Przejdź do zawartości

Obrońca kraju

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
<<< Dane tekstu >>>
Autor Gabriela Zapolska
Tytuł Obrońca kraju
Pochodzenie W zamyśleniu
Wydawca „Lektor“ Instytut Literacki Sp. z o.o.
Data wyd. 1923
Miejsce wyd. Lwów
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Cały zbiór
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron


OBROŃCA KRAJU.



 W tych dniach, siedząc przy mojem oknie, widziałam następującą scenę.
 Wzdłuż kraty — po blond piasku drogi — snuła się tu i tam młoda chłopka. Okutana w chusty barwne, wykwitła wśród promieni słonecznych. Po przez kratę — podejrzliwie towarzyszył jej po ścieżce mego ogródka, wielki mój Bernard. Poszczekiwał cicho, nie był zdecydowany. Nie wiedział, czy przyjazne jakieś chęci spacerują po tamtej stronie kratek.
 I tak było długą chwilę.
 Wreszcie z domu wyszedł Jędrek — chłopak, służący u nas od niedawna. Zaszafirowił się bluzą roboczą i fartuchem, zajaśniał płową głową.
 Dojrzała go dziewczyna i przez furtkę przyzywać zaczęła.
 — Jędrek!
 Podbiegł szparko i zaczął z nią rozmawiać. Krótko mówili, przez siatkę. Od pierwszych słów dziewczyny — słów, których nie słyszałam z oddalenia — widziałam, jak chłopak pobladł, zmienił się i prawie zachwiał.
 Ona mu coś tłumaczyła krótko, rzucanemi słowami — wreszcie, bez gestu pożegnania odeszła, ginąc plamą barwną na ścieżce słonecznej.
 On — pozostał przy kracie, nieruchomy, jakby wbity w ziemię, z głową opartą o siatkę. I była w nim wielka bezsilność i wielkie przygnębienie.

............................................

 Czekałam, że sam przyjdzie i powie, co tam spadło na to jego nędzne, biedne istnienie, które zwykle reasumuje sam kilkoma słowami.
 — Rób! rób! zarobisz se na grób!
 Lecz nie powiedział nic.
 Tylko w południe, znalazłam znów w kuchni wysokiego, zczerniałego chłopa w żółtym kożuchu, który z uwagą przypatrywał się swej twarzy w lusterku kucharki. Obok niego drobny, szczupły Jędruś z typowem pochyleniem karku neurastenika — wyglądał jak dziecko.
 — To mój brat! — wyrzekł przyciszonym głosem.
 — Cóż mi powiecie?
 — A no... proszę Wielmożnej pani — bo Jędruś staje jutro do asenterunku...
 — A!...
 — A no — to my go pilnujemy, żeby się stawił, bo inaczej to my by płacili karę...
 Zawiesił głos — i po chwili dodał z tą intonacją, którą ma tylko pewna, specjalnie od społeczeństwa dobrobytem obdarzona warstwa ludzi.
 — A niby z czego?

............................................

 Do asenterunku.
 A więc nadeszła pora roku, w której pędzą te gromady kilogramów mięsa, celem obejrzenia, czy dość zdrowe i silne, aby stać się podatnym materjalem — dla śmierci. Najczęściej są tu cudowne, wiosenne dni pełne czaru, młodego słońcąsłońca i młodych miłości. Po wsiach z ziemi i z nieba płyną takie masy woni, jakby utajonych. — Tak żyć się chce, tuk paść na tę ziemię, która się rozpachniała cudownie i całować ją i wołać do słońca: — Oto jesteśmy wszyscy — chcemy żyć! — chcemy ci oddać naszą siłę i brać twoją — w spokoju, w szczęściu, w miłości, w swobodzie.
 Lecz oto — po chałupach roznieśli — wezwania.
 I spada grom.
 Mają iść — muszą. Wójt ich powiedzie, tragiczną trzodę, nagle jakby oślepłą i porażoną. — I staną tam na pręgierzu nadzy, obdarci nagle z osłon i drogiego dla tej prostej duszy wstydu.
 Taki Jędrek, stający na desce, gdzie mierzyć go będą na centymetry — niema już nic swojego. Nie należy do siebie. On, który wołał wczoraj do wiosennego słońca: „otom jest!“ — któremu zdawało się, że „jest przecież spławiony w swobodzie i woli swej własnej“, niema teraz nic, nie jest niczem, tylko bryłą mięsa, punktem, do którego taki drugi Jędrek tam gdzieś — przez granicę, także nagi i wpół oszalały z rozpaczy, będzie się uczył strzelać celnie, aby trafić — dobrze trafić... tak, aby już tamten nic powstał, gdy padnie.
 I ku temu celowi — narysują Jędrkom takie duchy, takie kohorty upiorów ludzkich, aby Jędrek nauczył się dobrze trafiać w nogi, walić na ziemię, druzgotać te biedne chłopskie nogi, które za pługiem tak lubią chodzić i brnąć w świeżej, pachnącej, rozkosznej ziemi.
 To ma być konieczne, to ma być potrzebne i nieuniknione.
 Takie zamienianie ludzi na zbójów wyrafinowanych — wykwalifikowanych — takie pozbawianie jednym zamachem człowieka jego godności, poczucia dumy, woli, swobody — wszystkiego — nazywa się bardzo szumnie i pięknie.
 To jest — obrona kraju!!!

............................................

 I Jędruś ma stać się obrońcą kraju. Ma bronić przedewszystkiem tego, co jest jego katem i wrogiem.
 Bo co mu daje kraj? — Nic. Jest to najmita nędzny i smutny. Nie umie czytać i jest zupełnie ciemny. Nie wie kim jest i tak mu ten kraj nie ciekawie się przedstawia — że nie pragnie się dowiedzieć. Na moją propozycję nauki — spotkałam się z opozycją:
 — Mój dziadek nie umiał, mój ojciec też nie czytał — i ja nie będę czytałczytał.
 — TakTak odpowiada ten tragiczny analfabeta, dla którego przyszłość i teraźniejszość, jaką mu kraj daje — przedstawia się w słowach:
 — Rób, rób — zarobisz se na grób?
 Ale to jeszcze nie wszystko. To jeszcze mało. Jędruś niema nic. Jest zupełnie biedny. Jędruś nie wie nic. Jest zupełnie ciemny. Kraj mu nie dał okruszyny ziemi, kraj mu nie dał promyczka światła. Gdy Jędruś, chorujący na wadę serca, poszedł kilka lat temu do szpitala — odesłali go jako nieuleczalnego. I Jędruś wlókł się tak osłabiony, że padł na rogatce i leżał tak na ziemi, bo iść dalej nie mógł. Dla niego jednak kraj nie miał miejsca, więc kazali mu iść. Gdzie? Dokąd? Co to kraj obchodzi!
 Ale — oto — obeszło kraj, że Jędruś skończył dwadzieścia lat i że może z niego być kilkadziesiąt kilo żywego mięsa. Teraz znalazło się dlań miejsce. I to biedne serce chore trzepocze się, ściska i dławi jak ptak, śmierć wyczuwający.
 Jędruś od dwunastu godzin nic nie je, zgorączkowany, bezprzytomny. Z melancholją znosi szyderstwa Zosi, kucharki — i głosy ich kontrastowe wpadają przez moje okno uchylone, bo już tam koło inspektu kręcą się oboje — i Jędruś smutnie sieje rzodkiewki i porze się koło „szałaty“, która to „szałata“ — stanowi szczyt jego ubogich i ciasnych marzeńmarzeń.
 — Nie płacz Jędruś! — mówi Zosia — pójdziesz do wojska, ale nie będą cię bardzo bili. Bo teraz bić nie wolno.
 — Ale — odpowiada Jędruś — niech mnie wywłóczą po swojemu po rowach... To już starczy.
 I wzdycha ciężko.
 Lecz Zosia nagle żywiołowo wybucha:
 — A to i dobrze, że nad wami mężczyznami jest chociaż wojsko! Żebyście się tego nie bali, to już takbyście hulali po świecie, że tylko się nam powywieszać. A tak jest ktoś od was silniejszy...
 I cieszy się i śmieje ładna dziewczyna, że chłopiec martwi się i wzdycha.

............................................

 Wieczysta nienawiść dwóch płci. — Ta nigdy nie ustająca i najszaleńszą miłością nie stłumiona.
 Tarnowska, gasząca na ręku Naumowa papierosy.
 I zalewająca mu rany wodą kolońską.
 Aby dobrze żarła...
 I rzeczywiście, jest w tem pewna satysfakcja.

............................................

 Ale to są boczna sprawy i nie zmieniają w niczem głównej kwestji. Tą jest powleczenie takiego Jędrka do wojska. Przedewszystkiem Jędrek zapowiada, że
 — Przecie trzeźwy nie stanę! Muszę się upić!
 W ten sposób jedynie rycerskość Jędrka można na jaw wydobyć. Po bydlęcemu spity, zrzuci ze siebie odzież i stanie ot — jak na świat przyszedł, z oczyma bielmem zaszłemi — zrozpaczony do ostatniej granicy. I powie:
 — Przyszedłem na tego... obrońcę!
 Onby może przyszedł i trzeźwy i z jakiemś poczuciem godności, ale gdyby wiedział, że broni swojej ziemi, swojej grudy, swego pola — swego kraju.
 — Do Bośni mnie pchną!... — mówi ocierając oczy.
 A no, łachman bezwolny, którym można powiać w którą się chce stronę bez żadnego uwzględnienia jego etycznego podłoża...
 Dziwna bowiem rzecz, jak w tych koniecznych (!) urządzeniach społecznych nie kładzie się nic na jedną szalę, a żąda się położenia wszystkiego na drugą. Wymaga się bowiem od takiego Jędrka szczytów ofiarności, wyższego morału — każe mu się być owym „wielkim człowiekiem“ — poprostu kresem doskonałości, oddającej swe życie dla dobra ogółu.
 Byle chociaż ustawiono tak ten ołtarz ofiarny, aby mu lekko było iść po tych stopniach, a nie potrzebował się wleć po nich pijany i rozzwierzęcony.
 Byle jakiś pozór, jakiś cień.
 Byle choćto...

............................................

 Wiem, że to wszystko, co mówię w tej chwili, to jest wrogie — polityce i w tym kierunku bez podstawy. Bo — system jaskiniowy — wtedy, kiedy to ludzie obrośli kudłami, zajmowali jakąś jaskinię i pazurami i kłami bronili wstępu innym kudłaczom do swego legowiska — wymaga w dalszym ciągu Jędrków na „obrońców kraju“. Zamiast pazurów i kłów, karabiny i manlichery, dalej tasaki i inne tego rodzaju słodkie wynalazki.
 — Podobno nie będzie już manebrów, tylko egzecyrka... — pociesza się nieśmiało Jędrek.
 Czy tak — czy tak będzie, to wyższe kształcenie uczuć i myśli, budzenie bohaterskich porywów i poczucia godności zapomocą znanych i wykwintnych środków.
 Człowiek, który przeszedł przez zwarty mur wojskowości, gdzie pierwszą i główną zasadą jest uczynić go „nieosobistym“, a środkami à la Juljusz Cezar ogłupić go i wyczerpać do krańców — człowiek taki nasiąka jak gąbka występkami i pragnieniami występków swych towarzyszy niedoli. — Francja — która jak zwykle przoduje w każdem „przejrzeniu“ — chce odsegregować swoich zbrodniarzy od tych, którzy jeszcze nimi nie są i których razem tłoczy (nieszczęsną trzodę) w murach koszar. Zauważono bowiem, że — budząc instynkty zabójców wykwalifikowanych i opatentowanych jako obrońców„obrońców kraju“ — przeholowano trochę. Obrońcy kraju, znudzeni czekaniem na wroga a przepojeni cali chwalebną żądzą mordu, zaczynają dobierać się do wspaniałych obywateli i obywatelek własnego kraju. To nie wchodzi w program. A że podobna rycerskość jest zaraźliwa, więc strach ogarnia tych w górze. Należy segregować. Ale jak? — Cóż, kiedy wykazuje się, że ci obecni „zbrodniarze“ — byli przed wstąpieniem do armji „bardzo łagodnymi i uczciwymi ludźmi“.
 — Muchyby mój syn nie zabił! — mówi matka takiego mordercy.
 Więc...
 Często w menażerji cała horda dzikich zwierząt chodzi łagodna i wytresowana. Muchy by lew nie zabił. Nagle — coś się stało. Wypadkowo zadrasnął np. tygrys pogromcę. Zapach krwi! I oto szał ogarnia całą hordę. Rozlega się ryk. Już nie o muchę chodzi — za mało człowieka — pomiędzy sobą żreć się zaczynają.
 Te dobre, łagodne zwierzęta!
 A świat jest właśnie taką klatką pełną dzikich zwierząt. Urządzenia społeczne, to szpicruty i koła płonące, przez które skaczą posłusznie uchodzone osobniki. Lecz oto nakazano im igrać z mordem, z bronię, z krwią. Oswajają się powoli z tem, co grozą przejmowało. Uczą się strzelać trafnie, aby zabić, siać mord i zniszczenie... I wreszcie przepajają się żądzą mordu. — Szarganie godności człowieka, nędza, która każe żołnierzowi stawać się utrzymankiem sług albo dziewcząt publicznych — dopełnia miary.
 Zanim taki członek stanie się obrońcą kraju, będzie mordercą, a w najlepszym razie pijakiem, kimś wyzutym zupełnie z ambicji, naciągaczem i mężczyzną, frymarczącym swem ciałem za Virginia lub baniaczek kawy albo kieliszek sznapsa.

............................................

 Późnym wieczorem — patrzę przez okno, jak powraca Jędruś. Nie wzięli go — to naturalne... Jest nie do wzięcia do szpitala i do wojska — słowem, kraj dla niego nic zrobić nie może, ale zato wspaniałomyślnie niczego od niego nie żąda. Nie troszczy się, że on ginie i nie każe mu ginąć za siebie. Jest to piękny i szlachetny gest.
 Lecz — ktoś zmienił Jędrusia... Jego łagodna, zrezygnowana twarz, trochę tępa i uparta, ale pełna dobrej woli i jakiegoś dziecinnego uśmiechu — napuchła, nalana, ma na sobie nieznany mi zupełnie wyraz. Jakieś dziwne piętno wycisnął na nim ten dzień asenterunku. Chmurny, nieufny, z oczyma krwią zaszłemi, patrzy dokoła z nienawiścią i złością. Nie był jeszcze w klatce, gdzie uczą zbiorowych mordów — a już z jego głębi wydobyły się jakieś męty, o których istnieniu on sam nawet nie wiedział. Pół-przytomny od wypitej wódki, z sercem chorem od niepokoju i wzruszenia — zdaje się, że powraca z jakiegoś bagna, w którem utonęły całe szeregi takich jak on pół-przytomnych, lecz zdrowszych nieszczęśliwych.
 Wystarczyło, ażeby się otarł...
 Ażeby przeszedł mimo...
 Ażeby omal nie został — obrońcą kraju!






Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Gabriela Zapolska.