Obywatel z Tamki

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Klemens Junosza
Tytuł Obywatel z Tamki
Podtytuł Obrazek z bruku
Pochodzenie Przy kominku
Wydawca A. G. Dubowski i R. Gajewski
Data wydania 1896
Druk Emil Skiwski
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBICały zbiór
Pobierz jako: Pobierz Cały zbiór jako ePub Pobierz Cały zbiór jako PDF Pobierz Cały zbiór jako MOBI
Indeks stron


Obywatel z Tamki.
(OBRAZEK Z BRUKU.)



K

Krakowskie Przedmieście jest piękne, Marszałkowska wspaniała, Plac Teatralny imponujący, ale takiej ulicy, jak nasza Tamka, nie tylko w Warszawie, ale w całej Europie, a może i na całej kuli ziemskiej, nie znajdziesz. Możesz dowodzić, że jestem w błędzie, ale to bynajmniej mego przekonania nie zmieni. Malowniczość jej położenia, nierówność, rozmaitość budowli nadają jej charakter szczególny i urok niesłychany.
Tak mówił pan Telesfor Ziółko, stary dziwak, od lat nie wiem ilu zamieszkały na Tamce.
— Bo to widzisz, kochany przyjacielu — ciągnął dalej, — sama spadzistość Tamki ma stronę nie tylko poetyczną, ale i moralną, praktyczną. Krzewi ona wstrzemięźliwość i cnoty rodzinne, zapobiega marnotrawstwu i wszelkim występkom, z tego źródła płynącym.
— Ulica?!...
— A ma się rozumieć. Otwierasz oczy szeroko i dziwisz się, bo masz krótki wzrok, a myślą nie sięgasz daleko. Wyobraź sobie, że masz żonę i kilkoro dzieci.
— Wcale nie mam, panie Telesforze.
— I ja także nie mam, ale to nic nie szkodzi; wyobraź sobie i miej w imaginacyi.
— Ano, już mam...
— To bardzo ślicznie z twojej strony... Wyobraź sobie dalej, że pracujesz w jakiem biurze, kantorze, banku...
— Jeszcze gorzej... w redakcyi...
— I do tego można się przyzwyczaić z czasem. Ale idźmy dalej. Twoje biuro jest w środku miasta. Otrzymałeś pensyę i powracasz do domu. Po spadzistości ulicy nie idziesz, nie biegniesz, ale toczysz się jak kula i nie zatrzymasz się, aż przy ognisku domowem, na łonie rodziny, obok najdroższej małżonki i kochanych dziatek. Przywitałeś żoneczkę, oddałeś jej pensyę, zjadłeś obiad — i spokojny, zadowolony, przespałeś się godzinkę. Wszak prawda?
— W imaginacyi.
— Ma się rozmieć... Wieczorem zaczyna cię licho kusić.
— No?...
— A oto poszedłbyś z przyjaciółmi do ogródka na piwo, straciłbyś parę groszy, a może i parę rubli.
— Zdarza się to...
— A widzisz. Na Tamce zaś, gdy sobie pomyślisz, jak ciężko windować się pod górę — machniesz ręką i zostaniesz w domu, albo też zabierzesz żonę i pójdziesz na umiarkowaną przechadzkę, w dół do Solca, na wybrzeże Wisły. Tam takie śliczne widoki!... Jak para zadumanych kochanków gapicie się na wodę, co się bezustannie przelewa, na berlinki, łodzie, łobuzów wybierających piasek, na rybaków nawet, co cierpliwie nad wodą z podrywkami siedzą. Ślicznie tam jest! Z przeciwnego brzegu uśmiecha się Praga, wał, Saska Kępa, wielki błękit nieba, wielki szmat zieleni, a pośród niego wielka wstęga wody, z której tu i owdzie wychylają się niekiedy żółte łany piasku. Patrzysz, patrzysz i napatrzyć się nie możesz. Żona trąca cię delikatnie, mówi że już dość... Wracacie do domu. Zjadłeś kolacyę, poszedłeś spać wcześnie, jak Bóg przykazał, a nazajutrz rano, windując się w górę do pracy, rozmyślasz nad tem, jak droga obowiązku jest ciężka, jak się trzeba zasapać i dobrze napocić, zanim ona do upragnionego celu doprowadzi. Taki to jest moralny charakter naszej ulicy. Śmiało mogę powiedzieć „naszej,“ bom się z nią zżył, bo od wielu lat jej turkot budzi mnie ze snu, bo nie opuszczę jej nigdy, choćby mi nawet kto najpiękniejszy pałac w Alejach Ujazdowskich ofiarował.
— Cóż pana tak przyciągnęło do Tamki?
— Co o tem mówić! — odrzekł, ręką machnąwszy — to dawne dzieje... Piękna jest ulica i dość na tem. Co za malowniczość, jakie położenie! Wygląda ona niby dno górskiego potoku, wpadającego do rzeki... Nie wznoszą się przy niej zwyczajne, wielkie, jak pod sznur wyciągnięte kamienice, bliźniaczo podobne do siebie, lecz tu ją zdobi nizki domek drewniany, tam parkan zczerniały, a owdzie wielkie domisko, intruz, niby z Nowego Światu przypadkiem tu zabłąkane. A owe wielkie schody na Ordynacką, to nic? A gmach Instytutu na wysokiej górze, to nic? A zakład Ś-go Kazimierza, to nic? A te domy, domki, małe, krzywe, pochylone, z oknami przy ziemi, te sklepy i sklepiki, dziwaczne szyldy nad nimi i tunele. Ale albo ty wiesz, co to jest tunel?
— Wiem, jest to otwór przebity w skale, przez który przechodzą pociągi drogi żelaznej...
— Pleciesz...
— A jednak...
— Zapewne, ale u nas na Tamce tunel znaczy zupełnie co innego. To jest, uważasz, taka sobie bezpretensyonalna knajpa w piwnicy, a grzeczniej mówiąc, w suterenie. Bardzo miłe i wygodne miejsce do odpoczynku. W zimie tam ciepło, w lecie chłodno. Otóż właśnie tunel, wejdźmy tam, zobaczysz...
Wchodziło się po kilkunastu schodkach.
W pierwszej izbie był bufet, zastawiony kieliszkami, flaszkami i przekąskami na zimno, w drugiej kilka stołów i stołków, w trzeciej bilard stary jak świat, zniszczony, pokryty suknem wypłowiałem, w wielu miejscach cerowanem niezgrabnie.
Za bufetem siedziała jejmość okazałych kształtów, która, ujrzawszy pana Telesfora, podniosła się i z uśmiechem bardzo uprzejmym rzekła:
— Co się stało? Pan Telesfor dziś się spóźnił o całe pół godziny, a właśnie tylko co świeży antałek kazałam nastawić.
— Zagawędziłem się z tym oto młodzieńcem, moja najśliczniejsza pani.
— Zawsze się pana Telesfora psie figle trzymają... Zamiast się oto żenić jak porządny człowiek, pan tylko kobietom głowy zawraca. I komu to świat durzyć?!
— Alboż nie kawaler jestem, hę?
— Jak zwietrzałe piwo... Od iluż lat to samo słyszę!
— I do śmierci będziesz pani słyszała. Nie jestem waryat, żebym się miał żenić.
— Proszę! Alboż to mój nieboszczyk mąż był waryat? Albo mu to źle było, że się ożenił? Nie miał to wszelkiej wygody? Nie chodził sobie czysto jak laleczka? Nie dogadzałam mu w jedzeniu, nie pielęgnowałam w chorobie? Nie pochowałam przystojnie, gdy umarł?... W niebie mu lepiej nie będzie. Ja tu harowałam, ja pracowałam i przy bufecie i w kuchni, ja się ogryzałam z dziewczynami, ja pilnowałam gości, żeby nie uciekali nie zapłaciwszy, a on — świeć Panie nad jego duszą — niedołęga, co? Siedział sobie spokojnie, jadł, pił i używał. Pamięta pan Telesfor przecie, że kiedy się ze mną żenił, wyglądał jak śledź wędzony, a potem rozbuchał się i rozpasł tak, że kto na niego spojrzał, to myślał że jakiego znacznego rzeźnika ogląda.
— Pani też wdzięków nie brakuje...
— Co to, to nie... Pan myśli, że jestem okropnie korpulentna? To się tylko tak zdaje. Przy robocie, a jeszcze latem, trudnoż się fiokować i w gorsetach ściskać... Człowiek się luźno ubiera, żeby miał ruch swobodny.
Mówiąc to, obciągała na sobie kaftanik, chcąc dowodnie przekonać, że jest zgrabna i szczupła.
Pan Telesfor się śmiał.
— No — rzekł — nie sprzeczam się zresztą; figurka jest, bo jest — zawsze powiadam, że bardziej ładnej kobiety jak pani, na Tamce niema...
— Akurat! O Malinowskiej to już pan Telesfor zapomniał.
— Ja? Wcale... chowaj Boże... ani mi się śniło...
— Wiedzą sąsiedzi, jak kto siedzi, mój panie...
— Co mają wiedzieć, już dwadzieścia lat temu...
Wejście kilku rzemieślników przerwało rozmowę. Gospodyni zaczęła nalewać kieliszki, pan Telesfor trącił mię w ramię.
— Nie w humorze dziś baba — rzekł. — Chodźmy do drugiej stancyi.
Usiedliśmy przy stoliku. Dziewczyna, ubrana pretensyonalnie, śmiejąca się bez ustanku i bez żadnego powodu, przyniosła nam piwa.
Gości przybywało coraz więcej, gwar się wzmagał, na starym bilardzie łomotały poszczerbione bile, dym z papierosów jak obłok unosił się pod sufitem.
Pan Telesfor siedział zadumany i milczał. Nic mogłem się domyśleć, z jakiego powodu stracił humor tak nagle.
— Panie — rzekłem, chcąc go na rozmowę wyciągnąć — ten tunel, to bardzo porządna instytucya.
— Spodziewam się!... Nawet na pryncypalnych ulicach niema takich zakładów.
— No, zapewne... są dużo lepsze.
Wzruszył ramionami.
— Głupstwo — odrzekł. — Lepsze albo nie lepsze. Może więcej w nich blagi, błyskotliwości, ale w gruncie rzeczy wszystko jedno. I tu i tam piwo, przekąski, bilard — a u nas taniej. Zakład to nie dla utracyuszów, chcących pieniądze trwonić, lecz dla ludzi żądnych posiłku i ochłodzenia się, lub rozrywki; piwo tu pyszne, z przyjemnością można wypić jeden, drugi, a nawet trzeci i czwarty kufelek...
— Panie Telesforze — zapytałem, gdy już towarzysz mój po kilku kufelkach lepszego humoru nabrał, — powiedz mi pan, kto jest ta Malinowska, o której gospodyni wspominała.
— Niepotrzebna ciekawość — odburknął nie chętnie. — Malinowska jest sobie Malinowska.
— Domyśliłem się od razu... I zapewne córka starego Malinowskiego?...
— Wcale nie córka...
— A więc żona?
— Żona... żona, a jakże...
— Czy także mieszka na Tamce?
— Wszystkie piękne kobiety mieszkają na Tamce, bo to już taka ulica szczęśliwa.
— A jednak pan nie mogłeś znaleźć szczęścia.
— Albo nie mogłem, albo mogłem; możem chciał, a możem nie chciał. Co komu do tego? Malinowska jest Malinowska, a ja jestem ja. Ona ma męża, ma dzieci, a ja nie mam żony, nie mam dzieci... i pomimo tego żyję...
— Smutne takie życie — zauważyłem.
— Może smutne, może i nie, ale dość głupie. Pracujesz, zabiegasz, zbierasz... dla kogo? po co? Trzeba ci wiedzieć, kochany panie, że ja biedny nie jestem i nie byłem. Po matce mam domek drewniany, ale intratny, bo i szynk i sklepik w nim jest, i mieszkania i warsztat w podwórku. Po ciotce spadło na mnie trochę pieniędzy, przytem sam fachowy jestem. Dopiero przed kilkoma laty zwinąłem warsztat ślusarski, bo już mi było trochę ciężko i zresztą nie potrzebuję. Gotówką obracam jak mogę i umiem, aby tylko grosz darmo nie leżał. Zresztą albo mi to dużo potrzeba? Mam gdzie mieszkać, co jeść, przyodziewku do śmierci nie zedrę, a na cygaro i na kufelek piwa niewielki wydatek... „Kuryera“ ma się rozumieć trzymam, książki z czytelni biorę i basta. Znają mnie tu wszyscy; w każdym prawie domu mam chrzestne dzieci. Ludzie bo widzisz proszą, a odmówić takiej chrześcijańskiej posługi nie wypada. Malinowskiemu najmłodszego też do chrztu trzymałem. Ładny dzieciak, teraz już podrósł, jest w terminie u powroźnika... Ładny chłopiec!...
— Zapewne! Dużo też mają dzieci?
— Malinowscy?
— Tak.
— Czworo. Eh! widzę, że za język mnie ciągniesz. Zaciekawiła cię baba... Ha! skoro koniecznie chcesz, to opowiem, ale ciekawego nic tam nie będzie. Proste to, zwyczajne rzeczy. Było temu lat dwadzieścia, może więcej, bo już nie pamiętam dokładnie. Siedzieliśmy przy tym samym stoliku; jeden obywatel z Tamki, jeden kotlarz i ja... Jeszcze ten tunel nie należał do dzisiejszej gospodyni. Niemiec go trzymał jakiś, ale porządny Niemiec, nie taki kartoflarz, jak inni. Piwo miał pyszne, po osiem groszy kufel, że zaś je warto pić było, siedzieliśmy tedy i gawędzili, a na bilardzie grali w drugiej stancyi. Grali to grali, na to jest knajpa. Naraz zrobił się krzyk, kłótnia... Zajrzeliśmy z ciekawości, a Michalak, stolarz, z jakimś elegantem sprzeczkę miał. Zamierza się na niego kijem. Awantura!... A u Michalaka tego nie kupić, bo miał strasznie prędki charakter. Lada o co zaraz bójka. Tymczasem tamten galancik, niepozorny jakiś chłopaczyna, chuchro, jak się odsadzi, jak go pchnie... Panie święty!... Michalak ledwie zdążył krzyknąć: Jezus Marya! — i trup.
— Trup?...
— Od razu! Żeby choć zipnął, żeby okiem mrugnął!... Uderzył głową o róg bilardu, kość pękła, krew bryznęła i po wszystkiem... Ma się rozumieć: gwałt! Sprowadzili policyę, doktora, zamknęli tunel... było śledztwo, a tymczasem biedny Michalak legł sobie na Powązkach. Została po nim wdowa i troje dzieci. Bieda, że siekierą nie urąb... Z dzieci najstarsza była Józia, dziewczyna piętnastu lat, prócz niej dwóch chłopców. Na początek zebrało się na tę biedę składkę, ale po opłaceniu pogrzebu niewiele co zostało, a ludzie, jak to ludzie, z początku, póki im jeszcze ten wypadek okropny stał w pamięci, to byli dość chętni ku pomocy, ale potem!... Co ich obchodziło, czy wdowa wychowa dzieci i czy z głodu nie zmarnieje? Małoż to biedy w Warszawie? Mnie jednak żal ich było... Patrzyłem na śmierć tego biedaka własnemi oczami... a ta Józia... śliczna była, powiadam ci, kochany panie, krew z mlekiem...
— Domyślam się...
— Niewielka sztuka!... Ja byłem wtedy o dwadzieścia lat młodszy, kawaler jako i dziś jestem, nie biedny, pomyślałem tedy: niech co chce będzie, wychowam sobie żonę po swojemu, dla siebie, będę miał przyjaciółkę, wychowankę, wdzięczną za to, com dla niej uczynił...
— Zawiodła?...
— Czekajże pan. Umyśliłem to zrobić porządnie, uczciwie, po gospodarsku. Poszedłem do wdowy i powiadam wprost, co myślę: dopomogę pani, chłopców ulokuję, szczędzić na nic nie będę, a za to Józia za dwa, trzy lata będzie moja... żona, ma się rozumieć. Co moje, to i jej; majątku do grobu nie wezmę, ani go za życia nie przepiję. Stary jeszcze nie jestem, będę dla niej mężem kochającym, dobrym, a jeżeli ona również mnie uszanuje, to jej nic na tym świecie nie zabraknie... Zdaje się, żem źle nie postąpił?...
— Owszem... ale jakże wdowa?...
— A panie! wdowa mi do nóg, Józia mnie ucałowała po rękach, a po całej Tamce, na Solcu, na Furmańskiej nawet gawędy takie, że aż się mury trzęsły. Józi zazdrościli, a ze mnie się śmieli do rozpuku.
— Cóż śmiesznego?
— No, zawsze: obywatel, właściciel domu bierze biedną sierotę, nie mającą nic, nawet na owinięcie palca, i w dodatku, zanim ją weźmie, jeszcze i na nią i na całą familię łoży. Śmieli się i gniewali, bo niejedna matka oddałaby mi z chęcią była córkę, z posagiem nawet... Na co daleko szukać?... Ta oto gospodyni też chciała za mnie wyjść i do dziś dnia zapomnieć mi tego nie może. A trzeba wiedzieć, że była swego czasu panna przystojna co się zowie i nie biedna. Żeby nie Józia, kto wie, możebym się był z nią ożenił, ale przez tę dziewczynę nie ożeniłem się i nie ożenię już nigdy.
— Uważasz pan, że za późno?...
— Nie warto!... Dość, że urządziłem dla nich wszystko jak najlepiej; dałem mieszkanie we własnym domu, na utrzymanie fundusz, chłopców umieściłem u majstrów, do Józi — ma się rozumieć na mój koszt — przychodziła jedna pani, niegdyś guwernantka, światła kobieta, co jak zaczęła po francusku pytlować, to jej sam dyabeł nie rozumiał... Chciałem żeby dziewczyna miała ogładę i naukę, jak na obywatelską żonę przystoi. Wolałem dłużej trochę czekać na ślub, byle dziewczyna korzystała.
— A robiła też postępy?...
— Spodziewam się. Zdatna była do wszystkiego. Ja przychodziłem do nich czasem, ale nie codzień, nawet nie co tydzień. Chodziło mi o plotki, o ludzkie języki. Na co mają gadać na porządną dziewczynę?... Swoją drogą i tak gadali.
Pan Telesfor umilkł, kazał podać świeży kufel, wychylił go i, westchnąwszy głęboko, rzekł:
— No, teraz już wiesz pan, kto jest Malinowska?
— Skąd? Mówiłeś pan przecie o sierocie...
— Prawda, ale że cała Tamka o tem wie, myślałem że i tobie, kochany panie, mógł ktoś coś szepnąć. Otóż, uważasz pan, naznaczyliśmy dzień ślubu; dwa miesiące tylko brakowało. Jednego dnia chciałem uciechę Józi zrobić, pojechaliśmy całą kompanią na Kępę. Od Solca przewoźnik na krypę nas zabrał i niedługo znaleźliśmy się między drzewami w chłodzie. Nie żałowałem grosza, chciałem gości swoich ufetować. Niechby pamiętali, żem był szczęśliwy. Po dobrym podwieczorku rozbiegło się to wszystko po łące, bawiło w chowanego, goniło — a ja pilnowałem bufetu i zamawiałem kolacyę. Pragnąłem żeby jedzenie było porządne, żeby się goście uraczyli. Rozmawiam tedy z restauratorem, a tu przychodzi panna Marta, ta sama oto gospodyni, co u niej siedzimy, i powiada: — „Panie Telesforze, wszyscy się bawią, a pan nie? Chodź pan ze mną, pokażę panu coś... ślicznego ptaszka, tylko trzeba iść ostrożnie, po cichutku, bo ptaszek płochliwy. Zlęknie się, frunie i już go we sto koni nie dogoni!...“ Tak to jakoś dziwnie mówiła, aż mróz po skórze mi przeszedł, a takie miała przy tem spojrzenie złe... Poszedłem... Wzięła mnie pod rękę, przymila się i szepce: „Tylko pan sobie do serca bardzo nie bierz... Takiego człowieka jak pan niejedna pokocha... O, przypatrz-no się pan tu, z za tego krzaka... Ładny widok? co?“ Panie! myślałem, że mnie paraliż ruszy, albo apopleksya zabije!... Taka podłość!...
— Co?...
— Ha!... Józia, ta, co za dwa miesiące miała być moją żoną, całuje się z jakimś młodzikiem. Ryknąłem takim głosem, że się wszyscy zbiegli, ją chwyciłem za rękę, jego za kołnierz... chciałem zabić oboje. Oderwali mnie przemocą... Zacząłem płakać, jak małe dziecko...
— A ona?...
— Nic!... żeby się choć tłumaczyła!... Powiada po prostu: „nie chcę pana, boś stary i brzydki, tamtego kocham — i dość.“ Matka w lament: perswaduje, powiada że to się przemieni, że tak, że owak, nie chciałem już słuchać... Zapłaciłem co się należało i przyjechałem do domu.
— Któż był pański rywal?...
— Kto?... — odrzekł, ręką machnąwszy — szklarz golec, biedak, tyle tylko że gładki. Za tydzień przyszła do mnie matka z lamentem, z płaczem. Nie miałem chęci z nią mówić... Co dałem, to sobie pani trzymaj, nie odbieram, mieszkanie od kwartału wymawiam, a Józia niech sobie idzie za Malinowskiego, kiedy jej się tak podobał. Ja już do tego nic nie mam i mieć nie chcę. Matka mi do nóg.
— Cóż znowu?...
— O! nie dlatego, żeby mnie chciała przebłagać, ale o radę, o pomoc prosić. Wyobraź-że pan sobie, że szklarz żenić się nie chce.
— Z Józią?
— A tak... Powiada: nie i nie. Znajdę sobie z majątkiem. A! za pozwoleniem! Wdałem się w to. Poszedłem do niego i powiadam: słuchaj-no, smyku, mam sześciu czeladników i trzech chłopców, a sam też coś znaczę. Jeżeli od dziś za trzy tygodnie nie ożenisz się z Józią, przyjdziemy tu wszyscy i stłuczemy cię na leśne jabłko, po ślusarsku.. On zaczyna się wykręcać; a to, powiada, funduszu nie mam, a to to, a to owo. O fundusz, mówię, to moja głowa, a ty, jeżeli ci kości miłe, żeń się.
— I ożenił się?...
— Niechby spróbował nie ożenić się, poznałby ślusarskie pięście!...
— Byłeś pan na ślubie?
— Nie mogłem. Czeladników posłałem, żeby byli świadkami... a później przez dobrego znajomego posłałem pieniędzy, dopomogłem. Nie chciałem już ich więcej znać... No, teraz wiesz pan, kto jest Malinowska?... pani Malinowska!...
— Mówiłeś pan, żeś im najmłodszego syna trzymał do chrztu?
— Cóż miałem robić? Z początku, zaraz po tym wypadku, zamknąłem się w domu, nie wychodziłem prawie na ulicę. Sprowadzałem książki z czytelni i czytywałem dniami całymi. W jakiś czas później spotkałem ją na ulicy.
— Józię?...
— A tak. Mizerna była biedaczka, chora. Jakże nie zapytać, nie dopomódz? Żałowała swojej lekkomyślności, ale cóż, już się nie wróci. Czasem ich odwiedzam, na tej samej ulicy mieszkają, na Tamce. Chodźmy stąd, duszno mi jakoś...
Przy bufecie gospodyni zapytała:
— Już? Tak wcześnie? Dokądże pan Telesfor śpieszy?
— Przejdę się...
— Wiem, wiem, panu tylko jedna droga, koło tego domku, co ma okiennice zielone...
— Ej! nie wydziwiaj pani, bo się rozgniewam.
— Tak jak na Malinowską?...
— Niemożliwa baba — szepnął do mnie.
Wyszliśmy na ulicę. Wozy z turkotem pędziły w dół, ludzie biegli po spadzistości.
— Śliczna ulica — mówił do mnie pan Telesfor, — śliczna ulica. W świecie takiej poszukać! Oto widzisz pan, ten drewniany domek na prawo jest mój, a tu, gdzie okiennice zielone, Malinowscy mieszkają. Za nic w świecie nie wyprowadziłbym się stąd.








Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Klemens Szaniawski.