wyznaję, iż wcalebym sobie tego nie życzył... Ważniejszą zewszechmiar dla nas rzeczą jest przyjaźń, którąśmy z nimi w Usirpatar zawarli... Oparłszy się o nią, łatwiej moglibyśmy zorganizować administrację i handel na archipelagu amerykańskim, o wiele odpowiedniejszym dla naszych celów i nawet dla kolonizacji. Bo jeżeli tutaj musielibyśmy grunty orne od dawnych posiadaczów odbierać, tam czekają na nas pola od wieków pługiem nie tknięte, lasy nie znające siekiery, bogactwa naturalne bez właściciela, wody pełne ryb i bobrów, ostępy borów, żywiące niezliczone stada zwierza. Tam prężność nasza zyskałaby miejsce, twórczość, nowiznę, wynalazczość, przystosowanie... Tutaj co?... Tutaj wszystko, co można zrobić, już uczynione, wszystko zajęte, podzielone, poznane... Tutaj mybyśmy musieli się sposobów gospodarczych nauczyć, zapoznać z obyczajami a dużo z nich uznać i przyswoić. Małość naszej liczby spowodowałaby rychłe nasze pochłonięcie i osłabienie naszych wpływów. Przybyłoby paręset głów ludności ljukejczykom i tyle... co, przyznasz, rzecz mało ważna w ogólnym rachunku ludzkości. Czy zaś możemy dać coś od siebie tym ludziom dobrym, pracowitym, potulnym? Wątpię!... Wogóle wśród załogi mała jeno cząstka jest zdolna do pracy wytrwałej, skromnej, powszedniej... Reszta, przyznać trzeba, są to hultaje, leniuchy i awanturnicy, którym przystoi raczej robić napady i utarczki, niż cichym zajmować się obowiązkiem... Przez zwiedzenie nieznanych ziem i mórz, przez poznanie warumków dla nowego handlu z nieznanemi ludami oraz zbadanie, gdzie jest możliwe osadnictwo poważnych rolników i wytrwałych rzemieślników, ludzie ci spełnili swą rolę. Jaki będzie ich dalszy los, doprawdy nie wiem, ale na założycieli nowych społeczności oni wcale nie są zdatni...
— A więc owa wyspa... wśród błękitnego morza, owo państwo wiecznego szczęścia i sprawiedliwości... — szepnęła cicho Nastazja.
— Owszem, to możliwe i dążyć do tego należy, ale właśnie w tym celu chciałbym, abyśmy co rychlej dobili Manilji lub Kantonu, wreszcie Makao, skąd już łatwo dostać się do Europy, aby tam zwerbować ludzi innych, odpowiednich, kolonistów z powołania, prawdziwych i dobranych pracowników, a nie, jak my, połączonych jeno wspólnem nieszczęściem i wspólnem pragnieniem umknięcia z niewoli. Z obecnych naszych towarzyszów większość mogłaby służyć jedynie jako żeglarze na naszych przyszłych handlowych okrętach... I to nie wszyscy, gdyż dużo jest kłótników i nieposłuchańców, mącicieli i drapieżców, niezdolnych do żadnego rygoru, a więc żadnej społeczności... Rola ich już spełniona, wykonali wszystko, do czego byli zdolni, zużyli się...
Nastazja cicho westchnęła.
— Żałuję ich, bardzo żałuję!
— Nie żałuj!... Nie jest im i nie będzie wcale tak źle, jak przypuszczasz. W dodatku upewniam cię, że oni wcale nie pragną tego, co ty masz na myśli. Poznałem ich przez te parę miesięcy do głębi. Praca i porządek wstrętne im są!... Stokroć milej marzą o wódce, o łupieży, o życiu bez troski i zachodu na karkach innych... i dlatego właśnie dobijają się, aby tutaj pozosstać, tak im się tu podoba, że mają nadzieję siąść na grzbiecie tej potulnej ludności. I to mnie największą napełnia obawą, gdyż potulność też ma swoje granice... A skoro raz zrezygnujemy z dalszej podróży, trudno będzie ponownie do niej wielu zachęcić... Gdyby nawet ocaleli w walce, jaka wyniknie, albo... jaką sami z sobą rozpoczną... Widzę więc jasno całą czczość zamiarów tutejszych, a lękam się zwłoki z wielu powodów... Choćby dla ciebie, która potrzebujesz pieczy należytej, leków dobrych, wygód ucywilizowanych, medyków biegłych i wykształconych. Meder zacny człowiek, lecz umie leczyć jeno marynarskie dolegliwości, które głównie przypisuje zapalności i kuruje puszczaniem krwi i czyszczeniem humorów, co w twoim wypadku nie wystarcza...
— Nie myśl, doprawdy, o mnie!...
— Owszem, nietylko muszę, ale chcę myśleć... Jesteś młoda, parę tygodni, spędzonych w wygodach ucywilizowanego życia, może ci wrócić zdrowie!...
— Nie... nie wiem... czy warto!... — odrzekła, wstrząsając głową. — Ale idą już, Maurycy, widzisz, już idą po ciebie!... Musiało się coś stać!...
Wskazała na drogę, wiodącą w głąb wyspy, na której widać było wdali biały tłum ludzi z kolorowemi parasolami, wachlarzami i chorągwiami, wiejącemi ponad nim.
Dostrzeżono już ich w obozie; ludzie Beniowskiego, porzuciwszy robotę, biegli na spotkanie krajowców. Dyżurny oficer Łoginow skoczył do chatki Chruszczowa i razem z nim skierował się natychmiast stamtąd do mieszkania Beniowskiego.
Ten zdążył tylko uścisnąć rękę Nastazji i pośpieszył na ich spotkanie.
Krajowcy zatrzymali się przed bramą, gdzie stał szyldwach, a z górnych ambrazur wychylały się groźnie paszcze armat. Dostrzegłszy wszakże Beniowskiego z oficerami zbliżającego się z boku, zwrócili się frontem w tę stronę.
Na przedzie stał Mikołaj Tonkińczyk, tym razem w szacie słoneczno-żółtej oraz białej opończy; na głowie miał coś w rodzaju diademu, połyskującego drogiemi kamieniami. Ogromny czerwony parasol z dwiema frędzlami obrzucał go z góry płomienną łuną. Schylił się do ziemi, prawie upadł na kolana przed Beniowskim; to samo uczynili stojący za nim starcy, a następnie cały orszak z kilkudziesięciu ludzi złożony, wszyscy biało ubrani z kolorowemi jeno wachlarzami w ręku.
Pochyliły się chorągwie jedwabne oraz wielki wachlarz czerwono-biały z czarnemi literami chińskiemi. Nie pochylili się jeno ci ludzie z załogi, którzy przybyli z deputacją ze wsi i wśród których Beniowski odrazu dostrzegł kryjącego się Stiepanowa.
— Pochwalony Jezus Chrystus!... — powitał ich po łacinie Beniowski.
— Na wieki wieków amen!... — odrzekł, żegnając się Tonkińczyk.
I wszyscy zaraz również zrobili znak krzyża i znowu pochylili się pokornie.
— Wejdźcie, proszę, do chaty, bądźcie gośćmi!... — zapraszał ich Beniowski.
Ruszyli ławą, poprzedzani przez Mikołaja i Beniowskiego.
Gdy rozsiedli się na matach i poduszkach, gdy zapalili fajeczki i służba roznosić zaczęła herbatę, Beniowski od zwykłych nic nie znaczących frazesów przeszedł nareszcie do pytania:
— Czemże służyć wam mogę, szanowni starcy i ojcowie tej wyspy czarownej?... Czem odwdzięczyć się mogę za waszą serdeczną dla nas gościnność?...
Gdy Tonkińczyk przetłumaczył pytanie, jeden z naczelników z siwą brodą i złotym w uchu kolczykiem odrzekł z prostotą:
— Wybierz sobie, szlachetny panie, jaką z córek naszych i ożeń się z nią... O to cię prosić przybywamy.
Beniowski rzucił zdziwione spojrzenie na Tonkińczyka, który, roześmiawszy się wesoło, dodał:
— Chcemy się upewnić, iż zostaniesz z nami, chcemy zadzierzgnąć węzły najczulsze, któreby cię związały z nami mocniej, niż wszelkie przysięgi i obietnice... Jeżeli ci mało będzie jednej żony, możesz sobie wybrać kilka... Albowiem powiedziano jest w Piśmie, iż Abraham miał ich cztery, z których Sara była najgłówniejsza, a Jakób dwie!... Więc ty też możesz jednę poślubić według chrześcijańskiego obrządku, a inne będą jako twe służebnice... Ale chcemy, abyś choć jedną przyjął, jak to uczynili twoi marynarze, abyś dowiódł, że jesteś nasz, że nie gardzisz nami... Mając wśród nas żonę i dzieci, będziesz nas bronił, albowiem dobro twoje będzie z naszem związane, jak to słusznie dowiódł nam jeden z twoich oficerów...
Beniowski czuł się mocno zmieszany i zaskoczony: spojrzał na tłum, wypełniający chatę i drzwi otwarte, z którego setki podłużnych czarnych oczów patrzało nań badawczo, nieufnie i przebiegle. Dalej za tym tłumem widział stłoczone głowy swoich marynarzy.
— Rzecz jest zbyt poważna, abym zaraz mógł na nią odpowiedzieć... Prócz tego wiedz, że jestem już żonaty!... — zwrócił się do Tonkińczyka.
— To nic, my ci wyrobimy rozwód, a teraz możesz tak... rodzajem próby, według miejscowego obrządku... Ojciec Ignacy też tak robił...
— Na czemże ten obrządek polega?...
— Wybierzesz z siedmiu dziewcząt, jakie ci przedstawimy, jedną i spędzisz z nią noc...
— A potem?...
— Potem będziemy cię uważali za swego... Będziesz przyjęty do plemienia!...
— A w przeciwnym razie?...
Tonkińczyk nie przetłumaczył tego pytania i nie odpowiedział nań odrazu.
— Zgódź się, zgódź się, mówię ci!... — odrzekł wreszcie, mrugając chytrze na Beniowskiego. — Taka obraza może wywołać wielkie wśród krajowców wzburzenie... Większość tych ludzi rozsiana jest po wsiach, już pobrali sobie niewiasty... Mogą wyniknąć nieporozumienia... Jeżeli zaś i ty żonę pojmiesz, wszyscy zrozumieją, że jesteś po naszej stronie... Nawet możesz odpłynąć, a rzecz się już nie zmieni... Będę mówił, że wrócisz i że porachujesz się z wrogami naszej świętej religji. W ten sposób utrwalisz nasz wpływ... Zgódź się zaraz, odwłoka obrazi ich, rozumiesz — szeptał cicho, nachylając się ku Beniowskiemu.
— Muszę się przygotować!...
— Wybierz zaraz, a przygotujesz się potem... Skoro postanowienie zapadnie, będziemy się mogli zaraz układać o warunki założenia osady!... Umilkną spory wśród wyspiarzy, będziemy w stanie zrobić wszystko, co zechcesz... Trzeba się śpieszyć, bo mówiono mi, że na zachodniej stronie archipelagu widziano japońskie okręty!... Musimy to zrobić, zanim one przyjdą!...
Beniowski namyślał się przez dłuższą chwilę.
— A czy nie może zastąpić mnie ktoś z wyż» szych oficerów?...
— Nie, żadną miarą! Wszyscy wiedzą, że ty jesteś naczelnikiem, że tylko twój ślub daje pewność!...
— Co robić? — zwrócił się po rosyjsku Beniowski do Chruszczowa.
Wyjaśnił mu istotę prośby, dziwacznej tylko napozór i zabawnej.
— Ale tak nie jest!... Czuję, że wciągają nas w zasadzkę, której celu wszelako dobrze nie rozumiem. Wiem tylko, że Stiepanow już tam maczał palce. A jednak trzeba się będzie zgodzić tę szopkę odegrać, gdyż grożą nam grzecznie ni mniej, ni więcej, jak rzezią tych, co się po wioskach rozbiegli...
Chruszczów wziął się za głowę.
— Na Boga, ani słowa!... Nie wykazuj tak wielkiego wzruszenia. Przeciwnie, uśmiechnij się, wstań i niepostrzeżenie zgromadź strzelców. Spróbujemy zatrzymać przybyłych wraz z Tonkińczykiem jako zakładników... Idź, zabawię go tymczasem rozmową.
Tonkińczyk cały ten czas przyglądał się rozmawiającym z wielką przenikliwością i nagle powstał.
— Przyślemy ci więc, czcigodny Benio, dziewczęta do wyboru, a tymczasem Bóg niech ma was w swojej opiece!... W Imię Ojca i Syna i Ducha Świętego. Amen! Bywajcie zdrowi!
Daremnie wstrzymywał go Beniowski. Wstał, podał rękę po europejsku oficerom, a starcy skłonili się im nisko, dotykając rękami ziemi, poczem wszyscy jak przyszli tak odeszli tłumnie, lecz spokojnie.



XLIV.

Pokaz oblubienic miał się odbyć nazajutrz rano w najbliższej wiosce, gdzie była rezydencja Mikołaja. Przedtem wysłańcy wielekroć biegali z wioski do obozu i napowrót, prowadząc układy. Beniowski zażądał, aby przy obrzędzie byli obecni wszyscy ludzie załogi, i wymagał, aby tego jeszcze wieczoru odesłano marynarzy, zwabionych i zatrzymanych w rozmaitych sadybach. Mikołaj wymawiał się, że nie wie, gdzie są, że wybór nie jest jeszcze taką wielką uroczystością, że dość jeżeli załoga cała obecna będzie przy samym obrządku weselnym, który odbędzie się dopiero za parę dni.
— Jest to rzecz niesłychana!... Dlaczego pozwoliliście ludziom pozostawać na noc poza obozem?... To nieporządek!... Dlaczego nie uwiadomiono mię, że ich niema?... — wyrzucał Beniowski z rozdrażnieniem Chruszczowowi.
— Kto mógł przypuszczać?... Byli tak gościnni... Zresztą i obecnie nie widzę nic tak zdrożnego w ich propozycji... Wszakże...
Uciął i spojrzał z pod oka na Beniowskiego.
— Co „wszakże“?... Co chcesz przez to powiedzieć?... Czy nie widzisz, że Stiepanow chce mię wprost ośmieszyć i skompromitować w oczach załogi!?... — przerwał, czerwieniąc się, Beniowski.
— Wszystkiemu możnaby nadać charakter zwykłej zabawy. Zaprosimy nasze niewiasty i przegadamy cały ten wieczór. Chcesz, a pójdę do Nastazji i poproszę, aby poszła z nami? To wszystkim usta zamknie. Przedstawię jej, jak ważną jest dla nas rzeczą pokojowe załatwienie tego... nieporozumienia!
— Nie, lepiej pójdę sam!
— Dobrze, nawet jeszcze lepiej!... W takim razie ruszam zaraz na okręt, aby wydać rozporządzenia!
— Na jutro zdwojone straże i silny oddział przy armatach, pamiętaj!...
— Ależ nie zapomnę!... Bądź pewny!
Beniowski wszedł do namiotu Nastazji, którego połacie były podniesione tym razem wysoko, otwierając widok na obóz, na morze z dalekim bladym horyzontem, na czarny, świeżo osmolony kadłub „Piotra i Pawła“, tkwiący wśród lazurowej wody. Dziewczyna siedziała pochylona nad jakiemś szyciem, które bystro zgarnęła za siebie, powstając na powitanie Beniowskiego.
Oczy jej radośnie rozbłysły, zaróżowiły się zlekka uszy i szyja. Była widocznie rada gościowi, wskazała mu ręką na niski zydel obok.
— Siadaj! Cóż słychać?... Mówiono mi, że nie możesz zebrać ludzi?
— A twoja kamczadalka wróciła?
— Wróciła, ale sama!... — odrzekła, smutniejąc cokolwiek.
— Właśnie, wszystko się rozstraja!...
— Myślałam nad tem, coś mówił wczoraj. Czyż istotnie niema wyjścia, jak gwałt jednej części załogi nad drugą... Czy nie można, Maurycy, pozwolić zostać tutaj tym, co chcą, a podróż prowadzić dalej z tymi, co jej pragną... Nie można przecież uszczęśliwiać ludzi gwałtem, nieprawda, Maurycy?... Będą cierpieć, będą pokrzywdzeni w swojem ludzkiem jestestwie, które jest przecież najważniejsze, jak to mówiłeś nieraz... Czy nie prawda?
— Ba, gdybym pozwolił na to, zostałoby dwie trzecie ogólnej liczby; z pozostałą resztą nie zdołalibyśmy przeprowadzić okrętu do chińskich brzegów, a głównie obronić go w razie napadu... Prócz tego wybuchną na pewno spory przy podziale majętności okrętu... Co innego po sprzedaniu futer... Gotówkę łatwo już rozdzielić... Nareszcie tutaj też wśród krajowców wre ukryta walka stronnictw... Ci, co osiedlą się tutaj, nieomieszkają wmieszać się w te spory, zostaną w nie wciągnięci... Gorzej, może rozdzielą się i będą siebie wzajem zwalczać... Wszystko to ogromnie zaszkodziłoby nam na przyszłość, gdyż wyznaję, że chciałbym zachować sobie możność handlu albo nawet założenia tutaj zczasem osady, handlowej stacji dogodnej dla okrętów naszych, płynących z wysp amerykańskich do Europy. Dlatego chciałbym uniknąć wszelkiego gwałtu, wszelkiej walki, która może część ludności do nas źle usposobić. Wyznaję też, iż niebardzo podobają mi się tutejsi święci braciszkowie...
— Ach, wiem, zawsze byłeś mało religijny!... — westchnęła.
— Tym razem nie ja... — roześmiał się. — Przeciwnie, to ci religjanci proponują mi jakiś pogański obrządek.
Zatrzymał się, dostrzegłszy w wysubtelnionych rysach Nastazji rozbudzoną czujność.
— Nie tyle chodzi im o Boga, co o władanie nad tutejszemi wyspami. Zresztą wśród naszych marynarzy większość jest prawosławnych, a oni są katolikami... Tego, zdaje się, ten Tonkińczyk nie rozumie, ale wcześniej czy później zrozumie... Trofimow o to się postara, a wtedy co?
— A ten pogański obrządek, o którym mówiłeś?...
— Nic, takie sobie głupstwo! Uroczyste zawarcie chwilowego przymierza... Chciałem cię prosić, żebyś była na nim obecna!
Potrząsnęła przecząco głową.
— Nie wiesz, że na żadne uroczystości i bankiety nie chodzę!
— Widzisz, potrzebna nam jest bardzo obecność białogłów. Zapewne, że Kuzniecowa i Czurina pójdą!
— Niech idą!... — odrzekła łagodnie.
— Chciałbym, żebyś i ty tam była... powtórzył.
Znowu potrząsnęła głową.
— Poco?...
— Ze względu na... mogące powstać... plotki!
Wyprostowała się i twarz zwróciła ku niemu.
— Plotki? O kim?...
Czerwona chmura przepłynęła po bladej dotąd twarzy Beniowskiego.
— To jest obrządek, pusta formalność dzikiego narodu, ale widzisz... muszę... wybrać przy zawarciu traktatu... kobietę za... narzeczoną!... — wyrzekł z przymusem.
Pobladła i uniosła się z siedzenia.
— Narzeczoną... znowu!?
Nagle opadła na oparcie krzesła, jakby ją kto popchnął, i zakryła twarz wynędzniałą ręką kościotrupa.
— Chcesz więc... żebym...
Nie spuszczał z niej żałosnego spojrzenia.
— Czy nie lepiej, że powiedziałem ci to sam?... Dowiedziawszy się ubocznie, mogłabyś Bóg wie co pomyśleć! Tymczasem to musi być zrobione. Bo gdybym miał inne wyjście, nieomieszkałbym je wybrać! Wierz mi! Nawet kartaczami wolałbym ich na okręt zapędzić. Cóż, kiedy stronników moich obecnie na palcach policzyć mogę. Jutro, pojutrze będzie ich więcej, z dniem każdym przybywać ich będzie w miarę, jak; zrozumieją swoją omyłkę... Gdyby tu można było poczekać, jak na Wyspie Wody!? Ale tutaj każda chwila może przynieść coś nieoczekiwanego... Znaną mi jest dobrze przebiegłość uczniów jezuickich i doprawdy w głowę zachodzę, jaki mi gotują pasztet?... I drugi jeszcze jest powód do pośpiechu, to, że futra w oczach gniją i giną! Pleśń zielona żre je, jak trąd. Gdzie raz się zagnieździła, nie pomagają żadne wietrzenia i dymienia. Gnój przywieziemy do Chin, jeżeli będziemy dalej tak zwłóczyć!... A przecież futra są jedyną naszą nadzieją, jedynym sposobem zdobycia środków dla zorganizowania nowej wyprawy. Co więc czynić?... Ten głupi i śmieszny obrządek wszystko rozwiązuje szybko i gładko... Jutro, pojutrze ruszymy, jestem pewny tego... Nawet każę okręt ładować... Reparacje wszystkie już skończone... Dlatego zgodziłem się na to błazeństwo ze wstydem i bólem... Choć gdyby nie ty, śmiałbym się, gdyż przecież nikomu się krzywda nie stanie... Jeżeli nie chcesz, jeżeli nie możesz... dokonamy obrzędu bez ciebie... Wystarczy obecność Czurinowej i Kuzniecowowej... Prosiłem cię jedynie dlatego, że twój udział nada obchodowi powagę, złagodzi krotochwilność i drażliwość mego położenia... Wszyscy z naszej załogi zobaczą, że to tylko formalność... Zrozum więc, ukochana... To są powody, dla których ośmieliłem się ciebie prosić... Zdaje się, dość poważne...
Odjęła rękę od twarzy, ale spłakanych oczu nie otwarła.
— Tak, Maurycy, ty masz rację, ty zawsze masz rację... Zrobię, co chcesz... Trzeba iść do końca, to prawda!... I kiedyż to ma być ta uroczystość?...
— Jutro rano!... Poniosą cię w lektyce, bo to dość daleko...
— A potem popłyniemy?...
— Zaraz, natychmiast. Załoga cała zbierze się na pohulankę, jestem pewny, spędzę ją zaraz do obozu, po resztę poślę umyślnych, a jeżeli się nawet jakich kilku zawieruszy... Bóg z nimi, niech zostaną... — dowodził gorąco.
Ujął ją za rękę, ucałował mocno, poczem, widząc, że Chruszczow kręci się koło namiotu i zagląda doń niespokojnie, wyszedł, aby dowiedzieć się, co zaszło nowego.
— Statki!... Widzieli statki na horyzoncie!
— Wiem, wiem!... Mówił mi Mikołaj. Wszystkich marynarzy, którzy są w bliskości, zwołać do obozu i zatrzymać pod karą sądu i plag. Nie wypuszczać nigdzie na krok!
— A jutro na uroczystość?...
— Na uroczystość?... Zobaczymy?... Może pójdą w moim orszaku... Ale... ale!... Powiedz Winblathowi, żeby wziął cieśli z okrętu i natychmiast zaczął sypać szańce przy wejściu w zatokę!... Sam idę do Tonkińczyka umówić się co do jutrzejszego obchodu...
— Nastazja będzie?...
— Będzie! — odrzekł krótko i oddalił się.
Chruszczow śledził go czas jakiś wzrokiem zdziwionym.
— Bestja!... — szepnął wreszcie z odcieniem dobrotliwego zgorszenia; pogładził siwą brodę i ruszył ku wybrzeżu, gdzie wśród beczek uwijał się Winblath z kilkoma ludźmi.
Wszyscy chcieli iść na tę uroczystość. Niemało miał zachodu Beniowski, aby przekonać oficerów i szeregowców, iż najprostsza ostrożność każe zostawić właśnie w takiej chwili wzmocniony oddział dla strzeżenia obozu.
— Skąd wy wiecie, że to nie podstęp, że oni nie zjawią się tu w czasie naszej nieobecności, nie zawładną naszym dobytkiem, orężem, okrętem i nas bezbronnych nie wymordują...
— Nie ośmielą się!... Tchórze są, my ich znamy!...
— Na niego groźnie spojrzeć, to on już się kurczy!...
— I to, że dobrzy są... Chrześcijany... Niczego nie odmawiają!...
— Baby i dziewki też mają... miłosierne!...
— Właśnie!... W tem cała ich siła!...
— Ktoby ich tam krzywdził, kiedy sami wszystko oddają!... — wołali jeden przez drugiego, żartując i śmiejąc się.
— A jednak... trzecia część załogi musi zostać w obozie na straży... Co parę godzin towarzysze z wioski będą przychodzili i luzowali ich... Na noc zaś wszyscy wrócić muszą do swoich chat... Inaczej wcale uroczystości nie będzie: posyłam zaraz odmowną odpowiedź Mikołajowi!... — postanowił wkońcu zniecierpliwiony Beniowski.
— Nie przyjdą ci, co wynieśli się, nie przyjdą!... Już trzeci dzień ich niema!...
— Przyjdą, bądźcie przekonani... Postawię to, jako warunek umowy, żeby ich z wiosek wyrzucono i dostawiono tu do nas!
— Nie, tego znów nie trzeba!... Poco czarnych obrażać. Dobre dusze!... — sprzeciwiali się niektórzy.
Jednak wkońcu przemógł zdrowy rozsądek i zastanowienie. Poddano się rozkazom Beniowskiego bez szemrania, w obozie został na straży silny oddział marynarzy. Reszta, nie wyłączając kobiet, ruszyła wczesnym rankiem ku wsi, odległej o ćwierć mili od brzegu. Nastazję niesiono w palankinie, który przysłał po nią Mikołaj. Miała na sobie suknię z ciemnego bławatu japońskiego, własnoręcznie w czasie podróży uszytą, i tylko złoty krzyż, drogiemi kamieniami pięknie kameryzowany, zdobił jej skromny strój i wysmukłą postać.
Zato inne niewiasty powkładały na siebie, co miały najlepszego, lśniły się od złotogłowia, pereł, drogich korali i „samocwietów“. Mężczyźni też postroili się, aby im dorównać, w żupany i kazakiny z drogiego sukna barwnego ze srebrnemi i złotemi guzami. Szli niby bez oręża, ale ten i ów schował nóż albo i krócicę w zanadrze.
Słońce zaledwie wzeszło i skwar jeszcze nie dokuczał; rzeźwy wiatr niósł z oceanu ostry zapach morszczyzny; pierzaste liście palm pobliskiego lasu drżały w podmuchach ruchem porywczym i namiętnym, lecz łagodnie kołysały się całe drzew korony. A w dole, jak okiem zajrzeć, słały się ciche niwy uprawne, połyskując gęsto lustrami nawodnionych pól ryżowych.
Wioska przylegała do lasu; otoczona była palisadą, a składała się z osiemdziesięciu porządnych budowli, wyciągniętych pod sznur po obu stronach szerokiej, wysadzonej drzewami ulicy.
Ledwie minęli bramę wioski, zbliżył się Mikołaj z paru starcami i powiedli cały orszak ku domowi, gdzie zgromadził się gmin wioskowych mieszkańców. Wszyscy odziani byli biało, przepasani błękitnemi lub czerwonemi pasami, mieli w rękach małe wachlarze, za pasami kapciuchy i srebrne lulki. Wszyscy powitali przybyłych ukłonem, znakiem krzyża i okrzykiem:
— Hisos Chrystos!
Następnie gości zaproszono do wnętrza domu, gdzie ich częstowano herbatą, ciastkami, cukrami, a krajowcy pozostali na podwórzu, tłoczyli się we drzwiach i zaglądali do wnętrza ciekawie przez głowy jeden drugiemu.
Po wypiciu herbaty, gospodarz zaprosił gości do udziału w zapasach, jakie rozpocząć mieli niebawem wyspiarze. Wśród tych okazało się niezmiernie dużo zręcznych szermierzy, i majtkowie Beniowskiego nie kwapili się bardzo do walki z nimi. Wreszcie wystąpił Gałka, ale został powalony po kilku chwytach przez niższego od siebie, lecz niezmiernie barczystego ljukejczyka. Potem rozpoczęły się tańce młodych dziewcząt przy odgłosie instrumentów, podobnych do gitar.
Zabawy te trwały do obiadu, który zastawiono dla wszystkich razem na wielkim czworobocznym placu, obsadzonym drzewami. Kobiety jadły osobno, a dziewczęta spełniały stołową obsługę.
Ku końcowi bankietu podawano tęgi likwor upajający, wyrabiany z ryżu, a zmieszany z sokiem trzciny cukrowej.
Wreszcie Mikołaj zwrócił się do Beniowskiego z uroczystą mową nawpół po portugalsku, nawpół po ljukejsku, prosząc go, aby przez wybór żony z pośród dziewic miejscowych zechciał zadzierzgnąć nierozerwalne węzły krwi z miejscowymi wyznawcami tego samego „Boga Stwórcy, Syna Jego Odkupiciela świata i Ducha Świętego w Trójcy Świętej Jedynego...“
Krajowcy wciąż żegnali się w czasie jego mowy i wołali:
— Tho!... Hisos!...
Beniowski odpowiedział równie piękną portugalską przemową, którą Mikołaj tłumaczył słowo w słowo po ljukejsku.
Dziękował więc Beniowski za gościnność, prosił o dalsze dochowanie przyjaźni i utrwalenie jej przez zaprzysiężoną na wieczne czasy umową. Narzeczoną on owszem wybierze, ale zaślubi ją dopiero po powrocie z Europy, kiedy i inne punkty umowy zostaną z obu stron spełnione.
Wywołało to okrzyki i protesty wśród części krajowców, a najbardziej zdawał się być niezadowolony i urażony sam Mikołaj, który nawet z początku nie chciał tłumaczyć odnośnego ustępu mowy.
— Wszak to było już umówione!... — dowodził Beniowski.
— Tak, ale musisz z nią noc przespać!... — nastawał Tonkińczyk.
— Owszem, spędzę z nią noc, ale w towarzystwie naszych niewiast!... Tego znowu wymaga nasz obyczaj!... — zgadzał się Beniowski.
Śmieli się bardzo krajowcy z tego obyczaju, ale zaraz kilku z przedniejszych obywateli podniosło się od stołu i poszło do domów zrobić odpowiednie przygotowania.
Znowu rozpoczęły się igraszki i tańce na murawie w kole starców i gości, którzy rozsiedli się wygodnie na matach. Aż nadeszło siedem kobiet okrytych zasłoną, wiodąc za rękę siedem dziewcząt, przybranych biało i opasanych błękitnemi szarfami. Kwiaty zdobiły rozpuszczone włosy dziewic. Jak tylko matki z córkami weszły do koła, wprowadził tam Mikołaj Beniowskiego i, posadziwszy go naprzeciw oblubienic, prosił, aby się ich ślicznościom dobrze przypatrzył i wedle życzenia wybór uczynił.
Beniowski chciał zaraz wskazać na pierwszą lepszą, ale Tonkińczyk wstrzymał go, ostrzegając, że musi przedtem mowy odpowiedniej wysłuchać. Jednocześnie wstał jeden ze starców i wygłosił długą i zapewne bardzo piękną mowę, której zresztą Tonkińczyk już nie tłumaczył. W końcu przemówienia starzec ów podał Beniowskiemu zasłonę, aby nią swą wybraną nakrył.
Beniowski narzucił ją pośpiesznie na jedną ze starszych, gdyż inne wydały mu się prawie dziećmi.
I natychmiast powszechne milczenie ustąpiło radosnym okrzykom. Wybraną otoczyły rówieśniczki, poczęły dokoła niej tańczyć i okrywać ją pieszczotami. Tak skacząc i grając na instrumentach, poszły ulicą wzdłuż wioski, a za niemi krajowcy i marynarze Beniowskiego i Sybajew, który pożerał oczami oblubienicę od chwili ukazania się jej.
— Cóż to znaczy?... — pytał Tonkińczyka Beniowski. — I czy wszystko już skończone?...
— O nie!... Ona poszła zbierać weselne podarunki sąsiedzkie... Ty tu zaczekaj, ona zaraz wróci!...
Beniowski spojrzał z niepokojem na Nastazję, która znużona siedziała wśród tego zamętu milcząca, z wypiekami na twarzy, z opuszczonemi na dół rzęsami. Gruba Agafja coś jej szeptała z uśmiechem.
— Dobrześ wybrał!... Tak dobrze wybrałeś, że lepiej nie można... Jakby sam Duch Święty tobą kierował... Teraz już wszystko pójdzie dobrze... Słowa nikt nie piśnie... Szczególniej jeżeli nam zostawisz paru ludzi i trochę muszkietów...
— A któż ona jest ta dziewczyna?
— Kto ona jest?... Tiuto-Volangta!... Światło Miesiąca!... Matka jej bardzo zacna niewiasta, niezmiernie przywiązana do naszej religji... Pobożna niewiasta!... Święta niewiasta!... Miłosierna niewiasta... Posłuszna niewiasta... Żarliwa i bardzo... zamożna!
— A któż jej mąż?... Nic mi nie mówisz o ojcu dziewczyny, nawet nie przedstawiliście mi go!...
— Oho!... W tem właśnie rzecz, że ojcem dziewczyny jest... sam ojciec Ignacy!... Sam ojciec Ignacy, rozumiesz!... Teraz nikt słowa nie piśnie!... Ho, ho!... Wybornie wybrałeś... To był palec Boży, bo ja ci przecież nie... wskazywałem! — wołał rozradowany i trochę podchmielony Tonkińczyk.
Ciągnął Beniowskiego, aby szli do pokojów, znowu spróbować tęgiego likworu ryżowego z sokiem z trzciny cukrowej.
Ale Beniowski zręcznie podsunął mu zamiast siebie Baturina, a sam poszedł do Panowa, który właśnie przyprowadził zmianę ludzi i zdawał się go z niepokojem szukać.
— Co się stało?
— Japończycy!
— Dużo?
— Dwa trójmasztowce. Mówili Boskarowowi, że są kupcami, których zmusił tutaj zawinąć... brak wody. Ale nasi ludzie widzieli na pokładzie ukrytych łuczników i na bocieńcach są maszyny do rzucania pocisków.
— Milcz... Ani słowa nikomu!... Zabierz pocichu część ludzi i wracaj do obozu!...
Zabawa była w pełnym toku; rychło jednak coś ją nadpsuło; wśród krajowców powstały jakieś nauboczach szepty, wielu znikło; jeno młodzież śpiewała, śmiała się i tańczyła dalej. Lada chwila oczekiwano powrotu panny młodej i szykowano się na jej przyjęcie. Wtem podszedł do Beniowskiego dobrze już pijany Mikołaj i rzekł, robiąc straszne oczy:
— Japończyki!...
— Wiem. Jak uważasz, przyjacielu, czy powinienem wyprzedzić moją narzeczoną, aby przygotować dla niej w obozie komnatę?
— O tak, idź, idź! Pokaż im armaty... Ale ja już się ich wcale nie boję!... Przyjdę też... Nie, nie... Nie dziś... Jutro... przyjdę... Dziś tylko... dziewczyny... Pokaż tym... poganom armaty... pokaż... — bąkał niewyraźnie Tonkińczyk.
Beniowski szepnął Kużniecowowi i Baturinowi, żeby mieli się na baczności i ludzi, co są jeszcze trzeźwi, zwolna wysyłali do obozu, a sam wraz z kobietami i niesioną w lektyce Nastazją wyruszył tam natychmiast.
Po przybyciu udał się niezwłocznie na główny statek Japończyków i, grzecznie przyjęty przez dowódcę, długo z nim rozmawiał, opowiadając o pobycie swym w Usirpathar, wskazując na swą przyjaźń dla Japończyków, na swoją cześć dla ich męstwa, rycerskości i wysokiej cywilizacji. Napomknął o posiadanym przez się przywileju i banderze z hieroglificznym napisem. Japończyk mocno się kłaniał, wciągając powietrze, wreszcie zapytał Beniowskiego, co tu robi.
— Zagnany burzą korzystałem z niezmiernej łagodności oraz gościnności mieszkańców, a uproszony przez nich, obiecałem zawrzeć z nimi traktat handlowy. Będę więc i tutaj dowoził towary, dążąc do twojej ojczyzny...
— Soda!... — zgodził się Japończyk.
W tym czasie śpiewy i dźwięki zbliżającej się muzyki dały znać Beniowskiemu, że pochód weselny się zbliża; pośpiesznie więc wrócił na ląd, aby spotkać przed obozem „Światło Miesiąca“.
Była doprawdy śliczna w swej cienkiej, białej szacie z kwiatami na głowie. Ruchliwe nozdrza jej prostego, zgrabnego noska drgały od wzruszenia, a w czarnych sarnich oczach błyskała zmysłowa żądza zmieszana z niepokojem.
Beniowski ujął ją za rękę i wśród pląsów towarzyszek, wesołych okrzyków oraz brzęczenia gitar powiódł do namiotu Nastazji. Tam wszystko już było przygotowane do przyjęcia gości, na stołach stały tace ze słodyczami i pieczywem, butelki z japońskiemi trunkami, a wszędzie dużo było kwiatów i pachnącej zieleni. Na matach leżały poduszki przyszykowane dla gości.
Niedługo jednak bawiły w namiocie młode dziewczęta. Choć niezmiernie zaciekawione wszystkiem, co się wokoło działo, oraz niewidzianemi nigdy sprzętami, rychło wyszły, pozostawiając oblubienicę samą z Beniowskim i Nastazją. Blado i migotliwie paliły się świece w srebrnych lichtarzach.
Światło Miesiąca zawstydzona jakaś i nieswoja siedziała przez chwilę na poduszce pośrodku namiotu z opuszczoną głową i skrzyżowanemi na piersiach rękoma. Gdy wszakże dłuższy czas nikt się do niej nie zbliżał i nie przemówił, podniosła powieki i utkwiła dziwne spojrzenie w bladą twarz Nastazji. Ta uśmiechnęła się do niej w odpowiedzi, przesiadła z krzesła do niej na matę i, objąwszy w pół, przygarnęła macierzyńsko ku sobie.
— Co za szkoda, że nie możemy ze sobą mówić? Daj gitarę, choć zagram ci trochę!...
Beniowski wysunął się na chwilę z namiotu, aby zobaczyć, co się dzieje w obozie.
Zapadł już mrok i czerwone plamy ognisk żarzyły się tu i owdzie na piaskach, wyświetlając w ciemnościach figury stojących tam marynarzy oraz zarysy chat, namiotów, beczek i pak towarów, leżących wpobliżu. Dalej panowała noc, do której wschodzący z za lasu księżyc wlewał swój mleczny blask. Cicho, monotonnie, jak powtarzana zwrotka kołysanki szumiało napływające na brzegi morze. Czarne wielkie cienie trzech statków rysowały się groźnie na modrawej łyskotłiwości zatoki, pocętkowanej odbiciami złotych gwiazd.
Gdy Beniowski wrócił do namiotu, Światło Miesiąca spała, oparłszy ukwieconą głowę na kolanach Nastazji, a ta grała na gitarze i cicho nuciła:

To śniegi w polu bieleją,
To bieleją ciała dziewicze,
To nie lilije tam rozkwitają,
To się kąpią córy książęce...

Beniowski usiadł ostrożnie na ziemi po drugiej jej stronie i, podparłszy głowę położoną na zydlu ręką, słuchał w zamyśleniu.
Wreszcie Nastazja umilkła, westchnęła, odsunęła gitarę i zwróciła oczy ku niemu:
— No i cóż tam Japończycy?
— A no może i lepiej, że się zjawili! Jutro wyruszamy. Sama załoga do wyjazdu przynagla. Nie mają ochoty bić się!... — jął jej cicho opowiadać.
Tak przegawędzili o tem, co ich czeka, o tem, co ich boli, co dzieli, co łączy, całą noc, aż do świtu, kiedy przyszły służebnice Światła Miesiąca, aby ją przebrać w nowe suknie, jeszcze piękniejsze, droższe, ale już ciemne, i zrzadka tylko przetykane srebrem i złotem.



XLV.

O dziesiątej przybył Mikołaj Tonkińczyk z celniejszymi wyspiarzami dla omówienia artykułów umowy handlowej. Jednocześnie Beniowski kazał robić przygotowania do spuszczenia okrętu na morze i ładowania go.
Gdy ludzie krzątali się koło tego, zjawiła się delegacja z pięciu marynarzy, prosząc, aby pozwolono im zostać na wyspie.
— Dlaczego to chcecie zostać?... Czy nie lepiej wrócić tu z nami, spieniężywszy futra w Chinach i zakupiwszy potrzebne rzeczy w europejskich faktorjach?...
— I tak będzie nam dobrze!... Mamy już dość tego!... — odrzekł ogromny i powolny Łaptiew.
— Czegóż to dość macie?...
— A... włóczęgi! Człowiek nie kaczka, żeby wiecznie pływał po wodzie.
— Tak, tak!... Mamy dość włóczęgi!... — powtórzyli inni.
Tłum majtków, który zbiegł się z obozu, aby posłuchać, co powiedzą ich towarzyszom, mruknął przytakująco:
— Juściż dość!...
— Tak!... Niechże będzie... Zostawię was... Ale pamiętajcie, że każdy, co zostaje, zrzeka się raz na zawsze swej części futer, pieniędzy i towarów, jakieby mu się dostały w końcu wyprawy przy podziale, że otrzyma jedynie trochę pożywienia i odzieży niezbędnych na początek i nic poza tem... Że następnie zostaniecie na łasce i niełasce tubylców, gdyż nie uzyskaliśmy jeszcze opieki żadnego potężnego mocarstwa... Może więc was każdy traktować, jak zwykłych włóczęgów i awanturników...!
Tu Beniowski spojrzał znacząco na japońskie dżonki, gdzie załoga gęsto wyległa na oba piętra pomostów, oblepiła reje i liny, gapiąc się na to, co działo się na lądzie. Stropiło to trochę zwolenników pozostania, ale Łaptiew i jego czterej towarzysze nie dali się przekonać.
— Dobrze! Zwołam generalne zgromadzenie, niech wam odpowie, gdyż tak ważnego postanowienia samodzielnie zdeklarować nie mogę!... Tymczasem wracajcie do roboty i gotujcie wszystko tak, jakbyście zaraz mieli wyruszyć...
Odwołał na stronę Winblatha i polecił mu przedewszystkiem zdjąć z reduty i przewieźć na okręt armaty. Nie podobało się to niektórym, i Stienapow nawet głośno począł przeciwko temu protestować, oraz innych podburzać, ale Panow rzucił się na niego z dobytą szpadą.
— Wobec wroga bunty będziesz urządzać!... Zabiję cię natychmiast bez sądu, jak psa!... — wołał wściekły.
Ledwie że ich rozdzielono. Postanowienie Beniowskiego o rozdziale okrętowego mienia podtrzymywali zgodnie sekciarze Chołodiłowa, którzy twierdzili, że lepiej założyć nową kolonję w pustem miejscu, choćby wrócić na Wyspę Wody, niż żyć tu razem z poganami, co udają chrześcijan, a mają po trzy żony. Wzięli się więc zaraz do ładowania okrętu, a do nich przyłączyli się i inni.
Po południu wyspiarze przypędzili dziesięć wołów, czterdzieści świń, przynieśli moc niezmierną ryżu, prosa oraz innej żywności.
Przybyła również Tiuto-Volangta, która była już do swej wioski wróciła.
Zaczęły się znowu tłumaczenia, prośby, narady, perswazje, że Beniowski zabrać jej nie może. Krajowcy traktowali całą sprawę z wielką nieufnością:
— Dlaczego nie chcesz jej wziąć?... Dlaczego hańbisz dziewczynę i nas wszystkich?... Czy nie ładna?... Czy nie młoda?... Sam ją wybrałeś!... Może chcesz na nas napaść z Japończykami i dlatego uciekasz od związku krwi!?
Daremnie im przekładał naprzemian Beniowski z Mikołajem różne dowody. I nawet gdy obdarowana matka Światła Miesiąca odeszła, uprowadzając córkę, jeszcze staruszkowie mruczeli i skarżyli się, dopóki każdy nie dostał jakiego prezentu. Mikołaj bardzo prosił o sprzedanie mu futer. Chociaż zapas cennych skór, jedzonych przez pleśń, malał z dniem każdym, nie odmówił mu Beniowski i podarował bardzo pięknych sztuk kilkanaście. Rozumiał, że przychylność Tonkińczyka przyda mu się jeszcze nieraz w przyszłości. Skłonił go następnie, żeby zabrał swoich krajowców z obozu, gdyż przeszkadzają marynarzom pracować.
— Przyjdźcie wieczorem! Przygotujemy wam pożegnalne przyjęcie, a jednocześnie podpiszemy umowę, którą każę na ten cel sporządzić!... — dowodził mu Beniowski przyjaźnie.
— Dobrze, przyjdziemy!... Ale ty do tej pory nie odjedziesz!?... co?
— Sam widzisz, że okręt jeszcze nie naładowany, i wiesz, że tego się tak prędko nie robi... Zresztą pocóżbym miał od was tajemniczo uciekać?... Przecież nie było mi tu źle i jesteśmy przyjaciółmi...
— Ale widzisz... u was też jest na pokładzie Japończyk!...
— Jest. On jedzie do Europy... Dlatego między innemi muszę śpieszyć, aby dopełnić i tego zobowiązania... Idź, zabieraj swoich starców czcigodnych i wracaj wieczorem!...
Zaledwie odeszli, zwołał Beniowski powszechne zgromadzenie i przedstawił tysiące powodów, dlaczego uważa wyjazd do Chin i faktoryj europejskich za konieczny. Stare powtarzał dowody, ale między innemi wykazał, jak na dłoni, że całe bogactwo futer, sięgające paruset tysięcy piastrów, tu na wyspie przepadnie.
— Kto je tu kupi i co nam za nie dać mogą?... Parę worów ryżu!... W Chinach dostaniemy srebro, które wszędzie ma walor... Wielu z was będzie mogło nakupić za pieniądze rozmaitych towarów, których wymiana tutaj, albo w Japonji, ogromne da wam zyski, uczyni bogatymi ludźmi... Trzeba starać się wyzyskać wszystko, cośmy poznali i odkryli w tych podróżach... Czy zapomnieliście o możliwości istnienia złotych pokładów i cennych kamieni na Wyspie Wody?... Wszak tamta wyspa wcale nie gorsza jest od wysp tutejszych, a, mając tak znaczne w swem rozporządzeniu skarby, wy nietylko kolorowe, lecz i białe kobiety możecie pojąć sobie za żony i przywieźć na ową wyspę rajską, gdzie istotnie warunki na osadę nie są wcale gorsze, niż tutaj... Zresztą przypuszczam, że wasz przykład i opowiadanie przyciągnie innych osadników, z czego i wy, jako ich nauczyciele, przewodnicy oraz pierwotni ziem odkrywcy, będziecie ciągnąć niemałe zaszczyty i korzyści.
Przemowa ta zachwiała w wielu chęć zostania na wyspach szczęśliwych i nawet znowu zapaliła w niektórych pragnienie podróży i dalszych przygód. Po długich i burzliwych dyskusjach uchwalono, że nikogo przymuszać do dalszej podróży nie można, że wszystkim wolno zostać, którzy mają chęć do tego z warunkiem, że zrzekną się swej części futer, sreber, klejnotów, towarów, jakie na statku są, oraz kwitują z przyszłych z ich sprzedaży zysków na korzyść tych, którzy dalej zamierzają wyruszyć. Na tych warunkach ośmiu oświadczyło, że pozostają.
Wkońcu Stiepanow też oświadczył, że pragnie osiąść w Usmay. Okrzyknęli go tamci zdrajcą, oświadczając, iż ponieważ umyślili zostać na wyspie, aby resztę żywota swego w pokoju spędzić, nie chcą podobnego kłótnika i podżegacza mieć w swojem gronie.
Wydzielił więc zaraz Chruszczów część zapasów i sprzętów, które bez uszczerbku powszechnego można było zostającym odstąpić; następnie odłożył osiemdziesiąt muszkietów, dwadzieścia barył prochu, dziesięć worków kul, sześćset szabel japońskich, sześćset włóczni i tysiąc dwieście narzędzi żelaznych rozmaitego gatunku na ostateczne podarunki dla powszechności wyspiarzy; resztę zaś kazał zaraz na okręt zwozić i ładować.
Wieczorem zaczęły płynąć ku obozowi setki łodzi krajowych. Każdy z tubylców coś przynosił: ten sztukę płótna, ten parasol, ów rzeźbę z kości słoniowej, tamten kawał jedwabiu, inni wreszcie naczynia z chińskiej porcelany, pudełka lakowe, wyroby złote. Nagromadziło się tego sporo.
Jednocześnie każdy krajowiec przyniósł zapas wódki ryżowej, owoców, gotowanej strawy i zaczęła się uczta, przeplatana oracjami i świadczeniami sobie wzajemnej przyjaźni, obietnicami pamięci i rychłego powrotu.
Okrzyki „tho!...“, „Hisos Chrystos!...“ przeplatały się z okrzykami „urra!...“, „niech żyje!...“
Płonęły ognie, ruch i zbiegowisko w obozie trwały nieustannie. Dziewczęta co chwila uchodziły w ciemności z odjeżdżającymi za chwilę kochankami, aby się z nimi po raz ostatni pożegnać.
A wszystkiemu przyglądała się zdala wyległa znowu na swoje dwupiętrowe pomosty, bocieńce i